W poszukiwaniu skradzionego serca - Maria Żelazna - ebook

W poszukiwaniu skradzionego serca ebook

Maria Żelazna

0,0

Opis

Nietypowe połączenie współczesnej literatury kobiecej i fantasy
    Główna bohaterka, Magdalena, wychowuje samotnie trzyletniego synka, pracuje, studiuje, a w nielicznych wolnych chwilach udaje jej się poszaleć z przyjaciółkami w pubie. W sumie nie ma powodów do narzekań na swoje życie - tylko związki z mężczyznami jakoś zupełnie jej nie wychodzą. Magdalena nie wie, że niegdyś jej serce zostało skradzione przez Czarnego Ptaka Rozpaczy. Przez to za parę lat może stać się oschłą, zgorzkniałą kobietą, niezdolną okazać miłości nikomu - nawet własnemu dziecku.
    Przed tym nieszczęściem postanawiają uratować ją zmarli dziadkowie. Aby odzyskać serce, Magdalena musi udać się w długą i niebezpieczną podróż w zaświaty. Towarzyszy jej dwoje przyjaciół: Rybiński, postrzelony miłośnik podejrzanych knajp i eksperymentów z odmiennymi stanami świadomości, oraz Małgorzata - niepoprawna romansowiczka. Nawet przywdzianie anielskich skrzydeł nie pozbawia ich tych przywar, więc wyprawa nie należy do monotonnych...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 666

Rok wydania: 2012

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Maria Żelazna
W poszukiwaniu skradzionego serca
* darmowy fragment *
© Copyright by Maria Żelazna 2012Korekta: Magdalena GeragaProjekt okładki: Agnieszka Wachnik
ISBN 978-83-7564-330-5
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl

Motto

Spytałem przeto: „Czy mocne przekonanie, że rzecz jest taka, taką ją czyni?”.

Odparł: „Wszyscy poeci w to wierzą, a w wiekach wyobraźni to mocne przekonanie przenosiło góry, ale niewielu zdolnych jest żywić jakiekolwiek mocne przekonanie”.

William Blake

Zaślubiny Nieba i Piekła

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami, a ja mogę powiedzieć, że w tym tygodniu została uruchomiona jakaś diabelska machina, z której nieszczęścia wyskakują jedno po drugim. Naliczyłam ich już siedem i nie jestem pewna, czy powinnam wychylać nosa zza drzwi mojej sypialni… Zaraz, zaraz, jakiej mojej, jak do dwóch miesięcy muszę spakować walizki i opuścić wynajęte M3… Zostało sprzedane…

– Dziękuję, Aniu, wiem, że mogę na ciebie liczyć – odrzekłam do słuchawki przyjaciółce na propozycję zatrzymania się u niej. Myśl o spędzeniu kilku tygodni, aż do momentu znalezienia nowego lokum, pod wspólnym dachem z Anną w stadium zaczątków nerwicy, z malkontenckim mężem Anny, dwójką ich rozpieszczonych dzieci i na dodatek z moim Piotruniem przechodzącym buntowniczy okres trzech lat, wprawił moje serce w paniczne łomotanie. – …Zdecydowałam się doprowadzić do porządku dom dziadków… Tak, tę „chatkę na kurzej stopce”… Zgadza się, nie ma do niej autobusu… Pogodzę się z rowerem… Do pracy spory kawałek pod górę, nawet nie chcę sobie tego wyobrażać… Też tak myślę, że gorzej być nie może… Do zobaczenia w sobotę „Pod Kasztanem”… Opowiem o moich wrażeniach. Pa.

Nie zdążyłam nawet westchnąć, gdy telefon zadzwonił ponownie.

– Dzień dobry, mamo… Cieszę się, że ktoś cieszy się z mojej przeprowadzki… Dlaczego?! Jest tysiące powodów?! Jeden z nich to cywilizacja. Przeraża mnie fakt wdziania na nogi gumiaków i zmagania się z bezkresnymi polami kapusty i ziemniaków po to, żeby zdążyć na ósmą do pracy… To nie jest żaden argument, bo ostatnią rzeczą na świecie, jakiej pragnę, jest wyciszenie… Ach! Oczywiście, cieszę się, że Piotrunia będzie miał przestrzeń niekrępującą jego beztroskiego dzieciństwa… Dobrze, jestem nieszczera. Boję się, że zdziczejemy razem na tym wzgórzu… Nie przesadzam, mamo… Jedyne, co Piotruni zagraża, to panująca w przedszkolu ospa wietrzna… Nic już mnie naprawdę nie martwi… – Mijałam się z prawdą, mama jednak była jak zawsze czujna. – Co się stało? Oblałam egzamin z literatury francuskiej. Poprawka jest we wrześniu. Także zostałam jedną nogą na trzecim roku, drugą jestem już na czwartym. A pośrodku zmuszona do przystosowania się do życia na wsi… Nie dramatyzuję, mamo… Poza tym nie spotykam się z Michałem… Tak, z tym, z którym pracuję… Nie spełniłam jego oczekiwań… Sama się go zapytaj, jakie kryteria brał pod uwagę… I jeszcze ta przeprowadzka do starej rudery, na zapomnianych przez cywilizację i zakład komunikacji miejskiej peryferiach, które ty romantycznie nazywasz „urokliwym zakątkiem”… Przed remontem nie zapomnę iść na grób babci, zapalę znicz za spokojne noce… Nie drwię, mamo… Przyjedziemy jutro na obiad… Ucałuję Piotrunię… No dobrze, nie będę się przejmowała.

Jednak po odłożeniu słuchawki doszłam do wniosku, że nadal się wszystkim przejmuję i muszę jeszcze z kimś porozmawiać. Zamierzałam wykręcić numer Jagny, żeby usłyszeć kilka praktycznych porad od osoby, którą nazywałam „szczęśliwą realistką”, bo jakoś jej życie było proste i łatwe, i na dodatek układało się szczęśliwie. Zamyśliłam się nad jej szczęściem, poprawiając kolczyk przekręcony w uchu, i nagle przypomniałam sobie, że miałam odebrać Piotrunię z przedszkola. Byłam spóźniona o dobre piętnaście minut.

Boże! – pomyślałam, wpadając w popłoch – jeszcze niech mi zagrozi nadzór kuratora, a plagi egipskie, w porównaniu z historią mojego bieżącego tygodnia, staną się bajką dla dzieci. Zamknęłam za sobą drzwi na klucz i jeszcze raz sprawdziłam, czy są aby zamknięte, tak na wszelki wypadek, nie dając wkraść się jeszcze jednemu nieszczęściu, i zbiegłam szybko po schodach, pędząc wprost w ramiona mojego zapomnianego dziecka.

Wieczorem, zamiast do nauki, zasiadłam do lampki wina i przypadkiem sporządziłam kosztorys przeprowadzki i oględnego remontu. Wyglądał on mniej więcej tak:

Do zrobienia

Cena

Transport: samochód firmowymojego brata Adama

Zaciągnę dług wdzięczności

Załadunek/wyładunek: moje krzyżei brat Filip (ewentualnie wywinęsię, gdy brat przyprowadzi kolegów)

Moje zdrowie, kieszonkowe dla bratalub/i kieszonkowe dla jego kolegów

Odświeżenie ścian: mój brat Adam,a właściwie jego firma

cena materiału: zupełnie nieorientuję się

pożyczka od mamy

cena robocizny:

zaciągnę dług wdzięczności

Hydraulika: jak wyżej

jak wyżej

Elektryka: jak wyżej

jak wyżej

Sprawdzanie drożności w stuletnimpiecu: kominiarz (o ile takowyzawód w naszym mieście uprawiasię) ew. mój brat Adam, bo zna sięna wszystkim

50 zł (cena wyssana z palca).Zaciągnę dług wdzięczności

Sprzątanie domui porośniętego chaszczami ogrodu:moje biedne krzyże ew. uda mi sięwykorzystać moje przyjaciółki

weekend z życia młodej, atrakcyjneji wolnej kobiety, (która zamiastpapierosa i  lampki wina, dzierżyćbędzie w ręku sierp i  odkurzacz)

W razie niespodziewanych awarii:

nie spodziewam sięniespodziewanych awarii, bo długwdzięczności, zaciągnięty u brataAdama,przekroczyłby górną granicę jegonerwowej wytrzymałości

Zakup węgla na zimę:

ok. 1800 zł, ale zima jest jednąwielką niewiadomą, bo albo nauczęsię palić w piecu, albo zamarznęi stanę się symbolem bezradnejkobiety, bo porzuconej przezmężczyznę, i jeszcze jedną ofiarąze statystyk przeczących poglądowiocieplania się klimatu

– Karolu, śpisz? – zapaliła lampkę stojącą na nocnym stoliczku z polakierowanego mahoniu. Przytłumione piaskowym kolorem abażuru światło zagarnęło ciemności niewielki krąg w ich sypialni. Usiadła w pościeli, chowając za ucho kosmyk włosów. Odpowiedziała jej cisza.

– Zbudź się, Karolu! – nie dawała za wygraną. – Nie mogę zasnąć… Myślę, że mamy poważny problem w rodzinie.

– Magdalenko, późno jest, daj mi spać – senny głos jej męża łagodnie oponował. – Mam wykłady.

– Och, Karolu, muszę porozmawiać z tobą. Teraz! – podkreśliła za stanowczością. – Wiesz, że musimy sobie wzajemnie pomagać.

Odsunął kołdrę i usiadł obok żony.

– Magdalenko – westchnął, zapalając bliźniaczą nocną lampkę po swojej stronie. – Jeśli jest to znacznie ważniejsze niż moje jutrzejsze wykłady na temat apoteozy nieśmiertelności w poezji Jana Kochanowskiego, której antologię, jak wiesz, sam zebrałem, to zamieniam się w słuch – rzekł i nadając swoim słowom powagi, nałożył na nos okulary.

– Odwiedziła nas dzisiaj na cmentarzu wnusia – zaczęła.

– Zapaliła znicz? – przerwał jej.

– Zapaliła – przytaknęła.

– Więc nie widzę problemu. Za zapalony znicz będziemy nad nią czuwać ze wzmożoną uwagą – wyklepał standardową formułkę.

– Karol, daj mi wreszcie skończyć! – ostrym tonem skarciła męża.

– Wiesz, że kobiety w naszej rodzinie mają szczególny dar – zaczęła ponownie z innej strony.

– Dar rozumienia – wyrzekł cicho z szacunkiem.

– Potrafią przeczuć najgorsze…

– Najgorsze?! – uniósł srebrne łuki brwi i popatrzył na swoją małżonkę tak, jakby go to słowo obudziło. – Jesteś tego pewna? Przecież wiesz, jakie są kobiety z przełomu wieków. Drastycznie niepewne swej roli w świecie, wewnętrznie zagmatwane… – szukał naprędce mydlących określeń.

– Karolu, kobiet to ty nie krytykuj! Wystarczy, że zajmujesz się literaturą – zawiesiła wzrok na mężu.

Zdawało się mu, że zielonkawa toń jej oczu nabiera ciemnego odcienia. Patrzyli na siebie przez chwilę. A potem rzekła poważnie:

– Naszej wnusi zostało skradzione serce.

Na rozległym uniwersyteckim osiedlu, ukrytym pod baldachimem potężnych kasztanów wiekowego parku, w jednym z mieszkań na drugim piętrze równie wiekowej kamienicy, świetlane kręgi dwóch lampek nocnych o piaskowych abażurach rozświetlały mroki nocy. A gdy przyszedł świt, pod stanowczymi ruchami podjętych obopólnie decyzji, zgasły.

Po porannej toalecie wypił filiżankę mocnej kawy, zabrał pękającą w szwach sfatygowaną teczkę i stanąwszy na progu ogromnego balkonowego okna, spojrzał w stronę niedalekiego, niskiego budynku, gdzie mieściła się katedra literatury polskiej. Po czym rozwinął swe srebrzystobiałe skrzydła i wyfrunął.

Wraz z oddalającym się trzepotem jego skrzydeł skierowała się w stronę wielkich dębowych drzwi, które skrywały gromadzoną z miłością i pasją pokaźną bibliotekę. Dotknęła stopami przyjemnego, ciepłego włosia dywanu, składając skrzydła na plecach, i położyła filiżankę kawy na dębowym, ciężkich gabarytów biurku, na którym panował umiarkowany bałagan czystych kartek papieru, wiecznego pióra, kałamarza, antycznej lampy przedstawiającej grecką boginię mądrości, i rodzinnych fotografii, ujętych w surowe, srebrne ramy. Ich dziecka, wnuków i prawnuków.

By nie wpuszczać gwaru studenckiego miasteczka, zostawiła okiennice zamknięte, zapaliła światło trzymane w dłoni greckiej Ateny i spojrzała na okalające ściany półki, zapełnione oprawionymi w zieloną, rogową skórę dziełami pisarzy, poetów, filozofów. Na grzbietach błyszczały złoconymi literami ich wielkie tytuły i nieśmiertelne nazwiska. Zauważyła srebrne okładki Silva Rerum.

– Tyle wieków – westchnęła jakby zmęczona. – Bez końca…

Po czym zajęła się poszukiwaniami, sącząc w przerwach lurowatą kawę z mlekiem. Taką, jaką lubiła.

Po godzinie blat dębowego biurka o mały włos nie ugiął się pod ciężarem jej owocnych poszukiwań, chociaż miał ku temu powody w postaci wystrzeliwujących aż po sam sufit wież z opasłych tomisk. Zanim usiadła do wielogodzinnej lektury, udała się do kuchni i zaparzyła Mentha crispa, ziele poprawiające koncentrację i wspomagające wydajność umysłu, przelała napar do kubka w śmiejące się krowy i powróciła do bibliotecznej ciszy. Z szelestem przewracanych stronic chłonęła wiedzę.

W chwili gdy usłyszała głośne pukanie do okien salonowych, zamknęła z trzaskiem Sennik egipski i uśmiechnęła się z triumfem do siebie. Jej plan zaczął nabierać realnych kształtów. Wstała od biurka i pomyślała, że nie wyobraża sobie niebiańskiego świata bez książek.

Za szybą wejściowego okna do salonu, wyglądająca zza stosów woluminów, trzymanych z niemałym wysiłkiem, uśmiechała się do niej znajoma twarz. Stonowanym, powściągliwym uśmiechem. Pospieszyła się i otworzyła okno, wskazując kierunek biblioteki. Tymoteusz był tam niejeden raz. Zaniósł ciążące mu książki i przyjął zaproszenie do kuchni. Bez niespodzianki zajął krzesło pod oknem i pochylił głowę nad stojącymi w doniczkach fiołkami, przypominając sobie ich zapach. Strząsnął z czoła niesforne kosmyki włosów, które opadły, gdy pochylał głowę, i zauważając jej wzrok, uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech i zajęła się przygotowywaniem jedzenia.

Aniołowie nigdy nie odczuwali łaknienia. Aniołowie nigdy nie bywali głodni czy spragnieni. Aniołowie nie potrzebowali snu. Aniołowie z nostalgiczną miłością za tym, co stało się przeszłością, kultywowali ziemskie nawyki.

Przygotowała sałatkę ryżową z fasolą, zrumieniła tosty i nalała do szklanek soku ze świeżych pomarańczy, po czym usiadła naprzeciwko Tymoteusza.

– Filiżankę kawy? – zapytała po skończonym posiłku, wycierając serwetką usta.

– Z przyjemnością, pani Magdaleno – kurtuazyjnie odpowiedział.

Od lat pracował z jej mężem na uczelni i od lat był przyjacielem domu – zatrzymała na jego osobie myśli – a jednak nie potrafiła nawiązać z nim relacji wykraczających poza obręb powierzchownych grzeczności. Jakby jego postać ze srebrzystobiałymi skrzydłami otaczała aura chłodnej rezerwy, zamrażając wszelkie próby nawiązania z nim luźniejszych, przyjacielskich więzi. Ten mróz był murem obronnym, co do tego nie miała wątpliwości. Tak jak do tego, że skrywa wrażliwość, którą zdradzały delikatne dłonie o długich, zgrabnych palcach. Za życia mógł się podobać wielu kobietom. Bardziej postawny niż wysoki, szczupły, z wąską linią bladych ust, mówiących o jego powściągliwości i zamknięciu w sobie, które kobiety mogły odczytywać jako wyraz uwodzicielskiej tajemniczości. Wysoka, inteligentna linia czoła, którą zasłaniały w najmniej oczekiwanych momentach kosmyki grzywki w kolorze czerni. Mocne łuki brwi, wąski, zgrabny nos i czarne oczy o magnetycznym, niepokojącym spojrzeniu, ale jakby nieczułe i wygasłe. Lekko przygarbiona postawa mówiła o jego literackiej pasji. Srebrzystobiałe skrzydła dodawały mu niewątpliwie uroku…

– Jak tam twoja habilitacja? – zapytała, gdy usiedli w salonie nad dwiema porcelanowymi filiżankami w drobne różyczki, obejmującymi czarną toń kawy.

– Dość opornie, pani Magdaleno. Wszystko w Niebiańskiej Krainie toczy się opieszale – zaczął mówić. – Nie wyłączając przepływu informacji. Odnalezienie zapisków przeszłych w byt doskonały literatów graniczy z niemożliwym, tak jak próby odtworzenia ich anielskich życiorysów. Wydobywanie na światło dzienne faktów i szczegółów z ich anielskiego życia nie zawsze podoba się urzędnikom od formularzy.

– Dobrze, że z anielskiej perspektywy wiemy, że niemożliwe nie istnieje – pokusiła się o żart.

– Zaczynam w to wątpić – zamiast uśmiechu skinął głową. – Forsując od miesięcy drzwi do zbiorów bibliotek, antykwariatów, skrzynek pocztowych i myśli prywatnych kolekcjonerów, czuję się, jakbym był stworzony z niewidzialnej materii.

Uśmiechnęła się i zaczęła stukać bezwiednie palcami po koronkowej serwecie ozdabiającej stół. Po dłuższej chwili skonstatowała, że nie słucha Tymoteusza, a jej myśli krążą zupełnie gdzie indziej.

Ileż bym dała za przyjemność napicia się filiżanki kawy w obłokach papierosowego dymu… Taki niewinny nałóg… – rosło w niej wzburzenie. Po chwili odeszło, uspokoiła siebie i palce. Przypomniała sobie o przyczynie swojej śmierci.

Zerknęła na Tymoteusza, który właśnie sięgnął po cukierniczkę i w małej filiżance – jak białe, lodowe góry – zatopił pięć łyżeczek. Starała sobie przypomnieć przyczynę jego śmierci.

– Podobno śmierć nie ma przyczyny, jedynie posiada godzinę – odpowiedział jej myślom. – Dżuma tysiąc osiemset trzydziestego drugiego w Paryżu, byłem jedną ze stu tysięcy ofiar.

– Istotnie – upiła łyczek i chowając za słowami zakłopotanie, że przeczytał jej myśli, dodała: – Ach! Gdybyśmy jak ona posiedli czas, bylibyśmy równi bogom. A dopóki nie jesteśmy, wszechświat jest dla nas pytaniem, a przyczyna próbą odpowiedzi.

– Nieudolną zresztą – odrzekł ponuro, jakby przytłoczył go górnolotny temat.

Zapadła cisza, w której próbowała rozgryźć siedzącego przed nią młodego anioła, ale już pozostawiła jego myśli w spokoju. Zresztą czytanie w cudzych myślach nadal uważała za nietakt. Pozwoliła więc panować ciszy.

– W książkach, które przyniosłem, zauważyłem sporą dawkę kobiecego tematu. Czyżby zmiana zainteresowań? – odezwał się pierwszy.

– Absolutnie nie – z ulgą ożywiła się po niezręcznej ciszy. – Zielarstwo pozostanie moim konikiem na wieczność. Po prostu moja żyjąca wnuczka boryka się z poważnymi problemami i wspólnie z Karolem postanowiliśmy jej pomóc… Nie da się ukryć, że świat, który opuściliśmy, zmienił się, więc wszelkiego rodzaju literatura fachowa jest mi pomocna w stworzeniu portretu psychologicznego teraźniejszej kobiety. I co najważniejsze – podkreśliła – jest mi niezbędna do odnalezienia właściwej drogi do jej umysłu.

– A jeśli mogę zapytać, to w jaki sposób zamierzacie się z nią skontaktować? – ciekawość wzięła nad nim górę.

– Przez sen, Tymoteuszu.

– Bezpiecznie, ale nieskutecznie – odrzekł z miną znawcy. – Obie strony mogą ugrząźć w zawiłej symbolice.

– Sen jest tylko początkiem… – uśmiechnęła się tajemniczo i skierowała rozmowę na bardziej przyziemny temat skrzydlatej codzienności. – Czy nadal jesteś związany z tym lewicowym pismem „U nas w Raju”? Cóż za odwaga domagać się zniesienia obowiązkowej bieli…

Budzik zadzwonił tak jak zawsze o szóstej trzydzieści. Obudził najpierw ból głowy, który przypomniał o zbyt dużej ilości wypalonych wczoraj papierosów, zmieszanych z czerwonym winem.

Poleżę trochę w łóżku, zanim wrzucę na szybszy bieg, w końcu mam wolne… – moje myśli zaczęły wypierać ból. – Myślę, więc obudziłam się.

Ich walka trwała, a ja starałam się nie poruszać nawet najmniejszą cząstką mnie.

Zmarnuję urlop na przeprowadzkę… jak jakiś niepożądany prezent od cholernego losu… Niczego od niego nie chciałam… Niczego od nikogo nie chcę… Niczego…

Co za nastawienie?! – skrytykowałam się i już wiedziałam, że dzisiejszy dzień nie będzie należał do najprzyjemniejszych. Zacznie się łzami. Tymi tkwiącymi głęboko.

Zerwałam się z łóżka i pobiegłam prosto do łazienki, żeby ratować resztki godności zimnym prysznicem. Studziłam rozgrzane nerwy. Po chwili trzęsłam się z zimna. Z twarzą mokrą od wody i łez stanęłam przed lustrem. Oddychałam coraz głębiej i coraz spokojniej, studiując odbicie w lustrze.

Mogłam chociaż nie ścinać włosów – obserwowałam, jak powalone ulewą wody prysznica kosmyki krótkich włosów podnoszą się, prężą i już sterczą. Kosmyki grzywki zakręcają się, tworząc nad czołem koszmarne esy-floresy.

Robią co chcą, tylko nie poddają się działaniu pianki i grzebienia. Powinnam brać z nich przykład. Nie obcinać się po odejściu ojca Piotruni – przypomniałam sobie moją manifestację rozpoczęcia życia bez mężczyzny.

Może zafarbować?… Dosyć czerni w moim życiu! Może na jakiś odcień kasztanu? Odważniej miedzi? Nie, to by zdecydowanie zepsuło tak pielęgnowany przeze mnie depresyjny wizerunek – zostawiłam pomysł farbowania włosów i zaśmiałam się.

Nie jest z tobą tak źle… Jeszcze potrafisz się śmiać. Spójrz – spojrzałam uważnie prosto w odbijające się w lustrze oczy. Były zaczerwienione od płaczu.

– Bądź odważna – wyrzekłam poważnie.

Z lustra spoglądało na mnie zmęczone, pozbawione uśmiechu oblicze. Nienaturalnie obce.

– Jagna? – odetchnęłam z ulgą, usłyszawszy w słuchawce zaspany głos przyjaciółki. – Wiesz, cieszę się, że cię złapałam… Nie, nic się nie stało… To znaczy nic poważnego… Po prostu chciałam się ciebie zapytać, czy czasami popadasz w schizoidalne klimaty i rozmawiasz z własnym odbiciem, a to odbicie wydaje ci się, że nie jest tobą – zawiesiłam niepewnie głos. – Wiem, że szósta pięćdziesiąt nie jest właściwą porą na takie rozmowy… Też chodzę do pracy… – przerwałam jej zniecierpliwiona. – Zrozum! Ja po prostu muszę wiedzieć, czy te pogaduszki przed lustrem mogę bez obaw wdrożyć do mojego codziennego harmonogramu dnia! – usłyszałam słowa, których się spodziewałam. – …Dobrze, staram się nią być… Dobrze, jestem realistką – poprawiłam się. – Chociaż sny o własnej śmierci nie opuszczają mnie od kilku miesięcy. To zawisam na szubienicy, to skaczę w przepaść, to leżę w grobie, nad którym niewielka garstka osób żegna mnie bez łez… – przerwałam wątek pod wpływem ostrej krytyki. – …Ależ, Jagna, moje sny są jak najbardziej realne, przecież dzieją się w mojej głowie!… Dobrze, nie będę przeginać… Tak, pracuję… Tak, studiuję – zaczęłam powtarzać za przyjaciółką. – Tak, kocham moje dziecko… Tak, wierzę w siebie… Obiecuję, że przestanę rozmawiać z sobą i doprowadzę się do porządku… To pa – pożegnał mnie trzask odkładanej słuchawki.

Jako tako – z uczuciem ulgi ruszyłam do należącej do mnie jeszcze przez dwa miesiące kuchni.

Wkrótce popłynęła muzyka ekspresu do kawy. Na patelni zaskwierczały jajka. Wstał Piotrunia i przydreptał do kuchni. Na blacie stołu posadził misia. Sam usiadł na krześle. Czekali na śniadanie.

– W przedszkolu jajko smakuje lepiej – mój trzyipółletni syn skwitował moje kulinarne wysiłki.

– Wiesz, co dzisiaj będziemy robić? – skierowałam jego uwagę na mniej drażniący mnie temat.

Pokręcił głową swoją i misia.

– Jedziemy oglądać nasz nowy dom! – wybuchłam przesadnym entuzjazmem, czując wzrastający we mnie lęk.

– A dlaczego, mamusiu, mówisz na ten stary dom: nowy?

Nie odpowiedziałam od razu, nabierając kilkoma głębokimi oddechami cierpliwości.

– Jest to stary dom, Piotruniu, bo mieszkała w nim moja prababcia, czyli twoja praprababcia Magdalena, a później część swojego życia spędzili w nim moi dziadkowie: Magdalena i Karol, czyli twoi pradziadkowie. A teraz nowymi lokatorami będziemy my i odświeżymy stare mury, tak że ten dom będzie wyglądał jak nowy!!! – posłałam Piotruni i siedzącemu na jego kolanach misiowi szeroki uśmiech. I jeszcze raz spojrzałam ponuro przez tylną szybę samochodu, utrwalając w pamięci oddalający się obraz tonącego w trawach i chaszczach małego domku z kominem. Stojące wokół niego śmiertelnie blade brzozy kołysały swymi chuderlawymi gałęziami nad jego pomarańczowym dachem. Jakby odprawiały czary.

Koszmar – pomyślałam i złapałam w lusterku rozbawiony wzrok mojego brata Adama. Zacisnęłam zęby. Ktoś musiał zrobić tam remont. Ktoś musiał doprowadzić do porządku porosły wszelkiego rodzaju zielskiem ogród. Ktoś musiał naprawić mający strzec mojego bezpieczeństwa wyszczerbiony płot, okalający chaszcze i skupisko rachitycznych jabłonek, które kiedyś nosiło miano sadu. Lecz mimo wszystko dom wywarł na mnie przyjemne wrażenie – zaczęłam szukać pozytywów, analizując wizytę na wzgórzu.

Co prawda już z dala wyglądał opłakanie, jak skazany na beznadziejną, wieczną samotność tułacz, który przykucnął zmęczony pośród zielonych traw wzgórza. Ale w jego oczach wyczytałam nadzieję, błyszczała, odbijając słońce w zakurzonych szybach. Być może łudzącą, jednak zdecydowałam się w asyście brata, Piotruni i misia Piotruni otworzyć wielkie, dwudrzwiowe wejście. One każdego dnia pierwsze witały wschodzące słońce. Prowadziła do nich żwirowa ścieżka zakończona trzema szerokimi schodkami. Kiedy otworzyłam drzwi na oścież, spotkała mnie pierwsza przyjemna niespodzianka: zawieszona w powietrzu łagodna woń, zamiast spodziewanego przez mnie odoru stęchlizny i wilgoci, nieodłącznych towarzyszy starych murów. Odetchnęłam, powoli przyzwyczajając oczy do panującego mroku. Ciężkie kotary w oknach zasłaniały dostęp słońcu. Strzepnęłam niemiłą myśl, że jestem intruzem, kradnącym święty spokój niewidzialnym mieszkańcom, i zabrałam się za odsłanianie okien. Mury były podziurawione oknami; naliczyliśmy ich dziesięć i zastanawialiśmy się, czy wychodzącą na taras balkonową szybę o zaskakujących rozmiarach można zaliczyć do okien czy do szklanej ściany. W każdym razie również wymagała farby i płynu do mycia. Oprócz okien, dom był pełen drzwi, z każdego pomieszczenia można było przejść do następnego i następnego.

Wraz z majowym wiatrem rozpoczęliśmy wędrówkę. Mały przedpokój prowadził do dużego salonu i wprost na szklaną ścianę, wychodzącą na taras, ogród i rzędy karłowatych jabłonek. W salonie pod sporą warstwą kurzu chował się stół i kilka krzeseł. Nie dawałam im najmniejszej szansy przetrwania. Oczami wyobraźni na ich miejscu widziałam wygodną kanapę, ławę i telewizor. Mimochodem zerknęłam na surowe oblicza moich przodków, przypatrujących mi się z wyniosłym chłodem z czarno-białej fotografii.

Spoko, spoko – uciekłam spod ich spojrzenia, wychodząc z salonu do pustego pokoju z oknami na zachód i północ. Na zakurzonych ścianach odznaczały się jaśniejszym wzorem ślady po regałach z książkami, zapewne była tu biblioteczka, ale mogłam tylko dywagować.

– Przerobimy na pokój Piotruni – zdecydowałam i przeszłam następnymi drzwiami do pokoju z dużym małżeńskim łożem. Usiadłam na nim, było twarde, bez sprężyn i wgnieceń.

– Może się w końcu wyśpię? – powiedziałam do brata, który fachowo obstukiwał ściany, i objęłam wzrokiem komodę i trzydrzwiową szafę. – I może w końcu znajdę miejsce w sam raz na moje ciuchy.

Brat otworzył następne drzwi, które prowadziły do małej łazienki, i zagwizdał. Wyglądam zza jego pleców i zobaczyłam wannę. Gwizdnęłam również. Nie widziałam w życiu tak wielkiej wanny. Nawet ona sama wydawała się przytłoczona swoimi potężnymi gabarytami. Na jej dnie ginęło oczko odpływu, do którego podążały rdzawe nacieki. Spod jej brzucha wystawały cztery rozczapierzone, zakończone ostrymi pazurami lwie łapy. Bądź innej bestii. Brat Adam doliczył do rachunku zakup bojlera. Starą, wysłużoną baterię o arystokratycznych rysach kranu, kurków i prysznica nakazałam mu zostawić w spokoju.

Z mojej sypialni przeszliśmy do salonu i pozostawiając północną stronę, wkroczyliśmy do kuchni. Zachwyciła mnie jej przestrzeń równa salonowi oraz zaintrygowały drewniane schodki, prowadzące do zagadkowego włazu w suficie, zapewne strychu. Natomiast resztę, to znaczy komórkę z półeczkami pełną słojów z niewiadomą zawartością oraz zajmujący kąt piec, przywitałam chłodnym wzruszeniem ramion.

To nie to, że jestem kompletnym laikiem w kulinarnej sztuce. Wiem, co jem. Potrafię prawidłowo nazwać sprzęty kuchenne. Znam na pamięć kilka naprawdę dobrych przepisów (choć w większości na dania sałatkowe). Potrafię usmażyć jajecznicę, rzadko przypalam kotlety i równie rzadko robię faworki, co oponki – tłumaczyłam się palącemu sumieniu. – Przedszkole żywi Piotrunię, w niedziele żywi nas moja mama, a ja, jako kobieta, zanim coś zjem, mam drakoński obowiązek policzyć kalorie, i wtedy przechytrzając samą siebie, jem, ale szybko i o niespodziewanych porach, albo nie jem, czyli staram się dorównać kanonom anorektycznego piękna. Poza tym po ciąży pozostało mi tu i ówdzie…

Nagle poraziła mnie wizja mojej rodziny zasiadającej przy dymiących talerzach z niedzielnym rosołem, w tej kuchni.

– Przeniesiemy stół i krzesła z salonu tutaj – władczym gestem wskazałam miejsce na środku kuchni, w którym działo się moje widzenie.

W tym samym czasie Adam wsunął głowę na strych, przeprowadzając misję rozpoznawczą i czym prędzej ją stamtąd wysunął.

– Mam dwie wiadomości, pierwsza z nich, to masz stodołę na strychu. A druga, to najpierw wpuść tam kota.

Piotrunia, który wyrósł przy nas znikąd, zapiszczał, słysząc o zwierzątku.

Po odwiedzeniu pogrążonej w ciemnościach piwnicy, gdzie omotana w pajęcze sieci nawiązałam niezbyt ciekawą znajomość z systemem wodno-kanalizacyjnym oraz deską rozdzielczą z licznikiem energii elektrycznej i rzędami guziczków odpowiedzialnych za nią, zakończyliśmy wizytację domu. Przed wyjściem zagadka przyjemnego zapachu panoszącego się w domu doczekała się rozwiązania. Rozstawione po kątach ususzone wiązki zielsk. Podejrzliwe zapachniało gusłami.

Późnym wieczorem usiadłam na jednym ze stłoczonych w prostokącie bloku balkonie numer sześćdziesiąt dwa, który należał jeszcze do mnie. Zapalony papieros zaskwierczał, wtapiając się w wypadające przez otwarte okna odgłosy telewizorów, pijackiego ryku, brzdęku zmywanych naczyń, małżeńskich rozmów prowadzonych ciut podniesionym tonem. Wpuściłam je przez ucho – dawały mi poczucie bezpieczeństwa – i wypuściłam ustami obłok popielatego dymu.

Jesteśmy konstelacją istnień z podciętymi skrzydłami, zamkniętych w domach o wspólnych ścianach, w blokach, szarych stereotypach społeczności. Dzień za dniem umieramy – zaciągnęłam się papierosem, oddalając czarną chmurę myśli. Może dobrze mi zrobi przeprowadzka na przedmieścia?

W każdym razie, kimkolwiek byli moim przodkowie, wyratowali mnie z mieszkaniowych kłopotów. Chwała im za to. A za resztę? Stanowią mgliste wspomnienie. Pamiętam dziadka Karola. Babcia zmarła na miesiąc przed moimi narodzinami. Noszę jej imię. Ktoś umiera, by ktoś mógł się narodzić… Po śmierci żony dziadek zamknął wspomnienia w domku na wzgórzu i przeprowadził się do wynajętej kawalerki… Pamiętam spacer po alejach parku, jesienną porą. Łysiejącą czaszkę w koronie siwych włosów, brązowy prochowiec. I mojego brata trzymającego się ręki dziadka. Umarł, gdy miałam pięć lat. Nie pamiętam pogrzebu. Nie pamiętam moich uczuć. Na całe życie zapamiętałam słowa mamy, że odziedziczyłam po nim brak cierpliwości. Babcię Magdalenę znam jedynie z nielicznych, już pożółkłych fotografii i skąpych przez emanujące bólem emocje opowieści mojej mamy. Była matką mojego ojca. Fakt ten sam w sobie świadczył na jej niekorzyść. Była również pielęgniarką. Większość życia spędziła w szpitalach, w przychodniach i sanatoriach. Dziadka poznała w Warszawie. Studiował dziennikarstwo, którego nie ukończył (jak się domyślam, z braku cierpliwości). W końcu lat czterdziestych wyjeżdżają ze stolicy do małego, prowincjonalnego miasteczka na południu Polski. W rodzinnym domu babci, na wzgórzu, czeka na nich jej matka, którą koleje losu przygnały na wzgórze ze wschodu, podczas pierwszej wojny światowej. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku na świat przychodzi mój ojciec… – to jest niezaprzeczalny fakt, jak ten, że wypaliłam za dużo papierosów. Odsunęłam ze wstrętem pełną popielniczkę, jakbym ją teraz dostrzegła i pomyślałam o jutrze.

Muszę zadzwonić do biura, bo muszę udawać, że mi zależy na pracy.

Muszę zrobić zakupy.

Muszę się zacząć powoli pakować.

Jeszcze przez chwilę leżałam na balkonie i z obojętnością patrzyłam na gwiazdy…

– Karolu? – przerwała ciszę panującą w salonie. Obydwoje siedzieli z nosami zanurzonymi w otwartych księgach, które uznali za przydatne w „rodzinnej sprawie”. Ona, w rogu secesyjnej sofy, na podkurczonych kolanach oparła brodę. Znużona lekturą kolejnej ziemskiej feministki, Eriki Jong, zagadnęła:

– Nie wydaje ci się, że droga Tymoteusza do doskonałości jest bardzo długa? – położyła nacisk na słowo „bardzo”.

Z trudem oderwał wzrok od leżącego na jego kolanach poradnika z bestsellerowej listy hitów ostatniego sezonu, poruszającego kwestię nawiązania kontaktu z żywymi. Zatrzymał miarowe bujanie fotela, w którym spędzał w wolnych chwilach czas, i wyciągnął z ust fajkę ze świecącym pustkami cybuchem. Pamiątkę po ziemskim nawyku.

– Owszem, zajmuje mu to dużo czasu, ale ten zawiły proces ewolucyjny, przechodzenie z jednego stanu do drugiego, w niektórych przypadkach rozwleka się na cale stulecia. – Ściągnął okulary i przetarł oczy. – Ileż to stuknęło Tymoteuszowi?

– Jako anioł jest blisko drugiego wieku – odrzekła, darując sobie precyzję.

– Widocznie Tymoteusz nie dokończył tego, co rozpoczął… – długo się zastanawiał nad odpowiedzią. – A może nie znalazł tego, czego szukał? Nie obmył win? Cokolwiek, ale dalej iść jeszcze nie może! – Poirytowany swą niewiedzą, postanowił zmienić temat. – Znów spora grupa młodych porzuciła skrzydła i zbiegła do An-Arkhe… Oni już nigdzie nie dojdą – wyrzekł gorzko – zamienić wznoszenie się ku doskonałości na hedonizm…

Przyglądała mu się z lekkim uśmiechem. Coś jej mówiło, że gdyby pierwsza nie znalazła się w Anielskiej Krainie, jej mąż dałby się ponieść falom hedonizmu na wschód.

– Mam nadzieję, że patrole Armii Anielskiej obchodzą się z nimi łagodnie – odrzekła tylko.

– Nie dałbym sobie uciąć ręki – odrzekł. – Ale jeśli przekroczą Góry Alana, są już bezkarni bądź wolni. Jak kto woli.

Boski dzień zbliżał się powoli ku końcowi. Patrzyli na zachodzące słońce na rdzawym kolorze nieba w ciszy słów i myśli. Po czym postanowili udać się na Ziemię i przyjrzeć się z bliska życiu wnuczki.

Te dwa miesiące upłynęły mi na samych miłych niespodziankach. Biomet był korzystny. Dziecko anielsko grzeczne. Pakowanie niemęczące. Telefony od mamy bez nachalnych rad zakończonych: „a nie mówiłam”, ani: „ja bym na twoim miejscu…”. Nawet udało mi się dokonać werbalnej zemsty na Michale, z gronem moich przyjaciółek przy piwie „Pod Kasztanem”, i wszystkie co do jednej: Jagna, Małgorzata, Matylda i, o dziwo, Anna, były zgodne co do jego indolencji emocjonalnej i mojej wszechstronnej przewagi. Prace mojego kochanego brata Adama przynosiły widoczne efekty. Domek na wzgórzu wyglądał jak nowy. Jego uwagi na temat zimy i zabezpieczenia się przed mrozami, czyli wymiany systemu grzewczego i sporego kredytu, którego, jak zaznaczył, na pewno nie będzie mi żyrował, postanowiłam przypomnieć sobie jesienią, gdzieś około października.

Podczas przeprowadzki nie zawiodłam się na moim młodszym bracie Filipie. W zamian za pęk dorobionych kluczy od mojego domu i pozwolenia na małe imprezki podczas mojej nieobecności, ściągnął do pomocy kumpli. Z elektrycznymi kosiarkami do trawy zabrali się za doprowadzanie ogrodu do porządku. Zdecydowanie wolałam na nich patrzeć, niż wdać się w dyskurs. Mówili w niezrozumiałym dla mnie dialekcie dorastającego pokolenia. Natomiast spomiędzy fałd ich podkoszulków i spodni rozmiarów XXL wystawały seksownie młodociane pośladki i biodra. Zresztą Jagnie i Małgorzacie też się podobali. Znalazły chwile i przyjechały pomóc mi w przeprowadzce. Sączyłyśmy więc piwko, przybijając w pocie czoła gwoździki na fotografie i obrazy, rozpakowywałyśmy kartony i paczki, układałyśmy w szafkach i półkach. Gdy natknęłyśmy się na albumy ze zdjęciami z naszych szkolnych czasów, ekspresja naszego śmiechu raz na zawsze odstraszyła sąsiadów od złożenia wizyty na wzgórzu.

Rok osiemdziesiąty ósmy – Jagna stoi przed budynkiem szkoły podstawowej, trzymając w ręce małe radyjko typu „jamnik”, ówczesny krzyk techniki. Ubrana w komplet z dekatyzowanego dżinsu, minispódniczkę i katanę z dodatkiem turkusu. Jej zgrabne łydki zdobią różowe podkolanówki zestawione z bielą wystających spod spódniczki ud oraz gryzącym turkusem trampek. Włosy Jagny włosów nie przypominały, były gniazdem, mieszaniną ciągłego tapirowania i lakieru. W każdym razie sterczały. Pamiętam moment robienia tego zdjęcia; ze słynnego na całą podstawówkę „jamnika”, należącego do brata Jagny, leciała muzyka Modern Talking, a my, wszystkie ubrane w dekatyzowane dżinsowe komplety, ćwiczyłyśmy układ taneczny kroków z popołudniowego kółka tanecznego, zawodząc rzewnie wraz z wokalistą, z niemożliwej miłości do niego.

Rok dziewięćdziesiąty – zdjęcie przedstawia naszą nierozerwalną czwórkę. Jagna, Matylda, Małgorzata i ja stoimy na morskiej plaży w Jastarni w długich, kolorowych sukienkach do kostek. Nasze ręce i szyje obciążają niebotyczne ilości ciężkiego balastu w postaci rzemieni, koralików, muszelek, amuletów i pacyfek. Długie włosy, już obyte z szamponami koloryzującymi, błyszczą w obiektywie odcieniami kasztanu, miedzi i wiśni. Z naszej czwórki wyróżnia się krótka czupryna Matyldy, która w latach naszej hipisowskiej egzystencji usilnie nadrabia brak jakichkolwiek oznak wzrostu włosów nawet o marny milimetr przesadną erudycją i odważnymi eksperymentami w kierunku odmiennej rzeczywistości.

Rok dziewięćdziesiąty pierwszy – koncert AC/DC i Metalliki. Na tle wypełnionego po brzegi stadionu chorzowskiego Małgorzata i ja. Nadal z długimi włosami, ale już w odcieni granatowej czerni. W tym samym odcieniu zachowany jest nasz obcisły strój, czarne legginsy, czarne koszulki i błysk posrebrzanego pentagramu dyndającego na rzemieniu na szyi, zdradzającego nasze mroczne fascynacje. Obfity biust Małgorzaty, spłaszczony obcisłą koszulką, wygląda nie mniej koszmarnie niż moje nogi w obcisłych legginsach (od których bardziej rachityczne są już tylko gałęzie jabłonek w moim ogrodzie), co mnie do tej pory, gdy patrzę na to zdjęcie, pociesza, bo lepiej jest wypaść tak samo niż gorzej.

Panta rhei…

Nasze salwy śmiechu wybuchające wraz z kolejnymi utrwalonymi na zdjęciach obrazach przeszłości, stanowiących niepodważalny dowód na to, że byłyśmy ofiarami mód, póz i poszukiwań sposobu na rozgryzienie życia, zmieniając look od podstaw i czasem z tragicznym dla nas skutkiem, ucichły. Wraz z szelestem ostatniej stronicy w albumie i cichego westchnienia przeistoczyłyśmy się w żony, matki i kobiety. W przeszłości było to dla nas niewyobrażalnie odległe.

Spis treści - fragment

Strona tytułowa

Motto