Opis

Trzy kobiety: Virginia Woolf, Sylvia Plath i… Ivana Trump, nieoczekiwanie spotykają się w zaświatach. Zawieszone między swoim niedawnym życiem a wiecznością, zawzięcie dyskutują, kłócą się, snują wspomnienia i odgrywają rozmaite role – nie przypadkiem głównie męskie! Słowo „rola” ma tu zresztą kluczowe znaczenie, bo życiorysy bohaterek pokazują, jak trudnym zadaniem jest wejście w przydzielony odgórnie kostium: kobiety, matki, żony, pani domu czy po prostu efektownej błyskotki.

Wady snu” to komiczno-tragiczne studium odwiecznego konfliktu między życiem a literaturą, między własnym „ja” a etykietkami przylepianymi przez innych, wreszcie między marzeniem o wolności, jaką daje twórczość, a kieratem codziennych obowiązków. Sztuka Radki Denemarkovej, z sukcesem wystawiana w praskim teatrze „Na zábradlí”, zaskakuje w każdej scenie lekko surrealną atmosferą, subtelnymi nawiązaniami do literatury i współczesnej pop-kultury oraz niebanalnym poczuciem humoru.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Olga Czernikow

Tłumaczka i redaktorka. Przełożyła m.in. powieści Jana Balabána (Zapytaj taty, Którędy szedł anioł), Vladimíra Binara (Pianka od Chińczyka), Terezy Boučkovej (Rok Koguta), Radki Denemarkovej (Pieniądze od Hitlera, Przyczynek do historii radości i – we współpracy z Agatą Wróbel – Kobold), Vladimíra Macury (Guwernantka – we współpracy z Michałem Kunikiem) i Petra Rákosa (Corvina, czyli Książka o krukach). Mieszka we Wrocławiu.

Główne bohaterki – trzy kobiety, którym po ich śmierci nikt nie potrafił wyznaczyć odpowiedniego miejsca i które z tej racji ugrzęzły w jakiejś przestrzeni granicznej, na półpiętrze między światem a zaświatem – to Sylvia Plath, Virginia Woolf i Ivana Trump. Albo i nie. Wprowadzenie słynnych postaci jako czytelnych typów charakterologicznych jest dość wygodnym rozwiązaniem. W każdym razie: wszystkie trzy trudnią się pisarstwem, choć równie dobrze mogłyby być przedstawicielkami jakichkolwiek innych zawodów. To one decydują, czy miejsce ich pobytu jest rajem, piekłem czy może czymś jeszcze gorszym. Chcą niezależności. A przy tym wciąż pozostają zależne od swoich mężów, zależne od… zależne od… zależne od…

Cała ta groteskowa historia (tak, bezwzględnie groteskowa) przypomina spojrzenie skierowane ku wietrznemu niebu, upstrzonemu chmurami, które nieustannie zmieniają swoje kształty. Na pozór wciąż ten sam, a jednak coraz to inny widok. Wydrapać paznokciem dziurę w błękitnej płachcie nieba i zobaczyć trzy pary oczu – trzy pary oczu z zatrzymanym na siatkówce obrazem epoki, przydzielonej arbitralnie i nieodwołalnie…

Po każdej scenie – lodowaty bezruch; wszystkie kobiety spowija zimny powiew, a może oddech wycieńczonego anioła. Ów anioł resztkami sił próbuje dać kobietom kolejną szansę: pokazuje im miejsca, gdzie mogą usiąść, podpowiada pierwszy gest i podrzuca słowo, które ma być na początku… Kobiety łowią słuchem krążący wokół nich wyraz, aby po dobrej chwili wreszcie uświadomić sobie, co należy z nim zrobić. I aby zaraz potem o nim zapomnieć – choć przecież wszystkie trzy uwielbiają kąpać się w słowach. Z każdą sceną podmuch staje się mroźniejszy. Będzie tu mowa o potrzebie akceptacji i o (nie)zdolności do życia z drugim żywym ciałem. Kto, jeśli nie owo drugie ciało, może zaakceptować naszą bliską obecność? Zaczynamy traktować Drugiego poważnie dopiero wtedy, kiedy ten odchodzi na zawsze. Choć może i nie. Za mało grzechów i za mało dobra. Szukanie po omacku miejsca, w którym popełniło się błąd.

Wieńcząca sztukę kwestia Głosu (Głosów) może być powierzona dowolnej osobie z dowolnych czasów. Zachęcam do wybrania osoby płci męskiej. Zachęcam do odgrywania dramatu bez przerw.

Albo i nie. W gruncie rzeczy to przecież wszystko jedno.

Trzy aktorki, siedem postaci

Sylvia (Lekarz, Gospodyni)

Virginia (Mąż Poeta, Mąż Starzec)

Ivana, czyli Madame T.

Tacie

I

Mrugnięcie pierwsze

Obfita karta dań

Sylvia czesze drugą kobietę, obcina jej paznokcie, myje nogi, w przerwach między tymi czynnościami podbiega do kuchni, gdzie coś gotuje.

Virginia

DZIEŃ. – Taki piękny… wymuskany dzień. Paraduje jak indor przed stadkiem indyczek.

Sylvia

Upiekę placek rabarbarowy z kruszonką. Sąsiadka mnie nauczyła, jeszcze kiedy mieszkałam na wsi. Za wszelką cenę chciała mi wcisnąć ten przepis. „Przecież to nic trudnego, nawet taka młoda, niedoświadczona gospodyni jak pani poradzi sobie bez problemu, no już, serdeńko, niech pani bierze ołówek i pisze: pół kilo mąki, tak, tak, pół kilo nam starczy, cztery jajka, szczypta soli…” Albo nie. Nie, nie, nie. Wezmę rodzinną recepturę. Indyk z rozmarynem, w chrupiącej skórce. Z jakim apetytem tatuś wbijał swoje zdrowe zęby w soczyste indycze mięso… Tłuszcz mu… kapał… nie, nie, nie kapał, tylko… powoli, powolutku… wyciekał! Tak, wyciekał z kącików ust, spływał po brodzie i po niespokojnie ruchliwej grdyce, aż do wycięcia w koszuli. Śliski strumyk odpływał w nieznane: ślimak zostawiał lepki ślad w gęstwinie włosów na torsie.

Virginia

Takie roziskrzone, roziskrzone… Nie… to jednak niezbyt precyzyjny wyraz… Perłowe, o właśnie – perłowe światło. Teraz lepiej. Narzucić na siebie cienki płaszcz i ruszyć biegiem wzdłuż głównych arterii miasta. Zmiękczonych światłem. A potem skręcić w pierwszą lepszą ulicę i błąkać się wśród wąskich zaułków. Słuchać szumu w kanałach. Po deszczu.

Sylvia

Porcję kruchego, soczystego mięsa, które łatwo – o, bardzo łatwo: wystarczy leciutko popukać palcem – odchodzi od kości, a więc taką zgrabną porcyjkę podajemy w wianuszku z pieczonych różowych ziemniaków.

Virginia

Różowe ziemniaki… Otóż to: różowe, rozdrobnione światło. Nasze ciała poruszają się w różowawej kruszonce. Ma pani piękne piersi. Przywodzą mi na myśl moją młodziutką guwernantkę. Miała obfity biust. Kiedy obejmowałam ją w talii i patrzyłam w górę, te ogromne piersi zasłaniały mi jej twarz. Tworzyły nade mną falujące zadaszenie. Rozkoszna kryjówka przy grze w chowanego. Piersi jak dwa sterowce. Stawiała na nich tackę ze śniadaniem i chodziła wokół stołu. Raz jedną, raz drugą ręką podawała nam tosty, śmietanę, herbatę, masło, miód, marmoladę. Co jakiś czas poprawiała układ na tacy, równoważyła ciężar. Potem brała mnie i brata za ręce i, wyprostowana jak struna, pomału dreptała z nami na taras. Któregoś razu matka nieoczekiwanie zagrodziła jej drogę. Trzymała w palcach łyżeczkę. W pewnym momencie uniosła ją jak mały miecz, zanurzyła w kubku wrzącej herbaty, umieszczonym ponad jędrnymi pagórkami, i zaczęła mieszać. Milczała i mieszała. Mieszała… Ze wzrokiem utkwionym w oczach guwernantki. Tymczasem ojciec niestrudzenie czytał gazetę, choć już dawno znał całą na pamięć. Chował się za rozpostartą płachtą, którą trzymał trzęsącymi się dłońmi.

Sylvia

Mięso polewamy sosem holenderskim.

Virginia

W niedzielę guwernantka miała wolne. Nie musiałam długo zgadywać, co jadła tego dnia. Na jej imponującym biuście zawsze coś zostawało. A to ość z resztką ryby, a to kapka sosu pomidorowego – jak plama krwi na białym udzie. Albo znów wystygła frytka w starym tłuszczu – jeszcze niedawno taka gorąca – zapomniana w dolince między krągłymi kopczykami. To tam pierwszy raz zobaczyłam trzęsące się ciałka ostryg. I kawałki drobnych różowych ziemniaków. Guwernantka nosiła na swoich piersiach całą kartę dań, ale ta karta prezentowała nie to, co można zjeść, tylko to, co już zostało zjedzone. Ja nie jem mięsa.

Sylvia

Nie je pani mięsa… W takim razie zrobię jarską zapiekankę. Z ziemniaków, selera, pomidorów, jabłek. Dodam też marchewkę, marchewka dobrze działa na wzrok. A to wszystko przykryjemy arkuszami…

Kartkuje książki.

Virginia

Aż dziwne, że nie wprowadziłam tej osóbki do żadnej ze swoich książek. Podchodziła do jedzenia z prawdziwą namiętnością. Rozkoszowała się każdym kęsem, tak jak ja rozkoszuję się każdym słowem. Każde słowo obracam powoli na języku. Delikatnie próbuję jego smaku, a potem wysysam zawartość ze skamieniałej muszli liter. Kiedy tak nieoczekiwanie postanowiła odejść, kiedy postanowiła mnie opuścić, objęłam ją na pożegnanie. Wtedy pierwszy raz udało mi się dojrzeć z dołu jej twarz: trzęsący się podwójny podbródek, półotwarte spierzchnięte wargi i dziurki w nosie, pełne drobnych, wilgotnych czarnych włosków. Przeciwwagą dla biustu była trzecia krągłość, umiejscowiona nieco niżej. To pewnie od jedzenia, pomyślałam. W tamtych dniach dziewczyna pochłaniała nieprawdopodobne ilości jedzenia. Jadła i jadła, bez końca. Przylgnęłam do tej wielkiej, miękkawej piłki i z odchyloną głową spoglądałam na rondo brudnego kapelusza guwernantki. Zobaczyłam coś więcej: jasne włosy, okalające twarz jak naelektryzowana aureola. Naelektryzowana od grzebienia, którym guwernantka chwilę wcześniej pozwoliła mi rozczesać swoje pukle. Bałam się, żeby jakiś okruszek nie wpadł mi do oka, żeby z tych krągłych pagórków nie zsunął się maleńki kamyczek, a za nim drugi i trzeci, bałam się, żeby nie zasypała mnie lawina drobinek. Jaką ta dziewczyna miała sylwetkę! Mogłaby robić za żywą reklamę tamtejszych cukierni. Raczyłaby się słodkościami, a w zamian defilowała po ulicach z szyldem ciastkarni zawieszonym na szyi. Albo mogłaby nosić na piersiach miseczki pełne belgijskich pomadek, domowych pralinek, kawałków mlecznej czekolady i marcepanu. Mogłaby rozdawać przechodniom kubeczki gorącej kawy… Proszę się częstować, miłe panie… i panowie. Uwaga, może parzyć, trzeba podmuchać! Zapomniałam o niej, zapomniałam. Skąd miała pieniądze na ostrygi? Chyba nie z pensji guwernantki? Jadała je co niedziela… Opuściła mnie. Tego dnia wzięłam tacę i przytrzymałam ją sobie na płaściutkiej klatce piersiowej. Wygięłam się do tyłu, położyłam na tacy filiżankę z gorącą herbatą i opuściłam ręce. Robiliśmy z bratem zakłady, kto przejdzie dłuższy odcinek z takim balastem. Bocianimi krokami, śmiesznie przekrzywieni, paradowaliśmy po jadalni. Tak nas zastała matka. Wpadła w histerię. „Chcecie się oparzyć? – krzyczała. – Mało wam? Mało wam wszystkim?! A ty co – zwróciła się do mnie – co ty sobie wyobrażasz?! Jesteś płaska jak deska! – Zaczęła okładać mnie pięściami tam, gdzie jeszcze przed chwilą trzymałam tacę. – I zawsze taka będziesz! Nigdy nie urosną ci piersi, i bardzo dobrze!” Ojciec musiał sam wycierać kałuże rozlanej herbaty. Na kolanach… Słyszy to pani?

Sylvia

Co?

Virginia

Ten krzyk!

Sylvia

Nic nie słyszę. Nic oprócz pani nieustannego mamrotania.

Virginia

Ktoś wypowiedział moje imię! Ktoś mnie wołał, słyszałam przecież. Bardzo mnie lubiła. O, teraz: trochę niewyraźnie, bo usta ma pełne ryby i frytek, ale woła mnie… Takie „iiia uuuf”, słyszy pani?

Sylvia

Nie. Nikt się nie odzywał. Chociaż… Nie, wydawało się pani.

Wsłuchują się w ciszę.

Virginia

Jest na niedzielnej potańcówce, gdzieś za miastem. Pod gołym niebem. Wszyscy pchają się w stronę bufetu, ramię przy ramieniu, nad głowami kołyszą się lampiony, na prowizorycznym parkiecie pijani studenci podszczypują rumiane służące. Chce krzyknąć moje imię, chce być ze mną, ale tamci zaraz ją za to łają. Tak jak ona łajała mnie. Nie mówi się z pełną buzią. No już, zamknij ładnie dzióbek.

Sylvia

Naprawdę nikt się nie odzywał. Nikt.

Virginia

Taki kolorowy, polukrowany, jasny…

Sylvia

No, gotowe.

Virginia

…dzień.

Sylvia

Teraz jeszcze dokończę robić pani fryzurę.

Virginia

To światło! Zasłania nas jak gęsty, mleczny opar. Nawet ludzki głos się tu nie przedrze. A przecież ktoś już musiał mnie wołać, komuś musi mnie brakować. Musi istnieć jakieś wyjście. Musi…

Sylvia

z coraz większą werwą przesuwa grzebieniem po włosach Virginii, którą coraz bardziej to boli

Istnieje. W końcu zawoła panią ktoś, kto panią naprawdę kochał i komu naprawdę pani brakuje. A wtedy rozpłynie się pani w powietrzu i dostanie szansę na życie w nowym ciele.

Virginia

Czemu tu nic nie widać? Au!

Sylvia

A jeśli tak się nie stanie, zawsze może pani zaraportować czyjeś grzechy. To też sposób. Tyle że nie wolno pani kłamać. Ani jednego malutkiego kłamstewka! No i oczywiście musi się pani kierować tylko i wyłącznie dobrem rzeczonego grzesznika. Wówczas rzeczony grzesznik zniknie. Ale wystarczy, że przeinaczy pani jakiś szczegół, a obedrą panią ze skóry. Taka zwariowana gra.

Virginia

Au!

Sylvia

Może pani zaraportować moje grzechy.

Virginia

Czemu tu nic nie widać? I te widma z białego marmuru, które zawsze straszą przy dźwiękach organów.

Sylvia

Otóż to. Żadnego jasnego światła, tylko zatęchły, śmierdzący, nigdy nie wietrzony bezczas.

Virginia

Ciężki jak piersi mojej guwernantki, kiedy uwalniała je z gorsetu. Ciężkie, ciepłe mięso.

Sylvia

Znam je.

Virginia

Co? Piersi mojej guwernantki?

Sylvia

To zdanie.

Virginia

Które?

Sylvia

O widmach z białego marmuru.

Virginia

Nie może go pani znać.

Sylvia

Niby dlaczego?

Virginia

Pojawiło się w mojej głowie dopiero teraz.

Sylvia

Widziałam je w jakiejś książce.

Virginia

W książce? Takie piękne zdanie – i nie moje?

Sylvia

To pani je napisała.

Virginia

Ja? Coś podobnego… W ogóle sobie nie przypominam.

Sylvia

A że jest pani na stacji przesiadkowej – to pani wie?

Mrugnięcie drugie

Podstarzały lis

Virginia

CZEMU. – Czemu pani mi to daje?

Sylvia

Trzeba obrać.

Virginia

Ja nie umiem obierać marchewki.

Sylvia

Ale zjeść ją to już pani umie, co?

Virginia

Wystarczy mi chleb z masłem.

Sylvia

Wystarczy mi chleb z masłem, wystarczy mi chleb z masłem… Wystarczy pani chleb z masłem, bo nie umie pani gotować. Bo jest pani leniwa.

Virginia

Nie leniwa, tylko zmęczona. Potrafię za to robić inne rzeczy, dziecinko.

Sylvia

Myśli pani, że ja nie potrafię tych „innych rzeczy”? Jeśli ktoś ma tu prawo być zmęczony, to chyba ja! Tyle lat dla pani gotuję, sprzątam, wietrzę, obcinam pani paznokcie, myję pani nogi, czeszę panią. Mam dość!

Virginia

Dobrze. Obiorę marchewkę.

Sylvia

Proszę popatrzeć: w ten sposób.

Virginia

Nasze kucharki miały taki specjalny… obierak.

Sylvia

Obieraczkę.

Virginia

Racja, obieraczkę.

Sylvia

kończy obierać marchew

Używam tego, co jest.

Virginia

No i proszę, jak ładnie obrałyśmy. Gotowe!

Sylvia

Obrały-śmy? Nie ma to jak się przewieźć na cudzej pracy. Proszę, jednak ma pani trochę sprytu. Jest pani szczwana jak lis. Tyle że emerytowany.

Virginia

Jestem zmęczona życiem. Jak martwy lis – żeby odnieść się do pani przyciężkiego porównania. Lis w wilczej skórze.

Sylvia

Zmęczona? Zmęczona życiem? Życie dawno się skończyło. Została po nim pusta łupina, co już wyłącznie z rozpędu mówi, myśli i je. A pani tylko się usprawiedliwia. Zmontowała pani swoje „ja” z samych wymówek i rozgrzeszeń. Wyobrażam sobie, jak pieczołowicie je pani lutuje, dokręca i przybija. A na koniec wszystko powleka politurą użalania się nad sobą.

Virginia

Próbuje mnie pani poniżyć?

Sylvia

Niby dlaczego miałabym to robić?

Virginia

Dlatego, że mi pani zazdrości. Mnie rozsławiło moje dzieło. Panią – śmierć.

Sylvia

Do zapiekanki potrzebujemy więcej marchwi. Nie. Jeszcze więcej. Więcej. I do tego kilka arkuszy…

Virginia

Teraz pani kolej, proszę którąś wybrać.

Sylvia

Z moich prawie nic już nie zostało. Będziemy musiały zadowolić się tymi od pani. Którą dziś rozetniemy? Może tę?

Virginia

Wszystko jedno.

Sylvia

kartkuje książkę, którą wybrała

Wszystko jedno. Świetnie. Wydaje mi się…

Virginia

Co znowu?

Sylvia

Wydaje mi się, że trochę ubyło…

Virginia wyrywa jej książkę z ręki i rzuca w kąt.

Virginia

Jak pani słusznie zauważyła: wydaje się pani.

Sylvia

rozgarnia książki widłami, aż wreszcie nabija jedną z nich

Zdamy się na ślepy los. No, to którą się dziś uraczymy? Może tą? Do latarni morskiej. Arkusiki należycie zawilgłe, ze szlachetną niebieską pleśnią. To jak? Po prostu rozłożyć? Czy pokroić na paski? A może najpierw osączyć z farby drukarskiej?

Virginia

Wszystko jedno.

Sylvia

Wszystko jedno. Świetnie. (rwie książkę na arkusze) Ten niech pani sama rozetnie, chyba umie się pani posługiwać nożyczkami, prawda? Ta część pójdzie do sałatki. A te strony proszę posiekać na małe kwadraciki, wielkości znaczka pocztowego. (zwycięskim tonem) A jednak! Tutaj też brakuje!

Virginia

Czego?

Sylvia

Siedmiu stron!

Virginia

kroi radełkiem zadrukowane arkusze papieru

Najwyraźniej już je zużyłyśmy. Kwadraciki wielkości znaczka pocztowego – cóż za precyzja…

Sylvia

Taka wielkość doskonale się sprawdziła w farszu do pieczeni z indyka.

Virginia

Mówiłam przecież, że nie jem mięsa.

Sylvia

Dobra… Potem oskubię resztę. Oskubię tę podstarzałą, żylastą gąskę. Okładkę spalimy, i tak nie zmięknie. Nawet gdybyśmy dusiły ją przez tydzień, będzie smakowała jak słona podeszwa. Aha, umyje dziś pani po sobie naczynia. I wytrze.

Virginia

Czym?

Sylvia

Rany boskie, czym… (jej irytacja rośnie z sekundy na sekundę) Czym, czym, czym – a jak pani myśli? Ciągle tylko: czym to się otwiera, czym to się zamyka, czym się włącza tlen, czym się reguluje tlen, czym się zakręca wodę, czym się zamawia jedzenie, czym, czym, czym… Rym, cym, cym! Nie jest pani małym dzieckiem. Czym pani wytrze swój talerz? Zapisanymi arkuszami papieru. Zapisanymi pani ręką. Tak jest, tym zanieczyszczonym, zafajdanym papierem. Wszystko, co pani wyprodukowała za życia, czym uświniła pani siebie i innych, trzeba tu zużyć do ostatka. Wszystko, rozumie pani? Wspomnienia i myśli też. Musi je pani zemleć na drobno i spłukać w zlewie, inaczej tamci nie puszczą pani dalej. Tkwi tu pani tyle czasu, a nadal niczego pani nie pojmuje. Już rozumiem, dlaczego dokwaterowali mnie właśnie do pani. Beze mnie by tu pani zgniła. Wszystko się powtarza. Pani jest jak mój mąż. Przez pół życia dbałam, żeby zawsze miał czyste skarpetki i suto zastawiony stół. Żeby nie udusił się od smrodu i nie umarł z głodu. Tymczasem ja też byłam utalentowaną poetką!

Virginia

Jak ktoś się ceni, to nie pozwoli sobie wejść na głowę.

Sylvia

Nie miała pani dzieci, więc nie wie pani, o czym pani mówi.

Virginia

Nie chciałam mieć dzieci. Za to pani owszem.

Sylvia

Ja i mój mąż. Oboje chcieliśmy.

Virginia

Coś takiego… Oboje?

Sylvia

Nie ma pani zielonego pojęcia o tych sprawach.

Virginia

Talent potrzebuje wybiegu, a nie ciasnej klatki. Pani mąż powinien był dopieszczać swój talent, powinien był siedzieć na tyłku i pisać.

Sylvia

A ja? Co ja miałam robić ze swoim talentem? Zamieść go pod kanapę? Upchnąć pod pierzynę? Wyrzucić na śmietnik? Podlać nim kwiatki? Wytrzepać jak kurz?

Virginia

Stanęła mu pani na drodze z tą swoją nieznośną, obłąkaną… Zatarasowała mu pani widok. A on traktował pisanie poważnie. I uczciwie.

Sylvia

Pisał tak samo jak pani. Jego twórczość była bez smaku i bez zapachu. Wydumane, wydestylowane nic. Chłód. Dlatego tkwi tu pani tak długo, uwięzła pani na dobre. Nikt nie wypowie pani imienia z miłością, nikt nie zawoła pani tak, żeby aż zadźwięczało pani w uszach i żeby o tu, na plecach, rozlało się takie dziwne ciepło. Jest pani absolutną rekordzistką w historii długotrwałych pobytów.

Virginia

No cóż, pani też nieźle sobie radzi, idziemy niemal łeb w łeb. Tyle że ja jestem twarda. Nigdy nie zaraportowałam niczyich grzechów.

Sylvia

A ja przeżyłam wszystko, co mnie spotkało, łącznie z tamtą hańbą, a potem przetopiłam to w zdania. Zdrapywałam z ciała kolejne słowa, razem z ich wariacjami i mutacjami, aż poraniłam sobie nimi skórę. Dzięki temu wciąż żyją i zawsze będą roztaczać zapach mojej krwi. Nie jak te pani przeintelektualizowane, natapirowane nudziarstwa. Wydumane, wydestylowane nic. Typowo męskie. Wącham stronice pani książek, obwąchuję je jak pies, ale nigdzie nie mogę znaleźć choćby śladu zapachu. Nic, nic, nic. Posypuję je suszoną bazylią, pieprzem, solą rozmarynem, chili – i nic.

Virginia

Te moje przeintelektualizowane „nudziarstwa”, jak je pani nazywa, zrywały ludzi z krzeseł i zapierały czytelnikom dech w piersiach, i to w czasach, kiedy o pani nazwisku nikt nawet nie słyszał. Bez moich „nudziarstw” nie byłoby ostrych krawędzi zdań, którymi tak się pani szczyci.

Sylvia

Zrywały z krzeseł co najwyżej właścicieli rozlazłych tyłków, grzejących się po uniwersyteckich salkach.

Virginia

Za to wszystkich właścicieli wszystkich tyłków.

Sylvia

Zgadza się. Wszystkich trzech właścicieli wszystkich trzech tyłków!

Virginia

Ale jakich tyłków!

Sylvia

Mnie czytywały tłumy.

Virginia

Ci ludzie ani trochę nie interesowali się pani książkami – brali je do ręki jedynie dlatego, że wietrzyli skandal. Nie czytali słów, które pani napisała, tylko węszyli za śladami krwi. Łodyżki pani zdań wyrosły dopiero po pani śmierci. To zasadniczy detal. Po śmierci. Matki roniły łzy do porannej kawy, kiedy oglądały w gazecie wzruszające zdjęcie dwojga uroczych sierot. Tania, kiczowata reklama.

Sylvia

Szanowna pani, o mnie powstają sztuki teatralne, a nawet filmy!

Virginia

Słucham?

Sylvia

Mówię, że powstają o mnie filmy!

Virginia

No i? A o mnie niby nie? Film o pani to była kompletna klapa. Ten o mnie okazał się międzynarodowym hitem.

Sylvia

Mnie grała śliczna Gwyneth Paltrow.

Virginia

A mnie ta… no, jak jej tam…

Sylvia

Kidman. Nicole.

Virginia

O, właśnie. Nicole Kidman.

Sylvia

Gwyneth Paltrow grała bez charakteryzacji. A Nicole Kidman musieli po prostu oszpecić! Musieli ją rozczochrać i obsypać kurzem, tak, tak, kurzem! Wie pani, jakich specjalistów do niej zatrudnili? Tych, co robią potwory do horrorów. Charakteryzatorzy musieli wklepać w twarz tej laleczki kilogramy, gdzie tam kilogramy, tony jakiegoś tłustego, szarego paskudztwa. Laleczce od tego ciężaru opadała głowa, więc przytrzymywali ją z góry na nitkach. Stąd było to doskonale widać.

Virginia

Ten film, dziecinko, nie przedstawiał mojego życia, tylko życie mojej książki. Książki, która wpłynęła na losy całej generacji. Więc niech pani lepiej zamknie dzióbek.

Sylvia

Książki, która krąży po świecie jak pudełko ze śmiercionośną substancją. Opatrzone znakiem trupiej czaszki. (mamrocze