W krainie słodkiego jutra - Zuzanna Kordel - ebook
NOWOŚĆ

W krainie słodkiego jutra ebook

Kordel Zuzanna

0,0

49 osób interesuje się tą książką

Opis

Są chwile, kiedy nawet najsłodsze rzeczy przestają smakować tak jak dawniej – i właśnie od jednej z nich zaczyna się ta opowieść…

Hania zawsze była tą „perfekcyjną”. Najlepszą przyjaciółką, na którą można liczyć o każdej porze dnia i nocy. Idealną partnerką, gotową poświęcić siebie dla drugiej osoby. Wybitną cukierniczką, do której przychodzi się po najlepsze ciasta – i po ukojenie.Gdy jednak toksyczna relacja i narastające przygnębienie zaczynają odbierać Hani radość z życia, sama musi zmierzyć się z pytaniem, którego zawsze unikała: „A co, jeśli to ona potrzebuje pomocy?”.

W krainie słodkiego jutra marzenia nie spełniają się od razu. Wymagają cierpliwości i wysiłku niczym wyśmienity tort, który swój wyjątkowy smak i oszałamiający wygląd zawdzięcza godzinom ciężkiej pracy. Każda jego warstwa skrywa tajemnicę i obiecuje niezwykłe doznania.

A grzechem byłoby nie sprawdzić, jak smakują zrealizowane marzenia…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 293

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.

Copyright © 2026 by Zuzanna Jabłońska-Kordel

Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska

Adiustacja językowo-stylistyczna: Katarzyna Machowska

Redakcja techniczna: Paweł Kremer

Projekt okładki: Lena Wójcik

Zdjęcie autorki: Jakub Jabłoński-Kordel

Zdjęcie na okładce: Adobe Firefly

Wydanie I | Kraków 2026

ISBN ebook: 978-83-8404-154-3

Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków

Dział sprzedaży: [email protected]

PROLOG

Patrycja adoptowała psa. Dziś, gdy odwiedziłyśmy ją z Dominiką, zaskoczyło nas nagłe wejście… Nie, to złe słowo. Nagłe wtargnięcie do mieszkania małej, puchatej kulki, która ciągnęła na smyczy męża Patki Szymona. W żadnym razie nie było odwrotnie.

Gdy okoliczności pojawienia się uroczej puchatości w domu naszej przyjaciółki zostały już wyjaśnione, Patka zaprosiła nas do stołu. Zaraz jednak machnęła ręką, wcześniej ustawione filiżanki wymieniła na porządne kubasy i nalała nam wcześniej zaparzonego, pachnącego naparu. Następnie wskazała nam drogę do kanapy – w zasadzie całkiem niepotrzebnie, bo Domka już zdążyła się na niej rozgościć, a ja, zmęczona samą pracą i dodatkowymi obowiązkami, też zmierzałam już w kierunku wygodnej sofy, na której leżały zachęcające swą miękkością poduszki.

– Wybaczcie, dziewczyny, nie ma siły na Wersal. – Patrycja westchnęła, zajmując miejsce między nami. – Dobrze, że uparłam się na tę wielką sofę. Byłoby wygodnie, nawet gdyby Ana do nas dołączyła.

– Dobrze, dobrze – potwierdziła Dominika, wąchając zawartość kubka. Zaraz po tym zmarszczyła nos. – Patka, od kiedy pijasz ziółka? – Gdy Patrycja tylko uniosła brwi i ściągnęła usta, Domka trąciła ją stopą. – Tylko nie wkręcaj nam tu kitu – powiedziała, a Patrycja spojrzała na swoje dłonie, którymi obejmowała kubek.

– Skończył nam się miesiąc miodowy – oznajmiła Patka i znów głęboko westchnęła. – Miałam nadzieję, że może to nas ominie. Tak długo było dobrze… No, i między innymi dlatego postanowiliśmy adoptować Futrzaka. Już nie wiem, co jest prawdą, ale może faktycznie jego obecność w jakiś czarodziejski sposób pomoże Malinie w regulowaniu emocji.

Patka opowiedziała nam, z czym się mierzą, a później zmieniłyśmy temat. I tak po kolei opowiadałyśmy o tym, co się u nas w życiu dzieje. Ja poprzestałam na historii, która tego dnia spotkała mnie w pracy. W międzyczasie zadzwoniła Anastazja i przez chwilę było prawie tak, jakbyśmy siedziały w Patkowym salonie we cztery. Było dobrze, normalnie. Nawet zmartwienia, którymi dzieliła się Patrycja, były w jakiś pokrętny sposób dobre. To kolejny etap jej spełnionego marzenia. A może takiego, które każdego dnia spełnia się na nowo.

A później nadszedł czas pożegnania i znów z mojego życia uciekły kolory. Nagle wyparowało całe ciepło. Wchodząc do własnego mieszkania, już wiedziałam, że nie jestem w nim sama. Wcale nie czułam się jak u siebie. Bardziej jakbym wpadła do jakiejś głębokiej otchłani, z której nie da się wydostać.

Wychodząc, zostawiłam mieszkanie czyste, przytulne. Takie, do którego chce się wrócić. Teraz wszędzie leżały brudne naczynia, dookoła były porozrzucane opakowania po przekąskach. Głęboko westchnęłam i znów pomyślałam o tym, że Patrycja adoptowała psa.

Kilka tygodni przed wydarzeniami z prologu

W ostatnich miesiącach bywało mi ciężko. Co ja mówię, było mi permanentnie źle. Ale miałam się na czym skupić, dla kogo żyć i się starać. Wtedy jakby trochę zapominałam, jak wygląda moje życie. Teraz, na swoje nieszczęście, mam całe mnóstwo czasu, żeby skoncentrować się na sobie. Ana jest zaaferowana nowym biznesem i ledwo znajduje chwilę, by odpowiadać na wiadomości, choć muszę powiedzieć, że w latach, gdy pracowała w gazecie, nigdy nie dzwoniła do nas tyle, co teraz. Gdy wystartowała z organizacją wycieczek po najpiękniejszych zakątkach Włoch, prawie codziennie znajdowała kilka minut na krótką rozmowę. Ogromnie doceniałam to, że zamiast wziąć dłuższy oddech pomiędzy kolejnymi atrakcjami, na które jeździła z przyjezdnymi, odpalała kamerkę i dzwoniła, żeby spytać, co słychać. Często nie rozmawiałyśmy o niczym wybitnie istotnym. To znaczy to, o czym ona od kilku tygodni odpowiadała, było dla mnie szalenie ważne i fascynujące. Jeszcze nie miałam okazji, żeby jej to powiedzieć, ale w końcu widziałam ją taką, jaka była naprawdę. I byłam z niej dumna. Wierzyłam, że swego czasu kochała pracę w redakcji, ale jej miłość do poznawania nowego, odkrywania innych kultur, zapuszczania się w miejsca, gdzie zwykły turysta by nie dotarł… Tego po prostu nie dało się zamknąć w ograniczeniach paru rubryczek i kilku kadrów. I dodatkowo pierwszy raz w życiu była zakochana, a przynajmniej ja tak uważałam. Przy jej byłym, Danielu, jej oczy nigdy tak nie błyszczały i dawno nie słyszałam, żeby śmiała się tak perliście i szczerze. Cieszyłam się, że odnalazła szczęście i swoje miejsce na ziemi, jednak tęskniłam za tym krótkim momentem, gdy ze mną mieszkała. Jej obecność sama w sobie była dla mnie kojąca, a dodatkowo cieszyłam się, mając dla kogo piec i gotować. No i gdy Anastazja okupowała mój salon, Wiktor jakby zapomniał o tym, że ma klucze. Skłamałabym, mówiąc, że mi to przeszkadzało. Zdawałam sobie sprawę, że moje uczucia nie były normalne… A przynajmniej nie byłyby takie, gdybym funkcjonowała w zdrowym, stabilnym związku.

Ze wspominek na temat Any płynnie przepłynęłam do górskiego wyzwania Patrycji. Tak łatwo było wyczuć, że Patka się pogubiła. Że potrzebowała, by ktoś jej wysłuchał i powiedział, że nie musi robić tego, na co nie ma ochoty. Na wspomnienie ulgi w jej oczach po naszej rozmowie podczas zeszłorocznej wspólnej wyprawy spłynął na mnie spokój. Zabawne, że moje przyjaciółki traktowały mnie jak opokę i wsparcie, podczas gdy to ja potrzebowałam ich jak tlenu. Może gdybym sama nie była w tak głębokim dołku, umiałabym im pomóc jeszcze lepiej, wspierać je bardziej. Ale nie widziałam pola do wykonania jakiegokolwiek, choćby najdrobniejszego ruchu.

Mimo że moim przyjaciółkom w zeszłym roku niebo zawaliło się na głowę, wszystkie wstały z kolan i aktualnie żyły swoim najlepszym życiem. Dominika też chyba w końcu odnalazła właściwego mężczyznę. Przestała randkować jak szalona. Inaczej: nadal to robiła, ale na tę chwilę tylko z Michałem. Czasem, zanim się z nim związała, wyobrażałam sobie, jak by to było być nią: nie bać się rozpoczynać nowego związku i cały czas, mimo niejednej porażki i wielokrotnie złamanego serca, tak mocno i nieuleczalnie wierzyć w miłość. Wiedziałam, że wiele osób uważało Domkę za naiwną, ale nie ja. Według mnie Dominika była odważna. Bo odwagą jest wciąż wierzyć w dobro, mimo że wielokrotnie zostaliśmy zranieni. No, ale jak widać ta wiara się opłaciła. Amor wystrzelił w Dominikę w najmniej spodziewanym momencie, a drugą strzałą musiał trafić Michała, bo ci dwoje ledwo się zobaczyli, a już nie mogli od siebie oderwać wzroku. Cieszyłam się, że widziałam tamtą magiczną chwilę na własne oczy. Dziś Misiek jest tak zakochany w Dominice, że aż miło popatrzeć. I czasem, gdy tak rozmyślałam o moich przyjaciółkach, nachodziła mnie taka nieśmiała myśl, że skoro dziewczyny znalazły swoje ścieżki, to i na mnie przyjdzie pora. Ale może to wcale tak nie działa, może istnieje jakiś limit szczęścia do wykorzystania w danym otoczeniu. Tak jak z tlenem: potrzebujemy go do życia, ale gdy w malutkim pomieszczeniu jest za ciasno, jego też zacznie brakować. Tak naprawdę wszystko się kiedyś kończy. Ale kochałam dziewczyny i jeśli ich szczęście miało być okupione moim kosztem, proszę bardzo, niech tak będzie. Zrobiłabym dla nich wszystko. Choć kiedyś słyszałam, że żeby być dobrym dla innych, najpierw trzeba zacząć być dobrym dla siebie. Cóż, może jestem tym wyjątkiem potwierdzającym regułę, bo stanowczo nie podejmowałam dobrych decyzji z myślą o sobie.

Parsknęłam gorzkim śmiechem, otwierając lodówkę. Chwilę temu myślałam o tym, że wszystko się kiedyś kończy, ale chyba w tamtej chwili dotknęła mnie pomroczność jasna, bo zapomniałam o apetycie Wiktora. Ten był stanowczo wyjątkiem potwierdzającym regułę. Jego łaknienie naprawdę nie miało końca. Zrezygnowana patrzyłam na puste półki. Czego ja się spodziewałam? Rozejrzałam się po mieszkaniu, które jeszcze rano tego dnia było posprzątane. Widziałam stertę brudnych talerzy i niewyrzuconych opakowań. Mogłam się domyślić, że w lodówce nie znajdę nic poza światłem.

Podeszłam do okna i oparłam dłonie o parapet. Do oczu napłynęły mi łzy. Patrzyłam na przejeżdżające w dole samochody i zastanawiałam się, jakim cudem znalazłam się na tak wyboistej życiowej ścieżce. Nie pytałam się jednak, dlaczego wciąż nią podążałam, choć na horyzoncie wyraźnie widziałam coraz większy mrok. Ja po prostu nie mogłam się rozstać z Wiktorem.

Jakiś czas wcześniej

– Wiktor – powiedziałam, próbując zwrócić na siebie jego uwagę. Poczułam, że doszłam do ściany. W ostatnich tygodniach kilkukrotnie poruszałam temat rozstania. Za każdym razem Wiktor wpadał w histerię, błagał mnie, bym dała mu kolejną szansę. Nie wierzyłam w zmianę, jednak czułam się zbyt zmęczona, by dyskutować, kłócić się i zmusić go do opuszczenia mojego mieszkania. Zawsze więc ulegałam, mając nadzieję, że skoro postawiłam sprawę na ostrzu noża, będzie inaczej chociaż przez krótką chwilę…

Nie było. Tak jak nie robił zakupów, tak wciąż nie kupił nawet głupiego chleba, wracając do domu. Nawet nie marzyłam o tym, by wstawiał naczynia do zmywarki, ale on zostawiał je w salonie dosłownie wszędzie: na podłodze, na stole, na biurku, na szafce na sprzęt. Patrzyłam na moje mieszkanie, którego kupienie i urządzenie kosztowało mnie wiele wyrzeczeń, i dławiłam się łzami. Za każdym razem je przełykałam, sprzątałam ten syf i czekałam do kolejnego dnia, w którym historia zataczała koło. Wielokrotnie prosiłam, by zaczął bardziej dbać o nasz dom. Ale wtedy słyszałam, że to nie jest jego mieszkanie. I owszem, nie było. Wiktor miał swoje – bywałam tam z rzadka, bo prawie zawsze on był u mnie, jeszcze zanim wróciłam z pracy. Ale gdy już się zdarzyło, że tam trafiłam, zawsze witał mnie nienaganny porządek i świeże kwiaty w wazonie. Świeże kwiaty! Ja dostałam od niego bukiet raz, na samym początku związku. Sobie kupował kwiaty przynajmniej raz w tygodniu.

Cierpliwie to znosiłam, bo nie chciałam się poddawać. A gdy w końcu dotarło do mnie, że on nigdy się nie zmieni, było za późno.

Jednak tamtego dnia jeszcze tego nie wiedziałam. Byłam zdeterminowana. Postanowiłam sobie, że niezależnie od tego, jak bardzo będzie mnie błagał, nie odpuszczę. Wymyśliłam też fortel, trochę podszyty tchórzem. Ale musiałam jakoś wykaraskać się z tej chorej sytuacji, zamierzałam więc maksymalnie złagodzić komunikat, ale trzymać się swego i chociaż ten jeden raz nie odpuścić, i doprowadzić sprawę do końca.

– Wiktor – powtórzyłam i stanęłam przed telewizorem, by zasłonić mu widok na mecz.

– Ja pierdolę, nie widzisz, że oglądam? – Jak doszło do tego, że pozwoliłam mu się tak do siebie odzywać? A to, co właśnie powiedział, nie było nawet w połowie tak okropne jak słowa, które rzucał w największej złości. Zacisnęłam powieki. Dziś miałam zamiar to zakończyć. Zignorowałam jego chamską odzywkę i przeszłam do sedna.

– Wiktor, długo o tym myślałam, jednak nie widzę innego rozwiązania dla naszej przyszłości niż zrobienie sobie przerwy – powiedziałam na jednym tchu. Dobór słów był kompletnie nienaturalny, ale tak ułożyłam sobie to zdanie w głowie i właśnie tak chciałam je przekazać. Bez emocji, jako komunikat. Do tej pory zadawałam pytania. Mówiłam: „Nie sądzisz, że lepiej byłoby nam osobno?”. Dziś nie było miejsca na jego odpowiedzi. Ledwo dryfowałam na powierzchni. Jeśli znów pozwolę mu się zdominować, utonę. Długo wytrzymywałam jego spojrzenie, jednak wpatrywał się we mnie tak intensywnie, że w końcu przerwałam ciszę. – Przynajmniej na jakiś czas – dodałam, od razu czując złość. Byłam na siebie wściekła za to, że uległam nerwom i dodałam cokolwiek, co w moim odczuciu mogło choć trochę rozładować atmosferę. Wiedziałam, że on wyczuł moje zdenerwowanie. Byłam jednak tak przyzwyczajona do prób poprawy jego nastroju i zaradzania humorkom, że zadziałałam instynktownie. Ale to był bardzo zły instynkt.

– Myślisz, że nie wiem, co to znaczy przerwa? – zapytał, wstając z kanapy. Pochylił się nade mną i zatrzymał się kilka centymetrów od mojej twarzy. Byłam niska i drobna, a on nade mną górował. Wbrew sobie skuliłam ramiona. Nigdy mnie nie uderzył i byłam przekonana, że by tego nie zrobił. Nie dlatego, że był dobrym człowiekiem, ale dlatego że za bardzo bałby się konsekwencji. Jednak w tej sytuacji czułam strach większy niż do tej pory. – Chcesz się mnie pozbyć – powiedział, nie zapytał. A ja nie zaprzeczyłam.

Po kilku sekundach, które ciągnęły się w nieskończoność, w końcu się ode mnie odsunął. Rzucił mi pogardliwe spojrzenie i bez jednego słowa więcej poszedł w kierunku łazienki, by, jak podejrzewałam, spakować swoje rzeczy. Gdy trzasnął drzwiami, noga za nogą dowlokłam się do kanapy i powoli na niej przysiadłam. Głośno wypuściłam powietrze. Czułam, że cała się trzęsę. W myślach powtarzałam sobie, że już tylko chwilai że zaraz będę miała to za sobą. Że w końcu oboje pękliśmy – ja nie wytrzymałam, a on miał mnie dość. Przecież w kółko powtarzał, że do niczego się nie nadaję. Przymknęłam oczy, starając się uspokoić szalone kołatanie serca i wyczekując dźwięku otwieranych drzwi. Gdy tylko wyjdzie, zadzwonię do Anastazji. Była w Europie, więc nie przerwę jej krótkiego snu. Ile może potrwać, zanim Wiktor wyjdzie? Ledwie kilka minut. Myślałam, że w tamtym momencie przeżywam ostatnie sekundy swojego wieloletniego koszmaru.

W końcu usłyszałam, że wyszedł z łazienki. Otworzyłam oczy i zerwałam się na równe nogi, myśląc, że weźmie jeszcze kilka rzeczy z sypialni i że dzisiejszego popołudnia będę go widziała w moim domu ostatni raz. Jednak moim oczom ukazała się krwawa jatka.

Wiktor oparł się plecami o ścianę. Z jego oczu nie wyzierała już złość. Gdy zobaczyłam jego ręce, ugięły się pode mną kolana.

Po przedramionach Wiktora leciała krew, całe morze krwi. Po czasie zrozumiałam, że to tylko tak wyglądało, że mój przerażony mózg sporo sam sobie dopowiedział. Gdybym faktycznie widziała tyle krwi, ile mi się wydawało, Wiktor by nie żył. W tamtej chwili byłam przerażona. Złapałam telefon i rzuciłam się do mężczyzny, chcąc pomóc mu osunąć się po ścianie i usiąść na podłodze.

– Usiądź, Wiktor, usiądź – szeptałam przez zaciśnięte gardło – Dzwonię po pogotowie.

– Nie – wyszeptał, patrząc na mnie. – Jeśli mi pomożesz… Jeśli mnie opatrzysz, nic mi nie będzie… Haniu, nie skreślaj mnie… Bez ciebie nic nie ma sensu.

Obiecałam sobie, że tym razem nie odpuszczę i że będę twarda.

– Wiktor, lekarz musi cię zobaczyć – powiedziałam cicho z całą pewnością, na jaką w tamtej chwili było mnie stać. Już wybierałam 112, gdy Wiktor, mimo cięć, które sam sobie zadał, bez problemu wyrwał mi telefon.

– Nie rób tego – niby prosił, ale ja wiedziałam, że to nie prośba. Znowu odpuściłam. Niemal mechanicznie pomogłam mu się podnieść, odkazić cięcia i zabandażować przedramiona. Gdy skończyłam, szklanym wzrokiem patrzyłam w podłogę. Wiktor pocałował mnie w głowę i jakby nigdy nic wrócił do oglądania meczu.

Wiedziałam, czemu to zrobił. Bo chciał dopiąć swego. Nie miał na celu odebrania sobie życia. Chciał mnie przestraszyć i mu się udało. Ja byłam roztrzęsiona, a on wrócił przed telewizor. Nic mu nie groziło. Ale z powodzeniem doprowadził mnie na skraj wytrzymałości. Doskonale wiedział, co robi. Omijał najwrażliwsze punkty, których zranienie mogłoby doprowadzić do groźnej dla życia utraty krwi. Ale ja zrozumiałam to, gdy on zadowolony i wygrany kibicował sprzed ekranu ulubionej drużynie.

Problem leżał w tym, że nie mogłam przewidzieć, kiedy przypadkowo zabrnie za daleko, a ja już nie zdołam mu pomóc, nie mówiąc o wezwaniu na czas karetki.

Wiktor bał się konsekwencji. A ja bałam się poczucia winy.

Kilka tygodni przed wydarzeniami z prologu

Tamtego dnia, do którego wróciłam we wspomnieniach, najstraszniejsze było sprzątanie łazienki. Gdy Wiktor poszedł do salonu, ja rozejrzałam się dookoła. Myślałam, że zwymiotuję. Ślady jego krwi były wszędzie. Na kafelkach, na lustrze, umywalce i wannie. Nie mogłam nie pomyśleć, że zrobił to celowo. Żeby było bardziej dramatycznie. W tamtej chwili chyba go nienawidziłam. Bo zmusił mnie do zostania z nim. Bo wykorzystał samookaleczenie, które jest tak poważnym problemem w dzisiejszych czasach, do osiągnięcia swojego brudnego celu. A wiedział, że nastoletnie dziecko mojej koleżanki z pracy prawie odebrało sobie w ten sposób życie. Wiedział, jak mną to wstrząsnęło.

Wiedział. I dlatego to zrobił. Od tamtej pory, gdy tylko pojawiała się między nami ostrzejsza wymiana zdań, za każdym razem sięgał dłonią do jednej z blizn na drugim ręku i gładził ją, patrząc mi w oczy. A ja wtedy się poddawałam.

Czasem zastanawiałam się, czy nie powinnam powiedzieć o tym dziewczynom. Porównywałam to wydarzenie do sytuacji Patrycji, która przez długie miesiące nie powiedziała nam o Malinie. Trudno było nam przełknąć, że tak istotną część swojego życia trzymała przed nami w tajemnicy. A ja obecnie miałam więcej niż jeden duży sekret. Jednak za każdym razem dochodziłam do wniosku, że nie chcę ich martwić. W kwestii Wiktora wiedziały, że grozi mi, iż popełni samobójstwo, i tym tłumaczyłam im mój lęk przed rozstaniem. Jednak nigdy nie wyznałam, do czego się posunął.

A dziś miałam wrażenie, że utknęłam. Nie wiedziałam, jak miałabym się w tamtym dniu zachować inaczej, ale może należałoby zostawić go w tym mieszkaniu, a samej zniknąć na jakiś czas. Nie odbierać telefonu, usunąć profile w mediach społecznościowych. Gdy skończyłoby się pranie, sprzątanie, prasowanie i darmowe jedzenie, odpuściłby i wrócił do siebie. Później ja zmieniłabym zamki i zaczęła życie od nowa. Ale rzecz w tym, że tak nie chciałam. Nie chciałam uciekać i tchórzyć. Chciałam być u siebie, w moim zwykle wymuskanym, dopieszczonym mieszkaniu. Zapraszać przyjaciół i piec dla nich ciasta. No właśnie. Przyjaciele i ciasta. Miałam wrażenie, że w ostatnich miesiącach funkcjonowałam w miarę normalnie, bo napędzały mnie potrzeby moich dziewczyn i zamówienia na łakocie. Wciąż stojąc przy oknie, zerknęłam na kalendarz wiszący na ścianie przy lodówce. U mojej babci zawsze taki był i chociaż już prawie nikt nie używał ściennych kalendarzy, ja pod tym kątem byłam analogowa. Jednak nie czekało na mnie miłe zaskoczenie. Doskonale zdawałam sobie sprawę, ile pozostało do Świąt Wielkanocnych, ale miałam nadzieję na cud – kto wie, może zajączek wielkanocny nie może się doczekać wykonania swojej roboty i w związku z tym przeniósł święta na parę weekendów wcześniej. Gdybym powiedziała coś takiego przy córce Patrycji, na bank wybuchnęłaby śmiechem. Delikatnie uśmiechnęłam się na tę myśl. Jednak mina po chwili mi zrzedła. Do świąt pozostało stanowczo za dużo czasu. Po pierwsze dlatego, że mój portfel prosił o pieniądze, a Wielkanoc wiązała się z przynajmniej kilkoma zamówieniami na ciasta i ciasteczka, które zdołam przygotować w mojej domowej kuchni. A po drugie, bo rozpaczliwie potrzebowałam odpocząć chociaż jeden dzień dłużej od pracy, której szczerze nie cierpiałam, a do której byłam zmuszona, bo znajdowałam się w błędnym kole. Choć tego nienawidziłam, oracowałam w firmie podnajmującej biura, by oszczędzać na otwarcie wymarzonej cukierni. Ilekroć udawało mi się odłożyć kwotę na tyle dużą, by móc podjąć ryzyko pójścia na swoje, cały na biało wchodził on – Wiktor – z prośbą o pożyczkę. Oczywiście pożyczka była spłacana w mitycznym terminie wiecznego nigdy, więc ja znowu byłam spłukana, cukiernia nie istniała, a ja nie miałam ani miejsca na więcej wypieków, ani czasu, by je przygotowywać – moja etatowa praca i dojazd do niej zajmowały lwią część mojego dnia. Gdybym tylko miała lokal, mogłabym rozwinąć skrzydła. Poza zamówieniami na Święta Wielkanocne, Boże Narodzenie i torty na przeróżne okazje mogłabym tworzyć okolicznościowe monoporcje – nie mieć przestoju od grudnia do kwietnia, tylko działać cały czas. Nikt nie myśli o specjalnym zamówieniu babeczek na walentynki, ale gdyby można było wejść do przytulnej cukierni, rozsiąść się na wygodnym fotelu i zatracić w smaku ciasteczka, na które receptura została przygotowana specjalnie z myślą choćby o walentynkach czy Dniu Kobiet… Kto by się nie skusił?

Ale na razie to były tylko marzenia. Dodatkowo takie, które w najbliższej przyszłości nie miały szans się spełnić. Do oczu napłynęły mi łzy. Zerknęłam na zegarek. Była szansa, że Wiktor wyszedł dziś z kolegami, skoro przyszedł do mieszkania i wyszedł z niego, jeszcze zanim wróciłam z pracy. Przy odrobinie szczęścia po spotkaniu wróci do siebie. To dawało mi nadzieję na spokojny wieczór we własnym towarzystwie. Ta perspektywa nieco podniosła mnie na duchu. Choć nie miałam siły, zmusiłam się do posprzątania syfu, który sprezentował mi mój, pożal się Boże, partner. Obiecałam sobie, że gdy to ogarnę, uczczę spokojny wieczór tym, co kocham najbardziej.

I tak zrobiłam. Wiosna była za pasem, postanowiłam więc upiec coś, co kojarzyło mi się z tą pełną życia porą roku. A takie było ciasto drożdżowe. Najpierw niepozorne, później kilkukrotnie zwiększa objętość, by przybrać swoją ostateczną formę – tak jak delikatne, zielone pączki, które po czasie rozwiną się w pełnoprawne liście. Gdy zagniatałam ciasto, czułam, jak opuszcza mnie niepokój. Tak jakby z każdym ruchem dłoni uciekały ze mnie negatywne emocje. Gdy ciasto rosło i później, gdy się piekło, włączyłam ulubiony serial. Wygodnie zwinęłam się w fotelu i rozkoszowałam spokojem.

Zastanawiałam się, w którym momencie popełniłam błąd. Czy już wtedy, gdy Wiktor podszedł do mnie w barze i zamówił dla mnie drinka? Wtedy, gdy okazało się, że zapomniał portfela? Gdy domagał się, bym dorobiła mu klucze, jednocześnie nie dając mi dostępu do swojego mieszkania? Wtedy jeszcze mogłam odmówić i uciec, ale mimo głosu, który kazał mi brać nogi za pas, postanowiłam wejść do jaskini lwa.

Jednak za to, że przy pierwszym spotkaniu nie zorientowałam się, że coś jest nie tak, od dawna się nie winiłam. Był czas, gdy kwestionowałam każdą swoją najdrobniejszą nawet decyzję, ale jakiś czas temu przynajmniej w tej kwestii powiedziałam sobie dość. Bo owszem, powinnam była odmówić Wiktorowi dorobienia mu kluczy, ale w dniu, w którym zagadał do mnie w barze, absolutnie nic nie wskazywało na to, że powinnam była zwiewać, gdzie pieprz rośnie.

Dzień, w którym poznałam Wiktora, był wietrznym, ponurym piątkiem. Umówiłam się z dziewczynami po pracy, jednak gdybym przed spotkaniem miała wracać do domu, bankowo bym się spóźniła, a ja od najmłodszych lat byłam wybitnie punktualna. Postanowiłam więc pojechać do lokalu od razu z biura. Coś mnie podkusiło, by czekając na dziewczyny, usiąść przy barze i zamówić jakiś napój, i choć zwykle będąc gdzieś sama, zamawiam softy, tym razem mój wybór padł na drinka.

Sączyłam spritza o smaku czarnego bzu i przeglądałam oferty najmu lokali usługowych. Wtedy jeszcze całkiem lubiłam swoją pracę, choć moim marzeniem od zawsze było prowadzenie cukierni. A od jakiegoś czasu widziałam światełko w tunelu. Odmówiłam sobie kilku przyjemności, które były dla mnie bardzo istotne, ale musiały poczekać na lepszy moment, nadpłaciłam kredyt hipoteczny i co nieco odłożyłam. Wizja wynajęcia idealnego lokalu zaczęła przybierać coraz wyraźniejsze kształty. Od dawna miałam swojego faworyta. Jednak nie zarzuciłam przeglądania ofert. Zawsze może się trafić coś lepszego, no i niestety, ale nie miałam zamiaru ruszać z biznesem od zaraz, więc ogłoszenie mogło zniknąć z rynku. Zorientowałam się, że dokończyłam drinka. Chciałam przesiąść się do stolika, przy którym miałyśmy z dziewczynami rezerwację, jednak z prawej strony dobiegł mnie głos nieprzypominający głosu żadnej z moich przyjaciółek, a w zasadzie żadnej ze znanych mi kobiet.

– Co pijesz? – Spojrzałam w twarz nieznajomego, który przysiadł na hokerze obok mnie. Był atrakcyjny w niewymuszony sposób. Miał lekko potargane, nieco dłuższe włosy i białą koszulę, w której rozpiął dwa górne guziki. Wyglądał, jakby chwilę temu wyszedł z pracy i już zdążył wejść w tryb weekendowy.

– Och, w zasadzie już kończę – początkowo próbowałam go zbyć. Poznawanie facetów w barze było domeną Dominiki i mówiła, że to łatwe, ale mnie jakoś ta forma nawiązywania znajomości lekko przerażała.

– No to: co piłaś? – zapytał pogodnie. Dziś wcale nie podoba mi się, że był taki uparty, ale wtedy wydawało się to całkiem urocze. Zerknęłam na zarezerwowany stolik. Nie było przy nim nawet Patrycji, która podobnie jak ja nie miała w zwyczaju się spóźniać. Uznałam więc, że nie zaszkodzi mi ta chwila pogawędki z przypadkowo poznanym gościem. Wtedy myślałam, że więcej się nie zobaczymy. Podałam mu więc nazwę drinka, a on przywołał barmana i poprosił o jeszcze jednego dla mnie. Dla siebie zamówił whisky sour.

– Och, raczej już podziękuję – powiedziałam, słuchając jeszcze instynktu samozachowawczego.

– Nalegam – powiedział nowo poznany facet. Wydawało mi się, że jego oczy skrzą się iskierkami uśmiechu. Dzisiaj mam wrażenie, że raczej było to polowanie. Właśnie wtedy, gdy zgodziłam się na tego drinka, uległam mu po raz pierwszy, choć nawet w najgorszych koszmarach nie mogłabym wyśnić konsekwencji tej decyzji.

Przedstawiliśmy się sobie. Później na zmianę zadawaliśmy pytania typowe dla pierwszej rozmowy. Cały czas zerkałam w kierunku drzwi, by nie przegapić dziewczyn. W końcu pojawiły się Patka z Domką. Ta pierwsza wpadła do środka jak burza, idąc szybkim krokiem. Dominika drobiła za nią, machając rękami i coś tłumacząc. Było jasne jak słońce, że umówiły się, że dotrą do baru razem, ale przez Dominikę się spóźniły. Patrycja nie cierpiała być po czasie równie mocno jak ja. Patka rozejrzała się i wyłapała mnie wzrokiem. Zrobiła krok w moją stronę, ale zaraz dojrzała mnie też Dominika. Złapała Patrycję za przegub, pomachała jej palcem przed nosem i głową wskazała na siedzącego obok mnie Wiktora. Byłam pewna, że Domka mówi coś w stylu: „O nie! Na mnie możesz się wściekać, ale jej tego nie psuj!”. Gdy Patrycja podążyła wzrokiem za wskazówką Dominiki, jej twarz złagodniała. Posłała mi uśmiech i pozwoliła poprowadzić się Domce do stolika. Idąc, Dominika oparła głowę o ramię Patki. Tym razem to ja się uśmiechnęłam. Doskonale wykorzystała moment, żeby urobić Patrycję. Widziałam, że zwichrzyła Domce włosy. Uśmiechnęłam się na ten widok.

– Coś się stało? – zapytał Wiktor, który nie widział wtargnięcia moich przyjaciółek – burzowej chmury i kucyka Pony – do lokalu, zobaczył za to emocje na mojej twarzy.

– Nie, nic. Kontynuuj, proszę – wróciłam do rozmowy. Jasne, że później wyrzucałam sobie, że mogłam się pożegnać i dołączyć do dziewczyn przy stoliku. Wysłuchać utyskiwań Dominiki na to, że marnuję życiową szansę, a później zamówić pizzę i dowiedzieć się, co u nich słychać. Ale wtedy zaczynałam myśleć, że właśnie złapałam Pana Boga za nogi i że tu, w tym na chybił trafił wybranym przez nas lokalu, znalazłam miłość swojego życia.

W międzyczasie do baru dotarła też Anastazja, jak często prosto z lotniska. Wtedy jeszcze redakcja okrajała jej budżet, więc nie ciągnęła za sobą walizki, miała jedynie podręczny plecak. Na jej widok oczy mi się zaszkliły. To była jedyna szansa w tym miesiącu, żebym zamieniła kilka słów na żywo z najukochańszą przyjaciółką. Już miałam podziękować Wiktorowi za miłą rozmowę i zsunąć się z hokera, kiedy Anastazja, wysłuchawszy Dominiki, odwróciła się w moim kierunku i pokręciła głową, przejeżdżając sobie palcem po szyi. Znałyśmy się za dobrze, bym nie zrozumiała tego komunikatu: siedź i rozmawiaj z tym facetem albo skopię ci tyłek. Posłuchałam więc i zostałam przy barze. Odmówiłam kolejnego drinka i poprosiłam o szklankę wody, ale zostałam z Wiktorem jeszcze długo po tym, jak dziewczyny wyszły, mrugając w moją stronę. Raz po raz czułam wibracje telefonu. Stawiałam dolary przeciwko orzechom, że za dziewięćdziesiąt procent wiadomości odpowiada Dominika, chcąc znać wszystkie szczegóły mojego spotkania z przystojnym nieznajomym.

Zanim się obejrzałam, zrobiło się późno. Wtedy byłam z rozsądkiem za pan brat, więc niechętnie, ale zaczęłam się żegnać.

– Pozwól – powiedział, gdy przyszło do płatności.

– Nie trzeba – odparłam z zakłopotaniem. Nawet jeśli to przypadkowe spotkanie niespodziewanie przerodziło się w randkę, wolałam sama za siebie zapłacić.

– Nalegam – powiedział już drugi raz tego wieczora. Wzruszyłam więc ramionami i uśmiechnęłam się do mężczyzny, postanawiając, że następnym razem – bo jakoś tak założyłam, że do tego kolejnego razu dojdzie – ja zapłacę za nas oboje. Jednak, jak się okazało, nie musiałam czekać do drugiego spotkania.

– Nie wierzę – mruczał Wiktor pod nosem, ale doskonale wszystko rozumiałam. Wbił we mnie wzrok zbitego psa. – Zapomniałem portfela – wyznał, patrząc na mnie ze skruchą.

Jakim on był doskonałym aktorem. Wielka szkoda, że nie poszedł zawodowo w stronę filmu lub teatru.

– Nie szkodzi – powiedziałam spokojnie. W zasadzie w tamtej chwili było mi to na rękę.

– Czy mogłabyś… – zawiesił głos i przygryzł dolną wargę. Wyglądał na zamyślonego. – Nie, nic. Zaraz się jakoś dogadam.

– Nie ma problemu, zapłacę za ciebie – powiedziałam, domyślając się, o co chciał zapytać. Wtedy założyłam, że po przemyśleniu naprawdę nie zamierzał prosić mnie o tę przysługę. Tymczasem dziś mogę łatwo się domyślić, że wtedy wpadłam w najprostszą pułapkę. Nawet nie był to jakiś misterny plan. Tak łatwo dałam się podejść. Ale dziś już się za to nie winiłam. Bo wtedy jeszcze nie znałam jego prawdziwej twarzy.

Wymieniliśmy się numerami. Tak jak przeczuwałam, spotkaliśmy się ponownie. Wybraliśmy się na spacer, a on wręczył mi bukiet kwiatów. Pierwszy i jedyny, jaki od niego dostałam.

– Stop – powiedziałam do siebie, sięgając po pilota i wracając do tego, co tu i teraz. – Nawet gdy nie ma go obok, musi zatruwać mi życie – mruknęłam zła na siebie za to, że gdy mogę odetchnąć, Wiktor i tak zajmuje większość moich myśli. Tyle że już nie przez fascynację i zauroczenie, jak na początku związku. Zatrzymałam się na kanale kulinarnym i zerknęłam na godzinę. Wyjęłam ciasto z piekarnika jakiś czas temu. Powinno już przestygnąć na tyle, bym mogła bez przeszkód ukroić kawałek. A raczej kawał, tak jak to sobie obiecałam. Nałożyłam na niego dodatkowo wiśniowych konfitur własnego wyrobu i z lubością zaciągnęłam się wyjątkowym zapachem drożdżowego placka.

Choć w mojej rodzinie były same mieszczuchy i w dzieciństwie nie miałam nikogo, do kogo mogłabym jeździć na wieś, tak właśnie wyobrażałam sobie zapach, który kojarzyłby mi się z mitycznymi wakacjami u babci na wsi. Chyba właśnie tak pachniały bezpieczeństwo, dom i stabilna miłość. Nie to pierwsze zauroczenie, które było raczej bezą z owocami. Te najgłębsze uczucia były właśnie ciastem drożdżowym. I pewnie dlatego starałam się raczej go nie piec, gdy w pobliżu był Wiktor. Zatrułby swoją podłą obecnością niewinność tego wybitnego w swej prostocie wypieku.

Ciasto wyszło idealnie gąbczaste. W pierwszej chwili przymknęłam oczy i jedząc, w wyobraźni przeniosłam się do cukierni, w której można kupić moje drożdżowe maksymalnie do połowy dnia, bo wyprzedaje się na pniu. Widziałam to wszystko, ale zaraz smak przeniósł mnie do ostatniego razu, gdy je jadłam, i przed oczami stanęła mi sytuacja, kiedy stojąc w mojej kuchni, wyznaję Patce i Domce, że jestem spłukana, bo znowu pożyczyłam pieniądze Wiktorowi.

Otworzyłam oczy, a gdy przeanalizowałam swoją myśl, parsknęłam gorzkim śmiechem. Gdyby to była pożyczka, odzyskałabym te pieniądze uciułane na koncie naprawdę z ogromnym trudem. Popatrzyłam na ciasto, którego ledwo napoczęty, gruby plaster leżał na talerzyku przede mną. Było pyszne, ale straciłam na nie ochotę. Nawet nic nie robiąc, Wiktor potrafił doprowadzić mnie do utracenia kolejnej małej życiowej radości.

***

Kolejnego dnia obudziłam się zmęczona, choć położyłam się wcześnie i choć zawsze śpię spokojniej, gdy Wiktor od wielkiego dzwonu postanowi zostać u siebie. Ale w ostatnim czasie zmęczenie i brak chęci oraz motywacji były dla mnie normą. Mimo że się starałam, często bywałam rozkojarzona i nie mogłam się skupić. I to w zasadzie był mój największy problem. Większy nawet niż Wiktor, bo odbierał mi wszelką wolę walki. A co najgorsze, wykazywał też fizyczne symptomy, które pojedynczo by mnie nie zaniepokoiły, ale w połączeniu sprawiły, że zaczęłam się martwić.

Zaczęło się niewinnie. Towarzyszyłam Patrycji podczas części jej wyzwania, które sama sobie rzuciła – pokonywania kilkusetkilometrowego szlaku. Patka nie przemierzała go na raz. Ana przygotowała jej plan wraz z podziałem na etapy. I właśnie na jedną część udało mi się wyrwać razem z nią. Paradoksalnie nie czułam się zmęczona – gdy byłam daleko od mojego najgorszego życiowego wyboru, czyli Wiktora, zwykle czułam się całkiem nieźle, a szlak nie był trudny. Lubiłam górskie wyprawy i choć ze względu na priorytety ostatnimi czasy nie wyjeżdżałam zbyt wiele, to moje ciało szybko wpadło w rytm wędrówki. Niebagatelne znaczenie miało też to, że na naszej trasie nie było zbyt wielu przewyższeń. Nie spędziłyśmy w górach tyle, ile miałyśmy w planie. Po szczerej rozmowie z Patką zaproponowałam szybszy powrót i absolutnie tego nie żałowałam. Jednak, mimo nietrudnej trasy, po powrocie do domu ze zdziwieniem zauważyłam, że moje stopy nie zniosły dobrze tej wyprawy. Zrzuciłam to na to, że jednak jakiś czas nie wędrowałam, niosłam ciężki plecak, a i moje buty miały już swoje lata. Choć były najwygodniejsze na świecie, ale cóż, może już za bardzo je rozdeptałam i nawet tego nie czułam. Postanowiłam, że zakupię nowe trzewiki trekkingowe, oczywiście wtedy, gdy nadejdą legendarne lepsze czasy.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

W krainie słodkiego jutra

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji