Uncharmed - Lucy Jane Wood - ebook

Uncharmed ebook

Lucy Jane Wood

0,0
34,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Andromeda Wildwood jest doskonała praktycznie pod każdym wiedźmim względem…

Życie Annie spowija różowa mgiełka magii i niebotycznie wysokich standardów. Jest dumną właścicielką tętniącej życiem londyńskiej cukierni Niebiańska i wykorzystuje swoje moce, by uszczęśliwiać innych. I choć jej perfekcjonizm ma swoją magiczną cenę, Annie chętnie ją płaci.

Jednak gdy spada na nią opieka nad sprawiającą kłopoty nastoletnią czarownicą Maeve, jej uporządkowana codzienność pogrąża się w chaosie. Annie i uparta, żywiołowa Maeve są praktycznie swoimi przeciwieństwami. A obie różnią się od Hala – mrukliwego, choć przystojnego właściciela ich tymczasowego lokum, który wcale nie jest zachwycony tym, że jego domek w lesie znajduje się teraz we władaniu dwóch nieprzejednanych czarownic.

Gdy między Annie, Maeve i Halem powoli zawiązuje się nić przyjaźni, tajemnicze siły zaczynają interesować się niezwykłymi mocami Maeve. Annie musi więc zaryzykować wszystko, by ochronić prawdziwą magię, którą wreszcie odnalazła. Czy zdoła tego dokonać?

* * *

„Idealne cosy fantasy” – Beth Reekles, autorka serii „The Kissing Booth”

„Czysta przytulna radość” – Sangu Mandanna, autorka „Tajnego Klubu Nietypowych Czarownic”

„Pięknie napisana powieść iskrząca się magią. Literacki odpowiednik najpyszniejszej cynamonki” – Beth O’Leary, autorka „Współlokatorów”

„Pyszna literacka uczta! Nowo odnaleziona rodzina, wypieki i postaci, którym kibicuje się z całego serca” – Sarah Beth Durst, autorka „Magii spod lady”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 453

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Lucy Jane Wood 2025

First published 2024 by Macmillan, an imprint of Pan Macmillan

The Smithson, 6 Briset Street, London EC1M 5NR

Associated companies throughout the world

panmacmillan.com

Przekład

Anna Kłosiewicz

Redakcja i korekta

Marek Stankiewicz, Joanna Rozmus

Skład i przygotowanie do druku

Martyna Potoczny

Opracowanie e-wydania

Karolina Kaiser,

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-68352-83-2

StoryLight, imprint Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

[email protected], insignis.pl

Instagram, TikTok: @wydawnictwostorylight, @insignis_media

X: @insignis_media

Facebook: @Wydawnictwo.Insignis

Córkom, które nigdy nie wahają się pomóc. Zasługujecie na tę samą wyjątkową magię, którą ofiarowujecie innym.

Od autorki

Wydarzenia w powieści Uncharmed rozgrywają się przed przygodami Belle w Rewitched, lecz obie historie są niezależnymi opowieściami osadzonymi w świecie Selcouth.

Rozdział 1Słodycze i magia

Obietnica i moc drobnego smakołyku to chyba najbardziej magiczna idea, jaka może się zrodzić z ludzkiego umysłu, a ukryta w niej siła, pozostająca tuż poza zasięgiem ręki, stanowi dar, który niekiedy doprowadza do wspaniałych rzeczy. To pełna najlepszych intencji sztuczka, a jednocześnie milcząca modlitwa. Zamknięty w zziębniętych dłoniach kubek ciepłej, aksamitnej kawy, która ­potrafi ­osłodzić pobudkę przed świtem. Wielobarwne kwiaty z marketu dopełniające listę zakupów, celofan ocierający się z szelestem o siatkę pomarańczy i lekko zgnieciony bochenek chleba. Albo obietnica złożona samemu sobie, że znajdzie się wśród chaosu te bezcenne pół godziny, by nieco odetchnąć, poczytać książkę i odciąć się od świata ze stopami podwiniętymi pod siebie i kocem, który niczym tarcza ochrania przed szaleństwem codzienności. Oto jak wiele potrafi zdziałać coś pysznego.

Równie nieodpartą magię kryje w sobie nawet drobne zaklęcie. Mimo to większość ludzi, słysząc „cukierek albo psikus”, zdecyduje się jednak na słodycze, a tych akurat nigdy nie brakuje w Niebiańskiej Cukierni. Każdy, kto znał to miejsce, odwiedzał je w ramach nagrody – wystarczyło rozprawić się z nawałem pracy, jakoś przetrwać kolejny trudny dzień, by podążyć za upojnym zapachem prażonego cukru z cynamonem, który unosił się na całej ulicy, i dotrzeć do wejścia osłoniętego pasiastą markizą. W lokalu usytuowanym na rogu londyńskiej Maple Row, zwanym przez stałych bywalców Niebem, panowała niesamowita atmosfera. Za nieodparty urok tego miejsca odpowiadały kryjące się w jego wnętrzu pyszności, ale mogło to mieć coś wspólnego także z samą właścicielką.

Kiedy Annie Wildwood objęła to miejsce we władanie i przemieniła je w królestwo różu, niejeden miał wrażenie, że cukiernia wyrosła przy ulicy w ciągu jednej nocy – pewnego ranka po prostu się tam pojawiła w obłoczku różowawego światła i cukru pudru. Ledwie kilka dni ­wystarczyło i po okolicy rozniosła się wieść, że Niebiańska oraz jej urocza właścicielka są naprawdę wyjątkowe. Wręcz magiczne. Drobny fakt, że Annie rzeczywiście była czarownicą, był tu niemal bez znaczenia. Tutejsze wypieki tworzono przede wszystkim z miłością, choć w trakcie trzydziestu dwóch lat życia Annie zdążyła odkryć, że połączenie cukru i magii jest szczególnie pyszne i kuszące.

– Obawiam się, że Joe właśnie zgarnął ostatnie ptysie – rzuciła, wskazując na starszego dżentelmena, który puścił do nich oko i pomachał na pożegnanie, nim wyszedł z lokalu, zachwycony, że tak mu się poszczęściło. – Ale udało mi się zachomikować jedną eklerkę z karmelem specjalnie dla ciebie, Olive.

– To w zupełności wystarczy, skarbie – odparła kobieta, mrużąc zmęczone oczy. Kosmyki jasnych włosów wysunęły się z jej nieporządnego koka, gdy odwróciła się w stronę kolejki nieszczęśników za swoimi plecami i uśmiechnęła zadowolona, że tym razem to ona była szybsza. Nie żeby pozostali mieli powody do narzekań, bo każdy z gości Niebiańskiej jakimś cudem zawsze mógł kupić ostatnie sztuki ulubionych przysmaków.

Kiedy Olive sięgnęła po drobne do portfela, Annie wykorzystała okazję i zatrzepotała palcami w kierunku ostatniej eklerki, na której biała czekolada połyskiwała niczym marmur. Drobiny różowawego Proprius Minutia zalśniły w powietrzu, a na gładkiej polewie zaczęły się pojawiać jedna za drugą pełne zawijasów litery, układając się w imię „Olive”. Annie już dawno się zorientowała, że klienci zwykle są zbyt zaprzątnięci słodką nagrodą, by zauważyć, że dzieje się coś równie nieistotnego jak magia. Ukrycie czarów w niemagicznym świecie wcale nie było tak trudne, jak by się mogło wydawać.

Właściwie to Annie nie miała ostatnio czasu na przygotowywanie spersonalizowanych słodyczy. Odkąd jej lokal zyskał renomę w mieście, uwijała się jak w ukropie i z trudem udawało się jej wykroić kilka chwil na wykonywanie napisów, z których była tak dumna. A to właśnie podobne drobiazgi miały znaczenie. Zresztą Annie nigdy nie chodziła na łatwiznę. Zależało jej na tym, by dla każdego klienta wizyta w Niebiańskiej była czymś wyjątkowym.

– Jak ci minął dzień? – zawołała przez ramię, podnosząc szklaną kopułę i wyjmując szczypcami eklerkę. Z nacięcia w cieście wypływała puszysta chmurka imbirowego nadzienia. Promienie zachodzącego słońca wpadały przez wykuszowe okna lokalu, nadając wnętrzu brzoskwiniowy odcień. Wrzesień przywitał nadejście jesieni pierwszymi pomarańczowymi liśćmi na chodniku przed wejściem. Każde otwarcie drzwi podrywało je w powietrze, a ich szelest stanowił przyjemne tło dla panującego w zatłoczonej cukierni gwaru.

– Cichy chaos. – Olive wzruszyła ramionami. – W tych czasach wszystko to cichy chaos.

Po tym szczerym wyznaniu uśmiech kobiety przygasł, a jej roziskrzone oczy posmutniały.

Annie się zawahała. Czuła w kościach, że jest potrzebna – od zawsze odnosiła takie wrażenie. Było tak intensywne, jakby pnącza bluszczu oplatały jej żebra. Dodała jeszcze odrobinę cynamonowej kruszonki, a następnie zapakowała ciastko do pudełka i obwiązała całość wstążką. Olive ostrożnie chwyciła za pętelkę, jakby w środku krył się bezcenny lek. Kolejka cierpliwie czekających klientów wciąż ciągnęła się aż do drzwi, chociaż zbliżała się pora zamknięcia. Ale Annie mogła przecież znaleźć wolną chwilkę, gdy tylko obsłuży wszystkich.

– Napijesz się herbaty, Ol? Zaraz zamykam – rzuciła półgłosem, nachyliwszy się nad ladą. – Pomożesz mi się rozprawić z resztkami bananowego ciasta.

Olive się rozpromieniała, zaraz jednak nabrała wątpliwości.

– Wiem, jak bardzo jesteś zajęta. Pewnie masz ciekawsze plany na wieczór niż pogaduchy ze mną.

– A skąd pomysł, że mam ciekawsze plany na wieczór? Nie planuję niczego, czego nie dałoby się przełożyć na później – zapewniła Annie, beztroskim gestem zbywając jej zawahanie, choć w piersi aż kłuło ją z tęsknoty za domem po całym dniu na nogach od bladego świtu.

Kiedy cukiernia wreszcie opustoszała, Annie czym prędzej przekręciła różową tabliczkę na drzwiach z „Otwarte” na „Zamknięte”, zanim ktokolwiek zdążyłby przycisnąć nos do ­szyby z błagalnym spojrzeniem. Już kilka godzin wcześniej (pomimo protestów) odesłała do domów swoje dwie pracownice, Faye i Pari, nie chcąc, by spędzały wieczory w cukierni. Doskonale wiedziała, jak cenny jest ten czas, i nie chciałaby im go odbierać, zwłaszcza że z resztą obowiązków była w stanie poradzić sobie w pojedynkę.

Wreszcie uzbrojona w dwa widelce i talerz z ogromnym kawałkiem korzennego ciasta, pachnącego zupełnie jak niedzielne popołudnie w październiku, dołączyła do Olive przy stoliku obok wykuszowego okna, za którym na niebie rozbłysły już pierwsze gwiazdy.

– No dobrze, opowiadaj.

Ciasto bananowe z polewą nie było przypadkowym wyborem. Uspokajający napar (lekkie jak puch kwiaty rumianku i oddech motyla, zamieszać zgodnie z ruchem wskazówek zegara…) dodany do posypki ze słonego karmelu zapewni odrobinę pociechy przez kilka kolejnych wieczorów. Annie wysłuchała opowieści Olive o zmianach, jakie zaszły w jej życiu, które stało się bardziej skomplikowane i jednocześnie puste po śmierci męża, jej ukochanego z czasów dzieciństwa. Rozlewając do kubków herbatę, Annie starała się dodać kobiecie otuchy, zapewniała, że sama mogła jedynie marzyć o znalezieniu równie wspaniałej miłości. Kiedy Olive wreszcie umilkła, po tej rzadkiej godzinie tylko dla siebie, z dala od dzieci, wyglądała, jakby zrzuciła z ramion wielki ciężar. Światło mlecznych kinkietów odbijało się w biało-czarnych płytkach podłogi, na obrusie z falbankami poniewierało się kilka zabłąkanych okruchów ciasta.

Dla Annie takie spotkania wcale nie były rzadkością, właściwie to chyba wręcz nieświadomie sama je przyciągała. Najważniejsze jednak, że nigdy nikomu nie odmówiła wsparcia. W Niebiańskiej można było liczyć nie tylko na obsługę i uśmiech, ale też prawdziwą przyjaźń. Annie bardzo dbała, by zapamiętywać najdrobniejsze szczegóły z życia swoich klientów – od umówionych spotkań po ciągnące się bez końca remonty czy wyczekiwane wyniki egzaminów dzieci. Zawsze wiedziała, co powiedzieć, żeby choć trochę poprawić komuś nastrój. Żaden drobiazg nie był na tyle błahy, by go pominąć, a przysługa zbyt wielka, by odmówić jej wyświadczenia. Annie miała miękkie serce i znajdowała w nim miejsce dla każdego.

Dzień zaczynał się w Niebiańskiej bladym świtem, a kończył późnym wieczorem. Rezultaty ciężkiej pracy Annie – a przecież nie miała innego wyboru, jak tylko sprawiać, żeby wszystko działało należycie, odkąd otworzyła podwoje swojej cukierni – spoczywały w szklanych gablotach, gdzie wszyscy mogli je podziwiać. Każdego ranka trafiały tam najróżniejsze makaroniki w rozmaitych pastelowych kolorach, wyczarowane w kuchni jeszcze przed wschodem słońca. Obok leżały zwinięte ciasno niczym muszle ślimaków bułeczki z cynamonem i połyskujące jak wielobarwne witraże tarty z owocami. Czekoladowe pyszności o konsystencji tak kremowej, że przywodziły na myśl jedwabną przędzę. Kruche rogaliki w kształcie muszelek i mięciutkie bułeczki z nadzieniem o smaku złotej godziny. Annie miała wyjątkową smykałkę do słodyczy i magii, a jej talent do wypieków był doprawdy niezrównany. Doskonale wiedziała, jak ważne miejsce w życiu człowieka zajmują słodkości – mogą podnieść na duchu najbardziej przygnębionych, rozjaśnić najmroczniejsze dni i wlać odrobinę nadziei w zdjęte rozpaczą serca.

– To któremu dżentelmenowi się dzisiaj poszczęści, co? – zapytała Olive ze znaczącą miną, otuliwszy się szczelniej połami płaszcza w szkocką kratę, po czym wcisnęła jakąś zbłąkaną dziecięcą zabawkę z powrotem do wypchanej jak zwykle torby.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odparła Annie z niewinną miną, zbierając puste talerze ze stołu, i rozsupłała troczki przybrudzonego mąką różowego fartucha z falbankami. Większość przedmiotów w jej życiu miała odcień mniej lub bardziej intensywnego różu i rzadko pozwalała sobie w tej kwestii na odstępstwa.

– Przecież ty działasz jak w zegarku. W każdy czwartek, zgadza się? Zawsze chodzisz wtedy na randki. – Olive pokiwała na nią znacząco palcem. – Piątki spędzasz z dziewczynami. Poniedziałki to wieczorki dla wielbicieli ciast, żeby jakoś osłodzić początek tygodnia. Wtorki poświęcasz na naukę, środowe wieczory trzymasz w zanadrzu na spontaniczne plany, chociaż nie mam pojęcia, co spontanicznego może być w planowaniu spontanicznych imprez, no ale… – Ze śmiechem pokręciła głową. – Jesteś naprawdę niesamowita, Annie. Nie mam pojęcia, jak w tym wszystkim znajdujesz jeszcze czas na sen.

– Och, przecież mnie znasz. – Annie wzruszyła ramionami, mile połechtana. – Po prostu lubię mieć wszystko zorganizowane.

Olive cmoknęła.

– Niektórzy są po prostu zorganizowani, ale ty stanowisz całkiem odrębną kategorię, moja droga. Co się stało z zasadą płynięcia z prądem?

Annie starała się nie brać tego do siebie, chociaż robiło jej się przykro, kiedy ludzie wytykali jej, że najpierw musi się nad wszystkim zastanowić.

– Nie sądzisz, że każda sprawa powinna być zapięta na ostatni guzik? I najlepiej przewiązana wstążeczką? – Wsparła dłonie na biodrach i ruchem głowy wskazała znacząco pudełko z ciastkami, które Olive trzymała w dłoniach. Kokardka w odcieniu ciemnego różu zalśniła w idealnym momencie, brakowało tylko wysokiego brzęknięcia. Annie pomyślała, że w wolnej chwili musi koniecznie sprawdzić, czy nie mogłaby dodać takiego dźwięku do własnych magicznych umiejętności. Byłby to uroczy drobiazg.

Olive cmoknęła z niezadowoleniem.

– Tylko nie przesadź tym razem, dobrze? Na twój widok i tak miękną im kolana. Widziałam to na własne oczy częściej, niż jestem w stanie zliczyć. Właściwie nawet mi szkoda tych biedaków.

Annie ostentacyjnie przewróciła oczami.

– Ja tylko odpłacam pięknym za nadobne.

– To chyba przez ten szampon, którego używasz. Następnym razem musisz mi zdradzić, jaki to – mruknęła Olive i odwróciła się do wyjścia.

Zaklęcie Splendor Coma Annie opanowała praktycznie z miejsca, gdy tylko obudziły się jej magiczne moce, przed lustrem toaletki w dniu swoich piętnastych urodzin, jeszcze zanim matka zaczęła ją wdrażać w poważniejsze sprawy. Wystarczyło odpowiednie natężenie, starannie odmierzona doza blasku, a każdemu jej ruchowi towarzyszył cudowny zapach słodkiego kokosa i świeżej wanilii, który chyba nigdy się jej nie znudzi. Nawet pod naporem londyńskiej mżawki włosy Annie zawsze pozostawały puszyste.

Przytrzymała drzwi przed Olive, która wyszła na ulicę, przyciskając do piersi pudełko z ciastkami. Zapadł wieczór, a kropelki deszczu w zetknięciu z zimnym powietrzem tworzyły tuż nad brukiem wilgotną mgłę.

– Gdybyś potrzebowała pogadać, Ol, to wiesz, gdzie mnie szukać.

Olive przystanęła na moment, by objąć dłoń przyjaciółki.

– Jesteś kochana, Annie. Co byśmy wszyscy bez ciebie zrobili? – Z przejęciem uścisnęła jej rękę. – Widzimy się za tydzień, skarbie.

Annie zatrzasnęła wreszcie mosiężną zasuwę i z ciężkim westchnieniem oparła czoło o drzwi. Rozmowa z Olive nie była łatwa. Smutek, ból straty, żałoba wciąż łaskotały ją w czubki palców, jakby usiłowały wystawić na próbę jej magiczne moce. Pozwoliła sobie jednak zaledwie na moment oddechu, by się z tym rozprawić.

Zerknęła na tarczę wysokiego zegara w kącie sali i starła z dłoni zbłąkaną smugę czekolady rąbkiem fartuszka, którym wciąż była przepasana. Powinna się pospieszyć, musiała jeszcze zamknąć lokal i nieco się odświeżyć przed wyjściem do restauracji… Jej usta drgnęły w mimowolnym grymasie, gdy w myślach przejrzała listę czekających ją tego wieczora zadań, zaraz jednak znów się uśmiechnęła. Na szczęście specjalizowała się w inkantacjach, a te były niezwykle przydatne w przypadku transformacji.

Pospieszyła czym prędzej na zaplecze, po drodze zaciągając zasłony rozwieszone na mosiężnych karniszach w oknach kawiarni. Z falującej tkaniny posypały się iskry różowej magii. Potem wystarczył tylko jeden gest, a ostatnie pozostawione przez zadowolonych klientów filiżanki ze spodeczkami i talerzyki poszybowały w powietrzu prosto do zlewu napełnionego ciepłą wodą z płynem, otrząsnęły się niczym mokre psiaki i posłusznie zajęły miejsca na drewnianych półkach. Mop zanurzył się w wiadrze z mydlinami, a potem zaczął krążyć po sali z gracją baletnicy, zostawiając po sobie pieniste bąbelki. Krzesła wsuwały się pod stoliki, podczas gdy obrusy same wygładzały wszelkie zmarszczki. Właśnie dlatego ­Annie wolała zamykać lokal sama, bez Faye i Pari – w pojedynkę zawsze mogła się posłużyć magią, co znacznie ułatwiało jej pracę.

Niewielkie pomieszczenie na tyłach kawiarni pełniło funkcję magazynu i jednocześnie przebieralni oraz pokoju socjalnego dla całego trzyosobowego zespołu. Poniewierały się w nim stosy muzycznych czasopism Faye i składanki zgrywanych przez nią z radia piosenek, a Pari jeszcze pogłębiała ten chaos, założywszy tu imponujący, rozległy cmentarz swoich projektów kreatywnych, do których zapalała się błyskawicznie, by trzy tygodnie później całkiem tracić zainteresowanie. Wrzesień upłynął Pari pod znakiem tworzenia maleńkich figurek zwierząt z gliny, które teraz tłoczyły się na każdej możliwej powierzchni niczym wielobarwne landrynki w pastelowych odcieniach. Ten eklektyczny bałagan sprawiał jednak całkiem przytulne wrażenie i stanowił doskonałe odzwierciedlenie odmiennych charakterów ich trójki. Mimo wszystko Annie nie zdołała się powstrzymać, by nie rozsiać odrobiny magii: ustawiła prosto fotele, ułożyła składanki alfabetycznie, a zajączki z gliny według kolorów.

Annie miała tu także swój prywatny kącik, oddzielony od reszty pięknym zabytkowym parawanem. Gdy tylko się w nim znalazła, postukała palcem w brodę i z namysłem obrzuciła wzrokiem rząd sukienek na stojaku. Ubrania lekko zatrzepotały pod dotykiem jej magii, wszystkie świeże i wyprasowane, jakby specjalnie na ten moment. Faye i Pari zawsze trochę sobie żartowały z jej prowizorycznej garderoby, a Pari zauważyła niedawno, że „tylko Annie Wildwood może trzymać różowe jedwabie i wiekowe organzy tuż obok pojemników z kremem z gorzkiej czekolady”.

Dziś wybór padł na różową sukienkę. Cóż, sukienkę w nieco bledszym odcieniu różu. Na obitych aksamitem wieszakach wisiały aż cztery kreacje w tym kolorze, ułożone od naj­jaśniejszej do najciemniejszej, a pod każdą z nich stała para dopasowanych szpilek. Wszystkie zostały odrobinę zmodyfikowane za pomocą zaklęcia Calceus Commodus, by dało się w nich wygodnie chodzić – im wyższy obcas, tym większa dawka magii miała chronić palce przed odciskami. Annie była z siebie wyjątkowo dumna, bo niełatwo opanować sztukę stopniowania czarów tak, by nie rozproszyły się one zbyt szybko. A przecież to bardzo ważne. Która kobieta chce, by obolałe stopy zrujnowały jej wyjście?

Szybkim ruchem nadgarstka przywołała magię, która starła z materiału wszelkie ślady bitej śmietany, lukru i innych smakowitych polew, jakimś cudem pozostawiając jej strój jeszcze bardziej nieskazitelnym niż na początku dnia. Sukienka z marszczeniem wokół rąbka sfrunęła z wieszaka na krawiecki manekin, gdzie Annie mogła dobrać do niej odpowiednie dodatki. Zadowolona ze swoich wyborów znów skinęła lekko dłonią, a robocze różowe ogrodniczki zostały zastąpione przez przygotowaną na manekinie sukienkę. Fartuszek sam błyskawicznie zawisł troczkami na drzwiach, drewniana łyżka, którą Annie trzymała dotąd wetkniętą do tylnej kieszeni, pofrunęła do kuchni niczym papierowy samolocik.

Annie popatrzyła na własne odbicie w zwierciadle o złoconej ramie, które niegdyś należało do jej matki. Pamięć natychmiast podsunęła jej wizję Cressidy Wildwood, a wspomnienia z dzieciństwa zafalowały na powierzchni szkła. Gdy Annie zaglądała ukradkiem do pokoju, jej matka przystawała często przed lustrem, by utrwalić fryzurę kolejną porcją lakieru do włosów albo przyjrzeć się jakiejś kosztownej błyskotce. Niezauważona przez nikogo dziewczynka przypatrywała się temu z szeroko rozwartymi oczami, chociaż miała już przecież grzecznie spać, kiedy rodzice szykowali się do wyjścia. Zastanawiała się, dokąd chadzają co wieczór, tak eleganccy i tajemniczy, gdy matka ogłaszała wreszcie koniec przygotowań, a ojciec z dumą obejmował ją ramieniem. Teraz Annie znała już ich sekret, a lustro przypominało jej o tym, jak daleko zaszła i co zostawiła za sobą.

Mimowolnie przygładziła dłonią idealnie ułożone włosy, rzuciła okiem na pobrzękujące bransoletki i po raz kolejny przećwiczyła uśmiech. Wyglądał autentycznie, a odrobina magii dodawała blasku jej skórze. Andromeda Wildwood zwyczajnie uwielbiała być wiedźmą. Magia nie tylko przydawała się w codziennym życiu, wpleciona w każdy jego aspekt niczym złocista nić, ale też dodawała światu uroku i stanowiła świetną zabawę. A Annie chętnie dzieliła się tym ze wszystkimi wokół.

Zatrzymała się jeszcze na chwilę, by odgonić wspomnienia, zerknąć po raz ostatni w lustro i upewnić się, że wszystko jest jak należy. I było. Jak zwykle. Serce mocniej zabiło jej w piersi, zupełnie jakby chciało przypomnieć o swoim istnieniu. O tym, że wciąż bije.

– Idealnie – szepnęła do siebie.

Rozdział 2Na górze róże

Jak na gust Annie restauracja okazała się zbyt rzęsiście oświetlona, a grzanki z masłem nie dość chrupiące. ­Miejsce, które nie traktowało chleba poważnie, nie było miejscem dla niej. Z rozrzewnieniem pomyślała o rozmarynowym ­chlebie własnej produkcji, z kryształkami specjalnej soli połyskującymi na przyrumienionej skórce. Samodzielnie przygotowywała sól, odłupując drobiny z naładowanego ­cytrynu, kamienia słonecznego i przejrzystego kwarcu, co miało zapewniać pomyślność. Kromka pysznego chleba to zawsze dobry pomysł, a jeszcze lepszy, kiedy przynosi on szczęście.

Jej własne szczęście tego wieczora najwyraźniej wyczerpało się jednak w błyskawicznym tempie. Siedziała właśnie naprzeciwko Cedrica Reubena i jego obficie spryskanych lakierem jasnych włosów. Przez pół spotkania nie mogła oderwać od nich wzroku, bo misterna koafiura lśniła tak mocno, że wyglądała jak zrobiona z plastiku, niczym u lalki. Płomienie świec dosłownie się od nich odbijały, a Annie zachodziła w głowę, czy gdyby zapukać w ich czubek, rozległby się głuchy dźwięk – i musiała włożyć cały wysiłek w to, by tego nie sprawdzić. Cierpliwie słuchała niekończącej się paplaniny swojego towarzysza na temat jego wpływowego ojca i byłych dziewczyn supermodelek. Po każdym z czerstwych żartów Cedric robił nieco zbyt długą pauzę, czekając na jej śmiech, a poza tym ciągle ględził o funduszach hedgingowych i hodowaniu długów, o czym Annie nie miała zielonego pojęcia. Była niepoprawną optymistką, ale dzisiaj nawet jej optymizm został wystawiony na próbę. Mężczyzna nie zadał jej ani jednego pytania, jeśli nie liczyć rzucanego od czasu do czasu dla zachowania pozorów „Jasne, a ty?”. Dlatego przez większość wieczoru się uśmiechała i po prostu kiwała głową.

Przyjaciółki uparły się, żeby ją wyswatać, a o tym konkretnym kandydacie wypowiadały się w samych superlatywach, więc odważyła się na odrobinę nadziei. Od dobrych kilku lat traktowały to jak grę – polowały na (rzekomo) wartościowych kawalerów dla niej, choć Annie nigdy do końca nie pojęła ich definicji tego wyrażenia. Gdyby mogła przesunąć wskazówki zegara do przodu, byle tylko uwolnić się od towarzystwa, w którym się znalazła, zrobiłaby to. Ale z całą pewnością nie zamierzała naginać reguł zakazujących manipulowania czasem – cofania się w przeszłość czy przyspieszania przyszłości. Takie praktyki były surowo zabronione przez kowen, a ona musiała dbać o reputację wśród londyńskiej czarowskiej społeczności. Z całą pewnością nie było warto się jej narażać tylko po to, by zakończyć nieudaną randkę. Prawda?

Aczkolwiek odrobina dłubaniny przy zegarku pojedynczego człowieka, na przykład zwykła usterka baterii… To chyba nic takiego.

– Jesteś taka tajemnicza – wymruczał Cedric, uśmiechając się kącikiem ust.

Nieudane randki wymagają drastycznych środków, więc Annie musiała działać, jeśli chciała zdążyć do domu w porę, by użyć zaklęcia. Jej zaklęcia. Oparła podbródek na prawej dłoni, a potem nawet nie mrugnąwszy okiem (to znaczy nie bardziej niż zwykle), zakołysała kieliszkiem z resztką różowego wina, żeby zakamuflować ruch dłoni w kierunku zegarka Cedrica. Z czubków jej palców posypały się ledwie dostrzegalne iskry i pomknęły nad stolikiem niczym rzucone kości do gry. Na szczęście zwykli śmiertelnicy potrzebowali naprawdę sporej wyobraźni, by dostrzec takie przejawy zastosowania magii, a mężczyźni w stylu Cedrica mieli jej tyle co nic. Wskazówki jego zegarka nagle przyspieszyły na platynowej tarczy, by zatrzymać się trzy godziny później. Annie kontynuowała swój występ i uniosła kieliszek do ust, by przysłonić ziewnięcie. Cedric jak na zawołanie zerknął na zegarek, a jego brwi powędrowały wysoko ku górze.

– Co u licha… – Zamrugał z osłupiałą miną. – To niemożliwe…

– Jak ten czas leci, prawda? Na mnie chyba już pora. – Annie posłała mu promienny uśmiech, prezentując się z jak najlepszej strony. Po tylu latach wszystko odbywało się wręcz automatycznie. Kombinacja magii i pamięci mięśniowej.

– Mógłbym przysiąc, że dopiero co przyszliśmy. Wypiliśmy po dwa kieliszki. Przegapimy ostrygi! – jęknął Cedric zdezorientowany. Wydął lekko dolną wargę w grymasie rozczarowania, a Annie zrobiło się odrobinę niedobrze. – Naprawdę musisz już iść?

Mężczyzna ledwo zdołał ukryć swoją desperację, ­kiedy niezgrabnie poderwał się od stolika. Annie tymczasem zręcznie wysunęła się z loży i niemal zrobiło się jej go żal. Niemal. Potem jednak pomyślała o ostatniej godzinie, którą mogła spędzić na czymś nieskończenie bardziej pożytecznym, produktywnym lub choćby satysfakcjonującym, zamiast bezmyślnie uśmiechać się do tego nieznośnego typa. Z trudem przywołała resztki cierpliwości i poczuła zaklęcie – to najpotężniejsze, najstarsze i najbardziej bliskie – łaskoczące ją tuż pod powierzchnią skóry. Sięgnęła po dobre, łagodne myśli, które splatały się w jej głowie jak papierowy łańcuch.

Chciał dobrze, na pewno. Ludzie zwykle mają dobre intencje.

Nie żeby to cokolwiek zmieniało. I tak nigdy nie powiedziałaby Cedricowi prawdy, ale zawsze to grzeczniej użyć jakiegoś miłego, nawet jeśli dość wyświechtanego komunału.

– Przykro mi – zachichotała, starając się, by zabrzmiało to jednocześnie niezobowiązująco i dość przepraszająco. Sięgnęła po leżącą na stoliku kopertówkę i samotną różę, którą Cedric przyniósł na spotkanie. – Nie jestem nawet w stanie powiedzieć, jak wspaniale się bawiłam. Naprawdę. Koniecznie musimy to kiedyś powtórzyć.

– Może jutro? – Cedric przełknął ślinę, głos załamał się mu jak nastolatkowi.

– Jutro nie. Ale wkrótce – zapewniła łagodnie.

Pożegnalna przemowa, dopracowana w każdym szczególe, spłynęła z ust Annie miękko jak ciepły miód. Doskonale wyważone komplementy łagodziły na tyle zawoalowaną wymówkę, że Cedric mógł nawet nie zwrócić na nią początkowo uwagi. Niezobowiązująca obietnica kolejnego spotkania powinna osłodzić mu samotny powrót do domu, gdzie dotrze do niego, że właśnie dostał kosza. Annie zawsze wiedziała, co powiedzieć, a dzięki odpowiedniemu zaklęciu słowa układały się jedno za drugim w idealnie gładką formułkę.

– Pozwól, że odprowadzę cię do domu. No chyba że… – Cedric urwał i potknął się o nogę krzesła, spiesząc za swoją randką przez restauracyjną salę, pozostawiwszy wszystkie swoje rzeczy przy stoliku. – Weźmiemy taksówkę i wypijemy razem jeszcze drinka. – Posłał Annie spojrzenie, które, jak przypuszczała, miało być uwodzicielskie, i próbował chwycić ją za ramię, jednak głos znowu odmówił mu posłuszeństwa, coraz bardziej napięty przy desperackiej próbie przekonania jej do zmiany zdania.

Annie obdarzyła go kolejnym uprzejmym, pełnym życzliwości uśmiechem.

– Nie dzisiaj. Jutro czeka mnie ciężki dzień w pracy – odparła z westchnieniem, zupełnie jakby odrzucenie tak wspaniałej propozycji przychodziło jej z wielkim trudem. – ­Zadzwonię.

Cedric lekko pobladł, zzieleniał. Annie poklepała go z przesadną serdecznością po satynowej klapie ohydnej aksamitnej marynarki i okręciła się na pięcie, tak że mógł tylko patrzeć za nią bezradnie. Zazwyczaj pozwalała zamówić sobie taksówkę – ostatni dżentelmeński gest, który dawał mężczyźnie złudzenie, że był wszystkim, czego kobieta mogłaby zapragnąć. Ale ten wieczór całkowicie wyczerpał jej cierpliwość, była zmęczona po całym dniu pracy w cukierni i nie miała dość siły na szukanie kolejnych uprzejmych wymówek.

Zresztą i tak była już niemal spóźniona, musiała się pospieszyć, by zdążyć do domu na czas.

Pomachała na pożegnanie Cedricowi, który wciąż stał w miejscu z zagubioną i nieszczęśliwą miną, po czym skorzystała z okazji i wślizgnęła się do toalety, by ostatecznie zniknąć z pola jego widzenia. Wreszcie mogła odetchnąć. Odwróciła się w stronę lustra nad rzędem umywalek, żeby się upewnić, że żaden z loków nie wymknął się jej z upięcia. Wszystko było w porządku. Sprawdziła, czy szminka na pewno się jej nie rozmazała. Bez obaw. Czy nie zgubiła żadnego z kolczyków i czy tusz do rzęs nie spłynął jej na policzek, a lakier nie odprysnął z któregoś paznokcia… Kiedy spuściła wzrok na dłonie, zauważyła, że knykcie zaciśniętych na brzegu umywalki palców aż jej pobielały.

W tym momencie do toalety weszła jakaś dziewczyna i zabrała się za poprawianie fryzury za pomocą plastikowych spinek w kształcie motyli. Annie uśmiechnęła się do jej odbicia w lustrze i rzuciła:

– Rany, ale świetna kiecka! Wyglądasz wspaniale.

Nawet w wątłym świetle jarzeniówek dało się zauważyć, że nieznajoma rozpromieniła się na ten komplement.

– Och, dziękuję! Kupiłam w sieciówce na wyprzedaży, dasz wiarę?

– Chyba żartujesz! Pasuje idealnie, jak na ciebie szyta – odparła Annie. Uwielbiała odgrywać rolę sympatycznej dziewczyny spotkanej przypadkowo w toalecie. Cieszyła ją myśl, że ta młoda kobieta wróci dziś do domu i opowie znajomym o przesympatycznej nieznajomej, której komplement poprawił jej humor na cały wieczór. Za każdym razem, kiedy założy tę sukienkę, przypomni sobie o tym i poczuje się lepiej.

Gdy nieznajoma wyszła, Annie osuszyła usta papierowym ręcznikiem i zerknęła po raz ostatni w kierunku drzwi, żeby się upewnić, czy na pewno jest sama i może bezpiecznie użyć magii. Połączyła palec wskazujący i środkowy. Delikatna smuga różowych iskier rozkwitła w jej dłoni, oplatając ją wirującym blaskiem zaklęcia przeniesienia.

Chwilę później podeszwy jej czółenek na obcasach wylądowały gładko na parkiecie korytarza w jej własnym mieszkaniu. Pęd powietrza poruszył kosmykami jej włosów i aż potrząsnęła głową, by pozbyć się nieprzyjemnego uczucia szarpnięcia, jakie towarzyszyło błyskawicznym przenosinom w przestrzeni.

Po całym dniu w biegu Annie pragnęła tylko ciszy – tej bezcennej, domowej ciszy. Myślała tęsknie o swojej sofie, książkach, piżamie… I przez krótką chwilę naprawdę poczuła ulgę, łagodny przypływ spokoju i radości. Ale cisza oznaczała, że nie było już nic, co mogłoby ją ekscytować.

Jej uśmiech zgasł, wygięte ku górze usta rozciągnęły się w prostą linię. Westchnęła. Przygarbiła się, zupełnie jakby ktoś pstryknął przełącznik, położyła dłoń na karku, by rozciągnąć mięśnie szyi, a potem zrzuciła szpilki i powędrowała boso do salonu. Niedbale rzuciła płaszcz na podłogę, zdjęła wysadzane klejnotami kolczyki. Z każdym krokiem pozbywała się kolejnych warstw, jak wąż zrzucający starą skórę. Zatrzymała się w ciemności, wsłuchała się w nią. Znowu była sama.

Pstryknięcie pilota zbudziło do życia telewizor, pomieszczenie wypełniło różowawe światło i monotonny pomruk programu o antykach. Biały szum wygładził wszystkie kanty, sprawił, że cisza przestała być tak koszmarnie przytłaczająca. Annie posłała iskry magii w kierunku lampek nocnych z matowego szkła, by ich światło rozjaśniło pokój, a potem skierowała jeszcze kilka w stronę nowych świec o zapachu świeżego prania, dobranych specjalnie po to, by stworzyć atmosferę przytulnego, wypełnionego troską domu.

Na widok mrugającej czerwienią diody automatycznej sekretarki poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła, aż zacisnęła nerwowo palce na wisiorku w kształcie gwiazdki przy czarnym chokerze. Kto mógł się do niej dobijać o tej porze?

„Annie, tu Viv. Gdzie się podziewasz? Czy ty kiedykolwiek odbierasz to przeklęte ustrojstwo? Po co ci telefon, skoro nigdy nie ma cię w domu, żeby podnieść słuchawkę? A tak w ogóle to przepraszam, skarbie, że sprawdzam, co u ciebie. Więcej nie będę zaprzątać sobie tym głowy. Słuchaj, mam tu wielki kryzys ciuchowy, naprawdę musisz…”

Annie doskoczyła do urządzenia i wcisnęła wielki guzik kasowania. Gdy tylko uciszyła w ten sposób głos Vivienne, poczuła się, jakby złapała w szklankę pająka. Oddzwoni do przyjaciółki, naprawdę to zrobi, ale musi się lepiej przygotować. Może nawet założyć zbroję.

W tym momencie wokół jej kostek owinęła się puszysta, mięciutka chmurka. Annie z westchnieniem ulgi nachyliła się, by zgarnąć białe cudo w ramiona. Chmurka wydała z siebie pełne dezaprobaty miauknięcie, które brzmiało zupełnie jak wymówka z gatunku: „O której to się wraca do domu?”. Wtuliła twarz w niesamowicie delikatną sierść i wciągnęła w nozdrza czysty, pudrowy zapach. Zapach bezpieczeństwa, miłości, więzi ze stworzeniem, które zawsze witało ją po powrocie do domu. Przypominający, że nawet jeśli jest samotna, to ma u swego boku cztery łapki z różowymi poduszeczkami.

– Przepraszam, moja droga. Zrobiło się już strasznie późno, prawda? To się nie może więcej powtórzyć, nie sądzisz, Karmo?

Puszysta kulka futra zamruczała wysokim, pełnym zadowolenia tonem, wtulona w ramiona Annie, gdy ta niosła ją do kuchni. Karma unikała tak przyziemnych czynności jak chodzenie na własnych łapkach do miski, wolała być oficjalnie eskortowana, gdy tylko to możliwe. Dzwoneczek na różowej wstążce wokół jej szyi zadźwięczał, gdy Annie przywołała jedzenie magią. Karma owinęła puchaty ogon wokół łapek, zanim przystąpiła do spożywania posiłku z zachowaniem wytwornych manier – oczywiście jak na kota. Annie podrapała ją za uszami, a dotyk miękkiego, jedwabistego futra natychmiast sprawił, że się rozluźniła.

Więź łącząca wiedźmę z jej chowańcem była naprawdę wyjątkowa, chociaż oczywiście Karma nigdy by się nie przyznała do takiego przywiązania wobec człowieka. A jednak ta śnieżno­biała kotka o lodowatoniebieskich oczach i różowawych, aksamitnych uszach zawsze kręciła się gdzieś w pobliżu, zupełnie jakby wyczuwała, kiedy jej obecność jest ­potrzebna. Annie czasem zastanawiała się, czy gdyby nie kotka, zastygłaby bez ruchu, a może i całkiem zniknęła.

Wróciła do salonu i przysiadła na oparciu kanapy, a potem zsunęła się między jej poduchy. Z ulgą pozwoliła, by jej umysł wypełniła pustka, wpatrywała się w migający ekran telewizora, a cały świat wokół zdawał się tracić kształty, rozmywać się. Spływające na podłogę płócienne zasłony, bladoróżowa kanapa, wszystkie szklane powierzchnie chronione zaklęciem przed śladami palców (oraz kocich łapek). Cały ten wytworny wystrój. Choć jej mieszkanie było znacznie mniejsze i skromniejsze niż okazałe domy jej przyjaciół, to zawsze panował w nim nieskazitelny porządek – jak w domu pokazowym albo na zdjęciu z katalogu. Nigdzie ani jednej zapomnianej podkładki pod kubek, poduszki czy kryształowej kuli. Nawet wiedźmie gadżety wpasowywały się w starannie zaprojektowany przez Annie minimalistyczny wystrój, bo stojący obok kominka pękaty kocioł w kolorze złota zdobił bukiet gipsówek i szerokie białe świece. Wszystko tworzyło spójną całość i zachwycało pięknem każdego, kto miał okazję tu zajrzeć.

Annie siedziała nieruchomo, a w głowie znów zawirowały jej niespokojne słowa po całym spędzonym w cukierni dniu. Gdy tylko zaczynała się martwić o innych, było tak, jakby przewróciła butelkę z atramentem na dopiero co zapisaną stronicę. Wszystko zasnuwały burzowe chmury, a ona nie była w stanie nic zrobić, żeby je odeprzeć czy powstrzymać. Były jedynym, co wtedy widziała.

Karma, która najwyraźniej wyczuła te ponure myśli, wskoczyła Annie na kolana. Puszysty ogon przesunął się po policzkach i posmarowanych błyszczykiem ustach, co miało dodać dziewczynie otuchy, doskonale o tym wiedziała. Potem jeszcze kotka trąciła ją łebkiem w podbródek i wreszcie umościła się na jej kolanach z głośnym mruczeniem, które przywołało ją do rzeczywistości.

Annie z niechęcią oderwała się od ponurych rozmyślań i zerknęła na zegar. Do północy zostało zaledwie pół godziny. Przez chwilę rozważała, czy zdąży jeszcze cokolwiek zrobić, zanim przyjdzie pora na rzucenie zaklęcia – w przeciwnym razie czekała ją bardzo ciężka noc, nawet jak na nią. Powinna się jeszcze pouczyć, bo drugi rok terminowania w kowenie oznaczał sporo pracy – rulony pergaminów niemal wysypywały się z szafki, do której je upchnęła. A do tego wciąż potrzebowała odpowiedniego stroju na jutrzejszy wieczór, co oznaczało konieczność wyciągnięcia maszyny do szycia, na której mogłaby przerobić swoje ciuchy na coś wystarczająco efektownego, by żadna z dziewczyn się nie zorientowała, że już to kiedyś założyła. Nigdy by jej tego nie darowały, gdyby odkryły, że ośmieliła się sięgnąć po ulubioną sukienkę po raz drugi, byle tylko nie wyróżniać się zbyt niekorzystnie wśród modnych koleżanek. Nie miały litości i zawsze krytykowały głośno jej głupiutkie decyzje.

Przyjaciółki dbają o to, żebyś trzymała poziom i nie zrobiła z siebie idiotki. One wiedzą najlepiej, co dla ciebie dobre.

To był naprawdę długi dzień, Annie czuła się kompletnie wypluta, nawet jeśli wspomagała się tego wieczora zaczarowanymi pantofelkami. Potrzebowała zastrzyku energii, kilku specjalnych składników, by poradzić sobie z jutrzejszymi wyczerpującymi zadaniami i odzyskać niezbędną równowagę. Jej wzrok przyciągnęła róża od Cedrica. Głęboka czerwień odcinająca się od jasnego tła blatu tam, gdzie ją porzuciła.

Sięgając po kwiat, Annie oparła się o poręcz kanapy, tak by nie zbudzić drzemiącej na jej kolanach kotki, a potem zaczęła oskubywać po kolei płatki z karminowego kielicha. Moment, w którym każdy z nich odrywał się od łodygi, był dla Annie jak uderzenie prądu, niemal słyszała cichy trzask pękającego włókna. Płatki czerwonej róży mogły się tej nocy przydać – odrobina dodatkowej pasji, spełnienia lub pragnienia w dowolnej formie nigdy nie szkodziła zaklęciu, o ile oczywiście odpowiednio się je zrównoważyło, by uniknąć negatywnych skutków. Może warto dodać waleriany lub sproszkowanego kamienia księżycowego, które wzmocnią spokój, pokorę i cierpliwość… Nikt nie lubi kobiet roztaczających wokół siebie zbyt intensywny blask.

Annie ostrożnie odłożyła Karmę na kanapę, czym zasłużyła na pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym wstała, żeby zająć się pracą. Czas na wieczorne obowiązki — kolejną serię wyzwań, które sama sobie narzuciła.

Skrzywiła się, bo ostry różany kolec wbił się jej w opuszkę palca. W miejscu ukłucia pojawiła się kropelka krwi. Annie przycisnęła mocno płatek kwiatu do ranki, by zatrzymać krwawienie. Czerwień zmieszała się z czerwienią. Takie wynikające z braku uwagi błędy oznaczały, że naprawdę powinna się zająć zaklęciem.

Rozdział 3Kurtyna w górę

– Która konfitura idzie dzisiaj do bułeczek, Annie? – zawołała Faye przez ramię, przeglądając zawartość spiżarni z poziomu rozchybotanej drabinki. W pewnym momencie odsunęła pudła z ozdobami na Halloween, żeby dostać się do pater na wielopoziomowe torty. – Cholera, tych paskudnych dyniowych kubełków w ogóle nie powinno tu być. Właściwie to chyba należałoby je spalić. Coś mi mówi, że mogą być przeklęte.

Annie aż wciągnęła gwałtownie powietrze, lekko urażona. Uwielbiała odwiedzać wszelkie targi staroci i bazarki, żeby wyszukiwać halloweenowe dekoracje do cukierni.

– Wcale nie są paskudne, a już z całą pewnością nie przeklęte. Możesz mi wierzyć, zauważyłabym – dodała pod nosem. – W końcu zrozumiesz, że są vintage, trochę kiczowate, ale urocze.

Faye nie dała się przekonać i z grymasem niezadowolenia wymachiwała jednym z kubełków.

– Ta morda do mnie mruga. Obrzydliwe.

Annie prychnęła głośno i odebrała od Faye kubełki, żeby odstawić je na stół.

– Przecież nie będziemy ich teraz wynosić do piwnicy, prawda? Zbliża się gorący okres, najwyższa pora zamienić to miejsce w raj dla miłośników Halloween. – Westchnęła znów, tym razem wyżej i jakby głośniej, podczas gdy w jej głowie kłębiły się jak zwykle miliony myśli. – To mi przypomina, że musimy zdecydować, jakie kostiumy będziemy mieć w tym roku. Nie ma na co czekać. – Postukała trzepaczką o brzeg miski, a potem wycelowała nią w Faye, rozchlapując wszędzie krem chantilly. – W Halloween mamy otwarte do późna pod hasłem „Żadnych psikusów, tylko słodycze”, więc odpowiednie stroje będą niezbędne.

– Nigdy dotąd nie znałam nikogo przy zdrowych zmysłach, kto traktowałby przebrania na Halloween równie serio jak ty. – Faye popatrzyła na szefową z niedowierzaniem.

– Kostiumy to nie jest temat do żartów. Jeśli nie zamierzasz robić tego dobrze, lepiej całkiem sobie odpuść – odparła Annie ze śmiertelną powagą.

– I naprawdę to nie może być coś prostego? – jęknęła Faye. – Co powiesz na Drakulę? Owinęłabym się czarnym workiem na śmieci i przylizała włosy żelem. Naprawdę wyglądałabym super. Albo może przebierzemy się za trzy wiedźmy? No wiesz, „Podwójmy trudy, a śmiało dalej!”[1], „W grzmocie, błyskawicy i deszczu”?.

Annie aż się wzdrygnęła. Tak się złożyło, że te trzy ostatnie wyrazy znajdowały się na biletach wizytowych jej kowenu. A ona w żadnym wypadku nie mogła włożyć stroju wiedźmy. Była zbyt ostrożna i bojaźliwa, by narazić się na przypadkowe ujawnienie swoich magicznych mocy, podobna głupota niosłaby ze sobą zbyt wielkie ryzyko.

– Nie sądzisz, że wiedźmy się już wszystkim przejadły? – Zaśmiała się lekko. – Tematyka cukierni ma znacznie większy sens.

– Na pewno nie pokażę się więcej w przebraniu tłustego bekonu. To był fatalny pomysł. Wyglądałam jak otwarta rana. – Krótko przycięte, intensywnie czerwone włosy Faye miały być wtedy ketchupem.

– Czyli w tym roku rezygnujemy ze śniadaniowego tercetu? – jęknęła Annie. – Wyglądałam świetnie jako pancake z maślanym kapelusikiem.

Faye przewróciła oczami, w końcu jednak ustąpiła z niechętnym westchnięciem, jak to zwykle miała w zwyczaju.

– Fakt, Pari rzeczywiście świetnie się bawiła w przebraniu sadzonego jajka, no a poza tym nie chcę złamać twojego delikatnego serduszka. Dobra – mruknęła. – Możemy znowu przebrać się za śniadanie. Tylko wymyśl dla mnie jakiś fajny strój, żadnej fasolki w sosie pomidorowym, a już na pewno zero grzybków, bo jeśli będę musiała wysłuchiwać czerstwych żartów, w końcu zrobię komuś krzywdę. – Faye znów się skrzywiła, po czym odwróciła się w stronę pater na ciasta, standardowo poirytowana radością przyjaciółek. – Może borówka?

Annie aż klasnęła w dłonie, podskakując przy tym jak mała dziewczynka i rozchlapując wokół jeszcze więcej kremu.

– Tak! Będzie ci świetnie w granacie. Czyli tym razem wypuścimy się na międzynarodowe wody ze śniadaniem w stylu amerykańskim. Mogę ci pożyczyć beret, który świetnie się nada na borówkę.

– Kolejna całkowicie normalna rozmowa, jaka może się odbywać tylko w tym lokalu – stwierdziła Pari, która właśnie wtoczyła się na zaplecze z ogromnym, chwiejnym stosem tac po babeczkach, które musiała rozłożyć na sklepowych witrynach. – Dlaczego rozmawiamy o borówkowych beretach?

– Zaraz, nie było kiedyś takiej piosenki? – rzuciła Annie, po raz kolejny przerywając ubijanie kremu.

– Niewiarygodne – jęknęła Faye pod nosem.

– Chyba chodziło ci o maliny – odparła Pari.

Pracowały razem od tylu lat, że rozumiały się praktycznie bez słów, choć bardzo się od siebie różniły. Można to chyba nazwać tajemniczym porozumieniem dusz.

– Dzięki za inspirację! W takim razie dzisiaj wybór padł na konfiturę malinową – zdecydowała Annie z zapałem, po czym wydęła policzki i zabrała się za energiczne manewrowanie trzepaczką. W porannym zamieszaniu całkiem zapomniała odnowić niezbędne w tej sytuacji zaklęcie Dulce Lac Turben, które zwykle rzucała na trzepaczkę przed przyjściem Faye, i teraz przyszło jej za to zapłacić bólem ramion. – Nie mam wystarczającej siły w rękach do tej roboty – jęknęła i aż tupnęła nogą.

– Żałosne. Jak ty byś sobie poradziła w czasie apokalipsy zombie? – prychnęła Faye.

– Zginęłabym od razu i miała problem z głowy – odparła Annie.

– I dobrze. Pewnie i tak nie zniosłabyś zombie z ich notorycznym lekceważeniem higieny osobistej czy nieodpowiednią do pory roku paletą kolorystyczną – dodała Pari i zajęła się wyplątywaniem girlandy z czarnych kotów z halloweenowych ozdób, które prawie wysypywały się z pudła.

Faye tymczasem kontynuowała przeglądanie słoików z domowymi dżemami, wyszukując te z pokrywkami w kratkę. Jak na nieco zrzędliwą i nadzwyczaj chudą fankę ostrej muzyki była zaskakująco zapaloną specjalistką od przetworów. Z całej trójki to ona miała najpoważniejsze podejście do życia i często sprowadzała przyjaciółki na ziemię, gdy dały się za bardzo ponieść pomysłom, których nie dałoby się wcielić w życie (w każdym razie nie bez użycia magii) albo które były zbyt kosztowne w realizacji. Krzewy jeżyn, bzu i agrestu na patio, wraz z naukowymi teoriami ich uprawy, należały do nielicznych tematów, które potrafiły wykrzesać z Faye prawdziwą ekscytację. A przygotowywanie dżemów przy starannie dobranych składankach muzycznych było dla niej najlepszą terapią pod słońcem.

– Rozmawiamy o przebraniach na Halloween – wyjaśniła, zgarniając kolejne słoiki. – Annie się upiera, że skoro w zeszłym roku śniadaniowe stroje przeszły do legendy, to powinnyśmy to powtórzyć. Nadmieniam, że tym razem bez mięsa.

– Och, mogę znowu być jajkiem, proszę? – Pari złożyła dłonie w błagalnym geście.

– A nie mówiłam? – westchnęła Faye. – Tu, w Niebiańskiej, spełniamy marzenia każdego dnia.

Obie z Pari zjawiły się w cukierni dwa tygodnie po jej otwarciu, gdy tylko zauważyły, że pod markizą w różowe paski każdego ranka zbiera się spora kolejka, sięgająca aż za róg, a uwijająca się w lokalu blondynka jakimś cudem zajmuje się wszystkim sama. Ramię w ramię weszły do środka, bo dopiero co zwolniono je z pobliskich włoskich delikatesów, które ostatecznie zamknęły swe podwoje. Obie całkiem nieźle radziły sobie z wypiekami, nawet jeśli zajmowały się tym jedynie amatorsko, a do tego miały na horyzoncie wesele, które trzeba było opłacić. Annie z miejsca je zatrudniła i od razu zapytała, czy mogłyby zerknąć na potrójnie czekoladowe muffinki, które, jak podejrzewała, właśnie się przypalały, podczas gdy ona sama walczyła z ekspresem do kawy. Dziewczyny zabrały się do działania, zupełnie jakby pracowały z nią od zawsze: Faye bez wahania przygotowała idealne cappuccino z ekstra pianką, a Pari zniknęła w kuchni, by ratować wypieki. Intuicja podpowiadała Annie, że te dwie nieznajome są naprawdę wyjątkowe i pasują idealnie do jej lokalu, niczym posypka z cukru pudru na przepysznym cieście.

To była jedna z najlepszych decyzji, jakie kiedykolwiek w życiu podjęła. Faye zajmowała się kawą oraz logistyką, a rosnąca liczba klientów stanowiła dla niej niezmiennie powód do dumy, z kolei serdeczna i gadatliwa Pari szybko zaskarbiła sobie sympatię wszystkich wokół. Na dodatek stanowiła istny wulkan energii zamknięty w drobnym ciele i to właśnie ona najczęściej zajmowała się obsługą kupujących, podczas gdy Annie dopieszczała kolejne wypieki na zapleczu. Oczywiście ani Faye, ani Pari nie miały pojęcia o magicznych sekretach Niebiańskiej, ale wyglądało na to, że przez te wszystkie lata Pari jakimś cudem zdołała się dostroić do tutejszej czarodziejskiej atmosfery. Jej nos czasem drżał, jakby wyczuwała w powietrzu coś bardziej intrygującego niż tylko świeże pieczywo i karmelizowane owoce. Duże, brązowe oczy potrafiły czasem zatrzymać się na niepozornej iskierce magii, jeśli ta zbyt długo krążyła w powietrzu – tak jakby przyglądała się motylowi w jego pierwszym, urzekającym locie. Dlatego Annie zdążyła się już nauczyć, że musi wyjątkowo ostrożnie operować magią, jeśli w pobliżu jest akurat Pari.

– Jak tam zapasy cynamonowych bułeczek? – zapytała ją teraz.

– Na wyczerpaniu. Zostało kilka sztuk, ale spotkanie mam z maluchami w salce katechetycznej zaraz się skończy, więc pewnie i ta resztka zniknie. Mogę się założyć, że niektóre z tych kobiet oddałyby własne dziecko za rogalik.

– I trudno im się dziwić – mruknęła Faye.

Annie pacnęła ją łyżką pełną kremu.

– Przecież upiekłyśmy ich dzisiaj więcej! Miałam nadzieję, że wystarczy chociaż do lunchu. – Z westchnieniem przycisnęła kciuk do czoła, układając w myślach nową, tym razem znacznie dłuższą listę rzeczy do zrobienia. – Dobra, najpierw dokończę babeczki, a potem może zdążę dorobić ciasta drożdżowego i odstawić do wyrośnięcia. – Rękawem otarła czoło, bo ubijanie kremu wycisnęło z niej ostatnie poty, po czym sięgnęła po truskawki i zaczęła je kroić. Gdy tylko dziewczyny zostawią ją samą, będzie mogła wspomóc się odrobiną magii i ułatwić sobie pracę.

– Przypominam, Annie, że dzisiaj musisz sobie zrobić przerwę na lunch – zawołała Pari, nim wyszła z kuchni. Po drodze zgarnęła jeszcze pęk choinkowych lampek, które zamierzała rozwiesić pod sufitem głównej sali, tak by przypominały pajęczyny. – I kawa nie liczy się jako jedzenie. Zrobię ci tosty.

– Popieram. Na dodatek dzisiaj znowu byłaś w pracy przed czasem, zatem musisz wyjść wcześniej – wtrąciła Faye i poklepała Annie po plecach, zanim wyszła za Pari, przerzuciwszy przez ramię ścierkę. – Wiem, że technicznie rzecz ujmując, to ty jesteś szefową, więc to nie ja dyktuję warunki, ale w tym przypadku decyzja należy do mnie, jasne?

– Jest w porządku. – Annie uśmiechnęła się słabo. – Wszystko pod kontrolą.

A przynajmniej wkrótce tak będzie, gdy tylko upora się z babeczkami i wmiesza wzmocnione zaklęciem Memoria Laetificus drobiny pyłu nostalgii do cukru pudru. Każda z babeczek, przełożona grubą warstwą gęstej, kojącej śmietany i szczodrą porcją domowych konfitur Faye, otrzymywała na koniec delikatny, magiczny pył wspomnień, które miały towarzyszyć jej pałaszowaniu. Kolejne kęsy przywoływały cudowne obrazy z przeszłości – ulubione zabawki, ukochanych dziadków, spotkania z bliskimi po latach – i sprawiały, że serdeczne rozmowy toczyły się miękko, bez przeszkód.

– Jasne, ty masz wszystko pod kontrolą – mruknęła Faye z typowym dla siebie sceptycyzmem. Nieustannie przypominała, a czasem wręcz naciskała Annie, by dzieliła się obowiązkami. – Pozwól sobie pomóc, właśnie po to tutaj jesteśmy.

Nie chodziło o to, że Annie nie chciała. Przeciwnie – pragnęła tego i wiedziała, że dziewczyny rozkwitłyby, mając więcej do powiedzenia w Niebiańskiej. Ale przez całe życie miała wrażenie, że nie wolno jej dzielić się tym, co trudne. Że to zbyt wielkie brzemię, by kogoś nim obarczyć. Jakby odpuszczenie choć na chwilę było czymś zakazanym. Tylko ona potrafiła rozwiązać swoje problemy w ten właściwy sposób – a prosić o pomoc czy przekazać komuś część pracy oznaczało przyznać się do porażki. Annie nie była przecież dziewczyną, która się poddaje. Nigdy nie odpuszczała. Zawsze dowoziła i trzymała wszystko w ryzach.

Znów skupiła całą uwagę na przekładaniu kremu do oddzielnych ceramicznych miseczek.

– A skoro już to sobie wyjaśniłyśmy – zawołała Faye z sali – to nie zostawiaj mnie samej z pieczeniem. O ile chcesz zapobiec nagłym zejściom naszych klientów.

*

Dopiero kiedy Faye zagroziła jej wetknięciem szpatułki w bliżej nieokreślone miejsce, do którego słońce nie dochodzi, Annie z niechęcią zgodziła się, żeby to dziewczyny zamknęły tego wieczora cukiernię – ale dopiero po tym, jak przygotowała dla nich w ramach podziękowania pudełko z szarlotką ozdobioną warkoczami karmelowej kruszonki i drobnymi jesiennymi listkami odciśniętymi w cieście.

Piątkowe wieczory zwykle były oznaczone w kalendarzu Annie mnóstwem różowych gryzmołów i kolorowych nalepek, ale cała ta sytuacja budziła w niej także osobliwe, nieco mroczne uczucie, które osiadało na dnie jej żołądka niczym cień. To z pewnością nie był czas na odprężenie czy opuszczenie gardy. I nie chodziło przecież o dziewczyny.

To była jej wina – po prostu taka już była w towarzystwie. Zawsze spięta, wiecznie kwestionująca własne słowa, analizująca po fakcie sytuacje, w których mogła się ośmieszyć.

Wreszcie wyszła z Niebiańskiej, żegnana melodyjnym pobrzękiwaniem mosiężnego dzwonka nad drzwiami, i przecięła szybkim krokiem jezdnię. Zapadł już wczesny wieczór, w kałużach na asfalcie odbijały się pomarańczowe kręgi latarń. O innej porze dnia skorzystałaby z zaklęcia przenoszącego w przestrzeni, ale na ulicach wciąż było mnóstwo ludzi: rodziców z pociechami wychodzącymi ze szkół, klientów okolicznych sklepów. Wokół roiło się od dzieci, a one potrafiły wyczuć wszelką czarodziejską energię. Użycie magii w takim miejscu byłoby nierozsądne, dlatego zamiast niej próbowała złapać którąś z czarnych taksówek. Zajęło jej to sporo czasu. Trzema kolejnymi taksówkami odjechali ludzie, którzy zjawili się tutaj po niej, bo z radością im je odstąpiła, machnięciem ręki zbywając wysuwane obiekcje. Chłodny, jesienny wiatr szczypał ją w czubek nosa. Jesień na dobre zawitała do Londynu, przeganiając pozostałości lata wraz z opadłymi liśćmi. Wreszcie Annie z ulgą zatrzasnęła za sobą drzwi taksówki i podmuchała w zgrabiałe dłonie, żeby je nieco rozgrzać.

– Tempest Theatre, poproszę – rzuciła w stronę taksówkarza, który odwrócił się do niej i popatrzył, jakby całkiem zwariowała.

– I na kiego panienka chce się włóczyć po takych spelunach? Przecie to rozpadająca się nora – stwierdził z silnym akcentem cockney. – Ma panienka jaky kask w tej torebusi? I buldożer?

– Oczywiście, girl power! – Annie ułożyła palce w znak zwycięstwa. – Do tego kamizelkę odblaskową, nie musi się pan o mnie martwić. Na szczęście żarówiasty żółty ma być modny w tym sezonie.

Podróż przez miasto była dla niej rzadką chwilą wytchnienia – jedyne, co mogło ją teraz rozproszyć, to kilka machinalnych kliknięć w pager. Widok Londynu w jesiennej szacie działał kojąco. Drzewa w odcieniach brązu i palonego oranżu oglądane przez zroszoną kroplami deszczu szybę wyglądały jak odmalowane akwarelami, czubki koron lśniły złociście, jakby muśnięte słońcem. Całe miasto pachniało cynamonem i fajerwerkami, dymem ognisk i pieprzem, magią i zachwytem. Większość londyńczyków nie przepadała za uciążliwymi opadami, ale według Annie deszcz otulał wszystko przezroczystą peleryną, rozmywał kontury, łagodził ostre kanty codzienności. Cały rok tęskniła za jesienią. Narysowała maleńkie serduszko w rogu zaparowanej szyby, a potem patrzyła, jak samotna, uparta kropla powoli się przez nie przedziera.

Na horyzoncie zapłonęła feeria kasztanowych i pomarańczowych koron drzew, a ich pnie odcinały się wyraźnie na tle zachodzącego słońca, gdy wjeżdżali przez bramę do Richmond Park. Dookoła kręciło się mnóstwo ludzi w zabłoconych kaloszach i jeszcze bardziej ubłocone psy. Taksówka skręciła w alejkę po lewej, ukrytą wśród rozrośniętych kęp paproci i drzew. Samochód trząsł się na wybojach, a niezliczone szminki i błyszczyki na dnie torby Annie podskakiwały do rytmu jak szalone.

– Cholerna szkoda, że tak to zapuścily – mruknął taksówkarz, zatrzymując auto, po czym wyjrzał przez okno, żeby lepiej przyjrzeć się budynkowi. – Mój dziadek ma parę fotek swojego dziadka przed wejściem, uwierzy panienka? Facet był dumny jak paw, że stać go na bilet. Najlepszy dowód, że człowiek cuś osiągnął, to jak żeś mógł powiedzieć, żeś był w Tempest Theatre. To byli czasy. – Mężczyzna z cmoknięciem zamknął okno.

– Och, to naprawdę okropne. Wiele bym dała, żeby zobaczyć to miejsce w pełnej krasie – przyznała Annie, szukając w portmonetce drobnych na napiwek.

– Jasne, ludziska ciągle się skarżą na hałasy, ale policja nigdy nic nie znalazła. Cholerne dzieciaki. Albo te, jak im tam, squatersy. Niech panienka na siebie uważa – dodał taksówkarz i odjechał, zatrąbiwszy krótko na pożegnanie.

Ukryty wśród zarośli na obrzeżach parku budynek Tempest Theatre spoczywał w cieniu jaworów na brzegu wielkiej, porośniętej kożuchem glonów sadzawki, której próżno było szukać na większości map. Niegdyś był to niezwykle popularny teatr rewiowy, lśniący klejnot w koronie londyńskiej historii, ukochany przez wszystkich, którzy mieli szczęście doświadczyć jego wielowiekowej tradycji artystycznych występów. Czasy jednak się zmieniły, sposoby spędzania wolnego czasu również, a budynek popadał w coraz większe zapomnienie. Dziś pędy bluszczu spływały po frontonie niczym ostatnia, zielona kurtyna, a niegdyś piękna fasada nosiła blizny od bezlitosnej brytyjskiej pogody. Billboard, który dawniej z dumą ogłaszał nazwiska artystów i tytuły spektakli, rozświetlając wieczorami park niczym holly­woodzki neon, dziś głosił już tylko jedno wyblakłe hasło: NIC DO OGLĄDANIA.

Annie wiedziała, że to nie do końca prawda.

Obejrzała się jeszcze przez ramię, ale garstka ludzi krążących po okolicznych alejkach była zbyt zaprzątnięta walką z deszczem i wiatrem. Wszyscy nasuwali kaptury głęboko na oczy, a przemoczone psy z uszami położonymi po sobie ciągnęły właścicieli w stronę domu. Na sadzawce wylądowało stadko gęsi, trzepocząc skrzydłami i rozbryzgując dookoła krople wody. Kawałek dalej na brzegu dwa jelenie starły się ze sobą z trzaskiem poroży, wystawiając swój własny spektakl. Doskonale, nikt nie zwróci na nią uwagi.

Ostrożnie pchnęła drzwi, wzdrygnąwszy się lekko na zgrzyt starych zawiasów i blachy. Śmieci i kurz rozsypały się po westybulu niczym gruba warstwa mąki, zabite deskami okna nie wpuszczały do środka światła, zupełnie jakby budynek wstydził się, że ktoś mógłby go zobaczyć w takim stanie. Z trudem balansując na szpilkach, Annie ruszyła niepewnie między zbutwiałymi deskami i spękanymi płytkami. Minęła opuszczoną kasę biletową, z której dawne złocenia opadały płatami niczym stary makijaż. Minęła wiekowy automat do sprzedaży papierosów, od dawna pustą maszynę do robienia popcornu i łuszczące się plakaty reklamujące przedstawienia sprzed dobrych stu lat. Stukot obcasów niósł się wyjątkowo głośno pośród ciszy. Gdzieś wysoko, między belkami krokwi, jakiś ptak zatrzepotał skrzydłami.

Annie zacisnęła palce na mosiężnej, zaśniedziałej poręczy schodów, po czym ruszyła ostrożnie w dół. Za każdym razem, kiedy pokonywała stopnie prowadzące do głównej sali widowiskowej, nie mogła powstrzymać uśmiechu. Ów moment wydawał się jej tak magiczny, że czuła się wtedy jak księżniczka przytrzymująca dłońmi fałdy długiej sukni. W książkach i filmach miałaby na sobie rozłożystą suknię balową w kształcie bezy i zmierzałaby zapewne na spotkanie z przystojnym księciem, który czekał na nią z wyciągniętą dłonią. Za każdym razem musiała powstrzymywać krępujący chichot, nucąc pod nosem melodię z jakiejś bajki.

Ogromna sala widowiskowa wywierała niesamowite wrażenie, jakby sama oddychała, niczym zwinięty smok pilnujący ukrytego skarbu. Tętniła mocą dawnych wspomnień. Annie czuła się w niej maleńka jak porcelanowa tancerka w pozytywce. Cisza sprawiała, że chciała krzyknąć co sił w płucach, tylko po to, by się upewnić, że naprawdę tam jest. Oczywiście nigdy tego nie zrobiła. Rzędy szkarłatnych foteli ciągnęły się przez całą widownię – każdy wytarty, wyłysiały, pokryty tak grubą warstwą kurzu, że Annie mogłaby zapisać na niej palcem swoje imię. Nad nimi rozciągały się resztki malowanego niegdyś nieba, rozgwieżdżonego i utrzymanego we wszystkich odcieniach królewskiego błękitu, granatu, szafiru. Sufit pokrywały wykwity wilgoci, a pośrodku nadal wisiała ogromna, oblepiona pajęczynami kula lustrzana.

Annie poczuła ekscytację. Przeniknął ją dreszcz, a jej serce zabiło mocniej, wszystkie zmysły zaczęły się budzić w oczekiwaniu na to, co miało nastąpić. Duszne, pełne kurzu powietrze wypełniło jej usta posmakiem miedzianej słodyczy, ziemisty odór stęchlizny mieszał się z zapachem wygasłego żaru ognia, podłożonego pewnie przez wandali. Wszystko to przenikała także słodka nuta toffi i karmelizowanego jabłka, wciąż tląca się gdzieś w pamięci tego miejsca.Tempest Theatre zawsze przyprawiał Annie o dreszcze.

Chociaż bardzo możliwe, że chodziło po prostu o obecność wiedźm.

Wreszcie dotarła do głównej sceny. Pośrodku stał zwalisty, ogromny fortepian, pod którym deski aż się uginały. Annie przesunęła dłonią po klawiaturze. Różowy lakier na jej paznokciach odcinał się na tle pożółkłej kości słoniowej, kiedy zagrała krótką sekwencję dźwięków. Była to melancholijna melodia, której kiedyś nauczyli ją rodzice, a której nigdy nie zapomniała. Zawsze brzmiała tak potężnie. Wręcz magicznie.

Wraz z ostatnim dźwiękiem z opuszków palców Annie trysnęły iskierki magii, zupełnie jakby moc przepłynęła między jej ciałem a instrumentem. Okruchy różowego światła opadły na klawisze i zniknęły w szczelinach między nimi. Przez jedną olśniewającą chwilę Annie miała wrażenie, że czas się zatrzymał i nawet srebrzyste drobiny kurzu, wirujące przed nią w zastygłym powietrzu, nagle znieruchomiały.

A potem, zupełnie jak w zegarku, wymalowane na sklepieniu gwiazdy rozbłysły odbitym światłem, którego jeszcze chwilę wcześniej wcale nie było. Jedna po drugiej zalśniły w błękitnym mroku, a każda z nich rozbrzmiewała którymś z dźwięków zagranych przez Annie. Iskry blasku posypały się na zniszczone siedziska, kula lustrzana zaczęła się obracać, roznosząc blask po całym teatrze i wyławiając z mroku wszystkie zakamarki, od balkonów po przydymione szyby w drzwiach. Kontrast między mrokiem a światłem stawał się coraz silniejszy, niemal oślepiający. Annie przymrużyła oczy i osłoniwszy je dodatkowo dłonią, patrzyła bez słowa, jak wszystko wokół niej odzyskuje dawną świetność. Złoto znów stawało się złotem, zszarzałe aksamitne fotele na powrót nabierały intensywnej czerwieni, nawet scena odzyskała swój blask, a fortepian lśnił jak nowy.

Zaraz potem ustawione w równych rzędach siedzenia zaczęły się przesuwać, tworząc grupki, a z podłogi wyrosły eleganckie stoliki ozdobione lampami o szmaragdowozielonych kloszach i zastawione kunsztownymi kryształowymi kieliszkami oraz miseczkami pełnymi dorodnych oliwek i lśniących od cukrowej polewy orzeszków.

Następnie w rzucanym przez kulę blasku kolejne miejsca wypełniły się postaciami. Początkowo niemal przezroczyste zjawy, opalizujące z lekka w świetle, nabierały kształtów i kolorów… wiedźm, czarnoksiężników i wszelakich magicznych istot.

Annie uśmiechnęła się z ulgą, jak za każdym razem, gdy magia teatru łaskawie przyjmowała ją z powrotem w swoje ramiona. Oto znów miała przed sobą dobrze jej znane Magiczne Bractwo.

[1] Cytaty z Mackbeta Williama Shakespeare’a w przekładzie Anny Kłosiewicz.