39,99 zł
Pełna magii literatura, w której przenika się wiejski folklor i codzienność blokowisk.
Kobieta przechowująca w meblościance ukochane kości, zwierzęta jeżdżące na pastwisko trolejbusem i codzienność miejskich osiedli. Klimatyczna, powieść o dojrzewaniu i miłości, o wierności i przesądach, w której wszystko dzieje się w czasie nieokreślonym i nierzeczywistym. Narodziny i śmierć celebrowane są w łaźni znajdującej się w piwnicy bloku, a nad jego mieszkańcami czuwa Macierz, powierniczka i najwyższy autorytet. Na klatkach schodowych obok skrzynek na listy wypiekany jest chleb, odbywają się obrzędy i dokonują cuda. Anna z czułością strzeże w mieszkaniu swej największej tajemnicy.
Ukochane kości przywodzą na myśl płótno tkane z najważniejszych wydarzeń, uczuć, wspomnień, przebłysków czarnego humoru i szorstkiego języka. Powieść przeplata codzienność urastającą do rangi mitu i sacrum z prozą życia, nadając znaczenie miejscom i przedmiotom.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 229
Urodziłam się jesienią, w czwartkowy wieczór, w łaźni, w piwnicy czteropiętrowego bloku, jak wszystkie dzieci w Poszyłajciach. Z tej okazji Wanda na klatce schodowej, obok skrzynek na listy, zabiła chochlą czarną kurę i ugotowała na piecu chlebowym garnek rosołu. Ojciec, który wrócił ze swojej zmiany, sąsiedzi, którzy przyszli z pracy – wszyscy już wiedzieli, już było poruszenie, bo nie mogli jak zwykle wychłostać się rózgami i wykąpać, nawet rusałkom nikt tamtej nocy nie zostawił mydła ani gorącej wody, były ważniejsze sprawy.
Macierz rozczesuje mi włosy i opowiada, powtarza tę historię zawsze od początku. Słucham, wyobrażam sobie swoją matkę, bladą jak chusta, pytam, jaką miała skórę, jaki zapach, a Macierz głaska mnie po głowie, uśmiecha się, spójrz na siebie, mówi, cała została w tobie. Ojciec też tak mówi. Codziennie, wyśmiewany przez innych facetów, nosi mnie na barana, wozi trolejbusem, posadziwszy przy fotelu kierowcy. Mówi, że nigdy mnie nie opuści, mówi, że mama mu się śni i wtedy oboje się cieszą, tańczą, śpiewają o swoim bąbelku – o mnie. Jesteś cudem, mówi mi ojciec.
Macierz kładzie kosmyk na kosmyku, naciąga, zaplata. Słucham, ani pisnę. Jeszcze, jeszcze opowiedz, proszę. I opowiada dalej, jak mama bladła i mdlała, a Wanda, wtedy jeszcze dziewczyneczka, płakała z żalu nad kurą, Macierz ją pospieszała, groziła, że nie ma innego sposobu, żeby oddać cześć Łajmie, tylko taki. Może za późno tę kurę zabiła, może nie tak, jak ją uczyli, może nie chochlą, może wystraszyła się i pomyliła wszystko, nie uratowała mamy, pytam, czy na pewno zrobiła wszystko jak trzeba. Macierz mówi, że teraz to już nieważne. Wanda pierwszy raz tę zupę gotowała, potem już umiała, wiedziała jak, dla wszystkich matek szykowała, dla wszystkich, które rodziły po mojej mamie. Zawsze warzyła ją na tym samym piecu chlebowym, na parterze, tuż przy wejściu do bloku. Przesiadujemy tam zimą, gdy kobiety pieką chleb, a wtedy sąsiedzi schodzili i wchodzili po schodach, co chwila któryś przyłaził w samej koszuli, z ręcznikiem, bo nie słyszał, że to wyjątkowy wieczór, że do łaźni nie wolno. Deptali po rozesłanych od drzwi naszego mieszkania, przez cztery piętra, do samej łaźni, gałązkach chmielu i ziołach. Wciąż myślę, że gdybym nie urodziła się w czwartek, tylko w inny dzień, w godzinach pracy, kiedy wszyscy są poza domem, to nie deptaliby ziół, nie rozgniewaliby Łajmy i może mama jeszcze by żyła.
Macierz wstaje, ciężkim krokiem podchodzi do pieca, sama jest taka podobna do bochna chleba, nie rozróżnisz, gdzie pod lekkim ubraniem kończą się wielkie, nabrzmiałe piersi, a gdzie zaczyna się brzuch. Tylko w łaźni możesz zobaczyć, ile warstw skóry i mięsa leży jedna na drugiej, ile fałd. Trudno sobie wyobrazić, że w głębi kryje się jeszcze szkielet, kości, i może nawet drobne kosteczki, kto wie, choć tak naprawdę powinny być z żelaza, żeby utrzymać takie ciało. Inne kobiety, kiedy ją myją, zachwycają się, chwalą. Piersi wiecznie, bez końca pełne są mleka, maluszki ciągle je ssą, biegną do niej w łaźni, wyczuwszy zapach.
Macierz znów napręża mi włosy, mocny musi być warkocz, takie szczęśliwe dziecko z ciebie, mówi, nie myśl już więcej, noś wspomnienie matki i sobie bądź.
Siedzę na klatce schodowej, zaczaiłam się, żeby zobaczyć, jacy ludzie się wprowadzili, czy będą zwierzęta, może nawet dzieci? Chłopiec, ledwie mnie ujrzał, pokazuje zęby w uśmiechu, w policzkach robią mu się dołeczki, jestem Lukas, mówi. Lukas i mama, nikogo więcej. Ładny taki, brązowy od słońca, z chudymi nogami, jak konik polny.
Wieczorem spotykamy się w łaźni w naszej piwnicy. Wstydzę się, Lukas powinien iść z mężczyznami, ale matka jest sama, więc zabiera go ze sobą. Później będzie puszczała samego, jak już się zapozna, oswoi, ale teraz ciągnie synka za rękę, namydla go, każe nie strzelać oczami, patrzeć na podłogę.
Siedzę w piwnicy, z rękami splecionymi na kolanach, ze złączonymi nogami, żeby nic nie prześwitywało, chwytam spojrzenie Lukasa. Akurat, będzie patrzył w podłogę, kiedy wokół dyndają piersi, kołyszą się tyłki. Namydla się w kącie i ciągle zerka. Matka ciągnie go za ucho, krzyczy i wygania owiniętego w ręcznik. Opłucz się na podwórku przy studni! Potem oboje wejdą na pierwsze piętro, do nowego mieszkania, rzeczy jeszcze niewypakowane, tyle tobołków zostawili na klatce schodowej. Staję na palcach i przez okienko w piwnicy patrzę na podwórze. Chłopiec wynurza się zza samochodów, już jest przy studni, włazi do poidła dla zwierząt, zrzuca z siebie ręcznik i oblewa się lodowatą wodą. Głowę daję, że sąsiedzi z innych klatek też gapią się przez okna i z balkonów, wszyscy są ciekawi nowych lokatorów. Lukas ma to gdzieś, ręcznik zostaje w ręku, a on goły, jak go Pan Bóg stworzył, przemaszerowuje mi przed nosem za szybą. Przy wejściu wita się jeszcze z sąsiadami przyprowadzającymi krowę z pastwiska i znika w sieni.
Moje gniazdo jest w trolejbusie ojca. Odkąd siebie pamiętam, ciągle tam siedzę. Nazwy przystanków kojarzą mi się z wakacjami, z okropnymi ulewami po lekcjach, ze spieszeniem się na Wigilię, gdy boczne lusterka już zaślepił śnieg. Pod dachem kabiny kołysze się upleciony przez matkę słomiany ogród, legowisko mam wymoszczone śmierdzącą zwierzem futrzaną kamizelką ojca. Zanim się urodziłam, nie kierował trolejbusem, sprzedawał bilety pasażerom. Kiedy został ze mną sam, z takim małym robaczkiem, poradził się Macierzy, a może sama mu stanowczo przykazała, że dziecko trzeba trzymać blisko siebie. I właśnie wtedy postanowił zostać kierowcą. Dostałam gniazdo tam, gdzie zwykle siedzi kontroler biletów lub czekający na swoją zmianę szofer. Inni kierowcy patrzyli krzywo na ten pomysł ojca, taki bąk może nacisnąć coś niepotrzebnie, może rozpraszać, ale ostatnie słowo należy do Macierzy, a i bez tego ojciec niósłby mnie na grzbiecie choćby na koniec świata. Dla niego wychowywać córkę za kierownicą to była pestka i sama radość. Siedziałam tam spokojnie i rosłam, Macierz tak mu właśnie zapowiadała, mówiła, że taka będę. A czemuż by inaczej, liczę przystanki, widoki przed oczami się zmieniają, więc się nie nudzę. Moja pamięć pełna jest chodników, łąk, obok których przechodzą przewody trakcyjne, fabryk, osiedli mieszkaniowych, smutnych czteropiętrowych bloków stojących oddzielnie.
Pasażerów oboje znamy na pamięć. Witamy się, zażartujemy, pogadamy. Wszyscy lubią siódemkę ojca i mnie – pyzę z dużymi oczami siedzącą obok kierowcy. Ciągle dostaję słodycze albo słoninę do ssania, do żucia, ciągle ktoś wciska nam siatki marchwi i ziemniaków, biały ser, dopiero co odciśnięty, mówią kobiety, bardzo smaczny, a jeśli jeszcze z koziego mleka, to już nie tylko jedzenie, to prawdziwe lekarstwo dla rosnącej córeczki, niech pan jej daje. Tobołkom z ubraniami, z których ktoś wyrósł, nie ma końca – ja rosnę i one rosną – chcemy czy nie, zawsze pojawiają się na jakimś przystanku.
Ojciec swoje zmiany dopasowuje do mojej poobiedniej drzemki, później – do planu lekcji, zmienił nawet trasę, ważne, żeby przewody trakcyjne zawsze prowadziły w moją stronę. Wszyscy go lubią, bo jako jedyny pozwala – jeśli ktoś potrzebuje – przez kilka przystanków przewieźć też zwierzę, choć to surowo wzbronione. Pastuszkowie mogą wypasać tylko na pobliskich łąkach, tam gdzie mieszkają gospodarze, a starcy i kobiecinki, które chowają po jednej kozie, też pasą tylko obok swoich balkonów i placów zabaw, nie dalej. A przecież różnie bywa. Deszcz kogoś złapie już w trakcie zaganiania z pastwiska albo wyjdzie człowiek dalej i sił mu zabraknie, żeby przygnać z powrotem, czasem pasterze mitrężą zajęci zabawą, więc ojciec staje, gwiżdże, żeby szybko wsiadali, nie rzucając się w oczy, uspokaja, jeżeli jakiś niezadowolony pasażer zaczyna się pieklić albo ryczeć głośniej niż zwierzęta.
Raz jechała z nami krowa, późnym wieczorem, kiedy raczej nie miał już kto jej zobaczyć. Wylazłam ze swojego gniazda, gładziłam mokry pysk. Pasterka natryskała mi do garnuszka mleka zalatującego krowim wymieniem, ciepłego. Nie bardzo takie lubię, ale wtedy, umościwszy się na końcu trolejbusu, wypiłam do dna i zaraz usnęłam wyciągnięta na wszystkich fotelach.
W mojej klatce w bloku mam tylko Lukasa – to dom starych ludzi, młodsi zbudowali sobie obok jedenastopiętrowy wieżowiec z windą, wyprowadziły się wszystkie rodziny z maluchami. Mój ojciec został, a mama Lukasa, gdy w bloku zrobiło się luźniej, wzięła to dwupokojowe mieszkanko.
Ciągle drażnimy zwierzęta z nowego wieżowca, wieczorem stoimy pod balkonami i beczymy do nich. Wciąż są wśród nich takie, co się jeszcze nie przyzwyczaiły, patrzą znieruchomiałe, włażą z powrotem do pokojów, nawet latem, a po wypasie ciągle wracają do naszego poidła, żeby się napić. Choć w miarę upływu czasu przybywa spokojnych młodych, urodzonych już w nowym domu.
Kocham Lukasa, nie da się go nie kochać, on też mnie kocha, ale nie rozmawiamy o tym, marzymy oboje o naszych przyszłych narzeczonych, naradzamy się, jacy mogliby być, jacy będą, tylko na razie pożyczyliśmy sobie siebie nawzajem. Czasem mówi do mnie: Aneczek, nie gniewasz się; uśmiecha się, i te jego rowki w policzkach, te dołeczki, takie słodkie, chyba mogłabym go kochać nawet do końca życia.
Lukas jest wyjątkowy, to oczywiste, także z powodu naleśników, słonych naleśników Lukasa. Te naleśniki smaży jego matka, ale mówi, że syn nimi leczy, tylko w jaki sposób i dlaczego – tego nie zdradza. Są tacy, co myślą, że matka uprawia czary, inni mówią, że wypowiada nad nimi zaklęcia, może nawet sam Lukas, ale kogo to obchodzi, najważniejsze, że naleśniki od razu zbijają gorączkę, ból głowy, wymiatają pasożyty z brzucha, ratują, gdy nikt już nie wie, czego się chwycić, wystarczy po prostu je zjeść. Zawsze ustawia się kolejka czekających, proszących o nie, całe wieczory po pracy mama Lukasa krząta się w kuchni, miesza ciasto, smaży i smaży. Żeby Lukas mieszał albo szeptał jakieś zaklęcia, nie widziałam, jednak matka mówi, że całe leczenie idzie od syna. Ona tak mówi, a ja nigdy Lukasa o to nie pytałam.
Jest długa przerwa, stoję na przystanku trolejbusowym, czekam na ojca, który zrobił już dzisiaj parę kursów. Wysiadając rano, zapomniałam kanapek, sprawdzam rozkład jazdy, akurat jest niedaleko, zaraz będzie przejeżdżać koło szkoły, zanim powiedzą nazwę przystanku, wskoczę i wezmę kanapki.
Siąpi deszcz, pierwszaki na podwórku szkolnym ganiają w kółko, bez żadnego celu, biegają i krzyczą na całe gardło, łapią je i drażnią chłopaki ze starszych klas, ot tak, z nudów. Za płotem widać pusty Dom Pastuszków, dom z odrębnymi wejściami, podzielony nie na klasy, lecz na pokoje rodzinne, na bandy nieprawdziwych braci i sióstr. Skąd się te dzieci biorą, tego dokładnie nie wiem, są takie, co pamiętają rodziców, inne zostały porzucone zaraz po narodzinach, ojciec mówił, że przywożą je tam pielęgniarki ze szpitala, najpierw do części dla maluszków, a potem, jak już podrosną, dzielą je na grupy, żeby łatwiej było się nimi zajmować. Każda ma swojego Bacę, gospodynię i nianię, tworzy się jakby rodzina. Że zamiast rodziców mają Bacę i gospodynię, to chyba nie jest zbyt fajne, ale poza tym pastuszkowie to dzieci szczęścia. Uczą się tylko kilka miesięcy w roku, w zimie, przez resztę czasu wypasają na okolicznych łąkach krowy i owce z sąsiednich bloków. W zimie dołączają do naszych klas i ta ich nauka jest śmieszna – nauczyciele cieszą się, jeżeli sklecą jakieś zdanie, piszą choć trochę czytelnie, jeśli czasem sobie przypomną i postawią ogonek przy „ę”. Jak przypadkowo trafią, to już im biją brawo na stojąco, ósmoklasistom!
Teraz ani jednego nie ma na podwórku, zostało jeszcze kilka tygodni wypasania, więc brodzą gdzieś w deszczu po łąkach, ale już niedługo się przemieszamy. Na początku ciężko jest się dogadać z nowymi w klasie, nauczyciele od razu oznajmiają, że będą karać za bójki i tak dalej. W końcu przyzwyczajamy się do siebie, może nawet zaczynamy się kumplować, ale przychodzi wiosna i koniec, możemy ich pocałować gdzieś, pędzą na pastwiska, i tyle ich widzieliśmy. Ja też miałabym wszystko w nosie, gdybym zamiast rozwiązywać równania matematyczne, mogła grzać sobie nogi w krowich plackach.
Chichramy się z Lukasem w jego pokoju, matka poszła do sąsiadek. Pijemy kwaśne piwo od starego Martynasa, on czasem nam nalewa do plastikowej butelki i pozwala zabrać ze sobą, pod warunkiem że nikomu nie powiemy. Lukasa to piwo chyba w ogóle nie bierze, a mnie – szybko, ale w końcu oboje się zataczamy, pewnie od głupawki, i jeszcze dlatego, że to taka wielka tajemnica.
Chciwie na zmianę pociągamy z butelki, śpieszymy się, żeby skończyć. Chce mi się siusiu, mówię, on mówi, mnie też, chodźmy razem, kto pierwszy? W twoim domu kibel jest męski czy damski, rechoczemy, łazienka jest wspólna, i męska, i damska, razem możemy iść, komu się bardziej chce. Już nie wytrzymujemy, tyle piwa w brzuchach, chodźmy razem, Lukas się uśmiecha, a ja z tego wariactwa się zgadzam. Tylko, mówię, nie zapalajmy światła, dobrze, nie będziemy zapalać, mówi, ty możesz pierwsza, a ja tu obok, mnie wszystko jedno. Dobrze, siadam po ciemku, sikam, słyszę, on też, tylko nie kapuję do czego, odgłos jest głuchy, jakby do plastikowej butelki ciurkało. Wołam w ciemności, że ja już, już zrobiłam, on odpowiada, że też, oboje parskamy śmiechem, ale jesteśmy odważni, ale głupota, łaskocze w brzuchu na samą myśl – on goły i ja bez majtek, blisko siebie, ale nic nie widzimy, tylko się domyślamy, a od tego też pojawiają się wypieki na twarzy.
Po omacku znajduję kran, odkręcam wodę, zapala się światło, Lukas włącza. Podchodzi, myje ręce zadowolony, dołeczki w policzkach. Spostrzegam w kącie plastikowy pojemnik, pełen, już prawie się przelewa. Ile tam tego nawalone i po co, jeśli obok jest sracz?
Lukas chwyta moje spojrzenie, wzrusza ramionami, chichocze, Aneczek, powiem ci, ale nikomu ani słowa, przysięgnij na zęby, na wszystkie, co do jednego, powypadają, jak się wygadasz. Wycieram ręce, przyrzekam, co mi tam, żeby tylko powiedział. Te moje słone naleśniki, mówi, matka dodaje do nich tego, pokazuje ręką na pojemnik ze szczynami, to ten mój cud, ty się nie śmiej, mówię ci, działa, nie zaprzeczysz, jak byłem mały, matka raz spróbowała wypić, gdzieś o tym przeczytała, i się wyleczyła, a przedtem nie wstawała z łóżka, później zaczęła dawać też innym, z początku tylko swoim, dopóki nie stwierdziła, że nie można żałować, to przecież dar bogów, musimy się dzielić, podrosłem, sam nie wiem, śmierdziało już strasznie, więc żeby się nie wydało, matka zaczęła smażyć naleśniki, na słono, i już, wszystkim wychodzi na dobre.
Wytrzeszczam oczy, na podniebieniu czuję posmak, który wcale mi się nie podoba. Ojciec nie raz się tak leczył i wyzdrowiał, nie mam komu się poskarżyć, przysięgłam na wszystkie zęby, w dodatku Lukasowi, więc będę milczeć po grób. Anno, mówi, nie krzyw się, przecież działa, kiwam głową, śmieję się, trochę sztucznie, i wychodzimy z łazienki.
Siedzę z ojcem na balkonie, palimy. Dziś przyniosłam ze szkoły dwa papierosy, wymieniłam się z pastuszkami na butelkę lemoniady, którą dał mi ojciec, a jemu wcisnęła ją babcia Luba na przystanku Jabłoniowa, cukier jest potrzebny, powiedziała, dla rozwijającego się organizmu, córce daj, dziewczynka będzie miała siłę, wiesz, te wszystkie sprawy kobiece, więc ojciec nie dyskutował, wziął. Nie sądzę, żeby mi brakowało cukru, a pastuszkowie aż się trzęsą na widok kolorowej etykiety, no to się wymieniliśmy i przyniosłam fajki do domu.
Ojciec mówił kiedyś, że jeśli będę chciała spróbować, to najlepiej z nim, w domu. Wielkie mi rzeczy, nie powiem, żebym nigdy nie próbowała, zaciągaliśmy się z Lukasem, ale lemoniadę dostałam od ojca, papierosy są akurat dwa, wieczór wolny, Lukas z matką wyjechali, więc zaproponowałam, spróbujmy, tak jak mówiłeś.
Ojciec pokazuje, jak wciągać do płuc, połykam dym, nie krztuszę się, nic mi nie jest, zaniepokojony patrzy na mnie, mówi, tylko nie zaczynaj, bardzo ciężko jest rzucić, za każdym razem jak rzucałem, męczyłem się strasznie. Wrzynają nam się w boki sznury do bielizny, ojciec opiera się plecami o wieko trumny, myślę sobie, że to dość śmieszny widok – ojciec z papierosem przy własnej trumnie, nie zauważam tego, kiedy rozwieszam pranie, ale teraz widzę i tak sobie pomyślałam.
Odkąd pamiętam, ona tu stoi, spokojnie czeka, zagradzając wyjście ewakuacyjne przez balkon, zimą czasem ładujemy do niej jabłka, żeby nie zmarzły. Tatku, pytam, dlaczego my tę trumnę trzymamy na balkonie, wiem, że zbił ją sobie zaraz po śmierci mamy, mówił mi. Czy bałeś się wtedy, że umrzesz, pytam, on się uśmiecha, mówi, ty przyszłaś na świat, mama odeszła, ciągle myślałem, jak ten okruszek mnie pochowa, gdyby było trzeba, ile to kłopotu dla wszystkich, lepiej samemu się przygotować, na wszelki wypadek. Strząsam popiół z papierosa, spada na kapeć. Najgorzej to zapomnieć, że nadejdzie koniec, mówi, żyć jak głupiec, a potem wyciągnąć kopyta, to jest naprawdę straszne, więc ja nie zapominam, postawiłem tu ją sobie ładnie na balkonie, teraz wypadałoby sprawdzić, czy się jeszcze zmieszczę wszerz. Oboje wybuchamy śmiechem, ojciec gasi niedopałek na wieku trumny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginału: Mylimi kaulai
Text copyright © Kotryna Zylė
Originally published in Lithuania in 2024 by Aukso žuvys, Vilnius, Lithuania Publication made in arrangement with the Book Smugglers Agency
All rights reserved
Copyright © for the Polish translation by Izabela Korybut-Daszkiewicz, Poznań 2025
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2025
Publikacja finansowana przez:
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redakcja: Katarzyna Raźniewska
Projekt okładki: Kotryna Zylė
Ilustracje © Bernardas Burba
Wydanie I e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Ukochane kości, wyd. I, Poznań 2026)
ISBN 978-83-8338-565-5
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
