Umrzeć jeszcze zdążysz - Maria Ulatowska, Jacek Skowroński - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Umrzeć jeszcze zdążysz ebook i audiobook

Maria Ulatowska, Jacek Skowroński

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Dwoje obcych sobie ludzi spotyka się przypadkiem nocą na moście.

Ona – zraniona, stojąca na krawędzi życia.

On – cień, który nigdy nie powinien się obok niej zatrzymać.

Szybko okazuje się, że łączy ich coś więcej niż zbieg okoliczności. Razem wchodzą w świat kradzieży, kłamstw i niebezpiecznych gier. Ona uczy się od niego, on – po raz pierwszy – zaczyna się przed kimś odsłaniać.

Zawiązuje się coraz mocniejsza więź, czują, że to ich przeznaczenie. Czy tylko tak im się wydaje…?

Ale w tym tańcu wiary w przyszłość z niepewnością każdy skrywa swoje sekrety. Kiedy nadejdzie chwila prawdy, ktoś będzie musiał wybrać: lojalność czy miłość, ucieczkę czy konfrontację… Życie czy śmierć.

Czy można zaufać człowiekowi, który sam siebie uczynił duchem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 354

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 35 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Tomasz Ignaczak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Bo utrata życia nie jest wcale najgorszą rzeczą,

jaka może spotkać człowieka.

Najgorsza jest utrata tego, po co się żyje.

 

Jo Nesbø, Trzeci klucz

Wam, którzy rozumiecie,

że życie jest dokonywaniem kolejnych wyborów,

nie zawsze słusznych, nie zawsze dobrze przemyślanych.

Których bardzo często żałujemy, ale one już się stały.

I są nieodwracalne…

Prolog

Noc była gęsta jak smoła. Ciężka, lepka, duszna od wilgoci, która unosiła się znad rzeki. Miasto sennie oddychało, jego światła pulsowały jak serce, które nie należy już do ciebie. Tu, na moście, rzeka czasu skurczyła się do teraźniejszości. Nic, co przedtem, żadnego potem. Teraźniejszość zawieszona pomiędzy ziemią a wodą, pomiędzy ciszą a wiatrem, pomiędzy tym, co było, a tym, co mogło się skończyć jednym ruchem. To będzie łatwe i przyniesie ukojenie.

Kobieta stała nieruchomo przy barierce. Zgarbiona sylwetka stapiała się z mrokiem, ramiona drżały od zimna albo od decyzji, którą próbowała w sobie podjąć. Wpatrywała się w wodę. Czarne lustro rzeki rozcinały blade smugi świateł, rozmyte i drżące. Nie widziała w nich niczego poza pustką.

To tylko krok – powtarzała w myślach. – Krok i cisza. Krok i koniec.

Jej palce zaciskały się na metalu tak mocno, że bolały, ale nie puściła. Ból był ostatnią rzeczą, która przypominała, że jeszcze żyje. Wszystko inne umarło wcześniej – uczucia, nadzieje, marzenia. Roztrzaskały się jak kruche szkło. Tyle razy wierzyła, tyle razy dawała szansę. Za każdym razem kończyło się tak samo. Zawód. Zdrada. Na koniec zimne słowa, które raniły boleśniej niż nóż. Dlaczego zawsze dokonywała złych wyborów? Na niektóre pytania nie ma odpowiedzi. Albo nie chce się ich poznać…

Nie mam już nic. Nikogo. Po co iść dalej, donikąd?

Kropla spłynęła jej po policzku. Nie była pewna, czy to łza, czy wilgoć znad rzeki.

I wtedy usłyszała czyjś głos:

– Późno na spacery.

Zamarła. Nie spodziewała się nikogo. Most był o tej porze zawsze pusty. A jednak ktoś prócz niej na nim był.

Odwróciła głowę. W półmroku dostrzegła mężczyznę. Stał kilka kroków dalej, wyprostowany, spokojny, jakby tkwił tam od dawna. Sylwetkę miał ciemną, zarysowaną niewyraźnymi liniami. Jego twarz częściowo krył cień, tylko wpatrzone w nią nieruchome spojrzenie było dziwnie przeszywające. Intensywne i przesycone własnym blaskiem. Tak jej się pewnie tylko zdawało, bo ludzkie oczy nie świecą w ciemnościach.

– To nie spacer – odpowiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego. Sama nie rozumiała, czemu to powiedziała. Powinna milczeć i dać mu odejść. Nie pomyślała nawet, że grozi jej z jego strony jakieś realne niebezpieczeństwo. A przecież okoliczności wskazywały, że pewnie groziło…

– Wiem. – Podszedł bliżej, lecz nie na tyle, by naruszyć jej strefę intymności. Kroki miał pewne, ale bezgłośne. – Nocny spacer wygląda inaczej.

– A ty co, bohater z przypadku? – spytała sarkastycznie. Chciała dać mu wyraźnie znać, że nie życzy sobie towarzystwa. – Ratujesz dziewczyny na mostach? Czy może polujesz na okazje? W każdym razie źle trafiłeś.

– Nie – odparł spokojnie. – Jestem tu, bo mam taki własny rytuał przed tym, czym się zajmuję… Każdy posiada coś takiego, choć większość ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, robią to bezwiednie. Jedni piją kielicha, inni medytują, ktoś stawia sobie pasjansa. Ja zaś zatapiam się w mroku miasta, oczyszczam umysł i odsuwam wszystko, co mąci zmysły.

Milczała. Dlaczego nie chciał zrozumieć, że wolałaby zostać sama?

– Zastanawiasz się, czy warto – dodał.

Słowa uderzyły w nią z niespodziewaną siłą. Tak, dokładnie nad tym się zastanawiała. Wreszcie nabrała pewności, że zna odpowiedź, zamiast pełnego udręki jutra znajdzie ukojenie. Tam, po drugiej stronie…

– A co ty możesz o tym wiedzieć? – syknęła.

– Więcej, niż sądzisz. – Mężczyzna zatrzymał się tuż obok, nie bojąc się jej odpychającego spojrzenia. – Gdybyś naprawdę chciała, już byś to zrobiła.

Ogarnął ją gniew. Bo może on miał rację. Poczuła, jakby rzucił jej prosto w twarz, że jest tchórzliwą mimozą, która boi się wziąć życie we własne ręce. Cokolwiek przez to rozumieć.

– Pójdziesz sobie wreszcie do diabła?!

– Brakuje ci powodu – powiedział, jakby jej nie słyszał. – Obserwowałem cię dłużej, niż myślisz.

Odwróciła wzrok i utkwiła go w czarnej toni wody pod mostem. Powinna milczeć, ale coś jej kazało wyrzucić z siebie słowa. Niskim zachrypłym głosem, ni to do siebie, ni do niego.

– On… odszedł, kiedy powiedziałam o ciąży… Poroniłam i nie będę już mogła mieć dzieci…

Nie była pewna, czy mężczyzna ją słyszy, i nie obchodziło jej to.

Odpowiedziało jej milczenie. Kobieta trwała tak kilka minut. Może wreszcie sobie poszedł? Kiedy na powrót obróciła głowę, wciąż tam stał. Przez chwilę tylko patrzyli na siebie. Wiatr szarpał jej włosy, chłód wciskał się pod ubranie. Czuła, jakby czas zatrzymał się na tym moście – w miejscu, gdzie wszystko miało się skończyć.

A potem mężczyzna wyciągnął rękę.

– Chodź – powiedział.

– Niby dokąd? – spytała odruchowo.

Uśmiechnął się krzywo.

– Zobaczyć, jak wygląda noc, kiedy robi się coś, co ma sens.

Nie powinna. Wiedziała, że nie powinna. Ale coś w niej drgnęło. Ciekawość? Desperacja? Pragnienie, by jeszcze przez chwilę nie podejmować decyzji?

Czuła, że to nie taki zwykły facet, jeden z wielu. Nawet nie mogła mu się dobrze przyjrzeć, widziała jedynie, że jest średniego wzrostu i wieku, miał krótkie lekko szpakowate włosy i poruszał się z naturalną dla młodszych od siebie sprawnością oraz gibkością podobną tancerzom. I wciąż się go nie bała, chociaż na pewno powinna. Wszak to, co mógłby z nią zrobić, byłoby gorsze od wspięcia się na barierkę mostu i skoku w spieniony nurt rzeki. Dużo gorsze. Ale ona przecież zawsze dokonywała złych wyborów.

Ujęła jego dłoń.

Po paru minutach dotarli do samochodu. Czarny, mało reprezentacyjny, wręcz pospolity. On otworzył drzwi pasażera.

– Wsiadasz czy wracasz na most? – spytał spokojnym tonem, widząc jej wahanie.

Serce waliło jej jak młot. Spojrzała na drogę prowadzącą z powrotem. Potem na rzekę, która wciąż płynęła tam w dole. A w końcu – na niego. Nie wiedziała, kim jest, ale wiedziała jedno: przy nim czuła, że jeszcze coś się może wydarzyć. Dobrego albo prędzej złego… Dla niej żadna nowość.

Wsiadła.

Wnętrze pachniało benzyną i smarami, było jednak nieskazitelnie czyste. Silnik zamruczał miękko. Miasto zaczęło znikać za szybami. Latarnie rozmazywały się w długie pasma światła, aż w końcu nie było już nic – tylko ciemność i droga.

– Kim jesteś? – zapytała po dłuższej chwili. – Jak ci na imię?

– To nieistotne. – Jego usta uniosły się lekko. – Możesz nazwać mnie, jak chcesz.

Nie pytała dalej. Miała wrażenie, że i tak nie uzyskałaby prawdziwej odpowiedzi.

– Może być Wiktor?

– Czemu nie, brzmi nieźle. Ty będziesz dla mnie Anną.

– To z sentymentu? Znałeś jakąś Annę?

– Nie jestem sentymentalny – odparł dziwnie szorstko.

Noc była czarna, mroźna i zdawała się nie mieć końca. Kobieta siedziała obok niego w samochodzie, który toczył się przez opustoszałe drogi niczym stalowy cień. Jeszcze kilka godzin temu stała na moście, gotowa zrobić krok, z którego nie ma powrotu. Teraz jechała w nieznane z mężczyzną – wbrew logice, bo przecież nie poznała nawet jego prawdziwego imienia.

Kiedy samochód skręcił w boczną drogę, między drzewami zamajaczył kontur budynku. Stara willa wznosiła się w mroku niczym milczący świadek dawnej chwały. Z popękaną, porośniętą bluszczem fasadą, wybitymi szybami w oknach, bramą zwisającą na jednym zawiasie, skrzypiącą pod naporem wiatru. Ten dom na pewno nie należał do niego. Zapewne zwoził tu takie jak ona…

Miejsce, które samo w sobie niosło aurę zagadki i grozy.

– Jesteśmy – mruknął mężczyzna, gasząc silnik.

Wysiadł, otworzył bagażnik i wyjął czarną torbę. Otworzył ją i oświetlił zawartość latarką. Z wnętrza błysnęły metalowe narzędzia – wytrychy, linki, urządzenia, których nie potrafiła nazwać. Jedne leżące luzem, inne w specjalnych kieszonkach.

Patrzyła na to z szeroko otwartymi oczami.

– Co… co ty zamierzasz?

– To, w czym jestem najlepszy – odpowiedział spokojnie.

Założył rękawice. Sprawdził sprzęt, każdy element z chirurgiczną precyzją. Widać było, że zna każdy szczegół, każdy ruch wykonywał już wielokrotnie. Toteż zapewne nie musiał tego robić, odprawiał coś w rodzaju rytuału.

Dopiero wtedy zrozumiała.

On nie był przypadkowym przechodniem. Nie był ani wybawcą, ani pocieszycielem. Był kimś, kto żył poza prawem. Złodziejem. Profesjonalistą.

Powinna się bać. Powinna uciekać. A jednak… serce biło jej jak szalone, a w żyłach buzowała adrenalina, jakiej nie czuła nigdy wcześniej.

Ruszyła za nim. Wszak i tak nie miała niczego do stracenia. Choć każdy krok ku tej willi wydawał się krokiem w złowrogą ciemność. Podjazd, zasypany liśćmi i gałęziami, prowadził do ganku ze spękanymi kolumienkami.

Jej towarzysz prędko uporał się z kłódką na łańcuchu spinającym uchwyty dwuskrzydłowych drzwi wejściowych.

– Ruszamy – powiedział krótko, zakładając rękawiczki i wyciągając z torby niedużą, lecz nadspodziewanie mocną latarkę.

Kobieta nie odpowiedziała. Zamiast tego wciągnęła powietrze, próbując stłumić niepokój.

Wnętrze powitało ich ciszą i zapachem stęchlizny. Szeroka klatka schodowa kierowała się ku górze, a nad nią wisiał szkielet kandelabru. Ściany były odrapane, ale wciąż nosiły ślady dawnego przepychu – resztki sztukaterii, fragmenty tapet, które musiały być drogie, zmatowiałe zwierciadła, groteskowo zniekształcające ich postacie, kiedy przesuwali się obok.

Pierwszy pokój na parterze wyglądał jak salon. Stare meble stały w całkowitym nieładzie, obrazy były zniszczone przez wilgoć.

Mężczyzna działał spokojnie, metodycznie. Sprawdzał framugi drzwi, zaglądał do szczelin w podłodze, przesuwał dłoń po szafach, jakby potrafił czytać ślady pozostawione przez poprzednich mieszkańców.

– Ludzie chowają to, co cenne, w przewidywalnych miejscach – rzucił półgłosem.

– Skąd wiesz, że tutaj jest coś cennego?

– Mam swoje źródła i umiem wyciągać wnioski – odparł, w istocie niczego nie wyjaśniając.

Ona obserwowała go uważnie. Każdy jego ruch był pewny, precyzyjny, jakby robił to setki razy. Na pewno tak było. I wtedy rozległo się skrzypnięcie.

Zamarła.

– Słyszałeś?

– Tak. – Był równie zaskoczony jak ona. – Z góry. Trzeba to sprawdzić.

Zgasił latarkę. Ciemność spłynęła na nich niczym gruba kotara. Kobieta poczuła, jak serce wali jej w piersi, tak głośno, że bała się, iż zdradzi ich dźwiękiem. Nie uspokajała jej świadomość, iż chyba tak naprawdę nie bierze udziału w poważnym przestępstwie. Niczego jeszcze nie ukradli, po prostu pałętali się po jakiejś ruinie. Nie rozumiała, dlaczego po prostu nie mieliby uciec? Czyżby w tym domostwie naprawdę było ukryte coś cennego?

Powinna zostać na dole albo wrócić do samochodu. Ale w towarzystwie Wiktora czuła się bezpieczniej. Dziwne, bo praktycznie w ogóle go nie znała, ale tak było.

Ruszyli powoli po schodach, orientując się w swym położeniu dzięki krótkim błyskom latarki. Stopnie jęczały pod ich ciężarem, a każdy dźwięk rozbrzmiewał echem. Na piętrze czekał długi korytarz pełen drzwi, które wyglądały jak milczące straże.

Drzwi po lewej były uchylone. Mężczyzna wysunął teleskopową pałkę, którą wyciągnął z torby, i wszedł pierwszy. Kobieta zacisnęła dłonie, próbując nie zdradzić drżenia.

W środku panował półmrok. Pokój był pusty poza szafą i przewróconym fotelem. Ale nagle, z ciemności, dobiegł dźwięk – krótkie stuknięcie.

– To tylko szczur – szepnął mężczyzna.

Ona miała inne wrażenie. Chyba ktoś ich obserwuje. Na karku poczuła chłód, który nie miał nic wspólnego z przeciągiem.

W kolejnym pokoju podłoga z trzaskiem ugięła się pod jej stopą. Zamarła, pewna, że zaraz runie w dół. Pod spodem rozwarła się czarna dziura, a ona miała wrażenie, że spada – aż zdała sobie sprawę, że to tylko spróchniała deska. Mężczyzna pociągnął ją gwałtownie, ratując z opresji.

– Patrz, gdzie stajesz – burknął, a potem dodał ciszej: – Ten dom sam w sobie jest pułapką.

Na końcu korytarza znaleźli drzwi zamknięte na stary zamek. Jej towarzysz wyciągnął cienki zestaw narzędzi i w kilka sekund pokonał mechanizm. Ona patrzyła, jak jego palce poruszają się pewnie, wyczuwając każde drgnięcie mechanizmu zamka.

Za drzwiami znajdował się gabinet. Wciąż stało tam ciężkie biurko, przy ścianach ciągnęły się regały, na których część książek oparła się wilgoci. Na środku biurka królowała zakurzona szkatułka.

Kobieta zrobiła krok do przodu, czując, jak serce podskakuje jej do gardła. Wyciągnęła rękę – i nagle rozległ się trzask. Okno zatrzasnęło się gwałtownie, jakby ktoś je pchnął.

Krzyknęła.

– Spokojnie – powiedział mężczyzna, dotykając jej ramienia. – Wiatr płata figle. Pewnie właśnie skrzypienie okna usłyszeliśmy z dołu.

– Dziwne, że nie zostało to jeszcze splądrowane do końca – szepnęła, choć i tak nikt nie mógł ich usłyszeć.

– Jesteśmy na odludziu, w dawnym majątku Hryniewiczów. Za dnia toczą się tu prace mało skrupulatnych urzędników katalogujących mienie. Menele tu nie docierają. A poszukiwacze cennych staroci jeszcze się nie zwiedzieli o tym miejscu.

Otworzył szkatułkę. W środku znajdowały się dokumenty, kilka starych fotografii i metalowa zapalniczka. Nic, co przypominałoby złoto czy kosztowności.

– Czasami wartość nie leży w tym, co błyszczy – mruknął mężczyzna, chowając zawartość do torby. – Papier bywa cenniejszy niż diament.

Kobieta patrzyła na niego, czując mieszankę strachu i fascynacji. Jej dłonie wciąż się trzęsły, ale nie chciała stąd uciekać. Jeszcze nie. Każdy cień, każdy szmer wypełniał jej żyły adrenaliną. Było to całkiem nowe uczucie. Tyle że niedługo miało się skończyć. A ona nie zdąży za nim zatęsknić, kiedy przyjdzie jej wrócić do ponurej rzeczywistości.

Zgasił latarkę i chwycił jej ramię, po czym wyprowadził na korytarz. Musiał mieć koci wzrok, przywykły do ciemności. Bez jego przewodnictwa obijałaby się o sprzęty i ściany. Po dwóch minutach byli z powrotem w samochodzie. Zaczęło świtać.

– Gdzie cię odwieźć? – zadał krótkie pytanie.

– Wszystko jedno – powiedziała. – Uratowałeś mi dziś życie. Ale dlaczego właściwie mnie tu zabrałeś?

– Sam nie wiem do końca… – Uruchomił silnik. – To była łatwa akcja, zdarzają się znacznie większe wyzwania. Zawsze działam sam, nikt mnie nie zna, nie zbieram oklasków po dobrze wykonanej robocie. Może choć raz chciałem mieć widownię? Albo pokazać komuś, że w moim świecie nie chodzi jedynie o czysty zysk.

Zdała sobie sprawę, że to tylko słowa, bez znaczenia, bo coś musiał odpowiedzieć. W jakimś ludzkim odruchu podał jej na swój sposób rękę, zabierając z miejsca, gdzie wszystko miało się skończyć. Teraz nastąpiło ostateczne pożegnanie, bo tacy ludzie są zawsze samotnymi wilkami. Wyczuwała, że jakimś okruchem prawdy o nim była tęsknota… Nie za widownią, ale za kimś, komu się bezgranicznie ufa i pragnie mieć obok siebie. Tęsknota niemożliwa do spełnienia w jego świecie. A jej pozostanie wspomnienie.

Które potrwa bardzo krótko.

Bo nie spodziewała się, by Wiktor następnej nocy czekał na nią na moście…

Jednak stało się coś, co jeszcze do niej nie docierało, błąkało się dopiero gdzieś na skraju świadomości. Jak odległe, ledwie słyszalne, wycie samotnego wilka. Niestrudzonego łowcy. Niezależnego. Czujnego drapieżcy. Cierpliwego i ostrożnego. Któremu zaczynała zazdrościć wolności…

Rozdział I

Dni mijały, ale Anna miała wrażenie, że czas stanął w miejscu. W pracy dostała wolne na napisanie pracy doktorskiej i mogła ten swój urlop doktorancki podzielić na dowolne odcinki, w terminie określonym stosownymi przepisami. Byleby uzgadniała czas swojej nieobecności. W zasadzie i tak nikt nie wymagał od niej stałego pobytu w jakimś miejscu, po prostu miała robić to, czego od niej oczekiwano. Każdy wiedział, że rezultat nadejdzie… jutro albo za kilka dni. Lub za godzinę… albo wcale. Ale w tym zawodzie każdy miał tak samo, ona nie była jakimś wyjątkiem.

Tyle że teraz nie mogła się skupić ani na czynnościach zawodowych, ani na pracy naukowej.

Budziła się i zasypiała przygnieciona tym samym ciężarem, w tym samym szumie własnych myśli. Własne mieszkanie jawiło się jej jak obce, wręcz nieprzyjazne miejsce – jakieś okna z widokami, na których ani na moment nie chciało się zawiesić oka, ściany przyozdobione obrazkami bez gustu, niedopite szklanki, stosy nieposkładanych ubrań. A jednak czuła, że już nie jest tą samą kobietą, która kilka nocy temu stała na moście, gotowa na krok w ciemność. W obiecującą zapomnienie nicość. Teraz nawet w myślach nie używała dawnego imienia, wolała to nadane jej przez Wiktora.

Anna…

Tamta noc z nim u boku była jak wyrwa w rzeczywistości, jak przejście do innego wymiaru. Przypominała sobie każdy szczegół: miękki warkot silnika, zimny blask latarki, kurz unoszący się w opuszczonej willi. Strach pomieszany z dziwnym dreszczem nie do końca nazwanych, lecz prawdziwych emocji. A przede wszystkim – jego spojrzenie. Uparte, nieustępliwe, a zarazem dziwnie spokojne. Nie znała go, a przecież wydawało się, że wiedział o niej więcej, niż miałaby ochotę komukolwiek wyznać. Nawet swemu odbiciu w lustrze…

Na początku dominowały sprzeczne myśli. Że to koniec. Że już nigdy go nie spotka. A podświadomość robiła swoje, twierdząc, że nic nie jest niemożliwe. Życiem rządzi przypadek, jednak kiedy się już przydarzy, czasem może warto dać mu szansę ponownego zaistnienia?

Głupia ty, głupia, głupia…

Wieczorami nie mogła usiedzieć w mieszkaniu. Wychodziła, błąkała się po mieście bez celu, zawsze jednak kończąc w tym samym miejscu. Na moście. Tam, gdzie się poznali. Tam, gdzie rzeka płynęła w nieskończoność, a światło latarń odbijało się w wodzie, pulsując jak drżące serce.

Pierwszej nocy czekała długo, oparta o barierkę. Każdy szmer, nietypowy odgłos pośród miejskiego szumu, zdawał się zwiastować jego kroki. Ale nie przyszedł. Drugiej nocy też nie. Ani trzeciej. Myśl o przypadku, jaki niby to mógłby odmienić jej życie, wracała do niej jak szyderstwo. Drwina losu lubującego się w dawaniu złudnych nadziei.

A jednak nie mogła przestać. Coś w niej szeptało, że być może Wiktor gdzieś tam jest… Że patrzy, choć się nie pokazuje. Może naprawdę ją obserwował, z daleka, z bezpiecznej odległości. Nie wiadomo dlaczego. Lecz tamtej nocy zbliżył się i odezwał, też nie wiadomo dlaczego…

Myśl, że on gdzieś tu jest, początkowo gasła w niej szybko, odrzucana jako czysty obłęd. Ale wracała, gdy tylko Anna pojawiała się znowu na moście nocą. Myśl uparta, szalona, bezpodstawna. Niczym wiara hazardzisty w wygraną mimo wszystkich wcześniejszych porażek.

Pewnie jedynie sobie roiła, że Wiktor o niej nie zapomniał. Że przychodził ją obserwować. Lecz jeśli nawet tak było, to w końcu przestanie… Jak każdy dotąd, jak zawsze.

Jednak pragnęła się jakoś przekonać, zyskać pewność, zamiast karmić się domysłami podsuwanymi przez wyobraźnię. Bo jeśli jednak gdzieś tu był, to nie chciała istnieć tylko jako widz w jego grze. Nie chciała, by traktował ją jak chwilową ciekawostkę, którą można zostawić na brzegu i obserwować, czy utonie. A może samotny wilk po prostu czekał, aż to ona wykona jakiś krok? Wszak tamtej nocy odniosła wrażenie, iż było w nim coś feralnego, jakaś niespełniona tęsknota… Może on również czasami marzył o czymś… niespełnialnym. Dlatego zrobił, co zrobił. W najmniej spodziewanym momencie wyciągnął w jej stronę rękę. Pokazał jej kawałek swego świata i zniknął. Ale był w pobliżu i czekał, sam nie wiedząc na co… Więc teraz jej kolej.

I dlatego czwartej nocy nie poszła na most.

Zamiast tego ruszyła wąską, boczną ulicą, którą pamiętała sprzed kilku dni – wtedy, gdy wsiadali do jego samochodu. Wciąż miała przed oczami ten czarny, niepozorny pojazd, zaparkowany pośród innych, tkwiący w oczekiwaniu jak wierny cień swojego właściciela.

Teraz znów tam stał.

Zaparkowany w półmroku, zmatowiały od kurzu, cichy i beznadziejnie anonimowy. Ale Anna wiedziała, że nie jest zwykłym autem. To było jego narzędzie pracy. Również jego znak i fetysz. Czy pozostawiony w tym miejscu dla niej…? Nie zamierzała się łudzić, pewnie po prostu zawsze tam parkował. Samochód niezwracający uwagi, zapuszczony i sterany, przynamniej z zewnątrz, żaden łakomy kąsek dla złodziei. Więc w jego fachu idealny.

Ukryła się w cieniu pobliskiej kamienicy i czekała. Serce tłukło jej się w piersi, jakby zaraz miało wyrwać się na zewnątrz. Po raz pierwszy od dawna czuła coś, co nie było ani pustką, ani rezygnacją. Było napięciem. Bo Anna nie zamierzała być już tylko ofiarą losu.

Teraz to ona czekała… Hazardzistka licząca na wygraną, której nie zwiastowały żadne wcześniejsze doświadczenia.

Jeżeli Wiktor rzeczywiście obserwował ją z oddali, jeśli naprawdę wolał być samotnym wilkiem, to tej nocy miał poczuć na karku jej oddech.

Ukryta w cieniu wysokiej kamienicy, Anna nieświadomie wstrzymywała oddech. Wokół panowała cisza, tylko rzeka szemrała gdzieś w dole, a wiatr szarpał suchymi liśćmi po asfalcie. Minęła północ, potem kolejna godzina. Czas płynął tak wolno, jak w chińskiej torturze, odmierzany odgłosem spadających kropli wody. Kobieta miała już wrażenie, że czeka na własne złudzenie, gdy nagle usłyszała ciche kroki.

Powolne, pewne i jakby znajome.

Sylwetka wyłoniła się z mroku i zatrzymała przy samochodzie. Mężczyzna stał chwilę, jakby nasłuchiwał. Nie sięgnął od razu po klamkę. Objął spojrzeniem most, potem odwrócił głowę i rozejrzał się po bocznych ulicach.

Zamarła. Miała świadomość, że samotny wilk jest czujny, ostrożny i nieufny wobec ludzi. Wystarczy sekunda, jeden nerwowy ruch, a odkryje jej kryjówkę. I pewnie zniknie, tym razem już na zawsze.

Ale nie. Wiktor westchnął cicho, oparł się o maskę samochodu i zapalił papierosa. Anna stroniła od mężczyzn z nałogami, nie znosiła zapachu dymu tytoniowego. Jednak w tamtym momencie jej to nie przeszkadzało. Może to kwestia, jak coś się robi. Trzymanie rąk w kieszeniach też może wyglądać prostacko lub naturalnie. Blask żaru rozświetlił jego twarz na krótką chwilę. Był zamyślony, a może zmęczony, chociaż noc była zwykłą porą jego działania. Jego przyjaciółką. Jedyną…

Anna poczuła nagły impuls. Wyszła z cienia.

– Długo kazałeś mi czekać – powiedziała głosem niższym, niż zamierzała.

Wiktor drgnął, ale nie okazał zaskoczenia. Jedynie uniósł brwi i zmrużył oczy, jakby faktycznie spodziewał się, że prędzej czy później tu się pojawi. Lub po prostu dawno nauczył się spokojnie reagować na niespodziewane. Umiejętność niezbędna w jego fachu.

– A więc zmieniłaś zasady… – odparł spokojnie. – Brawo, niełatwo mnie zaskoczyć.

Podeszła bliżej, świadomie ignorując to, jak mocno bije jej serce. Zatrzymała się przed nim, tak blisko, że czuła zapach dymu i chłód metalu od samochodu.

– Powiedz mi coś. – Zmrużyła oczy. – Czy na tamten most przychodziłeś po mnie?

– Po ciebie? – powtórzył, jakby ważył sens słów. – A może tylko po siebie?

Zacisnęła dłonie w pięści.

– Obserwowałeś mnie z ukrycia? Sprawdzałeś, czy wrócę? Chciałeś mnie ratować, jeśli znów spróbuję? – Raptem zmienił się jej zaczepny ton, przechodząc w coś na kształt rezygnacji: – Byłeś za daleko… Nie zdążyłbyś przyjść mi z pomocą.

Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, ale nie odpowiedział od razu. Wypuścił dym, patrząc w bok.

– Ciekawa teoria – rzucił. – Ale nie jestem strażnikiem mostów. I wiedziałem, że nie skoczysz.

– Skąd miałbyś to wiedzieć? – Anna wydęła usta. Nie znosiła, kiedy ktoś uważał, iż lepiej od niej wie, co zamierzała uczynić.

– Umiem odczytywać mowę ciała. Nie nauczyłem się tego z podręczników ani na kursach pełnych bzdurnych teorii. Po prostu obserwuję ludzi uważniej niż inni. To potrzeba i nawyk… – Choć nie dokończył, Anna doskonale go zrozumiała. Zawodowi złodzieje, wróżbici i oszuści muszą wciąż dokonywać właściwej oceny ludzi, z którymi się stykają. – Przez większość czasu tkwiłaś tyłem do bariery mostu, opierając się o nią plecami, zaś wzrokiem błądziłaś po otoczeniu.

– Więc po co przychodziłeś? – Jej głos zabrzmiał ostrzej. – Samotne wilki nie wracają w to samo miejsce, nie czekają na nikogo. Chyba że…

Urwała. Jej własne słowa zawisły w powietrzu jak wyzwanie.

Wiktor zgasił papierosa o karoserię i wyrzucił niedopałek w ciemność. Dopiero wtedy spojrzał na nią, naprawdę spojrzał, bez maski obojętności.

– A skąd pomysł, że samotne wilki nie mają uczuć? – zapytał cicho. Potem odwrócił wzrok. – To tylko kwestia, czy potrafią się do nich przyznać.

– A ty? – wyszeptała. – Potrafisz?

Milczenie, które nastąpiło, było gęstsze niż mrok wokół. Wiktor nie ruszył się, ale jego spojrzenie zdradzało, że coś w nim pękło. Albo odwrotnie, że zamknął się w sobie, otaczając kokonem broniącym innym wstępu.

– Nie warto zadawać mi takich pytań. Może w ogóle nie ma na nie miejsca – powiedział w końcu. – Nie w moim świecie.

Po tych słowach odwrócił wzrok, sięgnął do kieszeni po kluczyki i odblokował drzwi samochodu. Metaliczny trzask brzmiał w tej ciszy jak sygnał – koniec rozmowy, początek czegoś nowego.

– Wsiadasz? – zapytał, jakby testował, ile jest warta jej determinacja. Uczyniła pierwszy krok, czy jest gotowa na następny?

Nie zawahała się. Otworzyła drzwi od strony pasażera i usiadła w znajomym, chłodnym wnętrzu. Silnik zamruczał, a noc za szybą rozmazywała się w świetle latarni. Samochód toczył się cicho, zostawiając most daleko za nimi. Kobieta wiedziała, że powinna spytać, dokąd jadą, ale tego nie uczyniła. Targał nią strach oraz ciekawość. Każdy stwierdziłby, że postępuje głupio i tego pożałuje. Jednak ona odczuwała to inaczej. Przynajmniej coś wreszcie działo się w jej życiu… Coś, co nie było zwykłym wyjściem do sklepu. Coś interesującego.

Jechali, Anna długo milczała, wpatrując się w ciemność. Czuła, jak z każdym kilometrem napięcie w niej nie maleje, lecz narasta. Bo wiedziała, że jeśli dziś nie powie czegoś głośno, to kolejnej szansy może już nie być. I tak dostała już więcej, niż miała prawo oczekiwać po samotnym wilku.

Zostanie most, na którym go więcej nie ujrzy.

– Wiktor… – odezwała się w końcu. – Nie chcę, żeby to skończyło się tamtą nocą.

Spojrzał na nią krótko, bez słów. Potem na powrót utkwił wzrok na drodze. Nie wiedziała, czy zmierzają do określonego celu, czy jedynie gdzieś tam przed siebie. A samotny wilk mógł być kimś zupełnie innym, niż szeptała jej intuicja. Która tyle razy ją zwiodła… Wiedziała, że psychopaci umieją genialnie się maskować, są przebiegłymi manipulatorami, lubującymi się w reżyserowaniu wytworów swej chorej wyobraźni, gdzie ich nieświadome niczego ofiary same zmierzają w stronę pułapki, będącej okrutnym zakończeniem spektaklu.

– Chcę, żebyś… – zawahała się, ale mimo nawiedzających ją myśli dokończyła – …żebyś przynajmniej od czasu do czasu pozwolił mi znowu zajrzeć do twojego świata.

Na twarzy Wiktora nie było widać zdziwienia. Niczego właściwie. I to nie tylko dlatego, że w pobłyskach świateł z zewnątrz widziała jedynie jego profil. Umiał skrywać uczucia, lecz wyczuwała jakby chłodny namysł. Przez długą chwilę prowadził samochód w milczeniu, jakby ważył, czy odpowiedź w ogóle jest potrzebna.

– Na pewno tego chcesz? – zapytał wreszcie głuchym tonem. Brzmiało w nim ostrzeżenie i niejasna groźba. Jakby zawodowemu pokerzyście, widzącemu, że gracz naprzeciwko stawia wszystko, co posiada, raptem zachciało się odejść od stołu. Z litości albo dlatego, iż nie lubił czytać nekrologów. – Bo to nie teatr. Nie ma widowni, nie ma oklasków. To już nie byłby spacer po ruinach, to nie gra w złudzenia. To przekroczenie granicy. A zza niej nie ma powrotu. Pragniesz mocnych wrażeń, to zajmij się alpinizmem. Jeśli zginiesz, przynajmniej postawią ci pomnik.

Jego słowa zawisły między nimi. Ciężkie, ostre. Do bólu szczere.

Anna spojrzała na niego, czując, jak krew pulsuje jej w skroniach. Jeszcze niedawno marzyła tylko o ciszy, o końcu. Teraz, paradoksalnie, po raz pierwszy od dawna naprawdę czuła, że żyje.

– Wiem – odparła cicho. – Ale i tak… wolę tę drogę niż tamten most.

Wiktor nie skomentował. Jego dłoń mocniej zacisnęła się na kierownicy, jakby to wystarczyło za odpowiedź. Samochód przyspieszył, a ciemność wciągała ich coraz głębiej, niczym zaproszenie i ostrzeżenie zarazem.

Wóz sunął niemal bezgłośnie przez opustoszałe ulice. Światła latarni rozcinały mrok ostrymi smugami, które natychmiast gasły za nimi, jakby miasto chciało wymazać ślad ich przejazdu. Anna czuła, że każde kolejne skrzyżowanie oddala ją od dawnego życia – tego, w którym jeszcze istniały poranki, rutyna, pozory normalności. Nie rozumiała własnych emocji, postępowała wbrew zdrowemu rozsądkowi i wszelkim obowiązującym normom. Bo… Bo tak i już. Może i oszalała. Ale skoro tak, cały świat może pocałować ją w tyłek.

Wiktor prowadził, nie odzywając się. Miał tę obojętną twarz, wręcz maskę, która bardziej niż słowa zdradzała, że w środku toczy się walka. Czasami jego spojrzenie na ułamek sekundy zbaczało ku niej – szybkie, ostre, jakby chciał upewnić się, że nie uciekła, że naprawdę siedzi obok. I naprawdę nie zmieniła zdania.

– Nie powinnaś tu być – powiedział nagle. – To nie jest droga dla ciebie.

– A jednak jadę – odpowiedziała bez zawahania. – I to nie ty o tym zadecydowałeś.

– Pytałem, czy wsiądziesz. Mogłaś i powinnaś odmówić. Większość kobiet by tak zrobiła, w każdym razie wszystkie, jakie w życiu poznałem.

– Póki nie spotkałeś mnie – odparła. – Powiesz mi, czemu nocami wracałeś na ten most?

Wiktor nie odpowiedział. Samochód przyspieszył, a Anna poczuła, że jej własne słowa odbijają się w niej jak echo, budząc zarazem lęk i dziwną ekscytację.

Wkrótce opuścili granice miasta. Asfalt zamienił się w szosę otoczoną ciemnym lasem. Nie było już latarni, tylko reflektory przecinające tunel nocy.

– Powiedz mi chociaż jedno – odezwała się Anna po dłuższej ciszy. – Gdybyś, obserwując mnie z dala, zorientował się, że naprawdę skoczę… zrobiłbyś coś?

Na ułamek sekundy jego dłoń drgnęła na kierownicy.

– A gdybyś poznała odpowiedź, spałabyś odtąd spokojniej? – rzucił.

– Nie wiem. – Spojrzała prosto w niego. – Ale przynajmniej wiedziałabym, z kim jadę.

Nie odpowiedział od razu. Samochód minął zakręt, a jego twarz przez chwilę rozświetlił blask reflektorów odbitych w znaku drogowym. W tych kilku sekundach Anna dostrzegła w jego spojrzeniu coś, co nie było ani obojętnością, ani zimną kalkulacją. Raczej ślad zmęczenia, którego nie chciał pokazać.

– Czasami… – zaczął, lecz przerwał i tylko mocniej wcisnął pedał gazu. – Czasami samotne wilki same nie wiedzą, dlaczego wyją.

Siedziała w milczeniu, czując, jak jej własny oddech przyspiesza. Ta noc była inna niż tamta poprzednia, a jednocześnie Anna czuła, że wciąż balansują na krawędzi. Tylko czego? Porozumienia? Rozstania? Zakończenia czegoś, co nie zdążyło się naprawdę zacząć?

Samochód mknął dalej, a napięcie między nimi nie słabło, lecz gęstniało. Na najbliższym rondzie Wiktor zawrócił. Kobieta pomyślała, że to właśnie jego odpowiedź.

Nagle zaczął mówić, miała wrażenie, iż nie tyle do niej, co do siebie.

– Kiedyś byłem inny, szanowałem prawo i obowiązujące normy. Tyle że bez wzajemności… Nie musisz wiedzieć więcej, nie chcę do tego wracać. Dość powiedzieć, że pewnej nocy stałem na peronie podmiejskiej stacji, przez który za moment miał się przetoczyć pociąg towarowy. Mogłem skoczyć pod lokomotywę albo między wagony, pewnie niewiele zdążyłbym poczuć i wszystko by się skończyło. I wtedy usłyszałem wycie wilka…

– Naprawdę? – Nie chciała mu przerywać, ale była tak zaskoczona, że nie wytrzymała. – Prawdziwego wilka?

– Nie, ono odezwało się w mojej głowie. Jak zew, któremu nie można się oprzeć. Coś jak objawienie… Rozumiesz?

– Chyba tak… – Anna nie zastanawiała się nad najwłaściwszą odpowiedzią, po prostu wyrzuciła z siebie to, co od paru dni jej samej tłukło się po głowie: – Dotarło do ciebie, że świat się na ciebie wypiął, a ty możesz postąpić wobec niego tak samo. Bo skończyć ze sobą zawsze zdążysz.

Skinął w milczeniu głową. Z uznaniem, bo w lot pojmowała to, czego nie mówił wprost.

– I tobie, Anno, wydaje się teraz, że doznałaś podobnego objawienia.

– Tylko wydaje mi się? – rzuciła chłodno. Nie chciała być traktowana jak dziecko, któremu ktoś starszy prostuje jakieś mylne mniemania. Bezrefleksyjnie, automatycznie, bo tak się po prostu postępuje z dziećmi. – Tak łatwo mnie oceniłeś i skreśliłeś?

– Uwierz mi, nie chcesz naprawdę przekonać się, co dzieje się w moim świecie. Nie dałabyś sobie w nim rady.

Raptem zdała sobie sprawę, że zbliżają się do miejsca, gdzie wsiadła do jego samochodu. Zaraz nastąpi koniec. Albo początek…

– Jest tylko jeden sposób, żeby przekonać się, czy dałabym sobie radę. Dasz mi tę szansę?

Wiktor zatrzymał samochód przy krawężniku i odblokował przyciskiem drzwiczki.

– W moim świecie nikt nikomu nie daje forów. – Zabębnił palcami w kierownicę. – Ale dobrze, znajdź mnie, a wtedy spróbujemy.

– Znaleźć cię?! – Anna odebrała to jako wyraźny sygnał, że została odprawiona. Odepchnięta po prostu. Mało subtelnie, ale zdecydowanie. – To jakaś próba czy kpina? Nic o tobie nie wiem, jak miałabym cię znaleźć?

– Pewnie sam bym tego nie potrafił.

– Jesteś żałosną kreaturą zapatrzoną w siebie! – Chwyciła klamkę i otworzyła drzwiczki.

– Być może – rzucił obojętnym tonem, zupełnie nieprzejęty jej wybuchem. – Ale propozycja pozostaje w mocy. Znajdź mnie. To więcej, niż zaproponowałem komukolwiek. Jeśli to potrafisz, to może nie zginiesz w moim świecie. – Niespodziewanie chwycił jej ramię i przytrzymał. – Tylko pamiętaj, potem będzie trudniej, nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo. I to wcale nie z powodów, jakie właśnie przychodzą ci do głowy…

Anna wysiadła i mocno trzasnęła drzwiczkami. To koniec, nie chciała prosić i tym samym dawać mu satysfakcji. Zwykły kabotyn, kolejny dupek, jaki pojawiał się w jej życiu. Szła przed siebie, nie wiedząc dokąd. Czy to się musi zawsze tak kończyć, czemu faceci chcą tylko jednego?

Tyle że Wiktor niczego od niej nie chciał. Chociaż mógł dostać wszystko albo… sam sobie to wziąć. Nic by mu nie przeszkodziło. Anna ochłonęła już nieco i przypomniała sobie moment, kiedy chwycił jej ramię i ostrzegł przed czymś, co miało się dziać, jeśli go znajdzie.

Jeśli… Jeśli! – To słowo było najważniejsze. Stanowiło klucz do drzwi, które tak pragnęła otworzyć, nie licząc się z konsekwencjami.

On naprawdę zakładał taką możliwość. Więc chyba jednak nie traktował jej jak ostatniej mimozy, zagubionej i ostatecznie przegranej…

Całe jego zachowanie świadczyło, że dostrzegł w niej coś więcej. Czego być może sama nie była świadoma… „Znajdź mnie. To więcej, niż zaproponowałem komukolwiek”. Coś jej szeptało, iż gdyby wyzwanie było naprawdę niewykonalne, to by go jej nie rzucał. To był test. Zaproszenie. Pułapka i szansa jednocześnie.

On chyba naprawdę chciał, żeby się jej udało.

Redakcja

Agnieszka Czapczyk

 

Korekta

Dorota Honek-Sac

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Maria Ulatowska, Jacek Skowroński, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384303009

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział I

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści