Cruel Confessions - Chcę cię, baby! (Historie miłosne z Las Vegas 7) - Rebecca Baker - ebook

Cruel Confessions - Chcę cię, baby! (Historie miłosne z Las Vegas 7) ebook

Rebecca Baker

0,0

Opis

Podczas podróży służbowej przez przypadek podglądałam mojego szefa pod prysznicem przez dziurkę od klucza.
Chyba mnie zauważył. Ale wstyd! Natychmiast rzucam się do ucieczki. Gorzej być nie może?
A jednak: wiadomość głosowa, którą później omyłkowo wysyłam mu, a w której „intensywnie” analizuję tamten widok.

Moja nowa praca jako osobista asystentka miliardera o nazwisku Joshua Davis to absolutny koszmar. Atrakcyjnemu playboyowi wiecznie coś nie pasuje — jestem bliska złożenia wypowiedzenia, ale chcę jeszcze załapać się na wycieczkę do Vegas z całym personelem i tam zaszaleć na koszt firmy.

Po kilku koktajlach w barze hotelu Mirage i głupawej rundzie gry „Prawda czy wyzwanie” mam zdobyć ręcznik z męskiej sauny — i tak oto trafiam na mojego szefa pod prysznicem.

Nie dość, że wygląda cholernie dobrze i wszystko jest u niego tak idealnie proporcjonalne — co gorsza, on mnie widział, a ja uciekam i zaszywam się w swoim pokoju.

Ale robi się jeszcze gorzej: w pokoju, leżąc pod kołdrą, wyobrażam sobie, co mógłby ze mną zrobić, i przez pomyłkę wysyłam mu wiadomość głosową. Gdy się orientuję, przy nagraniu widnieją już dwa niebieskie ptaszki.

Następnego ranka wzywa mnie na osobistą rozmowę. Sam na sam. W cztery oczy. W jego prywatnym apartamencie. Daje mi jasno do zrozumienia, że spodobało mu się to, co usłyszał, i żąda rewanżu za incydent pod prysznicem. Tu i teraz. O Boże — co ja mam zrobić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 277

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Cruel Confessions

Chcę cię, baby!

Rebecca Baker

Spis treści

OpisRozdział 1 – ElenaRozdział 2 – JoshuaRozdział 3 – ElenaRozdział 4 – JoshuaRozdział 5 – ElenaRozdział 6 – JoshuaRozdział 7 – ElenaRozdział 8 — JoshuaRozdział 9 – ElenaRozdział 10 — JoshuaRozdział 11 – ElenaRozdział 12 — JoshuaRozdział 13 — ElenaRozdział 14 – ElenaRozdział 15 - JoshuaRozdział 16 – ElenaRozdział 17 — JoshuaRozdział 18 – ElenaRozdział 19 – JoshuaRozdział 20 – ElenaRozdział 21 — JoshuaRozdział 22 – ElenaRozdział 23 – JoshuaRozdział 24 — ElenaRozdział 25 – ElenaRozdział 26 — JoshuaRozdział 27 – ElenaRozdział 28 – JoshuaRozdział 29 – ElenaRozdział 30 – Joshua

Opis

Podczas podróży służbowej przez przypadek podglądałam mojego szefa pod prysznicem przez dziurkę od klucza. Chyba mnie zauważył. Ale wstyd! Natychmiast rzucam się do ucieczki. Gorzej być nie może? A jednak: wiadomość głosowa, którą później omyłkowo wysyłam mu, a w której „intensywnie” analizuję tamten widok.

Moja nowa praca jako osobista asystentka miliardera o nazwisku Joshua Davis to absolutny koszmar. Atrakcyjnemu playboyowi wiecznie coś nie pasuje — jestem bliska złożenia wypowiedzenia, ale chcę jeszcze załapać się na wycieczkę do Vegas z całym personelem i tam zaszaleć na koszt firmy.

Po kilku koktajlach w barze hotelu Mirage i głupawej rundzie gry „Prawda czy wyzwanie” mam zdobyć ręcznik z męskiej sauny — i tak oto trafiam na mojego szefa pod prysznicem.

Nie dość, że wygląda cholernie dobrze i wszystko jest u niego tak idealnie proporcjonalne — co gorsza, on mnie widział, a ja uciekam i zaszywam się w swoim pokoju.

Ale robi się jeszcze gorzej: w pokoju, leżąc pod kołdrą, wyobrażam sobie, co mógłby ze mną zrobić, i przez pomyłkę wysyłam mu wiadomość głosową. Gdy się orientuję, przy nagraniu widnieją już dwa niebieskie ptaszki.

Następnego ranka wzywa mnie na osobistą rozmowę. Sam na sam. W cztery oczy. W jego prywatnym apartamencie. Daje mi jasno do zrozumienia, że spodobało mu się to, co usłyszał, i żąda rewanżu za incydent pod prysznicem. Tu i teraz. O Boże — co ja mam zrobić?

Rozdział 1 – Elena

—Dasz radę, Elena — szepczę do siebie nerwowo, przechodząc przez obrotowe drzwi Davis Towers. Stukot moich obcasów niesie się po marmurowej podłodze niczym metronom wyznaczający rytm mojej determinacji. Światło wczesnego poranka wpada przez przeszklony dach, rzucając jasny blask na tętniące życiem lobby poniżej.

Dziś jest mój pierwszy dzień jako osobista asystentka nikogo innego jak samego Joshuę Davisa. Człowieka, od którego nazwiska pochodzi nazwa tego wieżowca.

— Niewiarygodne! — mruczę pod nosem, spoglądając na misterne zdobienia w stylu art déco na suficie. To uderzający kontrast w porównaniu do ciasnego mieszkania, które opuściłam zaledwie godzinę temu i w którym ambicja często wydaje się jedynym luksusem, na jaki mogę sobie pozwolić.

— Panna Martinez? — Głos przerywa moje rozmyślania. Odwracam się i widzę szefa recepcji, który przywołuje mnie profesjonalnym uśmiechem.

— Pan Davis oczekuje punktualności — mówi mężczyzna, wręczając mi tymczasową kartę dostępu z surowym spojrzeniem, które sugeruje, że spóźnialstwo jest jednym z siedmiu grzechów głównych.

— Oczywiście — odpowiadam, zakładając zabłąkane pasmo włosów za ucho. — Dziękuję — dodaję, zastanawiając się, o co mu właściwie chodzi. Pojawiłam się tutaj punktualnie o 9:00. Dokładnie tak, jak ode mnie oczekiwano. Po co więc ten komentarz?

— Ostatnie piętro — mruczy szef recepcji, wskazując na windy na końcu lobby.

Skinam głową, starając się nie zaprzątać sobie tym głowy. Może ten człowiek po prostu nie ma dzisiaj dobrego dnia.

Jazda windą na górę przypomina podróż do innego świata — świata, w którym powietrze nasycone jest władzą i zapachem pieniędzy. Gdy drzwi się otwierają, wchodzę na wypolerowaną podłogę piętra zarządu, a bicie serca łomocze mi o żebra. To jest to — jaskinia lwa. A ja zaraz spotkam się z samym królem.

— Pan Davis panią teraz przyjmie — mówi kobieta, która wita mnie z podkładką w dłoni. Na jej identyfikatorze pod nazwiskiem widnieje napis: dział HR. W jej oczach migocze mieszanka współczucia i rozbawienia. Czy ona wie coś, czego ja nie wiem?

— Dobrze — mówię i czekam, aż ruszy z miejsca, bym mogła iść za nią.

— Och, ja nie idę z panią. Przyjmie panią sam. Tamte drzwi na końcu korytarza — wyjaśnia, wskazując ręką drogę.

— Em. Dobrze — odpowiadam, na co kobieta krótko kima głową i odchodzi w przeciwnym kierunku. Dziwne. Ale trudno, niech i tak będzie. Prostuję ramiona, zbliżając się do ciężkich, dębowych drzwi, na których grubymi, czarnymi literami wypisano jego nazwisko. Biorę głęboki oddech i pukam dwa razy.

— Proszę — odpowiada głos gładki jak stara whisky i równie odurzający.

Popycham drzwi i wchodzę do biura, które przypomina raczej centrum dowodzenia. Okna od podłogi aż po sufit oferują panoramiczny widok na miasto, ale to mężczyzna za biurkiem przyciąga całą uwagę. Joshua Davis, ze swoją mocno zarysowaną szczęką i przeszywającymi błękitnymi oczami, emanuje magnetyzmem, który jest niemal namacalny. Jego reputacja go wyprzedza: to notoryczny miliarder i playboy, którego urok osobisty ustępuje jedynie bezwzględności w interesach.

— Panno Martinez — wita mnie, wstając z krzesła. Jest wyższy, niż się spodziewałam, a jego obecność wypełnia całe pomieszczenie. — Punktualność byłaby dobrym początkiem. Ale jak widzę, ma pani inne zdanie na ten temat — mówi, spoglądając na zegarek. — Jutro proszę być tutaj punkt 9:00.

— Panie Davis, proszę wybaczyć. Myślałam... — zaczynam, wyciągając do niego rękę.

— W porządku. Nie było tematu, nie bądźmy drobiazgowi — przerywa, a ja czuję na sobie jego oceniający wzrok, od którego robi mi się na zmianę gorąco i zimno.

— To dla mnie zaszczyt móc dla pana pracować — mówię, przerywając ciszę.

— Miejmy nadzieję, że pod koniec tygodnia nadal będzie pani tak uważać — odpowiada, a jego usta wykrzywiają się w półuśmiechu, który nie dociera do oczu.

— Wyzwanie przyjęte — mówię, czując w sobie iskrę przekory. Nie zaszłam tak daleko, żeby teraz się wycofać.

— Dobrze — rzuca, wyglądając przez okno. — Bo nie oczekuję niczego innego niż doskonałości.

— Otrzyma ją pan — zapewniam go, choć w głowie kłębią mi się myśli. Jakie zadania mi wyznaczy? Opis stanowiska był typowy dla asystentki. Trochę mnie to zdziwiło i wysłałam aplikację, nie licząc na wielkie szanse. Jednak jakimś cudem, po zaledwie jednej rozmowie kwalifikacyjnej, która odbyła się bez niego, a jedynie z działem personalnym, zostałam zatrudniona.

— Proszę usiąść, panno Martinez — mówi pan Davis, wskazując na krzesło naprzeciwko. — Mamy mnóstwo do omówienia. Po pierwsze: będę się do pani zwracał Elena — dodaje z nieczytelnym błyskiem w oku. — Witamy w akwarium z rekinami.

Akwarium z rekinami? Co on ma na myśli i dlaczego się uśmiecha?

— Na początek poproszę japońską herbatę. Świeżo parzoną. I proszę to skserować — mówi, wskazując na stos dokumentów na komodzie.

— Ile kopii... — zaczynam, ale on wchodzi mi w słowo.

— Poradzi sobie pani z tym.

******

— Eleno — głos pana Davis przecina ciszę niczym ostrze naostrzone zniecierpliwieniem, sprawiając, że wzdrygam się przy moim stanowisku pracy. Akwarium z rekinami, tak to nazwał, i trafił w samo sedno. — Zakładam, że przygotowała pani raporty, o które prosiłem?

— Oczywiście, panie Davis. — Moje palce lekko błądzą, gdy podaję mu stos dokumentów. Każdy z nich został skrupulatnie opracowany, by sprostać jego niemożliwym standardom, które w ciągu tygodnia zdają się zmieniać nieustannie, jeśli nie co godzinę.

Jego wzrok przelatuje po papierach, a ja przygotowuję się na ewentualną kapryśną krytykę.

— Akceptowalne — przyznaje po czasie, który zdawał się wiecznością, ale jego spojrzenie pozostaje chłodne i oceniające. — Zatem czas na kolejne zadanie.

— Słucham? — pytam, kładąc długopis na notatniku.

— Proszę przesunąć moje posiedzenie zarządu na czwartek, skoordynować catering na dzisiejsze wydarzenie, a potem napisać e-mail do zespołu, w którym przedstawi pani cele na obecny kwartał. I Eleno — mówi swobodnym, lecz przyzwyczajonym do rozkazywania tonem — potrzebuję tego w ciągu godziny.

— Zrozumiałam. — Kiwam głową, choć przez myśl przelatuje mi pytanie, jak mam nagiąć czas do jego woli.

Wycofuję się do swojego biurka przed jego gabinetem, biorę głęboki oddech i zaczynam pisać z zapałem zrodzonym z konieczności. Zegar na ścianie tyka, a każda sekunda przypomina mi o bezlitosnym tempie, jakiego wymaga Joshua.

— Hej, dziewczyno, wyglądasz, jakbyś zaraz miała przekroczyć barierę dźwięku — głos Tiny wyrywa mnie z koncentracji, a jej śmiech jest miłą odmianą. Poznałyśmy się w tym tygodniu przy okazji moich zadań i od razu złapałyśmy wspólny język. Tina to dobra dusza z księgowości, zna tu wszystkich i wszystko, i pracuje w tej firmie od lat.

— Mam wrażenie, że muszę — wyznaję, wdzięczna za jej prostolinijną życzliwość. — Pan Davis narzucił mi mordercze tempo.

— A czy on kiedyś robi inaczej? — Opiera się o moje biurko i przerzuca długie włosy przez ramię. — Ale radzisz sobie po mistrzowsku. Jak znosisz te jego humory?

— Staram się nie brać niczego do siebie. — Próbuję się uśmiechnąć, ale uśmiech mi drży. — Tylko... czasami nie wiem, która jego wersja mnie powita. W jednej minucie jest czarujący, a w następnej zimniejszy niż lodowa rzeźba.

— O rany. — Tina przewraca oczami. — Na pewno wszystko u ciebie w porządku?

— Jakoś leci — przyznaję, zakładając niesforny kosmyk za ucho. — Po prostu trudno wyczuć, czego on chce, skoro wymagania ciągle się zmieniają.

— Słuchaj, Eleno, świetnie ci idzie. Nie daj się złamać jego gburowatym nastrojom — mówi Tina, dodając mi otuchy. — Nie zapominaj, po co tu jesteś: dla siebie, dla swojej kariery. A nie po to, żeby dogadzać jakiemuś niezrozumiałemu miliarderowi.

— Dzięki, Tina. — Czerpię siłę z jej słów. — Staram się o tym pamiętać.

— Dobrze. — Puszcza do mnie oko. — I pokaż temu facetowi, jak bardzo jesteś niezastąpiona.

Z nową determinacją wracam do klawiatury, a moje palce śmigają po klawiszach. Spełnię jego oczekiwania, obiecuję sobie w duchu. Nie dlatego, że potrzebuję jego uznania, ale dlatego, że odmawiam bycia kimś mniej niż doskonałym.

******

Kserokopiarka mruczy miarowo, tworząc monotonną symfonię do absurdu mojej sytuacji. Przestałam liczyć, ile razy uzupełniałam podajnik papieru. Każda kartka to ciche świadectwo bezlitosnego żądania Joshuy dotyczącego nadgodzin. Zegar wybija siódmą, a on wciąż bombarduje mnie zadaniami, od banalnych po zagadkowe.

Wciąż myślę o zadaniach z dzisiejszego południa, z którymi rzeczywiście uporałam się w godzinę, co on skwitował jedynie krótkim „Może być”, po czym pogonił mnie do kolejnej czynności.

— Eleno, gdzie raport? — Jego głos przebija się przez szum biurowych maszyn, ostry jak stukot jego włoskich skórzanych butów o marmurową podłogę.

— Już niosę, panie Davis — odkrzykuję, a słowa te mają posmak rutyny. Biorę w ręce gruby stos papierów, których krawędzie są sztywne i złowieszcze, zupełnie jak człowiek, który na nie czeka.

Nie podnosi wzroku, gdy wchodzę do jego gabinetu — królestwa ze stali i szkła, które zdaje się odzwierciedlać jego nieprzeniknioną naturę. Moje obcasy wybijają rytm kontrastujący z moim galopującym sercem, gdy kładę dokumenty na jego biurku z precyzją większą niż to konieczne.

— Porównałaś liczby z aktualnymi prognozami? — Przeszedł już ze mną na „ty”, pytając wcześniej, czy to dla mnie w porządku, bo tak pracuje mu się łatwiej. Ja z kolei mam nadal zwracać się do niego per „pan”, ze względu na wizerunek zewnętrzny. Jeśli to tylko o to chodzi...

— Oczywiście — odpowiadam, choć to tylko półprawda. Zlecił mi to zadanie bez żadnego kontekstu, zostawiając mnie samą w labiryncie liczb, bym szukała znaczenia, którego nigdy mi nie wyjaśnił.

— Dobrze. — Na jego twarzy mignęło coś na kształt emocji, tak szybko, że mogło mi się to tylko wydawać. — Nie jesteś całkowicie beznadziejna.

— Dziękuję... tak myślę — mruczę, nie wiedząc, czy powinnam poczuć się urażona, czy pochlebiona. Gdy odwracam się, by wyjść, jego dłoń ociera się o moją — to przelotny dotyk, który sprawia, że dreszcz przebiega mi po plecach, a tętno gwałtownie rośnie. Przypadkowy czy nie, ten dotyk pozostaje we mnie niczym niewypowiedziana obietnica.

— Eleno, jeszcze jedno — dodaje, a jego ton niepokojąco zbliża się do ciepłego brzmienia. — Odwołaj moją rezerwację na kolację z Ms. Reynolds. Powiedz jej, że wypadło mi coś niecierpiącego zwłoki.

— Oczywiście, panie Davis — mówię, ale w duchu przewracam oczami. Nie znam tej całej Ms. Reynolds, ale to pewnie jedna z tych kobiet, które wskakują mu do łóżka i dzięki którym cieszy się opinią Playboya.

— Coś osobistego — instruuje mnie, a jego wzrok spoczywa na mnie, jakby zaglądał w głąb mojej duszy. — Niech to brzmi przekonująco.

— Może nagły wypadek rodzinny? — sugeruję, mając nadzieję, że nie wyczuje mojego sarkazmu.

— Właśnie tak. — Opiera się wygodnie, a na jego ustach błąka się cień uśmiechu. — Zaczynasz rozumieć.

— Świetnie. — Zmuszam się do śmiechu, ale nawet w moich uszach brzmi on pusto.

Wróciwszy do biurka, dzwonię do Ms. Reynolds i opowiadam jej historię o nieprzewidzianych okolicznościach, doprawiając ją nutką przepraszającego uroku. Metody pana Davis mogą być dyskusyjne, ale nie mogę zaprzeczyć dreszczowi emocji, jaki niesie ze sobą ta gra, nawet jeśli gardzę jej zasadami.

— Zachowałaś się jak profesjonalistka, Eleno — chwali mnie, gdy kończę rozmowę, a ja jestem zaskoczona tym, jak szczerze brzmi jego głos.

— Dziękuję, panie Davis — odpowiadam, starając się zignorować trzepotanie w żołądku. To tylko praca, przypominam sobie. Nic więcej.

Ale później, gdy zbieram rzeczy i przygotowuję się na kolejny samotny powrót metrem i zasłużony, choć zdecydowanie zbyt późny koniec dnia, Joshua Davis zatrzymuje się przy moim biurku. — Znowu zostałaś do późna. Doceniam to.

— To część moich obowiązków — mówię, wzruszając ramionami i unikając jego intensywnego spojrzenia.

— Mimo to jestem ci coś winien. — Jego głos jest głęboki i bliski, a ja przez chwilę zastanawiam się, jak by to było, gdyby nie dzieliło nas to biurko, gdyby nie było żadnych barier.

— Może dzień wolnego za nadgodziny — odcinam się, mając nadzieję, że mój uśmiech maskuje chaos, jaki we mnie wywołuje.

— Tylko nie bądź zbyt roszczeniowa, Eleno — mówi, jednak przy tym szczerzy zęby w uśmiechu.

— Dobranoc, Eleno. — Ruszam w stronę wind, a dźwięk przyjeżdżającej kabiny rozładowuje napięcie, które otacza nas niczym namacalna materia.

— Dobranoc, panie Davis.

Gdy drzwi się zamykają, opieram się o chłodny metal, a w moich myślach wiruje nawałnica sprzecznych emocji. On jest niemożliwy, nieznośny... a jednak niezaprzeczalnie pociągający. I mimo wszystko nie mogę pozbyć się wrażenia, że za fasadą szefa-miliardera kryje się coś jeszcze, coś, co budzi we mnie mroczne pragnienia, których nie powinno tam być.

******

Zapach mojej świeżo mielonej kawy na wynos unosi się w powietrzu, gdy wybiegam z windy, a obcasy moich czółenek stukają o marmurową podłogę. To dźwięk, który odzwierciedla rytm mojej determinacji: rytmiczny, nieubłagany — metronom mojej ambicji. Po raz kolejny jestem tu przed świtem, ponieważ Joshua Davis nie trzyma się ram czasowych od dziewiątej do siedemnastej, więc ja też nie.

— Elena, już jesteś — jego głos przecina ciszę pustego biura, a ja odwracam się w jego stronę, ściskając notatnik niczym tarczę.

— Dzień dobry, panie Davis. — Staram się mówić spokojnie, choć moje serce wcale nie jest spokojne. — Co mamy dzisiaj w grafiku?

Opiera się w fotelu, będąc uosobieniem swobodnej władzy, i wylicza długą listę zadań, które wydają się równie złożone, co istotne. — I potrzebuję raportów finansowych z ostatniego kwartału, do analizy i podsumowania. Na wczoraj.

— Zrozumiałam. — Moje palce śmigają po klawiaturze telefonu, ustawiając przypomnienia z wydajnością dobrze naoliwionej maszyny.

— Upewnij się, że są szczegółowe. — Jego wzrok wbity we mnie jest ostry jak linia jego garnituru. — Nie chcę żadnych niespodzianek na posiedzeniu zarządu w przyszłym tygodniu.

— Oczywiście, że nie. — Obietnica pada, zanim zdążę się zastanowić; te słowa są dowodem mojej pilności, cnoty, która była dla mnie zarówno szczęściem, jak i przekleństwem.

Godziny później, gdy słońce rzuca już długie cienie na podłodze, nadal pracuję. Liczby i dane tańczą mi przed oczami, drwiąc ze mnie swoim skomplikowaniem. Ale zawsze byłam dobra w zagadkach, a to tylko kolejne wyzwanie, z którym muszę się zmierzyć.

— Wciąż tutaj? — Głos pana Davis przerywa ciszę. Podnoszę wzrok i widzę go górującego nad moim biurkiem. Zdjął marynarkę, a rękawy białej koszuli ma podwinięte, odsłaniając umięśnione przedramiona — widać na nich tatuaże. To uderzający kontrast wobec wizerunku wytwornego biznesmena, który zdaje się być dla niego drugą skórą.

— Ktoś musi w końcu wyciągnąć wnioski z tych liczb. — Posyłam mu zmęczony uśmiech, starając się zignorować dreszcz, który przebiega mi po plecach przez jego bliskość.

— Daj mi to zobaczyć. — Sięga po dokumenty, a nasze palce stykają się przelotnie. Przeszywa mnie impuls elektryczny, ale szybko się wycofuję, udając, że jestem pochłonięta zadaniem.

— Wygląda na to, że panujesz nad sytuacją — mruczy po chwili, skanując wzrokiem strony.

— Dziękuję, panie Davis. — Moja odpowiedź jest krótka, to mechanizm obronny przed ciepłem, które rozlewa mi się w piersi.

— Joshua. — Korekta pojawia się z półuśmiechem, który nie całkiem dociera do jego oczu, ale porusza coś w moim wnętrzu. Czyżby jednak zdecydował, że nie przeszkadza mu, jeśli też będę mu mówiła po imieniu? Czy w jakiś sposób zapracowałam na jego szacunek i okazałam się godna?

— W takim razie Joshua. — Imię to brzmi obco na moim języku, intymnie w sposób, który włącza w mojej głowie alarm. Skup się, Elena. Nie wychylaj się.

— Dobrze. Zatem w sprawie jutra... — Zawiesza głos, pukając palcem w usta — to gest sygnalizujący mi, że zmienił plany i odchodzi od pieczołowicie przygotowanej trasy jego podróży służbowej, nad którą pracowałam.

— Cokolwiek pan potrzebuje — mówię i naprawdę tak myślę. To właśnie robię — dostosowuję się, zmieniam kierunek, organizuję. Tak staję się niezastąpiona, tak pozostaję blisko zagadki, jaką jest Joshua Davis.

— Odwołaj moje spotkanie o trzeciej. I przesuń mój lunch z Hendersonami na drugą. — W jego słowach jest coś ostrego, rozkaz, który nie znosi sprzeciwu.

— Załatwione. — Reaguję automatycznie, rzeczowo. Gryzmolę notatkę, czarny atrament odcina się na jasnej kartce.

— Czasem zastanawiam się, jak radziłem sobie przed tobą — mówi bardziej do siebie niż do mnie. Słyszę nutę bezbronności w jego głosie, zanim jego twarz znów przybierze znajomą maskę obojętności.

— Ja też — żartuję, ale żart brzmi blado w nasyconym napięciem powietrzu między nami.

— No dobrze, Elena. — Prostuje się i wraca do roli nietykalnego miliardera. — Widzimy się jutro bladym świtem.

— Do jutra. — Zmuszam się do uśmiechu, ale gdy on odchodzi, zostaję sama z myślami o szalonej zagadce, jaką jest Joshua Davis — człowiek, który wymaga wszystkiego, a nie wyjawia niczego, sprawiając, że waham się między frustracją a fascynacją.

Zbierając rzeczy, moje palce zatrzymują się na klawiaturze telefonu, wpisując przypomnienia na kolejny dzień w oku cyklonu. Perspektywa nadgodzin mi nie przeszkadza; to nieprzewidywalność człowieka, dla którego pracuję, sprawia, że czuję niepokój i zastanawiam się, jakie niespodziewane wyzwanie — lub jaki zamęt — przyniesie jutro.

Gdy późnym wieczorem pakuję torbę i zamykam za sobą drzwi biura, opieram się o chłodne drewno i pozwalam sobie na chwilę oddechu. Dlaczego on musi być tak potwornie skomplikowany? I dlaczego tak bardzo mnie to obchodzi? Dlaczego myślę o nim coraz częściej i dlaczego wciąż chcę mu dorównać?

Nie mam już życia prywatnego, budzę się w nocy z kołataniem serca i śnię o tym, że on mnie chwali. Czy to może być zdrowe?

Serce podchodzi mi do gardła, gdy przypominam sobie jego tatuaż. Przykładam dłoń do pędzącego serca i chcę, żeby się uspokoiło. To tylko praca, przypominam sobie. On jest tylko szefem — wymagającym, nieprzewidywalnym szefem, który doskonale wie, jak zajść mi za skórę. Ale gdy odchodzę, echo jego głosu w mojej głowie i wspomnienie jego spojrzenia wzniecają we mnie cichą walkę, w której tęsknota i wyzwanie toczą gorącą bitwę, grożąc, że mnie pochłoną.

W co ja się wpakowałam.

Rozdział 2 – Joshua

Wmomencie, gdy wychodzę z prywatnej windy na najwyższym piętrze, powietrze się zmienia — jest pełne wyczekiwania, niczym cisza przed burzą. To miejsce to królestwo ze szkła i stali, wysoko nad miastem, gdzie sprawuję niepodzielne rządy. Moja asystentka Elena podnosi wzrok znad biurka, jej oczy błyszczą i są skoncentrowane. Już tu jest. Oczywiście, że tak. Od czasu swojego spóźnienia pierwszego dnia wie, że cenię sobie, gdy pojawia się tu przede mną. I jak dotąd zawsze się tego trzymała.

— Dzień dobry, Joshua — wita mnie, a w jej głosie pobrzmiewa profesjonalne ciepło, które tak dobrze opanowała.

— Dzień dobry, Elena. Przejdźmy od razu do rzeczy. — Kroczę po wypolerowanej podłodze, a stukot moich włoskich skórzanych butów odbija się echem od marmuru. — Musisz przełożyć moje spotkanie z Grupą Henderson, opracować propozycję dotyczącą omówionego wczoraj przejęcia i do lunchu przejrzeć kontrakty z biura w Dubaju.

— Oczywiście — odpowiada bez wahania, robiąc notatki w swoim bloku i idąc za mną przez dębowe drzwi do mojego gabinetu, bez potrzeby dodatkowego zaproszenia. Jej wydajność jest jak dobrze naoliwiona maszyna i nie mogę powstrzymać się od podziwu — nawet jeśli dociskam ją jeszcze mocniej, by sprawdzić jej granice.

— Dodaj też zestawienie kwartalnych raportów finansowych. A do czternastej chcę mieć aktualny stan przygotowań do gali charytatywnej. — Obserwuję ją uważnie, spodziewając się jakiejkolwiek oznaki słabości, ale żadnej nie dostrzegam.

— Zrobione. Coś jeszcze? — pyta Elena, gotowa na kolejną salwę z moich ust.

— Dopilnuj, żeby moja kawa tym razem była naprawdę gorąca — mówię, posyłając jej półuśmiech i wskazując na parujący kubek na moim biurku.

— Oczywiście, Joshua. Dokładnie tak, jak lubisz. — Odwzajemnia uśmiech i przez krótką chwilę nasze spojrzenia się spotykają — to nieme uznanie gry, w którą gramy.

Gdy zabiera się do pracy, odwracam się, by ukryć błysk czegoś niebezpiecznego, co się we mnie budzi. Stąpam tu po cienkiej linie, a każdy dzień z nią wystawia moją równowagę na próbę.

Moje odbicie wita mnie w szybie okiennej, gdy spoglądam na panoramę miasta. Mówią, że jestem człowiekiem, który ma wszystko — ostro zarysowaną linię szczęki, ciemne włosy, które zawsze leżą idealnie, ciało wyrzeźbione przez trenerów, którym płacą za torturowanie mnie, bym przypominał greckiego boga. Moje garnitury są skrojone perfekcyjnie, by podkreślać szerokie ramiona, linie sylwetki, o którą dbam nie tylko dla wyglądu, ale z czystej dyscypliny. Wszystko we mnie krzyczy o kontroli — od spinek przy mankietach po władczą aurę, którą emanuję, nawet się o to nie starając.

Ale stojąc tutaj, pan wszystkiego, co ogarniam wzrokiem, wiem, że obecnie dręczy mnie jedna myśl: Elena.

Bo mimo władzy, szacunku i strachu, jaki budzę, to właśnie ona, ta kobieta o proporcjonalnych kształtach skrytych pod służbowym strojem i ze zdecydowanym błyskiem w piwnych oczach, grozi wytrąceniem mnie z równowagi.

— Joshua? Czy mogę zrobić dla ciebie coś jeszcze? — Głos Eleny przerywa moje zamyślenie, odciągając mnie od okna. Odwracam się w stronę jej głosu, patrząc na jej ładną twarz i zarys dekoltu, który doprowadza mnie do czystego szaleństwa.

— Na razie nic. Informuj mnie na bieżąco — mówię spokojnym głosem mimo wzburzenia, które szaleje pod powierzchnią.

— Jak najbardziej — odpowiada, wydając się pochłonięta nadchodzącymi zadaniami.

I gdy drzwi do mojego biura zamykają się z cichym kliknięciem, więżąc mnie w mojej szklanej fortecy, nie mogę pozbyć się wrażenia, że powinienem dać jej jeszcze więcej pracy.

******

Znowu to samo: stukot jej obcasów na marmurowej podłodze. Rodzaj metronomu dla moich pędzących myśli. Potem Elena znów siedzi przy swoim biurku, całkowicie sprawna i skoncentrowana. Obserwuję ją przez wąską przeszkloną ścianę mojego gabinetu obok dębowych drzwi, którą kazałem zamontować dopiero w zeszłym tygodniu, a mój wzrok zatrzymuje się o ułamek sekundy za długo na krzywiźnie jej talii, gdzie bluzka idealnie chowa się w spódnicy ołówkowej.

— Jeszcze kawy, Joshua? — pyta przez otwarte drzwi, a jej głos przerywa moją koncentrację.

— Czarną — odpowiadam ostrzej, niż zamierzałem. — Bez cukru.

— Wiem. — Odwraca się i w tym momencie mnie to dopada — instynkt, by przycisnąć ją tu i teraz do zimnej powierzchni mojego biurka. Byłoby tak łatwo temu ulec i pozwolić moim dłoniom błądzić po delikatności, która czai się pod wykrochmaloną fasadą jej profesjonalizmu.

Napinam palce, czując, jak mrowią z powstrzymywanej chęci. Wspomnienie mojej ostatniej asystentki, Sandry, przemyka mi przed oczami — sygnał ostrzegawczy. W oczach Sandry widziałem obietnice, które zamierzałem wyegzekwować. Jednak kiedy ją chwyciłem, wychodząc naprzeciw jej niemej zachęcie, nie spotkałem się z namiętnością, lecz z przerażeniem. Skutki były opłakane — soczyste nagłówki i łapówka za milczenie. To był błąd, który prawie kosztował mnie wszystko. Dziś nie ufam już nikomu, a zwłaszcza swoim instynktom pierwotnym, które zdają się sprowadzać mnie na manowce.

— Proszę, twoja kawa — mówi Elena, stawiając parujący kubek na moim biurku z lekkim uśmiechem, który nie dociera do jej oczu.

— Dzięki. — Moja odpowiedź jest krótka, to próba budowania murów za pomocą słów. Biorę łyk i pozwalam, by przytłoczyła mnie gorycz.

Przytakuje niewzruszona, odwraca się, pozwalając mi zmierzyć wzrokiem jej ładny tyłek, zanim na nim usiądzie i wróci do pracy.

Mój umysł maluje żywe obrazy Eleny rozłożonej przede mną na mahoniowym blacie biurka, z cerą zarumienioną z pożądania. Wmawiam sobie, że ona chce tego tak samo mocno jak ja. Jednak nie mogę popełnić tego samego błędu dwa razy; moja reputacja nie może sobie pozwolić na kolejny skandal.

— Joshua, w sprawie konta Hendersona... — zaczyna Elena, ale ledwie ją słyszę.

— Zajmij się tym — przerywam jej. Mój wzrok utkwiony jest w jej karku, gdy lekko się pochyla, by przeszukać papiery. Jestem przyzwyczajony brać to, czego chcę, bez względu na konsekwencje. Ale nie to. Nie ją. A może jednak?

— Jesteś pewien? Może potrzebna jest twoja... — Jej głos zamiera, gdy podnoszę się z fotela, nagłym ruchem, który sprawia, że się wzdryga.

— Czy jest jakiś problem, Elena? Jeśli tak, to go rozwiąż!

— Nie, nie ma problemu — odpowiada szybko, a jej profesjonalizm stanowi jaskrawy kontrast do chaosu, który nieświadomie we mnie wywołuje.

— Dobrze. — Zmuszam rysy twarzy do przybrania maski obojętności. — Niech tak zostanie.

Siadam z powrotem i udaję, że jestem pochłonięty papierkową robotą leżącą na biurku. Ale w moich myślach wciąż uprawiam seks z moją asystentką: wodzę palcami po konturach ciała Eleny i czuję ciężar jej piersi w moich dłoniach. Kręcę głową, starając się odpędzić niechciane myśli.

— Poza tym dajesz sobie radę? — pytam, mając nadzieję, że mój głos wyraża dystans, o który się staram.

— Tak, wszystko w porządku — odpowiada Elena, która nie odwraca się, by na mnie spojrzeć, lecz zabiera się do pracy, zostawiając mnie samego z walką w mojej głowie.

— Dobrze — mówię znowu, bardziej do siebie niż do niej. Rzucam się z powrotem w wir pracy, traktując liczby i kontrakty jak koło ratunkowe, by odciągnąć się od krawędzi pożądania. Ale nawet gdy zagrzebuję się w tym, co znane, moje ciało mnie zdradza, twardniejąc na samą myśl o niej. To jasne — muszę ją odepchnąć, zwiększyć wymagania, aż pęknie, aż stanie się nikim więcej niż nazwiskiem na wypowiedzeniu. Sam nie mogę jej zwolnić. Robiłem to już zbyt często, a nie chcę już płacić odpraw, które potem zasądzają sędziowie. Dlatego Überforderung, zasypanie ją robotą, wydaje mi się najlepszą metodą i mam nadzieję, że Elena nie będzie miała mi tego za złe. To tylko dla jej dobra.

— Odwołaj popołudniowe spotkania — rozkazuję, bo desperacko potrzebuję przerwy od jej obecności. — Muszę się skoncentrować.

— Uznaj to za załatwione — mówi, a ja nie potrafię stwierdzić, czy cień ulgi w jej głosie jest prawdziwy, czy to tylko wytwór mojej wyobraźni.

— Dzięki — mruczę, obserwując, jak znów oddaje się swoim zadaniom, przy czym jej kompetencja tylko podsyca ogień, o którym najwyraźniej nie wie, że go wznieciła. To gra siły woli, którą zamierzam wygrać. Nigdy nie tracę kontroli. Z wyjątkiem, jak się wydaje, sytuacji, gdy chodzi o nią.

******

Nowy dzień!

Gdy drzwi windy się otwierają, kroczę zdecydowanie do swojego biura, nie patrząc na moją asystentkę, która wczoraj wieczorem przed snem stała się po prostu moim materiałem do masturbacji. Kto by pomyślał. Zazwyczaj dzwonię do kobiety z mojej listy kontaktów i biorę to, czego chcę. Ale w tym przypadku było inaczej.

— Elena — zaczynam twardym, władczym głosem — zakładam, że jesteś przygotowana na męczący dzień?

— Zawsze — odpowiada bez sekundy zwłoki, patrząc na mnie tymi głębokimi oczami, które grożą, że odwiodą mnie od moich zamiarów.

— Dobrze. — Podaję jej pendrive'a. — To musi zostać uporządkowane według klientów, projektów i dat. A do tego jeszcze powiązanie z finansami. Chcę to mieć później bezpośrednio na moim biurku.

Lekko ściąga brwi, ale przytakuje. — Natychmiast zabieram się do pracy.

— Poza tym — dodaję, obserwując ją uważnie — konto Hendersona wymaga kompletnego przerobienia. Dziś wieczorem. Zostaniesz dłużej?

— Oczywiście, Joshua. Co tylko będzie trzeba. — Jej odpowiedź pada natychmiastowo i jest w irytujący sposób profesjonalna.

— Dopilnuj, żeby wszystko było idealne, Elena. Żadnych wymówek — mówię, rzucając jej rękawicę. Musi ugiąć się pod ciężarem; to za dużo dla jednej osoby. Nie mogę bez przerwy myśleć o swojej asystentce. Tak dalej być nie może.

— Zrozumiałam — mówi, już sortując dane zwinnymi palcami.

Wycofuję się do mojej szklanej fortecy, mojego gabinetu z widokiem na leżące u stóp miasto, i obserwuję ją. Jest w pełnym pędzie, jej kompetencja jest jak latarnia, która nie chce zgasnąć. Niech to szlag, jest dobra. Zbyt dobra.

Godziny mijają, a gdy nad miastem zapada noc, widzę, że ona wciąż przy tym siedzi, a jej koncentracja ani na chwilę nie słabnie. To tak, jakby była do tego stworzona i rozkwitała pod presją. Szczęka mi opada, gdy dociera do mnie, że ona nie tylko dotrzymuje kroku, ale wręcz mnie wyprzedza.

Rzucam okiem na Elenę, której sylwetkę obramowuje miękki blask biurkowej lampki, i czuję ucisk w gardle. Każdy idealny raport, który dostarcza, jest dowodem jej umiejętności i ciosem w moją determinację.

— Niech to szlag, Elena — szepczę cicho, uznając tym samym jej zwycięstwo w dzisiejszej cichej bitwie. Jest nie do złamania, a to sprawia, że pragnę jej tylko bardziej. Desperacja mnie gryzie, impuls, by do niej podejść i jej zażądać, jest niemal nie do zniesienia.

Ale tego nie robię. Zamiast tego podnoszę słuchawkę i tworzę kolejne niemożliwe zadanie. — Elena, musisz przygotować się do spotkania w sprawie fuzji w przyszłym tygodniu. Oczekuję, że przepracujesz weekend.

— Zrozumiałam — odpowiada, jej głos jest twardy i pewny, bez śladu porażki.

— Dobrze — mówię, kończymy rozmowę, a ja zdaję sobie sprawę, w jak masochistyczną grę tutaj gram. Testuję jej granice, ale w rzeczywistości to moja własna kontrola rozpada się kawałek po kawałku. Ona nieustannie przechodzi samą siebie, a ja jestem dla niej gigantycznym dupkiem.

******

Po ostatniej naradzie następnego dnia wpadam z powrotem do gabinetu, podczas gdy pod powierzchnią wrze burza frustracji. Dębowe drzwi zamykają się z większą siłą niż to konieczne, zdradzając moje wzburzenie. Elena nie wzdryga się; zdążyła się już przyzwyczaić do moich humorów.

— Odwołaj moje spotkania na resztę dnia — rzucam bez wstępów, przeczesując dłonią włosy.

— Natychmiast, Joshua — odpowiada równym i spokojnym głosem. Jej opanowanie działa mi na nerwy. Jak ona to robi, że potrafi zachować taki cholerny spokój?

— Upewnij się, że przekażesz pliki projektu do... — przerywam, widząc, jak lekko się schyla, by wyjąć dokument z drukarki. Moja szczęka zaciska się na ten widok. To jest właśnie powód, dla którego muszę trzymać ją na dystans.

— Joshua? — Jej pytający ton wyrywa mnie z niechcianego zamyślenia.

— Ech, tak, do Hendersona. I sprawdź liczby, zanim je wyślesz. — Odwracam się, mając nadzieję, że nie zauważy, jak robi mi się gorąco.

— Oczywiście. — Słychać szelest przekładanych papierów i cichy stuk klawiszy, gdy sprawnie wykonuje zadanie.

Wbrew rozsądkowi mój wzrok znów na nią pada. Ma na sobie spódnicę ołówkową, która opina jej figurę we właściwych miejscach. Przyłapuję się na tym, że na nowo wyobrażam sobie, co kryje się pod spodem, a ten obraz wywołuje u mnie niechciany dreszcz. Niech to szlag, skup się.

— Czy mogę ci jeszcze w czymś pomóc? — pyta Elena z tonem sugerującym, że wie, iż nie jestem do końca sobą.

— Tak, właściwie tak. — Podchodzę i kładę stos dokumentów na jej biurku. Nasze dłonie się stykają i czuję przymus, prąd elektryczny, który grozi zburzeniem murów, jakie z takim trudem wzniosłem. — To musi być uporządkowane do jutra rano.

— Do jutra? — Jej brwi unoszą się ze zdziwienia, ale nie z irytacji. — Natychmiast zabieram się do pracy.

— Dobrze — mówię krótko i wycofuję się w bezpieczne rejony mojego biurka. Moja pierś jest ciężka i mam dręczące poczucie winy, że zwaliłem na nią tę robotę. Ale to konieczne. Tak musi być.

— Joshua — zaczyna, używając mojego imienia w sposób, na jaki nikt inny się nie odważa. To śmiały krok, który coś we mnie uruchamia. — Czy wszystko w porządku?

— Tak — warczę, natychmiast żałując swojego tonu. Wyraz jej twarzy odrobinę rzednie, a ja nienawidzę tego, że to przeze mnie. — Po prostu dopilnuj, żeby to było zrobione, Elena.

— Zrozumiałam. — Przytakuje i wraca do pracy, połączenie na moment zostaje przerwane.

Obserwuję ją i czuję ścisk w gardle, gdy ona koncentruje się na nadchodzących zadaniach. Jej determinacja, jej wytrwałość — to, jak bardzo na mnie wpływa, doprowadza mnie do wściekłości.

— Dzięki, Elena — rzucam nagle, zaskakując nas oboje. To rzadkie przyznanie się do czegoś, a ona podnosi głowę i patrzy mi w oczy.

— Nie ma za co, Joshua. — Jej uśmiech jest mały i szczery, uderza we mnie niczym cios.

— Dobranoc — dodaję szorstko, zanim zrobię coś głupiego — na przykład powiem jej, jak wiele zaczyna dla mnie znaczyć.

— Dobranoc — odpowiada echem, a jej sylwetka utrwala mi się w pamięci, gdy opuszcza biuro.

Opadam na fotel, czując się jak kanalia, którą jestem. Odpycham ją, bo nie mogę ufać samemu sobie, lecz każdy złośliwy komentarz, każdy rozkaz, przyciąga mnie tylko bliżej płomienia. To niebezpieczna gra, którą przegram, jeśli ona wkrótce się nie zwolni. A myśl o tym jednocześnie mnie przeraża i podnieca.

******

Drzwi do mojego gabinetu otwierają się gwałtownie i oto ona — Samantha, wizja w czerwieni, wkraczająca tak, jakby to miejsce należało do niej. Jej śmiech rozbrzmiewa w powietrzu, radosny i pewny siebie, gdy zarzuca złote włosy na nagie ramię.

— Joshua, kochanie — grucha i składa mi na policzku pocałunek, który jest bardziej zaborczy niż czuły. — Tak dawno się nie widzieliśmy.