Van Dewar - Ryszard Anatol Woszczak - ebook

Van Dewar ebook

Ryszard Anatol Woszczak

0,0

Opis

Pragnienia mogą stać się twoją zgubą

Zafascynowany kulturą elfów baron Leon von Orvean ma wielkie marzenie. Towarzyszy mu ono od dziecka i nie pozwala zaznać spokoju. Może je spełnić tylko dzięki magicznemu, pradawnemu artefaktowi…

Odnalezienie tego bezcennego przedmiotu staje się obsesją Leona. Artefakt został jednak skrzętnie ukryty i zabezpieczony przed tysiącami lat. Według legendy znajduje się on w skarbcu położonym w podziemnym mieście Triavesminis, do którego dostępu bronią niezliczone rzesze potworów, nieumarłych oraz przerażających istot, niespotykanych na całym Ertamonie.

Szlachcic, czarodziejka, rycerz oraz najemnicy wyruszają w podróż, która wydaje się z góry skazana na porażkę. Niektóre pragnienia jednak pożerają od środka i zagłuszają zdrowy rozsądek – Leon wie, że musi spełnić swoje za wszelką cenę. Nawet jeśli oznacza to zmierzenie się z hordą nieumarłych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 818

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Ryszard Anatol Woszczak

Van Dewar

Słowo wstępu

Niniejsza książka została napisana na podstawie wspomnień protagonisty, barona Leona von Orveana z królestwa Forlais. Wspomnienia umieszczone w magicznym krysztale zwyczajowo dostarczono do Zakonu Marandura, gdzie spisana została księga. Nie była to jednak ta wersja niniejszego dzieła, gdyż tamta nie ujrzała nigdy światła dziennego i zapewne spoczywa pogrzebana głęboko w jednej z licznych bibliotek zakonu, do których nikt nie ma dostępu.

Książka udostępniona do powszechnego obiegu w EVII 2100 została zredagowana i uzupełniona przez barona Eilavena von Orveana, który jako jedyny miał dostęp do oryginału. O ile baron nie zaprzecza, że została uszczuplona przez niego o wydarzenia, które jego zdaniem nie miały żadnego znaczenia dla historii lub były nieodpowiednie — cokolwiek to oznacza — dla szerszego grona czytelników, to utrzymuje, iż za jego sprawą historia barona Leona została przekształcona w formę umożliwiającą jej czytanie i nic nie zostało drastycznie zmienione. Jakkolwiek uważam wspomniane twierdzenie za wątpliwe, jest to jedyna wersja historii barona Leona, która jest dostępna na kontynencie. W niniejszej drugiej edycji tej książki nie zostały wprowadzone żadne zmiany wobec pierwszego wydania, lecz poprawiono nieliczne błędy, których dopuścił się skryba przepisujący wersję do druku. Możemy mieć tylko nadzieję, że tym razem nie odnajdą państwo żadnych niechcianych skaz.

Dominik Valner

Redaktor naczelny i właściciel drukarni Valner w mieście królewskim Idylviris

Prolog

Panowała właściwie zupełna cisza. Otaczały mnie nieprzeniknione ciemności, które rozświetlała tylko niesiona przeze mnie lampa. Korytarz, którym szedłem, wydawał się nie mieć końca. Towarzyszyły mi tylko niezliczone kości tworzące wysokie na półtora tera ściany, ozdobione przez pięć idących wzdłuż długości korytarza rzędów czaszek. Należały prawdopodobnie tylko do ludzi i duasabe – bezimiennych niewolników zmarłych w pradawnych czasach z nieznanych przyczyn (chociaż osobiście podejrzewam, że niemalże wszyscy mogli zostać zamordowani przez swych panów). Każda czaszka i kość były pokryte warstwą żywicy, sprawiającą, że zdawały się stworzone z bursztynu. Przy świetle mojej lampy mieniły się one niczym klejnoty. Było to przerażające, ale i piękne.

Posadzka tych monumentalnych katakumb była wykonana z białego granitu, podobnie jak rzeźbione filary i sklepiony sufit. Masywne arkady, przypominające łuki triumfalne stawiane na powierzchni, stanowiły przejścia do wielkich okrągłych komnat. Podobnie jak filary, były bogato zdobione symboliką śmierci. Od czasu, gdy opuściłem ostatnią komnatę, minęło pół godziny, a wciąż nie dotarłem do kolejnej. Zapuściłem się prawdopodobnie dalej niż ktokolwiek inny od przynajmniej kilkunastu lat. Nie mogłem jednak zawrócić, bo cała ta wędrówka byłaby bezcelowa.

Na marszu w ciemnościach minęło mi kilka kolejnych minut, lecz w końcu zauważyłem łuk. Znalazłem kolejną komnatę. Prowadziły z niej trzy drogi, lecz z niepokojem zauważyłem, że dwie z nich to korytarze idące w przeciwnych kierunkach. Wyglądały dokładnie tak jak ten, którym właśnie przyszedłem. Jedyna droga, która się od nich różniła, wiodła na wprost mnie. Potężną arkadę zdobiły rozmaite inskrypcje, ale też dwa posągi przedstawiające tak zwanych sultvis, strażników zaświatów. Te przerażające potwory przypominały ludzi, lecz ich nogi wieńczyły kopyta. Posiadały również cztery ramiona oraz złożone upierzone skrzydła. Głowa z pięcioma zakrzywionymi rogami była wydłużona, dwukrotnie dłuższa od ludzkiej. Twarze miały przerażające, z czterema masywnymi kłami, groźną miną i czterema dużymi, strasznymi oczami. Ich ciała pokrywały pancerze z wielkim symbolem boga zaświatów na piersiach.

Nad ich postaciami, w górnej części łuku, znajdowała się złota tablica zapisana świętym pismem zaświatów. Była to modlitwa oraz imię osoby, która spoczywała w komorze. Wejście do niej blokowali jednak nie tylko strażnicy, lecz również solidne wrota wykonane z nierdzewnego metalu. Zgodnie z tradycją stwory te miały zaatakować każdego, kto próbowałby zakłócić sen spoczywającej tu osoby. O ile były to tylko przesądy, to możliwe, że komora była zabezpieczona jakąś ochronną magią. Z tego względu przykląkłem w odpowiedniej odległości i zmówiłem modlitwę oraz zapewniłem, że nie jestem intruzem. Następnie wstałem, skłoniłem głowę przed każdym ze strażników i tablicą, by w końcu podejść do wrót. W ich centrum znajdował się zamek. Szybko wyjąłem pęk kluczy i zacząłem sprawdzać każdy z nich. Dopiero jedenastym udało mi się otworzyć wejście. Niestety na tym problemy się nie skończyły. Wrota były niezwykle ciężkie i mimo pchania ich zrobienie szpary wystarczającej, by wślizgnąć się do środka, zajęło mi kilka minut.

Znalazłem się w niewielkim korytarzu, na końcu którego widniała wielka komnata. Nie wiedziałem jak duża, gdyż moja lampa nie oświetliła jej dostatecznie, bym dojrzał nawet jedną ścianę. Nagle poczułem przepełniający mnie strach. Słyszałem dziwny odgłos – coś jakby drapanie. Z niepokojem sięgnąłem do mojej szabli i wyjąłem ją, by następnie uważnie nasłuchiwać i obserwować ciemności. Drapanie nie ustępowało, lecz nie zmieniało położenia. Domyślałem się, o co chodzi. Wciągając stęchłe powietrze, a przynajmniej na tyle, na ile pozwalała mi moja maska, zacząłem iść wzdłuż ściany i zapalać stojące tu świece.

Komnata była zapewne największą ze wszystkich znajdujących się w katakumbach. Miała kształt sześcioboku o pięciu wnękach i sześciu grubych rzeźbionych filarach. Każdy bok mierzył trzy tery i był ozdobiony pięknymi malowidłami oraz nielicznymi łukowymi otworami. Zakrywały je włazy z nierdzewnej stali. W każdej z pięciu wnęk stał masywny sarkofag. Wszystkie wykonane były z białego marmuru i ozdobione złotymi tablicami. Dokładnie pośrodku komnaty znajdował się jeszcze jeden sarkofag, ogromny i bogato zdobiony, który był wyższy ode mnie i ponad dwukrotnie dłuższy. Górowała nad nim kopuła zapełniona malowidłami ukazującymi nocne gwieździste niebo z dwoma księżycami wyglądającymi jak oczy bóstwa.

Złota tablica widniejąca na największym sarkofagu głosiła: Tu spoczywa Triavestilis-Avendan-Tealistiris, książę imperatorskiej krwi i władca regionu Ilsvaredenti z nadania Jego Imperatorskiej Mości Irisperis-Sirinveteil-Irimanteila, najwyższego władcy i boskiego namiestnika. Niechże w boskim ogrodzie czeka go wieczne szczęście, a sprowadzone na poddanych dobro zwrócone zostanie tysiąckrotnie. Zrodzony w Iselistorminis w EV 128 946. Zginął w bitwie nad rzeką Saeltimre w EV 140 773. Pochowany w tym miejscu na własne życzenie.

Odnalazłem go. Naprawdę tu spoczywał. Książę Tealistiris, budowniczy tego miasta i swego czasu jeden z najznakomitszych elfich władców w Północnym Ertamonie. Wiedziałem, że musiał zostać pochowany w tych katakumbach, po prostu wiedziałem. Moje badania nie poszły na marne, podobnie jak pieniądze włożone w odkopanie tego zawalonego przejścia. Teraz musiałem tylko przeszukać tę komnatę.

Gdy po chwili euforia minęła, znowu zacząłem zwracać uwagę na niepokojące drapanie. Dochodziło ono zza włazów. Znajdowali się tam strażnicy, którzy nie usnęli. Nieumarli, kto wie, jakiego typu. Drapali w marmur, nie mając siły się wydostać. W elfiej kulturze mieli oni chronić komnatę i odstraszać intruzów, lecz nie wiedziałem, jak mają to robić zza tych stalowych wrót. W rzeczywistości musieli być winni śmierci księcia lub być jakimiś pechowcami, których nie zmumifikowano ani nie wykorzystano jako elementu ozdobnego dla katakumb, lecz skazano na zamknięcie żywcem w tych kamiennych trumnach. Po śmierci zapewne zmienili się w nieumarłych, być może w zwykłe szkielety, a może nawet draugrów. To było jednak bez znaczenia, gdyż nawet jeśli ich więzy puściły, to nie mogli się wydostać na zewnątrz z tego ciasnego pomieszczenia otoczonego litą skałą z powodu stalowego włazu. Trochę im współczułem, lecz lepiej, by tam pozostali.

Powoli i dokładnie zacząłem oglądać komnatę elfiego księcia. Pięć zdobionych sarkofagów należało do jego rodziny, a dokładniej trzech żon, syna i córki. Wedle opisu syn ten nie był jego pierworodnym, więc zapewne książę miał wielu synów. Najstarszy raczej tu nie spoczywał, a jeśli tak, to posiadał odrębne pomieszczenie. Dziwiła mnie jednak obecność młodszego syna księcia, gdyż wedle tablicy był pełnoletni. Musiał zapewne umrzeć bez osiągnięcia czegoś w życiu i bez założenia rodziny, skoro nie otrzymał własnej komnaty.

Marmurowa posadzka pokryta była symbolami układającymi się w piękny wzór. Zacząłem go uważnie oglądać, aż wreszcie namierzyłem znak posiadający ledwo widoczną, maleńką kropkę. Widząc go, wyjąłem dość ciężką kostkę z uchwytem i przyłożyłem do niego, równocześnie z trudem odsuwając na bok drewniane wieko. Kostka szybko przywarła do kamienia, a właściwie znajdującego się tam potężnego magnesu. Z całej siły zacząłem ciągnąć, aż uniosłem ciężką klapę. Był to dla mnie ogromny wysiłek, gdyż nie byłem obdarzony muskulaturą. Upewniwszy się, że klapa się za mną nie zamknie, zszedłem po znajdujących się przede mną schodach na niższy poziom.

Na dole panowały ciemności. Przez chwilę wędrowałem przez korytarz z gładkimi marmurowymi ścianami, aż dotarłem do sporej komnaty. Zacząłem uważnie się rozglądać. O mało nie wyskoczyło mi serce, gdy światło oświetliło stojącą na środku komnaty postać. Była znacznie wyższa ode mnie i dwukrotnie szersza. Ciało miała całkowicie czarne i stylizowane na zbroję. Masywna głowa, gładka, prezentowała zasępiony wyraz twarzy. Przy jej pasie wisiał ogromny czarny miecz. To był golem strażniczy. Do tego w pełni sprawny, bo spoglądał w dół i badał mnie uważnie wzrokiem.

– Kłaniam się wam o przedwieczny strażniku księcia Triavestilisa. Przybywam jako gość – powiedziałem po elficku.

– Czegoż przedstawiciel ludzkiej rasy poszukuje w świętym miejscu? Odpowiadaj – zażądał donośnym głosem.

– Przybyłem na rozkaz mego pana z rodu spoczywającego tu księcia w celu przeniesienia specyficznego przedmiotu. Jako dowód mam noszoną przeze mnie maskę, sygnet z pieczęcią rodu Triavestilis oraz słowo vilimtrinte służące za klucz.

– Potwierdzam waszą tożsamość, sługo mego pana. Jesteście gościem. Czego poszukujecie?

– W wyniku pożaru książę stracił zapiski o położeniu klucza do skarbca wielkiego miasta Triavesminis. Posłano mnie tu, gdyż powinny znajdować się tu stosowne informacje.

– Zrozumiałem. Proszę za mną, szanowny gościu.

Golem poruszył się płynnym ruchem i udał do jednego z korytarzy. Minęliśmy kilka komnat, zanim wreszcie weszliśmy do jednej z nich. Moim oczom ukazały się setki oprawionych w skórę ksiąg i liczne dokumenty w postaci tabliczek. Golem zaprowadził mnie do jednej z szaf i delikatnie wziął jedną z tabliczek.

– Oto dokument, którego powinniście poszukiwać.

– Dziękuję bardzo, mogę sprawdzić?

– Oczywiście, szanowny gościu.

Golem nawet nie drgnął, tylko stał, a ja zacząłem uważnie oglądać złotą płytkę. Faktycznie wspominała o kluczu. Książę miał nakazać przeniesienie go do skarbca świątyni Vilhainer niedaleko Orveiminis. Szybko zapisałem sobie tę informację na skrawku pergaminu i podałem golemowi dokument.

– Dziękuję. Czy wiesz, gdzie znajduje się świątynia Vilhainer? Współcześnie nie widnieje na mapach.

– Nie zarejestrowałem żadnych wzmianek o świątyni Vilhainer w dokumentach poza tą jedną tabliczką. Przykro mi.

– Rozumiem, wielka szkoda. To wszystko, co chciałem wiedzieć, strażniku, lecz mogę tu jeszcze kiedyś wrócić, jeśli książę nakaże mi sprawdzenie tutejszych dokumentów.

– Zapiszę tę informację. Jeżeli to wszystko, to odprowadzę szanownego gościa do wyjścia.

– Tak, to wszystko.

Golem zaprowadził mnie do korytarza wiodącego na górę. Bardzo ciekawiło mnie, co jeszcze znajduje się na tym poziomie, ale w sumie powinienem się cieszyć, że udało mi się oszukać strażnika i pozyskać to, co mnie najbardziej interesowało. Mimo tego z bólem serca wyszedłem na górę i zamknąłem klapę, by następnie chwilę siłować się z potężnym magnesem. Udało mi się go jednak odczepić i po krótkim badaniu komnaty grobowej udałem się w drogę powrotną na powierzchnię. Ponownie musiałem przemierzać mroczne korytarze wypełnione milionami pomordowanych ludzi i duasabe.

Katakumby Kmuniwak, zwanego niegdyś Tealistirminis bądź Bursztynową Ostoją, były jednym z największych tego typu obiektów na terenie dzisiejszego królestwa Forlais i zachowały się w bardzo dobrym stanie. Ich dokładny rozmiar nie był znany, gdyż nigdy nie wykonano mapy tego miejsca. Co prawda musiały niegdyś istnieć jakieś elfie plany, lecz zapewne spłonęły wraz z większością miasta gdzieś na początku szóstej ery. Nazwę miasto zawdzięczało nie pokrytym żywicą szkieletom, lecz licznym bursztynowym wyrobom oraz umiejscowionej obok miasta kopalni tego surowca. Podobno tworzone tu przedmioty były tak piękne, że zaszczycały pałac samego imperatora. Do współczesności zachowało się tu sporo elfich zabytków z bursztynu, głównie biżuteria, kufle i figurki. Choć w większości ukruszone i dotknięte zębem czasu, i tak prezentowały się wspaniale.

Tutejsze katakumby składały się z niezliczonych komnat połączonych korytarzami. Każdy korytarz wyglądał bardzo podobnie: ściany zrobione z kości i czaszek pokrytych bursztynem. Niektóre komnaty były zarezerwowane dla jednej lub kilku osób, a dokładniej elfów, którzy spoczywali w nich od ponad piętnastu tysięcy lat. Elfowie ci, bo tylko elfów składano w sarkofagach po uprzednim zmumifikowaniu, byli w większości możnymi bądź zasłużonymi wojownikami, a w pojedynczych przypadkach – uzdolnionymi artystami. Inne komnaty były masowymi grobami, gdzie ściany, filary i posągi stworzono z kości. Były tu ich ogromne kopce, a kilka pomieszczeń wydawało się nawet całkowicie stworzone z czaszek. Utworzono z nich nie tylko ściany, ale też sklepienia, a częstokroć również posadzki. Te przestrzenie były szczególnie niepokojące.

Katakumby badałem od prawie dwóch lat. Przeszukiwałem komnatę po komnacie w poszukiwaniu informacji o kluczu. Całe szczęście, że hrabia mi na to zezwolił i zgodził się na zatrudnienie pracowników, którzy wraz z niewolnikami odgruzowali nieliczne zawalone korytarze. Gdyby nie to, większość katakumb byłaby zablokowana. Wedle moich obliczeń znajdowało się tu przynajmniej trzysta komnat, a możliwe, że jeszcze więcej, gdyż wiele tuneli wciąż nie zostało przeze mnie zbadanych. Ciągnęły się daleko poza granice miasta i miały aż dwa poziomy. Im niżej ktoś spoczywał, tym był bardziej znaczącym elfem. Niektóre pomieszczenia posiadały jeszcze dodatkowy ukryty poziom, gdzie znajdowały się dokumenty, precjoza oraz ważne dla zmarłego przedmioty.

O zgubienie się tu było bardzo łatwo. Niespełna miesiąc temu znaleziono jednego z zaginionych pracowników, który skręcił w zły korytarz parę tygodni wcześniej. Dlatego, by nie podzielić jego losu, rysowałem mapę i w każdej komnacie pozostawiałem prosty posążek z wyciągniętą przed sobą dłonią. Wskazywał mi on korytarz, w który miałem wejść w celu wydostania się z tego królestwa umarłych. Ponadto miałem ze sobą rycerza, który czekał na mój powrót na jednym z rozwidleń.

Katakumby były, o dziwo, bezpieczne. Wielokrotnie czytałem, że w takich miejscach może być mnóstwo nieumarłych, którzy powstają w wyniku wyjątkowo zagęszczonej aury śmierci. To jednak było miejsce święte, które musiało być za piątej ery, a nawet jakiś czas później, nieustannie błogosławione i święcone przez elfich kapłanów. Jedyni nieumarli, jakich tu spotkałem, byli uwięzieni, podobnie jak ci w komnacie księcia. Niektórzy nie znajdowali się jednak za włazami, a w podziemnych komorach, zakrytych stalowymi kratami. Mogłem ich wtedy zobaczyć, tłoczących się pode mną – były to głównie szkielety.

W jednej z dużych komnat znajdowało się rozległe pomieszczenie z kratami i stalowymi wrotami. Wewnątrz ujrzałem okazały sarkofag, którego strzegło kilku draugrów w mithrylowych pancerzach. Z tego, co widziałem, był to sarkofag wielkiego kapłana, który rezydował w mieście i kontrolował wiele okolicznych terenów. Nie obserwowałem długo wnętrza, gdyż draugrowie próbowali dźgnąć mnie przez kraty. Wyglądało na to, że nie mogli się sami wydostać, ale nie czynili żadnych szkód wewnątrz komnaty. Byli więc prawdziwymi strażnikami, którzy faktycznie wypełniali swe obowiązki. Dostrzegłem jednak jedną rzecz, która bardzo mnie niepokoiła. Na końcu komnaty znajdował się okazały tron, na którym ktoś siedział. Był za daleko, bym dostrzegł, kim lub czym był, lecz wywoływało to u mnie ogromne poczucie zagrożenia. Zapewne było to coś o wiele groźniejszego niż draugr.

Podobnych komnat mogło być w katakumbach więcej, gdyż większość drugiego poziomu wciąż była dla mnie tajemnicą. Miałem jednak ogromne szczęście, że tu, w odróżnieniu od większości takich miejsc, nieumarli byli uwięzieni, a nie przemierzali korytarze, polując na ewentualnych intruzów. O ile rycerz mógłby mnie ochronić przed prostymi szkieletami, to gdyby stanęło przed nim kilku draugrów, wątpię, by udało mu się zwyciężyć. Szczególnie jeśli draugrowie ci nie byli bezmyślni, a wciąż inteligentni – jak za życia. Tacy nieumarli byli co prawda rzadkością, ale byłem przekonany, że ta dziwna istota na tronie zalicza się do nich.

Dopiero po jakiejś godzinie dostrzegłem na końcu tunelu światło pochodzące z lampy mojego rycerza, sir Wiktora von Fernala. Stał na środku skrzyżowania z lampą oliwną w dłoni i wpatrywał się w korytarz, z którego wychodziłem. Jego piękna stalowa zbroja odbijała delikatnie blask latarni. Przywitał mnie uprzejmie i zamieniliśmy kilka zdań. Bardzo ucieszył się na wieść, że zdobyłem to, czego poszukiwałem, oraz że wróciłem bez szwanku. Już po krótkiej chwili udaliśmy się w drogę powrotną, by po dobrych dwóch bądź trzech godzinach wydostać się na powierzchnię.

Rozdział 1: Ruiny świątyni

Szanowny Bracie!

Piszę do Ciebie, pragnąc zawczasu życzyć Ci wszystkiego najlepszego z okazji nadchodzących urodzin. Oby Wielkie Bóstwa Opiekuńcze miały w opiece Ciebie, Twoje piękne żony oraz dziecko, które wierzę, że urodzi się zdrowe i silne. Mam nadzieję, że nic złego się nie wydarzyło od Twojego ostatniego listu i że nasza baronia rozkwita gospodarczo.

Z radością chciałem Cię poinformować, że mój dwuletni pobyt w Kmuniwak okazał się sukcesem, gdyż parę dni temu udało mi się odnaleźć informacje, których poszukiwałem. Z tegoż względu powinienem niedługo namierzyć położenie interesującej mnie świątyni. Gdy mi się to powiedzie, zamierzam niezwłocznie tam wyruszyć, przez co nie wyślę kolejnego listu, dopóki nie powrócę do Kmuniwak bądź innego miasta. Nie będę kłamać, to niebezpieczna podróż, z której mogę już nie powrócić, lecz nie mogę się teraz poddać i bez względu na liczbę próśb od Ciebie bądź ojca nie wrócę, póki nie odnajdę pożądanego przeze mnie artefaktu. Oczywiście nie planuję tam wyruszyć tylko w towarzystwie sir Wiktora, lecz wezmę ze sobą więcej osób, by zapewnić sobie ochronę.

Wraz z listem wysyłam Ci skrzynię z różnymi zabytkami elfiego pochodzenia, które to chciałbym, byś bezpiecznie przechował do mojego powrotu. Wraz z nimi powinien zostać wysłany pękaty mieszek ze złotem, o którego przechowanie również proszę. Jeśli jednak mój powrót by się opóźniał, a Ty lub ojciec potrzebowalibyście desperacko złota, to możecie skorzystać z jego zawartości. Wierzę, że choć trochę pomoże. Ostatnim przedmiotem, który powinien zostać Ci dostarczony, jest piękny bursztyn wielkości pięści z uwięzionym wewnątrz pradawnym gadem. Jest to prezent dla Ciebie z okazji narodzin dziecka. Możesz z nim robić, co tylko zapragniesz, lecz osobiście polecam jego wypolerowanie i umieszczenie na półce.

Ponadto dzięki moim dobrym stosunkom z hrabią li Seltvarem uzyskałem niewielki udział w kopalni bursztynu, dzięki czemu do baronii powinna być raz do roku wysyłana jedna bądź dwie skrzynie bursztynu. Jest to mój wkład w rozwój naszego dystryktu i pragnę, byś znalazł sposób na sprzedaż tego surowca. Skrzynie powinny być wysyłane jesienią, by przed zimą dotarły do Orviris. Wierzę, że bursztyn w połączeniu z zarobkami muzeum znacząco poprawią sytuację materialną naszego rodu.

Na koniec chciałem zapewnić ojca i matkę, że jestem cały i zdrowy. Naprawdę nie ma powodów do zmartwień, gdyż robię to, co chciałem, i jestem szczęśliwy. Pragnę wierzyć, że w chwale powrócę do domu z odnalezionym artefaktem, a dzięki waszym modlitwom zostanę ochroniony nawet przed największym zagrożeniem.

Kochający brat i syn

Leon von Orvean

Zakończywszy list, zapieczętowałem go woskiem i odbiłem w nim mój sygnet, po czym włożyłem rulon do drewnianej tuby i zaplombowałem. Do tuby przywiązałem sznurek i małą drewnianą tabliczkę, na której napisałem: Do barona Juliusza von Orveana w Orviris od barona Leona von Orveana z Kmuniwak. Planowałem wysłać list następnego dnia, a właściwie miał to zrobić sir Wiktor, który również pisał do rodziny. Był on bardzo wiernym rycerzem i przyjacielem, lecz miałem poczucie winy, że go za sobą ciągnę. Oczywiście odmawiał on powrotu do baronii Orvean bądź baronii Fernal, gdyż uważał, że pozostawiając mnie samego, okryłby się hańbą. Trochę go rozumiałem, dlatego nie poruszałem tego tematu.

– Ehh… – westchnąłem, spoglądając przez okno na zachodzące słońce.

Za kilka miesięcy będę miał dwadzieścia sześć lat. Od prawie dziewięciu lat poszukuję informacji o tym specyficznym artefakcie i nigdy nie byłem tak blisko. Podczas uczęszczania na Królewski Uniwersytet w Idylviris zacząłem interesować się elfami i błyskawicznie oszalałem na punkcie ich kultury i historii. Nauczyłem się nawet elfiego języka używanego za czasów imperium. Od kiedy tylko dowiedziałem się o tym artefakcie, pożądałem go z całego serca. Dzięki niemu moje marzenie się spełni, marzenie, które wydawało się całkowicie niedostępne. Wiele lat zajęło mi wyselekcjonowanie miejsc, gdzie mógł się znajdować, gdyż traktowany był jako jeden z największych skarbów tej rasy.

Wyłączywszy archipelag Loamn, gdzie faktycznie mógł zostać ukryty jeden z tych niezwykłych przedmiotów, jedynym możliwym miejscem było wielkie miasto Triavesminis. Służyło nie tylko za siedzibę rodu Triavestilis, lecz było także miastem stołecznym regionu Ilsvaredenti, czyli jednego z wielkich ulisveli imperium wysokich elfów na Ertamonie, które można porównywać do dzielnic bądź województw. Region Ilsvaredenti był bardzo istotny, gdyż był jednym z ulisveli, które graniczyły ze smoczymi ziemiami i skupiały się na handlu i obronie imperium przed zagrożeniem.

Po upadku Smoczych Panów i śmierci ostatniego imperatora wysokich elfów to właśnie ten region wytrwał najdłużej, zanim nie ugiął się pod naporem Wielkiego Władcy Demonów Enkela i jego wiernego generała Aszkana. Z czasem miasto Triavesminis popadło w zapomnienie, a jego dokładne położenie nie było znane. Wedle moich badań nie zostało zrównane z ziemią, lecz pozostawione przez Enkela jako ruina i jeden z wielu symboli krańca elfiego imperium. Nigdy go nie odbudowano. Żywotu w nim dokonał ród Triavestilis, a znajdujący się wewnątrz skarbiec zrabowano. Dowiedziałem się jednak, że miasto posiadało drugi sekretny skarbiec, o którym prawdopodobnie Enkel i Aszkan nie wiedzieli. Powód był oczywisty, nigdy nie prowadzili głębokich badań nad wysokimi elfami, podczas gdy ja wiedziałem o rodzie Triavestilis wszystko, co można było znaleźć w źródłach i literaturze. Nie przepuściłem nawet jednej książki czy artykułu obecnego w bibliotece forlaiskiego uniwersytetu, dlatego mogłem z dumą nazywać się specjalistą od elfów i tego niegdyś wspaniałego rodu.

Artefakt, którego poszukiwałem, mógł znajdować się w tym sekretnym skarbcu wraz z najcenniejszymi dokumentami i innymi artefaktami, które zostały tam ukryte przed upadkiem miasta. Wierzyłem, że znajdę tam cel mojej podróży, a jeśli nie, to nie było już innego miejsca, w którym mógłbym go szukać. Elfie królestwo jest zamknięte dla ludzi i nie było najmniejszych szans, bym mógł się tam dostać bez utraty życia bądź wolności. Triavesminis było moją jedyną szansą na spełnienie mojego marzenia. Zrobiłbym wszystko, by się tam dostać.

Moje rozmyślenia przerwało pukanie do drzwi. Jak się okazało, była to jedna z pracujących w pałacu pokojówek, która poinformowała mnie, bym przygotował się na kolację. Zapewniłem ją, że niedługo się tam udam, po czym ubrałem bardziej przyzwoite szaty i skierowałem się do dużej jadalni. Było to spore pomieszczenie z ogromnym dębowym stołem, który mógł pomieścić kilkadziesiąt osób. Rzadko kiedy jednak widziałem, by stojące przy nim krzesła były chociaż w połowie zapełnione przez gości. Z reguły zaledwie kilka miejsc było zajętych, gdyż jadłem tu ja i rodzina hrabiego, czyli: hrabia, jego żona, córka i dwóch synów. Reszta jego rodu nie przebywała w Kmuniwak. Hrabia li Seltvar był bardzo przyjazną i miłą osobą, dlatego pozwalał sir Wiktorowi i trzem własnym rycerzom na zasiadanie wspólnie z nami przy stole, zamiast serwowania im kolacji jakąś godzinę po nas. Nie było to coś niespotykanego, lecz hrabia zawsze zapraszał ich z uśmiechem na twarzy.

Po wejściu do jadalni dostrzegłem już gospodarza i jego żonę. Hrabia Prokul był włodarzem i głową swojego licznego rodu znanego z handlu bursztynem i wołami, które co roku były prowadzone z hrabstwa Seltvar w głąb Forlais oraz do leżącego na wschodzie, daleko za górami, królestwa Portel. Był bogatym i popularnym włodarzem, o którym mieszkańcy hrabstwa wypowiadali się bardzo pozytywnie. Do kolacji przywdziewał bogato zdobiony srebrną nicią kontusz z czerwonego jedwabiu i pasujące do niego spodnie. Miał lekką nadwagę, a twarz dość pyzatą, przez co wydawał się niegroźny. Aczkolwiek kiedyś był jednak rycerzem, a jego aktualna kondycja spowodowana był tym, że rany uniemożliwiły mu dalsze trzymanie miecza. Oddawał się od tamtej pory relaksowi i malarstwu. Co prawda jego obrazy nie należały do tworów artystycznych wysokiej klasy, lecz przynajmniej nie robiło się niedobrze na ich widok, jak w przypadku niektórych samozwańczych artystów. Hrabia z pewnością nie miał talentu, lecz przynajmniej potrafił tworzyć coś, co dało się oglądać.

Hrabina Emilia była natomiast piękną kobietą, która mimo obchodzenia w zeszłym roku trzydziestych piątych urodzin, wciąż wyglądała na niewiele ponad dwadzieścia lat. Podobnie jak mąż miała niebieskie oczy i blond włosy, a także cechowała się dobrym charakterem. Tego wieczoru przywdziała wspaniałą zieloną suknię z dużym dekoltem i biżuterię z bursztynami, które zapewne pochodziły z tutejszej kopalni. Nie zwlekając, przywitałem się z małżonkami, którzy jak zwykle byli zadowoleni z mojej obecności. W trakcie tego ceremoniału do jadalni weszła hrabianka Aurelia wraz z jednym ze swoich braci, hrabią Augustem. Z nimi również się przywitałem, podobnie jak z hrabią Korneliuszem, który pojawił się po jakichś pięciu minutach.

Gdy już wszyscy biesiadnicy zgromadzili się przy stole, pokojówki skończyły nakrywać i mogliśmy zasiąść na naszych stałych miejscach. Jak zwykle kolacja była dość wystawna. Nie brakowało mięsiwa i zieleniny, podobnie jak wina i soku. Już teraz na stole znajdowało się kilka ciast i ciasteczek, a planowano ich zapewne donieść więcej. W końcu hrabia i jego rodzina uwielbiali słodycze.

– Mości Leonie, słyszałem, że udało wam się znaleźć informacje, których poszukiwaliście. Winszuję.

– Dziękuję, hrabio Korneliuszu. Muszę jednak przeprowadzić dalsze badania.

– Czego tym razem dotyczą wasze poszukiwania, mości Leonie? – spytał hrabia August.

– Będę próbował namierzyć w przybliżeniu miejsce położenia dawnej elfiej świątyni. Wiem teraz mniej więcej, gdzie się znajdowała, lecz nie chcę szukać na ślepo.

– Świątynia? Chyba wszystkie zostały zniszczone. Czy największym elfim obiektem sakralnym w dystrykcie nie jest ta kapliczka w naszych ogrodach?

– Nie mam pewności, czy znajduje się ona na terenie hrabstwa Seltvar, może być u jednego z waszych sąsiadów. Ponadto duże elfie świątynie cechowały się tym, że miały bardzo rozbudowaną podziemną część, gdzie mieszkali kapłani i przechowywano liczne przedmioty. Świątynia, której poszukuję, może być największym tego typu obiektem w królestwie Forlais, a być może całym Północnym Ertamonie. Z pewnością posiada bardzo rozległe podziemia z wieloma ukrytymi obszarami.

– Brzmi dość niebezpiecznie. Nie planujecie chyba iść tam sami z sir Wiktorem? – spytała hrabina Emilia.

– Nie, hrabino, zamierzam wynająć najemników do ochrony.

– Myślicie, mości Leonie, że trudno będzie namierzyć położenie tej świątyni?

– Raczej nie, mości Korneliuszu. Mam wiele map, zarówno historycznych, jak i własnych, które powinny mi szybko pomóc zlokalizować to miejsce, jeśli oczywiście znajdę informacje o położeniu pobliskiego miasta, a najlepiej – samej świątyni. W końcu możliwe, że na powierzchni nie pozostał nawet jeden kamień. To dość powszechne zjawisko przy tak starych obiektach.

– Mości Leon, jak zwykle, ukazuje nam swoją rozległą wiedzę i znakomity intelekt. Słuchajcie, dzieci, bo to coś, czego możecie nie dowiedzieć się z książek w naszej bibliotece – powiedział wesoło hrabia Prokul.

– Prawda, ojcze. Pomysł utworzenia Muzeum Historii i Kultury Elfiej był zaiste błyskotliwy – odparł hrabia Korneliusz. – Podobnie zresztą jak wydzielenie części katakumb do pokazywania turystom. W ten sposób nasz ród zyskał dwa dodatkowe źródła dochodu i kolejne powody, by podróżni odwiedzali nasze skromne miasto. Zaprawdę, niektóre osoby powinny brać z niego przykład. – Zerknął na brata.

– Odchędoż się ode mnie, bracie. Dopiero niedawno wróciłem.

– Jesteś tu od roku, bracie, i zupełnie nic nie robisz.

– Zbieram materiały – odparł ponuro hrabia August. – Mości Leon zainspirował mnie radą, że mogę spisać historię naszego miasta. Myślę też, czy nie napisać czegoś o elfach, bo ostatnio jestem otoczony informacjami o tej rasie.

– To bardzo interesujący pomysł, mości Auguście, lecz zajęłoby wam bardzo dużo czasu, by napisać chociażby o elfiej działalności w waszym hrabstwie, nie wspominając ogólnie o ich kulturze bądź dziejach. Nawet pisanie o losach Kmuniwak pod elfimi rządami byłoby bardzo trudne z powodu konieczności przeprowadzenia dogłębnych badań.

– Hmm… rozumiem. A może wy o tym napiszecie? W końcu jesteście w tym już dość obeznani.

– Pomyślę nad tym, lecz priorytetem są dla mnie poszukiwania interesującego mnie artefaktu.

– Rozumiemy to, mości Leonie – powiedział hrabia Korneliusz. – Oznacza to jednak, że będziecie musieli niedługo wyjechać?

– Tak, to nieuniknione.

– Na długo?

– Kto wie, może na stałe.

– Co? – Hrabia Prokul podniósł wzrok znad talerza. – Czemu? Bylibyśmy zaszczyceni, gdybyście zostali tu na dłużej. W końcu jesteście już niemalże jak część rodziny.

– Jestem zaszczycony waszymi słowami, hrabio, lecz muszę zbadać tę świątynię.

– Jednak potem wrócicie?

– Nie. Jeśli znajdę w świątyni to, czego potrzebuję, to udam się do ruin elfiego miasta, gdzie powinien być pożądany przeze mnie artefakt. Oba miejsca są bardzo niebezpieczne, więc mogę już nie wrócić.

– Ale… ale zawsze możecie wysłać kogoś, by zdobył dla was artefakt, prawda?

– Niestety, ale to muszę być ja. Honor nie pozwala mi po prostu czekać, aż ktoś przyniesie mi coś, co tak bardzo pragnę zdobyć.

– Rozumiem… – Hrabia wyglądał na smutnego. – Jednak jak zdobędziecie ten artefakt, to wrócicie do nas?

– Tak, przynajmniej na jakiś czas. Bardzo lubię to miejsce. Potem zapewne wypadałoby pojechać w odwiedziny do rodziny, bo nie widziałem ich od lat.

– Rozumiem, rozumiem! – Hrabia od razu się rozpromienił. – W takim razie proszę mnie powiadomić, kiedy będziecie wyruszać. Każę przygotować dla was zapasy i dodatkową ochronę.

– Ależ nie trzeba, hrabio, to byłoby nieodpowiednie z mojej strony…

– Jako hrabia nakazuję, byście przyjęli tę skromną pomoc.

– Hm… niech będzie.

– Doskonale! Od razu jestem o was spokojniejszy, mości Leonie.

Uspokojony hrabia zabrał się ponownie za jedzenie. Przez mój ponad dwuletni pobyt w Kmuniwak zapałał do mnie wielką życzliwością. O ile nie wypowiedziałbym tego głośno, to miałem wrażenie, że traktował mnie jak trzeciego syna. Dobrze zdawałem sobie sprawę, że chciałby, bym został tu na stałe i poślubił jego córkę, która niedawno skończyła piętnaście lat. Parokrotnie już nawet wspominał, że musi ją wreszcie wydać, i zerkał na mnie zaciekawiony. Była to bardzo szczodra oferta, która niezwykle uradowałaby mój ród. Ponadto hrabianka ewidentnie mnie lubiła, a że była piękna i miała bardzo przyjemny charakter, to byłbym szczęśliwy, mogąc pojąć ją za żonę. Niestety, ważniejsze były dla mnie moje marzenia. Może gdy już zdobędę pierścień, rozważę tę ofertę dla dobra mojego rodu i pragnienia założenia rodziny. Tymczasowo jednak nie mogłem sobie tym zawracać głowy, bo mógłbym obawiać się parcia naprzód, gdy zewsząd będą otaczać mnie niebezpieczeństwa.

– Mości Leonie, powiedzcie mi, czy w katakumbach znaleźliście jakieś bogactwa, które mogłyby być eksploatowane?

– Niestety, hrabio, nic, co można by wynieść. Co prawda znalazłem liczne dokumenty oraz przedmioty, które z pewnością można by za duże pieniądze sprzedać na aukcjach, lecz są bardzo dobrze zabezpieczone, chronią je inteligentne golemy z yadatylu oraz nieumarli wysokiego poziomu. Widziałem draugrów oraz coś… nie jestem pewien, jaki to typ nieumarłego, ale na pewno znacznie groźniejszy niż draugrowie. Nawet jeśli jakimś cudem udałoby się pokonać nieumarłych, to większość zabytków mogłaby zostać zniszczona. Moim zdaniem jest to niewarte ryzyka.

– Hmm… skoro tak mówicie. – Hrabia westchnął. – Niech będzie, zostawimy katakumby w spokoju. W końcu to nie tak, że potrzebujemy więcej pieniędzy, niż już pozyskujemy.

– Prawda, ojcze – powiedział hrabia Korneliusz. – Musielibyśmy tam wysłać rycerzy lub najemników przynajmniej rangi A. W pierwszym przypadku ryzykujemy utratę rycerzy, a w drugim sporej części pieniędzy na opłacenie owych najemników. Pomijam sam fakt, że mogliby coś sobie przywłaszczyć, chowając to do wymiaru kieszonkowego, bądź zniszczyć zabytki. Niech elfie skarby spoczywają tam z umarłymi, zamiast krzywdzić żyjących.

– Dziwne. Co to się stało, że mówisz coś z sensem? – spytał złośliwie hrabia August.

– Och, to nie takie dziwne, po prostu dziś masz wyjątkowo czyste uszy.

– Nie wątpię, w końcu w odróżnieniu od ciebie czyszczę je codziennie.

– Przestańcie, nie jesteście już dziećmi – powiedziała hrabina. – Jeśli musicie się sprzeczać, to róbcie to w samotni, a nie przy stole.

– Dobrze, matko.

– Cokolwiek rozkażesz.

Nie brzmieli zbyt entuzjastycznie, lecz to było u nich normalne. Dobrze wiedziałem, że rodzina hrabiego była ze sobą bardzo zżyta i mimo że młodzi hrabiowie nieustannie sobie dogryzali i robili na złość, to byli ze sobą w dobrych stosunkach. Najważniejsze dla nich było dobro rodu, a ponadto mieli podobne poglądy i gusta. Niestety właśnie te podobieństwa dawały im dużo okazji do droczenia się, gdyż na aukcjach często starali się sobie nawzajem podebrać coś, co podobało się temu drugiemu.

Przebywałem u hrabiego w gościnie od ponad dwóch lat i doskonale znałem życzliwość rodu li Seltvar. O ile początkowo hrabia nie wiedział, co o mnie sądzić, to dość szybko zyskałem jego zaufanie i starałem się odwzajemniać jego dobroć poprzez ewentualną pomoc. Dzięki temu w Kmuniwak utworzono ośrodki turystyczne skupiające się na elfiej kulturze i zabytkach. Zwiększyło to znacznie popularność miasta. Liczni szlachcice odwiedzali muzeum, kaplicę czy katakumby, a ponadto zwiększyło to sprzedaż bursztynowych wytworów, szczególnie tych wykonywanych przez trójkę żyjących w mieście od stuleci elfich artystów. Wyjątkowo nie byli oni niewolnikami ani koczownikami, lecz potomkami rodów, które poddały się Smokobójcy i w nagrodę pozwolono im mieszkać na terenie miasta jako obywatele. Utracili oczywiście statusy szlacheckie, gdyż nikt, ani człowiek, ani przedstawiciel żadnej innej śmiertelnej rasy, nie uznałby współcześnie elfiego szlachcica, szczególnie w państwie rządzonym przez ludzi.

Gdy kolacja dobiegła końca, wybrałem się na przechadzkę z hrabią po jego rozległych ogrodach, a następnie skierowaliśmy się do łaźni, gdzie jakiś czas rozmawialiśmy o moim wyjeździe oraz katakumbach. Później udałem się na spoczynek, by następnego dnia po śniadaniu przejść się do miasta.

Kmuniwak było dużym miastem położonym na planie sześcioboku. Wybudowane zostało przez duasabe i ludzi w czasach Wielkiego Władcy Demonów Enkela na ruinach, jakie pozostały z Tealistirminis. Nazwę wzięło oczywiście od ogromnych ilości trupów, jakie zalegały w ruinach oraz elfich katakumbach, o których już wtedy wiedziano. Kmuniwak wzniesiono w całości z kamienia, głównie szarego granitu, przez co miasto wydawało się dość surowe. Niezliczone wysokie kamienice pokrywały większość jego obszaru. Podobnie jak w innych osadach, ozdabiane były przez mieszkańców kolorowymi farbami mającymi rozjaśnić ulice, a także muralami i różnymi napisami. Niektóre z owych napisów były żartami, informacjami lub pochwałami w stosunku do konkretnych osób, przykładowo hrabiego, lecz zdarzały się też zwykłe wulgaryzmy i inne dziecinne teksty. W nielicznych częściach miasta znajdowały się ruiny z czasów Tealistirminis. Parę starych obiektów zostało odrestaurowanych, przykładowo wielka studnia w centrum miasta lub dawna elfia arena, na której dziś walczyli rycerze, gladiatorzy i wojownicy. Inne jednak pozostawały opuszczonymi ruderami, stanowiącymi ponure pomniki minionej piątej ery. Najlepszym tego przykładem były pozostałości elfiej wieży górującej nad miastem. Mimo iż zniszczona, wciąż mierzyła dwadzieścia trzy tery, czyniące ją najwyższym budynkiem w mieście. Mieszkańcy często przesiadywali w jej pobliżu, gdyż obok rosły wspaniałe prastare dęby. Nigdy nie zdecydowano się jej odrestaurować.

Celem mojej wędrówki nie był jednak żaden zabytek, park bądź duży rynek pełen straganów obwoźnych kupców i tutejszych mieszkańców, lecz siedziba Gildii Najemników znajdująca się przy głównej ulicy, niedaleko rozwidlenia wiodącego do dzielnicy rzemieślniczej. Umiejscowiona była w jednej z kamienic, przez co nie była zbyt dużą filią. Posiadała jednak też plac za kamienicą, a trzy otaczające ją budynki pełniły funkcję magazynów i sklepu wielobranżowego, przez co najemnicy nie musieli się przejmować innymi mieszkańcami. Wejście do gildii nie było strzeżone, gdyż nie było takiej potrzeby, lecz dostrzegłem siedzącego niedaleko na ławce strażnika miejskiego, który żując jakąś kanapkę, obserwował ulicę i znajdujące się naprzeciwko wejście do sklepu.

Sir Wiktor otworzył mi drzwi i szybko wszedłem do środka. Znalazłem się w dość przestronnej sali. Podobnie jak w wielu innych filiach umiejscowionych w kamienicach, a nie we własnym budynku, główna sala składała się z długiej lady, przy której stały trzy sekretarki gildyjne, ław dla petentów oraz jednej ściany pełnej tablic ogłoszeniowych, na których wisiały zlecenia i informacje. Komnatę oświetlał ładny żyrandol. Prócz sekretarek siedziało tu dwóch gildyjnych strażników, którzy grali w karty. Nie byłem tu nigdy wcześniej, więc przez chwilę rozglądałem się z ciekawością, po czym podszedłem do ładnej sekretarki o brązowych włosach.

– Witamy w siedzibie Gildii Najemników w Kmuniwak. W czym możemy waszmości pomóc?

– Chciałem wystawić ogłoszenie dla najemników wysokiej rangi. Oto szczegóły. – Podałem sekretarce rulon pergaminu, który przez chwilę czytała.

– Rozumiem. Zlecenie ochrony waszmości podczas badania potencjalnie niebezpiecznych ruin. Nieumarli i cienie… drużyna najemników rangi B+ powinna być idealna. Skoro oferujecie aż dwie platynowe monety, to znajdzie się wielu chętnych. Poproszę wasze miano oraz sposób, w jaki powinniśmy się z wami skontaktować.

– Baron Leon von Orvean. Mieszkam tymczasowo w pałacu hrabiego.

– Dobrze, dzisiaj zlecenie zostanie wywieszone. Poślemy kogoś do pałacu hrabiego, byście jak najszybciej zostali poinformowani o podjęciu się zadania. Jestem pewna, że długo nie będziecie musieli czekać. Proszę jeszcze o uiszczenie opłaty za wystawienie zlecenia.

– Proszę. – Położyłem na ladzie srebrną monetę. – Coś jeszcze?

– Nie, to wszystko. Dziękujemy za skorzystanie z oferty Gildii Najemników.

Kiwnąłem uprzejmie głową i udałem się powoli do wyjścia.

Gildia Najemników była wyjątkowo przydatną i potężną organizacją działającą na całym świecie, a przynajmniej na całym Ertamonie. Jej filia znajdowała się w każdym większym dystrykcie w królestwie Forlais i wszystkich krajach na kontynencie. Najemnicy byli podzieleni na liczne rangi, wskazujące ich doświadczenie i umiejętności. Im wyższa ranga, tym z założenia skuteczniejszy najemnik. O ile wiedziałem, nie mogli wziąć zleceń, które wymagały o wiele wyższej rangi od tej, którą posiadali. Pozwalało to uniknąć sytuacji, gdy jakiś niedoświadczony najemnik podejmował się zlecenia wysokiego poziomu.

Najemnicy działali samotnie lub w drużynach, a ponadto istniały najemne armie, które różne królestwa zatrudniały do prowadzonych wojen. Wykonywali rozmaite zlecenia, od poszukiwań zaginionych osób, przez polowanie na potwory, po eksploatowanie pradawnych ruin i branie udziału w wojnie. Gildia Najemników miała monopol na oferowanie usług najemniczych i bardzo surowo karała wszelkich oszustów wśród swoich pracowników. Dzięki temu posiadała bardzo dobrą reputację i cieszyła się zaufaniem klientów.

Pragnąłem zatrudnić drużynę najemników do ochrony mojej osoby podczas poszukiwania artefaktu i byłem gotowy im zaufać, lecz na wszelki wypadek musiałem przemyśleć podarowanie im jakichś mało znaczących artefaktów, by przypadkiem nie spróbowali sfabrykować mojej śmierci, co mogłoby im się udać. Co prawda skutkowałoby to spadkiem reputacji ich drużyny i może nawet degradacją do niższej rangi, lecz z pewnością niektórzy byliby na to gotowi, jeśli w zamian uzyskaliby wielkie bogactwa i magiczne przedmioty. Szczególnie gdyby wiedzieli, czego dokładnie poszukuję.

Opuściwszy budynek Gildii Najemników, udałem się na małe zakupy do okolicznych sklepów i warsztatów rzemieślniczych. Zamówiłem kilka strojów na zbliżającą się podróż oraz najważniejsze rzeczy, w tym niewielką kuszę, której mógłbym używać do obrony. Ponadto odebrałem kolejną z moich elfich masek, która znajdowała się dotychczas w posiadaniu Gildii Magów. Zaniosłem ją tam wiele tygodni temu, by zbadali dokładnie nałożone na nią pradawne zaklęcia. O ile nie mogłem kwestionować talentu zatrudnianych przez gildię magów, to często trzeba było bardzo długo czekać na wykonanie zlecenia. W przypadku badania mojej maski musiano sprowadzić odpowiedniego maga, który następnie ślęczał nad nią dzień lub dwa. Na całe szczęście badania zostały zakończone wczoraj, dzięki czemu mogłem wreszcie odzyskać moją maskę i dowiedzieć się, że umożliwiała mi widzenie w ciemnościach i, podobnie jak kilka moich pozostałych masek, oddychanie bez względu na okoliczności. Oznaczało to, że stęchłe powietrze i kurz mi nie groziły, podobnie jak trujące gazy, gdyż maska w magiczny sposób zmieniała wszystko, co wdychałem, na świeże powietrze. Zapewne mogłem w niej oddychać nawet pod wodą, co zamierzałem kiedyś sprawdzić. Była idealna do badania podziemi, więc postanowiłem nosić ją podczas mojej wyprawy.

Łącznie spędziłem w mieście ze trzy godziny, po czym udałem się do biblioteki w pałacu hrabiego, gdzie zaszyłem się na kolejne dni.

Pałacowa biblioteka rodu li Seltvar zajmowała trzy duże komnaty w północnej części pałacu w Kmuniwak. Znajdowały się tu tysiące ksiąg i pojedynczych dokumentów pergaminowych oraz tabliczek. Wiele z nich dotyczyło hrabstwa Seltvar, lecz były tu też odpisy z dawnych elfich ksiąg, mówiące w mniejszym bądź większym stopniu o ich utraconym imperium. Niestety większość z nich powstała w szóstej erze, przez co niewiele mogły mi pomóc w szukaniu świątyni zniszczonej na przełomie er piątej i szóstej. Biblioteka hrabiego była jednym z moich ulubionych miejsc w mieście i spędzałem tu bardzo dużo czasu, gdy akurat nie krążyłem po katakumbach.

Dzięki prowadzonym od paru dni badaniom udało mi się mniej więcej ustalić, gdzie powinienem szukać świątyni, lecz dalej brakowało mi kilku szczegółów. Z tego powodu postanowiłem się udać do miejsca, gdzie oczekiwałem znaleźć odpowiedzi na moje pytania. Była to elfia kapliczka, która zachowała się do współczesności w bardzo dobrym stanie. Stała ona w pobliżu pałacu hrabiego na terenie prywatnych ogrodów. Ród li Seltvar przekształcił ją w ogrodową altanę, która służyła podczas ładnej pogody za miejsce relaksu, spotkań z gośćmi oraz okazjonalnie do spożywania posiłków. Kapliczka była budynkiem wykonanym z białego granitu na planie koła, z owalną kopułą posiadającą okrągły otwór w centralnej części sklepienia. Wewnątrz znajdowały się płaskorzeźby i malowidła, które, mimo że lekko wyblakłe, dalej prezentowały się fenomenalnie. Pośrodku umiejscowiony został okrągły kamienny stół, który pełnił niegdyś rolę ołtarza. Płaskorzeźby i malowidła ukazywały postaci mitologiczne i historyczne, a także miasta i najważniejsze budynki w regionie Ilsvaredenti.

Znalazłszy się w kapliczce, zacząłem uważnie im się przyglądać w poszukiwaniu interesującej mnie świątyni. Po paru minutach faktycznie ją namierzyłem, ale opisana była jako Vilikainel. To prawdopodobnie było to samo miejsce, bo widniała na płaskorzeźbie jako duży budynek nad Orveiminis i pod Laineminis. Dobrze wiedziałem, że płaskorzeźby i malowidła w takich miejscach zawsze musiały być jak najbardziej rzeczywiste, więc elfi artysta nie mógł umieszczać miast i świątyń, gdzie tylko chciał. Obrazy te były dość prymitywną formą mapy, która symbolicznie przedstawiała ważne ośrodki. O ile nie można było traktować ich dosłownie, to zawierały cenne informacje. W tym wypadku, że świątynia Vilhainer, zwana również Vilikainel, co było prawdopodobnie jej prawdziwą nazwą, leżała pomiędzy miastami Orveiminis i Laineminis. Ośrodki te nie znajdowały się daleko od siebie, dzięki czemu możliwe miejsce położenia świątyni było łatwe do odgadnięcia. To była właśnie informacja, na której mi zależało, bo do tej pory w żadnym tekście, gdzie mowa była o poszukiwanym przeze mnie obiekcie, nie wspominano o Laineminis. Wskazywało to, że musiała leżeć na tyle blisko Orveiminis, by nie trzeba było pisać o Laineminis, będącym niegdyś bardzo ważnym ośrodkiem handlowym. Ponadto, zważywszy na brak świątyni na spisie elfich ruin w tym regionie, musiała pozostać nieodnaleziona. Prawdopodobnie budynek został całkowicie zniszczony przez duasabe, a jego podziemna część zasypana. Oby tylko nie została zupełnie zawalona, bo będę musiał prowadzić długie wykopaliska. Na szczęście wedle tych poszlak wciąż powinna znajdować się na terenie hrabstwa. W tym wypadku, nawet jeśli trzeba będzie kopać, to hrabia powinien mi na to zezwolić bez żadnych problemów.

– Witam, mości Leonie – rozległ się uroczy słowiczy głos.

– Witam, mości Aurelio.

Do kapliczki weszła hrabianka w uroczej kremowej sukni. Na głowie miała srebrny diadem, nosiła też dość skromną srebrną biżuterię wysadzaną bursztynami. Na jej twarzy widniał serdeczny uśmiech, który z pewnością był skierowany do mnie.

– Pięknie dziś wyglądacie.

– Ślicznie dziękuję. – Zarumieniła się lekko. – Przyszliście się tu zrelaksować czy pracujecie?

– Pracuję, ale właściwie już skończyłem. Mam wszystkie informacje, których potrzebuję.

– Bardzo mnie to cieszy, ale… – lekko posmutniała – czy to znaczy, że niedługo nas opuszczacie?

– Tak, zapewne wyjadę po święcie.

– Rozumiem… – Przez chwilę wyglądała na bardzo smutną, ale zaraz się rozpromieniła. – Będę się modlić o wasze bezpieczeństwo i szybki powrót.

– Dziękuję, mości Aurelio.

– Mogę… mogę wiedzieć, dokąd wyjeżdżacie?

– Na granicę hrabstwa, w pobliże miast Aulviris i Virmdau.

– A, to nie tak daleko! Zaledwie rzut butem stąd. Po tym, co mówili moi bracia, myślałam, że wyjeżdżacie z hrabstwa gdzieś na drugi koniec królestwa.

– Proszę się nie martwić, na drugim końcu królestwa nie ma żadnych elfich ruin, więc nie mam powodu tam jechać.

– Co za ulga. – Rozpromieniła się. – To oznacza, że nie wyjedziecie daleko.

– Nie, dlatego proszę się nie martwić.

– Będę się martwić! – odparła hardo. – Słyszałam, co mówiliście! To niebezpieczna podróż, w której możecie nawet stracić życie, prawda?

– Cóż… tak. – Zapewne nie ma co tego przed nią ukrywać. – Nie wiem, czego się tam spodziewać, ani czy uda mi się znaleźć wejście do podziemnej części ruin.

– Mam nadzieję, że bierzecie sir Wiktora?

– Oczywiście. Sir Wiktor nie pozwoliłby mi iść samemu z najemnikami. Honor mu na to nie pozwala.

– Całe szczęście! Może dodatkowo zapytam ojca, czy nie wysłałby z wami jednego z naszych rycerzy?

– Nie, to by było zbyt dużo. Nie mogę się zgodzić na tak szczodrą ofertę.

– Ale… ale w ten sposób bylibyście bezpieczniejsi!

– Wiem, lecz mimo to muszę odmówić. Nawet jeśli wy poprosilibyście o to hrabiego, to czułbym się nieswojo, przystając na taką ofertę. Wystarczy mi, że mogłem tu mieszkać przez ponad dwa lata i otrzymałem zezwolenie na badania.

– W takim razie będę modlić się o wasze bezpieczeństwo.

– Dziękuję, mości Aurelio.

– Czy… czyli jak już zdobędziecie ten artefakt, którego szukacie, to wrócicie tutaj, prawda?

– Tak planuję.

– Całe szczęście. – Wyszczerzyła swoje urocze białe ząbki. – A wiecie, jak długo wam to zajmie?

– Tego niestety nie sposób określić. Tygodnie? Miesiące? Może nawet lata. Jak jednak możecie podejrzewać, pragnąłbym uporać się z tym jak najszybciej.

– Dobrze! W takim razie poczekam i przywitam was, gdy już wrócicie.

– Dziękuję za miłe słowa, mości Aurelio.

Hrabianka Aurelia była bardzo miłą i uroczą dziewczyną, lecz wydawała się zbyt niewinna i przejrzysta. Częściowo mogło to być spowodowane jej wiekiem, w końcu wciąż miała piętnaście lat, lecz bardziej podejrzewałem fakt, że trzymano ją pod kloszem. Aurelia, jako najmłodsze dziecko, była bardzo rozpieszczana i praktycznie nie opuszczała miasta. Nawet jeśli wychodziła poza teren pałacu, to towarzyszyło jej kilka osób pilnujących jej bezpieczeństwa. Nawet teraz, w pałacowych ogrodach, widziałem kątem oka ledwo zauważalny pancerz rycerza, który stał niedaleko wejścia do kapliczki.

Hrabianka była panną i ojciec wciąż nie zdecydował się wybrać dla niej narzeczonego, mimo że była już w odpowiednim wieku. Prawdopodobnie nie chciał się spieszyć, bo jego dwie starsze córki zostały wydane za mąż wcześniej niż Aurelia, przez co szybko wyprowadziły się z pałacu. Przyjeżdżały co prawda parę razy do roku, lecz nie widziałem, by jakoś bardzo się z tego cieszyły. Z tego względu to na najmłodszą Aurelię przelała się cała miłość i przywileje od rodziców dzięki czemu mogła wciąż dorastać samotnie. Nie zdziwiłbym się, jakby hrabiostwo zdecydowali się wydać ją za osobę, którą sama wybierze. Patrząc na jej wzrok i zachowanie, jej ojciec musiał oczekiwać, że będę to ja. Widząc jej śliczną twarz, trudno byłoby mi zresztą odmówić takiej propozycji, jeśli zostałaby do mnie skierowana. Z jednej strony chciałbym jej się oświadczyć, a z drugiej wolałem zaczekać z tym, aż nie zdobędę artefaktu. Niestety oba wybory miały swoje konsekwencje. Jeśli się jej oświadczę i zaręczyny zostaną zawarte, to w wypadku mojej śmierci Aurelia może być załamana. W drugim przypadku jej ojciec może ją wydać za kogoś innego, kiedy mnie nie będzie. Jeśliby do tego doszło, to z pewnością odczuwałbym wielki smutek. Nie mogę jednak oczekiwać, że w wypadku długiej nieobecności będą na mnie czekać. W końcu mowa o córce znaczącego hrabiowskiego rodu. Było wielu kandydatów do jej ręki, z czego większość zapewne bardziej opłacalna niż ja.

– Mości Leonie… – zatrzepotała rzęsami i lekko się zarumieniła – macie dziś jeszcze dużo pracy?

– Hmm… – No i co powinienem zrobić? – Nie, za jakiś kwadrans tu skończę. Dlaczego pytacie?

– No bo… może… – Spuściła głowę. – Może udalibyśmy się do muzeum, gdzie opowiedzielibyście mi trochę o tamtejszych zabytkach?

– Chętnie. – Hrabianka się rozpromieniła. – Zainteresowała was elfia kultura?

– Cóż… ja… hmm… pomyślałam, że skoro was to tak fascynuje, to powinnam się trochę więcej dowiedzieć. Czytałam już kilka książek z pałacowej biblioteki, lecz wiele jeszcze nie rozumiem.

– Niektóre książki bywają zwodnicze.

– Zauważyłam.

– To może umówimy się za pół godzinki przed bramą pałacową?

– Dobrze! – Aurelia posłała mi uroczy uśmiech. – Będę czekać! Dziękuję!

– To ja dziękuję.

Odwzajemniłem uśmiech, na co hrabianka się lekko speszyła i szybko wycofała z wnętrza kapliczki. Nie mogłem powstrzymać zadowolenia, przez co kolejne kilka minut spędziłem na wesołym sprawdzaniu malowideł. W końcu jednak zyskałem pewność co do moich ustaleń i wróciłem do pokoju, by odłożyć zapisane informacje i przebrać się przy pomocy przydzielonej mi pokojówki. Nie wiedząc, co byłoby najlepsze na takie wyjście, przywdziałem mój mundur szlachecki z szablą przy pasie i niewysoką czapkę obszywaną lisim futrem, po czym skierowałem się do pałacowej bramy. Mimo iż byłem na czas, to nie zdziwił mnie widok hrabianki, która w ładnej zielonej sukni czekała już na mnie wraz z rycerzem.

– Witam, mości Leonie, wyglądacie niezwykle szykownie.

– A wy pięknie, mości Aurelio.

– Dziękuję. – Zaczerwieniła się i spuściła głowę.

– Witam, sir Filipie.

– Witam was, baronie, a także was, sir Wiktorze.

– Wzajemnie, sir Filipie – odparł stojący za mną rycerz.

– Idziemy, mości Aurelio?

– Oczywiście, mości Leonie. Chodźmy.

Hrabianka, wciąż lekko speszona, udała się ze mną na rynek, skąd skierowaliśmy się do muzeum. Znajdowało się ono niedaleko od centrum miasta, dzięki czemu potencjalni goście nie musieli go długo szukać. Jego siedzibę stanowił duży budynek usadowiony naprzeciwko kamienic. Kiedyś w tym miejscu znajdowały się ruiny z czasów Enkela, lecz jako iż nie były niczym istotnym, zostały usunięte i wybudowano na nich okazały prostokątny obiekt rozmiarami dorównujący kilku kamienicom. Powstał zaledwie parę miesięcy temu, głównie za sprawą mojego wpływu, gdyż bardzo mi zależało, by zainteresować szlachciców i mieszkańców elfią przeszłością miasta. Muzeum zostało utworzone dzięki przychylności hrabiego i mimo początkowego sceptycyzmu okazało się bardzo korzystne dla gospodarki miasta. Odwiedzili je już niemalże wszyscy szlachcice z okolicznych dystryktów wraz ze swoimi sąsiadami i kuzynami. Dzięki nim wieści o muzeum rozchodziły się po królestwie, co z pewnością z czasem sprowadzi tu jeszcze wielu szlachciców i bogaczy. Mieszkańcy również byli zadowoleni z jego istnienia i często je odwiedzali, mimo że początkowo byli do niego bardzo nieufnie nastawieni. W sumie im się nie dziwiłem, lecz cieszył mnie fakt, że się przekonali i korzystali z nowej atrakcji, zamiast protestować i grozić podpaleniem. Mimo wszystko hrabia na wszelki wypadek kazał zorganizować specjalne oddziały straży, która miała strzec muzeum. Dzięki temu nie było szans na zniszczenie lub zrabowanie jakiegoś zabytku.

Muzealia składały się głównie z elfich wyrobów z końcówki piątej ery, a większość z nich zawierała elementy bursztynowe. Inne typy eksponatów to wciąż zachowana broń i pancerze, bursztynowe figury, marmurowe rzeźby i posągi, nieliczne obrazy i złote ozdoby, a także biżuteria. Wiele zabytków nie zostało zachowanych w dobrym stanie, lecz mimo tego zwracały uwagę swym pięknem, bogactwem i szczegółowością. Widząc je, nawet największe tumany wiedziały, że elfi artyści osiągnęli bardzo wysoki poziom.

Muzeum posiadało trzy okazy, które wyróżniały się na tle innych pod względem swego znaczenia historycznego. Pierwszym był diadem księcia Triavestilisa, który znajdował się w pałacowym skarbcu i nigdy nie trafił do katakumb. Drugi to doskonale zachowany list od imperatora z jego pieczęcią, a trzeci – ogromna mapa wykonana na błonie ze smoczych skrzydeł. Mierzyła dwa tery wysokości i pięć długości, a po obu jej stronach znajdowały się ogromne zdobione wałki z mahoniu. Mapę umieszczono na ścianie za solidną szybą wykonaną przez tutejszego szklarza. Ukazywała zasięg elfiego imperium z zaznaczonymi najważniejszymi miastami i dzielnicami. Niestety, nie posiadała oznaczenia świątyń, a Orveiminis było zbyt małe, przez co obszar pomiędzy Laineminis a dzisiejszym Kmuniwak był pusty.

Dziś w muzeum zauważyłem kilkanaście kręcących się osób, które podziwiały zbiory i rozmawiały między sobą. Bardzo mnie to ucieszyło, szczególnie że wydawały się zaciekawione. Podobnie było z hrabianką Aurelią, która zaczęła z ciekawością przyglądać się poszczególnym eksponatom. Zawsze, gdy je widziałem, wypełniała mnie niemała duma, gdyż osobiście uratowałem wiele z nich, szczególnie różne wyroby bursztynowe i biżuterię, które planowano po wydobyciu z katakumb wystawić na aukcji.

– Mości Leonie! Co to takiego?

– Hm? A to… – Aurelia patrzyła na gablotę, wewnątrz której na aksamitnej poduszce leżał zakrzywiony złamany sztylet ze zdobioną rękojeścią i pochwą. – To selklamn.

– To jakaś broń?

– I tak, i nie. To ostrze ceremonialne, które można było wykorzystywać jako broń, lecz zazwyczaj służyło za symbol honoru. Używano ich tak jak sygnetów, lecz miały jeszcze inne zastosowania. Przykładowo w wypadku okrycia się wielką hańbą powinno się nimi odebrać życie sobie, a najlepiej też tym, którzy doprowadzili do utraty honoru. Zabijano nimi także osoby, które uznano tego godnymi, przykładowo szanowanego wroga. Utrata selklamna była czymś niewyobrażalnym i starano się go za wszelką cenę odzyskać.

– Dlaczego ten jest złamany?

– Jest kilka możliwości. Gdy ktoś stracił honor i nie wykazywał żalu, to łamało się jego selklamn. Na przykład jeśli popełnił jakąś zbrodnię. Złamanie czyjegoś selklamna może być też symbolem wypowiedzenia mu wojny bez możliwości okazania skruchy lub litości. W bardzo rzadkich przypadkach sztylet ten łamał się w wyniku walki. Jest wiele historii, gdy selklamn ocalił życie właściciela, poświęcając własne istnienie. Co spotkało ten? Nie wiem. Podejrzewam jednak, że mógł zostać celowo zniszczony. Otóż duasabe i ludzie łamali i przetapiali te ostrza, często na oczach ich właścicieli. Ten mogło spotkać to samo, gdyż jest to zwykła nierdzewna stal, a nie mithryl. Wedle symbolu na rękojeści, należał do zwykłego obywatela. Kim była ta osoba? Tego nigdy się nie dowiemy.

– Smutne…

– Prawda.

– Co się z nimi dzieje po śmierci właściciela?

– Chowa się je z nimi bądź umieszcza w specjalnej komnacie, gdzie gromadzone są selklamny członków rodu. To drugie jest jednak zwykle spotykane tylko wśród elfiej arystokracji, zwykli elfowie zazwyczaj są grzebani wraz ze swoimi ostrzami. Czasem się zdarzało, że przekazywano je z ojca na syna, ale to wyjątkowe przypadki.

– Hmm… a to? – Wskazała na kolejną gablotę.

– To była złota siatka do włosów, ale niewiele z niej zostało.

– Dużo tu złotej biżuterii…

– Elfowie uwielbiali złoto. To jedna z ich wspólnych cech ze Smoczymi Panami, a jednocześnie jedna z głównych osi konfliktu między tymi rasami przez całą piątą erę. Złoto, mithryl i kamienie szlachetne są tym, co elfowie kochali najbardziej. Były ich zdaniem wieczne i niezmiennie piękne.

– Myślałam, że elfowie preferują naturę? Kwiaty, drzewa, zwierzątka…

– Zwierzątka prędzej na stole jako potrawa. Ale fakt, bardzo kochają naturę, lecz mają dziwne ustosunkowanie do śmierci i obumierania. O ile szanują śmierć i żegnają zmarłych z przepychem, to patrzą z wyższością i obrzydzeniem na usychające rośliny lub stare zwierzęta. Ich zdaniem wszystko powinno być jak oni: wiecznie piękne, pełne energii, stałe i młode. Dlatego używali swej zaawansowanej magii, by tworzyć wieczne ogrody, w których rośliny i zwierzęta przestawały się starzeć, dzięki czemu zawsze wyglądały pięknie i niezmiennie. Oczywiście, jeśli coś zostało jakoś zniszczone lub uszkodzone, to ogrodnicy musieli jak najszybciej się tego pozbyć, by nie kalało oczu Elfiego Pana.

– Dziwne…

– Wiele rzeczy mogłoby cię zdziwić w elfach. Jeśli jednak ma cię to pocieszyć, to dla nich ludzie również są dziwni. Nasze gatunki zbyt się od siebie różnią, by móc w pełni się zrozumieć.

– Hmmm… rozumiem.

Aurelia wypytywała mnie o większość zabytków. Najwidoczniej tylko kilka z nich nie zwracało jej uwagi i nie wymagało komentarza. Na całe szczęście wyglądało na to, że faktycznie była tym zainteresowana, a nie tylko udawała. Bardzo mnie to cieszyło, gdyż było to bardzo rzadkie.

Chodziliśmy z Aurelią po muzeum przez ponad dwie godziny, gdyż często musiałem odpowiadać na jej pytania. Niektóre wydawały mi się bardzo dziecinne, lecz inne zmusiły mnie do krótkiej zadumy. Wreszcie, gdy skończyliśmy oglądać eksponaty, usiedliśmy w jednym z pomieszczeń. Pośrodku stał największy posąg, jaki zachował się w mieście. Wysoki na dwa tery, dziś zniszczony, przedstawiał niegdyś postać elfa we wspaniałej długiej szacie. Podejrzewałem, że dawniej w prawej ręce trzymał bicz lub rózgę, lecz aktualnie jej brakowało. Posąg został w odległych czasach zrzucony z piedestału, rozczłonkowany i zakopany. O ile udało mi się odnaleźć wszystkie części tułowia i głowę, to prawa ręka prawdopodobnie zaginęła na zawsze. Lewa przetrwała tylko dlatego, że wraz z trzymaną przez nią tablicą była integralną częścią korpusu. Tablica została jednak mocno oszpecona, w celu zniszczenia wyrytych tam słów. Głowa też nie przetrwała w dobrym stanie. Znajdowała się w kawałkach, uszu i nosa brakowało, a oczy były wydrążone, jakby starano się oślepić posąg. Mimo zniszczeń prezentował się jednak bardzo dobrze.

– Wiadomo kto to? – spytała po dłuższej chwili Aurelia.

– Nikt konkretny. To elfi archont, posąg symboliczny. Stawiano je dla niewolników. Miał im przypominać o ich losie i władzy elfów, a także panującym prawie. Wszystkie posągi archontów były niszczone przez duasabe i ludzi pod koniec piątej ery.

– Ludzie i duasabe naprawdę nienawidzili elfów.

– Dalej nienawidzą. To najbardziej znienawidzony gatunek na Aestrze. Ludzie tu chętniej ugościliby stado smoków lub rodzinę wampirów niż jednego elfa, nawet jeśli byłoby to elfie dziecko urodzone i wychowane w niewoli. Dlatego żyjący w Kmuniwak elfowie są samotnikami.

– To dlaczego wy tak lubicie elfów? Znaczy… – Zawahała się lekko. – Kiedy słyszę, jak żarliwie o nich mówicie, to wydaje mi się, że bardzo ich lubicie.

– Kocham elfy, a przynajmniej ich kulturę i historię, nawet jeśli rozumiem, jakich okrucieństw i okropności dopuścili się przez te setki tysięcy lat.

– Opowiecie mi, skąd się wzięło to zainteresowanie?

– Niech będzie, ale zatrzymajcie to dla siebie.

– Dobrze!

Kiwnąłem rycerzom i obaj bez słowa odeszli na dostateczną odległość, by nic nie usłyszeć.

– Wszystko zaczęło się, jak miałem jakieś pięć lub sześć lat. By poćwiczyć czytanie, poprosiłem brata o wybranie mi z domowej biblioteki jakiejś książki, gdyż samemu nie wolno mi było nic brać. Brat dał mi księgę o historii. To tam po raz pierwszy zetknąłem się z elfami. Mimo że uważałem je po lekturze za wcielone zło i wrogów rasy ludzkiej, to czytając raz za razem tę i inne książki historyczne, zacząłem się nimi interesować. Jednak, hm…, zakochałem się w nich dopiero po tym, jak ojciec zdecydował się wysłać mnie na Królewski Uniwersytet w Idylviris.

– O! Czyli nie uczyli was w domu?

– Nie. Mój brat przekonał do tego ojca, bo on sam jako następny włodarz i głowa rodu nie miał okazji się tam udać. Wasi bracia byli uczeni w domu?

– Nie, ich ojciec też wysłał na uniwersytet.

– Rozumiem. W każdym razie wysłano mnie tam, jak miałem osiem lat i to właśnie tam zacząłem rozwijać moje zainteresowanie elfami. Spotkało się to ze zdziwieniem przyjaciół, lecz niektórzy mieli równie dziwne zainteresowania, przykładowo jednego ciekawiły psy w kulturze duasabe. Podkreślam, psy, nie wilki.

– Aha…

– Biblioteka uniwersytecka miała bardzo dużo ksiąg o elfach, w tym o ich kulturze i historii. Jeden z profesorów bardzo mi pomagał w pogłębianiu moich zainteresowań. Był półelfem, lecz się z tym nie obnosił.

– Nigdy nie widziałam półelfa, jak wyglądają?

– Bardzo podobnie do nas, tylko mają zaostrzone uszy.

– Tylko?

– Tak, bardziej przypominają nas niż elfów.

– Aha…

– W każdym razie dzięki niemu zacząłem być znawcą w temacie. Napisałem nawet parę krótkich artykułów o elfach. Potem krążyły po uniwersytecie, wzbudzając zainteresowanie, śmiech lub bezpodstawny gniew różnych osób. Teraz planuję napisać książkę lub nawet kilka, lecz to dopiero jak odnajdę upragniony przeze mnie artefakt.

– A dlaczego interesuje was ten artefakt? Jest czymś cennym?

– To bezcenny skarb, na całym świecie jest ich tylko kilka. Dla Elfich Imperatorów, Smoczych Królów i Smoczych Suwerenów, a także Książąt Nosferackich były czymś niezwykle pożądanym. Poszukiwali go też Wielcy Władcy Demonów, a nawet Smokobójca.

– I wierzycie, że wiecie, gdzie znajduje się jeden z nich?

– Tak. Enkel miał zdobyć dwa. Później jeden przepadł, a drugi wpadł w ręce elfiego króla. Było kilka miejsc, gdzie mógł trafić później. Odrzuciłem już część z nich, w tym byłą elfią stolicę, gdyż w tym wypadku artefakt byłby w rękach Smokobójcy. Tak się jednak nie stało. Tym samym zostały dwie możliwości: Triavesminis lub archipelag Loamn. Jako iż nie mam możliwości sprawdzenia archipelagu, to moją jedyną nadzieją jest Triavesminis.

– Rozumiem… – Zamyśliła się na chwilę. – Co właściwie robi ten artefakt?

– A to już moja mała tajemnica. Wybaczcie, ale nikomu tego nie zdradzę.

– Dobrze, rozumiem. – Zaskakująco łatwo się poddała.

– Nie będziecie wnikać?

– To byłoby niegrzeczne. Jestem damą i nie wypada mi wnikać w czyjeś prywatne sprawy – powiedziała bardzo dumnym głosem.

– Zaiste, jesteście damą, mości Aurelio. – Usłyszawszy to, zarumieniła się lekko. – Mówię poważnie. Większość osób, które znam, zawsze się o to dopytywała, starając się odkryć, o jakim artefakcie mówię. Dlatego jestem wdzięczny, że wykazaliście więcej taktu.

– Ależ nie, tak po prostu wypada… – Była mocno speszona i wpatrywała się tylko w swoje kolana.

– Jeśli go znajdę, to wam go pokażę.

– Naprawdę?

– Tak, jednak nie będziecie mogli powiedzieć o tym nikomu innemu, dobrze?

– Dobrze! Obiecuję, mości Leonie! – Posłała mi uroczy uśmiech.

– No dobrze. – Wstałem. – Skoro zainteresowaliście się elfami, to może wrócimy do pałacu i znajdziemy dla was jakąś książkę na początek? Potem mógłbym także zrobić wam listę pozycji, które moglibyście czytać podczas mojej nieobecności.

– Byłabym bardzo wdzięczna! Obiecuję, że przeczytam wszystko, co mi polecicie!

– Doskonale! Lubię, gdy ktoś jest pewny siebie. Obyście tylko się przy tym nie zanudzili, mości Aurelio.

– Nie jestem kobietą, która się łatwo poddaje!

– Trzymam za słowo. – Posłałem jej uśmiech, na co pojawiły się u niej lekkie rumieńce. – Proszę za mną, mości Aurelio.

– Dobrze, mości Leonie, proszę, prowadźcie.

Aurelia ukłoniła się elegancko i zbliżyła do mojej dłoni. Zapewne zbyt się wstydziła, by ją chwycić, podczas gdy ja nie byłem pewien, czy to odpowiednie. Wróciliśmy więc do pałacu tak, jak wcześniej przyszliśmy do muzeum – idąc tak blisko siebie, że niemal stykaliśmy się rękoma, lecz bez dotykania się nawzajem. Na miejscu skierowaliśmy się do biblioteki, gdzie wybrałem dla Aurelii odpowiednią książkę. Była to praca historyczna traktująca o upadku elfiego imperium pod koniec piątej ery. O ile autor był wyraźnie uprzedzony do elfów, to przynajmniej jego dzieło miało dla mnie jakąś wartość i dzięki prostocie języka powinno idealnie pasować do młodej hrabianki.

Przez jakieś dwie godziny rozmawiałem jeszcze z Aurelią, by wreszcie pożegnać ją i wrócić do swojego pokoju. Popracowałem tam trochę nad ustaleniem dokładnej lokalizacji świątyni i gdy wreszcie skończyłem, odetchnąłem z ulgą. Wszystko było gotowe. Dalsze sprawdzanie raczej nie miało sensu, bo bazowałoby już tylko na domysłach. Nic więcej nie mogłem zrobić z bezpiecznego gabinetu. Najwyższa pora wyruszyć w drogę.

Oczywiście, to nie było takie proste. Nawet jeśli chciałbym wyjechać niezwłocznie, to pomijając spakowanie najpotrzebniejszych przedmiotów i zapasów żywności, wciąż musiałem znaleźć ochronę. Gildia nie doniosła mi, by ktoś podjął się mojego zlecenia, a póki to nie nastąpi, to nie powinienem się nigdzie ruszać. W końcu to mogła być droga bez powrotu…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji