Ready for Kickoff - Touchdown dla Ivy (Brooklyn Dragons 1) - Rebecca Baker - ebook
NOWOŚĆ

Ready for Kickoff - Touchdown dla Ivy (Brooklyn Dragons 1) ebook

Rebecca Baker

3,6

427 osób interesuje się tą książką

Opis

On: Legenda futbolu ze zranionym ego
Ona: Przeciwniczka futbolu z przekonania
Ich wspólna noc: Niezapomniana
Ich problem: Muszą razem pracować

Zgorzkniały były rozgrywający, Nolan Rhys, myślał, że jego kariera dobiegła końca. Otrzymuje jednak drugą szansę za sprawą niemal zapomnianej drużyny, która wyłania się z niebytu. Jedynym sposobem, by utorować sobie nową drogę, jest przekształcenie drużyny amatorów, Brooklyn Dragons, w czyste złoto.

Piękna, twarda dziennikarka Ivy Levine potrzebuje stałej posady w Brooklyn Dragons, aby osiągnąć swój kolejny ważny cel. Nic nie stanie jej na drodze.

Poza mężczyzną, z którym spędziła upojny weekend w Wenecji. Nolanem. Napięcie między nimi rośnie, gdy wspólnie dążą do osiągnięcia swoich celów, ale na drodze staje im jedno — tajemniczy właściciel klubu, który ma własne plany. Ivy i Nolan muszą sobie zaufać, aby ocalić swoją przyszłość, a być może także serca i dusze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 316

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,6 (8 ocen)
5
0
0
1
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agnieszka1234567

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka ❤️
00
aspia

Nie polecam

Kompletnie nie zrozumiałam tej książki. Powierzchowna, wszystkie zaczęte wątki są płytkie i nic nie wyjaśniają. Główni bohaterowie to jakiś koszmar, ale co mnie zaciekawiło? Skąd w polskich słowach pojawiły się litery rosyjskiego alfabetu. To było ciekawsze niż treść. Ogólnie szkoda czasu.
00
Ajra2016

Nie polecam

płyciutka
00



PL - Ready for Kickoff

Touchdown dla Ivy

Rebecca Baker

Spis treści

Rozdział 1Rozdział 2Rozdział 3Rozdział 4Rozdział 5Rozdział 6Rozdział 7Rozdział 8Rozdział 9Rozdział 10Rozdział 11Rozdział 12Rozdział 13Rozdział 14Rozdział 15Rozdział 16Rozdział 17Rozdział 18Rozdział 19Kapitel 20Rozdział 21Rozdział 22Rozdział 23Rozdział 24Rozdział 25Rozdział 26Rozdział 27Rozdział 28Rozdział 29

Rozdział 1

Ivy

— Zabieraj od niej swoje brudne łapy!

Na dźwięk tego głębokiego, męskiego i lekko groźnie brzmiącego głosu czuję pewnego rodzaju ulgę.

Rustykalny bar o nazwie Bacari jest przepełniony i znajduje się w części Wenecji, której turyści zwykle nie odwiedzają. Dlatego dziwi mnie, że słyszę te słowa z ust Amerykanina.

Z drugiej strony nie podobają mi się ani ręce, które mnie ściskają, ani facet, który nie przyjmuje odmowy do wiadomości.

— Spadaj, jest moja — warczy po włosku mężczyzna, którego ręka wciąż na mnie spoczywa. Do moich nozdrzy znów dociera gryzący zapach jego perfum, które mają chyba sprawiać wrażenie szczególnie męskich.

— Puść ją! — Głos Amerykanina przyprawia mnie o dreszcz.

— Widzisz? — Spoglądam na faceta, odrzucam włosy do tyłu i mrużę oczy. — Nie tylko ja tak uważam, więc w końcu mnie puść! — mówię chyba po raz dziesiąty do Włocha.

— Wcale tego nie chcesz! — mówi, patrząc mi prosto w oczy. Obłok alkoholu, który przy tym uderza w mój nos, mógłby wzniecić pożar lasu.

Przechodzę na mój ojczysty język: — Owszem, chcę. Zostaw mnie w spokoju!

— Słyszałeś panią. — Głęboki głos Amerykanina rozbrzmiewa tuż za mną i graniczy z cudem, że przy hałasie panującym w Bacari dociera do nas. Bar jest mały, ale w ten deszczowy, zimny, zimowy czwartkowy wieczór w Wenecji jest wypełniony po brzegi i wydaje się, że wszyscy próbują się nawzajem przekrzyczeć. — Puść ją!

— A jeśli nie? Zmusisz mnie? — Włoch wbija wzrok w mężczyznę za mną, a przynajmniej próbuje, co przy jego alkoholowym oddechu musi być trudne.

— Dokładnie! — Cicha nieustępliwość i zimny ton w tym jednym słowie sprawiają, że po krótkim namyśle Włoch w końcu mnie puszcza, mamrocze coś niemiłego o zdzirach i dziwkach, po czym znika w tłumie. Odwracam się. — Dziękuję.

Udaje mi się wypowiedzieć to jedno słowo, ale wszystkie inne grzęzną mi w gardle, kiedy po raz pierwszy widzę mężczyznę za mną. Ma przy sobie coś w rodzaju laski, a jego ciało wygląda, jakby było wykute z litej skały. Potężne, szerokie mięśnie i twarz, która z odległości dziesięciu kroków potrafi łamać serca i sprawiać, że majtki same opadają. Jest gorący, piekielnie gorący i seksowny.

Jego oczy lśnią złotem w słabym świetle baru, a ciemnobrązowe, falujące włosy, sięgające mu do karku swetra, doskonale dopełniają jego wizerunku.

Mógłby się znowu ogolić, chociaż ten pięciodniowy zarost jakoś dodaje mu tego czegoś. Jego szerokie usta wykrzywiają się w ledwie zauważalnym uśmiechu, ale nie umyka mi napięcie kryjące się w jego spojrzeniu. To wystarczy, aby obudzić we mnie zmysł dziennikarki.

On ma coś do opowiedzenia.

Praktycznie to czuję.

Na jego szczęście nie mam już najmniejszej ochoty pisać, odkąd przyjechałam tu z Syrii przez Szwajcarię.

— Jeszcze raz dziękuję — mówię. — Miejscowi czasem stają się nieco zbyt zuchwali, kiedy wypiją za dużo cynaru.

— Jesteś Amerykanką? — pyta, ignorując moją uwagę.

— Tak, pochodzę z małego kalifornijskiego miasteczka i zostawiłam za sobą mroczną przeszłość.

Śmieje się, jego oczy błyszczą, a ja muszę się powstrzymać, żeby całkowicie się przy tym nie rozpłynąć. Taki mężczyzna nie będzie tu sam. Nie ma mowy, a ja… ja jestem tu, żeby się rozerwać, żeby zapomnieć o tym gównie, które nazywa się moim życiem… Do tego potrzebuję jeszcze jednego drinka.

— Chciałam tylko wziąć drinka. Moje miejsce jest tam, w rogu — wskazuję w prawo na miejsce przy oknie z widokiem na kanał — na wypadek, gdybyś chciał wznieść toast za moje ocalenie, chociaż wcale nie było to konieczne.

Odwracam się do baru, żeby chwycić napój, który zamówiłam przed incydentem i który tam na mnie czeka. Z nim podchodzę do rogu, gdzie czeka na mnie przykryty, prawie pusty ostatni drink. Zamiast stołów i krzeseł stoi tam wysoki drewniany kontuar, o który teraz się opieram.

Część mnie chce, żeby podszedł, inna część nie. Moja prawa strona ciała trochę boli i przypomina mi, że nie jestem nieśmiertelna, a mężczyźni są naprawdę do bani.

Ale cholera, on jest po prostu gorący.

Jednak nie jestem we Włoszech, żeby uprawiać niezobowiązujący seks. Jestem tu, żeby się odnaleźć, lizać rany emocjonalne i leczyć fizyczne, ale… Och, ten facet to najprzystojniejsza istota, jaką od dawna widziałam.

— Więc…

Serce wali mi w piersi na dźwięk głębokiego głosu mojego niedoszłego wybawcy za plecami, ale nie ruszam się, nie odwracam, tylko czekam.

— Kiedy trzeba, potrafię być dość onieśmielający z tą laską w dłoni.

Śmieję się. — A ja już myślałam, że znikniesz z powrotem w swoim turystycznym autokarze i oddasz ją staruszkowi, od którego ją pożyczyłeś.

Podchodzi bliżej, a jego obecność zajmuje więcej miejsca, niż powinna. Stawia przede mną na kontuarze dwie szklanki z domowej roboty cynarem. Założę się, że do tego trunku używają nawet karczochów z własnej uprawy. Spoglądam na mężczyznę. Wzrusza ramionami. — Jest po sezonie, a wycieczki autokarowe z emerytami to nie moja bajka.

Jego wyczekująca postawa mówi mi, że powinnam wiedzieć, kim jest, ale tak nie jest i w ogóle mnie to nie obchodzi. Zamiast tego opuszczam wzrok na jego dłonie. Bez obrączki. Bez problemu.

To nie znaczy, że jest singlem. Nie każdy się żeni i nie każdy, kto się żeni, nosi obrączkę. Ale sama kiedyś zostałam zdradzona, więc nie mam ochoty być tą drugą kobietą, z którą zdradza swoją dziewczynę… nie żebym myślała, że to dokądkolwiek prowadzi, ale…

— Tak przy okazji, jestem singlem, bo wygląda na to, że nie zapytasz, tylko zerkasz na moje dłonie.

Posyłam mu delikatny uśmiech. — Stare przyzwyczajenia. Zawsze wszystko kontroluję, nieważne co. Nic poza tym.

W jego spojrzeniu pojawia się lekkość, która mi się udziela. Właśnie po to jestem tutaj, we Włoszech, w Wenecji, żeby odnaleźć siebie, bo cała przeszłość musi się zatrzymać, przynajmniej na chwilę. Inaczej mnie spali, o ile już się nie wypaliłam.

— Więc odrzucasz mnie, zanim zdążę powiedzieć, dlaczego nie podszedłem do ciebie od razu? — Jego oczy znów błyszczą, gdy bierze łyk swojego drinka.

Wzruszam ramionami. — Nie wiem. O czym myślałeś?

— Ogólnie czy w szczegółach? — pyta i uśmiecha się szeroko.

— Więc o niczym nie myślałeś? — Wbrew woli uśmiecham się szeroko, po prostu dlatego, że jest najgorętszym facetem od wieków i uśmiecha się do mnie tak cholernie seksownie. W jego spojrzeniu jest ta lekkość, ta zuchwałość, która całkowicie mnie pochłania. — Jesteś zombie?

— Masz na myśli to, że zombie nie myślą?

— O tym można by dyskutować. — Stukam się z nim szklanką. Mój wzrok wędruje od jego ust w dół, ku jego piersi. — Miałam na myśli szczegóły.

— Zawsze jesteś taka bezpośrednia? — pyta.

— Ty też nie wyglądasz na nieśmiałego.

Pochyla się. — Bo nie jestem.

Jego niebiański zapach dociera do moich nozdrzy i jest niemal całkowitym przeciwieństwem odrażającej, gryzącej woni pijanego Włocha sprzed kilku minut. W tym nieoczekiwanie pięknym zapachu łączy się delikatne wspomnienie świeżej skóry, ostrość pieprzu, słodycz miodu i korzenna nuta kardamonu. To rodzaj zapachu, który sprawia, że chcesz się do niego przybliżyć, wziąć głęboki wdech, poczuć go bezpośrednio na jego skórze i posmakować.

— No, cholera. To jest seksowne. — Jego słowa są ciche, miękkie, szorstkie i pełne seksapilu.

Zaskoczona podnoszę wzrok. Jest tak blisko, że dostrzegam odrobinę siwizny między słomkowym blondem a czernią jego zarostu. Podobnie przy skroniach. To jest tak cholernie gorące!

— Co jest seksowne? — pytam.

Jego pełne usta unoszą się lekko w kąciku. — Wyraz twojej twarzy, cichy dźwięk, który z siebie wydałaś.

— Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku.

— Owszem, wydałaś. — Kręci głową i nie rusza się z miejsca. — Bardzo cichy, jak zapowiedź czegoś… — Milknie. — Czegoś o wiele gorętszego!

Śmieję się, ale w moim wnętrzu, głęboko, między udami, wszystko się napina i wibruje. — Chyba ci się wydaje, bo jesteś przyzwyczajony, że kobiety tak na ciebie reagują.

Coś migocze w jego wyrazie twarzy, uśmiech staje się twardszy i znowu ogarnia mnie uczucie, że on uważa, że powinnam go znać. Ale po prostu to ignoruję, zamiast tego opróżniam swojego drinka.

— Było naprawdę miło, postawię ci drinka albo dam kilka euro za tego. Ale teraz będę już iść.

Marszczy czoło i dotyka mnie, jego palce oplatają mój nadgarstek, a moja skóra mrowi pod wpływem dotyku. Nasze spojrzenia się spotykają i zasycha mi w ustach.

— To było interesujące — mówi, lekko przesuwając palcami po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka. — Ta reakcja.

— Tylko ładunek elektrostatyczny.

Nie puszcza mnie. — Co miałaś na myśli?

— Z czym? Powiedziałam wiele rzeczy.

Uśmiech, który pojawia się na jego ustach, jest tak cudowny, że po prostu zapiera mi dech w piersiach. — Mam wrażenie, że popełniłem błąd.

— Jesteś mężczyzną. To musiało tak się skończyć.

Śmieje się i drugą ręką przelewa połowę swojego drinka do mojej pustej szklanki. — Myślałem... nieważne, to nie ma znaczenia.

— Nie zrozum mnie źle, ale jesteś typowym Adonisem. Tyle że z laską. Jesteś seksowny i dobrze o tym wiesz, ale masz tę odpowiednią nutkę wrażliwości, która bierze się z jakiegoś etapu twojego życia, o którym lepiej nie mówić. To daje ci swobodę robienia tego, co chcesz, a kobiety padają ci do stóp.

— Czyli jestem seksownym, zadowolonym z siebie facetem, który używa laski, żeby podrywać laski — mówi z iskrą ironii w głosie.

— Hej, to ty użyłeś słowa podrywać, nie ja.

Celowo jestem bezczelna, a on w to wchodzi. Co więcej, wydaje się, że właśnie to go kręci, i na tę myśl przez moje ciało przebiega dreszcz gorąca i przyjemności. Przysuwa się bliżej i nie puszcza mnie. — Jaka jest twoja historia?

— Muszę jakąś mieć?

Jego spojrzenie wodzi po mojej sylwetce. — Nie. Ale masz.

— Moja historia jest taka, że zostałam niepotrzebnie uratowana w barze.

Jego rozbrajający uśmiech sprawia, że krew napływa mi do policzków. — Skoro nie potrzebowałaś mojej pomocy, to dlaczego sama sobie nie pomogłaś?

— Bo chciałam się rozerwać, ale to nie znaczy, że od razu będę bić faceta na środku baru, jeśli się nie odczepi.

— To nie jest historia o tobie. To usprawiedliwienie.

I wtedy to się dzieje: dotykamy się, bo ktoś przeciska się za moimi plecami, mimowolnie popychając mnie w jego stronę. Dotyk jest przelotny, ale wystarcza, by nasilić mrowienie w moim wnętrzu. Udo przy udzie i ten subtelny, aromatyczny, zaskakujący zapach znów mnie otula. — Zostałam postrzelona — wyjaśniam.

— Cóż, to jest ciekawa historia. — Podnosi drugą rękę i obraca się tak, że nasze ciała niemal ocierają się o siebie przodami, i chociaż w tym maleńkim bacari jest głośno i tłoczno, w tej chwili zapominam o wszystkim wokół, jakbyśmy byli tu tylko we dwoje. Widzę i słyszę tylko jego, chcę dotykać i wąchać tylko jego i pragnę się w nim zatracić. Jest idealnym urozmaiceniem, nawet jeśli na tym się skończy.

Ale jego spojrzenie mówi mi, że wszystko jest możliwe.

Przesuwa palcami po moich włosach. Czuję ten dotyk aż w koniuszkach palców u stóp, a chwilę później także między nogami. — W takim razie moja historia jest nudna.

— Obrabowałeś bank? — pytam.

— To bardziej pasuje do ciebie.

Moja wolna dłoń sunie po włoskach na jego przedramieniu, skóra jest gładka i ciepła, a mięśnie twarde. — Gdybym obrabowała bank, to nie dałabym się postrzelić. O co chodzi z tą głupią laską? — pytam, wskazując na nią.

— Cholera — mówi z mrugnięciem. — Wiedziałem, że powinienem był zostać przy udawanym temblaku.

— Temblaki nie są seksowne.

— Rany postrzałowe tak — odpowiada.

— Mogę cię postrzelić, jeśli chcesz.

— Tutaj? — Odgrywa oburzenie, a na jego usta wkrada się uśmiech. — To już lekka przesada.

— Więc… — Jego wzrok spoczywa na moich ustach, przez co trudno mi myśleć. — Co się stało? Napadłeś na dom starców? — pytam.

Zaczyna się śmiać. — Nie na dom starców, raczej na śnieg. Narty.

— Cholera.

Przyciąga mnie do siebie i jego usta dotykają moich. Miękkie, pełne, gorące. I jest w tym coś głębszego, mroczniejszego, co wplata się we mnie w tej chwili. Potem odsuwa się i patrzy na mnie. — Jestem…

— Jest tyle sposobów, na jakie możesz to skończyć. Tylko nie mów, że „żonaty”.

Jego uśmiech staje się szerszy. — Nolan.

— Ivy.

— Myślę, Ivy, że zrobię to jeszcze raz.

Przechylam głowę. — Może nie powinieneś myśleć, tylko po prostu to zrobić.

Tym razem całuje mnie, jakby on był zapałką, a ja ogniem, który chce rozpalić. To płomienny pocałunek, który przenika mnie na wylot i wywołuje mrowienie w miejscach w moim ciele, do których nie sądziłam, że pocałunek może dotrzeć.

Wciąż dotyka mojego nadgarstka. Moja dłoń leży na jego drugiej dłoni, kiedy on dotyka boku mojej twarzy. Usta Nolana lądują na moich, a jego język jest mile widzianym gościem, gdy moje wargi rozchylają się dla niego.

Wszystko staje na głowie, góra jest dołem, a gdy pocałunek się kończy, unoszę się, wdycham go i czuję, że nie tylko ja oddycham nierówno. Powoli podnoszę wzrok i patrzę w jego oczy, które lśnią jak ciemne, płynne złoto.

W brzuchu czuję motyle, całe moje ciało płonie. Pożądanie między nogami łaknie jego dotyku. To prawie tak, jakby wszystko we mnie tak niewiarygodnie za nim tęskniło.

— Mógłbym też kontynuować i myśleć jednocześnie — mówi z uśmiechem.

Nie mogę się powstrzymać i przywieram do niego. Jest zarazem delikatny i twardy, i naprawdę mam na myśli twardy, bo facet ma wzwód. Przesuwam po nim palcami. Nikt nie widzi naszego małego zakątka, w którym stoimy, i nie jestem nawet pewna, czy by mnie to obchodziło, nawet gdyby tak było.

Bierze głęboki wdech. — To niezbyt pomaga w myśleniu.

— Moglibyśmy wyjść na zewnątrz — proponuję.

— Wtedy mnie aresztują. — Jego uśmiech tylko wzmaga moje pożądanie.

— Ekscytujące życie, jak widzę.

Obraca się lekko w moją stronę i puszcza mnie. Moja dłoń wciąż spoczywa na jego penisie. Chwyta ją, unosi i patrzy mi prosto w oczy, jakby mógł zajrzeć w głąb mnie, aż do samej prawdy, cokolwiek by nią nie było, i całuje przy tym opuszek każdego palca. Krótkie, lekkie pocałunki, które za każdym razem sprawiają, że wstrzymuję oddech.

Cholera, ten facet kompletnie zbija mnie z tropu. Chcę wszystkiego, co robi, tu i teraz.

Znowu się porusza, tym razem w moją stronę, puszcza moją dłoń, odgarnia mi włosy, całując, toruje sobie drogę do mojego ucha. Płonę od środka. Nie, gorzej: stoję na stosie. Uginają się pode mną kolana. — Smakujesz jak kwiaty i mnóstwo małych sekretów.

— Ten tekst zazwyczaj działa?

Nolan śmieje mi się do ucha. — Może na odpowiedniej kobiecie. Został użyty po raz pierwszy.

— Może przyniosę nam jeszcze po drinku? — pytam i nie czekając na odpowiedź, idę prosto do baru. Po chwili wracam z dwoma drinkami, trochę spodziewając się, że go nie będzie, a trochę, że to przyciąganie, ten wygląd, to tylko wytwór mojej wyczerpanej duszy.

Ale on jest, a siła przyciągania nie osłabła — jest zjawiskowy.

Tym razem rozmawiamy i śmiejemy się. Nie jest to nic wielkiego, to tylko słowa, które bawią się ze sobą i splatają w przyjemną rozmowę. Ale pod spodem kipi pożądanie, potrzeba i żądza — więcej!

Rozmowa płynie leniwie, w jakiś sposób nic o nim nie wiem, a jednak wiem wszystko, co ważne. Spogląda na swoją pustą szklankę, a potem na mnie. — Mam pokój w hotelu.

— Ja mam małe mieszkanie w zrujnowanym budynku z widokiem na wodę.

— Mój pokój — mówi z tym mrocznym, słodko-gorzkim uśmiechem, co brzmi bardziej jak zaproszenie.

— Chcesz, żebym z tobą poszła?

Jego oczy zamieniają się w płonące, złote węgle. — Chcę cię tak bardzo, że potem oboje nie będziemy wiedzieć, jaki jest dziś dzień.

— To może być raczej dlatego, że jest noc. — Powoli i łapczywie wodzę wzrokiem po jego ustach, ustach, które mogłabym studiować godzinami, smakować godzinami, testować ich talenty i pisać o nich książki. — Dlaczego miałabym iść z tobą? Może jesteś nienormalnym seryjnym mordercą? Może zamiast tego moje wynajęte mieszkanie?

— Bo nikt nie zostaje zamordowany w takim miejscu? — mówi z uśmiechem, próbując zachować powagę.

— Nie — odpowiadam tym samym tonem. — Tylko w pokojach hotelowych i domach z piwnicami. To powszechnie znany fakt.

— Daleko masz to mieszkanie?

— Zaraz za rogiem.

Całuje mnie. — Wygrałaś.

Droga do ładnego, małego mieszkanka w zrujnowanym budynku jest krótka, a po drodze się nie dotykamy. To jakby niewypowiedziana umowa, bo gdybyśmy to zrobili, nigdy byśmy tam nie dotarli.

Drżąc nerwowo z napięcia i oczekiwania, wsuwam klucz do zamka drzwi. Przechodzimy przez małe podwórko, a potem po schodach na drugie piętro, gdzie znajduje się mieszkanie.

Gdy tylko drzwi zamykają się za mną, rzucamy się na siebie. Jeden namiętny pocałunek za drugim, gorączkowe szarpanie i ściąganie ubrań. Moje spodnie opadają na podłogę, jego palce wślizgują się we mnie, rozkoszuję się tym i jęczę głośno, czując pierwszą falę orgazmu.

— O, kurwa mać, jesteś idealna — szepcze.

— Więcej — dyszę, mając już rękę w jego dżinsach. Jego penis jest już twardy, podczas gdy on delikatnie pieści mnie palcami, całując mnie przy tym, a ja w końcu wyciągam jego klejnot z jego spodni.

Jest twardy, gorący, gruby. I chcę opaść na kolana i wziąć go do ust. Jednocześnie chcę też, żeby mnie odwrócił i wziął od tyłu.

Ale on dalej mnie całuje, wyciąga ze mnie palce i dotyka mojej dłoni, która leży na jego penisie. Płonę, topię się. Jestem tylko rozżarzonym pragnieniem, którego nie da się zaspokoić. Drżę. I on też.

Potem wchodzi we mnie, rozpychając mnie, a ja krzyczę, bo to tak cholernie dobrze, być tak doskonale wypełnioną. To prawie tak, jakby mój umysł doznał zwarcia i jakby w mojej głowie nie było miejsca na nic innego poza tą rozpaloną do czerwoności żądzą.

Popycha mocno i głęboko. To dzika, krótka jazda, podczas której staje się coraz twardszy. Gdy wbija mnie w tę chwalebną chmurę rozkoszy, a całe moje ciało zaczyna drżeć, oboje dochodzimy w pełni usatysfakcjonowani.

Zatrzymuje się na chwilę, ale wiem doskonale, że ta krótka, gorąca, niemoralna gra nie wystarczy żadnemu z nas. Ani trochę.

Rozdział 2

Nolan

Jasna cholera, ta kobieta jest niesamowita.

Jest hardkorowa.

Jakby wyskoczyła z jakiegoś gorącego, erotycznego snu.

Jest następne popołudnie, kiedy wreszcie uspokajamy się w łóżku. Całe mieszkanie wygląda, jakby przeszedł przez nie huragan. Pościel jest w nieładzie, a ubrania porozrzucane po całym mieszkaniu.

Przez dwanaście godzin zapomniałem o wszystkim oprócz pożądania. Zabawa, wolniejszy seks, który zamienił się w intensywne pieprzenie, w czyste pieprzenie. Pieprzyłem ją na każdy możliwy sposób.

I chyba nie wie, kim jestem, i w sumie cieszę się z tego. Nie chcę być rozgrywającym Nolanem Rhysem. Nie chcę być facetem, którego kariera została bezlitośnie zmiażdżona przez głupi wypadek na nartach. Ani gwiazdą, którego rzuciła dziewczyna.

Nie z powodu kontuzji, ale dlatego, że był skończonym dupkiem.

A najgorsze? W gruncie rzeczy mam to gdzieś, bo od tamtej pory minęło już kilka miesięcy. Na początku zabawiałem się z kilkoma kobietami z tłumu oszałamiających twarzy i odurzających ciał, ale jakoś nie została już żadna, której bym pragnął, więc w końcu uciekłem tutaj.

Dokładnie tam, skąd zacząłem. W przenośni.

Moja kariera, moja przyszłość, moje cholerne życie, które zostało mi skradzione, i…

— Patrząc na twoją minę, można by pomyśleć, że to ciebie postrzelono.

Ivy wraca do pokoju. Jest kompletnie naga i podchodzi do mnie. Prawa połowa jej ciała to skupisko brzydkich, rzucających się w oczy blizn tuż pod pępkiem i nad biodrem. Nie pytałem, a ona nic nie wyjaśniła. Ale zakurzone, piaskowe ubrania na komodzie i drogi sprzęt fotograficzny, nie wspominając o książce, która, jak sądzę, jest po arabsku, sugerują, że jest albo pieprzoną szpieginią, albo fotoreporterką. Na to pierwsze jest zbyt bystra, więc stawiam na to drugie.

Obraca się do mnie, a jej wargi sromowe są tak cholernie kuszące, podobnie jak krągłości jej bioder i pełne piersi. I te włosy! Długie, kręcone, czarne włosy i jaskrawoniebieskie oczy, które zmieniają się w dzikie letnie morza, w burzę w pogodny dzień, ciemnoniebieskie i wirujące, gdy jest w szale namiętności.

— Po prostu się zamyśliłem. — Wsuwam dłoń między jej uda. Leżenie na boku na dużym łóżku zdecydowanie ma swoje zalety. Na przykład ten widok i możliwość dotykania jej. Przesuwam dłoń w górę, aż napotykam jej gorąc i wilgoć. Wydaje z siebie ten odgłos zapowiadający zbliżający się orgazm. Lekki jęk i syk, od których twardnieje mi kutas. Znowu.

— Zdawało mi się, że ci mówiłam, że myślenie jest przereklamowane.

Siadam prosto, przesuwając dłoń wyżej, drażniąc ją teraz kciukiem, i dostrzegam w jej ręce skrawek materiału. — Podobnie jak ubieranie tego. Podoba mi się widok.

— Naprawdę? Mój widok stąd też jest całkiem niezły, chociaż… — Kładzie stopę na łóżku, dając mi wgląd, po czym napiera delikatnymi palcami na moje ramię i przewraca mnie na plecy. — Tak jest lepiej.

— Wsuwam w nią palec. — To też.

— Mhhhmmmm… — mruczy.

Powtarzam ten ruch, raz po raz, a ona rozkoszuje się tym, jak palcuję ją na stojąco. A potem, gdy znów jest bliska dojścia, zabieram rękę, przyciągam ją do siebie, uważając, by nie dotknąć mojego kolana, a zwłaszcza jej ran.

— Nie rozpadnę się, jeśli mnie tam dotkniesz. — Jej słowa łaskoczą moje wargi, gdy układam ją na sobie. — Wygląda gorzej, niż jest w rzeczywistości. — Gryzie mnie w podbródek, całuje, a tym razem to ja jęczę, bo jej dłoń znów jest na moim kutasie. — Tak jak u ciebie.

— Oboje jesteśmy ranni. — Gorycz w moich ustach smakuje jak kwas, ale ona unosi głowę i patrzy na mnie z lekkim uśmiechem.

— Mnie postrzelono, gdy ratowałam osierocone kocięta, a ty zapuściłeś się na stok niczym James Bond. — Potrząsa głową, a jedwabista faktura jej włosów muska mnie, gdy palcami obrysowuje kształt mojej twarzy. — Albo postrzelono mnie, gdy robiłam mroczne i straszne rzeczy, a ty po prostu przewróciłeś się pierwszego dnia kursu dla początkujących narciarzy.

Gorzki, gryzący smak powraca. — Jeden głupi wypadek i moja kariera się skończyła, ot tak.

Jej spojrzenie jest łagodne. — U mnie to była zabłąkana kula w Syrii. Ale to inna historia. Jeśli chcesz, możemy porozmawiać o twojej.

— Nie. — Słowo pada, zanim jestem w stanie je powstrzymać. Przyjechałem tu, żeby od tego uciec, a Ivy jest jedyną osobą, która mi to umożliwiła. Chcę zapomnieć o tej historii i o wiele bardziej wolę ponownie się w niej zanurzyć i wypieprzyć z głowy wszystko, oprócz czystej żądzy seksu.

— Dobrze, bo mam w głowie coś lepszego. — Całuje mnie.

To powolny pocałunek, odkrywanie. Ta nieoczekiwana czułość przenika mnie do głębi. Odwzajemniam pocałunek i czuję, jak mój kutas znowu twardnieje. Ale jest w tym coś więcej: gdy nasze ciała ocierają się o siebie, wdycham jej zapachy. Oprócz jej delikatnych, świeżych perfum czuję jeszcze słodką, korzenną woń jej cipki, a także wspomnienie chyba najlepszego loda, jakie wciąż unosi się na jej ustach.

Pocałunek nas otula. To tak, jakby temperatura w pokoju nagle wzrosła. Nasze oddechy się zmieniają i całujemy się jeszcze namiętniej. Wplatam palce w jej miękkie włosy i przyciągam ją do siebie. Zsuwa się niżej, podczas gdy ja zaczynam poszukiwania jej gorącej wilgoci moim kutasem.

Ona sapie, a ja jęczę, gdy układa się na mnie. Wchodzę w nią powoli, co przychodzi mi z trudem, bo jest tak cholernie gorąca i tak cholernie ciasna. Powolne ruchy w górę i w dół nie trwają długo, bo fale intensywnego pożądania zalewają nas, gdy całujemy się, dotykamy i kochamy. To tak, jakbym chciał stać się jej częścią, a ona próbowała wchłonąć we mnie wszystko. Obracam nas, tak że ja jestem na górze, i pchnąłem mocno. Głęboko. Nasz rytm to czysty chaos, ale to działa. Żadnych myśli. Tylko uczucia. Tylko napędzająca potrzeba bycia jednym.

Potem ona przetacza mnie z powrotem, tak że znowu jest na mnie. Prostuje się, a ja kładę dłonie na jej biodrach. Rękami opiera się za sobą o moje uda, oczy ma zamknięte, a dolną wargę przygryzioną. Te podskakujące piersi, jej cipka zaciskająca się na moim kutasie, rozchylone uda, jej całkowita kobiecość… To jest po prostu boskie. Wizja, akt, wszystko; to zbyt niebiańskie i dochodzę gwałtownie. Jej imię brzmi na moich ustach jak sprośne słowo, a potem ona jedzie dalej, aż drży, a jej wewnętrzne mięśnie się kurczą. Widzę, jak wokół niej eksplodują gwiazdy, a gdy opada na mnie bezwładnie, obejmuję jej ciało ramionami.

Chcę więcej! O wiele więcej!

******

Następnej nocy wciąż tu jestem. Bierzemy razem prysznic, a to, co jest między nami, zmienia się w coś, co pobudza najdziksze fantazje. Jemy w domu. Robi prosty makaron, który jest aksamitny, pikantny i pyszny.

Ale tak naprawdę nie obchodzi mnie smak. Ivy ma na sobie moją koszulę, a ja bokserki.

Wiem, że powinienem już iść, ale nie chcę, a ona ani razu nie zasugerowała, żebym się wynosił. Ale może mimo wszystko powinienem to zrobić.

— Nie jesteś moim więźniem, Nolan.

Jej suchy ton wywołuje u mnie uśmiech.

Taka właśnie jest: osobliwa, mówi, co myśli, i dogryza z precyzją, o którą można by posądzić absolwentkę studiów w tym kierunku.

— No cóż, poszedłbym sobie, ale ktoś zarekwirował moją koszulę. Ale jeśli jestem tu już za długo…

W słabym świetle salonu podchodzi do mnie, podając mi butelkę czerwonego wina i dwa kieliszki. — Ryba i gość śmierdzą trzeciego dnia. Masz jeszcze czas. — Przygląda mi się. — Chyba że chcesz iść?

— Cholera, nie, Ivy. — To prawda, ale wypowiedzenie tego na głos zaskakuje nawet mnie. — Ale jeśli chcesz się znowu kochać, musisz dać mi trochę czasu.

— Poradzę sobie z tym. Weź stary koc z kanapy. Chcę ci coś pokazać.

Podnosi koc i podaje mi go w przejściu, a przynajmniej próbuje, ale zatrzymuję ją i dotykam jej ust swoimi, bo właśnie tego teraz chcę.

Wiem, że to mój sposób na ucieczkę od ostatniego cholernego roku, a jednocześnie o wiele więcej. To tak, jakbym mógł z nią odetchnąć, a nawet znowu marzyć. A jednocześnie doskonale wiem, że to tylko chwila.

— A myślałam, że chcesz odpocząć — mówi.

Odgarniam jej kosmyk włosów. — Duch ochoczy, ale ciało mdłe. Co mam ci powiedzieć? Nędza ludzka, sięgająca początków czasu.

— Masz na myśli, że twoje ciało mówi nie, ale popęd mówi co innego? — odpowiada ze śmiechem, wymyka mi się i idzie na drugą stronę salonu, gdzie otwiera drzwi.

Do środka wpada hałas i zimny powiew.

— Może — odpowiadam wymijająco, idąc za nią na najwęższy balkon świata, na którym wciśnięta jest stara, tapicerowana ławka. Stawia wino i kieliszki na grubej, kamiennej balustradzie balkonu.

Siedzimy otuleni grubym, ciepłym kocem i popijamy wino. Opiera się o mnie, jakby była do tego stworzona, a my wytwarzamy ciepło, które uśmierza ból w moim kolanie.

To przed nami to nie Canal Grande, ale zawsze coś. Nasz wzrok biegnie ponad drogą wodną, przy której zamiast zaparkowanych samochodów kołyszą się łodzie, w kierunku pięknych, starych budynków po drugiej stronie.

Zupełnie inny świat, tysiące mil od Jersey, od LA, od wszystkich drużyn, dla których grałem. A zwłaszcza od tej ostatniej.

Z dołu dobiega nas fala włoskich pogawędek i śmiechu, przepływa łódź, a jej silnik, gdy znika za rogiem, pozostawia za sobą w powietrzu białą smugę.

— Nie spodziewałem się, że to miasto takie jest — mówię. — Ta magia, którą się czuje i która sprawia, że twoje życie kurczy się do zera. Przyjechałem tu, żeby… kurwa, żeby od wszystkiego uciec, żeby po prostu nie musieć sobie radzić z presją… i z poczuciem winy.

— Wiedziałam, że jesteś jakimś zabójcą — odzywa się, nie podnosząc wzroku.

Śmieję się i splatam swoje palce z jej palcami. Po prostu wszystko pasuje. Nie wiem jak ani dlaczego. Czy to to miejsce? Czy może fakt, że się nie znamy?

— Jak dobrze, że nie poszliśmy do mnie — mówię z uśmiechem. — Nie martw się, jesteś bezpieczna. — Całuję jej kostki u dłoni i zastanawiam się, czy sięgnąć po wino, ale rezygnuję. Ona jest lepsza niż alkohol. Bez dwóch zdań.

Jestem cholernie pewien, że ona ani nie wie, ani jej nie obchodzi, kim i czym byłem. Ale to nic nie zmienia, jeśli chodzi o spojrzenia, które będę musiał znosić gdzie indziej, i nic, jeśli chodzi o odrazę w oczach mojego starego, gdy musiał patrzeć na koniec mojej kariery. Nie z powodu mojej gry, ale z powodu mojej arogancji.

Ivy nic nie mówi. Daje mi przestrzeń, bym mówił lub nie. I nigdy w życiu nie miałem tak dobrej przyjaciółki jak ona. Chcę odkryć w niej wszystko. Ale nie chcę nic o niej wiedzieć. W tym, co jest między nami, chodzi o zaspokojenie popędu, o nic więcej.

— Pomagasz mi poradzić sobie z brakiem przyszłości. — Odwraca się i patrzy na mnie, dopija wino, a ja odstawiam jej kieliszek na murek. Ivy kładzie dłoń na moim biodrze, jej nogi leżą na moich, a drugą rękę kładzie mi na policzku.

— O ile zaraz nie padniesz trupem, to zdecydowanie masz przyszłość. — Jej suchy ton muska mnie. — Rozumiem. Nie znam szczegółów i nie pytam. — Jej dłoń wędruje z mojego biodra na pierś i naciska na moje serce. — Domyślam się, że jest duża presja, zarówno z twojej strony, jak i ze strony innych. Ale nie jesteś głupi. I zgaduję, że skoro kontuzja kończy twoją karierę, to jesteś jakimś sportowcem. Biorąc pod uwagę twój wzrost i posturę, wykluczam mistrza deskorolki albo freerunnera.

Patrzę w te niebieskie oczy, które mnie hipnotyzują, a na sam ten widok mój kutas znowu daje o sobie znać pod kocem.

— Może jesteś przestępcą albo lubisz tańczyć mambo w Miami. Chodzi o to, że założę się, że jesteś wystarczająco bystry i utalentowany, żeby zająć się czymś innym. I pierdol oczekiwania innych.

— A moje własne?

Na chwilę opiera głowę o moją pierś. — Może potrzebujesz terapii?

— Balkonowa terapeutka poleca innego terapeutę?

— Jestem okropną terapeutką.

Całuję ją delikatnie. — A ty?

— Wszyscy mamy demony, Nolan. Tak się składa, że ja swoje znam.

— Domyślam się, że ktoś do ciebie strzelał.

Zamyka oczy. — Rykoszet. A potem odkryłam, że zostałam porzucona.

— Kurwa.

— Miałam na myśli niespodziewane zakończenie związku. — Jej oczy błyszczą i pod uśmieszkiem dostrzegam ukryty ból. — Można by pomyśleć, że są lepsze miejsca na zerwanie niż oddział ratunkowy w Syrii. Ale wiesz, takie rzeczy się zdarzają. Chodzi mi o to, że różne rzeczy się dzieją. Więc nie rozmawiajmy o szczegółach, po prostu bądźmy. Oboje czegoś szukaliśmy i to dostaliśmy.

— Dlaczego to brzmi jak koniec?

Ivy wzdycha. — Ponieważ byliśmy owinięci w kokon seksu, coś, co jest poza czasem i nie pochodzi z realnego świata. Niedługo wrócisz do domu, poukładasz swoje życie, a ja pójdę dalej, zrobię następny krok.

— Właściwie… — Wodzę palcem po łuku jej ust. — To brzmi, jakbyś chciała się mnie pozbyć. A co, jeśli będę chciał cię dalej widywać?

— To nie jest prawdziwe.

Ale błysk w jej spojrzeniu jest prawdziwy. Tak samo jak moje słowa. Ona ma w sobie coś, co trzyma w szachu zgorzkniałego dupka we mnie. Poza tym mógłbym zatracić się w jej ciele na tygodnie albo miesiące. Seks z każdym razem stawał się lepszy, jakbym za każdym razem uczył się czegoś nowego i lepiej rozumiał, co oznaczają jej jęki. Dziś rano kochaliśmy się powoli. To były senne, leniwe ruchy, pchnięcia i pieszczoty połączone z pocałunkami, którymi delektowaliśmy się jak najlepszą whisky. Orgazmy, które nastąpiły, były przyjemnym produktem ubocznym aktu.

Ona też chce mnie odkrywać.

Ale ona też jest uwięziona w sobie.

— Może ja chcę czegoś więcej — mówię.

— Jesteś na wakacjach, Nolan. Przetwarzasz stare rany i splatasz je w opowieści. To nic poważnego.

— Ale możemy poudawać — odpowiadam. Słowa wypływają same, bo chcę jeszcze jednej rundy, zanim to wszystko się skończy. Chcę… więcej.

— Co proponujesz?

— Wrócę teraz do hotelu i się odświeżę. Ty włożysz ładną sukienkę i pójdziemy na randkę. A potem spędzimy razem czas, który nam obojgu został tutaj, w Wenecji, i zobaczymy, co się stanie.

Kiwa powoli głową, a w jej niebieskich oczach toczy się wojna. — To nie jest życzenie, to jest rzeczywistość.

— Mam w dupie rzeczywistość, Ivy.

— Ja wolałabym pieprzyć ciebie — odpowiada.

I ogień w moim brzuchu zaczyna płonąć. Całuję ją, maleńkie pocałunki wzdłuż jej szczęki aż do ucha, a ona wydaje ten cichy dźwięk, od którego robię się twardy. — Chcę umówić się z mądrą, fascynującą kobietą. Jutro. Jest taka knajpka nad kanałem, tuż przy wodzie, wygląda pięknie. Nazywa się chyba Carlotta's.

— Nie tania.

— Nie jestem spłukany. — Schodzę pocałunkami w dół jej szyi.

— Nie miałeś właśnie iść?

— Może jutro rano, wtedy zjemy lunch, będziemy turystami, a potem będziemy mogli się rozebrać i…

— Naprawdę chcesz spędzić ze mną czas poza tym mieszkaniem?

— W realnym świecie? Tak.

Nie odpowiada, po prostu gadamy o wszystkim, schodząc z bieżących wydarzeń na świecie na muzykę, na głupie gry słowne, którymi we mnie rzuca, i naprawdę nie sądzę, żebym mógł się kiedykolwiek znudzić tą kobietą. Nie powiedziała „tak” na moją propozycję. Ale kiedy rozgościliśmy się na kanapie, dała mi swój numer na karteczce, zanim opadła na moje kolana.

To najdłuższa gra wstępna na świecie i nie wiem, dlaczego tak bardzo chcę ją znowu zobaczyć. Może dlatego, że to po prostu wydaje się właściwe.

W końcu prowadzi mnie do sypialni i znowu się kochamy. Powieki mi ciążą, ale chcę odpowiedzi. Przytula się do mnie, naga, a ja głaszczę jej ciemne włosy. — Powiedz tak, Ivy. Na jutro. Mamy randkę i może to będzie początek.

— Ja… ja nie robię takich rzeczy.

— Czego? Nie żyjesz? No dalej: powiedz tak!

Unosi się i patrzy na mnie. — Tak.

Uśmiecham się, gdy siada okrakiem na mnie. — O trzynastej. Nie spóźnij się.

******

W nocy wracają dobrze znane sny i budzę się zlany potem. We śnie trzymam w ręku piłkę do futbolu i z jakiegoś powodu zaliczam przyłożenie na moich cholernych nartach, a potem cierpię piekielne męki.

Odsuwam się od jej śpiącego ciała i rozmasowuję skurcz w kolanie.

Na moich ubraniach leży smartfon. Ekran miga i rozlega się ciche brzęczenie.

Wiem, kto to i wiem, o co chodzi.

To mruganie smartfona brutalnie sprowadza mnie na ziemię.

Co ja sobie właściwie myślałem? Randka? O Boże, jak nisko upadłem?

Po cichu się ubieram. Przecież ja jej nawet nie znam. Poza tym muszę ogarnąć swoje życie. Muszę przerwać tę podróż i zniknąć stąd. Jest konferencja prasowa, którą ciągle odkładałem, ale w końcu muszę się z tym zmierzyć.

Nolan Rhys, gwiazda na pozycji rozgrywającego, to już ostatecznie historia. Muszę spojrzeć tej prawdzie w oczy.

Wkładam buty, biorę moją znienawidzoną laskę i znajduję kartkę z jej numerem tam, gdzie ją zostawiłem, na komodzie przy drzwiach. Zgniatam papier w dłoni i wyrzucam go do kosza.

Nie będę potrzebował jej numeru.

Nie spotkam się z nią.

Nie zobaczę jej więcej.

Gdy za moimi plecami porusza się przez sen, wychodzę za drzwi.

Znikam i ani razu się nie odwracam.

Rozdział 3

Ivy

Cztery lata później.

Frank DeLuca z niewiarygodnie bogatej rodziny DeLuców jest po drugiej stronie słuchawki, kiedy opieram się na beżowej, aksamitnej kanapie w moim mieszkaniu w East Village. Zamykam oczy, a ciągły szum i gwar świata zewnętrznego obmywa mnie niczym łagodne fale.

— Daj spokój, Ivy, to świetna sprawa.

— Nie, nie jestem fanką sportu.

— Potrzebuję cię.

— Frank, nie jestem tu po to, żeby pomagać ci w twoich sprawach rodzinnych.

Przez chwilę panuje cisza, ale zaraz potem Frank mówi:

— Chcę zostawić po sobie jakiś ślad. A Brooklyn Dragons…

— Dragons? Czy twoje smoki zieją ogniem? — pytam, prostując się i przyciągając do siebie laptopa leżącego na stoliku do kawy. — Walczą z rycerzami? Albo z innymi smokami? Półsmokami? A może z magicznymi stworzeniami z zakazanego lasu w Hogwarcie?

Frank śmieje się w sposób, który pokazuje, że jest niewzruszony.

— Tak już jest w futbolu. Chyba wiesz, co to AFL? — Robi krótką pauzę, a gdy nie wydaję z siebie żadnego dźwięku, dodaje: — To skrót od American Football League.

— Chcesz grać w lidze zawodowej? I oczywiście, że wiem, co oznacza AFL. — Marszcząc brwi, przelatuję wzrokiem po stronie na ekranie. — Wikipedia twierdzi, że Dragons zniknęli z mapy, odkąd…

— Wiem, co tam jest napisane. Dragons zapadli w sen zimowy i powrócili. Teraz należą do mnie i chcę z nich coś zrobić.

— Od zera do milionera. Jak feniks z popiołów.

— Ivy. Jesteś najlepszą pisarką, jaką znam.

— Pochlebstwa — odpowiadam — nic ci nie dadzą.

Frank śmieje się i odchrząkuje.

— Oboje wiemy, że próbujesz przekonać kogoś do opublikowania całej serii artykułów o ubóstwie w stanach południowych. Ale podejrzewam, że twoja historia, dla której chcesz zamieszkać w pobliżu ubogich robotników i dokumentować ich codzienne życie, jest droga i opatrzona etykietą „nikogo to nie obchodzi”.

Wzbiera we mnie gorąca złość.

— Ludzie chcą wielkiej historii, a to mogłaby być ona.

— Jeśli będziesz miała środki finansowe, a w tym mógłbym pomóc.

Złość w moim brzuchu zamienia się w ostrożną nadzieję.

— Ale jest jakiś haczyk, prawda?

— Oczywiście, że jest. Sześć miesięcy, Ivy. Sześć miesięcy z drużyną, która z niczego zamienia się w coś wielkiego. Staram się o pewnego menedżera i jest już prawie gotów podpisać kontrakt. Facet jest legendą. Nie wiem, czy łatwo będzie się z nim pracowało, ale to nie szkodzi.

— Co dokładnie miałoby być moim zadaniem?

— Rób to, co potrafisz najlepiej. Wydobądź z tego człowieczeństwo i napisz o tym.

— O jednym człowieku?

Frank śmieje się i niemal widzę, jak przewraca oczami.

— Chodzi o drużynę. Wchodzisz w szczegóły, pokazujesz ludziom wszystko bez upiększeń, blizny, wzloty i upadki. Pokazujesz wrażliwość i robisz to perfekcyjnie.

— Frank…

— Tylko w ten sposób to zadziała. Zdobywam menedżera, zdobywam drużynę. I zdobywam szansę na zbudowanie własnego futbolowego imperium. Sześć miesięcy, może nawet dłużej, jeśli będziesz zainteresowana. Chcę, żebyś swoimi reportażami zwróciła uwagę ludzi na drużynę. Chcę, żeby ludzie pokochali tę drużynę.

— Znasz mnie od czasów college'u. — I właśnie w tym tkwi problem. Ludzie, którzy znają cię od dawna, wiedzą, które guziki nacisnąć, a także jak i kiedy.

Kiedy Frank po raz pierwszy opowiedział mi o możliwości udokumentowania powstania nowej drużyny, mój umysł zalała fala pomysłów, co i jak mogłabym zrobić. Teraz jest jasne, o co chodzi.