Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Inspektor Louise Blackwell nie wierzy w zbiegi okoliczności. Śmierć kobiety, której zwłoki znaleziono u stóp klifu, łudząco przypomina sprawę sprzed zaledwie kilku miesięcy. Na miejscu zdarzenia natrafiono na list pożegnalny zawierający te same słowa co list pierwszej ofiary: „Śmierć to nie koniec”. To nie może być przypadek.
Weston-Super-Mare od czasu tamtej sprawy nie jest już spokojnym nadmorskim miasteczkiem. Teraz, kiedy wydarzyła się kolejna tragedia, Louise jest niemal pewna, że ktoś stoi za tymi desperackimi czynami. Okoliczności wskazują, że już niedługo ofiar może być więcej. Czyli to nie koniec.
Przełom w śledztwie pozwala Blackwell uwierzyć, że jest blisko rozwiązania, że ma sprawcę na widelcu. Ofiar jednak przybywa, a twardych dowodów wciąż brak. Czy inspektor Louise Blackwell zdoła powstrzymać maniaka, czy będzie musiała uznać, że wróg jest nie do pokonania?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 424
Rok wydania: 2026
Dla Claire Louise Brolly
Dzięki temu, że kościół Świętego Mikołaja w Uphill zbudowano na wzniesieniu, grupa miała niezrównany widok na Weston-super-Mare oraz okoliczną linię brzegową. W oddali wznosił się cypel Brean Down, a nieco bliżej widać było zarys kościoła Uphill i ujście rzeki Axe. Dokładnie pod nimi, zaraz za pionową ścianą urwiska, znajdowała się przystań, przez miejscowych zwana niekiedy cmentarzyskiem dla łodzi.
Amy Carlisle szczelniej otuliła się lekkim płaszczykiem. Wystarczyła godzina, by resztki dziennego ciepła znikły, a przy niewielkim ognisku, które rozpalili, nie sposób było się ogrzać. Kilka nocy spędziła w wynajętym pokoju, czekając na wieści od Jaya, aż w końcu o północy dostała wiadomość.
Ze swojego miejsca na suchej trawie przykościelnego cmentarza zerkała na Jaya, starając się, żeby nikt tego nie zauważył. Był starszy od członkiń grupy i niewątpliwie bardziej wyluzowany. Z ciała o długich rękach i nogach emanowały swoboda i rodzaj wdzięku właściwy tancerzom. Siedział po drugiej stronie ogniska i obejmował Claire. To jeszcze nie znaczyło, że akurat ona zostanie wybranką tej nocy, ale biorąc pod uwagę wydarzenia ostatniego miesiąca, należało się tego spodziewać. Amy myślała o tym z mieszaniną zazdrości i ulgi. Jej czas jeszcze nadejdzie, a jednak gdy tu siedziała, obserwując z góry rozświetlone miasto oraz morze, choć raz podczas pełni przypływu, ogarnęły ją wątpliwości. Ale trwały tylko kilka sekund. Po prostu musiała wrócić myślami do wynajętego pokoiku – o dziwo, zawsze zimnego mimo panującego ostatnio upału – i powodów, dla których się tu znalazła, do determinacji, z jaką postanowiła tutaj wrócić.
Kiedy zerkała na Jaya, pochwyciła spojrzenie Megan. Ta mała była najnowszą członkinią grupy i w blasku ogniska wydawała się niebywale młoda. Amy posłała jej uśmiech, na co dziewczyna podeszła i usiadła obok niej.
– Cieszę się, że jesteś z nami – powiedziała Megan.
Jay znalazł ją sześć tygodni temu. Na ostatnim spotkaniu poprosił Amy, by się nią opiekowała – wszystkie nowe kobiety polecał czyjejś opiece – i od tej pory regularnie kontaktowały się ze sobą na prywatnej grupie internetowej. Megan dobiegała trzydziestki i spała pod gołym niebem w Bristolu. Wyznała Amy, że Jay znalazł jej jakieś lokum, ale ponieważ nie wolno im było spotykać się poza grupą, nie zdradziła jej adresu.
– Ja też się cieszę, że tu jesteś – odparła Amy, a Megan przysunęła się bliżej; bił od niej zapach potu i mgiełki do ciała.
– Mam nadzieję, że on mnie wybierze – szepnęła Megan.
– Może będziesz musiała uzbroić się w cierpliwość.
Megan oparła głowę na ramieniu Amy. W poprzednim życiu Amy oburzyłoby takie naruszenie granic, teraz jednak przyjęła ten gest z zadowoleniem; ciało Megan było lekkie jak piórko. Jay wstał i krążąc wśród członkiń grupy, rozdawał im kubki herbaty, którą zaparzył nad ogniskiem. Napój nazywał się ayahuasca[1]. Jay poczęstował nim Amy tej pierwszej nocy w Kewstoke, gdzie spała na plaży. Była wówczas lekkomyślna, uważała, że nie ma nic do stracenia. Choć dawka była niewielka, dzięki wskazówkom Jaya doświadczyła czegoś, co uważała za niemożliwe. Gdy doszła do siebie, miała wrażenie, że odlot trwał wiele godzin, choć minęło zaledwie kilka minut.
– Widzisz? – zapytał wtedy i w tej samej chwili wszystko się rozjaśniło.
Teraz kucnął między Amy a Megan.
– Miło widzieć, że się dogadałyście – odezwał się, podając im herbatę.
Amy miała mu dużo do powiedzenia, lecz milczała. Upiła tylko łyk napoju i uśmiechnęła się z zażenowaniem.
Postępując zgodnie ze wskazówkami Jaya, wszyscy wypili chłodzącą herbatę. Ayahuasca zawiera halucynogenną substancję DMT, więc chociaż Jay podał im małą dawkę, już wkrótce Amy odczuła jej działanie – rozchodzące się ciepło i wibrowanie w środku. Zamknęła oczy, obecna ciałem, ale nieobecna duchem; w głowie wirowały jej obrazy figur geometrycznych. Było inaczej, niż gdyby przyjęła pełną dawkę DMT. Trwało to zaledwie chwilkę i kiedy po kilku minutach doszła do siebie, miała ochotę na więcej. To samo pragnienie ujrzała u pozostałych kobiet. Gdy Megan wróciła na ziemię, wpatrywała się w nią szeroko otwartymi z podziwu piwnymi oczami.
Jay wstał i wszystkie się uciszyły. Amy kochała te chwile, gdy członkinie grupy kolejno wyjaśniały powody, dla których się tu znalazły, ale jednocześnie tego nie znosiła. Wysłuchiwanie tych relacji było bolesne, chociaż herbatka to ułatwiała. Gdy przyszła jej kolej, bez wstydu opowiedziała swoją historię, wdzięczna, że Megan siedzi obok niej.
– Aiden był pięknym dzieckiem. Bo wiecie, że noworodki czasami są brzydkie? Wiem, to brzmi okropnie – ciągnęła Amy, gdy grupa zareagowała cichym śmiechem. – Ale taka jest prawda. Niektóre dzieci zaraz po urodzeniu nie wyglądają dobrze. Są pomarszczone i pogięte, jakby nie uformowały się jak należy. Ale Aiden nie był taki. Odkąd po raz pierwszy wzięłam go na ręce, był już w pełni uformowany. Miał bujne rude włosy, taką piękną małą kępkę. Kiedy go przytuliłam, spojrzał mi w oczy i w tej samej sekundzie poznałam, że wie, kim jestem. Nie umiem tego wyjaśnić, choć Jay pomógł mi to lepiej zrozumieć, ale było tak, jakby w tamtej chwili Aiden przejrzał mnie na wylot. Czy to ma sens?
Grupa zareagowała pozytywnie, dodając jej otuchy, Amy zaś poczuła, że Megan wyciąga do niej rękę.
– No w każdym razie tak się wtedy czułam. Przejrzał mnie na wylot, a mnie się spodobała ta analiza. Połączyła nas więzami, których nikt nam nie odbierze. I choć zdawałam sobie sprawę, że on nie zapamięta tej chwili, to wiedziałam, że pozostanie z nim na zawsze, co mi dodało otuchy. Odebrali mi go tego samego dnia. Tak przewidywała umowa. Byłam za młoda. Nie miałam pieniędzy ani rodziny, nie mogłam zapewnić mu domu. A oni byli uroczym małżeństwem, nie mam do nich pretensji o to, co się potem stało. Sami nie mogli mieć dzieci, za to jego mogli obdarzyć wielką miłością. Nie powiedziałam im, że nadałam mu imię Aiden, a oni nie pytali. Czy płakałam, kiedy go zabrali? Oczywiście. Ale wiedziałam, co nas połączyło. Zobaczył mnie, a ja zobaczyłam jego.
Jay objął ją ramieniem, a ona się w niego wtuliła. Wiedział, czego się spodziewać, więc była mu wdzięczna za dodanie otuchy. Kiedy po raz pierwszy wystąpiła przed grupą, powiedział jej, że może przerwać w każdej chwili, ale zmusiła się, by mówić dalej, i teraz zamierzała zrobić tak samo.
– Nigdy więcej go nie zobaczyłam. Wiedziałam, gdzie mieszka, ale jego widok by mnie dobił. Poza tym to by nie było w porządku wobec niego i jego nowych rodziców.
Przerwała, zaschło jej w ustach. Odetchnęła głęboko.
– Dowiedziałam się o tym przypadkiem. Dacie wiarę? – podjęła. Po zimnej twarzy spłynęły łzy. – Przeczytałam o tym w „Mercurym”, w dziale nekrologów. Gdybym akurat tego dnia nie wybrała się do biblioteki, chyba dalej bym tkwiła w nieświadomości. Pewnie nadal bym myślała, że on żyje.
Czuła, jak nowa przyjaciółka drży, gdy ciągnęła:
– Spokojnie, Megan. Mały Aiden odszedł tuż przed swoimi czwartymi urodzinami. Nie wiedziałam, że miał wadę serca. Ale rodzice zrobili dla niego wszystko, co się dało. Wiem o tym.
Chwyciła dłoń Megan, a Jay przytulił ją mocniej.
– Oczywiście byłam zdruzgotana. Nieważne, że nie widziałam go od dnia jego narodzin. Był moim synkiem i zawsze nim będzie. Popełniłam błąd i spróbowałam porozmawiać z jego rodzicami. Nie pojmowali tego, zwłaszcza matka. Teraz już rozumiem, że z żalu nie była sobą, ale kiedy powiedziała, że Finley… tak dali na imię małemu Aidenowi… nie jest moim synem, poczułam się, jakby przebiła mi serce. Szczerze mówiąc, kiedy się dowiedziałam o jego śmierci, byłam w głębokim dołku. Już wtedy piłam i ćpałam. Miałam gówniane życie, dopóki nie spotkałam Jaya.
W grupie rozległ się pomruk uznania, a Jay przytulił ją jeszcze mocniej.
– Wcześniej myślałam o tym, żeby się zabić, ale zabrakło mi odwagi. Wmawiałam sobie, że to by była zdrada wobec Aidena, ale przemawiało przeze mnie tchórzostwo.
Znowu przerwała i spojrzała na Megan, która mimo że znała już tę historię, była zalana łzami.
– Przyznaję też, że miałam duże wątpliwości, kiedy Jay próbował mnie namówić na DMT. Wtedy już wypróbowałam praktycznie wszystko, więc nie wierzyłam w jego zapewnienia. No i proszę, jak można się pomylić.
Te słowa wywołały chóralny śmiech.
– Chcę podziękować Jayowi za pokazanie, że coś na nas czeka i że Aiden nie przepadł na dobre. Podczas tych podróży doświadczam obecności synka i nie mogę się doczekać chwili, gdy znów się z nim połączę. Widzicie, w tej samej sekundzie, kiedy na mnie spojrzał, wypalił piętno w mojej duszy, a ja wiem, po prostu wiem, że on gdzieś tam jest i czeka na mnie.
Gdy grupa przetrawiała jej słowa, Jay obejmował ją jeszcze przez chwilę, po czym się przeniósł do Claire.
Dziewczyna się uśmiechnęła.
– Jestem gotowa – oznajmiła, a Jay wziął ją w ramiona.
Amy wielokrotnie rozmawiała z tą kobietą. Była po trzydziestce i od dziesięciu lat tułała się po schroniskach. Jej czarne włosy wisiały w strąkach, a uśmiechając się do Jaya, pokazała, że brakuje jej wielu zębów.
– To twój wybór – odparł Jay kojącym tonem na tle dalekiego pomruku morza.
– Jestem gotowa – powtórzyła Claire, a po jej oczach i bezzębnym uśmiechu Amy poznała, że mówi prawdę.
[1] Ayahuasca (ajałaska) – działający halucynogennie silny psychodelik stosowany przez południowoamerykańskich szamanów do wywoływania transu i wizji (przyp. tłum.).
Inspektor Louise Blackwell zaparkowała i pobiegła do szkoły; na chwilę spowolniła ją solidna metalowa brama. Emily czekała na nią w sekretariacie, wyglądając przez okno niczym więźniarka. Nauczycielka z marsową miną nacisnęła brzęczyk i wpuściła Louise do środka.
– Louise Blackwell, ciotka Emily. Przepraszam, że tyle to trwało, ale jechałam aż z Weston. – Zerknęła na Emily, która siedziała na krześle po turecku, ze splecionymi rękami. Bratanica nie zrewanżowała się uśmiechem. Nadąsana wbijała wzrok w podłogę i widać było, że jest bliska łez.
– Na pewno jutro odezwą się ze szkoły i dowie się pani więcej – odparła nauczycielka, przytrzymując im drzwi. – Do widzenia, Emily, do jutra – dodała, gdy zgarbiona dziewczynka wlokła się do wyjścia.
– Witaj, kochanie – powiedziała Louise. – Wybacz, że jechałam tu tak długo. Pójdziemy coś zjeść?
Emily wbijała wzrok w buty, kiwając się w miejscu.
– Gdzie tata?
Louise przykucnęła, by ich oczy znalazły się na tym samym poziomie. Telefon odebrała na posterunku. Czterdzieści minut wcześniej jej brat Paul powinien był odebrać córkę ze szkoły, lecz się nie zjawił. Zadzwoniła więc do mieszkających w pobliżu rodziców, włączyła się jednak poczta głosowa, dlatego sama musiała przyjechać tu autostradą M5 z Weston. Z Emily była twarda sztuka, ale oczy miała czerwone, a po lewym policzku spływała łza. Louise miała ochotę skłamać, lecz dziecko zasługiwało na prawdę.
– Na pewno nic mu się nie stało, po prostu nie zdążył.
– Znowu się upił?
Louise przytuliła bratanicę, zdruzgotana pytaniem, które nijak nie pasowało do zaledwie pięcioletniego dziecka.
– Na pewno nic mu nie jest, kochanie. – Dziewczynka dygotała w jej ramionach, a Louise po raz kolejny pożałowała, że nie jest w stanie jej przed tym uchronić… przed wszystkim, co ją spotkało w tak krótkim życiu.
Paul nie po raz pierwszy odstawił taki numer. Trzy lata temu matka Emily, Dianne, zmarła po krótkiej walce z rakiem. Stało się to tak szybko, że zaskoczyło wszystkich; rzecz jasna, najgorzej przeżył to Paul. Picie wymknęło mu się spod kontroli dopiero w zeszłym roku i Louise sądziła, że w ostatnim półroczu zdołał je opanować, jednak przed trzema tygodniami, w rocznicę śmierci Dianne, nałóg powrócił.
Louise miała sobie za złe, że do tego dopuściła, co jednak nie zwalniało jej brata od odpowiedzialności. Chciała go odszukać i wygarnąć mu, co myśli na jego temat, ale nie mogła tego zrobić w towarzystwie Emily.
Z samochodu znów zadzwoniła do rodziców.
– Witaj, Lou – powiedziała matka. – Wybacz, byliśmy z twoim tatą w mieście i dopiero teraz odsłuchałam wiadomość.
Louise chciała ją spytać, dlaczego mieli wyłączone komórki, ale ugryzła się w język.
– Mam Emily – poinformowała. – Jedziemy coś zjeść.
– Cześć, Emily.
– Cześć, babciu.
Louise zjechała na pobocze, by móc wyłączyć głośnik. Wysiadła z auta i lekko zatrzasnęła drzwi.
– Musicie podjechać do Paula i zobaczyć, co z nim.
– Tata już tam jedzie.
– Mamo, dłużej tak być nie może – szepnęła Louise, powstrzymując łzy.
– Wiem, kochanie, wiem. Jak już zjecie, przywieź Emily do nas. Mam tu jej szkolne ubranka, więc na razie może pomieszkać z nami.
Zawsze znajdowały jakieś tymczasowe rozwiązania. Paul odrzucał wszelkie propozycje pomocy, nie przyjmował do wiadomości tego, w jakiej sytuacji się znalazł. Był wspaniałym mężem, Louise nigdy nie widziała go równie szczęśliwego, jak w trakcie małżeństwa z Dianne. Gdy urodziła się Emily, dostał bzika na jej punkcie; po śmierci żony jego miłość do dziecka nie wygasła, ale to wyglądało tak, jakby obecność córki nieustannie przypominała mu kobietę, którą stracił. Louise była przekonana, że nigdy nie skrzywdziłby Emily umyślnie, tyle że nie rozumiał, jak wiele złego wyrządzał w jej życiu.
Zabrała bratanicę do Pizza Express. O nic się nie dopytywała, nie naciskała, siedziały więc w milczeniu. Ojciec przysłał esemesa, że znalazł syna w jego mieszkaniu. Był nieprzytomny, ale teraz już reaguje. Louise przekazała Emily, że ojcu nic się nie stało, lecz nie wdawała się w szczegóły. Dziewczynka uśmiechnęła się blado, z jej ust wysunął się wąs roztopionego sera. Co Louise mogłaby jej powiedzieć? Wcześniej dziewczynka spytała, czy Paul się upił, jednak była za młoda, by jej tłumaczyć, że tata potrzebuje pomocy i że zachowuje się tak z powodu tego, co spotkało jej mamę. Dosyć już wycierpiała. Po raz kolejny Louise korciło, by zabrać małą i uwolnić ją od tego wszystkiego.
Zamówiła dziewczynce lody, a sama zrezygnowała z deseru.
– Dzisiaj zostaniesz na noc u babci. Może być?
Emily kiwnęła główką.
– Tata jest chory, prawda?
Louise nie wiedziała, czy dziewczynce chodzi o to, że ojciec ma kaca, czy ogólnie o jego stan psychiczny, ale nie zamierzała w to wnikać.
– Wyzdrowieje, ale na razie będzie lepiej, jeśli zostaniesz u dziadków. U babci jest fajnie, prawda?
– Ty też będziesz z nami? – spytała Emily z nadzieją; po raz pierwszy, odkąd Louise odebrała ją ze szkoły, wydawała się szczęśliwa.
*
W domu Emily wpadła w otwarte ramiona babci, która przytuliła ją i spojrzała na córkę. Zmęczone oczy zdradzały, że chyba w ogóle nie spała.
– Tata jest w środku – powiedziała.
Ojciec Louise krążył nerwowo po salonie. Danny Blackwell, dobiegający siedemdziesiątki krępy, silnie zbudowany mężczyzna, był najbardziej uroczym człowiekiem pod słońcem. W dzieciństwie Louise go ubóstwiała, co pewnie źle się odbiło na jej późniejszych związkach. Dotychczas nie spotkała mężczyzny, który by mu dorównał, choć wiedziała, że takie porównywanie nie ma sensu; że jest to jej sposób obrony przed zaangażowaniem się w poważny związek.
Rzadko widywała ojca wściekłego, teraz jednak nie potrafił tego ukryć.
– W jakim był stanie? – spytała.
Ojciec przystanął. Nie miał pojęcia, że przyjechała, więc spojrzał na nią zdezorientowany.
– Nie powiedział żadnego sensownego słowa. Cuchnął alkoholem. Bełkotał coś o nasiadówce we wtorek rano w miejscowym pubie, a na stole stała na wpół opróżniona butelka whisky. Wpakowałem go pod zimny prysznic, a on ani drgnął. Louise, ja sobie zdaję sprawę, przez co przeszedł, ale to kawał samolubnego drania. Jak śmie robić coś takiego Emily?
– Wiem, tato. Wiem.
– Co ja mam zrobić? Nie mam pojęcia, w jaki sposób mogę mu pomóc. – Opadł na kanapę, zaciekle walcząc z napływem emocji.
– Dziadek! – zawołała Emily, wbiegając do pokoju.
Kiedy pędziła do niego, ojciec Louise otarł oczy.
– Skarbku – powiedział, wyciągając ręce, by ją objąć.
Louise poszła do kuchni i nastawiła czajnik.
– Pewnie nie wypada mi napić się czegoś mocniejszego? – powiedziała matka, unosząc brwi.
– Mamo… – Louise pokręciła głową. Matki zawsze trzymał się czarny humor i zwykle pierwsza potrafiła rozbroić trudną sytuację.
Wypiły razem herbatę, ze śmiechem nasłuchując odgłosów zabawy Emily z dziadkiem, ale unikając poważnej rozmowy.
– Jak tam jest nad morzem? – zapytała matka.
– Lepiej, odkąd zrobiło się ciepło.
– Jakieś ciekawe sprawy?
Spytała o to tylko przez uprzejmość. Zawsze wspierała karierę Louise w policji i była z niej dumna, ale w gruncie rzeczy nie chciała znać szczegółów, nie chciała się mierzyć z realiami pracy córki.
– Niedługo powinnam wracać, ale najpierw musimy porozmawiać o tym, co się dzisiaj stało. Wiesz, że szkoła ma prawo zawiadomić opiekę społeczną? Czy masz pojęcie, co by było, gdyby go teraz odwiedzili? Emily mogłaby trafić do domu dziecka, mamo. – Louise czuła, że rozpierają ją emocje; nie mogła wyjść ze zdumienia, ile bólu potrafi sprawić jej brat nawet wtedy, gdy go nie ma.
Matka się uśmiechnęła. Na pozór nic nigdy nie było w stanie jej poruszyć, lecz Louise wiedziała, że dźwiga ciężar wszystkiego, co spotyka rodzinę. To ona była silna w ostatnich tygodniach życia Dianne i w traumatycznym okresie, który nastąpił potem. To ona spajała rodzinę, gdy Paul coraz bardziej popadał w alkoholizm. Louise rzadko o tym mówiła, ale miała szczęście, że rodzice pod każdym względem byli godni naśladowania.
– Omówiliśmy sytuację z twoim ojcem i uznaliśmy, że w najbliższych miesiącach, podczas letnich wakacji, zajmiemy się Emily – oświadczyła tonem tak wyzywającym, by Louise zrozumiała, że nie ma sensu protestować.
– Rozmawialiście już o tym z Paulem?
– Jeszcze nie.
– Mamo, wątpię, żeby się zgodził.
– Nie będzie miał wyboru. Jak mówiłaś, tylko patrzeć, jak wmiesza się w to opieka społeczna, a nawet twój brat nie jest aż tak głupi, żeby ryzykować utratę Emily. – Matka przysunęła się bliżej i ujęła Louise za rękę. – Wybacz, źle to zabrzmiało. Twój brat nie jest głupi, wręcz przeciwnie, ale w obecnym stanie nie da sobie rady. Porozmawiam z nim i wytłumaczę, że wszystkim to wyjdzie na dobre. Miejmy nadzieję, że dostanie kopa w tyłek i coś ze sobą zrobi. Już mówiliśmy, że załatwimy mu pomoc, a jutro usłyszy to ponownie. – Zamknęła oczy, oddychając głęboko przez nos. – On się zabija, Lou. Twój brat się zabija, a my musimy mu pomóc.
– Och, mamo. – Louise objęła matkę. Zaniepokojona, że jest taka lekka, poczuła znajomy zapach lawendy na jej szyi.
Zażenowana matka odepchnęła ją delikatnie.
– Mogłabyś…
– Zrobię, co w mojej mocy, mamo. Postaram się wpadać tutaj w każdy weekend i mogę pomagać wieczorami.
– A tobie się zdaje, że jak my spędzamy czas? – powiedziała matka z uśmiechem. – Uważasz, że z ojcem całymi nocami nic tylko imprezujemy?
– A nie? – odparła Louise z udawanym zdziwieniem.
– Dzięki za propozycję, w razie potrzeby chętnie skorzystamy z twojej pomocy, ale chcę zapytać, czy mogłabyś porozmawiać z Paulem. Nie dzisiaj, w najbliższych dniach. Powiedz mu, że popierasz naszą decyzję, i spróbuj go namówić, żeby się zwrócił o pomoc.
Louise wątpiła, by brat zechciał jej wysłuchać, ale się zgodziła.
– Świetnie. – Matka splotła dłonie, jakby wszelkie problemy zostały rozwiązane. – No, zbieraj się. Pewnie masz mnóstwo roboty, a ja muszę położyć naszą małą damę do łóżka.
Wracając do Weston, Louise myślała prawie wyłącznie o Paulu i Emily. Wspominała dzień, kiedy brat i jego żona poinformowali, że Dianne ma raka. I natychmiast widoczną, acz subtelną zmianę postawy szwagierki, która zaczęła się poruszać jak staruszka. Ale i tak wszystkich zszokowało, że w ciągu kilku tygodni jej stan tak szybko się pogorszył. Następnym razem Louise ujrzała ją przykutą do szpitalnego łóżka, gdy marniała w oczach. Rozmawiały wtedy o Emily. Dianne dziękowała jej za obecność w życiu swojej córki, a Louise bez sensu obiecywała, że zaopiekuje się dzieckiem. Właśnie tego dnia po raz pierwszy dostrzegła zmianę, jaka zaszła w Paulu – twardość spojrzenia, przekorę oraz rozpacz, z której dotąd się nie otrząsnął.
Ta zmiana była niemiła, ale nie spadła jak grom z jasnego nieba. Louise już kiedyś tego doświadczyła. W dzieciństwie Paul był dobrym i troskliwym starszym bratem i chociaż, jak to rodzeństwo, czasami się kłócili, to zawsze się dogadywali. Zdarzało się nawet, że bywał jej najlepszym przyjacielem, ale do tego już się nie przyznawała.
Zawsze wpadała w melancholię na myśl o tym, jak ich przyjaźń stopniowo się wykruszała. Wynikało to z naturalnego procesu dorastania, a jednak nadal ją bolało, gdy przypominała sobie, jak Paul stał się nastolatkiem i w końcu ją opuścił.
Z perspektywy czasu rozumiała, że właśnie wtedy wszystko się zaczęło. Brat zaczął pić, mając piętnaście, może szesnaście lat. Rodzice z początku się tym nie przejmowali – nie był jedynym nastolatkiem popijającym w miejscowym parku tani cydr – ale Louise nienawidziła zmiany, jaka w nim zaszła. Stał się nadąsany i zamknięty w sobie, w szkole zaczął się prowadzać z nową paczką. Jeśli już się do niej odzywał, to zwięźle i niecierpliwie, więc mała Louise obwiniała samą siebie, jakby to przez nią brat tak się zmienił.
Rodzicom udzielił się jej niepokój dopiero wtedy, gdy Paul wyrobił w sobie bardziej wyszukane nawyki. Podczas spotkań w gronie rodzinnym nigdy nie wspominano pewnych niesławnych wakacji – ostatnich, które spędzili z Paulem. Przebywali w Kornwalii, gdy ojciec Louise znalazł w kieszeni syna amfę. Nigdy nie widziała, by ojciec aż tak się wkurzył. Paul właśnie otrzymał wiadomość, że marnie zdał egzaminy końcowe, i zapanowała taka atmosfera, że jeszcze tego samego dnia spakowali się i wrócili do domu.
Kilka tygodni później Paul zaczął studia na politechnice. Uściskał Louise na do widzenia, ale od tej pory ich relacje zmieniły się nieodwracalnie. Przez trzy lata na polibudzie nic tylko imprezował i tak samo żył później, kiedy rzucił studia i podjął pozbawioną perspektyw pracę telemarketera.
Gdyby nie Dianne, prawdopodobnie nadal prowadziłby ten sam styl życia. Zmiana była natychmiastowa, zaczął pić z umiarem, a dragi odstawił na dobre. Louise dostrzegała oznaki powrotu miłego i troskliwego chłopca, jakim kiedyś był. Tak ją to cieszyło, że przestała się martwić o brata na długo przed narodzinami Emily.
Miała nadzieję, że po śmierci Dianne dzięki córce zachowa rozsądek, ale chyba nie doceniali wpływu, jaki miała na niego żona. Louise wiedziała, że się starał, ale kiedy jej zabrakło, nic nie mogło go powstrzymać przed powrotem do dawnego stylu życia.
Zjechała z autostrady, mijając sznur pojazdów wyjeżdżających z nadmorskiego kurortu – nareszcie turyści i ci, którzy przyjechali tylko na jeden dzień, mogli się smażyć na plaży w słońcu. Telefon ze szkoły odebrała Simone, kierowniczka biura, i niewątpliwie dzieliła się teraz przypuszczeniami, dlaczego szefowa wyjechała w takim pośpiechu; Louise nie miała ochoty oglądać pytających spojrzeń współpracowników ani słuchać ich kąśliwych uwag.
Mimo że mieszkała w Weston już ponad dwa lata, zdołała oddzielić swoje życie prywatne – a raczej jego resztki – od zawodowego. Było jednak tajemnicą poliszynela, że przeniosła się do tego nadmorskiego kurortu pod przymusem. Wcześniej pracowała w MIT, Głównym Zespole Dochodzeniowym z siedzibą w komendzie głównej w Portishead. Po śledztwie, w trakcie którego zastrzeliła nieuzbrojonego człowieka – skądinąd mściwego seryjnego zabójcę Maxa Waltona – dostała propozycję nie do odrzucenia: przenosiny. Nie potrafiła wtedy ukryć złości i między innymi z tego właśnie powodu trudno jej było zaadaptować się w nowym otoczeniu. Od siedmiu miesięcy, po zakończonym sukcesem śledztwie w sprawie zabójstwa, sytuacja wyglądała nieco lepiej, a jednak niewielka grupa policjantów w Weston wciąż uważała ją za obcą.
Wróciwszy do swojego małego domku w Worle na przedmieściach Weston, usiadła przed telewizorem i zjadła kolację. Przeżuwając brązowe nijakie mięso, zerkała na plamę pokrywającą połowę ściany salonu. Osiem miesięcy temu każdy centymetr kwadratowy tej kremowej ściany pokrywały fotografie. Nie były miłe dla oka – przedstawiały głównie ofiary brutalnego mordercy, któremu prasa nadała przydomek Zabójcy Emerytów – ale przynajmniej dawały Louise cel w życiu, nawet jeśli ponury.
Od tej pory jednak praca w charakterze inspektora kierującego małym wydziałem kryminalnym policji w Weston była równie nudna jak samo miasto. Jej najnowszym sukcesem było zgarnięcie grupki dilerów marihuany działającej na osiedlu Bournville – gdy jeszcze pracowała w MIT, na coś takiego nawet nie rzuciłaby okiem.
Wstawiła talerz do zmywarki, którą włączała najwyżej raz w tygodniu, i poszła do łóżka. Przed snem z nawyku sprawdziła telefon, podświadomie spodziewając się niemiłego esemesa od dawnego kolegi z pracy w Bristolu. Spróbowała zasnąć, ale myślami wciąż wracała do brata i bratanicy.
Paul nie zaczął pić na nowo zaraz po śmierci Dianne. Przez jakiś czas zachowywał się jak zwykle. Wtedy go podziwiała, również za to, że był opoką dla Emily, która nie do końca rozumiała, co się dzieje. Aż tu pewnej niedzieli nie zjawił się na rodzinnym lunchu. Louise pojechała do jego mieszkania i zastała go śpiącego na kanapie, z pustą butelką po wódce pod ręką, a Emily siedziała w fotelu i oglądała telewizję. Już wówczas powinni się tym zająć, załatwić mu fachową pomoc, a tymczasem pozwolili, by problem narastał. Teraz zaś obawiała się, że już nigdy nie zdołają go uratować.
O piątej trzydzieści coś ją wyrwało ze snu. Próba zaśnięcia z powrotem nie miałaby sensu. Louise nastawiła kawę, wzięła prysznic i ubrała się, choć poruszała się jak w letargu. Gdy wreszcie zdołała upić pierwszy łyk kofeiny, pisnął jej telefon.
– Uważaj, bo czasem życzenia się spełniają – mruknęła pod nosem, czytając wiadomość.
*
Dwadzieścia minut później zaparkowała przy przystani Uphill, choć w tym przypadku słowo „przystań” to gruba przesada. Teoretycznie ten teren miał połączenie z morzem, ale wyłącznie w porze największego przypływu, i to jedynie poprzez wijące się dopływy rzeki Axe. Przez większość czasu było to tylko wysypisko starych łodzi. Porzucone wraki walczyły o miejsce w błocie wyniesionym nad poziom morza. Louise wątpiła, by kadłub któregoś z nich kiedykolwiek jeszcze zanurzył się w wodzie.
Podeszła z grupą policjantów do odgrodzonego taśmą terenu u stóp pionowego urwiska, gdzie technicy kryminalistyczni rozstawili biały namiot. Nad nimi błyszczała w słońcu ruina kościoła Świętego Mikołaja, przypominająca piękny obrazek z pocztówki.
Z samego rana Giles Lawson, właściciel tutejszej kawiarni, który wybrał się na krótki spacer przed otwarciem lokalu, znalazł ciało młodej kobiety. W pierwszej chwili wziął je za worek ze śmieciami, który ktoś zrzucił z urwiska. Dopiero z bliska przekonał się, że są to poskręcane zwłoki.
Wyjaśnił to Louise przed namiotem techników, którzy badali ciało wraz ze Stephenem Dempseyem, lekarzem sądowym. Właściciel kawiarni rozpłakał się, wspominając moment odkrycia zwłok.
– Jeszcze nigdy nie widziałem trupa – wyznał.
Louise mu współczuła, pamiętała, jak w ramach pracy znalazła pierwsze zwłoki. Zwymiotowała wtedy i opowiedziałaby o tym temu mężczyźnie, gdyby uznała, że mu to pomoże. Przekazała go jednak któremuś z mundurowych, włożyła biały kombinezon techników i ruszyła do namiotu.
Panująca tam ciasnota przyprawiała o klaustrofobię, ale podeszła do ciała. Kobieta upadła na brzuch. Zrobiono jej zdjęcia, sfilmowano ją i odwrócono na plecy, tak że widać było resztki twarzy. Louise czuła pod maską swój gorący oddech i walczyła z narastającymi mdłościami. Techniczka pracowicie fotografowała krwawą miazgę, jaka została z twarzy denatki; flesz aparatu rozświetlał wnętrze namiotu, jakby wstrzymywał czas.
– Pani inspektor, znaleźliśmy coś takiego – oznajmił jeden z techników, podając Louise zabezpieczoną w woreczku z folii damską torebkę. – Mamy jej nazwisko z karty ubezpieczenia społecznego, ale brak dokumentu ze zdjęciem. – Zerknął na zmasakrowaną twarz denatki, jakby chciał powiedzieć, że zdjęcie i tak nic by im nie dało.
– Jak się nazywała? – spytała Louise.
Technik nie odrywał oczu od kobiety, jakby próbował wyłowić jakiś sens z tego bezkształtnego ciała.
– Claire Smedley, pani inspektor – odparł.
– Dziękuję – powiedziała.
W tym momencie, choć marudziła, że w jej obecnej pracy wieje nudą, niczego tak nie pragnęła, jak uciec z tego namiotu, byle dalej od biedaczki leżącej u jej stóp. Odór i mdląca atmosfera przywołały tyle złych wspomnień, że z chęcią by się odwróciła i wzięła nogi za pas. A jednak uklękła obok medyka sądowego.
Dempsey nosił maskę, ale po zmianie zmarszczek mimicznych wokół oczu poznała, że się uśmiechał. Kilka tygodni po przyjeździe do Weston spędziła z nim noc. Popełniała gorsze błędy, najbardziej jednak żałowała tego, że odbiło się to na ich relacjach zawodowych, choć Dempsey udawał, że nic się nie stało.
– Chyba mamy następną, której zachciało się fruwać – odezwał się na powitanie.
Louise nie była pewna, czy wyraził w ten sposób ulgę czy irytację. Sześć tygodni wcześniej dwudziestoośmioletnia Victoria Warrington spadła z klifu w Brean Down. Dzieliła z kimś obskurny lokal w wysokim bloku mieszkalnym w Oldmixon. Czekali jeszcze na orzeczenie koronera, lecz wszystko wskazywało na to, że stwierdzi śmierć samobójczą. Ale choć w tym nadmorskim kurorcie samobójstwa nie należały do rzadkości, to niepokój wzbudzała zastosowana metoda oraz podobieństwo obu kobiet.
– Nie ma śladów walki? – spytała Louise.
– Na razie niczego takiego nie widzę. Spadając, wysunęła prawą rękę przed twarz. Poza tym nie dostrzegam żadnych oznak, że się broniła, ale rzecz jasna więcej powiem ci później.
– Jak najszybciej chcę dostać wyniki toksykologii – powiedziała.
– W porządku – mruknął Dempsey i zawahał się, jakby chciał coś dodać, ale bez słowa zajął się zwłokami.
Kiedy wyszła z namiotu, podszedł do niej sierżant Thomas Ireland.
– Co cię zatrzymało? – spytała; poranny upał nie dawał wytchnienia od panującego w namiocie gorąca.
Thomas uśmiechnął się szeroko; Louise uciekła wzrokiem, zła na siebie, że jego widok wywołuje w niej takie emocje. W pracy był jedyną osobą, którą mogła uważać za kogoś w rodzaju przyjaciela; w chwilach słabości przyznawała się nawet do fantazjowania o tym, że ich relacje wykraczają poza stosunki służbowe. W przeszłości byłaby to czysta mrzonka, lecz po burzliwym ostatnim roku Thomas i jego żona postanowili wystąpić o rozwód. Ich separacja nic by nie zmieniła między nim a Louise, choć widziała, że czasami zerkał na nią ukradkiem… Ale może to tylko wyobraźnia płatała jej figle.
I tak nic by z tego nie wyszło. Po pierwsze, Thomas był jej podwładnym, a po drugie, nie zamierzała się wdawać w romans z niedoszłym rozwodnikiem. Co więcej, na posterunku w Weston – a właściwie w całym mieście – nie sposób było dochować tajemnicy. Louise i tak już miała wystarczająco dużo kłopotów z dopasowaniem się do otoczenia – tylko tego brakowało, by się rozeszło, że sypia z pracownikami.
– Mamy nazwisko – powiedziała, ukrywając skrępowanie, a Thomas gapił się na nią zaskoczony.
– Wrzucić je na bęben?
Wolałaby osobiście sprawdzić tę młodą kobietę, podała jednak Thomasowi foliową torebkę z dokumentem Claire.
– Daj znać, jeśli znajdziesz kogoś z rodziny. Chciałabym przy tym być.
Thomas odwrócił się i odszedł, a Louise z trudem wzięła się w garść. Odczekała pięć minut i pieszo wyszła z parkingu. Choć nie było jeszcze dziewiątej, słońce już paliło na bezchmurnym niebie. W takie dni jak ten kochała Weston, niestety zdarzały się nadzwyczaj rzadko. Światło zmieniało miasto. Powinno podkreślać jego usterki, a tymczasem je ukrywało, promienie słońca fałszowały rzeczywistość, tworząc obraz idealny. Nawet powietrze smakowało inaczej, a zapach odległego morza nie odrzucał, lecz nęcił.
Louise skręciła za róg i ruszyła po stromym wzgórzu do ruin kościoła; zaskoczył ją widok stadka krów pasących się na polu obok wejścia. Na szczyt dotarła zasapana, nogi miała jak z ołowiu. Kiedy aż tak straciłam formę? – pomyślała, obiecując sobie, że w wolnej chwili znowu zacznie biegać.
Z miejsca, gdzie stała, widziała skręcający w prawo bulwar nadmorski w Weston-super-Mare i oba mola – Wielkie oraz opuszczone stare molo Birnbeck – sterczące nad pokładami błota, które za kilka godzin zostanie zalane przez morze. Jeszcze dalej z mętnej wody wystawała skalista bryła Steep Holm. Patrząc na tę małą wysepkę, nie potrafiła nie wspomnieć wydarzeń z końca ubiegłego roku, kiedy ścigała Zabójcę Emerytów. Mimochodem dotknęła małej blizny na ramieniu, która na zawsze związała ją z tym miejscem.
Technicy kryminalistyki nie rozstawili tam namiotu, tylko odgrodzili teren taśmą policyjną, obok krawędzi urwiska i muru przykościelnego cmentarza z widokiem na Brean Down i błotniste ujście rzeki Axe. Nadal przeczesywano teren, ale jakaś kobieta z ekipy techników wyszła poza taśmę, by z nią porozmawiać. Kiedy zdjęła maskę, Louise zobaczyła, że to Janice Sutton, z którą wielokrotnie pracowała w Bristolu.
– Ale upał – mruknęła Janice. – Jak ci się układa, Louise? Nie widziałam cię od czasu tej paskudnej sprawy z zeszłego roku.
– Miło cię widzieć, Janice. Myślałam, że przestałaś pracować na tym terenie.
– Znasz mnie, jadę tam, gdzie jestem potrzebna. Obawiam się, że na razie nie mam dla ciebie zbyt wiele. Ziemia jest wyschnięta, ale usiłujemy znaleźć odciski stóp. – Janice spojrzała na kępkę trawy rosnącej pośród piasku i zaschniętego błota. – Jak widzisz, rozpalono tu małe ognisko – dodała, wskazując na stertę poczerniałych patyków. – Podejrzewam, że wczoraj wieczorem. Zgodnie z procedurą przeczesujemy cały teren.
– Jakieś ślady walki?
Janice wzruszyła ramionami, jakby nie brała pod uwagę innej możliwości niż ta, że to było samobójstwo.
– W tej chwili nie da się tego stwierdzić. Ale dotąd nie znaleźliśmy śladów krwi.
Wskazała mężczyznę w pełnym kombinezonie ochronnym, który stał na skraju urwiska.
– Oceniamy, że spadła w tym miejscu. Ale lepiej tam nie podchodź – dodała, patrząc na buty Louise.
– Czy to mógł być wypadek?
– Tak sądzę. Jak widzisz, poczynając od muru, teren ostro opada. Na pewno więcej powie ci Dempsey. Podejrzewam, że jeśli na przykład była wkurzona, to w ciemności mogła spaść przypadkiem.
Louise potarła tył głowy. Sama nie wiedziała, co jest gorsze – skoczyć z własnej woli czy spaść niechcący.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
POLECAMY RÓWNIEŻ
Matt Brolly
PRZEPRAWA
W najcichszych miasteczkach mieszkają najgorsze tajemnice
W nadmorskim niewielkim Weston-super-Mare, gdzie życie toczy się leniwie, burzliwe wiatry niosą zapowiedź koszmaru. Seria brutalnych morderstw wstrząsa lokalną społecznością, a inspektor Louise Blackwell staje przed najtrudniejszym śledztwem w swojej karierze.
Na jaw wychodzą coraz bardziej niepokojące powiązania między ofiarami. W miarę jak ich liczba rośnie, Louise odkrywa makabryczne szczegóły, które zdają się wskazywać nie tyle na przypadkowe zabójstwa, co na zbrodnie rytualne.
Tajemnice małego miasteczka są dobrze chronione. Zbyt dobrze, bo czas na rozwiązanie zagadki szybko się kurczy. Dramatycznie szybko. O jaką zemstę tu chodzi? Czego dopuściły się w przeszłości ofiary, by teraz płacić za to cenę własnego życia?
Czy Louise znajdzie ślad będący kluczem do znalezienia zabójcy, zanim sama stanie się ofiarą?
www.harpercollins.com
Tytuł oryginału: The Descent
Pierwsze wydanie: Thomas & Mercer, Seattle 2020
Opracowanie graficzne okładki: Robert Dąbrowski
Projekt okładki oryginalnej: © Tom Sanderson
Redaktor prowadząca: Alicja Oczko
Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka
Korekta: Sylwia Kozak-Śmiech
Copyright © 2020 by Matthew Brolly. All rights reserved.
Copyright © for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2026
Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.
Bez ograniczania wyłącznych praw autora i wydawcy, jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI) jest wyraźnie zabronione. HarperCollins korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.
Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.
HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC.
Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.
HarperCollins Polska sp. z o.o.
ul. Domaniewska 34a
02-672 Warszawa
www.harpercollins.pl
ISBN: 978-83-291-0032-8
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
