Uwięzieni w przeszłości - Monika Serafin - ebook
NOWOŚĆ

Uwięzieni w przeszłości ebook

Monika Serafin

4,0

69 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowa historia autorki bestsellerowej Narzeczonej na chwilę!

Po śmierci ukochanego Mina Davis postanawia wyprowadzić się z Waszyngtonu. Za pieniądze ze sprzedaży udziałów w firmie kupuje położoną nad rzeką stadninę koni. Pogrążona w żałobie kobieta nie ma zamiaru zaprzyjaźniać się z mieszkańcami pobliskiego miasteczka. Woli spędzać czas na łonie natury i obcować ze zwierzętami.

Rafael Torros po odbyciu kary w więzieniu wraca w rodzinne strony. Na miejscu nie czeka go ciepłe przyjęcie. Mężczyzna z powodu uprzedzeń społeczności nie może znaleźć pracy.

Pewnego dnia dowiaduje się, że nowa właścicielka stadniny szuka kogoś do pomocy. Okazuje się, że o nieznanej nikomu kobiecie również krążą nieprzychylne plotki. Jednak Rafael nie ma wyboru.

Dwoje ludzi uwięzionych w przeszłości. Czy mimo uprzedzeń mają szansę dostrzec to, co może zaoferować przyszłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 296

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (790 ocen)
310
235
172
58
15
Sortuj według:
izunia08111986

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna historia..fajnie opisane wszystkie szczegoly..czyta sie bardzo szybko I plynnie...polecam
00
maadzia95

Dobrze spędzony czas

Bardzo przyjemna i lekka lektura
00

Popularność




Copyright © 2021

Monika Serafin

Wydawnictwo NieZwykłe

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:

Julia Deja

Korekta:

Anna Grabowska

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-532-7

ROZDZIAŁ 1

Szczeble drewnianej drabiny trzeszczały cicho, kiedy Mina wchodziła na poddasze stajni, by zrzucić z niego belę słomy. Nie przejmowała się za bardzo, przyzwyczajona do tego odgłosu. Wiedziała, że drabina tylko wyglądała na niestabilną. Nucąc pod nosem piosenkę, którą usłyszała rano w radiu, pokonała cztery pierwsze stopnie bez żadnych przeszkód. Nie mogła jednak wiedzieć, że drewno pękało odrobinę za każdym razem, gdy przenosiła ciężar ciała na piąty szczebel. Pech chciał, że właśnie tego dnia poddało się całkowicie, drążek trzasnął, a niepodejrzewająca niczego dziewczyna poleciała w dół.

Zderzywszy się z twardą ziemią, Mina nabawiła się guza na głowie oraz uszkodziła nadgarstek. Większość małych urazów, powstałych przy pracy w stajni, była w stanie wyleczyć sama, ale roztrzaskane kości prawdopodobnie przekraczały jej lecznicze umiejętności. Dlatego też niecałe dwadzieścia minut później znalazła się w gabinecie lekarskim mieszczącym się w centrum Downey River. Prowadził go doktor Thomas Wheeler – wysoki i chudy trzydziestoparolatek, który na widok dziewczyny westchnął głośno.

– Co się stało? – zapytał, wpuszczając ją do środka. Znał Minę Davis, bywał na jej posesji już wielokrotnie. Wzywała go, gdy któryś z prywatnych właścicieli spadł podczas jazdy czy oberwał kopniakiem od swojego wierzchowca. Sama również potrzebowała pomocy, kiedy zwichnęła kostkę lub uderzyła głową w belkę na poddaszu.

– Spadłam z drabiny – wyjaśniła krótko.

Mężczyzna chwycił jej prawą rękę i obejrzał dokładnie potłuczony, opuchnięty nadgarstek. Przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, gdy nacisnął w miejscu, w którym powstał uraz. Syknęła z bólu, z trudem powstrzymując się przed wyrwaniem dłoni z jego uścisku.

– Zrobię prześwietlenie i nałożę gips – powiedział, zapisując w karcie odpowiednie adnotacje. Marszczył w skupieniu czoło, przez co wyglądał na starszego, niż był w rzeczywistości.

– Gips? Nie możemy tego jakoś ominąć?

– Nie jestem cudotwórcą.

Mina pokiwała głową, kontemplując jego wygląd. Pomagało jej to odciągnąć myśli od uciążliwego kłucia w nadgarstku. Thomas miał trójkątną twarz i trochę krzywy nos, ale nie wyglądał źle. Oczy przypominały barwą mieszankę zieleni z brązem, natomiast równo przystrzyżone, zaczesane na bok włosy były mysie. Wśród miejscowych samotnych kobiet uchodził za przystojniaka i choć Mina zgadzała się z tą opinią, jako jedna z nielicznych nie oszalała na jego punkcie.

Nie mówił wiele, kiedy przygotowywał salę z rentgenem. Jego jedynymi słowami były polecenia, by położyła rękę w odpowiednim miejscu i stała nieruchomo podczas naświetlania. Dopiero nakładając ostatnią warstwę gipsu, kilkadziesiąt minut później, postanowił się odezwać:

– Musisz na siebie bardziej uważać.

Davis miała szczęście, że nie doszło do żadnych przemieszczeń, a jedynie do niewielkiego pęknięcia. Lekarz wyjaśnił to, pokazując na zdjęciu coś, co według niego było urazem, a dla niej wyglądało jak plama niczego.

– Zawsze to powtarzasz – stwierdziła, powstrzymując się przed przewróceniem oczami.

– I mówię poważnie, Mino. – Spojrzał na nią srogo. – Jesteś tak zabiegana, że czasami w ogóle nie zauważasz zagrożenia. Nie możesz robić wszystkiego sama, bo w końcu zdarzy się jakiś nieszczęśliwy wypadek.

– Chyba już się zdarzył. Z tym gipsem nie będę mogła naprawić płotu. – Skrzywiła się, czując ciężar kilku warstw sztywniejących bandaży. Nie podobało jej się to, że nie była w stanie poruszać nadgarstkiem, przez co będzie musiała odsunąć wszelkie renowacje w czasie. Nie lubiła czekać, ale łapanie za młotek lewą ręką byłoby pewnie jeszcze bardziej niebezpieczne.

– Może to znak, że powinnaś kogoś zatrudnić – powiedział Thomas, wstając ze swojego miejsca i podchodząc do umywalki, by wyczyścić dłonie.

– Może. – Głos Miny był markotny, ale jednocześnie jakby nieobecny. Wpatrywała się w świeży gips i zastanawiała nad słowami Thomasa. Już wielokrotnie jej powtarzał, że powinna znaleźć kogoś do pomocy w stajni, lecz ona uparcie odmawiała. Nie chciała nikogo, radziła sobie sama. To nie było takie trudne.

– Posłuchaj… Wiem, że jesteś dużą i samodzielną dziewczynką – uśmiechnął się z politowaniem – ale druga osoba w stajni to nie taki zły pomysł. Przynajmniej ktoś tam będzie, jeśli coś się stanie. Wiesz, że często siedzisz tam sama. Gdybyś straciła przytomność, mogliby cię znaleźć dopiero po kilku godzinach.

– Masz rację – mruknęła, patrząc na niego.

Podszedł bliżej, uśmiechając się lekko.

– Jak twoja głowa? – Spojrzał jej głęboko w oczy.

– Jakbym walnęła nią w ziemię – odpowiedziała nieco zadziornie. Szumiało jej trochę w uszach, poza tym nie czuła się źle. Na szczęście kępka trawy zamortyzowała upadek na tyle, by nie rozbiła sobie czaszki.

– Patrz na mój palec – polecił. Przyjrzał się uważnie ruchom jej oczu, a następnie poświecił w nie małą latarką, by zbadać reakcje źrenic. – Wygląda na to, że nic ci nie jest. Weź aspirynę, a w razie zawrotów głowy lub nudności dzwoń do mnie. W żadnym wypadku nie próbuj wsiadać za kierownicę, przyjadę do ciebie.

– Jasne, doktorku – wymamrotała, zsuwając się z kozetki, na której do tej pory siedziała. Nie mogła się przyzwyczaić do nowego ciężaru na prawej ręce. Kiedy szła w stronę drzwi, miała wrażenie, że coś ciągnie ją w bok.

– Mina. – Odwróciła się, słysząc swoje imię. Lekarz opierał się o biurko, trzymając teczkę z jej kartą pacjenta. Patrzył na nią uważnie ze zmartwioną miną. – Mówiłem poważnie o zatrudnieniu kogoś do pomocy. Zrób to dla własnego dobra.

Pokiwała głową, pożegnała się i wyszła. Mężczyzna odprowadził ją wzrokiem, wzdychając. Znał Minę Davis na tyle dobrze, by wiedzieć, że tym razem również go nie posłucha. Bawiła go jej upartość, ale coraz częściej obawiał się, że doprowadzi ją ona do zguby.

Gdyby wiedział, że pomylił się tylko odrobinę i że swoim zatroskaniem zapoczątkował ciąg wydarzeń mających zmienić los dwojga zagubionych ludzi, już dawno sam zepchnąłby ją z tej drabiny.

***

Rafael stanął na chodniku tuż przed budynkiem stanowego więzienia i wziął głęboki oddech. Cieszył się bardzo, mogąc znów nazywać się wolnym człowiekiem; czekał na ten dzień cztery lata. Brakowało mu tego. Mógł teraz robić wszystko bez nadzoru, mógł pójść tam, dokąd chciał, zjeść to, co chciał, i spać tam, gdzie chciał. Żaden strażnik nie będzie mu więcej mówił, o której powinien zasnąć. Z pewnością nie będzie tęsknił za ustalonym z góry grafikiem i kiepskim żarciem.

– Rafi! – Odwrócił się, słysząc znajomy głos. Uśmiechnął się szeroko, chwytając w objęcia matkę, która biegła w jego stronę. Jej długie do ramion, brązowe włosy powiewały za nią, podobnie jak kwiecista sukienka. – Mój kochany synuś! – Ujęła jego twarz, zmuszając jednocześnie, by nachylił się do niej, i zaczęła składać pocałunki na jego policzkach.

Zaśmiał się, nie próbując nawet wyrwać z silnego uścisku. Wiedział, że jego pobyt w więzieniu kosztował ją wiele nerwów. Cierpiała mocniej niż on sam, odsiadując swój wyrok, dlatego nie zamierzał zabierać jej tej chwili radości.

– Tak się cieszę – powiedziała, odsuwając się od niego. Wciąż jednak trzymała dłonie na jego policzkach i wpatrywała się w niebieskie oczy. W jej zaś zbierały się łzy szczęścia. Pociągnięcie nosem świadczyło o zbliżającym się wybuchu płaczu.

– Mamo, już dobrze. Nie płacz. – Uśmiechnął się, przytulając ją mocno.

– Kiedy ja się cieszę, że już nie musisz siedzieć w tym strasznym miejscu – wyznała. Odsunęła się od niego, wycierając łzę, która spływała jej po brodzie. – Obiecaj, że więcej tam nie trafisz. – Pogroziła mu palcem.

– Obiecuję – odparł szczerze. Naprawdę nie zamierzał ponownie zadzierać z prawem. Ten jeden raz w zupełności mu wystarczył. W więzieniu znalazł się w otoczeniu jeszcze większych zbrodniarzy i zwyrodnialców, którzy nie umilali mu pobytu w placówce. Wręcz przeciwnie, niejednokrotnie Rafael bał się o własne życie, a to zmuszało go do podejmowania działań, które niekoniecznie przemawiały na jego korzyść. Nie chciał zwariować ani utożsamiać się z tymi kryminalistami.

Jednak Rafael wiedział, że gdyby musiał, powtórzyłby to, co zrobił. Nie żałował, że sprał Franka na kwaśne jabłko – nie dopóki jego mama była bezpieczna. To, czego żałował, to fakt, że zostawił Georgię samą, gdy najbardziej go potrzebowała.

– Chodźmy już. Nie chcę dłużej być w pobliżu tego piekła.

– Oczywiście. – Uśmiechnęła się szeroko, pokazując tym samym komplet trochę krzywych zębów.

Podeszli do starego, niebieskiego pickupa. Kobieta zasiadła za kierownicą, nie dając się przekonać, aby to on mógł prowadzić, w wyniku czego Rafael zajął miejsce pasażera. Otworzył okno, by cieszyć się powiewem świeżego powietrza na twarzy. Powiewem wolności.

Downey River znajdowało się w odległości prawie stu dwudziestu pięciu mil1 od placówki więziennej, dlatego podróż urozmaicali sobie rozmową. Georgia opowiadała o tym, co wydarzyło się w mieście w przeciągu tych lat, w których był nieobecny. Powiedziała mu o ślubie Helen, z którą spotykał się przed czteroma laty, z Jackiem, jego starym znajomym ze szkoły. Niedługo miało urodzić się ich pierwsze dziecko i wszystkie starsze panie w kościele obstawiały, że będzie to chłopiec, ponieważ przyszła mama w ogóle nie jadła słodyczy. Rafael wiedział, że Helen się zaręczyła, jako że matka zdawała mu relacje z życia miasteczka podczas każdych odwiedzin, które nie były tak częste, jak oboje by tego chcieli. Choć cieszył się ze szczęścia młodej pary, nie mógł pozbyć się uczucia zawodu; Helen zostawiła go, kiedy trafił do więzienia. Nie dziwił się, była młoda i powinna cieszyć się życiem, nie czekając na nikogo. A on przez tych kilka lat zdążył pogodzić się z tym, że świat gnał dalej pomimo jego wyroku.

Georgia opowiedziała również o nowym systemie zapobiegania pożarom, który zamontowano w bibliotece po tym, jak rok temu omal nie spłonęła; o hucznych, sto drugich urodzinach pana Jonasa, które odbyły się dwa tygodnie wcześniej; o lisie, który podkradał kury z gospodarstwa państwa Porterów. Mówiła o drobnych rzeczach, o typowych, małomiasteczkowych sprawach, a jednak Rafael słuchał uważnie, chłonąc niemal każde słowo. Brakowało mu Downey River, brakowało mu ludzi i atmosfery, którą tworzyli jako społeczność.

Po prawie dwuipółgodzinnej podróży znaleźli się w odległości niecałych dwóch mili2 od miasteczka. Wtedy to oczom Rafaela ukazała się boczna droga wykładana kamieniami, prowadząca między drzewami do stadniny należącej do Francisa Escobana i jego żony Grety. Stary Escoban chorował na raka, przez co coraz trudniej było mu utrzymać posesję w dobrym stanie, a Greta sama nie dawała rady, dlatego od kilku lat szukali kupca. Torros pamiętał, że jeszcze zanim trafił do więzienia, wyprzedali większość swoich koni, zapewniając Francisowi kilka kolejnych dawek bardzo drogich leków.

Rafaela zdziwiło, że nadjeżdżający z naprzeciwka brązowy jeep skręcił w tamtą drogę. Escobanowie nie mieli samochodu, do miasteczka zawsze przyjeżdżali wierzchem lub, w ostatnim czasie, bryczką, ku uciesze miejscowych dzieci.

– Francis kupił w końcu auto? – zapytał, wskazując kciukiem zjazd, który dopiero co minęli.

– Nie, to nowej właścicielki – odparła Georgia spokojnie.

– Nowej właścicielki? Escobanowie sprzedali w końcu stadninę? – Rafael był zaskoczony. Wszyscy w Downey River wiedzieli, jak bardzo Francis wybrzydzał, szukając nabywcy. Prawie każdego spławiał, tak jakby w ogóle nie chciał jej sprzedawać.

– Nie mówiłam ci? – Georgia spojrzała na niego z uniesionymi brwiami. – Musiałam zapomnieć, to stało się zaraz po pożarze biblioteki, rok temu.

– Co się stało? – Zignorował wahanie, które usłyszał w głosie matki.

– Znaleźli kupca. Młodą dziewczynę, Minę Davis – powiedziała, przytakując sobie głową. – Tydzień po sprzedaży Francis zmarł, panie świeć nad jego duszą, a Greta przeniosła się do miasta. Mieszka w pensjonacie.

– Szkoda starego, zawsze był dla mnie miły. – Rafael westchnął. Wciąż pamiętał, ile frajdy sprawiało mu dosiadanie kucyków, które Francis wystawiał zawsze na miejscowych festiwalach.

Georgia kontynuowała niewzruszona:

– Davis od razu się wprowadziła, jakby w pośpiechu, i wynajęła Raymonda, żeby zajął się budową jakiejś krytej… krytego czegoś. Mówił, że jeszcze nigdy nie trafił mu się taki klient. Mina właściwie wyłożyła kasę na stół i zażądała szybkiego załatwienia spraw. Rozumiesz? To chyba jakaś bogaczka, żeby tak pieniędzmi szastać… – Zacmokała krótko, by wyrazić dezaprobatę na podobne zachowanie.

– I załatwili to szybko?

– Uwinęli się w kilka miesięcy. – Georgia uśmiechnęła się niemal z dumą. Przyjaźniła się z Raymondem Hamiltonem od dziecka, to ona podsunęła mu pomysł na firmę budowlaną. — Ta cała Davis dostarczała im wszystkie materiały, których potrzebowali. Wystarczyło, żeby poprosili.

– Wow, musiało jej naprawdę zależeć na czasie – stwierdził Rafael, zerkając w lusterko. Niestety byli już za daleko, by mógł ujrzeć boczną, wykładaną kamieniami drogę.

– Jak dla mnie ta cała sprawa jest jakaś podejrzana – mruknęła kobieta, nieco ściszając głos. – Skąd taka młoda dziewczyna miałaby tyle pieniędzy? Raymond mówił, że naprawdę nie żałowała nawet centa. Na mój gust taka kasa u takiej młódki musi pochodzić z jakichś szemranych interesów. Może narkotyki albo handel bronią.

– Nie daj się ponieść wyobraźni, mamo. – Rafael się zaśmiał. Znał Georgię i wiedział, że nie powinno się słuchać wszystkiego, co mówiła. Czasami zachowywała się jak te wszystkie stare panny w Downey River, które spotykały się raz w tygodniu na ławce w parku, aby omówić nowe wydarzenia. O tak, jego matka z pewnością lubiła plotkować. Problem polegał jednak na tym, że zdecydowanie za często snuła domysły tak bardzo odbiegające od prawdy, że śmiało można by je podciągnąć pod kategorię science fiction.

Jemu również wydawało się, że taka kasa w rękach młodej dziewczyny to dziwna okoliczność, ale uważał, że na pewno było na to logiczne wytłumaczenie. A przynajmniej takie, które nie obejmowało łamania tuzina przepisów prawa federalnego. Może dostała pieniądze od rodziców? Albo w spadku po bogatym dziadku?

– Cokolwiek to jest, wolałabym, żebyś trzymał się od niej z daleka.

– Jak sobie życzysz, mamo – zgodził się, uśmiechając się do niej.

Przejechali przez most, mijając tablicę z wielkim napisem: „Witamy w Downey River”, i Rafael poczuł, jak jego serce nieznacznie przyspieszyło. Las stawał się coraz rzadszy, z każdym jardem ubywało więcej drzew, aż w końcu ustąpiły one miejsca gospodarstwom rolnym, jednorodzinnym domkom z białymi płotami i budynkom urzędowym.

– Pomyślałam, że po powrocie będziesz chciał zjeść coś dobrego, więc zrobiłam wcześniej zakupy – oznajmiła z zadowoleniem Georgia, zerkając na syna z uśmieszkiem.

– Powiedz, że zrobiłaś kurczaka według przepisu babci – poprosił.

– Oczywiście! Właśnie się marynuje w lodówce! – odpowiedziała ze śmiechem.

– Tak! – Rafael zaciśniętą pięścią wykonał ruch zwycięzcy, szczerząc się jak dzieciak. Nie mógł się powstrzymać. Czuł się szczęśliwy. Mama się śmiała, siedząc obok niego, mógł jej dotknąć bez obawy, że oberwie w łeb od strażnika. Wracał do domu, oddychał świeżym zapachem lasu…

Był wolny!

ROZDZIAŁ 2

Aurelia Tye była jedną z tych kobiet, które w życiu od samego początku są na słabej pozycji. Urodziła się i wychowała na farmie, będąc piątym w kolejności dzieckiem z dwanaściorga rodzeństwa. Nie było łatwo dorastać wśród takiego zgiełku; dzieciaki biegały całymi dniami po podwórzu, wrzeszcząc i śmiejąc się, czemu rodzice często nie byli w stanie zapobiec. W domu nigdy się nie przelewało – Aurelia nie potrafiła już nawet powiedzieć, ile razy zapomniano o niej przy kupowaniu prezentów na Gwiazdkę. Zawsze czuła się niekochana i zaniedbywana.

Przez obowiązki domowe nie ukończyła szkoły, a kiedy na horyzoncie pojawił się całkiem niebrzydki kawaler, Aurelia szybko zrozumiała, że bez wykształcenia nie miała nawet szans wzbudzić jego zainteresowania. Urodą nie grzeszyła, rodzice dali jej w spadku jakiś marny procent majątku, który na nic się zdał. Nie miała niczego, czym mogłaby zaimponować młodzieńcowi. W tamtym momencie przyszłość malowała się w ciemnych barwach: do śmierci na utrzymaniu braci i sióstr, zakała rodziny. Załamała się, a kilka lat później zaczęła topić smutki w kieliszku wódki.

Z czasem kieliszek przerodził się w szklankę, a ta w całą butelkę. W wieku trzydziestu lat Aurelia Tye stała się nieszczęśliwą alkoholiczką. Jako pięćdziesięciopięciolatka była już po trzech odwykach, z których żaden nie zakończył się sukcesem. Wciąż piła, stale pakowała się w kłopoty i niejednokrotnie oberwała po głowie od miejscowego szeryfa za publiczne obnażanie się. Była wrakiem człowieka, a z czasem stała się przestrogą dla wszystkich dzieci w Downey River. „Uczcie się, bo skończycie jak Aurelia Tye” – mawiali nauczyciele w tutejszej szkole.

Życie miejscowej moczymordy nie było jednak takie najgorsze; większość osób po prostu nie zwracała na Aurelię uwagi, co bardzo jej odpowiadało. Mogła bez problemów przemieszczać się po mieście, chodzić tam, dokąd miała ochotę, spać na ławce w parku i podsłuchiwać rozmowy starszych pań opuszczających kościół po niedzielnym nabożeństwie. O tak, Aurelia uwielbiała słuchać plotek, a jeszcze bardziej lubiła być tą, która jako pierwsza zdobyła cenne informacje.

Nic więc dziwnego, że kiedy przechadzając się wzdłuż jednej z mniej ruchliwych ulic Downey River, zauważyła niebieskiego pickupa należącego do Georgii Torros, Aurelia nadstawiła uszu i oczu. Zatrzymała się na chodniku, chwiejąc lekko na boki, i zmrużyła powieki, obserwując sunący powoli po jezdni pojazd. Lipcowe słońce utrudniało jej widzenie, ale dostrzegła dwie sylwetki w szoferce. Przetarła oczy pięścią, a następnie pochyliła się lekko, jakby miało jej to pomóc w zidentyfikowaniu pasażera. Dopiero kiedy samochód przejechał obok niej, zobaczyła go dokładnie. Rafael Torros – najsłynniejszy w całym miasteczku obrońca uciśnionych kobiet – wystawiał łokieć przez otwarte okno pickupa.

To nie mógł być nikt inny. Cztery lata temu jego twarz znalazła się we wszystkich wiadomościach. Aurelia czasem oglądała telewizję, stojąc w kolejce w sklepie, w którym akurat był telewizor, albo podglądając przez okno swoje rodzeństwo wciąż mieszkające w rodzinnym domu. Choć wtedy – tak jak i w tym momencie – piła już jakiś czas, widziała tę twarz tyle razy, że rozpoznałaby ją wszędzie. Poza tym kogo innego mogłaby wieźć Georgia Torros?

Aurelia czknęła, prostując plecy, i rozejrzała się dla pewności, że dostrzegła go jako pierwsza. Czym prędzej dopiła wódkę, nawet się nie wzdrygając na jej smak, a pustą już butelkę wyrzuciła w krzaki. Następnie chwiejnym krokiem pospieszyła w stronę centrum, dzieląc się tą nowiną z każdą napotkaną po drodze osobą: Rafael Torros wrócił do miasta.

Wkrótce wszyscy, którzy chcieli słuchać pijackiego bełkotu Aurelii, wiedzieli o przyjeździe młodego Torrosa. Ta wieść nie ominęła również uszu Helen Bailey, która – zaraz po otrzymaniu tej informacji od swojej matki, która z kolei usłyszała ją od samej Aurelii Tye – wstała od stołu, wymigując się złym samopoczuciem, zamknęła się w sypialni i nie wychodziła z niej aż do wieczora.

ROZDZIAŁ 3

Dom rodzinny Torrosa wyglądał źle, jeszcze zanim mężczyzna trafił za kratki. Frank, ojciec Rafaela, nie poczuwał się do odpowiedzialności, aby utrzymywać chałupę w dobrym stanie – o wiele lepiej wychodziło mu chlanie piwska całymi dniami niż przycinanie żywopłotu, dlatego takie sprawy zostawiał do wykonania synowi. Młody Torros robił wszystko, aby dom nie popadł w ruinę: kosił trawę, naprawiał drobne uszkodzenia, łatał dziury w płocie. Georgia zaś dbała o mizerny ogródek, z uporem maniaka hodując róże, które Frank zawsze ścinał, bo – jak twierdził – rozpraszały go.

Kiedy zabrakło ich obu, kobiecie nie został nikt, kto mógłby zadbać o żywopłot. Starała się sama przycinać za długie gałązki, ale zaprzestała, gdy prawie odcięła sobie sekatorem palec. Rósł więc, już dawno połknąwszy siatkę ogrodzenia. Również trawnik nie prezentował się dobrze. Pod starą jabłonią, którą Frank zasadził po narodzinach jego jedynego syna, leżało równie sędziwe, połamane krzesło. Ze ścian domostwa odpadały płaty białej farby, zewnętrzne schody wyglądały na niestabilne, a w balustradzie na werandzie brakowało dwóch sztachet. Widok był okropny i tylko róże, które w końcu nie musiały strzec się Franka i jego nożyczek, rosły piękne i duże, osładzając nieco ten gorzki obrazek.

Pierwszą rzeczą, którą Rafael zrobił następnego dnia po powrocie, było skoszenie trawnika. Nic nie sprawiło mu wcześniej takiej przyjemności, jak właśnie to. Sunął buczącą kosiarką po trawie, z satysfakcją obserwując, jak źdźbła skracały się o dobre cztery cale3. Uśmiechał się pod nosem, czując pot spływający mu po plecach. Jeszcze kilka lat temu koszenie trawy było dla niego katorgą, lecz po odsiedzeniu wyroku cieszyło go wszystko, co mógł zrobić jako wolny człowiek.

– Przyniosłam ci gazetę – zawołała Georgia, przekrzykując warkot kosiarki. Machnęła mu plikiem szarych kartek przed twarzą. Odpowiedział, że zaraz ją zabierze, więc odeszła na bok i oparła się o gruby pień jabłoni. W drugiej dłoni trzymała kubek z herbatą, którą powoli piła. Przez dłuższą chwilę przyglądała się synowi z uśmiechem, ciesząc się, że znów miała go przy sobie.

Kiedy Rafael skończył, odstawił kosiarkę do starej, rozpadającej się już szopy, obiecując sobie, że wyremontuje ją jak najszybciej. Wrócił na przód domu, odebrał od matki miejscową gazetę i przerzucił od razu na przedostatnią stronę, gdzie zawsze zamieszczano ogłoszenia o pracy. Tak brzmiało jego postanowienie, kiedy opuszczał mury więzienia: od razu znajdzie robotę i zacznie swoje życie na nowo. Dlatego też poprosił Georgię o najnowszy egzemplarz.

– Jest coś ciekawego? – zapytała, gdy przez kilka sekund się nie odzywał, skanując wzrokiem różne anonse.

– Chcą kogoś do rzeźni – mruknął. Choć obiecał sobie, że nie będzie wybrzydzał, ta wizja nieco go przeraziła. Nie potrafił sobie wyobrazić siebie w miejscu owianym zapachem krwi i śmierci. – I do warsztatu Eda.

– Możesz spróbować u Eda. Zawsze interesowałeś się motoryzacją.

Uśmiechnęła się do niego wesoło, upijając łyk herbaty. Ona również nie widziała go w roli rzeźnika. Pamiętała, gdy jako siedmiolatek rozpłakał się, bo przejechał rowerem żabę.

Pokiwał głową, składając gazetę na pół. Przez chwilę przyglądał się matce i dopiero wtedy dotarło do niego, jak bardzo się zmieniła. Wokół oczu i ust wyraźnie dostrzegał zmarszczki, jej skóra straciła blask i jędrność. Zastanawiał się, czy był to efekt wieloletniego małżeństwa z pijakiem, czy też osadzenia jedynego dziecka w więzieniu.

– Tak się cieszę, że jesteś w domu – oznajmiła, przysuwając się do niego. Położyła wolną dłoń na policzku syna, ze wzrokiem utkwionym w jego niebieskich tęczówkach. Palcami dotknęła blizny przy prawym oku Rafaela, spoglądając na nią ze smutkiem. Ogarniał ją mrok, ilekroć przypomniała sobie okoliczności, w jakich powstała. – Przykro mi…

– Mamo, nie myśl o tym. – Chwycił jej dłoń w swoją i przycisnął do ust. – To już przeszłość, okej? Frank tutaj nie wróci, jesteś bezpieczna. Oboje jesteśmy.

Uśmiechnęła się słabo. Przyciągnął ją do siebie i przytulił z całych sił. Prawie wylała na niego herbatę, ale nie odsunęła się. Za bardzo tęskniła za swoim synem przez te cztery lata, żeby teraz go odepchnąć. Wtuliła więc twarz w twardy tors i wdychała jego zapach. Niemal od razu poczuła wypełniającą ją ulgę. Tak jak wtedy, gdy był jeszcze niemowlęciem, a ona nie mogła zasnąć, dopóki nie znalazł się blisko niej. Wtedy pachniał lawendą, bo taki zapach miał żel, którym go myła. Teraz czuła szare mydło i pot, ale była spokojna, słysząc mocne i stabilne bicie jego serca.

Żałowała, że nie potrafiła go ochronić. Wszystko, czego dla niego chciała, to szczęście. Tymczasem nie zaznał go nawet w rodzinnym domu, w dzieciństwie. Nie umiała sobie wybaczyć, że nie spostrzegła wcześniej, jakim człowiekiem naprawdę był jej mąż. Obwiniała siebie za to, że przez upór, by trwać przy Franku nawet w jego najgorszych dniach, Rafael trafił do więzienia.

Młody Torros nigdy niczego nie miał za złe matce. Robiła, co mogła, żeby dać mu poczucie bezpieczeństwa. Obdarzała go miłością i nieraz przyjęła na siebie gniew Franka, kiedy wkurzył się na małego Rafaela. Właściwie cieszył się, że posyłając ojca w cholerę, mógł w pewnym stopniu odwdzięczyć jej się za wszystko, co dla niego zrobiła. Byłby zdruzgotany, gdyby wiedział, że Georgia czuła się wszystkiemu winna.

– Dobra, koniec tych przytulanek – wymamrotała kobieta, odsuwając się od niego niechętnie. Chrząknięciem zamaskowała drżenie głosu. – Mam za chwilę spotkanie klubu książki, a ty, zdaje się, miałeś szukać pracy.

– Tak jest. – Mrugnął do niej zadziornie, schylając się, by zabrać z ziemi butelkę z wodą. Przejechał dłonią po brązowych włosach, ściętych na jeża według standardów więziennych, i uśmiechnął się, żeby ją rozweselić.

Zaśmiała się krótko, chwytając go pod ramię. Razem weszli po rozpadających się schodach do białego domu z niebieskim dachem. To była jego cecha charakterystyczna. Kiedy jeszcze była młoda, Georgia zawsze chciała mieć taki dom, więc Frank zbudował taki dla niej. Wtedy byli szczęśliwym małżeństwem.

ROZDZIAŁ 4

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu rzeka Downey, od której swą nazwę wzięło miasteczko, mijała je od strony wschodniej, kierując się dalej na północ. Wraz z rozwojem i rozbudową część budynków przeniesiono na drugi brzeg. Tam też stawiali swoje domy nowi mieszkańcy, aż w końcu Downey River stało się miastem podzielonym przez wstęgę wody na dwie części, nazywane oryginalnie przez miejscowych „starą” i „nową”. W starym Downey River mieściły się kościół, ratusz i poczta. Biblioteka oraz szkoła, łącząca w sobie nauczanie początkowe i liceum, znajdowały się po drugiej stronie rzeki. Tam też swój warsztat samochodowy wybudował Edward Marshall.

Georgia zabrała pickupa, by pojechać na spotkanie klubu książki w bibliotece, ale podrzuciła Rafaela do skrzyżowania, z którego było już niedaleko do zakładu mechanika. Przeszedł przez ulicę, mijając duże rabaty porośnięte zieloną roślinnością, i uśmiechnął się do starszej pani, która trzymała w dłoniach psa. Chihuahua trząsł się jak liść na wietrze, mimo to nie omieszkał naszczekać na Torrosa, gdy znalazł się w zasięgu jego wzroku.

Warsztat Naprawy Eda zajmował duży plac, na którym stały samochody czekające na zreperowanie. Prostokątny budynek był murowany i pomalowany na brzoskwiniowo, natomiast dach stanowiła gruba płachta czerwonej, falistej blachy, która niesamowicie hałasowała podczas deszczu. Na ścianie wisiała biała tabliczka z godzinami otwarcia, a jedne z trojga garażowych drzwi stały otworem, pokazując wnętrze warsztatu i czerwone auto z otwartą maską, nad którym pochylał się mężczyzna w niebieskich roboczych ciuchach. Wyprostował się, kręcąc głową i wycierając ręce w brudną szmatkę, a wtedy zauważył Rafaela idącego w jego kierunku.

– A niech mnie licho, jeśli to nie Rafael Torros! – zawołał, rzucając materiał na pobliskie krzesło. Podszedł do mężczyzny i mocno uścisnął jego wyciągniętą dłoń.

– Cześć, Mitch – powiedział Rafael, uśmiechając się do kolegi ze szkolnej ławki.

Mitchell Paisley był niski i okrągły jak piłka, ale braki w wyglądzie nadrabiał wyszczekaną gębą i siłą, dzięki której z łatwością przenosił naprawdę duże ciężary. Typowe dla niego było obracanie w zębach wykałaczki, mocno już zdewastowanej, bo zdarzało się, że żuł jedną przez kilka dni.

– Dobrze cię widzieć, stary. Wypuścili cię w końcu, co? – Paisley uśmiechnął się krzywo, biorąc się pod boki. Wykałaczka zadrżała w kąciku jego ust.

– Tak, słuchaj… Jest Ed? Muszę z nim porozmawiać. – Rafael nie miał ochoty na dyskusje o więzieniu. Wolałby kompletnie zapomnieć o tym przykrym incydencie. To nie była historia, którą należałoby się chełpić.

Mitch obrócił się i wrzasnął:

– Hej, Eddy! Cho no tu!

– No i czego drzesz tę japę, Paisley?! – Dało się słyszeć z wnętrza warsztatu. Po chwili coś spadło z hukiem na betonową podłogę, Ed zaklął szpetnie i głośno, po czym znalazł się na zewnątrz, rozcierając dłonią czoło, w które się uderzył. – Lepiej bierz się do roboty, gałganie!

– Nie marudź, stary dziadzie, tylko zobacz, kogo w końcu wypuścili z ciupy. – Mitchell zaśmiał się urywanie, ale szczerze, rozchylając przy tym wargi, tak że patyczek omal nie wypadł na chodnik.

Edward Marshall miał prawie sześćdziesiąt lat, łysą głowę i siwe wąsy. Gdy zmarła jego żona, zamknął się w warsztacie i zgorzkniał nieco, ciągle narzekając na wszystkich oprócz siebie. Jako dwudziestolatek Marshall startował w wyścigach samochodowych, czym lubił chwalić się młodzieży. Czternastoletni Rafael często go odwiedzał, by posłuchać historii o superszybkich autach.

– A, to ty, Torros – mruknął, podchodząc do nich. Kulał na lewą nogę, co było nowością dla Rafaela.

– Co ci się stało? – zapytał.

– Ten bęcwał wcisnął zły guzik i rampa podnośnika spadła mi na nogę. – Ed zamachnął się i zdzielił Mitcha po głowie. – Wynocha do roboty, Paisley!

– Miło było, Rafi. Wpadnij kiedyś do Boba na piwo – rzucił Paisley, osłaniając się przed następnym uderzeniem właściciela warsztatu. Odszedł, śmiejąc się głośno i tubalnie.

– Czego chcesz, Torros? – spytał Edward, kiedy zostali z Rafaelem sami na parkingu.

– Widziałem ogłoszenie w gazecie – odparł, wyjmując z kieszeni dżinsów kartkę zgiętą na pół. Podał mechanikowi wycinek, wskazując miejsce, w którym znalazła się informacja o wolnej posadzie w warsztacie.

– Niech zgadnę… Liczysz na to, że cię zatrudnię? – Marshall parsknął.

– Szczerze mówiąc, to tak…

– Słuchaj, młody – zaczął Ed, robiąc kilka kroków, by się do niego zbliżyć. – Jeszcze cztery lata temu przyjąłbym cię od razu, ale teraz… zapomnij.

Oddał mu kartkę wyrwaną z gazety i odwrócił się, chcąc odejść.

– Ed. Ed, zaczekaj. – Rafael wyprzedził go, zagradzając drogę. – Dlaczego? Przecież wiesz, że potrafię naprawić niemal wszystko. Sam mnie uczyłeś.

– Zjeżdżaj, Torros, nie mam czasu, żeby się z tobą użerać – burknął mężczyzna, wymijając go. – Zatrudnię ciebie, to zaraz przyleci tu cała banda takich jak ty. To nie jest przytułek dla kryminalistów. Idźcie okradać kogoś innego.

– Wiesz, że ja nie kradnę – warknął Rafael przez zaciśnięte zęby.

– Ale twoi nowi koledzy z ciupy już tak. – Edward obrócił się i spojrzał na Rafaela hardo. W jego oczach nie było ani grama współczucia, słowa zaś brzmiały okrutnie prawdziwie. – Więc, o ile nie masz dla mnie żadnego samochodu do naprawienia, idź stąd.

Rafael zmiął w ustach przekleństwo i spuścił wzrok. Schował kartkę z gazety z powrotem do tylnej kieszeni dżinsów i ruszył w stronę skrzyżowania, na którym wysadziła go matka. Nie miał żadnego powodu, by tam iść, po prostu chciał znaleźć się z dala od osądzającego go tonu głosu Edwarda Marshalla.

Jeszcze nigdy Rafael nie czuł się tak źle. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Podejrzewał, że znalezienie pracy nie będzie łatwe, w końcu odsiedział kilka lat w więzieniu, a nikt nie lubił takich ludzi, jednak nie przypuszczał, że zostanie tak potraktowany. Nawet fakt, że Ed zawsze zachowywał się jak dupek, nie osłodził jego gorzkich słów. Zasugerował, że Rafael sprowadziłby kłopoty na jego warsztat, właściwie nazwał go kryminalistą. A przecież Torros nie był złym człowiekiem. Wszystko, co zrobił, było w obronie Georgii, i Rafael nie czuł wstydu. Żałował, że ta sprawa kosztowała go cztery lata wolności, ale nie wstydził się.

Wszyscy w miasteczku wiedzieli o tym, co wydarzyło się tamtej nocy w domu Torrosów; to była dość głośna sprawa w Downey River. Napaść, brutalne pobicie, aresztowanie jedynego syna Franka i Georgii. Niektórzy byli zszokowani, kiedy na wierzch wyszły mroczne sekrety, które skrywał biały dom z niebieskim dachem, inni niedowierzali własnym oczom i uszom, a nieliczni im współczuli. Jednak niezależnie od tego, co kto uważał za prawdę i jakie uczucia żywił względem Georgii i jej syna, wieść o jego odsiadce najwyraźniej nie pomagała Rafaelowi w znalezieniu pracy. Odmowy, choć nie tak okrutne jak Edwarda, usłyszał również w piekarni oraz na stacji benzynowej.

W centrum nowego Downey River znajdował się niewielki ryneczek usytuowany na planie koła. Otaczały go kolorowe kamienice, w których mieściły się siedziby różnych firm usługowych. Był tam szewc, który wraz z rodziną mieszkał nad pracownią. Zaraz obok znajdowała się lodziarnia, w której można było zjeść najlepsze włoskie lody w całym mieście. Kawałek dalej swoje miejsce znalazły pizzeria, salon fryzjerski, studio fotograficzne oraz piekarnio-cukiernia, z której Rafael właśnie wyszedł, wciąż bez pracy.

Pośrodku placu wyłożonego kostką brukową stała ogromna fontanna, otoczona drewnianymi ławkami na mosiężnych nogach. Woda tryskała z otworu na szczycie wielkiego stożka, wywołując śmiech i radość przechodzących obok dzieci. Wydawało mu się, że to ich szczęście było za bardzo widoczne, wręcz nachalne, dlatego nie usiadł w pobliżu fontanny. Zamiast tego zajął miejsce przy jednym ze stolików lodziarni wystawionych na chodnik.

Czuł się paskudnie. W normalnych okolicznościach pomyślałby, że trzy odmowy jeszcze niczego nie oznaczały. Jednak Rafael przeczuwał, że w jego wypadku było inaczej. Wszyscy wiedzieli, że był w więzieniu, niestety mało kto zdawał się pamiętać dlaczego. Ważne było dla nich tylko to, że siedział, miał kartotekę i prawdopodobnie znał kilku bardzo nieprzyjemnych gości. To źle rokowało jego przyszłości w tym mieście.

– Przepraszam, ale jeśli nic pan nie zamawia, musi pan zwolnić stolik.

Podeszła do niego pracownica lodziarni ubrana w białą koszulkę z krótkim rękawem. Na biodrach miała zawiązany zielony fartuszek. Rafael spojrzał na nią: wyglądała na miłą.

– Eee, jasne. Poproszę śmietankowe – powiedział nieco oszołomiony. Jego myśli wciąż krążyły wokół słów Edwarda. Czy wszyscy uważali go za kryminalistę?

Dziewczyna uśmiechnęła się, zniknęła w budynku i po chwili wróciła z wafelkowym rożkiem nadzianym białymi lodami. Podziękował i usiadł wygodnie na krześle, przecierając dłonią twarz. Jedząc swojego loda, zastanawiał się, co powinien zrobić dalej. Nie mógł ukrywać, że czuł się zdołowany tym wszystkim i nie miał już sił, by dalej próbować. Przynajmniej nie tego dnia. Może więc powinien wrócić do domu i odpocząć, a pracy poszukać jutro? Jeśli niczego nie znajdzie, zostaje mu rzeźnia. Może tam przyjmą byłego skazańca.

Jeszcze dwie godziny włóczył się bez celu po mieście, z zadziwieniem odnajdując rzeczy, których wcześniej w nim nie było. Zauważył, że przy chodnikach obok głównych ulic postawiono kamienne donice i posadzono w nich kolorowe kwiaty. Budynek biblioteki, świeżo wyremontowany po pożarze z zeszłego roku, wyglądał na bardziej nowoczesny i sprzyjający nauce, niż Rafael pamiętał. Kiedy jeszcze chodził do szkoły, biblioteka wyglądała jak ta rozpadająca się szopa z tyłu domu: była brudna, brzydka i odstraszająca. Boisko przy szkole zachęcało do gry w piłkę nożną i biegania po nowym, sprężystym podłożu. Wszystko w Downey River wydawało mu się obce, a przecież nie było go raptem cztery lata.

– Jak poszukiwania pracy, Rafi? – zapytała Georgia, gdy wrócił do domu.

Nie odpowiedział od razu, udając się najpierw do łazienki, by umyć ręce. Po chwili pojawił się w jadalni, gdzie na stole czekał na niego talerz z fasolką po bretońsku. Usiadł i zabrał się za jedzenie.

– Niezbyt dobrze – powiedział w końcu.

Kobieta usiadła naprzeciw niego ze swoją porcją obiadu.

– Nie zrażaj się. – Jej głos był miły i przyjazny. – Jutro pójdzie ci znacznie lepiej.

Spojrzała na niego oczami pełnymi wiary. Uśmiechnął się, lecz bez przekonania, po czym zapytał, jak przebiegło spotkanie klubu książki.

– Julia przyprowadziła dzisiaj psa i nakrzyczała na Lucy, kiedy ta kazała jej go zostawić na zewnątrz. Dasz wiarę? Wzięła psa do biblioteki. Trzeba być nieźle pokręconym, przecież to nie jest miejsce dla zwierząt. Zwłaszcza dla takich, które mają gazy. – Przy ostatnich słowach ściszyła nieco głos, jakby mówiła coś niestosownego. Po chwili spojrzała na swoją fasolkę i skrzywiła się lekko, jakby dochodząc do jakiegoś wniosku. Odsunęła talerz, nagle tracąc apetyt.

Rafael zaśmiał się cicho, słuchając dalej pasjonującej historii o psie, który miał gazy, o jego rozwrzeszczanej właścicielce, o chłopaku, który wybrał zły dzień, by szperać w bibliotecznym katalogu świerszczyków, i o wielu innych rzeczach, które – jak na spotkanie klubu książki w Downey River przystało – nie dotyczyły ani jednej książki. Odtrącał od siebie ponure myśli, nawet przez sekundę nie zastanawiając się, czy powinien powiedzieć matce o swoich problemach. Wiedział, że jeśli tylko to zrobi, jeśli choć powie słowo o tym, że nie chcą mu dać pracy, bo odsiedział wyrok w więzieniu, Georgia zacznie się zamartwiać. Dlatego siedział cicho, pozwalając jej mówić.

ROZDZIAŁ 5

Minęło kilka dni, a Rafael wciąż nie miał pracy. Codziennie sprawdzał gazetę, przerzucając na ostatnią stronę z ogłoszeniami, i każdego dnia zanosił swoje CV do coraz to nowych miejsc. W większości usłyszał standardowe: „Będziemy w kontakcie” lub „Przykro nam, ale ogłoszenie jest nieaktualne”. Rafael doskonale wiedział, że choć te słowa brzmiały uprzejmie i często wypowiadano je miłym głosem, w rzeczywistości daleko im było do sympatycznego tonu. Torros przyłapał się nawet na szukaniu w twarzach rozmówców oznak, że wiedzą, kim jest i co zrobił, że siedział w więzieniu i właśnie dlatego nie chcą go przyjąć.

Podłamany całą sytuacją, usłyszawszy kolejną odmowę, wybrał się do miejscowego baru należącego do Roberta Swineya. Nie zamierzał się upijać, zwyczajnie potrzebował chwili dla siebie, by zebrać myśli. Zresztą nawet gdyby chciał się napić piwa, i tak nic by nie dostał, gdyż alkohol sprzedawano dopiero po godzinie szesnastej, a zegarek na prawym nadgarstku Rafaela niedawno wybił południe. Zamówił więc herbatę, choć wcale jej nie chciał, i zajął miejsce na wysokim barowym krześle.

Bar nie posiadał żadnej oryginalnej nazwy, był po prostu barem. Usytuowany na zachodnim brzegu rzeki, w starej części Downey River, znacząco wyróżniał się na tle kolorowych domków i kamienic. Jako jedyny budynek w całym mieście znajdował się tak blisko wody, że gdyby jakiejś pannie przyszedł do głowy głupi pomysł ucieczki przed randką przez okno w łazience, niechybnie wylądowałaby w rzece. Oryginalnie został wybudowany na planie kwadratu, lecz z chwilą, gdy biznes zaczął się kręcić, Robert dobudował kilka pomieszczeń, w wyniku czego bar wyglądał teraz nieporadnie i nie przypominał w przekroju żadnej regularnej figury. Jego ściany były białe, a okiennice drewniane, przez co zwykły turysta mógłby nawet pomyśleć, że był to ładny, przytulny domek, należący do kochającej się rodziny. Tylko weseli mieszkańcy Downey River, okupujący bar wieczorami, byli w stanie zniszczyć sielankowy obrazek uroczej chatki.

W środku lokal nie wyglądał najgorzej, właściciel zawsze dbał, by podłogi i blaty stolików były czyste. Na szybach w oknach naklejono siatkę, przez którą trudniej było zajrzeć do środka, lecz nie przesłaniała ona światła słonecznego. Ściany niemal w całości pokrywały tablice rejestracyjne ze wszystkich stanów, a nad wejściem wisiała para reflektorów z mustanga, którego niegdyś posiadał Robert. Niedaleko wejścia stał stół bilardowy, a jasne drzwi za nim prowadziły do pomieszczenia dla palaczy.

Siedząc przy wysokim blacie, na barowym krześle, Rafael zastanawiał się nad kolejnym krokiem. Filiżanka stała obok, całkowicie zapomniana, a herbata zdążyła już wystygnąć. Tuż przed mężczyzną leżała kartka wyrwana z gazety. W najnowszym wydaniu znalazł znów tylko dwie oferty, z której jedną odrzucił od razu, bo już wcześniej próbował w tym miejscu. Drugą zaś stanowiły te same dwa zdania, które przeczytał pierwszego dnia po powrocie – kierownik rzeźni szukał kogoś na stanowisko zaganiacza zwierząt. Wpatrywał się w to ogłoszenie, jakby miało za chwilę zmienić swoją treść. Obiecał sobie, że nie będzie wybrzydzał, ale to było ponad jego siły. Nie chciał pracować w rzeźni, powiedział matce, że weźmie pod uwagę tę robotę tylko wtedy, gdy nic innego mu nie pozostanie. I chyba właśnie nadszedł ten moment.

Markotną minę Torrosa zauważył właściciel baru, który polerował szklanki czystą, białą ściereczką. Było wczesne popołudnie, dlatego lokal świecił pustkami, nic więc dziwnego, że uwagę Roberta przykuł samotny młody mężczyzna, który w dodatku nie tknął zamówionej przez siebie herbaty. Swiney uważał się za prawdziwego barmana, takiego, który ze spokojem wysłuchuje wszystkich historii swoich klientów. Lubił im pomagać, choćby tylko duchowo, i sądził, że takie właśnie było jego powołanie. Jak na powiernika przystało, przysunął się do Rafaela, zaglądając ukradkiem, cóż takiego leżało przed nim na blacie.

– Zastanawiasz się nad pracą w Mordowni? – zapytał, skupiając wzrok z powrotem na trzymanej w dłoni szklance. Rafael spojrzał na niego, wzdychając cicho.

– Wolałbym nie – wyznał. Przetarł czoło, zastanawiając się, co robić dalej.

Wszyscy w Downey River nazywali rzeźnię Mordownią i choć kierownik wciąż ich upominał, by nie stosowali tego strasznego określenia, nie udało mu się zmienić tego przyzwyczajenia. Tak się już przyjęło, a on toczył niekończącą się walkę z wiatrakami.

– Rozumiem. – Robert odstawił szklankę i podparł się o blat. – Ciężki okres, co?

– Po czym zgadłeś? – zapytał z przekąsem Torros, sięgając po filiżankę. Musiał czymś zająć dłonie, by nie zacząć rwać włosów z głowy. Upił łyk herbaty, nie krzywiąc się nawet z powodu jej gorzkiego smaku. Odzwyczaił się od stosowania cukru już dawno temu.

– Znam cię – powiedział Swiney, uśmiechając się półgębkiem. – Twój stary był moim stałym klientem w tych ostatnich latach przed tą całą aferą…

Rafael podniósł na niego wzrok. Sam nie wiedział, dlaczego tak bardzo zaskoczyła go wieść o tym, że Frank przesiadywał w barze. Przecież Rafael go znał, wiedział, do czego był zdolny, nie powinno go więc dziwić to, co wydawało się oczywiste.

– Jeśli to coś znaczy… nie uważam cię za bandytę. Frankowi już dawno się należało. Rozwalił mi lustro w łazience i nie raczył zapłacić za nowe.

Rafael prychnął. Tak, to było bardzo w stylu Franka Torrosa.

Barman sięgnął po kolejną szklankę, koncentrując się na jej polerowaniu, a Rafael przyglądał mu się chwilę. Robert Swiney, zwany przez wszystkich Bobem, wyglądał trochę jak obdartus: jego włosy były długie i poszarpane, a broda nieco zaniedbana. Na ramionach miał zarzuconą koszulę w czerwono-czarną kratę, której rękawy podwinął do łokci, a guziki rozpiął, ukazując światu białą bokserkę. Miał zarośniętą klatkę piersiową; kępka włosów wystawała zza kołnierza podkoszulki. Niezbyt przyjemny widok, ale z drugiej strony Swiney był właścicielem baru, w którym pracował również jako barman, i prawdopodobnie mało – o ile w ogóle – obchodził go jego wygląd.

– Nie mogę znaleźć pracy – wyznał nagle Rafael, zaskakując tym samego siebie. Nie zamierzał tego mówić, a jednak to zrobił. Z chwilą, gdy ostatnie słowo opuściło jego usta, poczuł ulgę, że w końcu z kimś się tym podzielił. Do tej pory jedyną osobą, z którą rozmawiał o robocie, była jego matka, ale jej nie mówił wszystkiego.

– Przez więzienie? – zapytał Bob, nie odrywając wzroku od szklanki, którą wciąż czyścił.

– Nikt nie mówi tego otwarcie, ale tak.

Robert pokiwał głową, odstawił szkło i spojrzał przed siebie. Przez chwilę patrzył na coś, co widział tylko on, a kiedy wreszcie przeniósł wzrok na Rafaela, uśmiechnął się. Szpara między jego przednimi zębami przyciągnęła na moment uwagę Torrosa.

– Chyba mam rozwiązanie twojego problemu.

– Co? Jakie? – Rafael poruszył się na krześle.

– Wiesz, że stara stadnina Escobanów ma nową właścicielkę? – zapytał Bob, a gdy Rafael kiwnął głową, kontynuował: – Słyszałem, że szuka kogoś do pomocy. Możesz spróbować u niej, zanim pójdziesz do Mordowni. Ona cię nie zna i nie będzie cię oceniać. – To mówiąc, zabrał pustą już filiżankę po herbacie i włożył ją do zlewozmywaka.

Rafael zastanowił się nad słowami barmana. Georgia opowiadała mu o Minie Davis, która kupiła stadninę. Nie była przychylna jej osobie, poprosiła nawet, by Rafael trzymał się od niej z daleka, na co się zgodził. Wtedy jednak nie podejrzewał, że będzie mieć aż takie problemy ze znalezieniem pracy. Nie sądził też, że Davis może być jego ostatnią deską ratunku, zanim trafi do Mordowni.

Czy powinien w ogóle rozważać scenariusz, w którym odwiedza stadninę? Obiecał matce, że nie będzie wchodził w żadne interakcje z właścicielką. Nie lubił łamać przyrzeczeń, ale czy okoliczności nie były łagodzące? Naprawdę potrzebował roboty, by wspomóc finansowo Georgię. Nie było mowy, aby utrzymała ich dwoje za własną marną pensję, którą otrzymywała z posady sprzedawczyni w sklepie z gazetami, słodyczami i drobiazgami do domu. Już i tak ledwo wiązała koniec z końcem, zanim Rafael wrócił do jej życia.

Przez chwilę bił się z myślami.

– Jeśli chcesz, mogę dać ci jej numer. Zadzwoń i spytaj, czy to wciąż aktualne – powiedział Bob.

– Obejdzie się – odparł Rafael, po czym wyciągnął z kieszeni pieniądze i zostawił je na blacie. – Dzięki. Przemyślę to.

– Jak chcesz.

Młody Torros wyszedł z baru, zatrzymał się przed drzwiami i rozejrzał na boki, mrużąc oczy przed lipcowym słońcem. Zaciągnął się głęboko świeżym powietrzem, pachnącym rzeką, i podszedł do murku odgradzającego chodnik od koryta, w którym płynęła woda. Stały ląd przy barze znajdował się dwa metry nad taflą, a taki upadek należał do wysoce niebezpiecznych, dlatego władze miasteczka podjęły odpowiednie kroki, aby nie dopuścić do wypadku. Wzdłuż rzeki, na wysokości centrum Downey River, postawiono murek, który sięgał Rafaelowi do pasa. Tereny bardziej oddalone, biegnące na północ i południe, gdzie nie było tak stromych skarp i gdzie ruch mieszkańców nie był tak duży, nie były osłonięte nawet delikatną siatką, a niekiedy zdarzało się, że na zboczach rosła soczyście zielona trawa.

Mężczyzna oparł łokcie o beton i zapatrzył się na kaczki, które rzędem płynęły po rzece. Wszystkie były brązowo-szare i niezbyt okazałe. Czasem któraś zakwakała głośno, poganiając wlekące się z tyłu kaczęta.

Rafael nie miał telefonu: jego stary model roztrzaskał się podczas bójki z Frankiem, a po wyjściu z więzienia nie był mu on tak bardzo potrzebny, w związku z czym wszystkie sprawy załatwiał osobiście. Chodził od zakładu do zakładu, roznosząc swoje CV i dopytując o szczegóły. Nawet cieszył się z faktu nieposiadania komórki, bo przynajmniej miał wymówkę dla samego siebie, dlaczego jeszcze nie zadzwonił do rzeźni, dowiadując się o aktualności ogłoszenia. Dawało mu to czas, by zebrać się w sobie, odetchnąć i mentalnie przygotować na wizytę w Mordowni.

Teraz zyskał dodatkowy pretekst, aby nie myśleć o pracy w rzeźni. Robert zaszczepił w nim nadzieję, jakoby Mordownia nie była ostatecznością i Rafael naprawdę zastanawiał się, czy nie powinien udać się do Miny Davis. Dręczyły go jednak wyrzuty sumienia, bo – choć jeszcze nic nie zrobił – obiecał mamie, że będzie się trzymał z daleka od stadniny.

To było głupie, wszak Rafael był już dorosłym mężczyzną, mimo to nie potrafił ot tak sprzeciwić się Georgii. Była dla niego przyjaciółką, matką, powierniczką. Odwiedzała go w więzieniu, nigdy nie straciła w niego wiary. Była dla niego wszystkim.

Niestety prawda była taka, że Rafael potrzebował pracy. Nie tylko ze względów finansowych. Podczas procesu nasłuchał się, jakim okropnym jest człowiekiem, bo pobił własnego ojca, w więzieniu też nie miał łatwo. Nawet po wyjściu pierwsze, co usłyszał, gdy poszedł na miasto, to słowa Eda, który nazwał go kryminalistą. Dlatego Torros chciał znaleźć robotę, by udowodnić wszystkim i sobie również, że nie był złym człowiekiem, że potrafił osiągnąć coś innego niż tylko wyrok. Inaczej na pewno zwariuje.

Z tego powodu podjął decyzję, że odwiedzi stadninę. Nie miał nic do stracenia. Nikt nie powiedział, że Davis go w ogóle zatrudni. Mogła przecież już kogoś znaleźć. A nawet jeśli nie i jakimś cudem Rafael dostanie tę robotę, to jakoś wyjaśni wszystko Georgii.

***

Stadnina znajdowała się poza Downey River, jednak Rafael w ogóle się tym nie przejmował. Georgia zabrała samochód do pracy, więc wybrał się na spacer. Znał teren otaczający miasteczko tak dobrze jak własną kieszeń, dlatego szedł drogą leśną bez obawy, że się zgubi. Pogwizdywał cicho pod nosem, spacerując, ale już po niecałej godzinie znalazł się niedaleko pierwszych zabudowań.

Obszedł podłużny parterowy budynek i przeszedł przez wielką żelazną bramę. Pomalowano ją na czarno, lecz ostre zakończenia błyszczały złotem. Wyszedł na wykładaną kamieniami drogę wewnętrzną i rozejrzał się. Minął, jak się okazało, cztery garaże. Dwa z nich były otwarte, ukazując zielony ciągnik oraz wnętrza pełne narzędzi i materiałów budowlanych. Pozostałe zasłaniały metalowe, brązowe drzwi, na których namalowano cyferki 1 i 2. Rafael podejrzewał, że na pozostałych widniały 3 i 4.

Ruszył w głąb terenu, na którym znajdowała się stadnina, rozglądając się. Po swojej prawej stronie miał ogromny budynek, znacznie wyższy od garaży, z wielkimi wrotami, które były zamknięte. Dalej wzdłuż drogi rozciągało się ogrodzenie zbudowane z szarych, drewnianych drągów. W pewnym momencie płot złamał się, tworząc sporą wyrwę. Rafaelowi nie umknął fakt, że ogrodzenie miało kształt prostokąta, a plac wewnątrz był zwyczajnie pusty. Domyślił się więc, że musiało to być miejsce do jazdy. Za placem znajdowała się stajnia, co wywnioskował po tym, że właśnie wyszła z niej kobieta, prowadząc na lince konia. Nie zauważyła go, idąc przed siebie.

Rafael przyspieszył kroku, minął kolejny plac, na którym stały przeszkody do skoków, by po chwili zatrzymać się niedaleko metalowego urządzenia, które wyglądało trochę jak okrągła klatka podzielona na cztery części. Kobieta wprowadziła konia do środka, po czym zamknęła drzwi, które zapiszczały głośno, a następnie przekręciła pokrętło na panelu sterującym. Urządzenie drgnęło i zaczęło obracać się w prawo w takim tempie, by koń zamknięty w środku mógł spokojnie podążać przed siebie. Rafael od razu pomyślał o karuzeli w wesołym miasteczku i nagle ten widok wydał mu się smutny.

W tym momencie rozległo się głośne szczekanie i Rafael drgnął. Obejrzał się na psa, którego kojec znajdował się obok garaży. Piękny owczarek niemiecki ujadał zaciekle, wlepiając czarne ślepia w mężczyznę.

– Backup4, cicho! – krzyknęła kobieta, uciszając psa. Dopiero teraz zauważyła Rafaela, ale jej mina nie wyrażała zaskoczenia. Prędzej zaciekawienie i ostrożność. – Mogę w czymś pomóc?

Torros przeniósł na nią spojrzenie. Wyglądała na bardzo młodą, z pewnością była młodsza od niego, choć jednocześnie miała w sobie coś niezwykle dorosłego. Nie wiedział, skąd brało się w nim takie przeświadczenie. Może to przez te brązowe oczy, które wydawały się smutne.

– Mina Davis? – zapytał, podchodząc do niej z wyciągniętą dłonią. – Rafael Torros. W mieście mówili, że szuka pani kogoś do pomocy.

Blondynka zerknęła na jego rękę, jednak jej nie uścisnęła, więc Rafael schował ją do kieszeni dżinsów. Nagle poczuł się niezręcznie.

– Może – powiedziała, nie ruszając się nawet o krok.

Miała na sobie niebieską polówkę wciśniętą w brązowe bryczesy. Ich wysoki stan opinał szczupłe biodra i płaski brzuch. W dłoni trzymała fioletową, na oko półtorametrową linę, na której chwilę wcześniej prowadziła konia. Drugą zaś skrywał gips, nieco już brudny, zapewne od ciągłej pracy.

Z nieodgadnionym wyrazem twarzy przyglądała się Rafaelowi.

– Zastanawiałem się, czy może… mogłaby mnie pani zatrudnić?

Przekrzywiła lekko głowę, jakby się nad czymś zastanawiała.

Torros przypatrywał się jej ładnej, owalnej twarzy, oczekując odpowiedzi. Jasne włosy zafalowały, kiedy znowu poruszyła głową.

– Jesteś weterynarzem? – zapytała. Jej głos był miły, lecz ton nieco szorstki.

– Nie.

– To może kowalem?

– Nie.

– Jeździsz konno?

– Nie. Szczerze mówiąc, nic nie wiem o koniach – wyznał, wyprzedzając kolejne pytania. Poczuł się głupio, mówiąc to. Właściwie mógł liczyć na to, że będzie chciała kogoś, kto zna się na rzeczy. W końcu szukała kogoś do pomocy w stajni.

Pomyślał, że to był kiepski pomysł, żeby tu przychodzić.

– W takim razie bardzo mi przykro, nic tu po tobie.

Wyminęła go.

Westchnął, ale kiedy się obracał, by odejść, jego wzrok znów padł na wyrwę w płocie. Wtedy dotarło do niego coś innego.

– Mogę naprawić ogrodzenie! – zawołał za nią. Zatrzymała się, jednak na niego nie zerknęła. – Na pewno ze złamaną ręką nie jesteś w stanie zrobić tego sama.

Mina odwróciła się i utkwiła w nim spojrzenie.

Zastanawiała się nad tym, co powiedział. Miał trochę racji, gips na ręce znacząco utrudniał jej pracę. Wciąż nie naprawiła płotu, a w dodatku dzisiaj ciągnik odmówił posłuszeństwa. Nie potrafiła sobie poradzić z rzeczami, które zazwyczaj nie stanowiły dla niej żadnego problemu.

– Mogę zająć się naprawami, wykonywać ciężką robotę. Wszystko. – Skoro już zdobył jej uwagę, Rafael drążył, kując żelazo, póki gorące. Widział w brązowych oczach dziewczyny, że intensywnie nad czymś myślała, i rozbudziło to w nim nadzieję.

Davis patrzyła na niego, prawie go nie słuchając. Dotarło do niej tylko tyle, że chciał pracować i nie bał się trudnej roboty. Wyglądał na silnego: dopasowana koszulka opinała się na umięśnionym ciele. Wyćwiczone bicepsy mogłyby się jej przydać, chociażby do wywalania gnoju. Zawsze zajmowało to kilka dni, nim pozbyła się go ze wszystkich boksów, we dwójkę byłoby szybciej.

Poza tym wciąż gdzieś w zakątkach umysłu słyszała słowa doktora Wheelera. Była tutaj całkiem sama i jeśli coś by się stało, mogliby jej nie znaleźć na czas. Ciężko było przyznać mu rację, bo życie nauczyło ją, aby polegać tylko na sobie, jednak musiała to zrobić. Dla dobra koni nie powinna być zdana wyłącznie na siebie.

– Okej – zgodziła się w końcu, ale nie zrobiła kroku w jego stronę. – Możesz zacząć od naprawy ogrodzenia.

Ruchem dłoni wskazała płot z wyrwą.

– Materiały i narzędzia znajdziesz w garażu – dodała, obracając się i idąc w kierunku domu, który stał nieco na uboczu. Prowadziła do niego ta sama droga wykładana kamieniami, którą przyszedł Rafael. Zauważył przed sobą klomb porośnięty kolorowymi kwiatami. Z boku budynku, przylegając bezpośrednio do niego, znajdowała się niewielka szklarnia.

– Ale że teraz?! – zawołał za nią.

– A śpieszysz się gdzieś?

– Nie, tyle że… – Rafael zamilkł, wpatrując się w plecy blondynki. Ta sytuacja wydawała mu się dziwna. Mina wydawała mu się dziwna. Wciąż zachowywała dystans i wyglądała na bardzo poważną. Nie dopytywała o jego przeszłość i nie był nawet pewny, czy zapamiętała jego imię.

Westchnął, po czym znowu spojrzał na ogrodzenie. Sam nie wiedział, co poczuł… Czy to była ulga? Wszystko było lepsze od Mordowni, więc powinien się cieszyć. Jednocześnie znów naszły go wyrzuty sumienia, bo zignorował słowa Georgii. Mina była zagadkową kobietą i może właśnie dlatego jego matka miała z nią problem. On zaś był zaintrygowany jej osobą i wdzięczny, że nie zadawała zbędnych pytań, bo naprawdę nie miał ochoty wszystkiego opowiadać. Ale czuł coś jeszcze… Coś, czego nie mógł zinterpretować, a co trochę go gryzło.

Skoro już udało mu się zdobyć pracę, należało się wziąć do roboty. Choć tak szybki obrót spraw nieco go zaskoczył, nie zamierzał narzekać. Przecież i tak nie zajmował się dziś niczym ciekawym. Ruszył więc w stronę garaży, by odnaleźć wewnątrz nich wszystkie potrzebne narzędzia. Uśmiechnął się pod nosem, zadowolony z faktu, że jednak nie skończył jako zaganiacz zwierząt w Mordowni.

ROZDZIAŁ 6

Mina chwyciła zielono-czerwone jabłko i wgryzła się w nie, podchodząc do okna. Wytarła wierzchem dłoni kilka kropel soku, które popłynęły jej po brodzie, jednocześnie obserwując zza szyby Rafaela. Przechyliła głowę na bok, rozmyślając. Nie widziała go za dobrze, dom znajdował się w znacznej odległości od padoku, ale jego klęcząca sylwetka rysowała się wyraźnie.

Zastanawiało ją, dlaczego do niej przyszedł. Nie interesowały go konie, nic o nich nie wiedział i trudno jej było uwierzyć w to, by ktoś taki chciał pracować w stajni. Na początku wyglądało na to, że istotnie tak było, bo gdy usłyszał odmowę, wyraźnie widziała, że zamierzał odejść. Zdziwiło ją więc, kiedy zmienił zdanie, deklarując, że może wykonywać wszystkie ciężkie prace. Wydawało jej się nawet, że bardzo mu na tym zależy. Dlatego zgodziła się prawie bez namysłu, ale teraz nie była pewna, czy dobrze zrobiła. Zdawała sobie sprawę, że zatrudnienie drugiej osoby do pomocy było dobrym posunięciem, słowa doktora Wheelera wciąż brzmiały w jej głowie. Jednak nic nie wiedziała o tym mężczyźnie. Choć mieszkała w Downey River już rok, nikt nigdy nie wspomniał słowem o Rafaelu Torrosie.

Przełknąwszy kolejny kęs jabłka, wyjęła z kieszeni bryczesów komórkę. Gips na prawym przedramieniu był nieporęczny, jednak udało jej się w miarę stabilnie przytrzymać owoc, gdy zdrową dłonią wybierała numer doktora Wheelera. Odebrał po trzech sygnałach.

– Mino, wszystko w porządku? – zapytał od razu, zaalarmowany nagłym telefonem. Miał do tego pełne prawo, Davis nigdy nie dzwoniła w sprawach prywatnych i po koleżeńsku.

– Tak – zapewniła szybko. – Znasz Rafaela Torrosa? – rzuciła, bez zbędnych wstępów przechodząc do głównego tematu ich rozmowy. Wciąż wyglądała przez okno; mężczyzna przy ogrodzeniu właśnie wstał, by rozprostować kości. Uwijał się dość prężnie, odrywając stare i złamane części płotu.

– Znam jego matkę, to moja pacjentka. Przepisała się do mnie trzy lata temu – wyjaśnił spokojnie, kiedy upewniła go o swoim dobrym samopoczuciu. – Mówiła o nim kilka razy, zawsze pozytywnie, ale osobiście nigdy go nie poznałem. Chyba dalej leczy się u doktora Kenta.

Mina mruknęła cicho w odpowiedzi.