Upadek. Hurricane in my soul #3 - LEA REVOY - ebook

Upadek. Hurricane in my soul #3 ebook

Lea Revoy

0,0

Opis

Luna myślała, że najgorsze ma już za sobą. Nie wiedziała, że prawdziwy upadek dopiero nadchodzi. Kevin wrócił, a wraz z nim wszystko, od czego próbowała uciec. Aiden obiecał, że tym razem już nikt jej nie skrzywdzi. Tylko że on również skrywa prawdy, których Luna nie jest gotowa poznać. Kiedy na jaw wychodzą kolejne sekrety, świat, w którym próbowała odnaleźć choć odrobinę bezpieczeństwa, rozpada się na jej oczach. Aiden prowadzi własną wojnę, Luna zaś po raz pierwszy musi zdecydować, czy chce dalej walczyć o siebie, czy pozwolić, by przeszłość odebrała jej wszystko. W świecie, w którym miłość miesza się z zemstą, a granice między wybawieniem a zagładą zacierają się coraz bardziej, nie ma już bezpiecznych miejsc. Czasami, aby uwolnić się od jednego piekła, trzeba najpierw przejść przez kolejne. A kiedy nadchodzi upadek, pozostaje tylko jedno pytanie: ile jesteś w stanie stracić, żeby wreszcie odzyskać siebie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 476

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ght © by LEA RE­VOYCo­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja: Wio­le­ta Tur­gut (mie­dzy­prze­cin­ka­mi.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­skaSkład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Opra­co­wa­nie okład­ki: K&K De­si­gner

ISBN Pa­pier: 978-83-68837-44-5 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-45-2

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

Spis Treści

De­dy­ka­cjaOSTRZE­ŻE­NIERoz­dział 1Roz­dział 2

Dedykacja

Dla wszyst­kich zła­ma­nych dusz.

Nie obie­cam Wam, że ból mi­nie, ale mogę dać sło­wo, że kie­dyś stra­ci na sile, a Wy zno­wu będzie­cie po­tra­fi­li czuć się szczęśli­wi.

OSTRZEŻENIE

Ksi­ążkapo­ru­szatrud­nei wra­żli­we te­ma­ty, ta­kie jak: prze­moc fi­zycz­na i psy­chicz­na, wy­ko­rzy­sty­wa­nie sek­su­al­ne oraz pro­ble­my psy­chicz­ne, a ta­kże pró­bę sa­mo­bój­czą.

Pa­mi­ętaj, że nie je­steś sam/sama. Je­śli do­świad­czasz prze­mo­cy w ja­kiej­kol­wiek for­mie, je­steś w trud­nej sy­tu­acji lub po­trze­bu­jesz wspar­cia – pro­śba o po­moc to ozna­ka siły, nie sła­bo­ści. Zwróć się do ko­goś za­ufa­ne­go albo sko­rzy­staj z pro­fe­sjo­nal­nych form wspar­cia:

Te­le­fon za­ufa­nia dla dzie­ci i mło­dzie­ży: 116 111

Cen­trum wspar­cia dla Osób Do­ro­słych w Kry­zy­sie Psy­chicz­nym: 800 702 222

Te­le­fon wspar­cia emo­cjo­nal­ne­go: 116 123

W sy­tu­acji za­gro­że­nia ży­cia nie wa­haj się – dzwoń na nu­mer alar­mo­wy 112

Wa­sze emo­cje są wa­żne. Wasz głos się li­czy. Za­słu­gu­je­cie na po­moc i bez­pie­cze­ństwo.

Rozdział 1

Śro­dana­sta­łaszyb­ciejniż się spo­dzie­wa­łam. Od tam­te­go po­po­łud­nia, kie­dy Ke­vin ko­lej­ny raz przy­sze­dł, by za­brać część mnie, upły­nął ty­dzień.

Skła­ma­ła­bym, mó­wi­ąc, że ból mi­nął, a mój umy­sł uwol­nił się od tam­tych ob­ra­zów. Nie je­stem na­iw­na. Wszyst­ko, co mnie spo­tka­ło, już za­wsze będzie kła­dło się cie­niem na moim ży­ciu. Je­śli nie zwa­riu­ję do ko­ńca i nie po­sta­no­wię pew­ne­go dnia prze­rwać swo­jej mar­nej eg­zy­sten­cji, dzi­ęki cze­mu do­ży­ję sędzi­we­go wie­ku, je­stem pew­na, że kosz­ma­ry z pew­no­ścią wci­ąż będą na­wie­dza­ły mnie w snach. Jed­nak śmia­ło mogę przy­znać, że dzi­ęki Ay­de­no­wi moje ży­cie sta­ło się bar­dziej zno­śne.

Chło­pak bar­dzo dba o to, by trzy­mać moje de­mo­ny na dy­stans. Robi wszyst­ko, że­bym czu­ła się jak naj­le­piej. Na tyle, na ile to mo­żli­we, od­ci­ąga moją uwa­gę od tego, co złe. Spędza ze mną ka­żdą wol­ną chwi­lę, a kie­dy musi za­jąć się swo­imi spra­wa­mi, pil­nu­je, że­bym nie zo­sta­ła sama. Wte­dy za­zwy­czaj przy­sy­ła Na­tha­nie­la, a je­śli on nie może, jest ze mną Kira lub Liam. Je­stem mu za to wszyst­ko wdzi­ęcz­na, bo choć ból nie mi­nął, przy­naj­mniej czu­ję spo­kój i wiem, że je­stem bez­piecz­na. W jego obec­no­ści wy­łączam tę część umy­słu, któ­ra pod­sy­ła mi ob­ra­zy Ke­vi­na. Za­ko­pu­ję naj­głębiej, jak tyl­ko po­tra­fię wszyst­kie złe wspo­mnie­nia, wy­wo­łu­jące u mnie cier­pie­nie i po pro­stu sta­ram się cie­szyć chwi­la­mi we dwo­je. Los przy­naj­mniej w kwe­stii mi­ło­ści mo­je­go ży­cia nie jest dla mnie okrut­ny.

Sie­dzę przy wy­spie ku­chen­nej, wmu­sza­jąc w sie­bie owsian­kę. Ostat­nio nie mam ape­ty­tu, ale wiem, że mu­szę jeść, je­śli nie chcę do tego wszyst­kie­go na­ba­wić się za­bu­rzeń odży­wia­nia. Już i tak jest kiep­sko z moją psy­chi­ką. Jesz­cze jed­no ob­ci­ąże­nie by­ło­by dla mnie tyl­ko ko­lej­nym gwo­ździem do trum­ny.

Tata i Liam po­win­ni wró­cić do domu lada mo­ment. Byli u mamy z Le­slie i Lu­ca­sem. Ja wy­bie­ram się do niej do­pie­ro po po­łud­niu, po­nie­waż mu­szę z nią po­wa­żnie po­roz­ma­wiać o pew­nej spra­wie i chcę to zro­bić bez świad­ków.

Liam w dro­dze od ciot­ki miał na­kre­ślić ojcu sy­tu­ację. Mó­wi­łam, żeby za­czął te­mat nie­co wcze­śniej, naj­le­piej w po­nie­dzia­łek, ale on się upa­rł, że je­śli za­py­ta na ostat­nią chwi­lę, oj­ciec szyb­ciej się zgo­dzi. Mam wąt­pli­wo­ści. Tym bar­dziej że sta­ru­szek wci­ąż jest na nas tro­chę zły, a jego za­ufa­nie zo­sta­ło nad­szarp­ni­ęte. Lee za­mie­rza mu po­wie­dzieć, że je­dzie­my całą pacz­ką do Car­son City w Ne­va­dzie. Ro­dzi­ce Em­me­ta są po roz­wo­dzie i wła­śnie tam miesz­ka jego oj­ciec. Ma ogrom­ną wil­lę na obrze­żach mia­sta. Pan Do­well prze­by­wa wła­śnie w Ka­na­dzie i Em­met już do nie­go dzwo­nił z in­for­ma­cją, że wy­bie­ra­my się do Car­son, co mężczy­zna przy­jął z en­tu­zja­zmem, nie ma­jąc nic prze­ciw­ko. Więc je­śli moi ro­dzi­ce będą chcie­li wy­ko­nać te­le­fon do ojca Splif­fa, ten po­twier­dzi, że wie o na­szym przy­je­ździe. No i trze­ba też za­zna­czyć, że nasz tata nie ma po­jęcia o jed­nym, ma­łym szcze­gó­le. Ay­den wraz ze swo­ją pacz­ką rów­nież będą z nami. Tyle że nie w Ne­va­dzie, a w Mek­sy­ku.

Aku­rat kie­dy my­ślę o tym wszyst­kim, sły­szę par­ku­jący na pod­je­ździe sa­mo­chód. Ko­ńczę jeść i wkła­dam na­czy­nia do zmy­war­ki, a w tej sa­mej chwi­li drzwi fron­to­we się otwie­ra­ją. Wy­chy­lam się, żeby spoj­rzeć na tatę i oce­nić, jaki ma hu­mor. Nie wy­gląda na zde­ner­wo­wa­ne­go, jed­nak na za­do­wo­lo­ne­go też nie.

– Cze­ść, cór­cia – mówi, wcho­dząc do kuch­ni.

Na­chy­la się i jak za­wsze ca­łu­je mnie w czu­bek gło­wy.

– Cze­ść, tato. – Uśmie­cham się. – Uda­ło ci się za­ła­twić wszyst­ko, co za­pla­no­wa­łeś?

Wy­ci­ągam z szaf­ki jego ulu­bio­ny ku­bek i za­łączam eks­pres. W tym sa­mym cza­sie oj­ciec ści­ąga ma­ry­nar­kę, kra­wat i roz­pi­na dwa gór­ne gu­zi­ki ko­szu­li, po czym zaj­mu­je miej­sce przy wy­spie.

– Tak. W pi­ątek mam ostat­nią roz­pra­wę i mogę za­cząć urlop. Moi lu­dzie ogar­ną w tym cza­sie kan­ce­la­rię, więc je­stem spo­koj­ny – od­po­wia­da z po­wści­ągli­wym en­tu­zja­zmem.

Sta­wiam przed nim kawę i rów­nież sia­dam. Kątem oka spo­glądam na bra­ta, któ­ry po­dry­gu­je lewą nogą, jak­by de­ner­wo­wał się roz­mo­wą. A był taki pew­ny swe­go...

– Su­per. A jak się czu­je mama i ma­lut­ka? – py­tam, chcąc roz­lu­źnić at­mos­fe­rę, żeby tata po­czuł cie­pło na myśl o żo­nie i Ly­dii.

To po­win­no nie­co go zmi­ęk­czyć.

– Mama świet­nie, Ly­dia też jest co­raz sil­niej­sza, więc my­ślę, że za ty­dzień po­wi­ta­my je w domu – mówi, spo­gląda­jąc roz­ma­rzo­ny gdzieś po­nad moją gło­wę.

Od­wra­cam się przez ra­mię i już wiem, na co pa­trzy. Na ich ślub­ną fo­to­gra­fię wi­szącą na ścia­nie. Na ten wi­dok sama rów­nież się uśmie­cham.

Po­sy­łam Lia­mo­wi na­glące spoj­rze­nie, po czym prze­no­szę wzrok z po­wro­tem na ojca, pil­nu­jąc, by uśmiech nie scho­dził mi z twa­rzy, mimo że po­licz­ki za­czy­na­ją mnie już bo­leć od tego sztucz­ne­go wy­gi­na­nia warg.

– Tato… – za­czy­na Liam, od­chrząku­jąc i po­pra­wia się na sto­łku. – Czy mo­gli­by­śmy do­ko­ńczyć roz­mo­wę? Po­wiesz nam, co uwa­żasz o na­szym po­my­śle?

Oj­ciec przez chwi­lę nic nie mówi. Bie­rze łyk kawy, ba­da­jąc uwa­żnie na­sze twa­rze. Kie­dy już tra­cę na­dzie­ję i spo­dzie­wam się, że usły­szy­my od­mo­wę, tata krzy­żu­je ze mną wzrok i wzdy­cha.

– A więc Car­son, tak? – pyta.

I na­praw­dę nie wiem, dla­cze­go pa­trzy tak in­ten­syw­nie wła­śnie na mnie, sko­ro ofi­cjal­nie to po­my­sł Lee.

– Uhm. – Ki­wam gło­wą.

Z ca­łych sił sta­ram się nie od­wró­cić wzro­ku, ale przy­zna­ję, że pod wpły­wem ta­kie­go spoj­rze­nia Le­onar­da za­czy­nam czuć się moc­no nie­swo­jo. Boję się, że jesz­cze chwi­la i się wy­sy­pię. Je­śli wci­ąż będzie przy­glądał mi się tym swo­im praw­ni­czym wzro­kiem, opo­wiem mu wszyst­ko jak na spo­wie­dzi i cały nasz plan o wy­je­ździe do Mek­sy­ku szlag tra­fi.

– Po­my­śle­li­śmy z chło­pa­ka­mi, że to do­bry po­my­sł. Oj­ciec Em­me­ta ma ogrom­ną wil­lę i nie ma nic prze­ciw­ko, że­by­śmy wpa­dli – tłu­ma­czy Lee. – Ostat­nio tyle się dzia­ło. Taki wy­pad do­brze nam zro­bi.

Liam ko­ńczy wy­wód i po­sy­ła mi wy­mow­ne spoj­rze­nie. Te­raz moja ko­lej.

– Tak, wła­śnie – du­kam, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. – Wy­je­cha­li­by­śmy ju­tro rano i wró­ci­li w po­nie­dzia­łek pó­źnym wie­czo­rem. Chce­my się tro­chę ro­ze­rwać, za­nim ja wró­cę do szko­ły, a resz­ta na za­jęcia. Obie­cu­je­my, że będzie­my grzecz­ni i nie będziesz mu­siał się za nas wsty­dzić. Pan Do­well na­praw­dę nie ma nic prze­ciw­ko. Mo­żesz do nie­go za­dzwo­nić, je­śli chcesz…

W tym mo­men­cie wi­dzę, jak Liam w my­ślach za­li­cza fa­ce­palm. Je­śli oj­ciec za­dzwo­ni do pana Do­wel­la, do­wie się, że ow­szem, on wie, że się tam wy­bie­ra­my, ale jego wca­le nie ma na miej­scu. Jed­nak znam na­sze­go sta­rusz­ka. W ży­ciu nie wy­ko­na tego te­le­fo­nu. Na­wet je­śli ma ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, nie przy­zna się ni­ko­mu, bo to by ozna­cza­ło, że nam nie ufa. Choć, oczy­wi­ście, po ostat­nich wy­da­rze­niach ist­nie­je cień szan­sy, że spo­sób jego my­śle­nia ule­gł zmia­nie.

– Ale wy so­bie zda­je­cie spra­wę, że to jest dzie­wi­ęć go­dzin jaz­dy sa­mo­cho­dem, dzie­cia­ki? – Marsz­czy brwi. – Dla­cze­go po pro­stu nie ku­pi­cie bi­le­tów na lot?

Na uła­mek se­kun­dy ucie­kam wzro­kiem w stro­nę bra­ta, szu­ka­jąc w jego cze­ko­la­do­wych tęczów­kach po­mo­cy w wy­my­śle­niu kłam­stwa. Prze­cież nie po­wiem ojcu, że je­dzie z nami cała eki­pa Ay­de­na, w tym Qu­en­tin Ga­han, któ­ry nie do­syć, że zwi­ązał się z moją naj­lep­szą przy­ja­ció­łką, to w do­dat­ku jest po­szu­ki­wa­ny za mor­der­stwo, a jego do­ku­men­ty są sfa­łszo­wa­ne, więc lot sa­mo­lo­tem ab­so­lut­nie nie wcho­dzi w grę.

– Joel ma nowy sa­mo­chód. Chce się nim na­cie­szyć – mówi Liam szyb­ko.

– Do­kład­nie – po­twier­dzam. – Zresz­tą, wszy­scy mamy pra­wo jaz­dy. Będzie­my się zmie­niać.

Oj­ciec przy­gląda nam się przez ko­lej­nych kil­ka chwil. W spo­ko­ju po­ci­ąga łyk kawy i wzdy­cha, po czym od­sta­wia ku­bek. Za­czy­nam się de­ner­wo­wać, a mój na­strój udzie­la się rów­nież Lia­mo­wi, któ­ry po­dry­gu­je już nie jed­ną, a obie­ma no­ga­mi.

– W po­rząd­ku – mówi wresz­cie oj­ciec, a ja z ulgi aż przy­my­kam oczy.

– Czy­li się zga­dzasz? – pyta Liam głu­pio.

– Tak. Jed­nak mu­si­cie wie­dzieć, że daję wam po­tężny kre­dyt za­ufa­nia. Je­dźcie i baw­cie się do­brze, ale pa­mi­ętaj­cie, że je­ste­ście do­ro­śli. Po­win­ni­ście umieć roz­ró­żnić do­brą za­ba­wę od ro­bie­nia głu­pot. I nie nad­uży­waj­cie go­ścin­no­ści pana Do­wel­la.

– Oczy­wi­ście, tato. Nie zro­bi­my nic nie­od­po­wie­dzial­ne­go. Obie­cu­je­my, praw­da, Lee? – Ko­pię go pod sto­łem, na co za­czy­na ener­gicz­nie ki­wać gło­wą.

– Tak, pew­nie, że tak – mówi, szcze­rząc się jak de­bil.

Pio­ru­nu­ję go wzro­kiem, bo jego nad­mier­ny en­tu­zjazm może wy­dać się ojcu po­dej­rza­ny. Tata nie ma po­jęcia, że jego syn po­znał dziew­czy­nę, dla któ­rej stra­cił gło­wę. Obie gło­wy… I to wła­śnie dla­te­go jest taki za­do­wo­lo­ny. Spędzi week­end z Va­len­ti­ną. Tyl­ko nie mam po­jęcia, czy on zda­je so­bie spra­wę, że Isma­el będzie miał na oku ich obo­je. I je­śli Liam zro­bi coś, co nie spodo­ba się Del­ga­do, po­nie­sie kon­se­kwen­cje. A ja wo­la­ła­bym nie od­wie­dzać bra­ta w szpi­ta­lu albo, co gor­sza, na cmen­ta­rzu.

– Do­brze, dzie­cia­ki. To o któ­rej wy­je­żdża­cie? – pyta, wsta­jąc od sto­łu.

– Pla­nu­je­my nad ra­nem, żeby po przy­je­ździe jesz­cze tro­chę od­po­cząć, za­nim ru­szy­my na mia­sto – mi­jam się z praw­dą.

W rze­czy­wi­sto­ści wy­je­żdża­my tak wcze­śnie, bo cel pod­ró­ży to Gu­ada­la­ja­ra. A taka tra­sa, przy do­brych wia­trach, zaj­mie nam nie dzie­wi­ęć go­dzin, a dwa­dzie­ścia. Na samą myśl skręca mnie w do­łku. Nie­na­wi­dzę dłu­gich pod­ró­ży. Po­cie­sza mnie je­dy­nie to, że będzie ze mną Ay­den i że je­dzie­my sa­mo­cho­dem tyl­ko we dwój­kę.

– W po­rząd­ku. Będę w ga­bi­ne­cie, gdy­by­ście cze­goś po­trze­bo­wa­li. I pa­mi­ętaj­cie, żeby spa­ko­wać się z gło­wą i roz­sądek wzi­ąć ze sobą do Car­son.

Wzdy­cha, po­sy­ła nam coś na kszta­łt uśmie­chu, po czym za­bie­ra swo­je rze­czy i zni­ka w ko­ry­ta­rzu. W ko­ńcu szcze­rze się uśmie­cham. Od­dy­cham z ulgą, kie­dy z pe­łną mocą do­cie­ra do mnie, że jadę z Ay­de­nem do Mek­sy­ku i spędzi­my ra­zem cu­dow­ny czas.

– Uda­ło nam się – od­zy­wa się Liam, kie­dy sły­szy­my, jak drzwi do ga­bi­ne­tu ojca się za­my­ka­ją. – Przez chwi­lę my­śla­łem, że się nie zgo­dzi.

– Ja my­śla­łam, że na­bie­rze po­dej­rzeń, jak za­cząłeś idio­tycz­nie się szcze­rzyć. – Prze­wra­cam ocza­mi, ale wci­ąż się uśmie­cham.

– Ja się szcze­rzy­łem? Szko­da, że nie wi­dzia­łaś swo­jej miny. By­łem pe­wien, że nas sprze­dasz – obu­rza się.

– Dla­te­go to ty mia­łeś mó­wić. Po­dob­no le­jesz wodę jak mistrz, a tym­cza­sem mu­sia­łam ci po­ma­gać, choć wiesz, że nie umiem kła­mać, kie­dy oj­ciec pa­trzy na mnie w ten spo­sób.

Liam przy­gląda mi się przez chwi­lę z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy, a ja mogę się je­dy­nie do­my­ślać, co krąży mu te­raz po gło­wie. W la­niu wody jest nie do prze­ści­gni­ęcia, ale to wła­śnie mi uda­wa­ło się przez wie­le ty­go­dni za­ta­jać praw­dę przed wszyst­ki­mi. I być może wci­ąż trwa­ła­bym w tym kłam­stwie, gdy­by nie Lu­cas.

– Idę się pa­ko­wać. To­bie też ra­dzę. I daj znać Ki­rze – mówi wresz­cie i opusz­cza kuch­nię.

Chwi­lę pó­źniej też wy­cho­dzę z po­miesz­cze­nia i ru­szam do swo­je­go no­we­go po­ko­ju, po dro­dze wy­bie­ra­jąc nu­mer Ay­de­na.

– Cze­ść, ma­lu­chu. – Od­bie­ra nie­mal od razu. – To co, Mek­syk? – pyta, na co marsz­czę brwi.

– Cze­kaj, co? Skąd wiesz?

– Tina przed chwi­lą do­sta­ła wia­do­mo­ść i za­częła pisz­czeć jak na­wie­dzo­na – mówi ze śmie­chem. – Za­ło­ży­łem, i jak wi­dać słusz­nie, że to była po­zy­tyw­na in­for­ma­cja od Lia­ma. Za­częłaś się już pa­ko­wać?

– Jesz­cze nie. Zro­bię to pó­źniej. Naj­pierw po­ja­dę do mamy – od­po­wia­dam i za­czy­nam wrzu­cać rze­czy do to­reb­ki. – Wy­je­żdżam za ja­kieś pi­ęt­na­ście mi­nut, więc mo­że­my za­pa­lić, je­śli masz jesz­cze chwi­lę – pro­po­nu­ję.

Przez ostat­nie trzy dni wy­pra­co­wa­li­śmy z Ay­de­nem pe­wien ry­tu­ał. Kie­dy w ci­ągu dnia nie mo­że­my się zo­ba­czyć, dzwo­ni do mnie i oby­dwo­je w tym sa­mym cza­sie od­pa­la­my pa­pie­ro­sa. Uwiel­biam to.

Otwie­ram okno na oścież i sia­dam na pa­ra­pe­cie.

– Od­pa­lam – od­zy­wa się chło­pak. Po chwi­li sły­szę, jak się za­ci­ąga, a ja idę w jego śla­dy i rów­nież za­pa­lam swo­ją faj­kę. – Jak ci mija dzień?

– Spo­koj­nie i po­wo­li – od­po­wia­dam. – Od rana wy­naj­du­ję so­bie ja­kieś za­jęcia, żeby za dużo nie my­śleć – do­da­ję ci­cho. – A to­bie?

– Od pi­ątej je­stem na no­gach. Ogar­nia­my z chło­pa­ka­mi i Va­len­ti­ną sa­mo­cho­dy, żeby pó­źniej nie było żad­nych nie­spo­dzia­nek w trak­cie pod­ró­ży. Liam przy­wió­zł nam też swo­je­go Che­vro­le­ta – rzu­ca, a ja z za­do­wo­le­niem za­my­kam oczy.

Uwiel­biam jego głos. Dzia­ła na mnie nie­sa­mo­wi­cie ko­jąco i na­praw­dę mo­gła­bym słu­chać go go­dzi­na­mi.

– I jak go oce­niasz? – do­py­tu­ję, ga­sząc peta w ma­łym sło­icz­ku. W na­stęp­nej chwi­li ze­ska­ku­ję z pa­ra­pe­tu, włączam gło­śno­mó­wi­ący w ko­mór­ce i otwie­ram sza­fę.

– Tu nie ma co oce­niać. Jest roz­kle­ko­ta­ny jak sta­ra kur­wa. Po­ja­dą au­tem Tiny – mówi, a ja wy­obra­żam so­bie, jak z iry­ta­cji wła­śnie marsz­czy brwi i po­cie­ra kciu­kiem bro­dę.

– Tak, my­ślę, że to do­bry po­my­sł. Le­piej, żeby nie roz­kra­czył im się gdzieś w po­ło­wie dro­gi, bo za la­we­tę za­pła­ci­my jak za tonę kok­su – śmie­ję się i sły­szę, że Ay­den rów­nież par­ska.

– Za cenę tony kok­su, mała, to mia­ła­byś całą halę la­wet – stwier­dza lu­źno, a ja nie­ru­cho­mie­ję, nie­co zbi­ta z tro­pu.

– Co? – py­tam.

– Co? – od­po­wia­da py­ta­niem.

– Do­bra, chy­ba nie chcę wni­kać… – Ma­cham ręką, choć on nie może tego zo­ba­czyć. – Mu­szę ko­ńczyć. Ode­zwę się, jak wró­cę ze szpi­ta­la. Do pó­źniej. – Na­ci­skam czer­wo­ną słu­chaw­kę i za­czy­nam się ogar­niać.

Cza­sa­mi wci­ąż do mnie nie do­cie­ra, że Ay­den tkwi w tym nie­le­gal­nym świe­cie znacz­nie dłu­żej, niż mo­gło­by się wy­da­wać. I na­wet je­śli pew­ny­mi rze­cza­mi po pro­stu się nie zaj­mu­je, to i tak ma ogrom­ną wie­dzę. Nie wiem, czy bar­dziej mnie to fa­scy­nu­je, czy prze­ra­ża.

Wzdy­cham i si­ęgam po przy­go­to­wa­ne wcze­śniej ubra­nia. Gdy je­stem go­to­wa, chwy­tam to­reb­kę i wy­cho­dzę. Na samą myśl o spo­tka­niu z mamą czu­ję ra­do­ść i jed­no­cze­śnie nie­po­kój. Oka­zu­je się, że ona wie znacz­nie wi­ęcej, niż sądzi­łam. Na pew­no nie omi­nie mnie prze­słu­cha­nie, gdy ca­łko­wi­cie doj­dzie do sie­bie i wró­ci z mło­dą do domu.

***

Sie­dzę przed salą, w któ­rej leży mama. Cze­kam, aż pie­lęgniar­ka zmie­ni jej opa­tru­nek i poda leki.

– Mo­żesz już we­jść. – Z roz­my­ślań wy­ry­wa mnie głos star­szej ko­bie­ty, któ­ra wła­śnie wy­szła z po­ko­ju.

Pie­lęgniar­ka uśmie­cha się cie­pło.

– Dzi­ęku­ję. Mi­łe­go dnia – mó­wię, po czym wcho­dzę do mamy, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

– Czy ty przy­nio­słaś mi ca­po­na­tę? – pyta na po­wi­ta­nie, po­ci­ąga­jąc no­sem, i z za­cie­ka­wie­niem przy­gląda się tor­bie, któ­rą mam w dło­ni.

– Cie­bie też cu­dow­nie wi­dzieć, ma­mu­siu – dro­czę się z nią.

Pod­cho­dzę do łó­żka i przy­tu­lam ją moc­no, za­ci­ąga­jąc się mat­czy­nym za­pa­chem, któ­ry ko­ja­rzy mi się ze szczęściem, mi­ło­ścią oraz bez­pie­cze­ństwem.

– Cie­szę się, że przy­szłaś, cór­cia, a jesz­cze bar­dziej z za­war­to­ści tej tor­by. Za­pach ca­po­na­ty wy­czu­ję na ki­lo­metr – mówi pod­eks­cy­to­wa­na, a ja wy­bu­cham śmie­chem.

– Jak mo­gła­bym przy­jść bez do­bre­go je­dze­nia? Mam dla cie­bie też tro­chę owo­ców i inne dro­bia­zgi. A na de­ser ti­ra­mi­su – wy­li­czam.

W na­stęp­nej chwi­li wy­pa­ko­wu­ję wszyst­ko i od­kła­dam do szaf­ki, na­to­miast ulu­bio­ną po­tra­wę mamy prze­kła­dam na ta­lerz i jej po­da­ję.

– Dzi­ęku­ję, ko­cha­nie. To chy­ba naj­lep­sza rzecz, jaka mnie dzi­siaj spo­tka­ła, za­raz po przy­tu­le­niu Ly­dii i zo­ba­cze­niu two­je­go taty. Wró­cił mi ape­tyt i naj­chęt­niej zja­dła­bym ko­nia z ko­py­ta­mi.

Mama jest w wy­ra­źnie lep­szej kon­dy­cji. Zmęcze­nie już nie­mal w ca­ło­ści znik­nęło z jej twa­rzy. Wy­da­je się zre­lak­so­wa­na i po pro­stu szczęśli­wa. Jej zie­lo­ne oczy błysz­czą ra­do­śnie. I na­praw­dę je­stem wdzi­ęcz­na, że mogę oglądać ją zno­wu wła­śnie taką.

– Jak się czu­jesz? – py­tam.

– Wspa­nia­le, a będzie jesz­cze cu­dow­niej, jak już będę z wami w domu – od­po­wia­da z pe­łną bu­zią – Boże, Lu, ta ca­po­na­ta jest prze­pysz­na – eks­cy­tu­je się, a ja zno­wu par­skam śmie­chem.

– Cie­szę się, że tra­fi­łam w twój gust – mó­wię, po czym po­pra­wiam się nie­co na krze­śle i od­chrząku­ję. – Chcia­ła­bym cię o coś za­py­tać. Nie jako mamę, a psy­chia­trę.

Ro­dzi­ciel­ka z za­cie­ka­wie­niem spo­gląda mi w oczy. W na­stęp­nej chwi­li od­kła­da ta­lerz na sto­lik obok, wy­cie­ra usta i po­pra­wia się na po­ście­li, po czym chwy­ta moją dłoń, po­sy­ła­jąc ła­god­ny uśmiech.

– Py­taj, skar­bie. O co tyl­ko chcesz.

– Więc… – Po­now­nie od­chrząku­ję, nie bar­dzo wie­dząc, od cze­go za­cząć. Wresz­cie wzdy­cham i mó­wię: – Za­łó­żmy, czy­sto hi­po­te­tycz­nie, że jest dziew­czy­na. W moim wie­ku. Kie­dy była na­sto­lat­ką, jej ro­dzi­ce zgi­nęli w wy­pad­ku i wy­cho­wy­wał ją brat. Ja­kiś czas pó­źniej spo­tka­ło ją ko­lej­ne nie­szczęście. Zo­sta­ła bru­tal­nie po­bi­ta i… – ury­wam, przy­my­ka­jąc oczy. Czu­ję, że za­czy­na­ją trząść mi się dło­nie, a od­dech grzęźnie w gar­dle, bo sło­wo, któ­re chcę wy­po­wie­dzieć, jest zbyt zna­jo­me i wy­wo­łu­je u mnie falę nie­chcia­ne­go bólu. Mu­szę wzi­ąć się w ga­rść, bo prze­cież nie o mnie cho­dzi w tym mo­men­cie. – Zo­sta­ła po­bi­ta i zgwa­łco­na… Kie­dy od­zy­ska­ła przy­tom­no­ść, nie ode­zwa­ła się sło­wem. Od tam­tej pory mi­nęło spo­ro cza­su, a ona wci­ąż nie mówi. Za­cho­wu­je się, jak­by we­ge­to­wa­ła, a nie żyła. Nie wiem, czy ro­zu­miesz, o co mi cho­dzi. Nie na­wi­ązu­je kon­tak­tu wzro­ko­we­go, nie od­po­wia­da na py­ta­nia. Sie­dzi i leży tak, jak uło­żą ją pie­lęgniar­ki. Bez pro­ble­mu bie­rze leki, po­zwa­la się zba­dać czy po­brać so­bie krew. Daje się kar­mić. To bar­dzo dziw­ne…

– Czy­sto hi­po­te­tycz­nie, tak? – pyta, ob­ser­wu­jąc ba­daw­czo moją twarz. – Czy­sto hi­po­te­tycz­nie brzmi to tak, jak­by dziew­czy­na cier­pia­ła na stu­por dy­so­cja­cyj­ny, ewen­tu­al­nie je­den z ro­dza­jów ka­ta­to­nii. Z tego, co zro­zu­mia­łam, już wcze­śniej prze­ży­ła trau­mę. Po­bi­cie i gwa­łt mo­gły być dla jej psy­chi­ki tak dra­stycz­nym szo­kiem, że wy­stąpi­ły u niej za­bu­rze­nia dy­so­cja­cyj­ne. Jed­nak, żeby po­wie­dzieć ci coś wi­ęcej, mu­sia­ła­bym za­po­znać się z jej kar­tą, przej­rzeć wszyst­kie wy­ni­ki i po­roz­ma­wiać z le­ka­rzem, któ­ry pro­wa­dzi ten przy­pa­dek. Tak czy­stohi­po­te­tycz­nie, cór­ciu, ro­zu­miem, że dziew­czy­na znaj­du­je się na od­dzia­le? I jak dłu­go to trwa?

– Tak. Jest w szpi­ta­lu. Prze­szło dwa lata. – Wzdy­cham. – Czy mo­żna jej ja­koś po­móc?

– Dwa lata? – Mama sze­ro­ko otwie­ra oczy. – Je­steś pew­na, że te ob­ja­wy są wy­ni­kiem prze­by­tej trau­my? Je­śli trwa to tak dłu­go, być może pro­blem jest o wie­le bar­dziej zło­żo­ny. Może to nie szok psy­chicz­ny spo­wo­do­wał jej stan, a cho­ro­ba neu­ro­lo­gicz­na, me­ta­bo­licz­na albo no­wo­twór?

– Nie sądzę. My­ślę, że gdy­by była na co­kol­wiek cho­ra, wie­dzia­ła­bym o tym. Mamo, w ogó­le da się z tego wy­jść? – po­na­wiam py­ta­nie.

Na­praw­dę cho­ler­nie mi na tym za­le­ży. Mój Boże, gdy­by tyl­ko mama ze­chcia­ła po­móc Va­nes­sie. Gdy­by tyl­ko po­tra­fi­ła…

– Je­śli podło­że cho­ro­by to prze­by­ta trau­ma, jak naj­bar­dziej mo­żna by­ło­by spró­bo­wać jej po­móc. Ale cór­cia, po­wta­rzam ci: żeby po­wie­dzieć co­kol­wiek z całą pew­no­ścią, mu­sia­ła­bym naj­pierw za­po­znać się z hi­sto­rią le­cze­nia tej dziew­czy­ny. Dla­cze­go aż tak ci na tym za­le­ży? – pyta. – Bo zdąży­łam się już zo­rien­to­wać, że to nie jest tyl­ko hi­po­te­tycz­na sy­tu­acja.

– Ta dziew­czy­na ma na imię Va­nes­sa. – De­cy­du­ję się na szcze­ro­ść. Je­śli chcę, żeby za­an­ga­żo­wa­ła się w tę spra­wę, mu­szę po­wie­dzieć jej praw­dę. Cho­ćby częścio­wo. – Nes­sa jest kimś wa­żnym dla oso­by, któ­ra z ko­lei jest bar­dzo wa­żna dla mnie. I my­ślę, że za­słu­gu­je na szan­sę, by od­zy­skać daw­ne ży­cie.

– W któ­rym szpi­ta­lu leży? – pyta mama.

– Nie ma jej w San Die­go – mó­wię, na co ta je­dy­nie marsz­czy brwi.

– Jak to? Więc gdzie jest?

– W No­wym Jor­ku… – od­po­wia­dam, od­wra­ca­jąc wzrok.

Chy­ba wła­śnie do mnie do­cie­ra, że to nie będzie ta­kie pro­ste, jak mi się po­cząt­ko­wo wy­da­wa­ło.

– Luna… W tej sy­tu­acji mogę ci je­dy­nie obie­cać, że po­sta­ram się skon­tak­to­wać z le­ka­rzem Va­nes­sy, ale to wszyst­ko. Nie je­stem w sta­nie po­le­cieć do No­we­go Jor­ku, żeby spo­tkać się z nim na kon­sul­ta­cję.

– Tak, mamo, wiem. Ale to nie wszyst­ko. Po­my­śla­łam, że Va­nes­sę mo­żna by­ło­by przy­wie­źć tu­taj. Two­ja kli­ni­ka jest naj­lep­sza. Mo­gła­byś się nią za­jąć, roz­po­cząć te­ra­pię…

– Luna, za­cze­kaj – prze­ry­wa mi szyb­ko. – Zwol­nij. Nie mo­że­my ot tak za­brać Nes­sy do nas. Nie wia­do­mo, czy jej stan po­zwo­li na prze­lot. Nie wia­do­mo, co na to jej le­karz i brat, o któ­rym wspo­mnia­łaś. Jak ro­zu­miem, ona ma ko­goś, kto de­cy­du­je za nią w tej chwi­li? Ko­goś, kto wy­ra­ża zgo­dę na le­cze­nie, for­my te­ra­pii i tak da­lej? Tym kimś jest jej brat, tak?

Wzdy­cham po raz ko­lej­ny. Ofi­cjal­nie chy­ba ni­ko­go ta­kie­go nie ma. To zna­czy, nie wiem, czy jest ktoś taki, ale mam pew­no­ść, że nie jest to Qu­en­tin. Tro­chę za­czy­nam ża­ło­wać tej roz­mo­wy. I tak po­wie­dzia­łam ma­mie już zbyt wie­le.

– Za­łó­żmy, że jest oso­ba, któ­ra pod­pi­sze zgo­dę na prze­nie­sie­nie jej do San Die­go. W ta­kiej sy­tu­acji zgo­dzisz się na to, żeby ją ra­to­wać? Po­mo­żesz jej? – py­tam z na­dzie­ją.

W tej chwi­li po­trze­bu­ję tyl­ko jej obiet­ni­cy. Całą resz­tą zaj­mę się pó­źniej. Opo­wiem o wszyst­kim Ay­de­no­wi i ra­zem na pew­no coś wy­my­śli­my.

– Nie obie­cam ci, że jej po­mo­gę – mówi mama wresz­cie, a ja wstrzy­mu­ję od­dech. Już mam wy­pu­ścić po­wie­trze zre­zy­gno­wa­na, ale na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­ka­ją, a ona do­da­je: – Nie obie­cam ci, że jej po­mo­gę, ale mogę dać sło­wo, że spró­bu­ję.

Rzu­cam się jej na szy­ję, a ona śmie­je się gło­śno. Ca­łu­ję ją w oba po­licz­ki i zno­wu przy­tu­lam. Moje ser­ce bije szyb­ko z emo­cji. Je­stem pew­na, że mama ura­tu­je Va­nes­sę. A ja i Ay­den będzie­my mo­gli wresz­cie ode­tchnąć z ulgą. Qu­en­tin od­zy­ska sio­strę i być może zdo­ła nam wy­ba­czyć. Te­raz mu­szę tyl­ko po­dzie­lić się moim pla­nem z Pre­scot­tem. Wspól­nie wy­my­śli­my, jak ści­ągnąć Nes­sę do San Die­go.

– Dzi­ęku­ję. Je­steś naj­lep­sza – szep­czę, na co mama uśmie­cha się sze­ro­ko.

Na­praw­dę mam naj­wspa­nial­szych ro­dzi­ców na świe­cie.

Rozdział 2

–Tocoza­bie­rasz? Ja nie wiem, któ­re su­kien­ki spa­ko­wać – mówi Kira zre­zy­gno­wa­nym to­nem.

– Je­dzie­my tyl­ko na… wła­ści­wie na dwa dni. Chy­ba nie za­mie­rzasz za­brać pół sza­fy? – par­skam.

Wy­ci­ągam tor­bę i pa­ku­ję ko­sme­ty­ki. W tym sa­mym mo­men­cie sły­szę, jak po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki coś z hu­kiem spa­da na podło­gę. Chwi­lę pó­źniej z ust mo­jej przy­ja­ció­łki wy­pły­wa po­tok prze­kle­ństw.

– Za­bio­rę czte­ry – stwier­dza wresz­cie. – Mu­szę mieć wy­bór. No i ko­ron­ki. Ko­niecz­nie ko­ron­ki. Czu­ję, że na tym wy­je­ździe pój­dzie­my z Que na ca­ło­ść. – Choć jej nie wi­dzę, wiem, że wła­śnie ko­kie­te­ryj­nie się uśmie­cha.

– Ten czer­wo­ny kom­plet, któ­ry ku­pi­łaś ostat­nio, jest świet­ny – pod­po­wia­dam.

– A ty? – pyta. – Za­bie­rasz ja­kieś sek­sow­ne fa­ta­łasz­ki?

– Kira… – kar­cę ją. – Nie jadę tam z za­mia­rem upra­wia­nia sek­su. Jadę, żeby spędzić faj­ny czas z wa­żny­mi dla mnie lu­dźmi i po pro­stu się ode­rwać.

Sły­szę, jak chi­cho­cze.

– Ale pier­do­lisz – mówi. – Ro­śnie ci nos, kłam­czu­cho.

Po­trząsam gło­wą, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

– Ja nie. Ale ty na pew­no będziesz. Już nie­dłu­go. Do­bra, Ki. Mu­szę ko­ńczyć. Do­ko­ńczę pa­ko­wa­nie i lecę pod prysz­nic. Wi­dzi­my się pó­źniej.

– Spa­kuj ko­ron… – za­czy­na, ale nim zdąży do­ko­ńczyć, na­ci­skam czer­wo­ną słu­chaw­kę.

Ze śmie­chem od­kła­dam ko­mór­kę i sia­dam po tu­rec­ku przed moją no­wiut­ką sza­fą. Przez mo­ment po pro­stu ga­pię się na rów­no uło­żo­ne ubra­nia i su­kien­ki wi­szące na wie­sza­kach. Na­gle do mo­jej gło­wy wpa­da pe­wien po­my­sł. Z szu­fla­dy pod łó­żkiem wy­ci­ągam pu­de­łko, a z nie­go su­kien­kę. Wkła­dam ją na dno tor­by, nie ma­jąc po­jęcia, czy będę mia­ła od­wa­gę, by ją za­ło­żyć. Po krót­kim na­my­śle pa­ku­ję też czar­ny, ko­ron­ko­wy kom­plet i jesz­cze fio­le­to­wą su­kien­kę z frędz­la­mi, któ­rą no­si­łam, gdy mie­li­śmy za­jęcia z ta­ńców la­ty­no­ame­ry­ka­ńskich. Na ko­niec do­rzu­cam jesz­cze dre­sy. Za­my­kam tor­bę i kła­dę ją przy we­jściu, po czym z głu­pim uśmiesz­kiem, któ­re­go nie po­tra­fię po­zbyć się z twa­rzy, ru­szam do ła­zien­ki.

To będzie cu­dow­ny week­end.

***

Par­ku­je­my w pod­zie­miach bazy kil­ka mi­nut po trze­ciej w nocy. Choć było mi cho­ler­nie ci­ężko się obu­dzić i pod­nie­ść z łó­żka, na wi­dok Ay­de­na opar­te­go o auto mo­men­tal­nie czu­ję się ca­łko­wi­cie roz­bu­dzo­na.

– Cze­ść, dziew­czy­no. – Przy­ci­ąga mnie do sie­bie i ca­łu­je krót­ko, ale z nie­by­wa­łą czu­ło­ścią. W jego ru­chach wy­czu­wam tęsk­no­tę.

– Cze­ść, chło­pa­ku. – Uśmie­cham się.

Kira rzu­ca nam su­ge­styw­ne spoj­rze­nie, po czym prze­py­cha się obok Ay­de­na i zni­ka w środ­ku. Za­raz za nią wcho­dzi Liam, wi­ta­jąc się wcze­śniej z Pre­scot­tem.

– To co, ru­sza­my? – pyta Ay­den, od­su­wa­jąc mnie od sie­bie na od­le­gło­ść ra­mion.

– Ja­sne. Kto je­dzie z kim? – Pa­trzę w kie­run­ku sa­mo­cho­dów, wo­kół któ­rych za­czy­na ro­bić się co­raz wi­ęk­szy ruch.

– Del­ga­do i Sol za­bie­ra­ją Tur­ków. Que i czer­wo­ny łeb jadą z Na­tha­nie­lem – obo­je par­ska­my śmie­chem na okre­śle­nie, ja­kie­go użył względem Kiry. – A Liam i Tina mają po dro­dze zgar­nąć chło­pa­ków – wy­li­cza.

– No do­bra, w ta­kim ra­zie w dro­gę – mó­wię.

Ay­den bie­rze moją tor­bę i wkła­da ją do ba­ga­żni­ka. Mo­ment pó­źniej obo­je wsia­da­my do sa­mo­cho­du i za­pi­na­my pasy. Je­stem pod­eks­cy­to­wa­na. Czu­ję też spo­kój i ra­do­ść. Wie­rzę, że spędzę na­praw­dę cu­dow­ny czas.

– I jesz­cze jed­no – mówi Ay­den, kie­dy za­trzy­mu­je­my się u głów­nej bra­my. Od­wra­ca się w moją stro­nę i spo­gląda mi w oczy. – Mo­żesz po­trak­to­wać ten wy­jazd jak for­mę te­ra­pii. Będą tam z tobą lu­dzie, któ­rych ko­chasz. Będę tam ja. Je­dzie­my do Mek­sy­ku, żeby się tro­chę ode­rwać. Wszyst­ko, co złe, zo­sta­je w San Die­go. W Gu­ada­la­ja­rze będę przy to­bie, z tobą i dla cie­bie. Ta­blet­ki bie­rzesz zgod­nie z roz­pi­ską. Ko­niec z ły­ka­niem ich jak cu­kier­ków. Je­śli po­czu­jesz, że po­trze­bu­jesz wzi­ąć ko­lej­ną daw­kę, po­wiesz mi o tym, a ja po­sta­ram się coś wy­my­ślić, okej? Masz się tam świet­nie ba­wić. Zro­bię wszyst­ko, żeby świat na chwi­lę się za­trzy­mał i żeby w two­jej gło­wie nie było nic poza nami ta­ńczący­mi do rana na Vive La­ti­no Me­xi­co, zro­zu­mia­łaś?

Pa­trzę na nie­go zu­pe­łnie onie­mia­ła i po pro­stu ki­wam gło­wą, bo nie je­stem w sta­nie nic po­wie­dzieć. Chy­ba się wzru­szy­łam. Ay­den na­chy­la się, ca­łu­je mnie w czo­ło, po czym wra­ca na swo­je miej­sce, wrzu­ca bieg i ru­sza przed sie­bie.

Opie­ram się wy­god­niej na sie­dze­niu, otu­la­jąc się ko­cem. Bra­ku­je mi słów, by wy­ra­zić, jak bar­dzo je­stem mu wdzi­ęcz­na za to, co dla mnie robi. Ko­cham tego czło­wie­ka. Całą sobą.

Wy­je­żdża­my na au­to­stra­dę. Ay­den spla­ta na­sze pal­ce i jak zwy­kle za­czy­na za­ta­czać kciu­kiem de­li­kat­ne kó­łka we wnętrzu mo­jej dło­ni. Za­ci­skam po­wie­ki, uśmie­cha­jąc się mi­mo­wol­nie, i nie wiem na­wet, w któ­rym mo­men­cie sen po­now­nie bie­rze mnie w swo­je ra­mio­nach.

***

Bu­dzi mnie za­pach kawy i świe­żych bu­łek cy­na­mo­no­wych. Otwie­ram po­wo­li oczy, nie bar­dzo wie­dząc, co się dzie­je, kim je­stem ani któ­ry mamy rok. Prze­ci­ągam się i zie­wam. W na­stęp­nej chwi­li moje spoj­rze­nie krzy­żu­je się z czar­ny­mi tęczów­ka­mi Pre­scot­ta. Przy­gląda mi się z roz­ba­wie­niem, a ja czu­ję, że na twarz wy­pły­wa mi ru­mie­niec.

– Z cze­go się śmie­jesz? – py­tam za­chryp­ni­ętym gło­sem.

Od­chrząku­ję. Do­strze­gam na de­sce roz­dziel­czej pa­pie­ro­wy ku­bek. Bio­rąc pod uwa­gę, że Ay­den ma w dło­ni taki sam, ten musi być mój. Chwy­tam go i upi­jam kil­ka ły­ków.

– Szep­ta­łaś moje imię – od­po­wia­da wresz­cie, a ja krztu­szę się na­po­jem.

Czu­ję go­rąco, któ­re roz­le­wa się po po­licz­kach i szyi.

– Co? – py­tam, kie­dy wresz­cie uda­je mi się od­zy­skać od­dech.

– Szep­ta­łaś moje imię – po­wta­rza z ło­bu­zer­skim uśmie­chem. – Przez sen. To miłe, ma­lu­chu. Na­praw­dę miłe uczu­cie.

Spusz­czam wzrok. Nie wiem, dla­cze­go czu­ję się aż tak za­że­no­wa­na, ale mu­szę zmie­nić te­mat. Ina­czej moja twarz po pro­stu do­ko­na sa­mo­za­pło­nu.

– Dłu­go spa­łam? – py­tam, nie pa­trząc na nie­go. – Gdzie je­ste­śmy? Gdzie resz­ta?

– Kil­ka go­dzin – od­po­wia­da, a ja jęczę w du­chu. Omi­nęło mnie tyle cen­nych chwil, któ­re z po­wo­dze­niem mo­gli­by­śmy wy­ko­rzy­stać na roz­mo­wę. – Ja­kiś czas temu prze­kro­czy­li­śmy gra­ni­cę. Obe­szło się bez nie­spo­dzia­nek. Resz­ta po­je­cha­ła da­lej dzie­si­ęć mi­nut temu. Chcia­łem dać ci chwi­lę na po­bud­kę i szyb­kie śnia­da­nie. Znam tra­sę na pa­mi­ęć, nie martw się.

– Dzi­ęki – mam­ro­czę ci­cho. – Kawa jest pysz­na.

– Zjedz bu­łkę. Pó­źniej za­trzy­ma­my się na ja­kiś obiad – na­ka­zu­je, a głup­ko­wa­ty uśmie­szek wci­ąż nie scho­dzi mu z twa­rzy.

– Je­steś okrop­ny – stwier­dzam na­bur­mu­szo­na, na co chło­pak już nie wy­trzy­mu­je i wy­bu­cha śmie­chem.

Ude­rzam go w ra­mię, co wy­wo­łu­je jesz­cze wi­ęk­szą sal­wę śmie­chu.

W ko­ńcu sama też za­czy­nam chi­cho­tać. Do­pie­ro po chwi­li uda­je nam się opa­no­wać. Zja­dam śnia­da­nie, ko­rzy­stam szyb­ko z to­a­le­ty na sta­cji, a mo­ment pó­źniej ru­sza­my w dal­szą tra­sę. Do Gu­ada­la­ja­ry wci­ąż da­le­ko. Nie po­ko­na­li­śmy jesz­cze na­wet jed­nej trze­ciej dro­gi. Je­dzie­my aku­rat bocz­ny­mi szla­ka­mi, ruch na jezd­ni jest umiar­ko­wa­ny, więc po­sta­na­wiam po­ru­szyć kwe­stię Va­nes­sy.

– Mów – od­zy­wa się chło­pak, pa­trząc z uko­sa, za­nim zdążę co­kol­wiek od­po­wie­dzieć. Marsz­czę brwi, na co kącik jego ust uno­si się le­d­wie za­uwa­żal­nie. – Wier­cisz się i otwie­rasz usta, jak­byś chcia­ła coś z sie­bie wy­rzu­cić, ale nie wie­dzia­ła, jak za­cząć. Więc po pro­stu to po­wiedz.

Wzdy­cham, po­pra­wia­jąc się na sie­dze­niu.

– Roz­ma­wia­łam dzi­siaj z mamą… – za­czy­nam nie­pew­nie.

– Tak?

Ay­den od­naj­du­je moją dłoń i spla­ta na­sze pal­ce, jak­by sa­mym tym ge­stem pró­bo­wał do­dać mi od­wa­gi. Mu­siał wy­czuć moje za­wa­ha­nie, bo do­pie­ro te­raz do­cie­ra do mnie, jak bar­dzo się ze­stre­so­wa­łam. I jak nie­roz­sąd­ne było to, co zro­bi­łam. Po­win­nam naj­pierw po­roz­ma­wiać o tym z nim.

– Roz­ma­wia­łam z mamą o Va­nes­sie – wy­rzu­cam z sie­bie, na co Ay­den gwa­łtow­nie wci­ska ha­mu­lec, za­trzy­mu­jąc auto w miej­scu.

Roz­glądam się w po­pło­chu, spraw­dza­jąc, czy tym ru­chem nie spo­wo­do­wał za­gro­że­nia na dro­dze, a po­tem ze stra­chem spo­glądam w jego stro­nę. Pusz­cza moją dłoń i kła­dzie obie ręce na kie­row­ni­cy. Przy­my­ka oczy, bie­rze bar­dzo głębo­ki wdech, a ja wi­dzę, jak jego knyk­cie bie­le­ją pod wpły­wem siły, z jaką mia­żdży kie­row­ni­cę.

– Co zro­bi­łaś? – pyta ci­cho.

– Za­nim na mnie na­wrzesz­czysz – mó­wię szyb­ko, uno­sząc ręce w po­jed­naw­czym ge­ście. – Ani sło­wem nie wspo­mnia­łam ma­mie o Qu­en­ti­nie i o tym, co zro­bił. Po­wie­dzia­łam tyl­ko tyle, ile po­win­na wie­dzieć, żeby oce­nić, czy zdo­ła po­móc Nes­sie. Opo­wie­dzia­łam, co ją spo­tka­ło i że od tam­tej pory jest w sta­nie we­ge­ta­tyw­nym.

– W ogó­le nie po­win­naś była jej nic mó­wić, Luna. Nic, kur­wa – uno­si nie­co głos, jed­nak wci­ąż pró­bu­je trzy­mać ner­wy na wo­dzy.

A ja po raz ko­lej­ny do­strze­gam, że Ay­den Pre­scott na­praw­dę prze­stał być dup­kiem, bo po­mi­mo że jest na mnie wście­kły, sta­ra się opa­no­wać. Jesz­cze ja­kiś czas temu po pro­stu za­częli­by­śmy na sie­bie wrzesz­czeć.

– Mama spró­bu­je po­móc Va­nes­sie. Po­wie­dzia­ła mi, jak to wy­gląda z jej per­spek­ty­wy. Z per­spek­ty­wy le­ka­rza spe­cja­li­sty. Są ró­żne me­to­dy, Ay­den. A mama jest na­praw­dę cho­ler­nie do­brym psy­chia­trą i do­brze o tym wiesz. Po­mo­że jej…

– A co, je­śli nie? Po­my­śla­łaś w ogó­le o tym w ten spo­sób? Co je­śli po­wie­my Qu­en­ti­no­wi o tym pla­nie, damy mu na­dzie­ję, że wresz­cie, po dwóch la­tach, od­zy­ska sio­strę, a po­tem się nie uda? Masz od­wa­gę po raz ko­lej­ny zła­mać tego czło­wie­ka? Bo ja nie. Wi­dzia­łem go wte­dy. Był wra­kiem. Le­d­wo uda­ło nam się go od­zy­skać, choć pew­na część Qu­en­ti­na Ga­ha­na już na za­wsze zo­sta­ła w No­wym Jor­ku.

Przez chwi­lę pa­trzę w ciem­ne oczy chło­pa­ka, dziel­nie wy­trzy­mu­jąc to ci­ężkie spoj­rze­nie, w któ­rym ak­tu­al­nie sza­le­je bu­rza. Jest wście­kły i na­wet po­nie­kąd go ro­zu­miem. Jed­nak smu­ci mnie jego brak wia­ry.

– A może za­py­taj­my o zda­nie Qu­en­ti­na, co? Prze­ko­naj­my się, co o tym sądzi – mó­wię, har­do uno­sząc pod­bró­dek.

– Prze­cież obo­je wie­my, że się zgo­dzi. Zła­pie się ka­żdej na­dziei na ura­to­wa­nie sio­stry – sar­ka, po­trząsa­jąc gło­wą.

– Mo­gli­by­śmy spro­wa­dzić Nes­sę do San Die­go – pro­po­nu­ję ci­cho, na co Ay­den par­ska.

– Ale jak ty to so­bie wy­obra­żasz? Chcesz ści­ągnąć nam psy na gło­wę? Prze­cież jak ru­szy­my Nes­sę z kli­ni­ki w No­wym Jor­ku, od razu tu przy­ja­dą, żeby spraw­dzić, czy Que się tu­taj nie kręci. Nie mo­że­my so­bie po­zwo­lić na ta­kie ry­zy­ko. – Wzdy­cha, prze­cie­ra zmęczo­ne po­wie­ki i kil­ka razy strze­la kar­kiem.

– A czy mo­że­my jesz­cze do tego wró­cić? – py­tam z na­dzie­ją. Na­praw­dę my­śla­łam, że mój po­my­sł jest do­bry. – Prze­my­śl to jesz­cze, pro­szę. Se­rio chcia­ła­bym po­roz­ma­wiać o tym z Que i za­py­tać, co o tym my­śli.

– Na tym wy­je­ździe ani sło­wa o Nes­sie i two­im po­my­śle – na­ka­zu­je, po czym prze­kręca klu­czyk w sta­cyj­ce, a Nis­san w tej sa­mej se­kun­dzie od­po­wia­da głębo­kim po­mru­kiem. – Pó­źniej zo­ba­czy­my… – do­da­je zim­nym to­nem, nie po­świ­ęca­jąc mi już ani jed­ne­go spoj­rze­nia.

– Do­brze – zga­dzam się i od­wra­cam gło­wę w stro­nę bocz­nej szy­by.

Chce się zło­ścić, pro­szę bar­dzo. Ja chcia­łam tyl­ko po­móc.

Bio­rę głębo­ki wdech, po czym ze świ­stem wy­pusz­czam po­wie­trze z płuc.

By­łam pew­na, że ten week­end będzie cu­dow­ny. Naj­wi­docz­niej się my­li­łam.