W połowie drogi do szczęścia - Veronica Ovie - ebook

W połowie drogi do szczęścia ebook

Veronica Ovie

0,0

Opis

„W połowie drogi do szczęścia” to opowieść o dwojgu ludzi, którzy spotykają się w dość nietypowych okolicznościach. Marta szuka niezobowiązującej przygody i chwili zapomnienia, Michał natomiast chce udowodnić sobie, że mimo swojej niepełnosprawności wciąż może być pewny siebie i atrakcyjny jako mężczyzna.

Ich relacja zaczyna się jako odważny eksperyment i gra z czasem — miało być szybko, bez uczuć i bez komplikacji. Jednak już od pierwszego spotkania między bohaterami pojawia się napięcie, które wykracza poza czysto fizyczną fascynację. Pojawia się pytanie: czy można zaplanować brak uczuć, kiedy serce zaczyna bić szybciej?

To historia o przełamywaniu barier, walce z własnymi kompleksami i o tym, że czasem wystarczy chwila, by zmienić czyjeś życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 147

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W połowie drogi do szczęścia

W połowie drogi do szczęścia

Copyright © Veronica Ovie

Copyright © Wydawnictwo Postępu

Wydanie I, Warszawa 2026

ISBN: 978-83-68604-45-0

Redakcja i korekta: Katarzyna Jabłońska

Ilustracja na okładce: Paweł Surman

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

All right reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Seksbezmiłościtopustedoświadczenie,alewśródpustychdoświadczeńtojednoz najlepszych—WoodyAllen

Rozdział 1

Marta

Było mi zimno. Nerwowo przestępowałam z nogi na nogę, a w zziębniętej i poczerwieniałej od mrozu dłoni, trzymałam tlącego się papierosa. Zaciągnęłam się ostatni raz. Jednak nikotyna, która miała działać uspokajająco, tylko jeszcze bardziej potęgowała we mnie uczucie niepokoju i lęku. Wzięłam głęboki wdech i — z resztką odwagi — spokojnie weszłam do kawiarni.

Odwiesiłam przyprószony śniegiem płaszcz, a potargane wiatrem włosy, zarzuciłam do tyłu. Rozejrzałam się po lekko zaciemnionym lokalu. Nie mogąc doszukać się znajomej twarzy, z bocznej kieszeni torebki pośpiesznie wyciągnęłam telefon.

Stolik przy oknie. Widzę Cię. Nie próbuj uciekać.

Wiadomość na wyświetlaczu sprawiła, że serce na moment przestało mi bić.

Odruchowo spojrzałam w kierunku przeszklonej witryny. Moją uwagę od razu przykuł jeden ze stolików, stojących z tyłu niewielkiego podwyższenia. Wzięłam kolejny głęboki wdech i powtarzając w głowie niczym mantrę myśl: To tylko kawa. Zawsze możesz wyjść; ruszyłam w kierunku samotnie siedzącego mężczyzny.

—Cześć. — Uśmiechnęłam się, rozwiązując czarny szal pod szyją i śmiało wyciągnęłam dłoń w kierunku bruneta.

Mężczyzna przez moment wnikliwie przyglądał się mojej, zaczerwienionej od mrozu, twarzy. Po chwili wahania, odwzajemnił uścisk.

—Myślałem, że już nie przyjdziesz — powiedział z ulgą, a ja usiadłam naprzeciwko i powiesiłam torebkę na oparciu krzesła.

—Korki — próbowałam się za wszelką cenę usprawiedliwić, chociaż powody mojego spóźnienia były zgoła inne. Bałam się. Jeszcze nigdy nie umawiałam się z nikim na seks. Do tego, po zaledwie kilku lakonicznych wiadomościach, z których najdłuższa zawierała adres dzisiejszego spotkania, zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać.

—Jasne — westchnął z rozbawieniem, patrząc na zaśnieżony krajobraz za oknem, po czym zatrzymał wzrok na kolorowych lampkach tuż nad nami. — Czego się napijesz? — Wstał, by złożyć zamówienie.

—Ja pójdę — zaprotestowałam, spoglądając na opartą o blat stolika kulę ortopedyczną i szybko poderwałam się z krzesła.

—Daj spokój. Jestem mężczyzną. Może nie do końca sprawnym, ale… — przerwał, kiedy obok nas stanęła młoda dziewczyna w zielonym uniformie. Miała rude włosy spięte w wysoki kucyk i nerwowo przygryzała, muśnięte błyszczykiem, usta.

—Przepraszam… — zaczęła nieśmiało, prawie niesłyszalnym, wśród panującego dookoła zgiełku, szeptem. — Jestem tutaj nowa i po prostu państwa nie zauważyłam — mówiła przestraszona, patrząc to na dziwnie rozbawionego sytuacją Michała, to na mnie. — Klienci niepełnosprawni są obsługiwani poza kolejnością — kontynuowała, ze wzrokiem utkwionym w drewnianej podłodze. Dorota, bo takie imię miała na plakietce, była zakłopotana, podobnie jak ja.

—W porządku — odpowiedział Michał, ponownie siadając na odsuniętym krześle. — Dwie gorące czekolady — zwrócił się z uśmiechem do przestępującej nerwowo z nogi na nogę kelnerki.

—Ładnie tutaj — rzuciłam banalne stwierdzenie, rozglądając się po lokalu. Chciałam przerwać niezręczną ciszę, której nie zakłócały nawet świąteczne piosenki, dobiegające z głośników na parapecie.

—Wyglądasz inaczej niż na zdjęciu — powiedział enigmatycznie, spoglądając na lekko rozchylony dekolt mojej czarnej koszulki.

—Za to ja Ciebie nie widziałam w ogóle — odparłam. — Może to ja jestem bardziej rozczarowana? — powiedziałam, ledwo powstrzymując śmiech i patrząc głęboko w jego przestraszone, ciemne oczy.

—Ale ja nie jestem rozczarowany. — Delikatnie poluźnił kołnierz błękitnej koszuli. Próbował się bronić. — Jesteś ładna. Nawet bardzo — dodał już pewniej, kiedy kelnerka postawiła przed nami dwie zielone filiżanki.

—Dobra, przestań już.

—OK, więc przejdźmy do konkretów. — Słowa, które do mnie skierował zabrzmiały mało zachęcająco.

—Myślałam, że to mamy uzgodnione. — Upiłam kolejny łyk czekolady i oblizałam usta.

—Nie szukam nikogo do seksu.

—Nie? — zdziwiłam się. Chciałam ukryć powracające zdenerwowanie, więc zaczęłam szperać w torebce w poszukiwaniu papierosów. — Zatem, co twoje ogłoszenie robiło na portalu seksrandek? Szukałeś żony? — ironizowałam, wyciągając papierosa z paczki.

—Nie… To znaczy, tak…, czyli… Nie — jąkał się, gubił i poprawiał okulary. — Nie chcę automatycznego seksu… Chcę się kochać. Chcę znów wiedzieć…

—Co? — Z impetem rzuciłam niedziałającą zapalniczkę na stół i powoli wstałam. — Ja nie szukam męża — dodałam gorzko. Założyłam szal i zaczęłam szukać drobnych w portfelu. — Szkoda, że nie powiedziałeś tego wcześniej, Romeo — powiedziałam w złości. — Zaoszczędzilibyśmy czas!

—Siadaj! — krzyknął, a para siedząca obok, posłała nam pełne dezaprobaty spojrzenia. Próbował oprzeć się na kuli. Ta jednak osunęła się na śliskiej podłodze i Michał upadł.

—Nic ci nie jest?! — Podbiegłam i pomogłam mu z powrotem wygodnie usiąść.

—Zostań… Jeszcze chwilę — poprosił, z rezygnacją w głosie. — To nie tak…

—A jak? — zapytałam wciąż zła. — Napisałam jasno, że nie szukam związku, wspólnych śniadań ani obrączki na palcu. — Usiadłam. — Chciałeś wiedzieć, jak wygląda kobieta, która szuka tylko seksu, czy co? — Bez przerwy zarzucałam go pytaniami, próbując odpalić kolejnego papierosa.

—Nie — odpowiedział spokojnie, przeczesując przydługie włosy. — Widzisz, jak jestem ubrany? — spytał, a ja wodziłam wzrokiem po jego szczupłej sylwetce, widocznej spod jeansowej marynarki.

Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam co. — Ot, zwykła jeansowa marynarka i chyba takie same spodnie — pomyślałam.

Tymczasem on poprawił okulary o ciemnych oprawkach, oparł się wygodniej na krześle i kontynuował niskim, przyjemnym dla ucha głosem:

—Od wypadku… — Michał zamknął oczy i wykrzywił twarz — …nie byłem na randce. Nawet przedtem byłem zbyt zajęty, żeby się z kimś spotykać. Albo była praca, albo studia. A po wszystkim… Znaczy, po wypadku… — Przygryzł dolną wargę i kontynuował. — Ciężko mi o tym mówić … — wyszeptał z jakąś traumatyczną nutą w głosie. — Po prostu od prawie dziesięciu lat… nie byłem z kobietą — dokończył z nieskrywaną ulgą.

—Chcesz mi powiedzieć, że od dekady nie uprawiałeś seksu?! — Niedowierzałam.

—Nie byłem na randce — poprawił, jakby moja bezpośredniość go zawstydziła.

—Czyli nie uprawiałeś też seksu? — powtórzyłam, by mieć pewność, że mówimy o tym samym.

—Tak — przyznał z rezygnacją.

—Wybacz… — zawiesiłam głos — …ale nie będę twoja nauczycielką. — Znów wstałam i odsunęłam filiżanki.

—Nie proszę cię o to — powiedział bardzo cicho. — Ty szukasz seksu, ja kontaktu z kobietą. Możemy sobie pomóc — zaśmiał się serdecznie, a na jego nieogolonych policzkach pojawiły się dołeczki.

—Niby jak? — I znowu usiadłam, zaintrygowana jego pomysłem. — Przecież ty… Nie możesz — powiedziałam, zanim pomyślałam.

—Przekonaj się — zaproponował z uśmiechem, po czym zmienił temat. — A czego ty szukałaś na „Night date”?

Poprawiłam puszące się blond włosy, odłożyłam na bok telefon, którym próbowałam zająć dłonie i gładko skłamałam:

—Zabawy.

Nachyliłam się w jego kierunku tak bardzo, że aż poczułam delikatny zapach perfum, których używał.

—Tylko?

—Tylko. Nie jestem stworzona do związków monogamicznych, rodzenia dzieci i gotowania obiadów. Jestem młoda. Mam niecałe trzydzieści lat, ciekawą pracę i psa. Nie potrzebuję dodatkowych atrakcji.

Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale ja kontynuowałam:

—Seks, to zabawa dla dorosłych. Taka sama potrzeba fizjologiczna jak sen. Nie ma w tym żadnej wyższej filozofii.

—Ale seks z kimś, kogo się lubi, jest fajniejszy — udało mu się wtrącić.

—Zapewne — przytaknęłam.

—Dlaczego więc umawiasz się tylko na seks? — dopytywał, jakby nie wierzył w moje wcześniejsze słowa.

Nie chciałam powiedzieć prawdy. To nie był ani ten moment, ani ten facet. Sama zresztą wypierałam TO ze swojej pamięci. Były takie dni, kiedy nawet mnie tamto zdarzenie, wydawało się jedynie wytworem wyobraźni.

Zamknęłam oczy, sztucznie się uśmiechnęłam, wzięłam głęboki wdech i kolejny raz skłamałam. Zadziwiające z jaką przychodziło mi to lekkością. Kłamałam i sama gubiłam się już w tym, co było prawdą, a co fikcją.

—Facet mnie zdradził. — Znów skłamałam. Mąż mnie zdradził w niecały rok po ślubie z koleżanką z pracy. — Chcę się zemścić — dodałam.

—Nie jestem psychologiem, ale… To chyba nienajlepsze rozwiązanie — wtrącił, patrząc na mnie współczująco.

—Właśnie. Nie jesteś — dodałam stanowczo.

Kolejny dziś raz miał wzrok „zbitego psa”, a mnie zrobiło się go żal. Popatrzyłam na jego nieogoloną twarz, włosy, na których nielicznie pojawiały się już siwe pasma i oczy, wciąż bijące jakimś ciepłym blaskiem.

—Pasuje ci środa? — powiedziałam jednym tchem.

Był lekko zdziwiony. Chwycił stojącą obok kulę ortopedyczną i podszedł do mnie wolnym krokiem, z trudem przeciskając się między stolikiem a balkonem.

—Myślę, że to idealny dzień, Marto. — Pierwszy raz zwrócił się do mnie po imieniu, a ja poczułam jego ciepłe usta i szorstką brodę na policzku.

Rozdział 2

Marta

Stałam na środku parkingu przed budynkiem jednego z liceów na Starym Mieście. Bryły roztopionego śniegu chrzęściły pod stopami, a lodowate powietrze z każdym zaciągnięciem się papierosem, podstępnie wpadało do ust. Z rezygnacją spojrzałam w ciemne niebo, podczas gdy delikatne białe płatki subtelnie upiększały mój czarny płaszcz, tworząc na nim zimowy krajobraz. Rozejrzałam się po parkingu. Mimo późnej pory, wciąż było na nim kilkanaście aut. Większość musiała przyjechać całkiem niedawno, inne zaś — sądząc po ilości śniegu na maskach — stały tutaj już kilka godzin.

—Na psa urok — powiedziałam cicho, wpatrując się w główną bramę, przez którą wjeżdżało auto. — Otrzepałam but ze śniegu i zgasiłam papierosa. — Frajer — dokończyłam złowieszczo, poprawiłam czapkę i ruszyłam w kierunku przystanku autobusowego.

—Co powiedziałaś? — usłyszałam nagle zza pleców. Szybko odwróciłam się i zobaczyłam rozbawionego Michała.

Siedział na wózku inwalidzkim, a dłonie trzymał na pochylonych kołach. Miał na sobie niebieską puchową kurtkę, dodającą mu kilka kilogramów i czapkę, która niesfornie osunęła się na wysokie czoło.

—Frajer — powtórzyłam z uśmiechem, schyliłam się i delikatnie pocałowałam go w poczerwieniały od mrozu policzek.

—Daj frajerowi szansę — poprosił żartem, składając ręce jak do modlitwy.

—Zapomnij.

—Na kalekę się obrazisz? — żartował i wymownie spojrzał na podwiniętą pod kolano nogawkę spodni. — Ej, no weź! — zawołał, kiedy powolnym krokiem zmierzałam ku głównej bramie. — Zrewanżuję się! Kupię ci czekoladę! — dodał z desperacją w głosie.

—Zrobisz mi kolację — oznajmiłam bez ogródek.

Odwrócił się zaskoczony, gdy podeszłam, chwyciłam rączki wózka i pchnęłam do przodu. Chciał coś powiedzieć, jednak nie zdążył nawet otworzyć ust.

—To mój warunek — kontynuowałam, a widząc malujące się na jego twarzy zdumienie, dodałam: — No, co? Jestem głodna. — I znacząco poklepałam się po brzuchu.

Z trudem wjechaliśmy na szkolny podjazd. Był bardzo oblodzony, a moje kozaki, na wysokiej szpilce, ślizgały się razem z cienkimi kołami wózka.

—Nieźle ci poszło — powiedział z uznaniem, kiedy otworzyłam stare frontowe drzwi i przytrzymałam ciałem jedno skrzydło, byśmy mogli dostać się do środka.

— Jasne — odparłam. — Prawie nas zabiłam.

Wioząc Michała przez szeroki korytarz, mogłam podziwiać ściany, na których roiło się od tablic upamiętniających absolwentów tego liceum.

—Dokąd teraz? — zapytałam, zatrzymując się gwałtownie przed szklanym przejściem do innego skrzydła budynku.

—Sala gimnastyczna jest za tymi drzwiami. — Wskazał na wejście. — Po lewej stronie.

Spojrzałam na tabliczkę ewakuacyjną, zdjęłam czarny płaszcz i przewiesiłam przez oparcie wózka. Następnie wąskim, dość ciemnym korytarzem ruszyliśmy na salę gimnastyczną, skąd dochodziły wrzaski i gwizdy.

—Co będziemy tutaj robić?

—Zabrałem cię na mecz — powiedział z satysfakcją, a na jego twarzy znów zauważyłam charakterystyczne dołeczki. — Jesteś dziewczyną zawodnika numer jedenaście, to na wypadek, gdybyś nie znała mojego nazwiska — dodał i lekko pchnął mnie w kierunku sali, a sam odjechał w nieznanym mi kierunku.

Pomieszczenie było pełne ludzi i wrzasków, chociaż mecz jeszcze się nie zaczął. Całe boisko otaczały trybuny, parkiet wyłożony był jasnymi deskami, a całość dopełniały czerwone kosze do gry.

Na bocznej trybunie, pośród tłumu, dostrzegłam kilka wolnych miejsc. Przeciskając się więc między wesołymi i rozgadanymi kibicami, zajęłam jedno z nich. Wyciągnęłam z torebki telefon akurat, kiedy zawodnicy wyjechali na boisko. Dopiero po dłuższej chwili w grupie koszykarzy na wózkach zauważyłam Michała. Ubrany był w szare dresowe spodnie i białą bokserkę, spod której — na klatce piersiowej — delikatnie przebijał ciemny tatuaż. Mężczyźni chwilę rozmawiali o czymś na parkiecie, gestykulując, a jeden z nich wskazywał zawodników, stojących pod przeciwnym koszem.

W końcu sędzia rozpoczął mecz.

Całą uwagę skupiłam na „moim” brunecie. Jego ruchy były płynne i szybkie. Miał kilka dobrych podań, w tym jedną asystę. Byłam zachwycona jego siłą oraz determinacją. Na boisku zupełnie nie przypominał zagubionego chłopaka z restauracji. Był pewny siebie, a w walce o piłkę — bezwzględny.

Uśmiechnęłam się szeroko, kiedy mecz dobiegł końca, bo drużyna Michała odniosła zwycięstwo. Kibice — w większości rodziny — zaczęli się rozchodzić, a ja, czekając, aż tłum przy drzwiach będzie mniejszy, znów spojrzałam w telefon.

Wszystko w porządku — brzmiała wiadomość od Luizy.

—Tutaj się ukrywasz — powiedział Michał, przecierając ręką spocone czoło, a ja prawie podskoczyłam z zaskoczenia.

—Wystraszyłeś mnie — odpowiedziałam, schowałam telefon i spojrzałam na jego koszulkę, chcąc lepiej dostrzec tatuaż.

—Musisz mieć coś na sumieniu — zażartował, zerkając na moją torebkę. — Wciąż głodna?

—Późno już, a jutro mam ciężki dzień. Sam rozumiesz?

—Tak — westchnął zrezygnowany. — Przyjechałaś autobusem? — dodał nagle ożywiony.

—Tak.

—Więc pozwól, że cię odwiozę. — zaproponował z czarującym uśmiechem. — Nie chciałbym, żebyś wracała sama, po nocy.

Nie miałam odwagi, żeby przypomnieć mu, że według naszej umowy ta znajomość nie powinna opierać się na niczym innym niż seks.

—Dobrze — odparłam z ledwie widocznym uśmiechem.

—Poczekaj tutaj. — Wskazał na ławkę tuż przy wejściu do szatni. — Zaraz będę.

Zniknął za drzwiami. Ja natomiast posłusznie usiadłam i z nudów zaczęłam czytać wiszące na ścianie dyplomy.

W pewnym momencie, mimo że nie chciałam podsłuchiwać, usłyszałam urywki rozmowy, której towarzyszył gromki śmiech.

—I tak, Pogodziński, nie zamoczysz! — szydził jeden z zawodników, a zaraz potem coś lekkiego uderzyło o drzwi.

—Racja — dołączył się inny. — Ona…

Niewiele myśląc, weszłam do środka i prawie wpadłam na Michała, który próbował założyć kurtkę. Wszyscy spojrzeli na mnie. W pomieszczeniu zapadła grobowa cisza. Z podłogi podniosłam opakowanie prezerwatyw i śmiało cisnęłam w kierunku osłupiałego, podobnie jak reszta, blondyna.

—Chodź, kochanie. — Chwyciłam wózek i zaczęłam prowadzić w kierunku wyjścia. — Michał lubi kończyć w ustach — rzuciłam na odchodne, zamykając z hukiem drzwi.

Byłam zła! Zdenerwowana! Michał chyba też, bo całą drogę milczał. Odezwał się dopiero na parkingu.

—Dokąd cię zawieźć? — zapytał chłodno.

—Wrzosowa — odpowiedziałam w podobnym tonie, zapinając pasy.

Włączył radio. Droga mijała nam w milczeniu, a ja, zamiast spróbować nawiązać rozmowę, liczyłam lampy uliczne.

—Dziękuję — odezwał się prawie niesłyszalnie, gdy zatrzymaliśmy się przed moim blokiem.

—Przepraszam — powiedziałam równie cicho, odwracając się do Michała.

Dopiero teraz zauważyłam charakterystyczne zmarszczki wokół oczu, które jego delikatny uśmiech tylko uwydatnił.

—Nie powinnam była. — Położyłam dłoń na jego dłoni.

—Daj spokój — przerwał i przysunął się bliżej. — Dziękuję — powtórzył, gładząc moją twarz.

—Masz ładne dłonie.

—A ty usta…

Nim zdążyłam zareagować — Michał mnie pocałował.

—Nie możemy tak — zaprotestowałam, kiedy jego ruchy zaczęły być coraz bardziej śmiałe, a język wędrował po dekolcie, widocznym spod rozpiętej bluzki.

—Nie możemy — odpowiedział przekornie, wciąż całując moją szyję i ssąc delikatnie płatek ucha. — Skończę, zanim zacznę — dodał z filuternym uśmiechem, odsuwając się ode mnie.

—Do zobaczenia.

W pośpiechu wysiadłam z auta. Drżącymi rękami wystukałam kod domofonu i weszłam do budynku. Gdy szukałam kluczy w kieszeni, podświetlił się ekran telefonu. W wiadomości tekstowej od Michała było zdjęcie tatuażu, okraszone komentarzem:

Wiem, że chciałaś zobaczyć.

Uśmiechnęłam się szeroko na widok wytatuowanej klatki piersiowej. Już chciałam schować telefon, lecz na ekranie pojawiła się kolejna wiadomość:

Chcesz zobaczyć na żywo?

Nim w myślach zdążyłam przeanalizować wszystkie za i przeciw — wybiegłam z klatki schodowej…

Rozdział 3

Marta

Mieszkanie Michała znajdowało się w starej kamienicy, zaledwie dwa przystanki tramwajowe od centrum. Okolica jednak była spokojna i cicha. Dom od ulicy oddzielał duży ogród, któremu urody dodawały, przystrojone w kolorowe lampki, świerki i jodły.

—Ładnie tu — odezwałam się, gdy wysiadając z auta, zobaczyłam ciepło migoczące światełka.

—Tak — westchnął cicho, zamknął drzwi samochodu, a kluczyki schował do kieszeni kurtki. — Poza tym, mam wszędzie blisko. Do pracy, chociaż wykonuję ją głównie w domu, na rehabilitację i… — tu zawiesił głos — …do ciebie w sumie też nie jest, aż tak daleko — powiedział jednym tchem. — A przystanek masz po drugiej stronie.

—Będę miała okazję z niego korzystać?

—To zależy. — Uśmiechnął się tajemniczo i wolnym krokiem ruszył w stronę budynku.

Klatka schodowa była przestronna i jasna. Podłogę zdobiły duże, imitujące kamień, płytki, a tuż przy wejściu stały posadzone w donicach sukulenty. Mieszkanie Michała znajdowało się na wprost.

—„Kancelaria Adwokacka. Michał Pogodziński” — przeczytałam szeptem, wiszącą na ścianie tablicę. — Jesteś prawnikiem?

—Tak. — Otworzył drzwi i puścił mnie przodem. — A ty?

—Z wykształcenia jestem kostiumologiem — odpowiedziałam, odwieszając nasze okrycia. — Ale zawodowo pracuję jako plastyk w wydawnictwie.

—Plastyk?

—Tak. Dokładniej mówiąc, ilustruję książki dla dzieci.

—Szkoda, że nie poznałem cię wcześniej. — Zbliżył się i założył mi kosmyk włosów za ucho. — Zrobiłabyś mi tatuaż — dokończył, całując moją szyję.

—Przecież nie wygląda źle.

Włożyłam ręce pod jego wytarty T-shirt i zaczęłam wodzić palcem po starych bliznach, nieudolnie zamaskowanych tatuażem.

Michał nie odpowiedział. Przycisnął mnie do ściany, a rękę — która jeszcze przed chwilą, pieściła moje twarde z podniecenia sutki — włożył mi do spodni i odchylił materiał czarnych majtek.

Jęknęłam i instynktownie szerzej rozłożyłam nogi. Poczułam, jak szczupłe palce Michała, wchodzą w mój wilgotny środek.

—Sypialnia — wyszeptał, patrząc w kierunku ostatnich drzwi po lewej stronie.