Kiss me, Baby - Pocałuj mnie, kochanie! ((Historie miłosne z Las Vegas 5) - Rebecca Baker - ebook

Kiss me, Baby - Pocałuj mnie, kochanie! ((Historie miłosne z Las Vegas 5) ebook

Rebecca Baker

5,0

45 osób interesuje się tą książką

Opis

Jedna gorąca noc w Vegas z tym nieziemsko przystojnym facetem!
Wpadka nr 1:On mnie wystawia, a ja jestem z nim w ciąży.
Wpadka nr 2: On wraca – ale z policjantem i nakazem aresztowania...

Babski wypad do Vegas. To dokładnie to, czego Julia potrzebuje, by zapomnieć o niedawnej diagnozie lekarza, który oświadczył jej, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci, po czym jej były rzucił ją bez mrugnięcia okiem. Podobno dlatego, że kariera jest dla niego ważniejsza.

W Vegas szczęście uśmiecha się jednak do Julii: na jednym z wielu automatów wygrywa ponad 10 000 dolarów — i to dwa razy z rzędu! Szczęście w kartach, pech w miłości?

Ale to nie wszystko: w przypływie radości Julia wpada prosto w umięśnione ramiona mężczyzny stojącego obok, z którym przez cały wieczór wymieniała namiętne spojrzenia. Nieznajomy nazywa się Roman Parker i jest postawnym, silnym mężczyzną. Jego zielone oczy i duża ilość szampana sprawiają, że Julia odwzajemnia pocałunek, a oboje przeżywają ze sobą zapierającą dech w piersiach noc.

Wszystko wydaje się idealne. Roman Parker również mieszka w Nowym Jorku, jest nieprzyzwoicie bogaty, prowadzi firmę ochroniarską i niedługo potem oświadcza się Julii.

Jednak w dniu przyjęcia zaręczynowego sytuacja gwałtownie się komplikuje: okres Julii się spóźnia, a lekarz informuje ją, że w laboratorium doszło do pomyłki.

Na dodatek jej były koniecznie chce z nią rozmawiać i nie daje za wygraną.

Ale to wciąż nie koniec: krótko potem Roman Parker staje w jej drzwiach. W dłoni nie trzyma jednak róż, lecz nakaz aresztowania.

Czy Roman uwierzy, że Julia nie miała z tym nic wspólnego?

I co powie, gdy dowie się o ich wspólnym dziecku?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 255

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Rom81

Nie oderwiesz się od lektury

super książka polecam gorąco
00



Kiss me, Baby - Pocałuj mnie, kochanie!

Miliarder do zakochania!

Rebecca Baker

Spis treści

Opis1.Rozdział 1 – Julia2.Rozdział 2 – Roman3.Rozdział 3 – Julia4.Rozdział 4 – Roman5.Rozdział 5 – Julia6.Rozdział 6 – Roman7.Rozdział 7 – Julia8.Rozdział 8 – Roman9.Rozdział 9 – Julia10.Rozdział 10 – Julia11.Rozdział 11 – Roman12.Rozdział 12 – Julia13.Rozdział 13 – Roman14.Rozdział 14 – Julia15.Rozdział 15 – Roman16.Rozdział 16 – Roman17.Rozdział 17 — Julia18.Rozdział 18 – Julia19.Rozdział 19 – Roman20.Rozdział 20 – Julia21.Rozdział 21 – Roman22.Rozdział 22 – Julia23.Rozdział 23 — Roman24.Rozdział 24 – Julia25.Rozdział 25 – Roman26.Rozdział 26 – Julia27.Rozdział 27 – Roman28.Kapitel 28 – Roman29.Rozdział 29 – Julia30.Rozdział 30 – Roman31.Rozdział 31 – Julia32.Rozdział 32 – Roman33.Rozdział 33 – Julia34.Kapitał 34 – Roman35.Rozdział 35 – Roman36.Rozdział 36 – Julia37.Rozdział 37 – Roman

Opis

Jedna gorąca noc w Vegas z tym nieziemsko przystojnym facetem! Wpadka nr 1:On mnie wystawia, a ja jestem z nim w ciąży.Wpadka nr 2: On wraca – ale z policjantem i nakazem aresztowania...

Babski wypad do Vegas. To dokładnie to, czego Julia potrzebuje, by zapomnieć o niedawnej diagnozie lekarza, który oświadczył jej, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci, po czym jej były rzucił ją bez mrugnięcia okiem. Podobno dlatego, że kariera jest dla niego ważniejsza.

W Vegas szczęście uśmiecha się jednak do Julii: na jednym z wielu automatów wygrywa ponad 10 000 dolarów — i to dwa razy z rzędu! Szczęście w kartach, pech w miłości?

Ale to nie wszystko: w przypływie radości Julia wpada prosto w umięśnione ramiona mężczyzny stojącego obok, z którym przez cały wieczór wymieniała namiętne spojrzenia. Nieznajomy nazywa się Roman Parker i jest postawnym, silnym mężczyzną. Jego zielone oczy i duża ilość szampana sprawiają, że Julia odwzajemnia pocałunek, a oboje przeżywają ze sobą zapierającą dech w piersiach noc.

Wszystko wydaje się idealne. Roman Parker również mieszka w Nowym Jorku, jest nieprzyzwoicie bogaty, prowadzi firmę ochroniarską i niedługo potem oświadcza się Julii.

Jednak w dniu przyjęcia zaręczynowego sytuacja gwałtownie się komplikuje: okres Julii się spóźnia, a lekarz informuje ją, że w laboratorium doszło do pomyłki.

Na dodatek jej były koniecznie chce z nią rozmawiać i nie daje za wygraną.

Ale to wciąż nie koniec: krótko potem Roman Parker staje w jej drzwiach. W dłoni nie trzyma jednak róż, lecz nakaz aresztowania.

Czy Roman uwierzy, że Julia nie miała z tym nic wspólnego? I co powie, gdy dowie się o ich wspólnym dziecku?

Rozdział 1 – Julia

—Bardzo przepraszam, że musiała pani chwilę poczekać! — wita mnie chudy, starszy pan w białym fartuchu. Słowa brzmią raczej mechanicznie. Nawet na mnie nie patrzy, idzie prosto do swojego biurka, zerka na ekran komputera i zaczyna stukać w klawiaturę.

Chwilę poczekać?

Od prawie pół godziny siedzę sama w gabinecie i zdążyłam już obejrzeć wszystkie obrazy na ścianach oraz przejrzeć wszystkie ulotki reklamowe przede mną, nie wspominając o tym, że wcześniej spędziłam prawie dwie godziny w poczekalni. Zastanawiam się, czy to jego standardowe powitanie, czy naprawdę mu przykro, czy może rzucił to tak po prostu.

— No, zobaczmy. Co my tu mamy. Panna… — przerywa. — Panna Davis, zgadza się? — pyta i spogląda na mnie krótko znad oprawek okularów do czytania. Przytakuję milcząco, po czym on znów kieruje wzrok na monitor.

Zerkam nerwowo na zegarek i zastanawiam się, co ja sobie właściwie myślałam, wyznaczając termin omówienia wyników ostatnich badań dokładnie na dzień, w którym lecę z dziewczynami z mojej grupy baletowej na weekend do Vegas. Zegarek mówi mi, że zostało mi nieco ponad pół godziny.

— Hmm… To niedobrze! Bardzo niedobrze! — mruczy pod nosem, kręcąc głową i z poważną miną przenosząc wzrok z monitora na mnie i z powrotem.

— Co pan ma na myśli? — odpowiadam z kołaczącym sercem, wiercąc się nerwowo na krześle. Nie mam pojęcia, co, na litość boską, mogło wyjść w wynikach badania krwi i wymazu z pochwy.

Czy ten dzień może stać się jeszcze gorszy? Przedpołudnie i tak było już wystarczająco trudne. Mój chłopak Barney i ja znowu skoczyliśmy sobie do gardeł. Tym razem jeszcze gwałtowniej niż kiedykolwiek. A przecież poprosiłam go tylko o pozmywanie naczyń.

— To kobieca robota! — pieklił się i wygłosił mi kazanie o tym, że jest gliną, przynosi do domu pieniądze, a ja jako kelnerka mam przecież wprawę w zmywaniu.

Wściekła i urażona wyszłam z mieszkania, ruszając na wizytę u lekarza i po drodze raz po raz zadając sobie pytanie, dokąd nas to oboje prowadzi. Wprowadził się do mojego mieszkania nie wiadomo kiedy, nigdy nie dołożył się do czynszu, a w łóżku leżeliśmy obok siebie jak dwie sardynki w puszce. Szczelina między naszymi materacami zdawała się być nieprzekraczalną granicą, która tylko pogłębiała przepaść między nami.

— Mam na myśli to, że mam dla pani naprawdę złe wiadomości, panno… — znów się waha i ponownie spogląda na ekran.

— Davis! — wybucham niemal. Czy on nie może zapamiętać mojego nazwiska?

— Nie ma powodu, by podnosić głos, panno Davis — mówi karcąco, poprawiając okulary.

Zastanawiam się, dlaczego, u diabła, wybrałam akurat tego ginekologa. Od początku budził moją niechęć. Jednak w całym mieście nie było wolnych terminów, o ile nie chciało się czekać ponad cztery miesiące. Ten człowiek był wyjątkiem, a powód tego staje się dla mnie coraz bardziej jasny.

— Nie krzyczę — odpowiadam przez zaciśnięte zęby, starając się tym razem brzmieć spokojniej, co przychodzi mi z wielkim trudem.

— Wybaczam pani! — oświadcza, wyciąga rękę i poklepuje mnie po dłoni. — Ponieważ nie mam dla pani dobrych wiadomości — powtarza.

Zimne, wilgotne palce na mojej skórze wywołują nieprzyjemne dreszcze i instynktownie cofam rękę.

— Czy może mi pan po prostu powiedzieć, co się dzieje? — odpowiadam poirytowana, uderzając otwartą dłonią nieco zbyt mocno w stół przed sobą. Cała frustracja dzisiejszego poranka nagle znajduje ujście i przez chwilę czuję się lepiej.

— Nie może pani mieć dzieci, panno Davis! Nigdy! — mówi niemal ze złością, jakby tą wiadomością chciał mi dopiec. Potem robi krótką pauzę i kontynuuje normalnym głosem: — Wymaz wykazał to ponad wszelką wątpliwość. Reszta pani wyników jest w porządku. Żadnych nieprawidłowości. Ale…

Te słowa są jak cios w żołądek. Reszta jego zdania już do mnie nie dociera. Widzę, że jego usta się poruszają, ale serce bije mi aż w gardle i rozpaczliwie próbuję przyswoić tę informację. Jak to możliwe?

— Panno Davis? — dopytuje lekarz, machając mi ręką przed twarzą. — Ma pani jeszcze jakieś pytania? Bo trochę mi się spieszy, sama pani rozumie… — puka w zegarek na nadgarstku i wskazuje na drzwi.

— Nie — odpowiadam i podnoszę się z krzesła. Podbródek zaczyna mi drżeć i czuję, jak gorąca łza spływa mi po policzku. Chcę tylko stąd uciec. Co to za lekarz? Ani śladu współczucia. Czy on wykonuje ten zawód tylko po to, żeby grzebać w kobiecych narządach rodnych? Otwierając drzwi, przypominam sobie, jak wielką radość zdawał się czerpać z pobierania wymazu w zeszłym tygodniu i jak bardzo cieszyłam się, gdy było już po wszystkim.

— Jeśli potrzebuje pani pomocy psychologicznej, ja… — słyszę jeszcze za plecami jego głos, zanim drzwi zatrzasną się z głośnym hukiem, a asystentka na końcu korytarza wzdryga się przestraszona i posyła mi niechętne spojrzenie.

Bez słowa wybiegam z przychodni, ocierając łzy, podczas gdy moje myśli krążą wokół tego jednego zdania, które prawdopodobnie na zawsze zmieni moje życie: Nie może pani mieć dzieci! Nigdy!

Schodzę po schodach, otwieram drzwi i biorę głęboki oddech świeżego powietrza. Niedaleko mnie, za żółtą nowojorską taksówką, przetacza się biała limuzyna, z której szyberdachu wygląda para młoda, najwyraźniej świętująca właśnie najpiękniejszy dzień swojego życia.

Spoglądam w bok i postanawiam jak najszybciej pokonać pieszo te dwa przecznice do mojego mieszkania. Ciało odmawia mi posłuszeństwa, jakbym dźwigała na plecach worek kamieni.

Młoda para znów pojawia się przed moimi oczami i myślę o mojej przyjaciółce Katie, która prowadzi teraz cudowne życie z mężem Seanem i bliźniakami, Matthew i Madison. Serce mi rośnie za każdym razem, gdy widzę, jaka Katie jest szczęśliwa, i w głębi duszy czuję, że też pragnę takiego rodzinnego szczęścia.

Jakoś wierzyłam, że Barney i ja w końcu się dotrzemy i założymy małą rodzinę. Ale przez ostatnie tygodnie on nie wydawał się zainteresowany ani mną, ani tym bardziej seksem. Obchodziła go tylko pełna lodówka, pomyte naczynia i poukładane w szafce gry na Playstation.

Czy stałam się jego gosposią, nawet tego nie zauważając?

Odrzucam tę myśl i otwieram drzwi do kamienicy, co przychodzi mi z trudem, bo ręce trzęsą mi się tak samo jak całe ciało.

Ciężko wchodzę po stopniu za stopniem, zastanawiając się, w jakim nastroju przywita mnie Barney i jak zareaguje na tę wiadomość.

— Panno Davis — odzywa się chłodny, skrzekliwy głos starszego mężczyzny, gdy właśnie dochodzę do piętra poniżej mojego mieszkania.

— Panie Jackson — mówię z cichym westchnieniem, zastanawiając się, czy dzisiaj niczego mi już los nie oszczędzi.

— Nikt inny nie tupie na schodach tak głośno jak pani — mówi obcesowo, wygrażając przy tym palcem wskazującym, jakby tłumaczył małemu dziecku, że zrobiło coś złego.

— Panie Jackson, nie mam teraz czasu, ja… — zaczynam, odwracam się i stawiam prawą nogę na pierwszym stopniu prowadzącym na górę, do mojego mieszkania.

Przestałam liczyć, ile razy pan Jackson dzwonił do moich drzwi i skarżył się na moje głośne kroki albo muzykę. Choć teraz pedantycznie dbam o to, by nie robić hałasu i niemal skradam się po mieszkaniu. Przynajmniej tym razem chcę uniknąć kłótni. Po wieściach od lekarza nie mam na to żadnych sił.

— Bezcześność! Dzisiejsza młodzież jest po prostu bezczelna! Pani mąż ma rację, tak często przywołując panią do porządku — ryczy, wchodząc mi w słowo. — Strach pomyśleć, jak pani kiedyś wychowa własne dzieci! — mówi szorstko.

— Może po prostu pański aparat słuchowy jest zbyt czule ustawiony — wybucham, starając się, by jego ostatnie zdanie nie dotknęło mnie zbyt mocno.

— Przynajmniej z moimi problemami ze słuchem da się coś zrobić — odpowiada i wyciąga palec wskazujący. — Z tym pani krzywym zębem z przodu chyba nic nie da się zrobić — odcina się.

— Kto tu jest teraz bezczelny? — odpowiadam pewnym głosem, przełykając gulę w gardle, po czym natychmiast zamykam usta i dotykam językiem krzywego zęba, który już w dzieciństwie był powodem wielu drwin. Moja przyjaciółka Brittany wprawdzie twierdzi, że to nic takiego i że to czyni mnie wyjątkową, ale to pewnie tylko takie przyjacielskie pocieszenie.

— Potrafi pani przeczytać, co tam jest napisane? — pyta pan Jackson, wskazując na plakat za mną, na którym widnieje duży nagłówek Regulamin porządku domowego, wywieszony wyraźnie na każdym piętrze.

Jak zawsze, gdy jestem zdenerwowana, odzywa się moja lekka forma dysleksji. Niektóre litery zdają się niemal tańczyć na plakacie i rozmywają mi się przed oczami.

— Widocznie nie — odpowiada z wrogim uśmiechem na twarzy. Przez chwilę myślę o tym, by coś jeszcze odparować, ale w mojej głowie jest tylko pustka. Bez słowa odwracam się i zdecydowanym krokiem wchodzę po schodach do swojego mieszkania, nie oglądając się za siebie.

— Jeszcze nie skończyłem, panno Davis. Powiem właścicielowi… — słyszę głos pana Jacksona za plecami, zanim zamknę drzwi do mieszkania i osunę się wyczerpana po ich wewnętrznej stronie na podłogę, gapiąc się w próżnię.

Mija kilka minut. Barneya najwyraźniej nie ma w domu, z czego poniekąd się cieszę. Moje myśli krążą między naszą kłótnią, wizytą u lekarza a panem Jacksonem. Dlaczego w moim życiu panuje taki chaos?

PUK PUK PUK

Pukanie do drzwi za moimi plecami sprawia, że wzdrygam się i zastanawiam, czy panu Jacksonowi wciąż mało i czy teraz znowu, jak to często bywa po naszych starciach, chce mi odczytać regulamin domowy.

Powoli wstaję, gdy pukanie ponawia się. Biorę głęboki oddech, przez chwilę rozważam, czy po prostu nie otwierać, ale wiem z doświadczenia, że wtedy będzie pukał nieustępliwie dalej. Dlatego powoli naciskam klamkę i uchylam drzwi na szerokość szczeliny.

— Barney? — wyrywa mi się, gdy widzę przed drzwiami nie pana Jacksona, lecz mojego chłopaka w służbowym mundurze. — Dlaczego po prostu nie otworzyłeś sobie kluczem? — pytam.

Barney wchodzi i zamyka za sobą drzwi.

— Chcę tylko zabrać parę rzeczy i… — zaczyna chłodno, unikając mojego wzroku, po czym na chwilę przerywa. — Nie czytałaś mojej wiadomości na kartce w kuchni? — pyta.

— Nie — odpowiadam. — Dlaczego? Co tam jest napisane? — pytam i czuję, jak gardło mi się zaciska.

— Pan Jackson mówił już, że nie jesteś w sosie — odpowiada, unikając mojego pytania. — Gdzie cię tak długo nie było? — pyta Barney.

— U lekarza, tak jak ci wcześniej mówiłam — odpowiadam i dostaję gęsiej skórki, gdy Barney patrzy na mnie bezpośrednio chłodnym wzrokiem z mroczną miną.

— W zeszłym tygodniu też byłaś. To musiało być coś grubszego, skoro tak długo tam siedziałaś. A może bawiliście się w doktora? — pyta, nie zmieniając wyrazu twarzy. — Całe szczęście, że ja…

— Powiedział mi, że nie mogę mieć dzieci! — ryczę Barneyowi prosto w twarz, puszczając wodze łzom.

— Całe szczęście, że sprawa między nami jest skończona. Przeczytaj moją kartkę — odpowiada, po czym sięga do komody przy drzwiach, zabiera swój bilet miesięczny na metro, odwraca się i bez słowa wychodzi z mieszkania.

Stoję osłupiała, wpatrując się w pomalowaną na biało wewnętrzną stronę drzwi wejściowych, które jeszcze przed chwilą służyły mi za oparcie, i zastanawiam się, czy to jawa, czy sen.

Dzwonek smartfona wyrywa mnie z odrętwienia. Nie patrząc na wyświetlacz, wyjmuję urządzenie z torebki i naciskam odbierz.

— Julia, skarbie? Jesteśmy na dole! Jesteś gotowa? — do moich uszu dociera ciepły głos Brittany, która od czasu narodzin bliźniaków Katie została moją partnerką w balecie i jest teraz moją najlepszą przyjaciółką.

Tak miło usłyszeć życzliwy głos po tym wszystkim, co na mnie dzisiaj spadło. Ocieram łzy, przełykam gulę w gardle i w pierwszej chwili zupełnie nie wiem, co powiedzieć. W natłoku nieszczęść niemal zapomniałam o wycieczce do Vegas i wydaje mi się to absolutnie niestosowne, by po tak fatalnym dniu rzucać się w weekend pełen imprez i dobrego humoru.

— Julia? Jesteś tam jeszcze, kochana? — pyta ostrożnie Brittany.

— Tak, jestem — odpowiadam i spoglądam na małą torbę, którą spakowałam już rano i odstawiłam przy drzwiach przed wyjściem. Jeszcze rano cieszyłam się na ten wyjazd jak dziecko. W końcu się wyłączyć. Żadnych kłótni z Barneyem i tylko pogaduchy z dziewczynami. Ale teraz czuję po prostu straszną pustkę.

— Barney mnie rzucił, a lekarz powiedział, że nie mogę mieć dzieci — mówię drżącym głosem. — Myślę, że lepiej będzie, jeśli nie pojadę. Nie mam nastroju na imprezowanie — szepczę.

Przez chwilę w słuchawce panuje cisza.

— Julia — mówi cicho Brittany. — To musi być straszne i dobrze cię rozumiem. Ale może właśnie teraz odskocznia jest tym ważniejsza. — Brittany przerywa na moment, po czym kontynuuje: — Zróbmy z tego weekend SPA. W MGM Grand jest mnóstwo możliwości. Obiecuję ci, że nie odstąpię cię na krok i nie musimy zaglądać do kasyna ani baru, jeśli nie będziesz chciała.

— Nie wiem… — zaczynam z wahaniem, przerywam i próbuję przemyśleć słowa Brittany.

— Nie powinnaś zostawać sama. Jeśli nie pojedziesz, wysiadam z auta i idę do ciebie na górę — dodaje Brittany.

— W żadnym wypadku! Przecież od tygodni nie mówisz o niczym innym. Na pewno nie zostaniesz tu przeze mnie — odpowiadam i waham się przez chwilę. — No dobrze, chyba masz rację, ja… — wtedy mój smartfon krótko pika, odsuwam go od ucha i spoglądam na całkowicie czarny wyświetlacz. Jak to często ostatnio bywa, bateria wyzionęła ducha w najmniej odpowiednim momencie.

Biorę głęboki oddech, myślę przez chwilę o słowach Brittany i rozglądam się po mieszkaniu.

— A co tam! — mruczę do siebie, chwytam torbę, kartę pokładową i wydrukowane potwierdzenie zameldowania w hotelu, otwieram drzwi i zamykam je za sobą najciszej, jak potrafię, żeby pan Jackson znów mnie nie usłyszał po drodze na dół.

Rozdział 2 – Roman

—Zadzwonisz do mnie? — pyta obficie obdarzona przez naturę rudowłosa z wczorajszego wieczoru, której imię zdążyłem już zapomnieć, gdy parkuję samochód w luce pod wskazanym adresem.

Mówiąc to, podaje mi małą, pospiesznie złożoną karteczkę. Jej uśmiech wydaje się niepewny; wciąż czuć od niej mieszankę perfum, dymu i alkoholu z zeszłej nocy. Makijaż ma lekko rozmazany, a ja zastanawiam się, dlaczego kobiety nie mogą po prostu pogodzić się z tym, że człowiek trochę się pobawi, a potem każde idzie w swoją stronę. Dlaczego, do diabła, nie mogła po prostu wysiąść, pójść do domu, odespać kaca i uznać seksu z wczoraj i dzisiejszego poranka za jednorazową przygodę?

— Myślę, że to nie jest dobry pomysł — odpowiadam pewnym głosem i powoli przesuwam jej dłoń z karteczką z powrotem w jej stronę. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywa. Jej źrenice biegają nerwowo z lewa na prawo, jakby intensywnie zastanawiała się, co to ma znaczyć.

— Jesteśmy na miejscu — oznajmiam beznamiętnym tonem, odpinam pas i nachylam się nad nią, żeby otworzyć drzwi pasażera.

Jej przerażone spojrzenie mówi wszystko. Zrozumiała, o co mi chodzi. Gorączkowo szczelniej otula się płaszczem, jakby nagle poczuła się nieswojo, obnażając tyle nagiej skóry i obfity dekolt, co jest oczywiście absolutnie śmieszne. Zeszłej nocy widziałem to wszystko i trzymałem w dłoniach.

— Cześć — rzuca wyniośle, wysiada, a potem z hukiem zatrzaskuje drzwi, których okno jest jeszcze uchylone. — Palant — słyszę, jak mruczy pod nosem, podczas gdy ja szukam w nawigacji celu, który zapisałem sobie już wczoraj wieczorem. Potem naciskam "start", wrzucam bieg i nie spoglądając więcej w lusterko wsteczne, włączam się w powolny nowojorski ruch uliczny.

Na mojej twarzy pojawia się uśmiech, a gdy na następnych światłach zatrzymuję się za żółtą nowojorską taksówką, wybieram numer mojego kumpla Eddiego, z którym wczoraj wieczorem byłem na łowach.

— Hej, stary. No i jak tam nocka? Dobrze obrobiłeś tę rudą? — wita mnie, najwyraźniej niemal dławiąc się ze śmiechu.

— A jakże. To nie był tylko one-night stand, pociągnęliśmy to nawet dziś rano. Ale już się jej pozbyłem. A u ciebie? Trafiło ci się coś jeszcze? — pytam, pamiętając, jak zostawiłem Eddiego samego, wychodząc z rudowłosą.

— Ty cholerny draniu — odpowiada Eddie i chichocze tak zuchwale, jakbym opowiedział sprośny dowcip. — I co, mówiła ci, jaki jesteś wyjątkowy, i patrzyła na ciebie maślanymi oczami?

— Przestań nawet — macham ręką i skręcam w lewo na najbliższym skrzyżowaniu. — Chciała mi dać swój numer, żebyśmy mogli pogadać — przy tym kreślę w powietrzu cudzysłów, czego Eddie oczywiście nie widzi. Jednak mój głos zmienia się tak, że dla Eddiego staje się jasne, co mam na myśli.

— Tak, baby. Dlaczego one zawsze myślą, że seks musi coś znaczyć? — przytakuje mi Eddie.

— Nie mam pojęcia.

— Widzisz? Właśnie te wszystkie bzdury są dla mnie zbyt durne. Dlatego wczoraj w burdelu za rogiem wziąłem sobie dwie afrykańskie piękności, każdemu wcisnąłem parę dolarów, nieźle się bawiłem, a potem cieszyłem się świętym spokojem — wyjaśnia Eddie i znów chichocze, jakby w myślach przeżywał wczorajszy wieczór na nowo. — Powinieneś też kiedyś spróbować, Roman! Przecież masz forsy jak lodu!

— O szlag! — krzyczę, gdy po skręceniu w prawo na następnym skrzyżowaniu przez ułamek sekundy zagapiłem się na kobietę w czerwonej sukience. Ta krótka chwila nieuwagi wystarczyła, bym niemal przejechał starszą panią, która stoi teraz na jezdni kilka centymetrów przede mną, sparaliżowana strachem.

— Nie może pani uważać, ja... — wołam zirytowany, zatrąbiwszy chwilę wcześniej. Starsza dama wzdryga się, z przerażenia upuszcza torbę z zakupami i patrzy na mnie z osłupieniem. Przez krótką chwilę czuję się o dziesięciolecia młodszy, bo jej siwe, kręcone włosy i chustka na głowie przypominają mi moją babcię, która po śmierci matki wychowywała mnie niemal sama, bo ojciec ciągle był w rozjazdach służbowych po całym kraju. Tych kilka chwil, które spędzał w domu, zawsze był mrukliwy i apodyktyczny, i zawsze dawał mi do zrozumienia, że wszystko, co robię, nie spełnia jego oczekiwań. Dziś wciąż bez sukcesów jeździ po kraju i próbuje, z marnym skutkiem, wciskać ludziom jakieś suplementy diety.

— Bardzo panią przepraszam — mówię do starszej pani, pośpiesznie wysiadając, ignorując koncert klaksonów za mną i pomagając jej zbierać z jezdni torbę oraz rozsypane pomarańcze i papryki. — Nie zauważyłem pani.

— Nic nie szkodzi, młody człowieku! Dziękuję za pomoc — odpowiada, gdy podaję jej torbę, i czule klepie mnie po ramieniu, prawie tak samo, jak zawsze robiła to moja babcia. Potem odwraca się i rusza w swoją stronę, nie oglądając się za siebie. Przez chwilę stoję skonsternowany i patrzę za nią.

— Hej! Jedź pan! — krzyczy ktoś za mną. Otrząsam się z myśli i postanawiam, że w najbliższym czasie muszę znów odwiedzić grób babci. Najlepiej po zakończeniu obecnego zlecenia.

— Wszystko w porządku, stary? Jesteś tam jeszcze? — słyszę zaniepokojony głos Eddiego z głośnomówiącego w aucie, gdy zamykam za sobą drzwi i ruszam dalej.

— Tak, po prostu prawie przejechałem kobietę. Wszystko gra — odpowiadam.

— Te baby! Kiedyś nas wykończą — odpowiada Eddie.

Osiągnąłeś cel. Cel znajduje się po lewej stronie — rozbrzmiewa głos z mojej nawigacji chwilę później.

— Muszę kończyć. Odezwę się — mówię do Eddiego i rozłączam się, nie czekając na odpowiedź.

Zatrzymuję się w drugim rzędzie za czekającym busem lotniskowym, ignoruję trąbienie i wymachiwanie rąk wyprzedzających mnie taksówkarzy i patrzę w lewo na budynek.

W tej ruderze ma mieszkać sprawca? Jak to możliwe? Z drugiej strony: czy taki obskurny blok w Queens nie jest idealną kryjówką?

Wczoraj wieczorem, zanim ruszyłem z Eddiem na podbój tutejszych klubów, dostałem anonimowego e-maila z niemożliwego do wyśledzenia adresu. Oprócz adresu zawierał on tylko jedno zdanie:

4. piętro po lewej — Barney Williams — proszę go wypytać o sprawę MGM Grand

Początkowo wydawało mi się to absurdalne, żeby sprawdzać taki trop. Przez cały czas, odkąd prowadzę moją firmę ochroniarską, żaden anonim nie przyniósł żadnych rezultatów.

Z drugiej strony muszę przyznać, że w obecnym zleceniu od dłuższego czasu błądzę po omacku. Moim zleceniodawcą jest jedno z największych i najsłynniejszych kasyn w Las Vegas. MGM Grand. Szef kasyna podejrzewa manipulację automatami i zlecił mi dyskretne wyjaśnienie sprawy, ponieważ lokalna policja i FBI z braku twardych dowodów nie widzą podstaw do działania. I właśnie wtedy do gry wchodzi moja firma. Ta luka w systemie uczyniła mnie niewiarygodnie bogatym, bo jestem jednym z najlepszych, a moja sława mnie wyprzedza.

Sprawa ma jednak pewien haczyk: parę miesięcy temu mój były wspólnik, Mick, nagle mnie opuścił i przy okazji wyczyścił kilka kont firmowych. Oczywiście zrobił to sprytnie i nie wypłacił pieniędzy tak po prostu. Zamiast tego opłacił rzekome zlecenia od firm krzaków, które z kolei należą do słupów, dzięki czemu forsa trafiła do jego kieszeni. W zamian otworzył konkurencyjną firmę i w ostatnim czasie sprzątnął mi sprzed nosa kilka zleceń, nie cofając się nawet przed podbieraniem mi obecnych klientów.

Krótko mówiąc: cała ta sytuacja to jedno wielkie gówno. Na dodatek właściciel MGM Grand na początku tygodnia oświadczył, że zatrudnił do tej sprawy również nową, prężnie rozwijającą się firmę ochroniarską z Nowego Jorku, nie wymieniając jej nazwy. Od tamtego momentu uznałem tę sprawę za priorytetową. Nie chodzi o pieniądze, ale raczej o zasady. Za nic w świecie nie pozwolę Mickowi sprzątnąć mi sprzed nosa choćby jednego zlecenia więcej. Nigdy więcej.

Najbardziej irytujące było to, że właściwie mógłbym dość łatwo odciąć Mickowi tlen. Jakiś czas temu wynajęty przeze mnie fotograf zrobił mu dość jednoznaczne zdjęcia, na których widać, jak zażywa narkotyki. Jeśli te zdjęcia ujrzą światło dzienne, jego reputacja jest zniszczona. Przechowuję je jako rodzaj zabezpieczenia w jednej z moich skrytek. Niestety, od jakiegoś czasu nie mogę znaleźć klucza, choć już niejeden raz wywróciłem cały mój penthouse do góry nogami.

Przez krótką chwilę zastanawiam się, czy nie powinienem był zjawić się tutaj już wczoraj wieczorem. Z drugiej strony, trop był więcej niż mglisty i mógł być zmyłką Micka. Dlatego seks z rudowłosą był zdecydowanie lepszym wyborem.

Nagle znów dostrzegam starszą panią z siwymi lokami, chustką i torbą zakupów. Zatrzymuje się dokładnie przed domem, na który przed chwilą patrzyłem zamyślony, i najwyraźniej próbuje włożyć klucz do zamka drzwi wejściowych.

Potrafię rozpoznać okazję, gdy się pojawia, więc wysiadam, szybko przebiegam przez ulicę i podchodzę do kobiety. Właśnie w tym momencie torba z jej zakupami niebezpiecznie przechyla się na bok i górna pomarańcza już się wysypuje. Udaje mi się ją jednak złapać w samą porę.

— Czy to pani? — pytam z przyjaznym uśmiechem i ostrożnie wkładam pomarańczę z powrotem do torby.

— Dziękuję! Wygląda na to, że jest pan dzisiaj moim aniołem stróżem, młody człowieku — odpowiada kobieta, dalej manipulując kluczem w zamku, aż drzwi w końcu otwierają się z głośnym kliknięciem.

— Czy mogę pani pomóc? — pytam, przytrzymując jej drzwi, i już chcę chwycić za torbę, gdy ona przechodzi obok mnie.

— To miłe. Ale jestem tylko powolna, nie słaba — odpowiada, znów klepie mnie po ramieniu i rusza przed siebie.

— Mogę o coś zapytać? — wołam za nią, na co ona ponownie się odwraca.

— Ależ oczywiście. Papryka jest na końcu ulicy u Pepe, sprzedawcy warzyw — zaczyna z uśmiechem na twarzy i po chwili milknie.

— Nie o to mi chodzi. — Podziwiam starszą panią za jej błyskotliwość i sam również muszę się uśmiechnąć. Po krótkim odchrząknięciu kontynuuję. — Szukam niejakiego Barneya Williamsa. Czy wie pani, czy on tu mieszka?

— To ten policjant, prawda? — pyta bardziej siebie niż mnie, jakby się zastanawiała. — Tak, mieszka na czwartym piętrze po lewej — wyjaśnia mi i wskazuje na klatkę schodową prowadzącą w górę.

— Dziękuję — odpowiadam i przez chwilę myślę o wczorajszym e-mailu. Jest policjantem? Może skorumpowanym policjantem? Co, jeśli w tej sprawie coś jednak jest na rzeczy?

Dzwonek mojego smartfona przerywa te myśli. Wyjmuję urządzenie z kieszeni spodni, patrzę na wyświetlacz i widzę, że to dzwoni mój ojciec.

Idę ze smartfonem w dłoni do drzwi wejściowych, kątem oka widząc, jak starsza pani znika w pierwszym mieszkaniu po prawej stronie, i zastanawiam się, czy odebrać.

Ale co usłyszę poza pretensjami? Patrzę w milczeniu na wyświetlacz i decyduję się jak prawie zawsze: naciskam odrzuć połączenie.

Potem odwracam się, wciąż patrząc na wyświetlacz i zastanawiając się, czy za chwilę znów wyśle mi jedną ze swoich dwuznacznych wiadomości tekstowych. Kiedyś będę musiał oddzwonić, jestem tego świadomy, ponieważ...

— Hej, uważaj... — słyszę wysoki głos, ale wtedy jest już za późno i zderzam się z kimś. Szybko podnoszę wzrok i zastanawiam się, czy znów nie przewróciłem starszej pani.

Jednak w polu mojego widzenia pojawia się nie starsza pani, lecz atrakcyjna, młoda, czarnowłosa kobieta z torbą podróżną w ręku, która przez chwilę się chwieje, ale szybko odzyskuje równowagę, upuszczając przy tym dwie kartki papieru na podłogę.

— Przepraszam! Moja wina — wyjaśniam, schylam się i podnoszę obie kartki. Kobieta również schyliła się, by je podnieść. Jej ciepłe dłonie dotykają moich i przez krótką chwilę patrzymy sobie głęboko w oczy. Od razu rzucają mi się w oczy jej pełne usta i brązowe oczy, i czuję nagłą ambicję, by tę przypadkową znajomość zmienić w mój kolejny podbój.

— Nic nie szkodzi — odpowiada kobieta, podczas gdy oboje wstajemy, a ja podaję jej dokumenty. Wtedy mój wzrok pada na wielkie litery na jednej z kartek:

Potwierdzenie rezerwacji w hotelu MGM Grand...

— Wybierasz się do Vegas? — pytam możliwie od niechcenia, podczas gdy ona odbiera dokumenty. Stoję tutaj, w tym domu, z anonimowym tropem, a ta kobieta wybiera się do Vegas, dokładnie do tego hotelu, który mnie wynajął? Czy to może być zbieg okoliczności?

— Tak, babski weekend — odpowiada, patrząc na mnie, i przez krótką chwilę wydaje mi się, że dostrzegam smutek w jej oczach. Co może czynić tak atrakcyjną kobietę smutną? A może jest spięta, bo szykuje się kolejny wielki skok na automaty? Nikt jeszcze nie wie, jak to się odbywa, ale właściciel kasyna mówi o tym, że wypłaty z automatów w ostatnich tygodniach są pięćdziesięciokrotnie wyższe niż normalnie. Coś tam się więc święci.

— Miłej zabawy — odpowiadam, patrzę na nią ancora przez chwilę i zauważam, że ona również odwzajemnia moje spojrzenie.

— Julia? Idziesz? — słyszę inny kobiecy głos dobiegający z busa lotniskowego po drugiej stronie ulicy.

— Muszę lecieć — mówi Julia i unosi dłoń na pożegnanie.

— Ja też. — Przez chwilę odprowadzam ją wzrokiem, potem odwracam się i zastanawiam, czy to wszystko to tylko dziwny zbieg okoliczności.

— Młody człowieku? — słyszę za sobą starszy głos i widzę, że dama sprzed chwili uchyliła drzwi swojego mieszkania, gdy obok nich przechodziłem.

— Tak? — Odwracam się i staję z pytającą miną.

— Widział pan tę młodą kobietę? — pyta. Czyżby cały ten czas spędziła przy wizjerze w drzwiach? Muszę się uśmiechnąć, bo to często ulubione zajęcie starszych ludzi.

— Tak, widziałem — odpowiadam, przygotowując się na najnowsze plotki z życia wspólnoty mieszkaniowej i niecierpliwie zerkam na zegarek.

— Ona mieszka z tym panem z czwartego piętra, którego chce pan odwiedzić. Przypomniało mi się jeszcze, że on dziś rano ciągle biegał w górę i w dół z jakimiś kartonami. Wyglądało to tak, jakby chciał się wyprowadzić.

— Dziękuję za informację — mówię i patrzę w stronę wejścia do domu, gdzie przed chwilą zniknęła Julia. A więc jednak nie przypadek.

— Poza tym jest jeszcze nasz pan Jackson. Mówię panu, to straszny człowiek. Przez cały dzień nie ma nic lepszego do roboty, niż... — zaczyna, ale dzwonek mojego smartfona przerywa potok jej słów.

— Niestety muszę odebrać — przerywam jej, macham przepraszająco smartfonem, żegnam się z nią i wracam w stronę wyjścia do mojego samochodu, odbierając połączenie bez patrzenia na wyświetlacz.

— Dlaczego przed chwilą odrzucił pan moje połączenie? — słyszę głos ojca i natychmiast żałuję, że odebrałem.

— Cześć, ojcze — witam się.

— Daruj sobie te uprzejmości! Gdzie jest pierścionek? Pierścionek twojej matki? — pyta szorstkim tonem.

— W mojej skrytce. Przecież pan o tym wie. I zapisała go mnie, o czym pan też wie — odpowiadam.

— Bzdura! Kupiłem jej go wtedy na ślub. Należy do mnie. Nosiła go tylko dla mnie. Jak ona mogła ci zapisać coś, co nigdy nie należało do niej! — odpiera gburowato.

— W każdym razie jubiler złożył mi dobrą ofertę. Chcę go sprzedać. Niech go pan przywiezie. Najlepiej od razu!

— Jestem w Las Vegas, ojcze! Innym razem. Do usłyszenia — odpowiadam chłodno i rozłączam się. Wiem dokładnie, co by powiedział, gdybym mu wyjaśnił, że pierścionek leży w skrytce, a ja nie mogę znaleźć klucza. Na tego rodzaju kazania nie mam absolutnie ochoty.

W dodatku to stwierdzenie było tylko małym kłamstwem. Co prawda jestem jeszcze w Nowym Jorku, ale na pewno będę siedział w najbliższym samolocie do Vegas i w MGM Grand będę patrzył tej szatynce na ręce. Przynajmniej jest ładna i może podczas jednego z moich zleceń będę mógł w końcu użyć swojego uroku i trochę zabawić się z oskarżoną, zanim wydam ją lokalnym władzom.

Piszę krótką wiadomość do szefa MGM Grand:

Mam gorący trop i jestem w drodze do Vegas

Potem odkładam smartfon i jadę prosto na lotnisko, rezerwując sobie miejsce w najbliższym samolocie przy pomocy poleceń głosowych Siri.