Vermillion. Dylogia Regnum Noctis. Tom 1 - S. C. Alekto - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Vermillion. Dylogia Regnum Noctis. Tom 1 ebook i audiobook

S. C. Alekto

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

186 osób interesuje się tą książką

Opis

Z klatki Baby Jagi pod skrzydła innego potwora…

W świecie Tonny od zawsze istniały potwory. Pewnego dnia zostaje adoptowana przez najprawdziwszego z nich i odnajduje świat skryty przed promieniami słońca.

Bycie Sommelierem, którego kluczowym zadaniem jest zapewnienie wina swojemu panu, staje się jej drugą naturą. Pośród wampirzej społeczności dziewczyna buduje nowe życie, jednak wszystko ulega drastycznej zmianie, gdy jej Lord umiera. Zamek dziedziczy kolejny władca nocy, który sprowadza własnego służącego.

Choć Thaddeus od początku nie kryje niechęci w stosunku do Tonny, to oboje muszą znosić swoje towarzystwo do czasu, aż dziewczyna będzie mogła odejść.

Zazdrość i żądza władzy, nienawiść oraz miłość.

 

Wszystko ma swój czas, a tragedia nadchodzi…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 21 min

Lektor: Mateusz Kwiecień
Oceny
4,0 (33 oceny)
17
7
3
3
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Asiaoliwia

Całkiem niezła

Bardzo wolno zaczyna się rozkręcać fabuła , a potem się kończy i klops . Musiałem się zmuszać ,żeby ją przeczytać ciągnęła się straszenie.
20
Kajax209

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa ksiazka, czekam na kolejną część
21
Jasminka78

Nie oderwiesz się od lektury

Super! Bardzo mi się podobała. Niecierpliwie czekam na drugą część. Bardzo polecam!
21
yvonn83

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja. Czekam na kolejną część.
21
Wercia_93

Dobrze spędzony czas

Jakże wciągająca! Czekam na kolejną część.
21

Popularność




Vermillion

S.C.ALEKTO

„Jest jeszcze wiele historii do opowiedzenia, ran do wyleczenia oraz toastów, które należy wznieść”.

– Bram Stoker, Dracula

Dla siebie, bo dlaczego nie?

Prolog

Srebrny papierek mienił się w słońcu, gdy dziewczynka o krótkich, mysich włosach wyciągnęła przed siebie dłoń. Cukierek wyglądał naprawdę kusząco i stojący przed nią chłopiec nie mógł się powstrzymać. Wyszedł z piaskownicy, otrzepując spodnie. Wytarł dłonie w ubranie i się zbliżył.

Popatrzył na jej twarz, jakby chciał się przekonać, czy aby na pewno może go sobie wziąć. W jednej chwili dziewczynka uśmiechnęła się do niego i zachęciła lekkim ruchem głowy. Po tym geście dziecko nie wahało się już ani sekundy i po prostu zabrało cukierka.

Był czekoladowy, wyjątkowo słodki.

Sześciolatek zerknął na srebrny papierek, który pozostał mu w dłoni. Nie zauważył, że niewiele starsza od niego dziewczynka się pochyla. Wkrótce zaczęła mu szeptać do ucha pewne słowa. Ciemne oczy dziecka na moment się rozszerzyły, a potem nieznajoma wskazała ręką samochód stojący na poboczu. Chłopiec oblizał kąciki ust i skinął głową. Poczuł, jak chwyta go za rękę. Spokojnym krokiem ruszyli w stronę pojazdu.

Kiedy van odjeżdżał, wprawiając w ruch powietrze, srebrny papierek zatańczył w przestrzeni niczym liść na wietrze i opadł na pożółkłą trawę. Parę minut później niepokój pewnej kobiety powoli zaczął się przeradzać w panikę. Krzyczała tylko jedno słowo.

Imię własnego syna.

Rozdział 1

Czerwony, sportowy kabriolet mknął drogą, która przecinała wzgórza i oddzielała od siebie ogromne pola porośnięte w znacznej mierze winoroślą.

– Harry, wiesz, że na tych terenach w średniowieczu rozkwitała kultura i życie miejskie? W tamtych czasach z Langwedocją równać się mogła jedynie północna Italia i Katalonia – odezwała się kobieta w chuście, która chroniła jej ciemne włosy przed wiatrem. Trzymała przed sobą podręczny przewodnik. – Tutaj jest napisane, że określana była wtedy jako Hrabstwo Tuluzy.

Siedzący za kierownicą mężczyzna poprawił okulary przeciwsłoneczne i nieco zwolnił.

– Mnie historyczne wzmianki na ten temat nie bardzo interesują. – Zerknął w jej kierunku, ale szybko na powrót skoncentrował się na drodze. – Raczej nie mogę się doczekać, aż dotrzemy na miejsce i skosztuję wreszcie tego wybornego wina.

Towarzyszka westchnęła, słysząc odpowiedź.

– Przypominam, że prowadzisz. A tak poza tym, mógłbyś jednak okazać trochę większe zainteresowanie i zapoznać się z kulturą regionu. Francja ma przecież tak bogatą historię i…

– I słynie z produkcji świetnego wina – wtrącił się, a błądzący na jego twarzy uśmieszek nie znikał.

– Naprawdę czasami strasznie mnie irytujesz.

– Barbara, skarbie. Jesteśmy na wakacjach. Wybacz, proszę, ale nie mam ochoty na wysłuchiwanie historii z zamierzchłej przeszłości. Po co się tym katować? Zamiast wpatrywać się w ten przewodnik, powinnaś skupić się na widokach i krajobrazie. Spójrz tylko, jak tu pięknie oraz spokojnie.

Harry zdjął jedną dłoń z kierownicy i wystawił ją na zewnątrz. Przez moment cieszył się tym dziwnym, ale przyjemnym uczuciem, gdy powietrze napierało na jego rękę i prześlizgiwało się między palcami.

W oddali wznosiły się wapienne wyżyny porośnięte garrigą1. Niebo było bezchmurne, a słońce wyjątkowo bezlitosne.

– No dobrze – odezwała się wreszcie kobieta, zamknęła przewodnik i wrzuciła go do schowka. – No więc? Co na dziś zaplanowałeś?

– Jesteś ciekawa? – Wyszczerzył białe zęby. – Powiem ci tylko tyle, że główną atrakcję zostawiłem na wieczór.

– Główną atrakcję?

– Zobaczysz – odparł zdawkowo i przyspieszył, gdy przejechali most, a droga zaczęła łagodnie opadać tak, że był w stanie zobaczyć, że są aktualnie jedynymi podróżującymi tym szlakiem.

– Harry! – krzyknęła Barbara, unosząc dłoń, aby przytrzymać chustę na głowie. – Zwolnij!

Mężczyzna roześmiał się głośno i nie zważając na protesty małżonki, mknął dalej do przodu.

Kilka godzin później zatrzymali się na wzgórzu, gdzie w otoczeniu upraw winorośli wznosił się zamek. Było już późno, a zachodzące słońce prawie zniknęło za wzniesieniami.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała kobieta, wychodząc z samochodu i przyglądając się posiadłości.

Budynek w stylu rokoko o wysublimowanych kształtach, oświetlony ostatnimi promieniami naturalnego światła, wyglądał wyjątkowo klimatycznie. Biała fasada skąpana w złocistym blasku kontrastowała z bladoniebieskim pokryciem dachowym, które nabrało o tej porze głębi. Dobrze utrzymany ogród, gdzie można było dostrzec rzeźby pulchniutkich aniołków, otaczały przycięte krzewy i kwiaty.

– Zaskoczona? – Harry dołączył do żony i objął ją ramieniem. – Piękny, prawda?

– Tak, ale… Co to za miejsce? Nie przypominam sobie, żeby w przewodniku pisali coś o…

– Tego miejsca nie znajdziesz w żadnym przewodniku. Zamek należy do jakiegoś bogacza, jego rodzina dziedziczy go z dziada pradziada. To jakiś stary ród szlachecki. W każdym razie te uprawy winorośli, które mijaliśmy, również należą do właściciela posiadłości. Facet ma własną winnicę i zajmuje się produkcją wina.

Barbara spojrzała na niego, unosząc brew.

– Więc to kolejne przedsiębiorstwo winne? Nie masz już na dzisiaj dosyć wina? Kupiłeś osiem butelek. – Zerknęła na bagażnik samochodu.

– Czy to źle, że chciałem zjeść romantyczną kolację w zamku razem z żoną?

– Kolację?

– Tak. Na parterze znajduje się restauracja, która czynna jest tylko po zmroku. – Harry zaoferował małżonce ramię, a potem spokojnie ruszyli w stronę otwartej bramy, gdzie właśnie zapłonęły dwie latarnie. – Raz w tygodniu można tutaj zjeść najlepsze dania kuchni francuskiej oraz skosztować sławnego Vermillionu.

– Vermillionu?

– To nazwa wina, ale również i samej posiadłości.

– Vermillion – powtórzyła kobieta, gdy przechodzili obok pięknie utrzymanego ogrodu. – Pierwsze słyszę.

Drzwi do posiadłości otwarte były na oścież, do środka prowadził czerwony dywan. Kiedy para znalazła się wewnątrz, na moment przystanęli w holu, gdyż zaparło im dech w piersiach. Wystrój przypominał ten rodem z osiemnastego wieku. Drogie rzeźbione meble, ogromne obrazy, kunsztownie zdobione żyrandole. Wchodząc do środka, miało się wrażenie, że czas się tu zatrzymał.

Barbara skupiła wzrok na zwisającym z sufitu czerwonym gobelinie, na którym wyhaftowano złoty krzyż. W tej jednej chwili miała ochotę wrócić do samochodu i zerknąć do przewodnika. Była bowiem święcie przekonana, że identyczny widziała w książce i przedstawiał on herb hrabiego Tuluzy. Jej uwaga rozproszyła się, gdy powitał ich mile wyglądający kierownik sali.

Para została poprowadzona do stolika. Kiedy zajęli miejsca i złożyli zamówienie, Barbara zaczęła rozglądać się wokoło. Była pod wrażeniem samego lokalu, jak i atmosfery, która tutaj panowała. Stwierdziła, że mimo iż nie było wspominane w przewodnikach, to i tak cieszyło się dużą popularnością. Sala była praktycznie pełna. Czterech kelnerów lawirowało wśród gości, uśmiechając się uprzejmie, i dbało o ich potrzeby.

– I jak ci się tutaj podoba? – zapytał podniecony Harry, lekko nachylając się nad stołem.

– Jest… niesamowicie – wydusiła w końcu, a gdy miała właśnie coś dodać, jej wzrok padł na gości siedzących przy stoliku po drugiej stronie pomieszczenia.

Byli w pewien sposób odizolowani od pozostałych, a do ich miejsca prowadziło kilka stopni. Poniżej niewielkiej platformy stał fortepian, za którym siedziała kobieta i umilała czas gościom swoją grą.

Tę odosobnioną przestrzeń zajmowali dwaj mężczyźni. Starszy z nich, ubrany w garnitur, miał czarne włosy, które lekko kręciły się i opadały na kark. Wyraziste rysy, prosty nos oraz ostry podbródek nadawały jego twarzy iście mrocznego uroku. Rodem z gotyckiej powieści. Ciemne oczy wyróżniały się na tle bladej skóry i onieśmielały. Mężczyzna tylko siedział i patrzył gdzieś przed siebie, a mimo to rozsiewał wokół niebywały czar elegancji. Barbarze w końcu udało się oderwać od niego wzrok i skupić na jego towarzyszu.

Młodzieniec, pomyślała w pierwszej chwili, gdy smukła, ale jeszcze w pewien sposób dziecięca twarz zwróciła się w jej kierunku tak, że mogła ją w pełni podziwiać. Jasne, długie włosy zebrane były na karku i spięte szkarłatną wstążką. W przeciwieństwie do swojego towarzysza miał na sobie tylko białą koszulę rozchyloną na piersiach oraz obcisłe, ciemne spodnie. Jego niebieskie oczy zwróciły się w pewnej chwili na siedzącego obok mężczyznę. Barbara dostrzegła ruchy pełnych warg, gdy coś mówił. Rozszerzyła lekko oczy w zdumieniu, kiedy ujrzała, jak ciemnowłosy nieznajomy sięga do półmiska, w którym znajdowały się białe winogrona, a potem karmi chłopaka. Był to gest, który sprawił, że zaczęły ją palić policzki. Szybko odwróciła wzrok i utkwiła go w kieliszku z wodą.

– Coś nie tak? – zapytał Harry, nieco zdziwiony zachowaniem żony.

– N… nie – zająkała się. – Tylko…

– O! – przerwał jej podniecony mąż. – Widzę już sommeliera – zakomunikował zadowolony.

Rzeczywiście niebawem pracownik restauracji podszedł bliżej i zaczął od prezentacji butelki Harry’emu. Kobieta zmierzyła go wzrokiem, lecz szybko straciła zainteresowanie i zerknęła na butelkę owleczoną czerwoną etykietą. Wkrótce rozległ się spokojny głos, gdy mężczyzna zaczął opowiadać o regionie, z którego pochodzi trunek, oraz o samym winie. Kiedy usłyszała nazwę szczepu, przestała się skupiać, w przeciwieństwie do swojego męża, który – jako koneser – zafascynowany chłonął każdą informację. Barbara czuła się nieco znudzona, gdy obserwowała standardową procedurę otwarcia wina oraz sprawdzenia korka.

– Kto z państwa będzie degustował? – Ponownie do jej uszu dotarł przyjazny, aczkolwiek monotonny i pozbawiony wyrazistości głos sommeliera.

– Ja – odezwał się Harry, a mężczyzna skinął głową i nalał wina do kieliszka.

Widząc, jak jej mąż poważnie podchodzi do tego zadania i z miną prawdziwego znawcy sprawdza kolor, zapach i smak, uśmiechnęła się pod nosem.

Podczas gdy rozmowa na temat wina wciąż się toczyła, wzrok Barbary prześlizgnął się po innych gościach restauracji, by na końcu mimowolnie zatrzymać się na mężczyznach siedzących przy stoliku zapewne przeznaczonym dla szczególnie ważnych gości. Ku jej zdumieniu dostrzegła, że spojrzenie młodzieńca zwrócone jest w jej kierunku. Wyprostowała się instynktownie i założyła za ucho pasmo ciemnych włosów. Chociaż nie wiedziała, czym zasłużyła sobie na tę uwagę, nie miała wątpliwości, że on patrzy dokładnie na ich stolik.

Sommelier nachylił się i po zaakceptowaniu wina przez Harry’ego napełnił oba kieliszki. Barbara natomiast nieustannie obserwowała tajemniczych gości, którzy z jakiegoś powodu wzbudzili w niej ciekawość. W chwili gdy pracownik restauracji postawił butelkę na ich stoliku, a potem uprzejmie się ukłonił i oddalił, zrozumiała, że chłopak nie patrzy tak naprawdę na nich, lecz właśnie na tego mężczyznę. Podążał za nim wzrokiem, a jego twarz wykrzywił grymas pogardy. Wiedziona ciekawością rozejrzała się za sommelierem, ale zdołała tylko dostrzec, jak znika za drzwiami, opuszczając salę. Poczuła, że ogarnia ją rozczarowanie. Żałowała, że nie przyjrzała się mężczyźnie bardziej wnikliwie. Wkrótce podszedł do nich kelner.

– Wołowina po burgundzku – odezwał się Harry. Nie mógł powstrzymać odruchu przełknięcia śliny. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo był głodny. – Coś nie tak? – zapytał, chwytając za sztućce i spoglądając na żonę.

– Ten mężczyzna… – zaczęła, zastanawiając się nad czymś intensywnie.

– Mężczyzna? – powtórzył między kolejnymi kęsami wołowiny.

– No, ten sommelier. Nie uważasz, że… – Urwała, gdy spostrzegła rozbawiony wyraz twarzy Harry’ego. – No co? Co tak patrzysz? Powiedziałam coś śmiesznego?

– Nie, tylko – upił łyk wina – skarbie, chyba będziesz musiała umówić się na wizytę do specjalisty.

– Specjalisty? Jakiego specjalisty? – Zmarszczyła brwi.

– Okulisty. Sommelier to była kobieta.

– Kobieta? – Zatrzymała widelec w powietrzu. – Co? Nie. Przecież…

– Kobiety też noszą krótkie włosy – skomentował i znów skupił się na jedzeniu.

Barbara zamilkła i za wszelką cenę próbowała odtworzyć w wyobraźni wygląd twarzy pracownika restauracji, ale poświęciła mu tak naprawdę tylko jedno spojrzenie. Jedyne, co wtedy stwierdziła, to że jest wyjątkowo bezbarwną postacią, której aparycja nie zapada na dłużej w pamięć. Po głębszym zastanowieniu uznała, że może rzeczywiście jego twarz posiadała androgeniczne rysy.

Po dwóch godzinach opuścili restaurację i udali się do samochodu.

– Zadzwoniłaś po kierowcę? – zapytał Harry, gdy dostrzegł czekającą przy pojeździe postać.

– Kierownik sali był tak miły, że mi pomógł. Ty przecież nie możesz prowadzić w takim stanie.

– Takim stanie? – żachnął się. – Przepraszam cię bardzo, ale czuję się świetnie.

– Wypiłeś aż cztery kieliszki wina.

– Było przepyszne. Naprawdę jeszcze nigdy nie piłem tak wybornego czerwonego wina. Vermillion. – Posmutniał. – Szkoda, że to wino nie jest ogólnodostępne. No nic – rozpogodził się i pocałował żonę w policzek – za rok też tutaj przyjedziemy. Swoją drogą, powiesz mi, o czym tak długo rozmawiałaś z tym kierownikiem, bo raczej nie prosiłaś go tylko o znalezienie kierowcy…

– Zapytałam go o pewnych gości.

– Gości? – Harry spojrzał z zainteresowaniem na żonę.

– Tak. Pewni ludzie zwrócili moją uwagę i okazało się, że jednym z nich był właściciel.

– Właściciel? W restauracji był dziś właściciel? Gdzie? Jak wyglądał?

Barbara zadarła nieco głowę i spojrzała na rozgwieżdżone niebo.

– Charioce de la Gardie. Naprawdę przystojny mężczyzna.

Wkrótce wsiedli do samochodu, a kobieta nie mogła się doczekać, aż wrócą do hotelu i będzie mogła dodać na swojego bloga wpis dotyczący dzisiejszych atrakcji.

Rozdział 2

Rok później

O poranku kobieta o krótkich, jasnych włosach i przenikliwych piwnych oczach stała przed lustrem. Wkładała właśnie ciemną kamizelkę na białą bluzkę. Poprawiła mankiety i kołnierzyk. Następnie sięgnęła po marynarkę, która wisiała na stojącym obok drewnianym wieszaku. Kiedy ją włożyła, wygładziła ciemny materiał i oceniła swój wygląd. Stwierdziła, że wygląda schludnie, odeszła więc parę kroków i zwróciła uwagę na wypastowane lakierki. Czubki butów świeciły się, zupełnie jakby były nowe. Gdy upewniła się, że nie ma na nich żadnej skazy, podeszła do stolika i zabrała z niego białe rękawiczki. Omijając ogromne łóżko, zbliżyła się do komody sąsiadującej z drewnianą szafą. Stał na niej duży, wypełniony cukierkami słój. Otworzyła go i wyjęła jednego. Wyszła na balkon i spoglądając na rozciągające się w oddali wzgórza uprawy winorośli, niespiesznie odwinęła papierek i wsunęła sobie słodycz do ust. Ssała powoli.

Widziała, jak dwóch ogrodników sadzi nowe kwiaty, a zatrudnieni mężczyźni rozładowują właśnie samochód, który przyjechał prosto z pobliskiej winnicy. Przenosili drewniane skrzynki wypełnione drogocennymi butelkami do piwniczki zamku.

Kiedy się tak wszystkiemu przyglądała, orzeźwiający, lekko gorzkawy smak ziół w jej ustach zniknął bezpowrotnie, pozostawiając po sobie tylko uczucie rozczarowania. Kobieta spojrzała na papierek, który trzymała w dłoni, i delikatnie, z niezwykłą wręcz starannością wygładziła go.

Niespodziewanie jej rozmyślania przerwał tętent końskich kopyt. Prowadzącą do posiadłości aleję obsadzoną cyprysami przemierzał właśnie młody mężczyzna na potężnym, białym andaluzie.

Jego jasne włosy związane na karku połyskiwały złotem w promieniach słońca. Ubrany w kompletny strój do jazdy konnej trzymał w dłoni pejcz. Nie miał natomiast czako. Czuł się pewnie w końskim siodle i uważał, że jest mu zbędne. Wszyscy obecni na dziedzińcu i w ogrodzie przerwali na moment pracę i zaczęli się kłaniać, gdy mężczyzna mijał ich kłusem. Kiedy zatrzymał się przed wejściem do zamku, zadarł głowę i spojrzał prosto na kobietę. Jego niebieskie oczy znacznie się zwęziły, a twarz wykrzywił grymas, który nie miał za wiele wspólnego z uśmiechem i niewątpliwie niszczył gładkie oblicze młodzieńca.

Wkrótce podbiegł do niego stajenny, by chwycić ogiera za uzdę. W tym czasie chłopak zeskoczył z konia, wyrzucając z siebie tylko jedno polecenie, zacisnął mocniej dłoń na szpicrucie i zniknął w środku posiadłości.

Kobieta przeniosła wzrok na srebrny papierek, który trzymała w dłoni, a potem wróciła do pokoju. Wyjęła z kieszeni niewielki klucz i wysunęła spod łóżka metalową szkatułkę. Sprawnie ją otworzyła, aby później włożyć do środka wyprasowane, lśniące opakowanie, które wylądowało na samej górze sterty sobie podobnych.

– Spisałaś się, Tonny – pochwaliła samą siebie.

Wsunęła szkatułkę z powrotem pod łóżko i w końcu wyszła z pomieszczenia. Przemierzając korytarz, mijała lśniące i wypolerowane zbroje czterech średniowiecznych rycerzy. Zatrzymała się przy niewielkim stoliku stojącym obok okna, przed portretem pewnej damy, i poprawiła serwetę, która znajdowała się pod wazonem ze świeżymi kwiatami. Gdy uznała, że wszystko jest jak trzeba, zrobiła krok w tył i się odwróciła. Na korytarzu nie była już jednak sama. Młody mężczyzna w stroju do jazdy konnej przyglądał się jej z niecierpliwością, uderzając pejczem o udo. Bez zastanowienia podeszła do niego i skłoniła lekko głowę w uprzejmym geście powitania.

– Panie Lavalier, czy poranna przejażdżka się udała? – zapytała, prostując się i spoglądając mu w oczy.

Byli praktycznie tego samego wzrostu, chociaż dzieliła ich różnica czterech lat. Mężczyzna nie odezwał się ani słowem, tylko uśmiechnął się arogancko i wysunął przed siebie prawą nogę.

Tonny nie musiała pytać, by wiedzieć, czego od niej chce. Spokojnie wyjęła z kieszeni jedwabną chusteczkę, a potem, uklęknowszy na jedno kolano, podniosła jego stopę i postawiła ją sobie na udzie. Zaczęła czyścić wysoki, skórzany but z resztek błota. Podobnie postąpiła z drugim, a gdy skończyła, na jej ciemnych spodniach zostały brudne ślady. Mimo to wstała i po raz kolejny skłoniła się uprzejmie chłopakowi. Chciała wrócić do swoich obowiązków, ale zatrzymał ją władczy głos:

– Pozwoliłem ci odejść?

Dziewczyna odwróciła się powoli i złożyła przed sobą dłonie. Na jej twarzy trudno było szukać jakichkolwiek emocji.

– Czy ma pan jeszcze jakieś życzenie? – spytała, patrząc mu prosto w oczy, co ewidentnie mu się nie spodobało.

Nagle pokonał dzielący ich dystans, chwycił ją za poły marynarki i przyciągnął do siebie.

– Życzenie? – wycedził przez zęby. – Nie zmieniło się od wczoraj i przedwczoraj, i od półtora roku! Wynoś się stąd!

Zacisnął mocniej dłonie na miękkim materiale.

– Bardzo mi przykro, panie Lavalier, ale to jedyna rzecz, której nie mogę zrobić. Jeszcze nie. Proszę o trochę więcej czasu.

Chłopak prychnął zirytowany pod nosem i puścił ją, odpychając od siebie. Zmierzył Tonny wzrokiem od stóp do głowy.

– To ja jestem Sommelierem, rozumiesz?

– Nie podaję tego w żadną wątpliwość.

– Ten zamek należy teraz do Charioce’a!

– Naturalnie.

Widząc jej niczym niezmącony spokój, poczuł, jak ogarnia go coraz większy gniew. Zacisnął dłoń na szpicrucie i wziął zamach. Niewątpliwe chciał ją uderzyć, ale jego ręka zatrzymała się w połowie ruchu.

– Powinnaś… Powinnaś już nie żyć, skoro twój pan zginął! – Zgrzyt białych zębów był doskonale słyszalny. – Cholera! – Z całej siły złamał szpicrutę na kolanie.

Potem, nie zwlekając ani chwili, rzucił ją na podłogę, odwrócił się na pięcie i udał w głąb posiadłości.

Tonny stała przez chwilę w miejscu, ale gdy jej wzrok spoczął na grudkach ziemi, które wtopiły się w materiał jej spodni, zawróciła do swojej sypialni, by zmienić ubranie.

Było już po południu, gdy młoda dziewczynka z grubym, kasztanowym warkoczem biegła przed siebie wśród krzewów winorośli. Nie zatrzymywała się, zmierzając do konkretnego miejsca. Kiedy dostrzegła w oddali białą koszulę, uśmiechnęła się do siebie i przyspieszyła.

– Tonny! – krzyknęła, wciąż będąc spory kawałek od dziewczyny, uniosła dłoń i machała energicznie w jej stronę. – Tonny!

– Moreau, co tu robisz? – zapytała kobieta, gdy zdyszana czternastolatka zatrzymała się przed nią.

Opalona dziewczynka zmarszczyła cieniutkie brwi i wzięła się pod boki, patrząc na nią groźnie.

– Mówiłam ci przecież, że możesz mówić do mnie Ella.

– Moreau – powtórzyła spokojnie Tonny, a jej kąciki ust lekko się uniosły.

W reakcji na to ta tylko westchnęła. Nie spodziewała się bowiem innej odpowiedzi. Znała ją od dawna i przez cały ten czas kobieta zwracała się do niej po nazwisku, podobnie jak w przypadku innych osób. Dziewczynka spojrzała na jasne kosmyki, które przylepiły się do spoconej twarzy i karku swojej towarzyszki. Rękawy jej białej i gdzieniegdzie ubrudzonej koszuli podwinięte były do łokci. Na dłoniach miała rękawiczki, które jednak teraz ściągnęła i odrzuciła za siebie do koszyczka. Znajdowały się w nim narzędzia ogrodnicze.

– Tonny, co robisz? Przecież to nie twoja praca. Winoroślą zajmują się… – Urwała, gdy dostrzegła, jak ta podnosi głowę i zamyka na moment oczy. Chłonęła światło słoneczne.

– Jedna z sadzonek się nie przyjęła – odezwała się w końcu i przykucnęła, wskazując na marnie wyglądającą roślinę.

– Hm? – Dziewczynka postąpiła podobnie i się schyliła. Dostrzegła nieco pożółkłe liście, które wyróżniały się na tle innych zdrowych roślin. – Rzeczywiście, już po niej.

– Nie. Jeszcze nie. Nie możesz tego wiedzieć.

Ella rozszerzyła oczy w zdziwieniu, ale wkrótce się uśmiechnęła.

– Tonny, jesteś dziwna, wiesz? – Zaśmiała się, wpatrując w jej profil. – Robisz rzeczy, których inni dorośli by nie robili.

– To znaczy? – Chwyciła konewkę i ostrożnie podlała roślinę.

– Zawsze się starasz.

Kobieta wstała i otarła spocone czoło. Słońce było dziś wyjątkowo intensywne.

– Nie.

– Nie? – Nastolatka podniosła się i założyła za siebie dłonie.

– Po prostu… – przerwała na chwilę, jakby się nad czymś zastanawiając – …po prostu daję drugą szansę.

Dziewczynka z zainteresowaniem zaobserwowała, jak rysy twarzy Tonny złagodniały, a oczy się zaszkliły.

– A! – krzyknęła. – Znów o nim myślisz, prawda? O poprzednim właścicielu. – Zamyśliła się. – Pan Charioce też dużo pracuje. Słyszałam, jak mama mówiła, że od świtu do nocy.

Kobieta ocknęła się, a potem westchnęła.

– Moreau, po co tutaj przyszłaś? Bo chyba nie po to, żeby mi pomóc?

Czternastolatka rozchyliła usta i się zarumieniła.

– Jeśli chcesz, to ci pomogę, tylko… – Urwała i zaczęła rysować okrąg końcówką buta w suchej ziemi.

– Tylko?

– Wiesz… – Spojrzała na nią dużymi, prawie czarnymi oczami. – Chodzi o Pana Pururu.

– Twojego kota?

Pokiwała energicznie głową.

– Widzisz, wyjeżdżamy z mamą na weekend do cioci i… Pan Pururu nie może z nami jechać. Mama zabroniła. – W oczach dziewczynki pojawiły się łzy. – Ciocia Inez jest uczulona na sierść. – Pociągnęła nosem. – I… I…

– Już, spokojnie. – Tonny poklepała nastolatkę po ramieniu, szybko wyciągając trafne wnioski. – Zajmę się nim.

– Naprawdę? – Ella od razu się rozpromieniła. – Wiesz, tylko tobie ufam. Lorenzo jest zwyczajnie głupi i nawet nie wie, że kot ma osiemnaście palców – oburzyła się. – I jak mogłabym powierzyć mu Pana Pururu?

– Lorenzo? Ten kolega z klasy, o którym mi ostatnio opowiadałaś?

– Ten sam.

Tonny chwyciła prawie pustą konewkę i podała ją dziewczynce, a sama zabrała koszyk. Powoli zaczęły kierować się w stronę drogi, która prowadziła do zamku. Rozmawiały przez ten czas głównie na temat kota, a raczej to Ella pouczała dziewczynę, jak ma się nim opiekować i czym go karmić.

Pożegnały się na dziedzińcu. Moreau pobiegła do kuchni, gdzie jako pomoc pracowała jej matka, a Tonny udała się na tyły posiadłości. Znajdowała się tam stajnia i pomieszczenie gospodarcze, w którym zostawiła narzędzia oraz konewkę.

Wychodząc na zewnątrz, spojrzała w niebo. Do zmierzchu było jeszcze kilka godzin. Normalnie – jako Sommelier pana domu – zaczęłaby przygotowania od powitania mistrza, ale ten obowiązek nie należał już do niej.

Na twarzy kobiety zawitał wyraz melancholii.

Jej mistrz – Adalbert Plantagenet – odszedł, zostawiając ją samą. Nie pozwolił jej podążyć za sobą, chociaż bardzo tego pragnęła. Zamiast tego wydał jej ostatnie polecenie, któremu nie mogła się sprzeciwić.

Rozdział 3

Zmrok jeszcze nie zapadł, ale zbliżał się nieuchronnie. Thaddeus włożył na siebie białą koszulę z żabotem i ciemne spodnie. Związał włosy, a kiedy był gotowy, wyszedł ze swojego pokoju. Pokonał korytarz i zszedł na parter. Potem skierował kroki do kuchni. Minął opuszczone kilkanaście minut wcześniej przez pracowników pomieszczenie i dotarł do schodów prowadzących prosto do piwnicy. Na kamiennych ścianach wisiały kinkiety, które rozjaśniały ponure miejsce. Na końcu znajdowały się drewniane drzwi do piwniczki na wino, które chłopak otworzył kluczami wyjętymi bez zastanowienia z kieszeni spodni.

Kiedy wszedł do środka, znalazł się w ekskluzywnie wyglądającym, nowocześnie urządzonym pomieszczeniu, które kontrastowało z tym, co można było widzieć po drodze, jaką człowiek musiał przebyć, żeby tutaj dotrzeć. Półki przypominające regały na książki wypełnione były winem. Różne marki i rodzaje leżakowały spokojnie, czekając na to, aż ktoś ich w końcu skosztuje.

Mężczyzna wybrał drugą aleję i doszedł na jej skraj. Znajdowała się tam dzisiejsza dostawa wina Vermillion. Butelki leżały równo obok siebie. Thaddeus zrobił dwa kroki w lewo i otworzył przeszkloną chłodziarkę, w której również znajdowało się wino tej marki. Następnie wyjął z kieszeni niewielką lampkę świecącą ultrafioletowym światłem. Powoli zaczął przesuwać nią po etykietach, aż wreszcie litera V na jednej z nich zajaśniała charakterystycznym, niebieskim blaskiem. Bez zastanowienia sięgnął właśnie po tę butelkę, odwrócił się na pięcie i opuścił piwniczkę.

Kilka minut później był już w przestronnej jadalni. Znajdowała się ona po drugiej stronie zamku, sąsiadując z częścią, która w każdy piątek zamieniała się w restaurację.

Na dębowym stole, zasłanym ręcznie haftowanym obrusem, stał już srebrny, wysadzany rubinami kielich. Chłopak odłożył wino do stojącego w pobliżu stojaka, a potem dokładnie przyjrzał się naczyniu. Po chwili, dla pewności, sięgnął po złożoną na stole chustę i jeszcze raz je wypolerował.

Słońce zaszło już jakiś czas temu. Tonny siedziała na łóżku i wpatrywała się w okno. Cienie w jej sypialni wydłużały się z każdą minutą, aż do momentu gdy nie opanowały całej przestrzeni, pogrążając ją w mroku nocy. Dopiero wtedy dziewczyna wstała i poprawiła białe rękawiczki oraz marynarkę.

Nieśpiesznie zeszła na parter. Stąpając po schodach, dostrzegła w otwartych drzwiach Thaddeusa i dwie pokojówki. Gdy usłyszał kroki, posłał w jej kierunku tylko jedno beznamiętne spojrzenie, a potem znowu utkwił wzrok przed sobą, wypatrując kogoś, a raczej… czegoś.

Kobieta dołączyła do niego, ale nie śmiała się z nim zrównać. Znała swoje miejsce i dlatego zatrzymała się pięć kroków za Lavalierem. Cisza się przedłużała, a atmosfera, łagodnie mówiąc, była nieprzyjemna. Tonny sięgnęła do kieszeni i wyjęła zegarek na złotym łańcuszku.

Już czas – pomyślała w duchu.

Wkrótce brama prowadząca do posiadłości zaczęła się otwierać, a dwa snopy światła zamigotały, by zniknąć i za moment znowu się pojawić. Samochód jechał właśnie jedyną drogą, która prowadziła do zamku.

Czarny mercedes pojawił się na dziedzińcu, ominął ogród i zatrzymał się dokładnie przed wejściem. Szofer wysiadł z niego i otworzył tylne drzwi.

Najpierw zobaczyła idealnie wypastowane buty.

Ich właściciel był niewyobrażalnie piękny. Alabastrowa, gładka skóra kontrastowała z czarnym ubiorem. Lekko kręcone włosy opadały na czoło i kark, a ciemne oczy lśniły w niebezpieczny sposób, odbijając światło pobliskiej latarni. Poruszał się bezszelestnie i z gracją dzikiego kota.

– Mistrzu – zwrócił się do niego Lavalier, skłaniając głowę, gdy ten zatrzymał się obok, a pokojówki dygnęły.

– Deus. – Głęboki i wdzięczny głos wypełnił przestrzeń, cudownie rozbrzmiewając w uszach. – Dobrze cię znowu widzieć.

Uśmiechnął się, a białe zęby zalśniły.

– Czekałem na ciebie, panie.

Mężczyzna ponownie uniósł kąciki ust i zbliżył się do chłopaka. Dotknął czule jego policzka i powoli się nachylił. Jego wargi musnęły pełne usta Thaddeusa, a dłoń przesunęła się na kark.

Tonny stała w miejscu, przypatrując się im. Nie czuła zawstydzenia, w przeciwieństwie do jednej z dwóch młodych kobiet, która nie wiedziała, gdzie ma teraz podziać swoje zielone oczy.

Powszechnie wiadomo było, że Sommelierzy Lordów często stawali się również ich kochankami. Można nawet rzec, że ona była jednym z niewielu wyjątków, ponieważ taka relacja nie łączyła jej z Adalbertem.

Dziewczyna pogrążyła się w myślach i ocknęła dopiero, gdy obecny właściciel posiadłości minął ją, idąc ramię w ramię z Thaddeusem. Obejmował go w pasie i nawet nie zwrócił na nią uwagi. Spuściła głowę i nie musiała patrzeć w ich kierunku, by wiedzieć, że na twarzy Lavaliera pojawił się właśnie wyraz triumfu. Kiedy zniknęli za drzwiami jadalni, Tonny wyprostowała się i rozluźniła.

Pokojówki uznały swój obowiązek za wykonany i wróciły do własnych sypialni, by położyć się w końcu po ciężkim dniu. Jedna z nich uśmiechnęła się w stronę kobiety, ale czekająca na nią przyjaciółka wydawała się zniecierpliwiona, więc dziewczyna szepnęła tylko: „Dobranoc”.

Potem uwaga Tonny skupiła się na odjeżdżającym mercedesie. Patrzyła na samochód, dopóki nie zniknął jej z oczu. Następnie zamknęła dwuskrzydłowe drzwi i skierowała się do jadalni. Może była „emerytowanym” Sommelierem, ale to nie zwalniało jej z obowiązku towarzyszenia panu tego domu. Podeszła do drzwi, a później wykonała dwa kroki w lewo i się odwróciła.

Etykieta była wszystkim.

Jej wzrok padł na zbroję średniowiecznego rycerza stojącą dokładnie dwadzieścia metrów przed nią.

Zachowując profesjonalizm, Thaddeus przechylił butelkę i wkrótce gęsta ciecz, która wino przypominała tylko kolorem, wypełniła srebrny kielich.

– Zero Rh minus, tak jak sobie życzyłeś, panie – powiedział ostrożnie, podnosząc butelkę i zakładając jedną rękę za plecy.

– Hmm – mruknął Charioce i zakołysał kielichem, aby najpierw uraczyć się zapachem. Na moment zamknął oczy, a gdy je ponownie otworzył, nie miały koloru nocy, lecz lśniły nienaturalnie szkarłatnym światłem.

Lavalier zerknął na mężczyznę i gdy zobaczył, jak z jego ust zaczyna spływać krew, podał mu szybko jedwabną chusteczkę. Nie był zaskoczony takim obrotem spraw. Gdy białe kły się wydłużały, często raniły usta jego pana. Na szczęście rany zasklepiały się błyskawicznie, choć niestety zostawiały po sobie nieestetyczne ślady krwi.

Charioce w końcu przechylił puchar i wypił wszystko do dna.

– Wyborna – stwierdził. Odkładając kielich, oblizał wargi, tym samym zdarł z nich nienaturalną czerwień, którą pozostawił Vermillion. – Ale nie jest tak pyszna jak wtedy, gdy piję ją bezpośrednio. – Uśmiechnął się, spoglądając wymownie na chłopaka. – Ma to jednak związek nie tyle z krwią, co ze sposobem jej podania.

– Mistrzu, jeśli tylko takie jest twoje życzenie, sprowadzę do posiadłości żywe „naczynie”.

Charioce rozsiadł się wygodnie.

– Nie – powiedział po chwili. – Nas, Lordów, obowiązuje Etykieta, czyżbyś zapomniał, mój miły?

– Ignorant ze mnie. – Chłopak się pochylił. – Proszę o wybaczenie.

– Polowania na ludzi to już zamierzchła przeszłość. – Przechylił lekko głowę, podpierając ją dłonią, i zerknął na butelkę, która stała na stole. – Teraz pozyskujemy ją w bardziej humanitarny sposób. Wieki średnie pokazały, że lepiej nie ujawniać swojego istnienia ludziom. To niepotrzebnie popsuło relacje między naszymi rasami i prawie doprowadziło do wojny. Dlatego właśnie trzymamy się Etykiety stworzonej przez pierwszego Lorda.

– Rozumiem. Dziękuję, że mi o tym przypomniałeś, panie.

Charioce uśmiechnął się łagodnie.

– Deus, nie tak łatwo jednak jest wyrzec się własnej natury.

Wampir chwycił chłopaka za przedramię i przyciągnął do siebie tak, że ten usiadł mu na kolanach.

– Mistrzu?

– Charioce. Mówiłem ci już, że kiedy jesteśmy sami, możesz się do mnie zwracać po imieniu.

De la Gardie przesunął językiem po gładkiej szyi Thaddeusa, na co on w odpowiedzi napiął wszystkie mięśnie i wbił mocniej palce w ramiona mężczyzny.

– Sami? – powtórzył zduszonym głosem i odwrócił lekko głowę w kierunku drzwi.

Wampir to zauważył i przerwał pieszczoty.

– Mówiłem ci, że musisz uzbroić się w cierpliwość.

– Co tylko rozkażesz.

Na moment zapadła między nimi cisza. Lavalier unikał wzroku swojego mistrza. De la Gardie westchnął, reagując na wyraz twarzy kochanka.

– Rozmawialiśmy na ten temat już wiele razy. – Uniósł delikatnie jego podbródek i zmusił, by chłopak ponownie na niego popatrzył. – Już niedługo. Przysięga, którą złożyłem, wkrótce wygaśnie, a wtedy… Tonny Plantagenet będzie musiała stąd odejść.

– Odejść? Sommelierzy związani są służbą do śmierci.

– Łapiesz mnie za słowa. – Zaśmiał się. – Chciałem być bardziej taktowny. – Podniósł dłoń i założył mu za ucho zbłąkany kosmyk włosów. – Ale tak, masz rację. Kiedy zostanę zwolniony z przysięgi, będę mógł się jej w końcu pozbyć. I o ile sama nie przysięgnie lojalności Orsorze, zginie. Zgodnie z Etykietą. Nieważne jednak, co wybierze, liczy się to, że znowu będziemy tylko ty i ja…

Ich spragnione usta się spotkały. Charioce pogłębił pocałunek, jednocześnie sprawnie wyciągnął koszulę ze spodni chłopaka. Powoli rozpiął jej guziki, a potem położył zimne dłonie na jego płaskim brzuchu. Z satysfakcją wyczuł, jak mięśnie się napięły. Przesunął ręce wyżej, na pierś, i ścisnął sutek.

Thaddeus jęknął i poruszył się niespokojnie.

– Charioce… Nie tutaj… – wydusił, gdy na moment się od siebie oderwali.

– Gdy wypowiadasz moje imię, czuję, jak krew się we mnie gotuje. Nie mogę czekać.

Znowu połączył ich usta, a jedna z jego dłoni zsunęła się i spoczęła na wybrzuszeniu w spodniach młodzieńca. Zacisnął ją delikatnie, a gdy dostrzegł, jak Lavelier poruszył biodrami, bez zastanowienia rozpiął jego spodnie. Po chwili trzymał już w dłoni nabrzmiałego członka. Najpierw nieśpiesznie zatoczył palcem wskazującym kilka okręgów wokół żołędzia, a potem wykonał kilka ruchów w górę i w dół.

– Charioce – mruknął Thaddeus, zaciskając mocniej dłonie na czarnej koszuli i ukrywając twarz w zagłębieniu szyi kochanka.

– O tak. Deus, jęcz głośniej, skarbie. Uwielbiam ten twój płaczliwy głos.

Mężczyzna kciukiem starł kroplę, która pojawiła się na czubku penisa, i używając jej jak lubrykantu przyspieszył swoje ruchy. W odpowiedzi chłopak zaczął oddychać coraz szybciej aż do momentu, gdy jego ciało się spięło. Osiągnął spełnienie.

– Dobry chłopiec – wyszeptał wampir, rozcierając w palcach kleistą substancję.

Po chwili Lavalier doszedł do siebie i odsunął się nieco.

– Przepraszam – powiedział, gdy dostrzegł, że splamił ubrania mistrza spermą.

De la Gardie uśmiechnął się i wsunął sobie jeden z palców do ust. Zaczął go ssać, dokładnie zlizując resztki nasienia.

– Słodka, zupełnie jak twoja krew.

Butelka spadła ze stołu i rozbiła się w drobny mak.

Thaddeus jęczał i mruczał, leżąc oparty tułowiem o blat. Zaciskał dłonie na obrusie, podczas gdy Charioce trzymał ręce na jego wąskiej talii i uderzał rytmicznie swoimi biodrami o jego pośladki. Nagle mężczyzna pchnął mocniej, a z ust chłopaka wyrwał się krzyk.

– Jesteś cholernie ciasny – mruknął bliski spełnienia wampir i nachylił się, wbijając paznokcie w delikatną skórę.

– Tak, Charioce… Mocniej.

Lavalier jęczał, ale wyraz jego twarzy pozostawał niezmienny. Kamienna maska, na której jeszcze chwilę temu wymalowane było pożądanie. Zimne, niebieskie oczy utkwione były w drzwiach jadalni. I patrzyły tylko tam.

Rozdział 4

Nagi Thaddeus leżał w ogromnym królewskim łożu na skotłowanej pościeli w największej komnacie w zamku, która pełniła funkcję osobistej sypialni Charioce’a.

Wampir zapiął właśnie ostatni guzik ciemnogranatowej koszuli, którą wyjął z szafy, i obejrzał się przez ramię. Uśmiechnął się pod nosem, spoglądając na kuszące ciało naznaczone gdzieniegdzie czerwonymi znakami stanowiącymi pozostałość po ich namiętnej nocy. Podszedł bliżej, usiadł na skraju materaca i dotknął długich blond pasm.

– Deus – szepnął.

Chłopak poczuł na policzku zimną dłoń i wtulił się w nią zupełnie jak kociak domagający się pieszczot. Otworzył powoli oczy.

– Charioce, już wychodzisz?

– Do świtu pozostała godzina. – Pochylił się i pocałował go w czoło. – Śpij słodko.

– Ale w takim razie muszę… – zaczął Lavalier, podnosząc się na rękach.

– Nic nie musisz – wszedł mu w słowo i przechylił lekko głowę, ciesząc oczy jego pięknem.

– Ale zasady…

– Zasady ciebie nie obowiązują – przypomniał i nawinął sobie na palec blond pasmo.

– Jestem twoim Sommelierem.

– Służący. – Westchnął, wyglądając na niepocieszonego. – Naprawdę uważasz się tylko za służącego? Myślałem, że… – Urwał i odwrócił głowę.

Miał zamiar wstać, ale Thaddeus mu na to nie pozwolił, chwytając go za ramię.

– Wiesz, że chciałbym być kimś więcej. Pragnę tego.

– Czyż nie traktuję cię jak kogoś drogiego memu sercu?

Chłopak uniósł lekko kąciki ust, a potem przytulił się do niego.

– Ja ciebie też kocham. – W jego głosie pobrzmiewał smutek. – Tylko że…

– Tylko że? – ponaglił go.

– Nie będziemy mogli być wiecznie razem. Ty się nie starzejesz, a ja? Za dwadzieścia, trzydzieści lat, gdy moja uroda przeminie, znudzisz się mną i zostawisz.

Wampir zmarszczył brwi, słysząc te niesprawiedliwe słowa. Następnie ujął brodę chłopaka i sprawił, że ten uniósł głowę.

– Nie sądziłem, że masz o mnie takie zdanie – powiedział poważnie. – Moje uczucia do ciebie nie są tak płytkie.

– Nie o to mi chodziło – sprostował szybko, widząc jego rozdrażnienie. – Po prostu chciałbym być z tobą wiecznie. Już na zawsze być przy tobie…

Lavalier wsparł się na jego ramionach. Teraz klęczał na łóżku, patrząc mu prosto w oczy.

– Tylko tego pragnę. Być z tobą przez resztę wieczności.

De la Gardie uśmiechnął się, chwycił jego rękę w okolicy nadgarstka i przesunął kciukiem po delikatnej skórze.

– Ja też. Gdyby to tylko ode mnie zależało, nie wahałbym się ani dnia. Ale wiesz, że to nie takie proste. Przemiana w wampira to proces, który wymaga uzgodnienia na spotkaniu Rady Lordów. Zgodnie z Etykietą nie wolno nam przemieniać ludzi wedle własnego uznania. Dołączenie do klanu wymaga zgody pozostałych. W ten sposób kontrolujemy populację i chronimy tajemnicę naszej egzystencji przed światem. Wyobraź sobie tylko, do czego by doszło, gdyby ten dar zaczął się rozprzestrzeniać w sposób niekontrolowany? Wybuchłaby wojna. Młode wampiry zmuszone przez wewnętrzny głód, nad którym nie byłyby w stanie zapanować, atakowałyby ludzi. Nauka panowania nad tym instynktem zajmuje długie miesiące, a w niektórych wypadkach nawet lata. Poza tym ludzie, którzy dostępują tego zaszczytu, powinni być wyjątkowi i zasłużeni.

– Uważasz więc, że nie jestem godny stania się jednym z was?

– Źle interpretujesz moje słowa.

Thaddeus odsunął się od wampira i wstał z łóżka. Wszedł za parawan i zdjął z niego szlafrok. Włożył go i związał w pasie, zanim ponownie stanął przed Charioce’em.

– Co więc mam zrobić, żeby Rada mnie zaakceptowała? Jak mam udowodnić swoją miłość do ciebie?

Obaj wpatrywali się w siebie, milcząc. W końcu Lavalier podszedł do stolika, na którym znajdował się srebrny talerz, gdzie spoczywały idealnie pokrojone owoce. Wziął leżący tam ostry nożyk, służący do obierania jabłek, i przystawił go sobie do szyi.

– Co robisz? – Groźny głos Charioce’a rozniósł się po pomieszczeniu. Wampir wstał.

– Może powinienem to zakończyć tu i teraz. – Thaddeus nacisnął mocniej na skórę, a wkrótce zagłębienie wypełniła czerwona ciecz. – W ten sposób nie będę musiał więcej cierpieć…

Zamknął oczy, a wtedy Charioce, wykorzystując swoją nadludzką szybkość, zbliżył się do niego i chwycił go za rękę, boleśnie ściskając. Tym samym wytrącił mu z dłoni nóż.

– Oszalałeś?! – warknął wyraźnie rozgniewany, a jego oczy zabłysły na moment szkarłatnym światłem, gdy zapach świeżej krwi dotarł do wyostrzonych zmysłów. Skupił wzrok na strużce spływającej po smukłej szyi. – Nie pozwolę ci umrzeć. Nigdy! Należysz tylko do mnie!

Przyciągnął go do siebie, objął w pasie i pochylił się, aby zlizać krew. Thaddeus przymknął na moment oczy, przechylając głowę i ułatwiając mu w ten sposób dostęp do tętnicy.

Wkrótce drgnął, gdy poczuł delikatny ból towarzyszący przebiciu skóry przez ostre kły. Nieprzyjemne uczucie zniknęło jednak równie szybko, jak się pojawiło. Chłopak uniósł dłoń i wsunął ją w gęste czarne włosy wampira łapczywie pijącego jego krew.

Po chwili było już po wszystkim. Thaddeus poczuł się nieco senny i osłabiony. Charioce nie wypuścił go jednak z objęć, tylko wziął na ręce i przeniósł na łóżko. Sam usiadł obok.

– Dobrze, mój miły – zaczął, gładząc jego włosy. – Poruszę ten temat na następnym spotkaniu Rady. Wtedy oficjalnie poproszę o zgodę na przemianę i włączenie cię do klanu.

– Naprawdę?

– Dla ciebie, Deus, wszystko – szepnął, a potem paznokciem rozciął skórę na swoim kciuku i ścisnął go, wytaczając w ten sposób kilka kropel krwi. Ostrożnie roztarł ją w palcach, a później przesunął po ranach na szyi kochanka. Skóra zasklepiła się w okamgnieniu.

– Charioce, po prostu nie mogę bez ciebie żyć.

Wampir uśmiechnął się lekko, słysząc te słowa. Obserwował, jak Lavalier dotyka jego dłoni, a potem całuje jej wnętrze.

– Ja bez ciebie też już nie potrafię.

De la Gardie schodził właśnie ze schodów, mając zamiar opuścić posiadłość, gdy dostrzegł przy drzwiach znajomą sylwetkę.

– Spokojnego spoczynku, panie. – Tonny pochyliła głowę, kiedy ją mijał.

Przyzwyczajona do ignorowania jej osoby poczuła się zaskoczona, gdy mężczyzna niespodziewanie się zatrzymał.

– Wiesz, ile ci pozostało? – zapytał nieco znudzonym tonem.

– Dziewięćdziesiąt siedem dni, panie.

Kąciki ust wampira uniosły się, a na jego twarzy pojawił się niewróżący niczego dobrego cień.

– Zajmij się Thaddeusem. Teraz zasnął, ale potrzebuje treściwego śniadania, obfitego w żelazo, które pomoże mu zregenerować utraconą krew.

– Jak rozkażesz.

– Pamiętaj też, że to on jest twoim mistrzem, gdy mnie nie ma – upomniał ją.

– Zgodnie z twoim życzeniem, panie – odpowiedziała uprzejmie, wciąż trzymając nisko głowę.

Charioce zrobił jeden krok do przodu, ale – przypominając sobie o czymś – ponownie się zatrzymał. Tym razem jednak spojrzał na kobietę przez ramię.

– Jeśli podczas mojej nieobecności spadnie mu choć włos z głowy – zaczął niskim, mrocznym głosem, który sprawił, że wszystkie mięśnie w jej ciele się napięły – rozerwę cię końmi, a szczątkami nakarmię świnie, rozumiesz? Może i byłaś Sommelierem Adalberta, ale teraz, gdy odszedł, jesteś niczym więcej jak solą w oku wszystkich Lordów, a w szczególności w moim.

Tonny nieświadomie mocniej zacisnęła dłonie, a potem uklęknęła i oddała pokłon wampirowi.

– Proszę o wybaczenie – wydusiła, dotykając czołem podłogi.

Mężczyzna, widząc ten gest, poczuł tylko zniesmaczenie.

– Gdyby nie przysięga, którą na nas wymógł… – zaczął, lecz nie dokończył. Po prostu wyszedł niezadowolony na zewnątrz i wsiadł do samochodu, który już na niego czekał.

Stojąc przy oknie, Lavalier patrzył, jak mercedes odjeżdża. Wkrótce z aroganckim uśmiechem na ustach podszedł do lustra, które stało obok parawanu, i zrzucił z siebie szlafrok. Zaczął przyglądać się swojemu ciału. A im dłużej to robił, tym szybciej znikał z jego twarzy uśmiech. Szczególną uwagę zwrócił na sińce na nadgarstku, które były znakiem tylko ułamka prawdziwej siły wampira.

Po niedługim czasie wrócił do łóżka, położył się w nim i zapadł w sen.

Przypisy końcowe

1 Formacja roślinna występująca w klimacie śródziemnomorskim. Składa się głównie z zimozielonych, liściastych krzewów lub małych drzew.

© S.C. Alekto

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2024

ISBN 978-83-67749-96-1

Wydanie pierwsze

Redakcja

Justyna Szymkiewicz

Korekta

Anna Łakuta

Danuta Perszewska

Paulina Wójcik

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.