Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Zdawało jej się, że śpi” – czyli witamy w świecie Walerii i cudów. Niesamowita książka Vítězslava Nezvala w końcu ukazuje się w Polsce. Czechosłowacka Suspiria czy Alicja w Krainie Czarów? Surrealizm, Alejandro Jodorowsky i Diabły Kena Russella? Niewinność i transgresja? Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Waleria i tydzień cudów to od dziś ulubiona książka wszystkich miłośniczek i miłośników horrorów, mroczna baśń o dziewczyńskim dorastaniu, tajemnicy i pierwszym ukąszeniu przez wampira.
„Walerii zdawało się, że słyszy jęki. Bezwiednie dotknęła prawego ucha, jakby chcąc się upewnić, że ma kolczyki. Oba jednak zniknęły. Podeszła pod sam kurnik, skąd dochodziły dwa skłócone głosy i przerażone gdakanie drobiu. Nagle po jej lampę sięgnęła czyjaś ręka i nim Waleria zdążyła krzyknąć ze strachu, poczuła, że ktoś wpina jej zgubione kolczyki. Po chwili dostrzegła jabłoń oraz szopę, gdakanie ucichło. Dłoń Walerii opadła na pierś. Pod jej maleńkim sklepieniem serce łomotało jak po długim biegu. Dlaczego trzyma lampę, skoro na górze jest tyle gwiazd!”
(fragment książki)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 162
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Przekład dedykuję babci Kamie, która latami toczyła bój z polskim klerem i walkę tę przegrała
Napisałem tę książkę z miłości do tajemnic ukrytych w dawnych opowieściach, zabobonach i romansach pisanych szwabachą, które mignęły kiedyś przed mymi oczami, lecz nie zechciały wyjawić mi swej zawartości. Sądzę, że sztuka poezji jest ni mniej, ni więcej, a spłaceniem starych długów wobec życia i jego tajemnic. Nie chcąc „powieścią gotycką” zwodzić nikogo z drogi (a już najmniej ludzi bojących się wyjrzeć poza granice „teraźniejszości”), zwracam się do tych, którzy, jak ja, lubią czasem przystanąć nad sekretami pewnych dworów, podziemi, letnich posiadłości i natrętnych myśli, krążących wokół misterium. Jeśli moja książka wywoła w nich ewokację pewnych osobliwych i nieczęstych doznań, jakie skłoniły mnie do napisania historii, która ociera się o krotochwilę, będę kontent.
Autor
Waleria z lampą olejną w dłoni weszła na podwórze. Była pełnia… Jej bose nogi dotknęły światła księżyca. Poczuła woń ogrodów. Krzyk drobiu nie ustawał. Prawą ręką przytrzymywała swój nocny kaftanik.
— Kto jest na górze? — zawołała i zrobiła krok w stronę kurnika.
Ćma zatoczyła krąg wokół lampy. Później druga i trzecia.
— To tchórz — powiedziała do siebie.
Nagle zauważyła, że podwórze zamieniono.
— Gdzie jest moja jabłoń?
Szopa też zniknęła, mur ogrodzenia był zaś dwakroć wyższy niż zwykle. Kołowrotek studni jakby zaskrzypiał.
Po chwili usłyszała taką oto rozmowę:
— Błagam, litości!
— Gdzieżeś dał jej kolczyki?
— Przecież asan widzi, że nie odstępowałem go na krok.
— Ostatni raz cię ostrzegam.
— Od kiedy to konstabl mi nie dowierza?
— Nie kpij ze mnie!
— Jestem niewinny.
— Zobaczymy, kto będzie się śmiał ostatni!
— Na Boga, chyba pan nie zamierza...?
— Poddam cię wodnym torturom.
— Tyranie!
Walerii zdawało się, że słyszy jęki. Bezwiednie dotknęła prawego ucha, jakby chcąc się upewnić, że ma kolczyki. Oba jednak zniknęły. Podeszła pod sam kurnik, skąd dochodziły dwa skłócone głosy i przerażone gdakanie drobiu. Nagle po jej lampę sięgnęła czyjaś ręka i nim Waleria zdążyła krzyknąć ze strachu, poczuła, że ktoś wpina jej zgubione kolczyki. Po chwili dostrzegła jabłoń oraz szopę, gdakanie ucichło. Dłoń Walerii opadła na pierś. Pod jej maleńkim sklepieniem serce łomotało jak po długim biegu. Dlaczego trzyma lampę, skoro na górze jest tyle gwiazd! Zresztą, lampa była nie do poznania. Wokół niej krążyły ćmy ze wszystkich okolicznych ogrodów. Postawiła lampę na schodku i sama też usiadła. W jej uszach ciągle brzmiał głos, który wypowiedział desperackie słowo: tyranie! Słów o wodnych torturach także nie mogła przegnać z myśli. Wyjęła kolczyk z prawego ucha i bawiła się nim. Panowała taka cisza, że dziewczyna słyszała szum potoku. Gdzieś kapała woda. Walerię przebiegł dreszcz, nie mogła znieść tego dźwięku. Drób zasnął.
— Nie wrócę już do łoża — powiedziała na głos i zostawiwszy lampę między drzwiami, udała się na drugi koniec dziedzińca. Był tam powóz z rozłożoną budką. Waleria wsiadła i wpatrywała się w niebo.
Księżyc pogrywał z jej kolczykami. Widziała plamkę światła, którą rzucały na budkę wozu. Pragnęła słyszeć owe dwa zwaśnione głosy.
— Ciekawe, co się stanie, jeśli zdejmę kolczyki?
— Konstablu — usłyszała, gdy tylko złoty promyk przestał dokazywać na powozie — konstablu, przyznaję się do wszystkiego.
— Kto by pomyślał — odburknął drugi mężczyzna — że pewnego dnia Orlík stanie się mym śmiertelnym wrogiem!
— Myli się pan, konstablu. Orlík wie, że musi być panu wdzięczny.
— Ładna mi wdzięczność!
— Nie wiedziałem, że tak panu zależy na tych błyskotkach.
— Kłamiesz!
— Dostałem już nauczkę!
— Następnym razem tortura będzie podwójna!
Ze strachu, by nie słyszeć więcej, Waleria włożyła kolczyki.
— A więc Orlík!
W tej chwili z kurnika dobiegł krzyk spłoszonych kur, głosy zaś kontynuowały rozmowę.
— Złaź, Orlíku, i przytrzymaj mi drabinę!
— Poczyna pan sobie, konstablu, jak istny starzec.
— Milcz, siedemnastoletni gnojku!
„Ma tyle samo lat, co ja” — pomyślała Waleria.
— Konstablu, tu nie ma drabiny!
— Nie pokładaj nadziei, że skręcę kark.
— O ładne intencje opiekun mnie podejrzewa.
Nie do wiary, Waleria słyszy rozmowę, choć w uszach ma kolczyki. Czy miała je w uszach, czy wyciągała, głosy brzmiały jednakowo jasno.
— Zatem schodzę, konstablu.
Dziewczyna skuliła się pod budką powozu i mimo obaw, że ją znajdą, wysunęła nieco głowę, by obserwować wydarzenia pod kurnikiem. Historia nie dała na siebie długo czekać. Z kurnika wyskoczył młodzieniec o kilka cali wyższy od Walerii i włożył na głowę słomkowy kanotier.
— Orlíku — dobiegło z góry — nachyl się, zejdę po twoich plecach.
— Naprawdę jest pan tak słaby, konstablu?
— Znów chcesz być podtapiany?
To, jak się zdaje, napędziło młodzieńcowi stracha. Zgarbił się, nastawiając plecy pod wielkie buty swego pryncypała. Niezwykle ostrożnie i powoli zgiął się wpół i Waleria ujrzała, jak dryfując na grzbiecie chłopaka, wynurza się pod otworem kurnika dość postawny mężczyzna. Ponieważ twarz Orlíka była zakryta, dziewczyna miała sposobność, by dokładnie przyjrzeć się temu, który, jak wynikało z rozmowy, miał nad młodzieńcem nieograniczoną władzę. Księżyc świecił prosto w twarz mężczyzny zsuwającego się z kurnika. Nie była to twarz człowieka. Była to twarz tchórza.
— Konstablu — rzekł Orlík — gdzie pan porzucił zaduszony drób?
Wtedy Tchórz szarpnął za sznurek, który trzymał w ręce, jakby to były stroczone kuropatwy i oczom Walerii ukazało się kilka uduszonych kur.
— Moja nakrapiana kurka czubatka jest martwa — westchnęła dziewczyna. Chciała wykrzyknąć słowo „złodziej”, lecz głos uwiązł jej w gardle.
Ten, którego tytułowano konstablem, szedł wolno z Orlíkiem przez dziedziniec w stronę bramy, niczego nie zauważając.
— Złodzieje! — krzyknęła dziewczyna.
Było wszak za późno. Brama rozwarła się i nocni goście zniknęli w ogrodach.
W dali zapiał kogut. Potem drugi i trzeci.
— Orlík — powiedziała do siebie Waleria.
Wyciągnęła się w wozie jak na łóżku i w świetle księżyca zaczęła oglądać swoje bose nogi. Gdy tak się im przyglądała, zdawało jej się, że po wewnętrznej stronie jej uda mały pajączek prządł nić. Wzniosła oczy ku niebu i nie myślała dłużej o tym osobliwym odczuciu.
— Orlík ma siedemnaście lat — musiała powiedzieć wbrew swej woli. Zaraz jednak dodała: — Biedna kurka.
Odezwał się następny kogut, dwa inne odpowiedziały mu z bardzo daleka. Noc jednak pozostawała niezmieniona. Kiedy dziewczyna zerknęła w stronę drzwi, zauważyła z tuzin ciem, uparcie krążących wokół lampy. Zdawało jej się, że pajączek dotarł aż do kostki jej lewej nogi. Spojrzała nań i ku ogromnemu przerażeniu spostrzegła, że pod jej kostką sączy się strużka krwi.
— Tchórz! — krzyknęła przerażona i wyskoczywszy z powozu, popędziła ku drzwiom.
Ćmy leciały za lampą, którą oświetlała długi korytarz prowadzący do pokoiku dziewczyny.
Gdzieś całkiem blisko zapiał kogut.
Waleria wskoczyła pod pierzynę i rękami przyciskała uszy, żeby nie słyszeć, jak znika noc.
— Dzień dobry — pozdrowiła nazajutrz babcię, która wróciła z kościoła i szykowała się do śniadania w starej jadalni, gdzie nakryto dla dwóch osób.
— Misjonarze przyjadą — odparła krótko babcia.
— Kiedy? — spytało bez zastanowienia dziewczę.
— Jutro lub pojutrze.
Babcia się zamyśliła. Następnie, upiwszy łyk kawy, wypowiedziała słowa, które, jak się zdaje, wywołały w niej pewne zakłopotanie.
— Jego Ekscelencja się zastanawia, czy by z racji niedostatku miejsca na plebanii nie zakwaterować u nas pewnego misjonarza.
Waleria nie odpowiedziała. Bawiła się kolczykiem tak długo, aż wyciągnęła go z ucha i oglądając go pod słońce, uznała za właściwe, by zadać babci kilka pytań.
— Babciu — zaczęła nieśmiało.
— Dziecko, chyba nie bawisz się kolczykiem!
— Odpiął się.
— Uważaj, uważaj!
— To prezent z okazji chrztu. Nie mylę się, babciu?
— Przecież to kolczyki po twojej matce — rzekła babcia z rozdrażnieniem.
— Nie pamiętam, by kiedykolwiek je nosiła.
— W rzeczy samej, nie nosiła ich.
— Mogę spytać dlaczego, babciu?
— Nie wiem, czy jesteś na tyle dorosła, bym mogła ci to powiedzieć.
— Babciu!
— Ciesz się, że wciąż jesteś dzieckiem!
— Już nie, babciu. Właśnie dziś w nocy…
Babcia wstała i w milczeniu spoglądała w okno.
Następnie rzekła z przejęciem:
— Siedemnaście lat. Tak samo, jak twoja matka.
— To się stało w nocy.
— Dobrze, nie mówmy o tym.
Staruszka zbierała ze stołu nieistniejące okruszki, po czym przełamując się, rzekła drżącym głosem:
— Ostatecznie moim obowiązkiem jest cię ostrzec.
Waleria spąsowiała.
— Twoja matka zdjęła kolczyki w dniu, gdy wstąpiła do klasztoru.
— Masz na myśli klasztorny zakład wychowawczy dla młodych panien?
— Nie. Twoja matka wstąpiła do klasztoru, by zostać zakonnicą.
Waleria zbladła. Czuła, jak zaciskało się jej gardło i nie mogła wydusić z siebie ani głoski.
— Zresztą, nie było to wyłącznie moje życzenie. Dobrowolnie postanowiła się poświęcić.
Waleria nie mogła wyjść z podziwu, że jednak przyszła na świat.
— Twoim ojcem był biskup …ski. Z pewnością pamiętasz dzień, w którym umarł. Byłyśmy na jego pogrzebie.
Teraz Waleria rozumiała zamieszanie towarzyszące pogrzebowi biskupa ...skiego, który wywrócił do góry nogami dom babci. Najwyraźniej zapomniała o tym podniosłym wydarzeniu, w którym dekadę temu pozwolono jej uczestniczyć.
— Moja matka już wtedy nie żyła, jeśli dobrze pamiętam.
— Nie. Ani twój przybrany ojciec, pułkownik, którego nazwisko nosisz.
— Pamiętam, że zmarł nagle.
— Na uremię.
— A moja mama?
— Zabrała ją zgubna anemia.
Staruszka bacznie spojrzała na wnuczkę i powiedziała:
— Dzięki Bogu wreszcie jesteś kobietą. Bałam się, że umrzesz. Zresztą twoja matka wstąpiła do klasztoru wyłącznie dlatego, że liczyliśmy się z jej śmiercią tak samo, jak z twoją. Gdyby nie dzisiejsza noc, bardzo bym sobie życzyła, by misjonarz przygotował cię do drogi, którą twoja matka nie zdołała podążyć.
— Złożyła śluby?
— Nie mam odwagi kłamać. Naprawdę była zakonnicą.
— Moje kolczyki nie mają żadnej wyjątkowej historii?
— Twój dziadek kupił je na licytacji majątku pewnego konstabla, do którego należał ten dom.
Waleria zbladła.
— Kim był ten konstabl?
— Nie znam bliżej jego historii. Zdaje się, że roztrwonił swój majątek.
— Spójrz, babciu, jaki śmieszny pochód! — krzyknęła Waleria i popędziła do okna.
— Żenią się — rzekła staruszka, nie uznawszy za właściwe, by poświęcać uwagę teatrowi, który tak zaskoczył wnuczkę. — Stary, skąpy dziedzic z R. się żeni, a jego najemna hołota próbuje go kupić, wyprawiając mu wiejską maskaradę.
— Z kim się żeni?
— Z córką naszej dawnej sąsiadki, której mężem był krupiarz.
— Czy to ta dziewczynka, z którą tyle razy bawiłam się na podwórzu? — pytała Waleria.
— Tak, to Hedwiga.
— Przecież powiedziałaś, że dziedzic jest stary i skąpy?
— W istocie jest.
— Ten ślub nie wyrówna ani jednego, ani drugiego.
— Co masz na myśli?
— Jeśli jest stary, dlaczego bierze sobie młodą?
— Mało która biedna dziewczyna wzgardzi losem dziedziczki.
— Dlaczego więc żeni się z biedną, skoro jest pazerny?
— Jest młoda. To wszystko wyjaśnia.
Waleria nadal wyglądała przez okno i co chwila wybuchała śmiechem.
— Jeden owinął się flagą. To wesele to istna maskarada.
— Najwyraźniej dworują sobie ze swego pana.
— A tamten idzie na wysokich szczudłach i strzyże uszami jak osiołek — rzekła wnuczka.
— Niech cię nie widzą. Licho w nich wstąpiło i gotowi podnieść rejwach pod naszymi oknami, co w żadnym razie nie przysporzy chwały domowi, w którego progi jutro lub pojutrze ma wstąpić misjonarz.
Waleria uświadomiła sobie, że jest córką biskupa. Ponieważ miała upodobanie w osobliwie brzmiących słowach, powiedziała w duchu: „Jestem córką biskupa i zakonnicy”. Jednak powaga, jaka powinna spłynąć na nią z tych słów, nie znalazła w roztańczonym, weselnym korowodzie odpowiedniego tła.
— Ciekawe, które stare modniarstwo splądrowali. Nie mogę się nadziwić wielości i kształtom cylindrów, w których paraduje dobra trzecia część weselników. Tylko gdzie są państwo młodzi?
— To, co widzisz — rzekła babcia, nadal zwrócona plecami do okna — to pewnie młodzieńcy, którzy obchodzą miasteczko z galonem wina i wznoszą toasty.
Nagle Waleria odeszła od okna. Nie wiedziała, czy to wzrok ją zwodził, ale zdało jej się, że patrzy prosto w szkaradną twarz Tchórza, która bardziej przypominała kukłę do straszenia dzieci niż prawdziwe oblicze człowieka.
— Babciu, babciu, spójrz, właśnie widziałam prawdziwego potwora.
Stara kobieta się odwróciła. Co więcej, wstała i zrobiła dwa kroki w stronę okna. Jej twarz posiniała.
— Odejdźże od okna, niech cię nie widzi...
— Kto? — spytała dziewczyna.
— Ach, oni wszyscy! — Machnęła ręką babcia. — Jak to możliwe... — powiedziała, ponownie siadając do stołu. — Cały konstabl. Tylko od dawna nie żyje. Przecież człowiek nie może żyć sto lat z okładem i nic się nie zmienić. Idź, Walerio, i poćwicz gamy molowe.
Vítězslav Nezval Waleria i tydzień cudów
Tytuł oryginału: Valerie a týden divů
Przekład: Anna Wanik
Redakcja: Darek Foks
Korekta: Aneta Tkaczyk
Opieka redakcyjna: Dawid Skrabek
Projekt graficzny i skład: Grupa Projektor
Copyright © by Vítězslav Nezval, heirs c/o DILIA, 1945
Copyright © by Anna Wanik, 2026
Copyright © by Wrocławski Dom Literatury | Wydawnictwo Warstwy, 2026
Wydawnictwo Warstwy
Przejście Garncarskie 2, 50-107 Wrocław
www.wydawnictwowarstwy.pl
Dyrektorka Wrocławskiego Domu Literatury: Katarzyna Janusik
Redaktor naczelny Wydawnictwa Warstwy: Dawid Skrabek
Wydanie I
ISBN 978-83-67186-52-0
Wrocław 2026
Publikacja ukazała się przy wsparciu Darka Foksa ze Szkoły Doktorskiej Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi
This publication has been supported by the Ministry of Culture of the Czech Republic | Niniejsza publikacja została dofinansowana przez Ministerstwo Kultury Republiki Czeskiej
