Playing for Passion - Quarterback dla Dakota (Brooklyn Dragons 3) - Rebecca Baker - ebook

Playing for Passion - Quarterback dla Dakota (Brooklyn Dragons 3) ebook

Rebecca Baker

0,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

ON potrzebuje jej, by wygrać mecz i ocalić drużynę.
ONA potrzebuje go, by ocalić swoją karierę.
Oboje nie znoszą się z powodu przeszłości.
Jeszcze nigdy udawanie niedostępnych nie było tak gorące...

Agentka sportowa Dakota potrzebuje gwiazdy futbolu, Brooksa. Nie potrafi mu wybaczyć przeszłości. Potrzebuje jednak jego wpływów i nazwiska, by jej agencja przetrwała.

Gdy z powodu kontuzji Brooks zostaje zdany na łaskę losu, na szali leży nie tylko jego reputacja, ale i cała kariera.

Dlatego oboje są zmuszeni do współpracy, by ocalić siebie nawzajem. Wkrótce staje się jasne, że stawką jest nie tylko ich kariera i reputacja, ale także ich serca.

Przynajmniej jeśli oboje zdołają zostawić za sobą mroczną przeszłość i sobie zaufać… Ale czy ktoś taki jak Brooks w ogóle zasługuje na drugą szansę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Playing for Passion

Quarterback dla Dakota

Rebecca Baker

Spis treści

1.Opis2.Rozdział 13.Rozdział 24.Rozdział 35.Rozdział 4 6.Rozdział 57.Rozdział 68.Rozdział 79.Rozdział 8 10.Rozdział 911.Rozdział 10 12.Rozdział 1113.Rozdział 1214.Rozdział 1315.Rozdział 1416.Rozdział 1517.Rozdział 16 18.Rozdział 1719.Rozdział 1820.Rozdział 1921.Rozdział 2022.Rozdział 2123.Rozdział 2224.Rozdział 2325.Rozdział 2426.Rozdział 25 27.Rozdział 2628.Rozdział 2729.Rozdział 28

Opis

ON potrzebuje jej, by wygrać mecz i ocalić drużynę. ONA potrzebuje go, by ocalić swoją karierę. Oboje nie znoszą się z powodu przeszłości. Jeszcze nigdy udawanie niedostępnych nie było tak gorące...

Agentka sportowa Dakota potrzebuje gwiazdy futbolu, Brooksa. Nie potrafi mu wybaczyć przeszłości. Potrzebuje jednak jego wpływów i nazwiska, by jej agencja przetrwała.

Gdy z powodu kontuzji Brooks zostaje zdany na łaskę losu, na szali leży nie tylko jego reputacja, ale i cała kariera.

Dlatego oboje są zmuszeni do współpracy, by ocalić siebie nawzajem. Wkrótce staje się jasne, że stawką jest nie tylko ich kariera i reputacja, ale także ich serca.

Przynajmniej jeśli oboje zdołają zostawić za sobą mroczną przeszłość i sobie zaufać… Ale czy ktoś taki jak Brooks w ogóle zasługuje na drugą szansę?

Rozdział 1

Brooks

Jestem królem świata.

Co do tego wszyscy są zgodni.

Ale w tej chwili jestem raczej bardzo pijanym królem świata.

Szkoda tylko, że właśnie pocałowałem żonę innego faceta. A może to raczej ona mnie pocałowała?

Gdzieś w tym barze ktoś morduje mnie wzrokiem.

Stoi gdzieś za mną. Czuję to do szpiku kości. Ale przede mną stoi moja piękna eks.

— No dalej, Brooks — mówi Jeannie, patrząc na mnie tym swoim spojrzeniem w stylu chodź, przeleć mnie. — Chodźmy stąd.

Otrząsam się, gdy znów próbuje przycisnąć swoje usta do moich. — Cholera, to nie jest w porządku!

Wszystko wiruje. Jestem pijany, tak cholernie pijany. Kiedy lekko mrużę oczy, widzę tylko Jeannie.

— Brooks, ty i ja, jesteśmy…

Jest moją piętą achillesową, moją trucizną, toksycznym uderzeniem gorąca, które potrafi szybko przejąć kontrolę nad moim kutasem, a nie widziałem jej od ponad roku. A jednak teraz tu jest. To jak zły sen, a może raczej mokry sen?

— Skończeni — kończę jej zdanie. — Z nami koniec. — Biorę moją whisky i wychylam ją do dna. Król świata powinien się ulotnić. — Dlaczego tu jesteś?

— Z twojego powodu, z powodu meczu — pochyla się — żebym mogła zrobić ci loda.

Chciałbym, żeby to zrobiła. Ale teraz pewnie wyruchałbym nawet latarnię. Nie jestem nawet napalony, po prostu pijany, i wszystko, bez względu na to, jak jest złe, wydaje się teraz dobrym pomysłem. Dlaczego Jeannie jest tu akurat teraz? Czy już o tym nie myślałem?

— Wyszłaś za pieprzonego gwiazdora rocka, wracaj do niego.

Okręca się wokół mnie. Jej lśniące, rude włosy są w nieładzie, a ona pachnie drogimi perfumami. — Nie chcę go.

— Jestem zbyt pijany. — Klepię ją po głowie, a ona jak kotka wtula się w mój dotyk, podczas gdy ja próbuję się wyprostować, nie przewracając się w barze. — Na to wszystko.

Jeannie sięga do mojej kieszeni i wyciąga kluczyki. — W takim razie widzimy się w domu.

— W domu. — Spojrzenia za moimi plecami planują teraz na mnie zamach. — Nie chcę iść do domu.

— Przyjechałam, żeby się z tobą zobaczyć, żebyś mógł to wszystko dostać — wpycha mi w dłoń swoje piersi — a nie po to, żeby być odrzucaną czy ganioną wzrokiem przez twoją najnowszą zdobycz.

Moją co? Rozglądam się i mrugam. Nie ma tu żadnej z moich byłych dziewczyn ani stałych kochanek. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z mojej drużyny na mnie leciał – a już na pewno nie ci, którzy jeszcze tu są i świętują nasze oficjalne wejście do play-offów. Jest też kilka dziewczyn, ale… o.

Patrzę w bursztynowe oczy, które kipią czynną niechęcią, oczy, które nawet w moim stanie przyprawiają mnie o ciarki na plecach.

Ciemne, pełne nienawiści oczy, otoczone ładnymi, miodowymi włosami związanymi w schludny kucyk.

— Dakota?

Jeannie prycha na to imię i odchodzi z moimi kluczykami, odpychając ludzi z drogi i przyciągając uwagę wszystkich swoimi długimi nogami w naprawdę krótkiej spódniczce.

Uśmiecham się do Dakoty, wzruszam ramionami i chwiejnym krokiem wychodzę na zewnątrz, w chłodne nocne powietrze. — W czym problem, Jeannie?

Odwraca się do mnie. — Ty jesteś moim problemem.

— Ja? — Śmieję się, opierając o nią i obejmując ją w talii. — Skarbie, to nie ja poślubiłem kogoś innego, kiedy się pokłóciliśmy. I nie przybiegłem do ciebie, kiedy pokłóciłem się z kimś innym. Powinniśmy dać sobie spokój.

— Pragniesz mnie.

— Oczywiście, że cię pragnę, Jeannie. Ale…

— Jedziemy do ciebie. — Puszcza mnie, odsuwa się i podchodzi do samochodu.

Kręci mi się w głowie i czuję, że ktoś mnie obserwuje. Kurwa, ma moje kluczyki. Potykając się, podążam za nią w noc Red Hook i idę do samochodu zaparkowanego tuż przed barem. To zgrabne, małe wynajęte auto, nie jeden z tych tanich samochodów na minuty, które można zarezerwować i wynająć w całym mieście. Wsiada do środka i otwiera drzwi pasażera.

Nawet pijany wiem, że pójście z nią do łóżka byłoby cholernie głupie. Ale potrzebuję kluczyków, więc wsiadam.

Rusza z piskiem opon i pędzi ulicą.

— Nie jesteśmy w L.A., skarbie — mamroczę, a wszystko wokół wiruje. — I oddaj mi kluczyki.

— Gdzie mieszkasz?

— Lower East Side… Czekaj, Jeannie. Nie. Z nami koniec.

— Tak mówisz — stwierdza i skręca tak gwałtownie, że uderzam w drzwi — ale oboje wiemy, że nie masz tego na myśli.

— Ależ mam. — Jestem prawie pewien, że to prawda. Nie, wiem, że to prawda.

Odwraca się i patrzy na mnie. — Jesteśmy razem, odkąd mieliśmy jakieś osiemnaście lat.

— Z przerwami. Więcej przerw niż bycia razem. Od tamtej pory… O tak. Przeleciałaś mojego najlepszego przyjaciela i całą masę innych ludzi.

— Jakbyś ty tego nie robił, Brooks. I ja ci wybaczam.

— Nie przeleciałem swojego najlepszego przyjaciela, tego jestem prawie pewien. — Mój mózg jest tak zamroczony. — Nie wybaczam ani tobie, ani sobie. Ale jesteś mężatką, skarbie. To zdecydowane nie.

— Kocham cię…

— Kurwa, Jeannie, uważaj! — Wyglądam przez okno i nagle wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Sposób, w jaki przeklina. Potem na mnie krzyczy. Drugi samochód. Uderzenie i dźwięk rozrywanego metalu. Fala uderzeniowa. Słyszę sam siebie. — Zderzymy się! Zderzymy się!

Brzmię tak spokojnie, a potem z impetem w coś uderzam.

Wszystko spowija czerń.

******

Trzeźwienie na izbie przyjęć nie należy do przyjemności. Lekarz coś do mnie mówi, ale nie słyszę go dobrze. Boli mnie. Głowa. Szyja. Noga.

Cholera. Moja noga. Niedobrze.

— Gdzie jest Jeannie? — Wypowiadam te słowa, ponieważ wydają się właściwym pytaniem.

Lekarz patrzy na mnie i marszczy czoło. — Na zewnątrz czeka na pana kobieta. Zrozumiał pan wszystko?

— Tak, tak — macham ręką. Chcę iść do domu. Chcę moje kluczyki. Chcę, żeby to wszystko okazało się złym snem. — Zrozumiałem.

Odpycham się od szpitalnego łóżka i prawie upadam.

— Zaburzenia równowagi. — Śmieję się pod nosem, ale biorę formularz, który trzyma w ręku, i podpisuję go.

Boli mnie prawa noga, tak jak reszta ciała. Na szczęście mam jeszcze w sobie resztki alkoholu, które tłumią ból i go znieczulają. Jestem wystarczająco trzeźwy, żeby chodzić. Wezmę kluczyki, dowlekę się do domu i udam, że nic z tego się nie wydarzyło.

Może to sygnał ostrzegawczy, którego potrzebowałem. Albo po prostu czas skończyć z tym gównem, żeby dotrwać do Super Bowl.

Zajdziemy daleko. Jesteśmy dobrym zespołem, a ze mną i Vanderem Jonesem to będzie pestka.

Gdyby tylko ta cholerna noga przestała boleć i ciążyć z powodu resztek promili w mojej głowie.

W poczekalni zwalniam, trzymając w jednej ręce kurtkę i przezroczystą, plastikową torbę z moimi rzeczami osobistymi.

To nie Jeannie.

Wysoka, ładna blondynka o miodowych włosach patrzy na mnie ponuro.

— Co ty tu robisz, Dakota?

— Zadzwoniłeś do mnie, dupku.

Dyskomfort i resztki alkoholu nie stanowią dobrego połączenia. — Naprawdę?

Pamiętam mgliście, że mój kolega z drużyny i przyjaciel, Vander, wpisał mi w telefonie numer swojej agentki, ale nie chcę mieć nic wspólnego z agentami. Zwłaszcza z jakąś Dakotą Armstrong, którą znam z młodości i która teraz… tak, teraz mnie nienawidzi. Co jest ze mną, do cholery?

Głowa zaczyna mi pulsować.

— Chodź — mówi. — Wyjdziemy bocznym wyjściem.

Mrużę oczy. — Dlaczego my?

— My, bo do mnie zadzwoniłeś i bo jesteś wrakiem, Brooks. Poza tym na zewnątrz jest prasa. — Podchodzi bliżej i przy każdym kolejnym słowie wbija mi palec w pierś. — Gówno mnie obchodzisz, ale obchodzą mnie Dragons.

— Jestem sławny, mała D. — mówię. — Co ja poradzę na to, że prasa tu jest?

Ale ona popycha mnie wzdłuż wypolerowanego korytarza w stronę znaku z napisem „Wyjście”. Nie umyka jej spojrzenie, kiedy się potykam i przeklinam.

— Nie, Brooks, prasa jest tu, bo postanowiłeś pieprzyć żonę innego faceta i miałeś z nią wypadek. A teraz ruszaj się.

Na zewnątrz jest zimno. Obok nas, przy wejściu na izbę przyjęć, zatrzymuje się karetka, a ona prowadzi mnie w dół zakręconej, bocznej ścieżki, gdzie stoi samochód. Wygląda na Ubera. Mój mózg powoli się restartuje i nie wiem, gdzie jest moja torba ani Jeannie. Zatrzymuję się. — Czy ona…

— Twoja zamężna dziewczyna ma się dobrze, pojechała do domu.

— Ma moje kluczyki. — Nie zadaję sobie trudu, by poprawić ją w kwestii Jeannie. To nie jej sprawa. Moje pokręcone życie nikogo nie obchodzi.

— To zamów sobie samochód i do niej jedź. — Wkłada ręce do kieszeni płaszcza. — Ja jadę tym.

Powoli zaczyna mnie wszystko boleć i chcę tylko spać. — Mogę się przespać u ciebie?

Marszczy brwi. — Co? Nie. Ty…

— Nieważne. — Odwracam się i wyciągam telefon z plastikowej torby, którą dali mi w szpitalu. Oczywiście nie działa.

— Brooks? Możesz wziąć moją kanapę.

******

Mam potwornego kaca, a do tego sińce i ból wszędzie, które przypominają mi o wypadku. Na prostym stoliku kawowym, wciśniętym w ciasny salon Dakoty, stoi kawa, a ja nawet nie wiem dokładnie, gdzie w Nowym Jorku jesteśmy.

Siadam, przeczesuję dłonią włosy i biorę łyk kawy.

— O, dobrze, wstałeś. — Podnoszę wzrok i widzę Dakotę opartą o regał z książkami. — Musimy iść.

Wstaję, noga mnie ciągnie, a żołądek się przy tym przewraca. — Dokąd idziemy?

— W każdym razie nie do twojej dziewczyny.

— Ona nie jest… — Przerywam. — Jeannie jest moją byłą. Uroiła sobie, że mogłoby być między nami coś więcej.

— Dlatego wsadziłeś jej język do gardła?

Mam bardzo mgliste wspomnienia pocałunku. — Jeśli tak było, to przez przypadek.

Dakota śmieje się i rzuca we mnie moją kurtką. Udaje mi się ją złapać, zanim spadnie na filiżankę z kawą. — Jasne.

Pytanie „Dlaczego mnie nienawidzisz?” kołacze mi się w głowie, ale postanawiam trzymać język za zębami. Dla wielu ludzi zły chłopak Brooks nie jest na szczycie listy ulubieńców. Mam to gdzieś. Liczy się tylko to, że mogę grać, zarabiać pieniądze i być najlepszym cholernym rozgrywającym, jakim kiedykolwiek byłem. Więc mówię tylko: — Jak bardzo byłem pijany?

Jej usta wykrzywiają się lekko pod warstwą wrogości. — W skali od jednego do dziesięciu?

— Tak.

— Jakieś 45.

Gwiżdżę cicho. — To wyjaśnia urwany film.

— Myślałeś, że jesteś trzeźwy, kiedy wychodziliśmy ze szpitala, ale nadal byłeś pijany. Jak głowa? Boli cię?

Krzywię się. — Tak.

— Dobrze. — Jej uśmiech nie jest przyjemny. — Mam samochód i musimy jechać.

— Dokąd?

— Do Nolana Rhysa. Pamięta go pan, prawda? Menedżera Dragons?

Tak, oczywiście, że wiem. Ale w tej chwili naprawdę żałuję, że wiem.

Cholera.

******

— Mój Boże, Brady, co z panem jest?

Nolan Rhys opiera się o biurko. Jego szpakowate, brązowe włosy są w kompletnym nieładzie i ma na sobie tylko stare dżinsy i sweter, a mimo to jakoś udaje mu się wyglądać tak onieśmielająco, jakby nosił garnitur z najwyższej półki.

Zrugał mnie za cały ten medialny szum, który wywołaliśmy ja i Jeannie. Ciągle chcę powiedzieć, że nic nie zrobiłem, ale sam wiem, że to nieprawda. Moje związki są toksyczne, a ten z Jeannie jest najgorszy ze wszystkich. Nie ma znaczenia, że nie chciałem się z nią przespać. Nic z tego nie jest ważne, poza tym, że wsiadłem do tego cholernego samochodu po tym, jak ją pocałowałem, albo ona mnie. A potem, hej, natychmiastowa burza w prasie.

Zły rodzaj prasy.

Historia mojego pieprzonego życia.

— Brooks, jest pan zawieszony do odwołania.

— No weź, Nolan.

Wzdycha. — Chodzi o jeden lub dwa mecze. Musimy to przeczekać.

Wstaję i krzywię się, co nie umyka uwadze Rhysa.

— Wszystko w porządku?

— Kac. — Opieram się chęci potarcia nogi. Wiem, że mam kontuzję i prawdopodobnie ta przerwa mi pomoże.

Ale Nolan śmieje się i krzyżuje ramiona. — Kontuzjowanego byłego rozgrywającego się nie oszuka, Brady.

— Miałem wypadek. Jestem tylko trochę poobijany. — Mówię to spokojnym głosem.

Patrzy na moją nogę. — Myślę, że może powinien pan wziąć sobie więcej wolnego.

— Nie. — Zmuszam się do uspokojenia. — Poradzę sobie z tym.

Nolan spogląda na mnie. — Z czym sobie pan poradzi?

Gorąco uderza mi do twarzy, ale wytrzymuję jego spojrzenie. Znam swój kontrakt wystarczająco dobrze. Mogę zrobić przerwę z powodu kontuzji, ale wtedy stracę pieniądze i rok kariery. A jeśli przekroczę określony czas, zawalę sprawę reszcie drużyny.

Nolan o tym wie.

— Z moimi obrażeniami i bólem po wypadku.

Milczy przez chwilę, ale w końcu kiwa głową. — I lepiej, żeby tak było.

— Tak jest.

— Musimy jeszcze jedną rzecz wyjaśnić. Trzymaj pan pod kontrolą swojego wewnętrznego demona, tego złego chłopca Brooksa Brady'ego. Swoje wybryki może pan uprawiać za zamkniętymi drzwiami. Jest pan jednym z najlepszych, ale to nie znaczy, że będę ratował panu tyłek, jeśli będzie pan sprawiał problemy drużynie Dragons.

— Zrozumiałem — mówię.

— Aha i co do tych bólów: jeśli kryje się za tym coś więcej, proszę mi powiedzieć teraz. Bo jeśli nie będzie pan w stanie grać w określonym czasie, z Dragons będzie koniec. Musi pan być w formie, kiedy będziemy szli po puchar.

Rozdział 2

Dakota

Czarne włosy, lśniące oczy jak szafiry o barwie nocnego nieba i usta wprost stworzone do grzechu. Brooks Brady wygląda jeszcze lepiej niż wtedy, gdy poznałam go w wieku trzynastu lat.

I nadal go nienawidzę.

Sprawia kłopoty. Taki był zawsze i taki już pozostanie. Wypełnia całe szpalty plotkarskich gazet i niszczy związki, jakby to było jego hobby.

Poza tym jest najlepszym rozgrywającym, jakiego widziałam, przynajmniej odkąd Nolan Rhys nie gra już aktywnie w futbol.

To muszę mu przyznać, bo potrafię rozpoznać prawdziwy talent i wolę walki. Właśnie tego nauczył mnie ojciec.

Ale nienawidzę Brooksa tak bardzo, że można by pomyśleć, że mam na jego punkcie obsesję.

Siedzę w biurze narzeczonej Nolana, Ivy, i czekam. Właśnie teraz Nolan urządza Brooksowi piekło za wczorajszą noc i naprawdę chciałabym tam być, żeby mu pomóc. Może mogłabym podać mu trochę benzyny, a potem wręczyć zapałki?

Historyjki i zdjęcia Brooksa, które można znaleźć wszędzie w mediach społecznościowych, dobijają mnie, więc odkładam urządzenie na bok.

Niegrzeczny chłopiec Brooks. Fantastyczny w odpowiedni sposób dla legionów swoich fanek. Idealna pożywka dla prasy brukowej. I genialny w tym, co robi na boisku.

Nie ma agenta sportowego, który by go reprezentował, i byłby dla mnie idealny, gdybym tak bardzo go nie nienawidziła. Ale jeśli jest jedna rzecz, której nauczył mnie ojciec, to właśnie to: nie chodzi o to, żeby lubić tych, z którymi chce się podpisać kontrakt. To tylko biznes.

Ale Brooks nie podpisze kontraktu – nie żeby go o to prosiła. Byłby jednak dokładnie tym, czego potrzebuję, by popłynąć na fali sukcesu, zamiast dryfować w łupince orzecha na płytkich wodach – co oznaczało: wreszcie się przebić i nie musieć oglądać każdego grosza dwa razy. Ten cały stres będzie mnie nadal kosztował mnóstwo paznokci, które już teraz wyglądają, jakby manicure zrobił mi jakiś gryzoń.

Wstaję i zaczynam nerwowo krążyć po biurze Ivy, zastanawiając się, jak do tego doszło.

Poszłam do niego wczoraj, bo zadzwonił, a ja widziałam go wieczorem po meczu pijanego w sztok w barze i wmawiałam sobie, że robię to dla Nolana i Vandera, których bardzo cenię. Pozwoliłam mu przenocować na mojej kanapie, bo pracuję dla Dragons i Vandera i z chęcią dodałabym do mojej listy klientów ich gwiazdorskiego rozgrywającego. Miłość w sensie biznesowym, rzecz jasna. A teraz jestem tutaj, bo Nolan mnie o to poprosił.

Opieram czoło o ścianę i zamykam oczy.

Brooks kuleje. Próbował to ukryć, ale podejrzewam, że kontuzja po wczorajszym wypadku nie jest na tyle poważna, by zakończyć jego karierę, ale mogłaby być na tyle zła, by pokrzyżować plany właściciela klubu.

Frank Deluca zdecydowanie ma jakieś plany. Dlatego ma tak surowe zasady, których drużyna musi przestrzegać, i jeszcze surowsze cele, które zawodnicy muszą osiągnąć. Podejrzewam, że tylko dlatego wszyscy dostają tak absurdalnie duże pieniądze.

A jeśli Brooks to schrzani…

Wypuszczam powietrze i prostuję się, znów zaczynając krążyć, bo nie mogę usiedzieć w miejscu.

Drzwi się otwierają, odwracam się i staję twarzą w twarz z Nolanem. Na jego przystojnej twarzy maluje się złość i troska.

— Jestem — mówię z udawanym ukłonem — jak rozkazałeś.

— Zamknij się, Dot.

Opieram się o biurko jego narzeczonej. — A zmuś mnie.

— Muszę już użerać się z jednym idiotą, więc ty przynajmniej nie bądź taka uparta. — Wzdycha i przeciera oczy. — A tak przy okazji, dzięki za pomoc i zgarnięcie naszego niegrzecznego chłopca.

— Cóż innego mogłaby zrobić chciwa agentka? Wyobrażam sobie, że poprosiłeś mnie, żebym została, aby zaproponować mi jakiś układ.

— Dlaczego go zabrałaś?

Przesuwam dłonią po krawędzi biurka i prostuję się. — Miałam spotkanie po meczu i… — Wzruszam ramionami. — Sam wiesz.

— Potrzebujesz więcej ludzi do reprezentowania, prawda?

— Nie podoba mi się, w jakim kierunku to zmierza, Noley.

Śmieje się i kręci głową. — Wiesz, że prasa nazywa tego dupka, Brooksa Brady’ego, nowym Nolanem Rhysem, prawda? I wiesz, że twój ojciec poruszyłby niebo i ziemię, żeby zmusić go do podpisania kontraktu.

— Tata go nie lubił.

— Podpisałby z nim kontrakt, Dot, i dobrze o tym wiesz. — Nolan przesuwa dłonią po karku, podchodząc do mnie. Jestem wysoka, ale ci faceci zawsze sprawiają, że czuję się jak krasnal.

Wzdycham. — Wiem. Tak, wiem. Ale… jest powód, dla którego on nie ma agenta i…

— Rozmawiałaś z lekarzem na ostrym dyżurze?

— Nie bardzo. — Mrużę oczy, patrząc na niego z dołu. — Nie ma wstrząśnienia mózgu. Wiem to. Był pijany. I mam na myśli naprawdę pijany — mówię.

— Jego kontuzja…

— A co z nią? — Oboje to widzieliśmy, nawet jeśli to tylko drobnostka, ale Brooks Brady doznał urazu w wypadku. Może potrzebuje tylko dnia odpoczynku, a może jest gorzej. — Nie jestem terapeutką.

— Jesteś lepsza od wszystkich, jakich kiedykolwiek spotkałem.

— Bez uprawnień — przypominam mu.

Wypuszcza powietrze i obejmuje mnie. — To dzięki tobie nie potrzebuję już laski do chodzenia. Ale… — Cofa się. — Nie dlatego poprosiłem cię, żebyś została. Masz łeb na karku, Dot. Widzisz jasno, o wiele jaśniej niż prawie wszyscy inni, może z wyjątkiem Ivy. Potrzebuję kogoś, kto będzie miał oko na Brooksa.

— Nie ma mowy, nie jestem niańką.

— Facet jest autodestrukcyjny, a jego była tylko sprawia kłopoty.

Ciemne, małe ostrze wbija się we mnie. — Ma wiele byłych.

— Ta najważniejsza. Ta z wczorajszej nocy. Ta zamężna — mówi Nolan.

— Jest dorosłym mężczyzną, Nolan.

— Można by tak pomyśleć… — Przez chwilę patrzy na swoje dłonie. — Rzecz w tym, że DeLuca wyraźnie powiedział, że nie może być żadnych skandali.

Zaciskam usta. — Przynajmniej nie tego rodzaju skandalu.

W biurze przy ścianie stoi mała sofa, na której siada. — On wciąż tu jest. Poczekam.

******

Jestem agentką sportowców, a nie cholerną niańką. Właściwie jest jeszcze gorzej. Jestem agentką, która nie do końca wybrała ten zawód. Po prostu kochałam mojego ojca, a on kochał to. Agencja była jego dziedzictwem, które mi zostawił, a teraz… teraz jest na skraju upadku. Mogę reprezentować Dragons i Vandera, ale to prawie nie ma znaczenia, co robię, bo żeby utrzymać agencję, potrzebuję po prostu znacznie więcej talentów, które pozwolą mi się reprezentować.

Zależy mi na dziedzictwie, a poza tym, co innego mogłabym robić? Przegapiłam swoją szansę w tańcu. A medycyna sportowa? Terapia? Tam obowiązują żelazne zasady, a moja pasja nie jest na tyle duża, żeby się w to wgryźć i wyrobić sobie tam nazwisko.

Więc robię to.

A teraz Nolan chce, żebym dodała do swojego portfolio niańczenie. Z pikantnym dodatkiem opieki nad Brooksem w związku z jego kontuzją, przynajmniej o ile jest ona poważniejsza, niż dotąd sądzono. Wszystko to, zgodnie z życzeniem Nolana, pod płaszczykiem tajemnicy — nikt inny nie może się o tym dowiedzieć.

To sprytne posunięcie ze strony Nolana.

Gdybym nie kochała tego faceta jak starszego brata, znienawidziłabym go za to.

Ale muszę przyznać, że ma rację. Ze względu na DeLucę, ze względu na kontuzję i ze względu na Brooksa Brady’ego, który potrzebuje pomocnej dłoni, żeby nie zejść na złą drogę.

Brooks siedzi w otwartej części budynku i wpatruje się w boisko, które widać przez szklaną ścianę.

Jest tak cholernie piękny. Ta cała zamyślona aura, dobrze zbudowane ciało, przystojna twarz.

Ale nienawidzę go – i właśnie o tym muszę sobie ciągle przypominać.

— Potrzebuję moich kluczy.

— To wszystko, co masz do powiedzenia?

Odwraca się do mnie i zapiera mi dech w piersiach. — Wiesz, co w tobie lubię? Twój urok, miłość, ciepło.

Wpatruję się w niego. — Nie lubię cię, ale Nolan chce, żebym ci pomogła.

— Jesteś agentką, a ja nie współpracuję z agentami, nawet z kobietami.

Jest tu rząd foteli i kanap dla wszystkich, którzy muszą czekać, kiedy tu przychodzą. Siadam na jednej z nich i przesuwam dłońmi po udach. — Potrzebujesz kogoś, kto ci w tym pomoże, Brooks. — Spoglądam na jego nogę. Nie oszczędza jej, ale też się nie rusza. — Usiądź.

Patrzy na mnie i przez sekundę myślę, że powie „nie”, ale zamiast tego podchodzi i siada obok mnie. Robi to naprawdę dobrze, niemal idealnie. To, że boli go prawa noga – może kostka, może wyżej, nie wiem – można poznać po sposobie, w jaki siada. Przenosi ciężar ciała trochę na lewą rękę, gdy się opiera.

— Wiele zależy od tego, czy będziesz grał dla Dragons.

— Do cholery, mała D, wiem o tym. Nie jestem kompletnym idiotą. — Zamyka oczy i opiera się, jakby nic go nie martwiło.

— Ale zachowujesz się jak jeden. Masz rację, jestem agentką. Ale ponieważ reprezentuję Dragons jako drużynę, i tak do niej należysz. Musimy ustalić kilka zasad, a ja potrzebuję numeru do tej zamężnej kobiety z wczorajszej nocy.

— Sam odbiorę od niej klucze — odpowiada.

Nie podnosi się ani nie otwiera oczu.

— Jestem pewna, że będziesz się z nią pieprzył, ale to nie jest dobry pomysł, bo oboje jesteście sławni. Ty ze względu na swój talent, a ona, bo wyszła za kogoś sławnego. Ja odbiorę dla ciebie klucze.

— Nie znasz Jeannie.

— I nie chcę tego zmieniać. Ale to nie jest rodzaj skandalu, jakiego chcą szefowie drużyny, idioto. — Nie żeby w ogóle chcieli jakiegokolwiek skandalu. Nie żeby Frank chciał skandalu.

Wtedy otwiera oczy i patrzy na mnie. — Nie sypiam z nią. Nie pieprzyłem jej od ponad roku. To…

— Jej numer.

Mruczy coś, czego nie rozumiem, a potem wysyła mi wiadomość. — Zadowolona?

— Nie. I nie obchodzą mnie wasze świństwa. Ale obchodzi mnie drużyna. — Pochylam się do przodu. — Weź samochód, jedź do domu i…

— Jeannie ukradła mi klucze.

— Gdybyś zechciał mi pozwolić dokończyć. — Mierzę go moim złym spojrzeniem, ale on tylko patrzy na mnie znudzony. Cholerny dupek. — Gdzie możemy się spotkać za kilka godzin w pobliżu twojego mieszkania?

Wzdycha. — W barze Malley’s, róg Stanton i Orchard.

— Znowu chcesz pić?

— Mają jedzenie, a ja mieszkam tuż obok. Czy to już wszystko? — Podnosi się i wstaje.

— Tak, to wszystko. Wyślę ci wiadomość.

Po tych słowach Brooks łapie swoją torbę i kurtkę leżące na innym krześle i wychodzi.

Ja również wstaję i wpatruję się w niego. Facet ma świetny tyłek. Jest dupkiem ze wspaniałym tyłkiem w spodniach.

Nikt nie powiedział, że trzeba kogoś lubić, żeby uważać go za gorętszego niż erupcja słoneczna.

— I co?

Odwracam się i patrzę na Nolana, który podnosi ręce, pokazując, że się poddaje.

— Nie znoszę go.

— Tak, ale musisz z nim pracować. Nie chodzi mi tak bardzo o lubienie. Chodzi o dobro drużyny, Dot, wiesz o tym.

— Odbiorę jego klucze, urządzę mu pogadankę, a potem niewiele więcej mogę zrobić, niż przykuć go do siebie. — Unoszę podbródek i patrzę w górę na Nolana. — Czego nie zrobię.

— Tego bym od ciebie nie wymagał.

A jednak właśnie tego chce, ale jest zbyt sprytny, by powiedzieć to wprost. — Rzecz w tym, że nie dowiem się, czy coś jest nie tak, jeśli on nie potraktuje tego poważnie.

— Masz na myśli, czy to kontuzja, o którą trzeba się martwić, czy tylko potrzebuje trochę odpoczynku?

— Tak. — Przełyka ślinę, wyjmuje telefon z kieszeni i spogląda na ekran. Nolan nie patrzy na mnie. — Hipotetycznie rzecz biorąc, posadzę go na ławce na dłużej, jeśli to tylko coś, co wymaga trochę czasu. Ale tylko jeśli mi pomożesz.

— Jestem agentką, pamiętasz?

— Pomóż mu — mówi, nie patrząc na mnie, przesuwając palcem po ekranie telefonu — tak jak pomogłaś mnie.

Wydycham powietrze, cofam się o krok i przesuwam dłońmi po udach w dżinsach. — Myślisz, że to może być coś poważnego?

— Tak.

— Jeśli miałabym mu pomóc, musiałabym najpierw sprawić, żeby się zgodził.

— Brooks nie będzie miał innego wyboru. — Lodowaty chłód w jego głosie przyprawia mnie o dreszcze.

Podchodzę o krok bliżej i zatrzymuję się. — Jeśli to zrobię, będę musiała spędzać z Brooksem dużo czasu. To więcej niż kilka pogadanek i występ w roli niańki.

— Tak to już jest, Dot.

— Noley… — Kręcę głową. — Nie znoszę go. Potrzebuję jakiejś zachęty.

— Czego chcesz?

— On nie lubi agentów, Nolan.

— Brooks Brady to utalentowany skurczybyk, ale nawet tacy mają swoją cenę. Czego chcesz?

Jeśli uda mi się pozyskać Brooksa, to… Patrzę na Nolana. — Chcę zawrzeć z tobą umowę, której będziesz się trzymał, albo mu nie pomogę.

Rozdział 3

Brooks

Noga — a właściwie kolano — zaczyna mnie boleć i strasznie mi to działa na nerwy. Rzecz w tym, że nie pamiętam zbyt wielu szczegółów wypadku. Tylko moment zderzenia w zwolnionym tempie i to, jak wszystko się zamazało.

Opieram się o ladę w małym, ulubionym kącie. To nie jest bar sportowy, tylko staromodny irlandzki pub. O ile dobrze pamiętam, przychodziłem do takich miejsc jako nieletni punk, zanim mój stary zaczął bić matkę, a ona w końcu miała dość i wyjechała aż do Teksasu. Jestem za to wdzięczny.

To znaczy, jestem wdzięczny, że to staromodny irlandzki pub, a nie za przemoc domową.

Podchodzę do swojego stolika, ściskając butelkę piwa w dłoni, jakby była podporą — i w sumie nią jest. Piję właśnie czwarte i nie jestem jeszcze gotowy, żeby coś zjeść, a nie lubię pić w takim miejscu tylko wody albo słodkich napojów.

Wziąłem ze sobą książkę, która zdążyła już pozaginać rogi w mojej torbie. Leży obok mnie, ale przeczytałem tę samą stronę już zbyt wiele razy, bo po prostu nie mogę się skupić. Jest jeszcze telefon, ale…

Do tej pory przegapiłem dwanaście telefonów od Jeannie, trzy od gorącej blondynki, którą niedawno przeleciałem, i dwa od jeszcze innej.

Ani jednego telefonu od pięknej, nienawidzącej Brooksa Dakoty.

Nie zamierzam odsłuchiwać wiadomości od Jeannie z poczty głosowej ani czytać żadnej z jej wiadomości tekstowych.

Bez wątpienia będzie próbowała zwabić mnie z powrotem do swojej sieci. Powie mi, że boję się jej bogatego, wkurzonego męża, gwiazdy rocka, którego ma gdzieś. Przytuli się do mnie, rozbierze i spróbuje skłonić mnie do robienia tego, w czym jesteśmy tacy dobrzy.

Ale nie jest warta tego, żebym dla niej ryzykował karierę.

Skończyłem z nią. Jestem cholernie pewien, że z nią skończyłem. Intelektualnie z nią skończyłem. A co na to serce? Nie słucham go, bo ciągle pakuje mnie w kłopoty. Daj mi gorącą laskę, od której stanie mi kutas, a będę szczęśliwy. Strach? Nie, ani trochę.

Właściwie to więcej nas dzieliło, niż łączyło, ale teraz naprawdę nadszedł na to czas.

Rok bez cyrku pod tytułem „Jeannie i Brooks” to więcej niż wystarczająco, by pójść po rozum do głowy i zobaczyć światełko w tunelu. Nawet gdybym naprawdę się wahał, wielki kamień na jej palcu ostatecznie wyjaśnił mi sprawę.

Nie orzę w cudzym ogródku.

Rany, ciągle kręcę się w kółko przez to całe gówno.

Czuję mrowienie na skórze, gdy ktoś podchodzi do mojego stolika i znam to uczucie. Nie czułem go od lat, tylko przy bardzo konkretnych osobach.

Odchylam się i spoglądam na nią. — Wciąż jesteś w jednym kawałku. Jeannie spuściła z tonu.

Kluczyki lądują przede mną na pooranym bruzdami stole, gdy Dakota siada naprzeciwko.

Wrogość w tym geście jest wyraźnie wyczuwalna.

— Jest idiotką, więc rozumiem, dlaczego coś was łączy.

— Jesteś czarująca jak zawsze.

Dakota kręci głową, a jej miodowoblond kucyk przelatuje z boku na bok, gdy zabiera moje piwo. — Ledwo zamieniliśmy ze sobą słowo, odkąd jesteś w drużynie.

— To nieprawda — mówię cicho. — A może jednak?

— Dobra, ledwo zamieniliśmy słowo aż do twojego wczorajszego wołania o pomoc.

Wyciągam nogi pod stołem, moja lewa muska jej nogę, a ona lekko drży, podczas gdy mnie przeszywa gorąco. Prawie się uśmiecham. Więc jednak nie jestem na nią aż tak odporny. — Mogę już iść?

— Nie.

— A jeśli dam ci słowo honoru, że nie tknę Jeannie?

Dakota się śmieje. — Jakby mnie obchodziło, kogo tykasz.

Chcę powiedzieć: „Kłamczucha”, ale tego nie robię.

— Ale przez wzgląd na drużynę i twój kontrakt musisz trzymać się od niej i od wszystkich skandali, które tak uwielbiasz, z daleka. Jej też to powiedziałam.

Sięgam po swoje piwo i biorę łyk. Robi się ciepłe. Piję tylko po to, żeby ją wkurzyć, co w sumie jest zabawne. Ten lekki rumieniec na jej wysokich i całkiem eleganckich kościach policzkowych, ten buńczuczny wyraz na pełnych ustach, ta iskra w bursztynowych oczach.

— Pewnie dlatego dzwoniła do mnie tyle razy w ciągu ostatnich godzin. — Założę się, że to przynajmniej jeden z powodów, ale tak naprawdę chcę tylko wkurzyć Dakotę i zobaczyć, jak zareaguje.

W jej oczach zapala się ogień.

— Nie jesteś taki wyjątkowy, Brooks. Gdybyś nie był Dragonem, z przyjemnością wepchnęłabym cię w oczekujące ramiona tej tandetnej rockmanowej.

Uśmiecham się. — Dlaczego nie powiesz mi, co naprawdę czujesz?

— Sam musisz widzieć, że twoja gorąca laska jest kompletnie tandetna. Wczoraj wieczorem była praktycznie naga.

— To się nazywa minispódniczka.

— Tandeta.

— Zazdrosna?

— Daj spokój. — Wierci się na krześle, bębniąc palcami o stół. Obgryzione paznokcie miała już wtedy. Wydają się pęknięciem w jej dakotowej zbroi. — Dobrze wygląda, ale to by było na tyle. — Potem przechyla głowę i robi minę w stylu „pieprz się”. — Przepraszam, uraziłam twoje tandetne uczucia?

— Ała, Dakota. Jeszcze trochę i zaczniesz wieszać moje plakaty w sypialni.

— Wolę laleczkę voodoo z twoją podobizną. Świetna poduszeczka na szpilki.

Śmieję się. — Jesteś urocza, kiedy podkochujesz się w facecie.

— Rzecz w tym, Brooks, że musisz się teraz wziąć w garść i zachowywać. Nieważne, czy siedzisz na ławce, czy nie. I musisz wrócić do formy.

— Jestem w cholernie dobrej formie, mała D. Wszystkie laski tak uważają.

Przewraca oczami. — Twoje gadanie nic ci nie da, więc przestań. Nie uważam tego ani za urocze, ani za seksowne. Musisz umówić się na wizytę w sprawie nogi.

Kurwa, jest jak piękna upierdliwa mucha i po prostu nie odpuszcza. Wzdycham i pochylam się. — Dobra, trochę się poturbowałem podczas wypadku. Posiedzę na ławce, a na następny mecz będę w formie. Nie ma to jak odrobina przymusowego odpoczynku.

— Boże, ale z ciebie głupek. Co się stanie, jeśli nie wrócisz do formy i będzie jeszcze gorzej?

Wygłasza mi kazanie, a tego mi nie potrzeba. Zawsze odsuwałem od siebie te pytania „co by było, gdyby”, bo nie mogę sobie na nie pozwolić. Tak samo, jak nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie grać, kiedy się ode mnie tego oczekuje. Płacą mi za czas na ławce rezerwowych, ale jeśli to potrwa zbyt długo…

— Nie będzie.

— Mogę ci pomóc.

Na jej policzki wkrada się rumieniec, a ja, marszcząc czoło, poruszam się na krześle. — Nie chcę agenta, Dakota. Nic do ciebie nie mam, ale nie chcę tego całego gówna.

— Umówię cię na wizytę u lekarza i jutro cię tam zawiozę. A potem? Porozmawiamy o tym, bo masz kontuzję, a małe rzeczy mają tendencję do stawania się dużymi, jeśli się o nie nie zadba. Mogę ci pomóc, jeśli… — Przerywa i spuszcza wzrok.

— …podpiszę z tobą kontrakt?

Teraz patrzy mi w oczy. — Tak.

— Przykro mi. Nie jestem zainteresowany. — Prawie wyciągam rękę, ale się powstrzymuję. — Dzięki za kluczyki.

— Dobrze. To twoja przyszłość, Brooks. Ale jutrzejsza wizyta…

— Nie.

Wzdycha. — Brooks, zabiorę cię do kogoś, komu ufam. Oboje wiemy, że wylatujesz, jeśli lekarka drużyny albo ktoś, do kogo cię skieruje, o czymkolwiek się dowie. Albo jeśli zbyt długo będziesz poza grą, a potem doznasz kontuzji lub nie będziesz w formie według standardów Nolana…

Dakota nie kończy, nie musi.

— Widzimy się jutro — mówię spokojnym tonem. — A potem zobaczymy.

— Zostańmy w kontakcie. I trzymaj się z daleka od swojej laseczki.

******

Kontuzja nie jest bardzo poważna, ale wystarczająco poważna. Będę potrzebował wielu zabiegów i może nawet operacji, jeśli samo się nie poprawi, a ja nie będę dobrze współpracował podczas leczenia. Dakota po wizycie niewiele mówi, ale jest mądrą kobietą i potrafi czytać mi z twarzy, nawet jeśli przybrałem pokerowy wyraz.

Wracam do domu metrem i jedyne, o czym mogę myśleć, podczas gdy mój telefon dosłownie eksploduje w drodze do mojego mieszkania na Orchard Street, to to, że cholernie się cieszę, że Jeannie nie ma mojego adresu. Wiem, że w końcu będę musiał z nią porozmawiać, ale teraz nie jest na to dobry moment. Informuję ją o tym krótką wiadomością, a potem wyciszam nasz czat.

Czuję się z tego powodu jak ostatni dupek.

Może i jesteśmy dla siebie toksyczni, a nasz związek, a raczej jego resztki, jest już dawno skończony, ale ona nie jest złym człowiekiem.

Po prostu do siebie nie pasujemy.

Ja z nikim w ten sposób nie funkcjonuję.

Nasz związek zawsze był pełen dramatów, toksyczności i dzikiego, gorącego seksu, ale w tej chwili mam inne zmartwienia. Na przykład, większością moich pieniędzy wspieram matkę i młodszego brata. Jeśli tutaj nawalę, pociągnę ich za sobą. A biorąc pod uwagę kontrakt, który podpisałem… mógłbym stracić wszystko.

Gdy tylko wchodzę do mieszkania, idę do kuchni i wyjmuję sok z lodówki. Tak naprawdę potrzebuję czegoś z tych wymyślnych rzeczy, które zawsze pije Vander, ale nie muszę prowadzić luksusowego życia jak on. Dach nad głową, mieszkanie, dobrze zaopatrzone konto bankowe dla mojej rodziny i jestem szczęśliwy.

Chcę tylko, żeby mój brat Flynn poszedł do dobrej szkoły, żeby moja matka miała świetny dom i nie musiała pracować w robocie, która nie daje jej żadnych perspektyw. Tak jest teraz i tak ma zostać. A Flynn będzie mógł pójść do każdej szkoły, jeśli będzie miał odpowiednie oceny, ale ja też dbam o to, żeby niczego im nie brakowało.

Piję kolejny łyk soku, idę do salonu, siadam na kanapie i włączam muzykę. Iggy Pop idealnie pasuje teraz do mojego nastroju.

Mój telefon się podświetla. To Nolan.

Pogadaj z Dakotą. To dzięki niej nie potrzebuję już laski do chodzenia. To rozkaz. Nieważne, czy myślisz, że jej potrzebujesz, czy nie, będziesz z nią współpracował. I podpiszesz wszystko, czego od ciebie zażąda, inaczej wylatujesz.

Pieprz się.

Będzie chciała, żebym podpisał z nią kontrakt. Wiem, że nie powiedział, jak długo mam to ciągnąć. Ale wiem też, jak bardzo Nolan i Vander się o nią troszczą. To, co ja do niej czuję, jest bez znaczenia. Już jej nie znam. Ale wiem, co ona czuje do mnie. Nie znosi mnie.

Nie jestem pewien, czy damy radę dobrze ze sobą współpracować. Mamy wspólną przeszłość. Przeszłość, która, jak sądzę, bardzo jej się nie podoba.

Nie wiem, dlaczego mnie nie lubi. Kobiety bywają czasem dziwne. Znam Dakotę od wieków i zawsze ją lubiłem. Może chodzi o coś, o czym myśli, że wtedy zrobiłem, a może po prostu nie lubi mojego wizerunku. To nie ma znaczenia. Jedyne, co się liczy, to to, że jej uczucia do mnie nie są przyjemne.

Telefon znów się rozświetla. Nolan. Znowu.

Mówię cholernie poważnie, Brooks. Podpisz, co chce, i współpracuj z nią. Zrozumiałeś?

Z westchnieniem odpisuję. Tak, zrozumiałem, stary.

Wygląda więc na to, że Dakota Armstrong będzie miała nowego klienta: mnie. Nawet jeśli tylko na dwanaście miesięcy. Potrzebuję pieniędzy od Dragons dla siebie i mojej rodziny. Ale tu chodzi o coś więcej. Mogłem pójść gdziekolwiek albo zostać w moim poprzednim zespole. Jestem więcej niż tylko dobry. Jestem najlepszy.

Ale tak, cholerny Nolan Rhys to legenda, a szansa na pracę z nim to coś, czego nie chcę przegapić. Chętnie zagrałbym przeciwko niemu albo z nim. Ale to jest równie dobre, prawdopodobnie nawet lepsze.

A do tego są Brooklyn Dragons. To budowa nowej potęgi, budowa legendarnego zespołu. Stworzonego z niczego.

Chcę być tego częścią i móc przypisać sobie tę historię sukcesu. Pewnie tak jak wszyscy inni. Gdy tylko Dragons wyrobią sobie markę, każdy, kto coś znaczy, będzie chciał być tego częścią.

To coś wyjątkowego.

Więc zrobię wszystko, żeby pozostać w grze.

Jeśli mi się to uda, mogę mieć wszystko.

Niektórzy mogą to nazwać desperacją. Ja nazywam to przeznaczeniem. Moim przeznaczeniem.

Więc dzwonię do tej cholernej Dakoty. Odbiera po pierwszym sygnale.

— Dobra, gadaj, mała D. Słucham.

Rozdział 4

Dakota