Love your Billionaire Boss - Pokochaj swojego szefa-miliardera (Billionaire Romance #3) - Rebecca Baker - ebook

Love your Billionaire Boss - Pokochaj swojego szefa-miliardera (Billionaire Romance #3) ebook

Rebecca Baker

4,0

29 osób interesuje się tą książką

Opis

Jestem spłukana, zdesperowana i podaję drinki zarozumiałym sportowcom, którzy myślą, że jestem w ofercie.
Jedna gorąca noc z playboy'em-miliarderem drużyny zmienia wszystko.
Teraz jestem uwięziona między umową, której nie mogę odrzucić, a miliarderem, który nie przyjmuje odmowy.

Dziura w moim koncie bankowym sprowadziła mnie do tego sportowego baru. Dziura, którą Kenny Masters wypala w moich murach obronnych, może mnie zniszczyć.

Jest wszystkim, czego przysięgałam unikać: zabójczy uśmiech, konto pękające w szwach i reputacja kolekcjonera kobiet jak trofeów. Gwiazda drużyny, która co wieczór ma inne dziewczyny wiszące mu na ramieniu.

Tylko że dziś wieczór jego oczy są utkwione we mnie.

„Co cię do mnie sprowadza, skarbie?" To pytanie rozpala coś zakazanego. Coś szalonego. Coś, przez co zapominam, że jestem tylko spłukaną barmanką nalewającą mu whiskey.

Jeden dotyk — i między nami trzaska elektryczność.
Jeden pocałunek — i moje zasady rozpadają się w pył.
Jedna noc — i jestem stracona dla każdego innego.

Przez chwilę — jedną głupią, piękną chwilę — wierzę, że jestem inna. Że to, jak mnie trzymał, coś znaczyło. Że jego szepty nie były tylko gadką w pościeli.

A potem przychodzi umowa: Bądź jego. Wyłącznie jego. Rzuć bar, a on zajmie się wszystkim.

Innymi słowy: chce utrzymanki. Ładnej zabawki do kolekcji. Kolejnego trofeum — z tą różnicą, że tym nie zamierza się dzielić.

Ale ktoś zapomniał powiedzieć o zasadach jego koledze z drużyny.

Teraz ściga mnie facet, który uważa, że jestem do wzięcia, podczas gdy ten, który twierdzi, że do niego należę, przygląda się temu z lodowatą obojętnością. Bo Kenny dostał to, czego chciał, prawda?

Tyle że ciągle się pojawia. Ciągle zaznacza swoje prawa. Ciągle patrzy na mnie tak, jakby umierał z głodu, a ja była jego ostatnim posiłkiem.

I zaczynam rozumieć, że Kenny Masters nie dzieli się swoimi zabawkami.

Pytanie tylko: czy jestem dla niego kolejną grą — czy playboy w końcu jest gotowy grać o wszystko?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 268

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (3 oceny)
0
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Love your Billionaire Boss - Pokochaj swojego szefa-miliardera

Romans z szefem-miliarderem

Rebecca Baker

Spis treści

Rozdział 1Rozdział 2Rozdział 3Rozdział 4Rozdział 5Rozdział 6Rozdział 7Rozdział 8Rozdział 9Rozdział 10Rozdział 11Rozdział 12Rozdział 13Rozdział 14Rozdział 15Rozdział 16Rozdział 17Rozdział 18Rozdział 19Rozdział 20Rozdział 21Rozdział 22Rozdział 23Rozdział 24Rozdział 25Rozdział 26Rozdział 27Rozdział 28Rozdział 29Rozdział 30Epilog

Rozdział 1

Cleo

W barze huczało od wiwatów, podłoga się kleiła, a zamówienia na drinki piętrzyły się bez końca. Cleo ledwo słyszała, lawirując za kontuarem i myjąc szklanki tylko po to, by za chwilę znów je napełnić. Przywykła do takich tłumów, gdy w mieście odbywał się mecz. To miasto żyło swoją drużyną baseballową.

Podniosła wzrok na morze biało-czerwonych koszulek; kibice stukali się szkłem i śpiewali klubowe pieśni. Musieli wygrać. Cleo nie miała o tym pojęcia, bo nie było czasu zerknąć na ekrany. Zresztą i tak nie była wielką fanką sportu, choć udawała, że nią jest, żeby dostać tę pracę.

— Kolejka tequili!

— Dwa lagery!

— Jack z colą!

Cleo przytaknęła na zamówienia, które właściwie na nią wykrzykiwano. W dni meczowe maniery czasem schodziły na dalszy plan. Była jednak do tego przyzwyczajona. W rekordowym tempie napełniła kieliszki, nalała piwo i zmieszała koktajl. Goście odebrali drinki i odwrócili się plecami, by oglądać skróty meczu. Nastąpiła krótka chwila spokoju, w której Cleo mogła złapać oddech. Oparła się o blat.

— Dzisiaj to jest dom wariatów! — powiedziała Bridget, trącając ją łokciem i biorąc łyk wody.

— Możesz to powtórzyć.

— Ech, przynajmniej napiwki będą tego warte.

Cleo skinęła głową. Bridget była jej szefową. Wysoka, smukła, o truskawkowym blondzie, przyciągała spojrzenia większości mężczyzn w lokalu. Prowadziła bar od roku, odkąd przejęła go po ojcu. Była tylko kilka lat starsza od Cleo, ale goście ją szanowali i uwielbiali to miejsce. Był to jeden z ulubionych punktów w mieście, by obejrzeć mecz. Cleo zaczęła tu pracować mniej więcej wtedy, gdy Bridget została właścicielką. Z czasem zdążyły się zaprzyjaźnić.

Bar nagle wybuchł radosnym wrzaskiem, sprawiając, że Cleo aż podskoczyła.

— Wygląda na to, że dotarli — stwierdziła Cleo, zerkając w stronę drzwi.

Bridget przytaknęła i odsunęła się od lady. Poprawiła bluzkę, by nieco bardziej wyeksponować dekolt, i mrugnęła do Cleo. Ta tylko pokręciła głową z uśmiechem.

— Dziewczyna musi sobie jakoś radzić. Zawodnicy dają bardzo hojne napiwki — rzuciła Bridget, podnosząc klapę w barze i ruszając w stronę wejścia.

Cleo patrzyła, jak Bridget przeciska się przez tłum tam, gdzie drużyna została otoczona przez fanów. W większości piątków, jeśli wygrali ważny mecz, przychodzili tutaj świętować.

To był kolejny powód, dla którego Murphy's było ulubioną miejscówką w mieście. Ojciec Bridget, Conor, zawsze witał zawodników z otwartymi ramionami i sprawiał, że czuli się jak u siebie. W mieście był niemal żywą legendą. Conor przez lata znał poprzedniego właściciela drużyny. Wszyscy bardzo posmutnieli, gdy zachorował — to właśnie dlatego Bridget przejęła bar, by on mógł odzyskać zdrowie.

Cleo cieszyła się kilkoma minutami bez wrzasków o kolejne zamówienia. Cała uwaga skupiona była na zawodnikach. Przyglądała się, jak Bridget flirtuje z jednym z nich. Bridget znała ich wszystkich po imieniu, ale Cleo wciąż ich nie zapamiętała. Nie miała po co. Po pierwsze, nie śledziła dyscypliny. Po drugie, to do zadań Bridget należało sprawienie, by czuli się wyjątkowo i mieli wszystko, czego potrzebują.

Goście rozstąpili się, tworząc przejście, a Bridget poprowadziła zawodników do ich stałego miejsca. W głębi baru znajdowała się duża, okrągła loża przeznaczona specjalnie dla drużyny w wieczory meczowe. Rozległo się więcej wiwatów i klepnięć po plecach, aż w końcu sportowcy mogli rozsiąść się na wygodnych kanapach.

— No dobrze, chłopcy, co wam podać? — zapytała Bridget, pochylając się nad stołem i posyłając im swój najbardziej olśniewający uśmiech.

Zawodnicy byli jak koty, spijali każde jej słowo.

— Piwo dla wszystkich za wyjście w podstawowym składzie! — zawołał głośno jeden z nich, mrugając do Bridget.

— Mówisz i masz. — Bridget wróciła do baru, gdzie Cleo już ustawiała szklanki na ladzie.

— To będzie długa noc — westchnęła Bridget, nalewając piwo i uważając, by nie było zbyt dużo piany.

Cleo przytaknęła, zdejmując z półki dużą tacę. Zaczęła ustawiać na niej pełne szklanki, jednocześnie starając się zapamiętać zamówienia gości przy barze. Cieszyła się ze swojej dobrej pamięci, bo służyła jej najpierw jako kelnerce, a teraz barmance. To był poniekąd powód, dla którego Bridget ją zatrudniła. Podczas rozmowy o pracę rzucono ją prosto na głęboką wodę, a ona nadążyła za wszystkimi zamówieniami. Może nie potrafiła jeszcze przyrządzić każdego drinka, ale doskonale wiedziała, co ma trafić do kogo. Bridget była pod wrażeniem i przyjęła ją od ręki.

Bridget zaniosła tacę zawodnikom, którzy uprzejmie podziękowali, zanim zaczęli pić. Cleo przyglądała im się jeszcze przez chwilę, zanim znów musiała zabrać się za przygotowywanie drinków.

Pracowite piątki trwały całymi tygodniami, bo drużyna ciągle wygrywała. Oznaczało to dla Cleo pracę do późna, ale nie narzekała, bo pieniądze były dobre. Spokojnie starczało na czynsz oraz na przybory kuchenne i składniki potrzebne do jej prawdziwej pasji — pieczenia. Kiedy nie stała za barem, prowadziła mały biznes cateringowy w swoim domu na obrzeżach miasta. Kochała spędzać dni na testowaniu nowych przepisów i realizowaniu zamówień dla klientów.

Jednak jutro raczej niewiele zdziała, bo dzisiejsza noc zapowiadała się na wyjątkowo długą. Zdecydowanie będzie potrzebowała snu, ponieważ Bridget wzięła wolne z powodu choroby — co nigdy jej się nie zdarzało — zostawiając Cleo na posterunku. Choć Cleo dobrze znała swoje obowiązki, denerwowała się rolą szefowej zamiany, zwłaszcza gdy zobaczyła wchodzącą drużynę. Goście przywitali ich standardowym, głośnym wiwatem.

Cleo zerknęła na swoje odbicie w lustrzanej ścianie baru. Jej kasztanowe włosy przydałoby się już umyć, więc spięła luźne loki klamrą. Kilka pasemek wysunęło się z przodu, okalając jej twarz. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się od lustra. Czas wcielić się w rolę gospodyni. Wytarła ręce w ręcznik i opuściła swoje miejsce za barem. Prawie nie spędzała czasu z zawodnikami, ale napatrzyła się na Bridget wystarczająco długo, by wiedzieć, co robić. Wygładziła włosy i przykleiła do twarzy szeroki uśmiech, podchodząc do nich.

— Nie ma dzisiaj Bridget? — zapytał jeden z graczy.

— Nie dzisiaj. Przykro mi was rozczarować, chłopaki — odparła Cleo z lekkim wzruszeniem ramion.

— Żadne rozczarowanie, kochanie. Jesteś Cleo, prawda? — zapytał inny zawodnik.

— Zgadza się. — Cleo wskazała na lożę, a gracze zaczęli się do niej pakować.

— Więc co mogę wam podać? — zapytała, opierając się o brzeg stołu i starając się wyglądać swobodnie.

— Whiskey. Dla wszystkich — rzucił jeden z mężczyzn.

— Dzisiaj bez piwa? — Uniosła brew.

— Nie, dzisiaj było o włos. Potrzebujemy czegoś mocniejszego.

Cleo przytaknęła, jakby miała jakiekolwiek pojęcie o tym, co działo się podczas meczu.

— Tak w ogóle, to jestem Chad. — Mrugnął do niej.

— Miło cię poznać, Chad — powiedziała Cleo z delikatnym uśmiechem.

Chad trącił gracza po swojej prawej stronie. — Przesuń się, Nico. Niech dama usiądzie. — Cleo patrzyła z niepokojem, jak zawodnicy robią dla niej miejsce na skraju loży. Bridget siedziała z nimi może raz, więc to była nowość, zwłaszcza dla niej. Nie chciała wpakować się w kłopoty, ale też nie chciała wyjść na nieuprzejmą. Rozejrzała się nerwowo, ale pozostali barmani wydawali się panować nad sytuacją. Jeszcze przez sekundę wpatrywała się w wolne miejsce.

— Dobrze, ale tylko na chwilę — powiedziała, siadając ostrożnie obok Chada. Zachowała dystans, niemal spadając z krawędzi kanapy.

— I to jest moja dziewczyna! — zawołał Nico, wznosząc w jej stronę pustą rękę.

Zmieszana, uniosła wyimaginowany kieliszek i „stuknęła się” z nim, natychmiast karcąc się w duchu za to zachowanie. Zawodnicy roześmiali się i pokiwali z aprobatą, co nieco poprawiło jej nastrój.

— Więc czym się zajmujesz, Cleo? — zagadnął Chad.

— Poza obsługiwaniem was? — odparła z zawadiackim uśmiechem.

Chad wybuchnął śmiechem. Był przystojny, nieco starszy. Nie w jej typie. Zresztą nie była pewna, czy w ogóle ma jakiś typ. Minęło mnóstwo czasu, odkąd ktokolwiek ją zainteresował. Mimo to podjęła grę. Była przyzwyczajona do podrywów w tej branży.

— Czy jesteśmy aż tak uciążliwi? — zapytał ze śmiechem.

— Nie, skądże. Uwielbiam tu pracować, ale kiedy mnie tu nie ma, to piekę.

— Co? Jak jakaś perfekcyjna pani domu? — zapytał z zaciekawieniem.

— Pewnie, coś w tym stylu. — Zaśmiała się.

— O rany, Kenny. Słyszałeś to? — zawołał Chad głośno przez stół.

Cleo zerknęła na zawodnika, do którego zwracał się Chad. Napotkała jego wzrok, po czym szybko spuściła oczy na swoje dłonie. To krótkie spojrzenie wystarczyło, by stwierdzić, że był przystojny. Bardzo przystojny. Miał ciemnobrązowe włosy, artystycznie rozczochrane, jakby każde pasmo idealnie opadało na czoło w zamierzonym nieładzie.

— Widzisz, nasz Kenny to straszny łasuch na słodycze — dodał Chad, wskazując na niego głową.

— Doprawdy? — Cleo nie odważyła się znów na niego spojrzeć, więc tylko uśmiechnęła się do Chada.

— Mhmm. Przydałoby mu się trochę słodyczy w życiu. — Chad poruszył znacząco brwiami.

— Zamknij się już — uciął Kenny, rzucając mu ostrzegawcze spojrzenie.

Cleo zaśmiała się nerwowo. Nie brzmiała jak ona sama.

— No cóż, muszę wracać do pracy. Zaraz przyniosę tę whiskey. — Wstała i skinęła im głową, uważając, by nie spojrzeć na Kenny’ego, choć czuła na sobie jego wzrok.

Wycofała się z loży i zwinnie przeszła za bar, gdzie wzięła głęboki oddech. Co się z nią działo? Jedno spojrzenie na faceta i traciła rezon. Pokręciła głową na własną głupotę i zaczęła wyjmować kieliszki z półki. Znalazła whiskey z górnej półki i zaczęła hojnie nalewać. Słyszała głośny śmiech zawodników, więc ukradkiem zerknęła w ich stronę.

Wszyscy byli pochłonięci rozmową, z wyjątkiem jednego, który spoglądał na nią spod daszka czapki. To był Kenny. Ich oczy spotkały się na moment, zanim zdała sobie sprawę, że nalała za dużo i whiskey przelewa się na tacę.

— O rany — mruknęła Cleo, zrywając kontakt wzrokowy.

— Wszystko w porządku, Cleo? — zapytała Sarah, inna barmanka.

— Tak, tak. Po prostu narobiłam tu bałaganu. — Cleo chwyciła ścierkę i zaczęła wycierać tacę.

— Zwykle masz pewniejszą rękę — zauważyła Sarah z zaciekawieniem, wodząc wzrokiem od Cleo do loży zawodników.

— Czy któryś z nich przesadził? Widziałam, że tam siedziałaś. — Sarah uniosła brew.

— Nie, nie. Wszyscy byli w porządku — zapewniła ją Cleo.

— Dobra, daj mi znać w razie czego. Bridget ma politykę zerowej tolerancji wobec molestowania, bez względu na to, o kogo chodzi.

— Dzięki, Sarah. Ale serio, wszystko gra. Obiecuję.

Sarah skinęła głową i zaczęła mieszać drinka w metalowym shakerze.

Cleo ostrożnie podniosła tacę z kieliszkami i powoli ruszyła z powrotem do loży. Nie ufała samej sobie, zwłaszcza będąc tak blisko nieznajomego, z którym nie zamieniła ani słowa.

— Proszę bardzo, chłopaki. Górna półka. — Postawiła tacę, a zawodnicy od razu sięgnęli po swoje porcje.

— Dzięki! — zawołali niemal chórem. Wychylili kieliszki, po czym zaczęli wiwatować i pokrzykiwać, z wyjątkiem Kenny’ego. Wydawał się bardziej powściągliwy. Poważniejszy. Wbił wzrok w stół, jakby był głęboko zamyślony. Przyglądała mu się jeszcze chwilę, dopóki nie stało się to ryzykowne.

— Gdybyście czegoś potrzebowali, dajcie znać. — Cleo skinęła głową i odeszła, zaintrygowana tym milczącym typem przy stole.

Rozdział 2

Kenny

Kenny powoli sączył szklaneczkę whisky, mimo że reszta jego drużyny myślała już o następnej kolejce. Nie był dziś w nastroju do imprezowania, nawet jeśli wygrali ważny mecz. To było wyrównane starcie, które trzymało ich wszystkich w napięciu aż do dziesiątego inningu, kiedy to Nico wybił piłkę dającą zwycięstwo.

To właśnie Nico przekonał Kenny'ego, żeby wyszedł dziś na miasto. Nico był jednym z najlepszych przyjaciół i współlokatorów Kenny'ego. Zdecydowanie był typem kobieciarza i Kenny też potrafił taki być, odkąd dwa lata temu Sylvie z nim zerwała. Rozstanie wciąż pozostawiało gorzki posmak w ustach Kenny'ego i dziurę w sercu, której nie potrafił zapełnić, mimo wszystkich przygód na jedną noc, których próbował.

Nie spodziewał się tego. Byli miłością z liceum. Poszli na te same studia, a ona pojawiała się na wszystkich jego meczach u siebie, żeby go dopingować. Wszyscy mówili, że wezmą ślub. Sami nawet o tym rozmawiali. Widział, jak z entuzjazmem opowiada o tym, kto będzie jej druhną i jakie kwiaty chciałaby mieć w bukiecie. Chciał wszystkiego, czego ona pragnęła.

— Dokąd pojedziemy w podróż poślubną? — zapytała z głową na jego kolanach, patrząc na niego z wyczekiwaniem.

Spuścił na nią wzrok i odgarnął pasmo blond włosów z jej czoła. — Gdziekolwiek zechcesz. Europa. Karaiby. Bali. Możliwości są nieskończone.

Wychyliła się ku niemu i pocałowała go, po czym znów wtuliła się w jego kolana. Patrzył, jak jej błękitne oczy się zamykają, ale wiedział, że jej umysł aż tętni od pomysłów. Nie miała pojęcia, że wybrał już pierścionek, ale czekał z oświadczynami do zakończenia studiów.

— Uda nam się, prawda? — zapytała, powoli otwierając oczy i napotykając jego spojrzenie.

— To głupie pytanie — odparł.

— Chodzi tylko o to, że mój letni staż jest na drugim końcu kraju...

— Ludzie cały czas potrafią utrzymać związki na odległość. A ci ludzie to nie my. To zwykli ludzie. My to Kenny i Sylvie. Nierozłączni od piętnastego roku życia. — Kenny zbliżył swoje czoło do jej czoła.

Sylvie skinęła głową i uśmiechnęła się. — Masz rację.

I miał rację przez pierwszy miesiąc lata, kiedy zaczęła letni staż na zachodnim wybrzeżu. Rozmawiali codziennie przez telefon, a ona przyleciała na jego urodziny. Tęsknił za nią, ale rzucił się w wir baseballu, żeby zająć czymś myśli. Codziennie był na siłowni i zostawał do późna po treningu. Po drugim miesiącu rozmowy telefoniczne stały się rzadsze. Jego telefony często trafiały na pocztę głosową, a na SMS-y nie dostawał odpowiedzi przez wiele godzin.

Po kilku tygodniach takiej sytuacji postanowił do niej polecieć i zrobić jej niespodziankę.

Spakował torbę sportową i leciał cztery godziny, po czym wziął taksówkę do jej mieszkania, kupując po drodze kwiaty. Kiedy dotarł pod jej drzwi, słyszał dobiegającą ze środka głośną muzykę. Zapukał. Po chwili zapukał ponownie, tym razem głośniej.

Usłyszał męski głos za drzwiami. — Nasze jedzenie dotarło! Przyciszysz to?

Kenny cofnął się o kilka kroków, by sprawdzić numer mieszkania, i wtedy drzwi otworzył mężczyzna bez koszulki. Wyglądał na jakieś trzydzieści kilka lat.

— Och, przepraszam. Chyba pomyliłem mieszkania — powiedział przepraszająco Kenny.

— Dostawca z Dragon Palace? — Mężczyzna zmierzył wzrokiem jego torbę.

Kenny pokręcił głową. — Przepraszam, stary.

Odwrócił się i zrobił kilka kroków, wyciągając telefon z kieszeni, by upewnić się co do adresu, gdy nagle usłyszał śmiech Sylvie. Odwrócił się w tamtą stronę i zobaczył, jak podchodzi do mężczyzny od tyłu i obejmuje go ramionami.

— Co za obsuwa? Umieram z głodu. — Pocałowała mężczyznę w szyję, zanim jej wzrok spoczął na Kennym.

Sapnęła i puściła mężczyznę stojącego w drzwiach.

— Kenny! Co ty tutaj robisz? — zapytała głośno, ciaśniej wiążąc jedwabny szlafrok, który niewiele zostawiał wyobraźni.

— Sylvie. Kto to jest? — zapytał Kenny, zaciskając dłoń na pasku torby, by odzyskać równowagę.

— Yyy... jestem Ben — powiedział mężczyzna, wyraźnie zmieszany.

— Ben, ten twój szef? — Kenny spojrzał na Sylvie.

— Miałam ci powiedzieć — powiedziała cicho Sylvie, patrząc w ziemię.

Kenny czuł, że zaraz zemdleje, zwymiotuje albo przyłoży Benowi w twarz. Zamiast tego jakimś cudem zmusił nogi do ruchu i pomaszerował korytarzem.

— Cholera, cholera, cholera — mówiła za nim Sylvie.

Słyszał, jak za nim biegnie.

— Kenny! Czekaj!

Szedł dalej.

— Przepraszam, naprawdę. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo potrzebuję być sama.

— Nie wyglądasz, jakbyś była sama — mruknął Kenny.

— Wiesz, co mam na myśli.

— Czyżby? — Kenny odwrócił się gwałtownie i stanął twarzą w twarz z nią. — Byliśmy razem przez sześć lat. Byłaś moim pierwszym pocałunkiem, moim pierwszym wszystkim. Nie znałem niczego innego. Myślałem, że to właśnie czyniło nas wyjątkowymi.

— Bo tak było! — Sięgnęła błagalnie po jego rękę.

— Nie dotykaj mnie. — Kenny zmierzył ją wściekłym wzrokiem.

— Przepraszam.

— Tak, ja też. — Odwrócił się od niej i ruszył schodami w dół.

Dopiero gdy siedział w taksówce jadącej z powrotem na lotnisko, pozwolił sobie na całkowitą rozsypkę.

Od tamtej pory nie interesowały go związki. Skupiał się na baseballu, pozwalając sobie na sporadyczne romanse, by zaspokoić potrzeby. Rozejrzał się po barze, ale nikt nie przykuł jego uwagi, poza barmanką. Miała krągłości, o których nie wiedziała, że są niebezpieczne, ukryte pod workowatą koszulą i barmańskim fartuchem. Prawdopodobnie tak było lepiej, bo inaczej faceci by jej nie odpuścili. Z jakiegoś powodu Kenny czuł potrzebę otoczenia jej ochroną, choć ledwie z nią rozmawiał. Może to przez ten jej uśmiech, za którym krył się smutek. Co chwila zerkał na nią za bar.

— Ziemia do Kenny'ego! — Nico szturchnął go łokciem.

— Przepraszam, co? — Kenny wyrwał się z własnych myśli.

— Nawet nie dopiłeś szklaneczki.

— Och, racja. — Kenny wypił resztę i odstawił szklankę na stół.

— I o to chodzi.

Kenny pokręcił głową z uśmiechem i zerknął na towarzystwo przy stole. Choć lubił swoich kolegów z drużyny, z niewieloma był blisko, poza Nico. Byli bardziej jak koledzy z pracy i kompanami do kieliszka niż prawdziwi przyjaciele. Prawda była taka, że Kenny miał trudności z zaufaniem komukolwiek. I nie chodziło tylko o Sylvie.

Niedawno dowiedział się, że ma brata, co nie było wielkim zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że jego ojciec miał w dawnych czasach pewną reputację. Kenny nigdy nie poznał ojca, ale wiedział, kim on jest. Matka powiedziała mu o tym, gdy był już na tyle duży, by to zrozumieć. Jego ojciec był odnoszącym sukcesy biznesmenem w mieście i był tak niewierny, jak to tylko możliwe. Małżeństwo było fasadą dla wszystkich rzeczy, które robił za kulisami. Jedną z tych rzeczy była matka Kenny'ego.

Kiedy powiedziała mu, że jest w ciąży, ojciec Kenny'ego zaproponował jej pieniądze za milczenie. To nie było bajkowe zakończenie, na jakie liczyła, więc odmówiła. Połączenie dumy i złamanego serca nie pozwoliło jej przyjąć tych pieniędzy. Nawet bez nich nigdy nie pisnęła słowa, dopóki nie powiedziała wszystkiego Kenny'emu, gdy miał trzynaście lat.

Te pieniądze mogły im się przydać. Jego matka pracowała na trzy etaty, żeby tylko opłacić czynsz i mieć co do garnka włożyć. Miała żal do jego ojca o jego bogactwo, ale twardo trwała przy swoim postanowieniu, by nie prosić o pomoc. Choć dorastając nie miał zbyt wiele, Kenny kochał swoje dzieciństwo i swoją matkę nad życie.

Choć wiadomość o posiadaniu brata nie była niespodzianką, to fakt, że był to ktoś, kogo znał, był czymś, na co Kenny nie był przygotowany. Okazało się, że jego brat, Nate, był partnerem biznesowym właściciela drużyny, Jonasa. Nate musiał o niczym nie wiedzieć, bo nic nie mówił ani nie podchodził w tej sprawie do Kenny'ego. Prawdopodobnie tak było lepiej, choć Kenny nie mógł oprzeć się niechęci do starszego brata. Brata, którego jego ojciec naprawdę chciał i którego wychował.

— Hej, hej, hej. — Głos przerwał myśli Kenny'ego. Podniósł wzrok i zobaczył swojego najlepszego przyjaciela, Justina.

— Hej, stary. Zróbcie mu miejsce, chłopaki.

Drużyna się przesunęła, a Justin wślizgnął się do loży z westchnieniem.

— Dopiero dotarłeś? — zapytał Kenny.

— Jakąś godzinę temu. Przepraszam, że przegapiłem mecz. — Justin poluzował krawat.

— Nie ma sprawy, stary. Nadal aktualne na jutro? — zapytał Kenny.

— Tak. Dziewiąta rano u ciebie?

Kenny skinął głową. Umówili się na to spotkanie w zeszłym tygodniu, żeby przejrzeć inwestycje Kenny'ego. Justin był jego doradcą i często przyjeżdżał służbowo z Nowego Jorku. Był wybawieniem, odkąd Kenny został powołany do ligi i miał więcej pieniędzy, niż wiedział, co z nimi zrobić. Dorastając w biedzie większej niż większość, Kenny był zdeterminowany, by mądrze zarządzać swoimi finansami i pomóc zaopiekować się matką. Chciał udowodnić, że nie potrzebuje ojca.

— Zamawiamy następną kolejkę, chłopaki? — zapytał Nico.

— Barmanko! — krzyknął Chad.

Kenny zerknął na bar i patrzył, jak dziewczyna niemalże siłą przywołuje uśmiech na twarz. Poczuł nagłą potrzebę zobaczenia, jak wygląda jej szczery uśmiech, i zastanawiał się, czy to on mógłby być tym, który jej go podaruje.

Przeszła pod podnoszoną częścią blatu i podeszła do ich loży, wbijając wzrok w podłogę. Dopiero gdy stanęła przy stole, podniosła głowę. Patrzyła na wszystkich poza Kennym, co sprawiło, że poczuł lekkie ukłucie niepewności.

— Czy podać wam kolejną kolejkę? — zapytała, zakładając pasmo włosów za ucho.

— Poprosimy jeszcze jedną rundę szklaneczek i po pale ale — powiedział Chad, posyłając jej uśmiech.

— Już się robi. — Odwróciła się w stronę baru, ale niespodziewanie ukradkiem zerknęła na Kenny'ego. Szybko spuścił wzrok. Co z nim było nie tak? Nie bywał nerwowy. Zwłaszcza w kontaktach z kobietami.

— Gdzie jest Bridget? — zapytał z zaciekawieniem Justin.

Nico wzruszył ramionami.

Kenny, zapominając imienia ładnej barmanki, dostrzegł swoją szansę. — No właśnie, jak ma na imię nasza barmanka?

— Katie? Connie? Carrie? — Chad zaczął wyliczać imiona.

— Nie, nie. To coś, czego nie słyszy się zbyt często — powiedział Nico, mrużąc oczy w zamyśleniu.

W tej samej chwili postawiła tacę na stole i zaczęła rozdawać drinki. Kenny patrzył, jak skupia się na pracy. Różniła się od Bridget. Zdawała się nie dbać o to, kim są, i każdego klienta traktowała tak samo. To mu się podobało. Był przyzwyczajony do dziewczyn, które rzucały mu się na szyję, co sprawiało, że łatwo było je zabrać do domu, ale nic poza tym.

— Hej, skarbie — powiedział Chad.

— Słucham? — zapytała, nie przerywając rozstawiania drinków.

— Jak masz na imię? Nasz kolega Kenny pytał. — Chad skinął głową w stronę Kenny'ego, który poczuł, jak zapada się w siedzenie. Był zażenowany, że Chad tak go wystawił.

Przez sekundę napotkała jego wzrok i lekko zmarszczyła brwi. Zawahała się przed odpowiedzią. — Cleo.

Kenny skinął głową i spuścił wzrok na stół.

Przysunęła mu drinki i podniosła tacę, po czym się odwróciła. — Dajcie znać, jeśli będziecie czegoś jeszcze potrzebować — rzuciła przez ramię.

Kiedy Kenny poczuł, że może już bezpiecznie patrzeć, odprowadził ją wzrokiem. Działała na niego jak magnes, a jego oczy nie mogły przestać śledzić każdego jej ruchu. Potrzebował czegoś, co odciągnie go od tej intrygi, jaką wzbudzała w nim ta nieznajoma. Wypił swoją szklaneczkę i duszkiem osuszył piwo.

— No, no, no. Zobaczcie, kto w końcu dołączył do imprezy! — powiedział Nico, klepiąc go po plecach. Reszta towarzystwa przy stole zaczęła wiwatować i poszła w jego ślady.

— Może napiszę do tych dziewczyn z zeszłego weekendu? — zapytał Nico, wyciągając telefon.

— Jasne, ale chodźmy dziś do innego baru. Niech się z nami spotkają w następnym — powiedział Kenny. Choć tak bardzo pragnął odciągnąć myśli od ładnej barmanki o imieniu Cleo, z jakiegoś powodu nie chciał, żeby ona to widziała.

Rozdział 3

Cleo

W niedzielny poranek Cleo zrzuciła z siebie kołdrę i usiadła, przeciągając ramiona nad głową. Sprawdziła godzinę na telefonie. Było tuż po dziewiątej rano. Ziewnęła, spuszczając stopy na podłogę i wsuwając je w puszyste kapcie. Choć była bardzo zmęczona, musiała wstać.

To była długa noc w barze. Bridget wzięła kolejny wieczór wolnego, by dojść do siebie po przeziębieniu, co oznaczało, że Cleo znów dowodziła. Cieszyła się, że nie był to wieczór meczowy, bo nie wiedziała, czy poradziłaby sobie ponownie z takim tłumem. Choć właściwie nie miałaby nic przeciwko, by znów zobaczyć tego jednego gracza. Kenny'ego.

Nie mogła przestać o nim myśleć. Nie była pewna, czy to przez jego spokojny sposób bycia, czy przez te ciepłe, brązowe oczy, czy może dlatego, że wydawał się inny niż reszta jego drużyny. Cleo wciąż wracała myślami do momentów, w których ich spojrzenia się spotkały. Trwało to krótko, ale siła, z jaką te kilka sekund na nią zadziałało, była niezwykła.

Poszła do łazienki umyć zęby i twarz. Gdy wycierała się ręcznikiem, usłyszała brzęknięcie telefonu na szafce nocnej. Podeszła i odblokowała ekran. To był SMS.

Elle: Będę za piętnaście minut. Jestem głodna

Cleo zaśmiała się pod nosem. Elle była jej najlepszą przyjaciółką i pełniła rolę degustatorki w kuchni. Przynajmniej raz w tygodniu wpadała, by „pomagać” Cleo, choć tak naprawdę nie robiła zbyt wiele poza gadaniem i podkradaniem kęsów do spróbowania. Cleo to jednak nie przeszkadzało. Lubiła jej towarzystwo. Mimo pracy w barze pełnym ludzi, czasem można było poczuć się naprawdę samotnie.

Cleo wciągnęła wygodne dresy i zeszła na dół do kuchni, by zaparzyć dzbanek kawy. Potrzebowała kofeiny — czekało ją mnóstwo pieczenia. Przez ostatnie kilka tygodni dopracowywała swoje przepisy, by móc spróbować swoich sił w jednej z miejskich kawiarni. Do tej pory piekła tylko dla przyjaciół i rodziny oraz na kilka małych lokalnych imprez. Teraz czuła, że jest gotowa postawić kolejny krok i zmienić to w prawdziwy biznes.

Gdy kawa była gotowa, Cleo nalała sobie parujący kubek i zdjęła z półki swój przepiśnik. Zaczęła kartkować strony, zastanawiając się, co dzisiaj upiec. Właśnie zdecydowała się na cynamonki, muffinki i strudle, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.

Podeszła do wejścia i otworzyła je — na progu stała rozpromieniona Elle. Cleo mocno ją uścisnęła i zaprosiła gestem do środka.

Elle zaczęła węszyć i lekko się skrzywiła. — Nie czuję niczego pysznego. — Bo jeszcze nie zaczęłam — roześmiała się Cleo.

— Ale ja przymieram głodem — ogłosiła dramatycznie Elle.

— Na pewno mam jakieś pozostałe muffinki jagodowe.

— Uff. — Elle starła z czoła wyimaginowany pot.

— Co byś beze mnie zrobiła?

— Nie mam pojęcia.

Cleo pokręciła głową z uśmiechem i wyciągnęła pojemnik z muffinkami jagodowymi, które upiekła kilka dni wcześniej. Położyła jedną na talerzyku i podgrzała w mikrofalówce. Elle przyjęła talerz z wdzięcznością i ugryzła spory kawałek.

Przymknęła oczy z zachwytu. — Mmmm. To jest niebiańskie.

Cleo uśmiechnęła się. Nie było lepszego uczucia niż patrzeć, jak ktoś delektuje się tym, co przygotowała.

— Poważnie, Cleo! To powinno być w każdej kawiarni. Masz dar, moja droga.

— Właściwie za kilka dni zamierzam ruszyć w miasto z ofertą. Mam nadzieję, że któraś z kawiarni połknie bakcyla. Dosłownie.

Elle zaśmiała się. — Na pewno. Muszą.

Cleo skinęła głową z nadzieją, po czym potężnie ziewnęła. Sięgnęła po kubek kawy i wzięła długi łyk.

— Ciężka noc? — Elle uniosła brew.

— Nie wyszłam stamtąd przed czwartą rano.

— Rany, dziewczyno.

— Wiem. Powtarzam sobie, że to nie na zawsze. Poza tym naprawdę lubię Bridget.

— A jak ona się w ogóle czuje? — zapytała Elle, biorąc kolejny kęs muffinki.

— Lepiej. Powinna wrócić za stery dziś wieczorem.

Elle przytaknęła. — Dobrze, dobrze. I teraz masz kilka następnych dni, żeby skupić się na tym. — Zakreśliła ręką koło w kuchni. — Więc co dzisiaj robimy?

Cleo uśmiechnęła się. — Ja robię klonowe cynamonki, muffinki cynamonowe i strudle z truskawkami i serkiem.

— Ej, no. Ja przecież pomagam. W pewnym sensie. Wszystko brzmi wyśmienicie.

— Mhm — mruknęła sarkastycznie Cleo, zaczynając przeglądać składniki w spiżarni.

Przez następną godzinę skrupulatnie mieszała składniki, co jakiś czas próbując różnych mas i ciast. Elle wiedziała, kiedy jest czas na rozmowę, a kiedy należy zamilknąć, by pozwolić Cleo się skupić. Znały się na tyle długo, że rozumiały nawzajem język ciała i gesty na wylot.

Jako dzieci mieszkały po przeciwnych stronach ulicy. Cleo miała domek na drzewie, w którym urządzały noclegi; ściany obklejone były plakatami z czasopism dla nastolatek, a w drewnie wyryte były imiona chłopaków, w których się kochały. W każdy weekend nocowały u siebie nawzajem. Chodziły razem do każdej klasy. Choć nie mogły przestać gadać, nauczyciele nigdy ich nie rozdzielili.

Były przy sobie podczas pierwszych związków i zerwań, przy rozwodzie rodziców Elle i przedwczesnej śmierci babci Cleo. Były definicją najlepszych przyjaciółek i choć dostały się na różne uczelnie, pozostały blisko. Zawarły pakt, obiecując sobie, że po studiach wylądują w tym samym mieście, które ostatecznie okazało się Bostonem.

— Dobra, strudle gotowe. Muffinki lądują w piecu. Cynamonki muszą teraz chwilę wyrastać — powiedziała Cleo, studiując przez chwilę swój przepiśnik. Gdy upewniła się, że wszystko jest pod kontrolą, nalała sobie kolejny kubek kawy i usiadła przy kuchennym stole. Elle zeskoczyła z blatu i zajęła miejsce naprzeciwko niej.

— Noooo... — zaczęła Elle, posyłając Cleo porozumiewawczy uśmieszek.

— Znam tę minę.

— Jaką minę? — Elle niewinnie wzruszyła ramionami.

— Tę minę, którą robisz tuż przed pytaniem: „spotykasz się z kimś?”.

— No więc, spotykasz się? — Elle pociągnęła łyk kawy.

— Nic się nie zmieniło od ostatniego razu, kiedy pytałaś, a to było... kiedy? Dwa dni temu.

Elle roześmiała się.

Cleo pokręciła głową i znów napiła się kawy. Nie miała czasu na randki. Pomiędzy pracą w barze a pieczeniem w dni wolne, była zbyt zmęczona, by w ogóle dopuszczać do siebie taką myśl. Poza tym ostatnia randka, na której była, okazała się katastrofą. I oczywiście był to pomysł Elle.

Elle wyswatała ją z jednym ze swoich współpracowników z biura. Zobaczyła go w kserokopiarni i uznała, że jest całkiem przystojny. Po krótkiej, swobodnej rozmowie dała mu numer Cleo. Zirytowanej Cleo powiedziała później, że lepiej prosić o przebaczenie niż o pozwolenie.

Cleo przyjęła zaproszenie na kolację w swój wieczór wolny od pracy w barze. Spotkała się z nim w wytwornej restauracji w samym sercu miasta, którą sam wybrał. Wieczór zaczął się fatalnie, bo spóźnił się dwadzieścia minut. Ponieważ była to jej pierwsza randka od przeprowadzki do Bostonu, przymknęła na to oko w nadziei, że dalej będzie już tylko lepiej. Stało się jednak inaczej. Przez większość czasu siedział w telefonie. Twierdził, że zapomniał portfela, choć mogłaby przysiąc, że wchodził z nim w ręku. Na koniec wieczoru niemal rzucił się z pocałunkiem na jej policzek, gdy odwróciła głowę, broniąc się przed jego zalotami.

— Wiesz... u mnie w pracy jest taki nowy chłopak... — zaczęła Elle.

Cleo uniosła dłoń. — Nie. Nie ma mowy. Co ci powiedziałam po ostatnim razie?

— No weź! Nie wiedziałam, że to będzie randka z piekła rodem.

— Nigdy więcej. — Cleo pokręciła głową.

— No doooobra. — Elle dramatycznie odchyliła głowę do tyłu.

— Może po prostu skup się na swoim związku?

— Nuuudy — jęknęła Elle.

— Przestań. Przecież kochasz Brada.

— Kocham, kocham. Jesteśmy po prostu jak stare dobre małżeństwo. Potrzebuję trochę pikanterii w życiu, więc próbuję ją czerpać z twojego.

— Cóż, w szafce masz trochę cynamonu. — Cleo wskazała głową w stronę kuchni.

— Osz, zamknij się. — Elle wybuchnęła śmiechem. — Ale mówię poważnie, Cleo. Musisz wyjść do ludzi.

Cleo wzruszyła ramionami.

— Pracujesz w jednym z najpopularniejszych barów w mieście. Przez cztery noce w tygodniu otaczają cię faceci. Mogłabyś przebierać jak w ulęgałkach.

— Jasne, na pewno. Poza tym oni są zbyt zajęci wykrzykiwaniem zamówień albo oglądaniem meczu, żeby ze mną pogadać.

— No a co z zawodnikami? Wiem, że wpadają tam prawie po każdym meczu u siebie.

— A co z nimi?

Elle oparła się o krzesło, wyraźnie poirytowana. — Ach, nie wiem. Obcisłe spodnie. Fajne tyłki. Jeszcze fajniejsze wypłaty.

Cleo roześmiała się na cały głos. — Jesteś niemożliwa.

— Mówię serio. Dlaczego z nimi nie zagadasz?

Cleo pomyślała o tym, by wspomnieć jej o Kennym z tamtego wieczoru, ale szybko zrezygnowała. Elle nigdy by jej nie dała spokoju. Pewnie pojawiłaby się w barze podczas następnego meczu u siebie i przyniosła jej wstyd. Miała dobre intencje, ale bywała męcząca.

— Tacy faceci nie lecą na takie dziewczyny jak ja — powiedziała cicho Cleo.

— Dziewczyno, widziałaś się w lustrze? Jesteś piękna. Pieczesz. Potrafisz zrobić genialnego drinka. Każdy facet miałby szczęście, będąc z taką dziewczyną jak ty.

Cleo wzruszyła ramionami. — Tak czy siak, chcę się teraz skupić na pieczeniu.

— Jesteś jak stara maleńka.

Minutnik w piekarniku zadzwonił. Cleo odetchnęła w duchu z ulgą. Idealne wyczucie czasu. Nie była pewna, jak długo jeszcze zdołałaby odpierać ataki Elle. Cleo wstała i założyła rękawice kuchenne. Wyjęła muffinki i ułożyła je na kratce do studzenia, podczas gdy kuchnię wypełnił ciepły, korzenny i słodki aromat. To było jej miejsce szczęścia.

Po udanej niedzieli spędzonej na wypiekach Cleo większość dnia przeleżała w łóżku, nadrabiając zaległości w spaniu, a potem rozplanowując trasę po kawiarniach, które zamierzała odwiedzić w najbliższych dniach. Plan polegał na tym, by do każdej zanieść koszyk z różnymi smakołykami do spróbowania — miało to zastąpić jej CV. Liczyła, że wieść o jej wypiekach rozniesie się pocztą pantoflową, co ostatecznie pozwoli jej otworzyć własną piekarnię. To wymagało czasu, dlatego lepiej było zacząć już teraz.

W poniedziałek późnym popołudniem zapakowała mały pojemnik cynamonek i skierowała się do Murphy’s. Miała wolne, ale chciała przynieść coś słodkiego Bridget, skoro ta była chora.

Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła może z pięć osób siedzących przy barze.

Bridget zobaczyła ją i przez chwilę wyglądała na zdezorientowaną. — Przecież masz dzisiaj wolne! — zawołała.

— Wiem, wiem. Pomyślałam, że przyniosę ci coś dobrego, skoro marnie się czułaś.

Bridget przyjrzała się pojemnikowi, gdy Cleo podchodziła bliżej. — Powiedz proszę, że to cynamonki.

Cleo skinęła głową i postawiła je na blacie. Bridget wyszła zza baru i uściskała ją, po czym oklapła na hoker. Cleo rozejrzała się.

— Siadaj, siadaj. Tu i tak są pustki — nalegała Bridget, zdejmując pokrywkę i wyjmując cynamonkę.

Cleo usiadła obok niej i patrzyła, jak Bridget bierze duży kęs.

— Mmmm. — Aż wywróciła oczami z zachwytu. — Co to za lukier?

— Klonowy. — Cleo uśmiechnęła się.

— Przysięgam. Jesteś najlepszą piekarką w tym mieście.

— Zobaczymy. Wyrok jeszcze nie zapadł.

— Mówię poważnie. — Bridget ugryzła kolejny kawałek. — Będę za tobą tęsknić, kiedy rzucisz tę robotę, żeby otworzyć swoją wymarzoną piekarnię.

— Może jednak utkniesz ze mną na dłużej — odparła cicho Cleo ze smutnym uśmiechem.

— Trochę więcej wiary w siebie, dziewczyno. — Bridget pokrzepiająco ścisnęła jej dłoń.