W objęciach wroga. Spadkobiercy Spade Hotel #2 - Marni Mann - ebook
NOWOŚĆ

W objęciach wroga. Spadkobiercy Spade Hotel #2 ebook

Marni Mann

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Cooper Spade to drapieżny milioner, ambitny samiec alfa i buntownik dążący do sukcesu za wszelką cenę.

Z powodu silnej śnieżycy wstrzymano loty i Cooper utknął w podrzędnym hotelu . W barze poznał pewną kobietę. Zelektryzowała go od pierwszego spojrzenia. Rowan miała szmaragdowe oczy, włosy w odcieniu głębokiej czekolady, a jej ciało kusiło zabójczymi krągłościami. Była idealna. Musiał ją mieć. I dostał. Spędzili razem niezapomniany, płomienny weekend.

Kiedy burza śnieżna się uspokoiła, Cooper wrócił do Los Angeles. I wtedy się dowiedział, że kobieta, z którą spędził siedemdziesiąt dwie gorące godziny, była jego wrogiem... Mimo to wspominał, jak bardzo cieszył się każdą minutą spędzoną w tamtym hotelu i nie potrafił zapomnieć tych chwil.

Kobieta, której zapragnął, okazała się jego największym wrogiem...

Nie wiem, co się ze mną wtedy stało.

Dlaczego nagle stałam się taka władcza.

Dlaczego zatrzymałam go w korytarzu, zamiast wejść do środka.

Potrzeba, jaka mnie zdjęła, była jednak tak silna i tak przytłaczająca, że nie wytrzymałabym kolejnej sekundy bez jego warg.

Bez chwili zawahania gwałtownie złączył nasze usta i przycisnął mnie do ściany, nasze ciała idealnie dopasowane, twardość za mną i twardość przede mną.

Całował mnie tak, jakbyśmy właśnie skończyli sobie ślubować.

Jakby nie było na tym świecie nic ważniejszego od tego pocałunku.

Jakby mógł tu spędzić całą noc, dając mi wszystko, czego bym zapragnęła.

Nigdy wcześniej nie rozumiałam, co ludzie mieli na myśli, mówiąc, że czas jakby się dla nich zatrzymał. Osobiście dotąd doświadczałam jedynie skrajnie przeciwnego zjawiska; poczucia, że życie zdaje się mknąć zbyt szybko, a ja łapię się każdej sekundy, zdesperowana, by trwała dłużej.

Ale tutaj, w tym korytarzu, wreszcie zrozumiałam.

Bo wszystko inne zwyczajnie przestało istnieć.

Byliśmy tylko my.

Nasze pragnienie.

Pasja.

Żądza.

Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 453

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Marni Mann

W objęciach wroga.

Spadkobiercy Spade Hotel #2

Przekład: Paulina Więcek

Tytuł oryginału: The Rebel (Spade Hotel Series #2)

Tłumaczenie: Paulina Więcek

ISBN: 978-83-289-2092-7

Copyright © 2024 by Marni Mann

All rights reserved.

Polish edition copyright © 2025 by Helion S.A.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lubfragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

https://editio.pl/user/opinie/wobsh2_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Kup w wersji papierowejPoleć książkę na Facebook.comOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » Nasza społeczność

Niektóre kobiety lubią rycerzy na białych rumakach.

Ta książka jest jednak dla tych z nas, które wolą Buntowników, niegrzecznych chłopców, którzy wywiązują się ze złożonych obietnic na rozkosznie nieprzyzwoite sposoby.

Takie, o jakich jedynie śnicie...

Playlista

South Dakota – Chris Stapleton

The Fire – Chris Stapleton

Wildflowers and Wild Horses – Lainey Wilson

Part II – Jay-Z, feat. Beyoncé

What Ifs – Kane Brown, feat. Lauren Alaina

Take Me to the Bottom – The Cadillac Three

Lose Control – Teddy Swims

Like You Mean It – Steven Rodriguez

The One That You Call – Mackenzy Mackay

What You Waiting On – Hueston

Porch Light – Josh Meloy

Angel – Toby Mai

Save Me – Jelly Roll

Prolog

Cooper

Nie spierdol tego – wysyczał ze szczytu stołu konferencyjnego mój wuj, Walter Spade. Przyprószone siwizną włosy pobłyskiwały w świetle jarzeniówek.

Wpatrywał się we mnie przymrużonymi oczami, przez co zmarszczki wokół nich tylko się pogłębiły. Dłońmi ściskał oparcie krzesła, za którym stał i uparcie nie chciał usiąść.

Prywatnie Walter był najsympatyczniejszym facetem tego świata.

Gdy jednak chodziło o sprawy związane ze Spade Hotels – firmą, którą założył wspólnie z moim ojcem i w której pracowaliśmy obecnie z braćmi – przeobrażał się w paskudnego skurwiela.

Ten dzień z pewnością nie będzie wyjątkiem.

– Nie masz się o co martwić – zapewniłem. – Ta ziemia stanie się nasza, gdy tylko ją zobaczę. Oczywiście zakładając, że uznam ją za godną dodania do kolekcji.

– Lepiej nie zwlekaj – poradził Macon, mój najmłodszy brat. Siedział obok, z ciemnobrązową brodą gęstszą i dłuższą niż kiedykolwiek wcześniej. Po miesiącach spędzonych na Hawajach, gdzie nadzorował budowę jednej z najnowszych posiadłości, jego wizerunek nabrał bardziej zrelaksowanego, wręcz surferskiego charakteru. Do tego wrócił z kobietą, czego w życiu bym się nie spodziewał. – Pamiętasz, że nie tylko my się zastanawiamy nad jej zakupem, tak?

Teren, do którego się odnosił, był ponoć kawałkiem raju umieszczonym na linii brzegowej Lake Louise, jeziora leżącego w Górach Skalistych (konkretnie w paśmie Canadian Rockies), w obrębie Parku Narodowego Banff.

Dopóki nie zobaczę tego na własne oczy, nie uwierzę.

– Na bank wszystkie bardziej znane nazwiska ostrzą sobie na ten teren zęby – wtrącił Brady, czyli najstarszy z braci, siedzący po mojej drugiej stronie. Włosy miał świeżo postawione, jakby dopiero co wyszedł spod prysznica. Znając go, pomyślałem, że pewnie przeleciał jakąś laskę na tylnym siedzeniu, kiedy kierowca wiózł go tego ranka do pracy, a potem wziął prysznic w swojej prywatnej łazience, gdy już dotarł do biura. Ten typ nie był zwykłym playboyem. O nie, on był cholernym grzesznikiem. – Skoro pośredniczka odezwała się do nas, to skontaktowała się też z innymi. A to oznacza, że jutro wszyscy nasi rywale będą oglądać tę ziemię.

– Spodziewam się licytacji – powiedziała z uśmiechem Jo, nasza kuzynka. Ustawiła dłonie tak, że ich palce się stykały, po czym kilkukrotnie je złączyła i rozłączyła. Światło z góry odbijało się od pomalowanych białym lakierem paznokci, przez co błyszczały niczym lustro. – Ale będzie zabawa!

Nic tak nie kręciło córki Waltera, jak oczekiwanie przed walką, a potem zwycięstwo.

Co prawda teraz należała już do Daltonów – jej ślub z Jennerem, moim najlepszym przyjacielem, który akurat siedział obok niej, odbył się niecały miesiąc temu – ale płynęła w niej krew Spade’ów.

A my zawsze wygrywaliśmy.

– Nie uprzedzajmy faktów, słońce – zastopował Jo jej ojciec. – Cooper zjawi się na miejscu jako pierwszy, a oferta, którą złoży Jenner, będzie aż nadto sprawiedliwa.

– Oraz uzależniona od natychmiastowej decyzji – dodał Jenner, całkowicie rozluźniony i niewzruszony bojowym nastrojem Waltera. – Nie damy im szans na przedstawienie kontroferty.

Rodzina Jennera była w posiadaniu jednej z największych i cieszących się ogromną renomą kancelarii prawniczych w kraju. Daltonowie – czyli Jenner i jego dwóch braci, Dominick oraz Ford, a także bliźniacze kuzynostwo, Hannah oraz Camden – łącznie byli specjalistami we wszystkich dziedzinach prawa.

Jenner współpracował ze Spade’ami na długo przed staniem się częścią naszej rodziny. Zanim ustatkował się z moją kuzynką, był typowym niepoprawnym kawalerem.

Pewnym siebie. Aroganckim. No i gwarantem cholernie dobrze spędzonego czasu.

Cały Jenner Dalton.

Tak się składało, że należał też do najbogatszych i odnoszących największe sukcesy ludzi, jakich znałem.

– Zatem, ponownie: Cooper, nie spierdol tego. – Walter otarł usta, jakby właśnie splunął. – Jedyną naszą przewagą jest czas.

Pracowałem dla wuja, odkąd ukończyłem Uniwersytet Południowej Kalifornii; postanowiłem pójść w ślady ojca. Przeszedł na emeryturę około dziesięciu lat temu, bo wolał spędzać czas na plaży razem z naszą mamą, zamiast codziennie chodzić do biura. Walter wykupił jego udziały. Jednym z warunków zawartej między nimi umowy było zastrzeżenie, że gdy tylko nasza trójka spędzi wystarczająco dużo czasu w firmie i nabierze odpowiedniej ilości doświadczenia, razem z Jo w równym stopniu staniemy się współwłaścicielami Spade Hotels. Nadal jednak do tego nie doszło. Walter nie był jeszcze gotowy na emeryturę.

W czasie siedmiu lat, jakie tu przepracowałem, udało mi się zrobić dla naszej marki parę naprawdę niezwykłych rzeczy. Ustanowiłem nowe poziomy luksusu, o których wprowadzeniu nasi rywale nawet nie pomyśleli. Zatrudniłem najbardziej kompetentnych i skutecznych dyrektorów generalnych.

Ale to – ta posiadłość, ta transakcja, jeśli tylko wszystko pójdzie po mojej myśli – może stać się moim największym dotychczasowym osiągnięciem.

– Nie martw się, dam radę – zwróciłem się do Waltera. – Wylatuję jutro rano. Następny dzień to Wigilia Bożego Narodzenia, dlatego nie zostanę na noc. Jak już będę na miejscu, zadzwonię do Jennera i dam mu znać, czy może przygotowywać ofertę, tak żeby trafiła do pośredniczki tuż przed świętami. Sprawa będzie domknięta jeszcze w tym roku.

Walterowi pobielały knykcie, zanim wypuścił ściskane oparcie krzesła i założył sobie ręce na piersi.

Dobrze znałem ten gest.

Czekała nas kolejna pogadanka.

– Pewnego dnia przekażę stery waszej czwórce… Jenner, to nie tak, że cię pomijam. Po prostu wiem, że nie uda mi się wciągnąć cię do naszej branży. – W tym miejscu na twarzy Waltera pojawił się rzadki uśmiech. – A gdy to już wy będziecie prowadzić firmę, przekonacie się, z jakiego rodzaju codzienną presją się to wiąże. W międzyczasie nie mówcie mi, że mam się nie martwić. Martwienie się to moja praca, kurwa. – Nozdrza mu zafalowały, gdy zrobił głęboki wydech. – Jeśli chcę, żeby nasza marka pozostała u szczytu, muszę ją nieustannie rozwijać. Ale to musi być odpowiedni rozwój, za odpowiednią sumę, przeprowadzony przez odpowiednich ludzi. – Głową wskazał znajdujący się na tyłach pomieszczenia ekran, na którym wyświetlone zostało ujęcie z lotu ptaka ziemi w Albercie. – Dobrze wiecie, że od dawna mam oko na Kanadę, ale dotąd ani tereny, ani cena nigdy nie były odpowiednie. – Powrócił wzrokiem do mnie. – Dlatego liczę na ciebie, Cooper. Nie zawiedź mnie, kurwa.

Skinąłem.

Walter rozejrzał się wokół.

– Ktoś jeszcze chciałby coś powiedzieć?

Cisza.

Przynajmniej dopóki nie odezwała się Jo:

– Jest coś, co chciałabym omówić. Przejdę się z tobą do twojego biura.

Po tych słowach wstała od stołu, ścisnęła Jennera za bark i pomachała do mnie oraz moich braci, zanim wyszła za ojcem z pokoju konferencyjnego.

– „Nie spierdol tego” – przedrzeźniał Jenner, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi. Jego głos miał imitować Waltera. Splótł sobie dłonie za głową, ze zgiętymi w łokciach rękoma, i rozparł się wygodniej, jakby siedział na cholernym rozkładanym fotelu.

– Stary, weź. Dobrze wiecie, że mam tę sprawę w kieszeni. Jestem w tym dobry. – Zatoczyłem palcem okrąg w powietrzu, wskazując nim braci. – Wszyscy jesteśmy.

Macon dokonał tego samego na Hawajach, a Brady na Florydzie.

Nie stworzono nas do siedzenia za biurkiem i wertowania papierów. Nasza trójka musiała pracować w terenie, nadzorować projekt, budowę oraz przekształcenia kolejnych posiadłości, tak żeby mieć pewność, że sprostają naszym standardom.

Standardom Spade’ów.

Nie zależało nam na wyższych stanowiskach – i tak byliśmy już częścią kadry kierowniczej. Robiliśmy to, bo to kochaliśmy. Bo urodziliśmy się po to, by to robić.

Tego typu sytuacje wiązały się z dreszczykiem emocji.

Przypływem adrenaliny.

Poczuciem kontroli, do którego wszyscy dążyliśmy.

Przypominało to położenie przed sobą kobiety i wbicie się w jej cipkę.

Kurwa, nie było nic lepszego na tym świecie.

– A ty dobrze wiesz, że tylko się przekomarzam – odparł Jenner. – Pozamiatasz. Potem ja zajmę się resztą.

– A potem będziemy razem świętować – dodał Brady.

Jenner krótko się zaśmiał.

– Kolejne święta w stylu Daltonów i Spade’ów. – Opuścił ręce i pokręcił głową. – Szkoda, że nie widzieliście, ile wina i innych trunków Jo zamówiła wczoraj do domu w ramach przygotowań do przyjęcia. Macie pojęcie, do jakiego chaosu to doprowadzi?

Odkąd nasze rodziny się połączyły, spędzaliśmy wszelkie święta wspólnie z Daltonami. Urodziny też obchodziliśmy razem.

W tym roku nowożeńcy zażyczyli sobie, że to oni zorganizują Gwiazdkę. Nikt nie oponował.

– Wiem jedno: nie jako pierwszy stracę przytomność – zadeklarował Macon, na co wszyscy parsknęliśmy śmiechem.

Macon zasnął w trakcie ostatniego rodzinnego spotkania, na którym zdecydowanie za dużo wypił. Córka Forda, Everly, pomazała mu całą twarz markerem.

Oczywiście nie wpadła na ten pomysł sama. Camden i ja odrobinę mieszaliśmy w tym palce.

Nigdy nie damy mu o tym zapomnieć.

– Zamówiłem trzy flaszki tequili specjalnie dla ciebie, bracie – zażartował Jenner.

– Zerwałem z tequilą po tamtej nocy. – Macon przeczesał sobie dłońmi włosy. – Nigdy więcej, zrozumiano?

– Nikt nie kazał ci pić tylu szotów na pusty żołądek, głupku – zauważył Brady.

– Słuchaj, tęskniłem za swoją dziewczyną, okej? – Zamilkł na chwilę, a my wróciliśmy pamięcią do tamtej ciężkiej próby: Brooklyn wróciła na Hawaje, żeby odwiedzić rodzinę, a Macon został w Los Angeles i zachowywał się jak jebany szczeniaczek, którego ktoś przywiązał do słupa. Ciągle chodził nadąsany. – Poza tym mam mocną głowę. Gwarantuję, że wypiję więcej niż wy, skurwiele.

– No nie wiem, nie wiem, ale za to na pewno możesz zagwarantować, że jesteś prawdziwym ekspertem w zmywaniu markera z twarzy – podsumował z uśmiechem Jenner.

Macon pokazał mu środkowy palec.

– Pierdol się.

– I tak muszę wracać do biura – zarechotał Jenner, podnosząc się z krzesła. Potem spojrzał na mnie. – Bezpiecznej podróży do Kanady. Zadzwoń, gdy tylko będziesz gotowy złożyć ofertę.

– Tak zrobię.

Rozdział 1.

Cooper

Mów – rzucił Walter, gdy tylko odebrał.

Właśnie wsiadłem na tylne siedzenia SUV-a i strzepywałem śnieg z włosów.

– Teren jest niesamowity. Właśnie tego szukaliśmy. Musimy od razu złożyć ofertę.

Choć w środku dmuchało gorące powietrze, a moje policzki i dłonie powoli odmarzały, nadal drżałem.

Nie radziłem sobie z zimowymi temperaturami.

– Byłeś tam sam? Czy inni też oglądali teren? – wypytywał.

Nagromadzony śnieg trzeszczał pod kołami samochodu, kiedy kierowca wyjeżdżał ze żwirowego podjazdu. Obejrzałem się za siebie i, tak jak się spodziewałem, auto pośredniczki nadal było jedynym tam stojącym.

– Byłem sam, a teraz pogoda całkiem się zjebała. Ciągle śnieży i ponoć nie ma przestać. Nawet mój lot został opóźniony o trzy godziny. Pilot ma nadzieję, że do tego czasu pas startowy zostanie odśnieżony – wyjaśniłem. Wjechaliśmy już na ulicę, więc wyjrzałem przez przednią szybę. Widoczność z każdą chwilą się pogarszała, a my nie minęliśmy nawet jednego samochodu. – Nikt inny nie przyjedzie na oglądanie, dopóki nie przestanie padać śnieg. A nie wiadomo, czy to się stanie dzisiaj, czy dopiero jutro.

– Skontaktuj się z Jennerem. Idziemy w to. Teraz.

– Jasna sprawa.

Walter się rozłączył, a ja kliknąłem rozmowę z najlepszym przyjacielem. Ostatnią wiadomością, jaką przesłałem mu tego ranka jeszcze przed wylotem, był tiktok, który przypomniał mi o Maconie i dziele sztuki, jakie Everly stworzyła na jego twarzy.

Ja: Złóż ofertę. Ta ziemia musi być nasza.

Jenner: I będzie. Już się za to biorę.

Nadrobiłem zaległe maile, podczas gdy kierowca ostrożnie pokonywał zlodowaciałe drogi, powoli zbliżając się do najwyżej ocenianego hotelu w Lake Louise. Planowałem zabić tam trochę czasu przed odlotem. Czekanie na prywatnym lotnisku byłoby bez sensu. Wolałem wykorzystać tę okazję, aby przyjrzeć się konkurencji i napić czegoś w barze.

Okazało się, że wspomniana konkurencja znajdowała się jakiś kilometr dalej, wejście do niej w ogóle nie zachęcało, drzewa prosiły się o przycięcie, podjazd już dawno powinien być odśnieżony, a do tego boye hotelowi mieli niepasujące do siebie stroje. Ocena hotelu, zależnie od odwiedzonej strony internetowej, wahała się między czteroma a pięcioma gwiazdkami.

Już po samym wyglądzie zewnętrznym mogłem jednak stwierdzić, że zdecydowanie nie był to pięciogwiazdkowy resort.

Kiedy budowa naszego hotelu dobiegnie końca, pokażemy odwiedzającym to miasto gościom, co tak naprawdę znaczą luksus, atmosfera i klasa.

SUV zatrzymał się przed drzwiami frontowymi, pod zadaszeniem na tyle długim, by pokryć całą długość samochodu (ale dla Spade’ów zdecydowanie zbyt krótkim), a ja odezwałem się do kierowcy:

– Wchodzi pan ze mną?

– Nie, proszę pana. – Spojrzał na mnie w lusterku wstecznym. – Poczekam w samochodzie.

– Na pewno? – Zgodnie z planem powinniśmy teraz być w drodze na lotnisko, gdzie miał mnie odstawić i najpewniej zająć się kolejnym zleceniem. Nie spodziewał się tych trzech nadprogramowych godzin, więc chciałem mu to jakoś wynagrodzić. – Stawiam lancz.

– To bardzo uprzejmie z pana strony, ale zabrałem ze sobą lodówkę turystyczną pełną jedzenia, poza tym wnuczka spędza właśnie u nas przerwę świąteczną. Chcę odbyć z nią rozmowę wideo – wyjaśnił.

– Jakby zmienił pan zdanie, to będę w barze.

Boy hotelowy otworzył tylne drzwi SUV-a, toteż wysiadłem i wszedłem do lobby.

Każdy hotel – zwłaszcza jeśli był częścią większej sieci – posiadał charakterystyczny zapach, a że ja miałem bardzo wyczulony nos, to właśnie na ten aspekt zwracałem uwagę w pierwszej kolejności.

Witające mnie tuż po przekroczeniu progu nuty były dla mnie równie istotne, co samo wnętrze. Jeśli okazywały się pozbawione wyrazu i niezachęcające, natychmiastowo odechciewało mi się pobytu w takim miejscu.

Tutejszy zapach mnie zawiódł. Składał się na niego aromat kawy oraz skóry, jakby z nagromadzenia skórzanych aktówek. Nie był rozprowadzany rurami i wypuszczany przez przewody wentylacyjne, co stanowiło standardową praktykę we wszystkich naszych hotelach. Przypominał raczej swąd mężczyzny, który wrócił do domu po długim dniu w pracy, której nienawidził.

W drodze do baru rozejrzałem się pobieżnie po wystroju, znudzony brązowo-złotymi akcentami oraz zupełnie nie pod wrażeniem faktu, że postanowiono ukryć widok na jezioro za małymi oknami oraz ciężkimi zasłonami. Usiadłem na jednym z barowych stołków. Mój tyłek nie zdążył nawet porządnie wejść w kontakt z twardą powierzchnią, a owionął mnie pewien zapach.

I nie był to zapach hotelu.

Nie, to były kobiece perfumy.

Przywodziły na myśl późne letnie zachody słońca i oczekiwanie na chłodne jesienne noce. Stanowiły perfekcyjne połączenie bardzo konkretnej odmiany jabłek oraz drewna cedrowego z pokaźną domieszką czystej żądzy.

Spojrzałem w prawo, lustrując twarze siedzących nieopodal osób. Żadna nie pasowała mi do tego zapachu. Następnie przeniosłem wzrok w lewo i w tym samym momencie miejsce obok mnie zajęła nieznajoma. Towarzyszył temu podmuch tej samej woni.

Jak się okazało, nadzwyczaj dobrze do niej pasowała.

Długie włosy w kolorze głębokiej czekolady spływały falami po jej ramionach. Profil – składający się z miękkich linii, zadartego noska i pełnych, stworzonych do całowania warg – wyglądał zachwycająco. Zjechałem wzrokiem niżej i zauważyłem, że jej sweter zakrywał całe uda; między jego końcem a początkiem sięgających kolan kozaków dostrzegłem jedynie odrobinę kremowej skóry.

Co nie usatysfakcjonowało moich oczu.

Chciałem więcej.

Nie.

Potrzebowałem więcej, kurwa.

Powoli uniosłem wzrok i wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Tęczówki miała w odcieniu jasnego, pięknego szmaragdu.

Szlag by to.

Już widok z boku na tę kobietę zaparł mi dech w piersiach.

Ale gdy patrzyła wprost na mnie… praktycznie oniemiałem.

Zwłaszcza gdy się uśmiechnęła. Proste, białe zęby przygryzły na chwilę dolną wargę, zanim wyrwał się spomiędzy nich cichy, łagodny śmiech.

– Cześć.

Od razu zawładnęła mną jedna myśl. Domagała się pełni mojej uwagi.

Kłębiła się w ciele, kumulując między nogami.

Potrzebuję jej, kurwa.

– Cześć – odpowiedziałem.

– Co dla pana? – usłyszałem obok.

Niechętnie odwróciłem głowę do barmana.

– Burbon. Najstarszy, jaki macie.

– Z lodem?

– W życiu.

– A dla pani? – spytał nieznajomą.

– Hmm… – mruknęła. Czułem na sobie jej spojrzenie. – Brzmi dobrze. Poproszę to samo.

Nawet jej głos był ponętny. Ani piskliwy, ani zbyt szorstki. Aksamitny i urzekający.

– Chcecie państwo otworzyć nowy rachunek czy dopisać do tego za pokój?

– Nowy.

– Pokój.

Odpowiedzieliśmy mu jednocześnie.

Barman musiał uznać, że byliśmy tu razem.

Zaśmiałem się na tę myśl, sięgnąłem po portfel i podałem mu kartę.

– Rachunek – powtórzyłem, po czym wskazałem głową siedzącą obok przepiękną kobietę. – Pierwsza kolejka na mój koszt.

Barman zbliżył kartę do terminala i mi ją oddał.

– Dziękuję – powiedziała, gdy zostaliśmy sami. – Nie musiałeś tego robić. – Założyła włosy za ucho, tym samym odsłaniając całkiem pokaźny diamentowy kolczyk. – Ale w takiej sytuacji chyba wypada mi się przedstawić. – Wyciągnęła przed siebie tę samą rękę. – Rowan.

Rowan, powtórzyłem w myślach.

Imię równie wyjątkowe co ona sama.

– Cooper Spade – zrewanżowałem się, złączając nasze dłonie. Jej skóra miała przyjemnie ciepłą temperaturę. – Miło mi cię poznać.

– A mi ciebie.

Nie przywykłem do prędkości, z jaką pytania przelatywały mi teraz przez głowę.

Zazwyczaj gdy krzyżowałem drogi z kobietą, której nie potrafiłem się oprzeć, pytałem o niewiele i równie niewiele przyswajałem z jej odpowiedzi. Nie obchodziły mnie. Chciałem tylko już jej dotknąć. Mieć nozdrza pełne zapachu lateksu i potu. Słyszeć jej jęki.

Nie rozumiałem, dlaczego odpowiedzi Rowan wydawały mi się ważne.

Może po prostu chciałem posłuchać jeszcze jej głosu.

Tak. To o to musiało chodzić.

– Co cię sprowadza do Lake Louise? – zapytała, nim zdołałem cokolwiek powiedzieć.

– Dlaczego myślisz, że nie jestem stąd?

Zwilżyłem wargi, a jej oczy pomknęły za ruchem mojego języka. Usiadła prościej, po czym ponownie założyła nogę na nogę, zmieniając tę, która znalazła się u góry.

Była czujna.

Jej myśli wędrowały dokładnie tam, gdzie chciałem.

Moje już tam były. Śniłem na jawie o smaku jej cipki. Kurwa mać. Żałowałem, że do odlotu zostało mi tak niewiele czasu.

– Cóż, tak założyłam, że gdybyś tu mieszkał, byłbyś teraz w domu lub w pracy. Z pewnością nie w drodze, podczas gdy na zewnątrz z każdą godziną dochodzi dodatkowe 30 centymetrów śniegu – zaobserwowała, na co się roześmiałem.

– Słuszne założenie – przyznałem i rozpostarłem rękę wzdłuż lady, uważając na to, żeby nie zahaczyć o miejsce, w którym opierała się o bar. – Jestem tu w interesach. Lecę z powrotem za parę godzin.

Uniosła brwi.

– Jesteś tego pewien?

Podobało mi się to, jak kwestionowała moje słowa. Nie była przy tym zarozumiała. Zwyczajnie lubiła się droczyć.

– Właściwie to już powinienem ruszać na lotnisko. Mój lot został opóźniony tylko o trzy godziny – odpowiedziałem.

– Wydaje mi się, że twoja linia lotnicza podchodzi do sprawy odrobinę zbyt optymistycznie – skomentowała, wyciągając telefon i pokazując mi aplikację z pogodą. – Przewidują, że spadnie ponad metr śniegu. Zostaniemy tu zasypani. – Uśmiechnęła się niepewnie. – I to na parę dni.

– Odśnieżą pas startowy.

– Może i tak, ale wyłącznie ze względu na protokół. Odwołali już wszystkie dzisiejsze loty.

Podejrzewałem, że mówiła o tych pasażerskich; prywatne rządziły się własnymi prawami. Nie musiała jednak wiedzieć, w jaki sposób podróżowałem.

– Same złe wieści przynosisz, co? – zagadnąłem żartobliwie. Mimo to uznałem, że rozsądnie byłoby skontrolować sytuację z pilotem, dlatego wyciągnąłem komórkę. Czekała już w niej na mnie wiadomość od niego. – Kurwa.

– Zgaduję, że twoja linia lotnicza się skontaktowała. I teraz wreszcie mi wierzysz. – Najpierw obdarowała mnie uśmiechem, a potem chichotem.

I obie te rzeczy mi się podobały.

W równym stopniu.

I zdecydowanie za bardzo.

A to samo w sobie było dla mnie źródłem srogiego szoku.

– Tak. – Włożyłem telefon z powrotem do kieszeni. – Miałaś rację.

– No wiem, ale spójrz na to z innej strony – zaczęła. Przerwała, żeby odebrać burbon, który właśnie wręczał jej barman. – Może potrzebowałeś takiego niespodziewanego urlopu. Dlaczego by go nie odbyć w miejscu równie pięknym jak Lake Louise?

Chwyciłem za szkło, które postawiono przede mną na ladzie.

– Pomijając fakt, że jutro są święta i chciałem spędzić je gdzie indziej… to chyba masz rację. – Stuknąłem się z nią szklanką. – Zdrowie.

– Za nowe świąteczne tradycje! – wzniosła z uśmiechem toast. – Zdrowie.

Patrzyłem, jak bierze łyk, jak jej grdyka podskakuje, i wyobrażałem sobie, jak by się poruszała, gdybym karmił ją teraz swoim kutasem. Już po pierwszym kontakcie z alkoholem policzki Rowan nabiegły gorącem. Było jej w tym kolorze nadspodziewanie do twarzy.

I to aż tak, że musiałem się zmusić do odwrócenia wzroku.

Zaczekałem, aż barman podejdzie bliżej, po czym zwróciłem się do niego:

– Mógłby pan tu podesłać kogoś z recepcji?

Bez szans, żebym podniósł się z tego stołka i zaryzykował tym, że Rowan sobie pójdzie albo ktoś inny zajmie moje miejsce.

– Żaden problem – odparł.

Trzymała szklankę przy ustach. Burbon kołysał się na boki, kiedy obracała ją w dłoni.

– Czyli miałeś coś ciekawego zaplanowanego na święta? – wróciła do naszej rozmowy i od razu się skrzywiła. – Proszę, tylko mi nie mów, że przegapisz wycieczkę na Curacao albo Tahiti, albo w jakieś inne egzotyczne miejsce. Myśl o tropikalnych wyspach brzmi w tym momencie jak magia. – Zerknęła w stronę okien. Niewielkich rozmiarów szyby już teraz całkowicie zakrywał śnieg. Następnie wróciła wzrokiem do mnie. – Nie przepadam za zimą, ani ona za mną.

– Mógłbym powiedzieć to samo. No chyba że jestem akurat na snowboardzie na szczycie jakiejś góry.

– Pełna zgoda. – Uśmiechnęła się.

– Nie, nie zaplanowałem wypadu w żadne tropiki – odpowiedziałem na zadane pierwotnie pytanie. – Mieliśmy spędzić święta w dużym rodzinnym gronie. Bardzo na to czekałem.

Wodziłem palcami wokół krawędzi szklanki, co natychmiast przykuło uwagę Rowan.

Najpierw zrobiły to moje usta.

Teraz dłoń.

I wyglądało na to, że obie te rzeczy bardzo się jej spodobały.

– A co z tobą? – zapytałem.

– To samo – westchnęła. – Rodzeństwo. Dalsza rodzina. No i te ich wszyyystkie dzieci.

Spojrzałem na jej lewą dłoń.

– Zakładam, że nie masz męża… ani chłopaka?

Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.

– A skąd takie założenie?

Może stąd, że odkąd pierwszy raz na siebie spojrzeliśmy, czułem jej zainteresowanie. Wiedziałem, że mój wygląd ją kręci. Byłem pewien, że fantazjowała o tym, do czego były zdolne moje usta, język i dłonie. Co mogłyby zrobić z jej ciałem.

A gdy się to połączy z wyrazem jej twarzy… Wniosek był prosty: singielka.

Ale nie mogłem jej tego jeszcze powiedzieć. To byłoby zbyt śmiałe.

Przejechałem kciukiem po jednodniowym zaroście, zatrzymując się przy kąciku ust.

– Powiedzmy, że to takie przeczucie.

– Słuszne przeczucie.

Zanim mógłbym odpowiedzieć, obok pojawił się pracownik hotelu.

– W czym mogę pomóc?

Ach, z recepcji. Tak mnie pochłonęła ta rozmowa, że prawie zapomniałem, że w ogóle poprosiłem kogoś z obsługi o przyjście. Teraz cały się do niego odwróciłem.

– Poproszę jakiś apartament na jedną noc – poleciłem, ponownie sięgając po portfel. Próbowałem wręczyć mężczyźnie kartę, ale nie chciał jej przyjąć.

– Bardzo mi przykro, proszę pana, ale nie mamy wolnych apartamentów.

Czułem, jak przyspiesza mi serce.

– Żadnych?

– Niestety – potwierdził, skinąwszy. – Nawet jednego zwykłego pokoju aż do nowego roku.

– Na zewnątrz trwa śnieżyca – przypomniałem, dodatkowo wskazując brodą okno. – Utknąłem tu przynajmniej do jutra. A pan mówi mi, że w całym tym hotelu nie ma choć jednego cholernego pokoju, w którym mógłbym się zatrzymać?

Znowu skinął.

– Naprawdę mi przykro, proszę pana. Ale trochę ponad trzy kilometry stąd jest inny hotel. Może będą mieć coś wolnego. Chociaż, szczerze mówiąc, wątpię. Lake Louise cieszy się sporą popularnością w okresie świątecznym. – Zawahał się. – Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?

Standardowe pytanie. Personel był szkolony, aby je zadawać, nawet jeśli nie zdołali spełnić wcześniejszej prośby.

Mimo to miałem ochotę mu odpowiedzieć, żeby spierdalał. Dobrze wiedziałem, że znajdowały się tu zapasowe pokoje przeznaczone na nagłe wypadki, typu pracownicy, którzy nie mogą wrócić na noc do domu i potrzebują się gdzieś zatrzymać, albo kierownicy przyjeżdżający na ostatnią chwilę. Praktycznie rzecz biorąc, nigdy nie mogło dojść do takiej sytuacji, żeby hotel rzeczywiście nie miał absolutnie żadnych wolnych pokoi. Po prostu nie chcieli mi żadnego przydzielić.

Gdybym powiedział mu, kim jestem, nic by to nie zmieniło. Właściwie to jedynie pogorszyłoby sytuację.

Odpłacę im się w inny sposób.

Zbuduję hotel trochę ponad kilometr stąd, który stanie się ich końcem, kurwa.

– Nie, dzięki – mruknąłem pod nosem. Następnie odwróciłem się przodem do baru, opróżniłem resztę zawartości swojej szklanki i kiwnąłem na barmana, odstawiając ją na blat. – Proszę o więcej. – Zaśmiałem się, mimo że nie było nic zabawnego w tym, co powiedziałem. – Muszę upić się na tyle, żeby mnie odcięło na kanapie w lobby.

Rowan również poprosiła o drugą kolejkę.

– Na pewno masz asystentkę, której się oberwie za niezarezerwowanie ci pokoju hotelowego. – Skrzywiła się jakby we współczuciu.

– Kolejne założenie. – Zmrużyłem oczy.

– Cóż, teraz moja kolej. Ty to zrobiłeś jako ostatni… czyż nie?

Ach, tamten komentarz o mężu. Miała rację.

– Tak – przyznałem. – Ale to nie wina mojej asystentki. Wiedziałem, jakie są prognozy, gdy planowałem tę podróż, a mimo to uparłem się, że wrócę dzisiaj do domu. Jakoś nawet nie pomyślałem o planie zapasowym. W mojej głowie wracałem dzisiaj do LA i koniec, kropka. Bez względu na wszystko.

Wypuściłem ze świstem powietrze. Żałowałem, że nie rozegrałem tego inaczej. Ponownie wyciągnąłem komórkę i napisałem do asystentki, żeby spróbowała mi znaleźć jakiś pokój w okolicy. Po tym, jak wiadomość została wysłana, napisałem też do kierowcy, żeby wracał do domu. Nie mogłem go zmuszać do czekania, aż Kathleen znajdzie mi miejsce do zatrzymania się. Wolałem, żeby był już w domu, z daleka od niebezpiecznych dróg. Warunki pogodowe z minuty na minutę stawały się coraz gorsze. Jeśli jakimś cudem uda jej się zarezerwować mi pokój, jakoś tam dojadę.

– Zobaczymy, czy uda jej się znaleźć coś wolnego w okolicy – powiedziałem na głos i położyłem urządzenie na blacie ekranem do góry, tak żeby widzieć, gdy tylko przyjdzie nowa wiadomość.

– To może wymagać cudu.

– Jeśli komuś może się to udać, to właśnie jej. Jest dobra.

Barman postawił przed nami kolejne szklanki. Rowan podała mi moją.

– Istnieje jeden plus całej tej sytuacji – stwierdziła, stukając się ze mną szkłem.

– A to jaki?

– Ja.

Śledziłem ruchy jej warg, gdy wypowiedziała to jedno słowo. Nie potrzebowałem więcej, żeby wylądować z najtwardszą erekcją świata. Tak mocno ścisnąłem trzymaną szklankę, że byłem pewien, że zaraz pęknie.

– Ty… hm?

– No wiesz, nie poznalibyśmy się, gdyby nie opóźniono ci lotu – zaobserwowała i pociągnęła łyk alkoholu. – Jak to mówią: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Zacisnąłem usta i niespiesznie otaksowałem jej ciało.

– Powiedz mi więc, do czego dobrego dla mnie to doprowadzi? Albo jeszcze lepiej… do czego dobrego dla nas to doprowadzi? – podjąłem.

Nie mogłem nasycić się widokiem przepływu krwi pod jej skórą. Nabrała ciemnoczerwonej barwy, która pasowała do koloru szminki.

– „Dla nas”? – powtórzyła. Lubiłem dźwięk jej śmiechu. – Nie o to mi chodziło.

– To o co?

Coś w jej spojrzeniu się zmieniło. Prawie jakby zrobiła krok do tyłu, żeby móc obiektywniej przyjrzeć się sytuacji.

– Jesteś dość bezpośredni, Cooperze Spade.

– Kiedy czegoś chcę, idę po to. Nie jestem zwolennikiem czekania. Czas tworzy tylko niepotrzebną przestrzeń na zakłócenia.

– Typu…?

– Inny mężczyzna zajmujący moje miejsce. Spotkanie, na które musisz nagle wyjść. Telefon, przez który odejdziesz i już nie wrócisz – wymieniałem.

– Wszystko jest możliwe. – Odwróciła się ciałem trochę bardziej do mnie. – Czego konkretnie chcesz? Co jest twoim celem?

– Nie „co”, tylko „kto”.

Nachyliłem się do niej, pokonując dzielącą nas niewielką odległość, a następnie zacząłem się zaciągać zapachem jej perfum, który unosił się przy jej szyi. To z kolei napełniło moją głowę nowymi pytaniami. Jak pachniała skóra wokół jej pępka? Czy aromat jej cipki okaże się równie słodki, jak sobie wyobrażam?

– A tym kimś jesteś ty – wyszeptałem tuż nad jej uchem.

Rozdział 2.

Rowan

Nie »co«, tylko »kto«… A tym kimś jesteś ty”.

Choć Cooper dopiero co wypowiedział te słowa, nadal odbijały się echem w moich uszach, wibrowały w klatce piersiowej, rozchodziły się po całym ciele.

Pragnął mnie.

Że tak to ujmę… interesujące wyznanie.

Tyle że znałam ten typ facetów, bo moi starsi bracia, Ridge i Rhett, byli tacy sami. Wystarczyło, żeby weszli do danego pomieszczenia – bez względu na to, czy chodziło o spotkanie biznesowe, bar, czy może nawet gabinet dentysty – a kobiety jakby od razu ich wyczuwały. Co prawda te natychmiastowe połączenia dusz opierały się wyłącznie na tym, jak przystojni byli, ale gdy zaczynali mówić, tym samym obnażając się ze swoim urokiem osobistym, panie stawały się jeszcze bardziej urzeczone. Wprost rywalizowały ze sobą o uwagę moich braci. Były gotowe na wszystko, byle tylko ją zdobyć.

Potem Ridge i Rhett mogli sobie w nich przebierać, decydując, którą tym razem chcieli zabrać na noc do domu.

Albo które z nich.

Zależnie od tego, co akurat sobie zaplanowali.

Oczywiście wolałabym nie wiedzieć aż tyle o życiu seksualnym własnych braci, ale niestety byłam świadkiem takich sytuacji i to o wiele częściej, niżbym chciała.

Wiedziałam więc, na jakiej zasadzie to działało. Nie byłam naiwna.

Wystarczyło mi jedno spojrzenie na Coopera Spade’a – na to, jak pożerał mnie wzrokiem, jak charyzmatycznie się uśmiechał, jak posługiwał się ruchami dłoni i ust, żeby upewnić się, że zwracam na nie uwagę – i już wiedziałam, że niczym się nie różnił od mojego rodzeństwa.

Zdecydowanie był też przystojny.

Miał ciemnoniebieskie oczy, którymi nie tylko patrzył, ale i przeszywał na wylot. Jego policzki pokrywał kilkudniowy zarost. Złocistobrązowe włosy wyglądały na artystyczny nieład, a nie niedbalstwo. Pełne wargi, prostokątna szczęka i szyja, do której objęcia potrzebowałabym obu dłoni. Szerokie barki będące zaczątkiem wyrzeźbionej sylwetki. Mogłam sobie tylko wyobrażać, jakie mięśnie skrywał pod ubraniami. No i ten jego zapach, woda kolońska łącząca w sobie ziemistość, szałwię i przypalaną pomarańczę. Niesamowicie zmysłowa kombinacja.

Do tego był posiadaczem najseksowniejszych dłoni, jakie w życiu widziałam, o długich, smukłych palcach i krótkich, zadbanych paznokciach. Ich widok poruszał we mnie wszystko. Sposób, w jaki wysuwał język, aby zwilżyć wargi, został stworzony specjalnie po to, by prowokować nieprzyzwoite myśli.

Każda kobieta na moim miejscu czułaby się zaintrygowana.

Nie byłam wyjątkiem.

Zwyczajnie nie potrafiłam się powstrzymać, zwłaszcza że okoliczności były tak nietypowe. Trwała zamieć śnieżna, a my utknęliśmy wspólnie w hotelu. Coś mi mówiło, że jeśli opady będą się zwiększać – a tak twierdziły wszelkie prognozy – to jutrzejszy lot również zostanie odwołany.

Może więc nadszedł czas na to, żebym odkryła tę część siebie, jakiej jeszcze nigdy nie wypuściłam na zewnątrz: sypiającą z nowo poznanymi mężczyznami, zamiast odczekiwać stosowną ilość randek, dopóki nie będę miała pewności, że relacja do czegoś zmierza.

Intuicja podpowiadała mi, że jeszcze nigdy nie doświadczyłam rzeczy, jakie ten konkretny mężczyzna mógł zrobić z moim ciałem.

Czy to głupota z mojej strony, że to w ogóle rozważałam?

Czyżbym igrała z ogniem?

Będę tego żałowała?

Ma to teraz w ogóle znaczenie?

Nie mogłam jednak pozwolić sobie na dłuższe fantazjowanie. Najpierw chciałam uzyskać odpowiedzi na parę pytań. Na przykład:

– Cooper, nasza rozmowa nie trwa nawet dziesięciu minut. Skąd pewność, że jestem tym, czego chcesz?

– Podoba mi się to pytanie.

Uniosłam brwi i usilnie próbowałam ignorować zapach, który go otaczał.

– Dlaczego?

– Bo teraz mogę być bezpośredni i odpowiedzieć wprost.

Roześmiałam się.

– Że niby od początku taki nie jesteś?

– Nie.

Informacja, że potrafił być jeszcze bardziej szczery i bezceremonialny, sprawiła, że pociągnęłam długi łyk burbona.

– W porządku, jestem gotowa. Dajesz.

– Prawda jest taka, Rowan, że jeszcze zanim usiadłaś obok, poczułem twój zapach. Wiesz, jak na mnie podziałał?

Pokręciłam głową, starając się sobie przypomnieć, które perfumy spakowałam do walizki.

– Cholernie mnie podniecił – wyznał, pocierając kciukiem swoje wargi. – Ale to nic w porównaniu z tym, co się we mnie wydarzyło, gdy cię zobaczyłem.

Ścisnęłam uda w próbie ukojenia zbudzonej do życia łechtaczki.

– Tak? – zachęciłam i wzięłam głęboki oddech. – Co wtedy poczułeś?

– Co wtedy poczułem? – powtórzył ze śmiechem. – Nie wiem, czy jesteś gotowa na tego typu opisy. Powiedzmy, że twoje piękno zrobiło na mnie ogromne wrażenie.

To nie tak, że mu nie wierzyłam.

Po prostu potrafiłam go przejrzeć.

Cała ta gadka, komplementy… Faceci tacy jak Cooper atakowali z każdej możliwej strony.

Usta wygięły mi się w przebiegłym uśmieszku.

– Opowiedz mi więcej.

– Musiałem się fizycznie powstrzymywać przed dotykaniem cię. Wiesz, żeby przypadkiem nie musnąć twojego ramienia… – jego palce zetknęły się z moim bicepsem i delikatnie potarły gruby materiał swetrowej sukienki – …ani nie przejeżdżać kolanem po boku twojego uda za każdym razem, gdy zakładałaś nogę na nogę. – Zmniejszył dystans między naszymi kolanami. Miękkość spodni w dotyku z moją nagą skórą przypominała drobne prądy elektryczne. – Cały czas myślałem tylko o tym, żeby cię dotknąć, żeby doprowadzić cię palcami do krzyku. – Odsunął i nogę, i dłoń, po czym napił się ze swojej szklanki. – Ale nie chodzi tylko o to, jaka jesteś piękna, Rowan. Chodzi o coś więcej.

– O coś więcej niż zdjęcie ze mnie ubrań?

Skubał wargę; dolną, tę pełniejszą. Tę, której rozmiar był wprost idealny do tego, aby ją ssać.

– Tak, zdecydowanie chcę zdjąć z ciebie ubrania, ale to coś głębszego.

Bardzo chciałam usłyszeć ciąg dalszy, dlatego milczałam.

Czekałam.

Niecierpliwiłam się.

Odłożył szklankę na ladę.

– Coś w twojej osobowości mnie przyciąga.

– W sensie… rozmowa ze mną?

– Twoje odpowiedzi. Wiedza. Small talk. Kurwa, mogłabyś rozejrzeć się teraz po tym pomieszczeniu i zacząć mi opisywać każdy widziany szczegół, a ja słuchałbym z zainteresowaniem. Bo po prostu chcę więcej twojego głosu.

Tego się nie spodziewałam.

Bracia zawsze twierdzili, że nie zaprzątają sobie głów próbami poznania kobiet, z którymi sypiają. Jedyne, na czym im zależało, to szybkość, z jaką mogli się rozebrać.

Czyżby Cooper jednak był inny?

– Powiedz mi, co chciałbyś wiedzieć – wyszeptałam.

– Wszystko.

Wymknął mi się cichy śmiech. Poruszyłam się na wąskim siedzeniu.

– A konkretnie?

Musiałam uważać na swoje odpowiedzi. Niektórych rzeczy nie mogłam mu zdradzić.

Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Siedzieliśmy zwróceni twarzami do siebie, opierając się bokami o blat baru. Teraz rozciągnął na nim rękę, tak że jego dłoń delikatnie muskała mi plecy.

– Może zacznij od tego, gdzie mieszkasz?

– W LA, tak jak ty.

Przekrzywił głowę, a jego spojrzenie się pogłębiło.

– To co robisz w Albercie? Z pewnością nie sprowadziła cię tu pogoda, skoro nie przepadasz za zimą. Chyba że planowałaś jeździć na nartach?

– Tak, taki miałam plan na dzisiaj. Ale został odwołany.

– Czyli jesteś tu ze względu na przyjemność?

Roześmiałam się, tym razem o wiele głośniej.

– W kółko tylko mówisz o przyjemności. Jeśli do tego się odnosisz, to nie, nie jestem tu ze względu na tego typu przyjemność. Okazałeś się… miłą niespodzianką. – Uśmiechnęłam się. – A ciebie co tu sprowadza?

– Interesy.

Tyle to się sama domyśliłam.

– To wszystko, co mi powiesz? „Interesy”?

Rozejrzał się szybko po barze, zanim powrócił do mnie wzrokiem.

– Nie chciałbym cię zanudzać szczegółami mojej wizyty. Przyleciałem dzisiaj rano, przekonany, że wrócę parę godzin później. Jak widać, nie wyszło. – Jego język zwilżył kącik ust. – Na ten moment całkiem jednak się cieszę z tej zmiany planów.

– Następne pytanie – powiedziałam, uśmiechnięta.

– Czym się zajmujesz?

– Nie chciałabym cię zanudzać szczegółami – sarknęłam, posyłając mu oczko. – Powiedzmy więc, że pracuję w rodzinnej firmie. W nowej roli. Dołączyłam dopiero parę miesięcy temu. Co jest zabawne, bo od zawsze zarzekałam się, że nie dam się w to wciągnąć, a tu, proszę, właśnie to się stało.

Linie przecinające czoło Coopera pogłębiły się.

– Co wcześniej robiłaś?

– Miałam parę butików w LA – wyjaśniłam, ciągnąc za sukienkę, żeby zakryła trochę więcej z moich kolan. – Studiowałam projektowanie mody, ale niedługo po uzyskaniu dyplomu zdałam sobie sprawę, że o wiele łatwiej jest sprzedawać ubrania, niż samej je tworzyć. Zaczęłam od jednego sklepu w West Hollywood, a gdy sprzedawałam swoją firmę, miałam już cztery lokalizacje.

– Niesamowite.

– Niesamowite byłoby, gdyby udało mi się rozwinąć markę na rynek międzynarodowy, co też planowałam. Ale nie, zamiast tego dałam się namówić na dołączenie do rodzinnej firmy, a wiem, że teraz mnie już z niej nie wypuszczą.

– Nic dziwnego.

Skupiłam się na jego oczach, próbując rozszyfrować ich wyraz.

– Dlaczego tak twierdzisz?

– Bo gdybyś pracowała dla mnie, też bym cię nie wypuścił.

– Cooper, czy ty mi właśnie proponujesz pracę? – zażartowałam.

Miał tak nęcący uśmiech, że nie potrafiłam na niego nie odpowiedzieć.

– Proponuję ci coś innego.

– Czyli co takiego? Obietnicę niesamowitych orgazmów? Przygodę w Kanadzie, której nigdy nie zapomnę?

– Tak i tak, kurwa. – Zlustrował mnie spojrzeniem z góry na dół, bardzo powoli, niespiesznie. – Zedrę z ciebie tę sukienkę sekundę po przekroczeniu progu twojego pokoju.

– No tak. – Jeździłam kciukiem po szklance. – Sprawiasz, że to brzmi tak prosto.

– A nie jest takie?

Zmieniłam pozycję, teraz zwrócona przodem bardziej do baru.

– Być może… gdybym tylko była gotowa się zgodzić.

– A nie jesteś?

Zanim mogłabym odpowiedzieć, jego telefon zawibrował. Wskazałam na niego, mimo że ze swojego miejsca nie widziałam ekranu.

– Lepiej to sprawdź. Coś mi mówi, że to ważne.

– Może poczekać.

– Nawet jeśli twoja asystentka znalazła ci wolny pokój?

Wziął w dłoń komórkę i przeczytał wiadomość.

A że wreszcie skupił się na czymś innym, mogłam przyjrzeć się lepiej temu, co miał na sobie. Ciemnoszara marynarka z postawionym kołnierzem wyglądała na drogą. Pod nią włożył jasnoszary sweter. Kontrastujące ze sobą kolory świetnie współgrały z jego karnacją, a w połączeniu różnych tekstur było coś bardzo seksownego.

Stopniowo powrócił do mnie spojrzeniem, które po paru sekundach zdawało się jedynie zyskać na intensywności.

– Udało jej się, co? – zagadnęłam.

– Chciałaś, żeby jej się udało?

Mogłam się tylko roześmiać.

Boże, typ miał gadkę.

– A ty chciałeś, żeby jej się udało? – odbiłam.

– Myślę, że znasz odpowiedź.

Odłożył urządzenie na blat i splótł ramiona na piersi. Materiał napiął się, dobitnie pokazując wielkość skrywanych pod nim mięśni.

Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, jakby to było wbić w nie palce.

Czuć je wokół siebie.

Być przez nie podnoszoną.

– Masz dwie opcje, Rowan. Możesz zaprosić mnie do swojego pokoju… albo powiedzieć, żebym zarezerwował hotel, który znalazła dla mnie asystentka.

Czułam, jak zwilżam wargi.

Jak biorę głęboki wdech.

Przytrzymuję powietrze w płucach.

– Co wybierzesz?

Rozdział 3.

Cooper

P atrzenie, jak się miota, należało do szeregu najgorętszych rzeczy, jakich uświadczyłem, kurwa, w życiu. Choć wiedziałem, na co się zdecyduje, w jej wnętrzu nadal toczyła się walka. Ciało nie mogło przestać się poruszać. Prawie dyszała. Gorąc policzków zdradzał, że już na tym etapie była podniecona.

Nie bawiła się w przygody na jedną noc. To było oczywiste. Dowodził tego już sam sposób, w jaki zareagowała na moją propozycję.

A jednak nie potrafiła mi się oprzeć.

Była zaintrygowana.

Jej ciało – w gotowości.

Czułem to.

Widziałem.

I miałem dokładnie tak samo: nie potrafiłem się jej oprzeć.

Nie zamierzałem stąd odejść, dopóki nie upewnię się, że jej posmakuję. Bez względu na to, czy miał to być pocałunek na pożegnanie, czy może jej palce w moich, gdy będziemy iść wspólnie do jej pokoju, gdzie spędzimy następną noc.

Niektórych rzeczy w życiu po prostu trzeba doświadczyć.

Na przykład przerżnięcia Rowan.

Zmieniłem pozycję. Zdjąłem rękę z blatu, zamiast tego sięgając nią na tył jej stołka barowego i tym samym otaczając ją ramieniem.

Nie odsunęła się.

Nie usiadła prościej.

Właściwie to prawie się we mnie wtuliła.

– Co wybiorę? – westchnęła.

– Właśnie, Rowan. Czego byś chciała? – Wzwód napierał na spodnie, błagając, żebym go wypuścił. – Chcesz wrócić do pokoju sama? A może chcesz spędzić następną dobę lub dłużej ze mną? Bo ja na przykład mam ochotę skąpać w tym twoje nagie ciało – mówiłem, unosząc wyżej trzymany w dłoni burbon – a potem zlizać z ciebie alkohol i doprowadzić do orgazmu tyle razy, że fizycznie nie będziesz już w stanie znowu dojść.

Uśmiech, jaki przemknął jej przez twarz, nie świadczył o pewności siebie. Widziałem, że się stresowała.

– Wiem, że zazwyczaj nie robisz takich rzeczy – ciągnąłem blisko jej ucha. – Rozmowa z nieznajomym w barze, wspólna noc, oddanie mu swojego ciała… To nie w twoim stylu. Rozumiem.

– Masz rację. To w ogóle nie w moim stylu.

Odsunąłem się na tyle, by mogła zobaczyć moje usta.

– Ale ja już nie jestem nieznajomym.

Wzięła długi, głęboki wdech.

– Nie?