Ukochane kości - Kotryna Zyle - ebook + audiobook + książka

Ukochane kości ebook

Kotryna Zyle

0,0
39,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Pełna magii literatura, w której przenika się wiejski folklor i codzienność blokowisk.

Kobieta przechowująca w meblościance ukochane kości, zwierzęta jeżdżące na pastwisko trolejbusem i codzienność miejskich osiedli. Klimatyczna, powieść o dojrzewaniu i miłości, o wierności i przesądach, w której wszystko dzieje się w czasie nieokreślonym i nierzeczywistym. Narodziny i śmierć celebrowane są w łaźni znajdującej się w piwnicy bloku, a nad jego mieszkańcami czuwa Macierz, powierniczka i najwyższy autorytet. Na klatkach schodowych obok skrzynek na listy wypiekany jest chleb, odbywają się obrzędy i dokonują cuda. Anna z czułością strzeże w mieszkaniu swej największej tajemnicy.

Ukochane kości przywodzą na myśl płótno tkane z najważniejszych wydarzeń, uczuć, wspomnień, przebłysków czarnego humoru i szorstkiego języka. Powieść przeplata codzienność urastającą do rangi mitu i sacrum z prozą życia, nadając znaczenie miejscom i przedmiotom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 229

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



***

Macierz. Narodziny Anny. Wrzesień

Uro­dzi­łam się jesie­nią, w czwart­kowy wie­czór, w łaźni, w piw­nicy czte­ro­pię­tro­wego bloku, jak wszyst­kie dzieci w Poszy­łaj­ciach. Z tej oka­zji Wanda na klatce scho­do­wej, obok skrzy­nek na listy, zabiła cho­chlą czarną kurę i ugo­to­wała na piecu chle­bo­wym gar­nek rosołu. Ojciec, który wró­cił ze swo­jej zmiany, sąsie­dzi, któ­rzy przy­szli z pracy – wszy­scy już wie­dzieli, już było poru­sze­nie, bo nie mogli jak zwy­kle wychło­stać się rózgami i wyką­pać, nawet rusał­kom nikt tam­tej nocy nie zosta­wił mydła ani gorą­cej wody, były waż­niej­sze sprawy.

Macierz roz­cze­suje mi włosy i opo­wiada, powta­rza tę histo­rię zawsze od początku. Słu­cham, wyobra­żam sobie swoją matkę, bladą jak chu­sta, pytam, jaką miała skórę, jaki zapach, a Macierz gła­ska mnie po gło­wie, uśmie­cha się, spójrz na sie­bie, mówi, cała została w tobie. Ojciec też tak mówi. Codzien­nie, wyśmie­wany przez innych face­tów, nosi mnie na barana, wozi tro­lej­bu­sem, posa­dziw­szy przy fotelu kie­rowcy. Mówi, że ni­gdy mnie nie opu­ści, mówi, że mama mu się śni i wtedy oboje się cie­szą, tań­czą, śpie­wają o swoim bąbelku – o mnie. Jesteś cudem, mówi mi ojciec.

Macierz kła­dzie kosmyk na kosmyku, naciąga, zaplata. Słu­cham, ani pisnę. Jesz­cze, jesz­cze opo­wiedz, pro­szę. I opo­wiada dalej, jak mama bla­dła i mdlała, a Wanda, wtedy jesz­cze dziew­czy­neczka, pła­kała z żalu nad kurą, Macierz ją pospie­szała, gro­ziła, że nie ma innego spo­sobu, żeby oddać cześć Łaj­mie, tylko taki. Może za późno tę kurę zabiła, może nie tak, jak ją uczyli, może nie cho­chlą, może wystra­szyła się i pomy­liła wszystko, nie ura­to­wała mamy, pytam, czy na pewno zro­biła wszystko jak trzeba. Macierz mówi, że teraz to już nie­ważne. Wanda pierw­szy raz tę zupę goto­wała, potem już umiała, wie­działa jak, dla wszyst­kich matek szy­ko­wała, dla wszyst­kich, które rodziły po mojej mamie. Zawsze warzyła ją na tym samym piecu chle­bo­wym, na par­te­rze, tuż przy wej­ściu do bloku. Prze­sia­du­jemy tam zimą, gdy kobiety pieką chleb, a wtedy sąsie­dzi scho­dzili i wcho­dzili po scho­dach, co chwila któ­ryś przy­ła­ził w samej koszuli, z ręcz­ni­kiem, bo nie sły­szał, że to wyjąt­kowy wie­czór, że do łaźni nie wolno. Dep­tali po roze­sła­nych od drzwi naszego miesz­ka­nia, przez cztery pię­tra, do samej łaźni, gałąz­kach chmielu i zio­łach. Wciąż myślę, że gdy­bym nie uro­dziła się w czwar­tek, tylko w inny dzień, w godzi­nach pracy, kiedy wszy­scy są poza domem, to nie dep­ta­liby ziół, nie roz­gnie­wa­liby Łajmy i może mama jesz­cze by żyła.

Macierz wstaje, cięż­kim kro­kiem pod­cho­dzi do pieca, sama jest taka podobna do bochna chleba, nie roz­róż­nisz, gdzie pod lek­kim ubra­niem koń­czą się wiel­kie, nabrzmiałe piersi, a gdzie zaczyna się brzuch. Tylko w łaźni możesz zoba­czyć, ile warstw skóry i mięsa leży jedna na dru­giej, ile fałd. Trudno sobie wyobra­zić, że w głębi kryje się jesz­cze szkie­let, kości, i może nawet drobne kosteczki, kto wie, choć tak naprawdę powinny być z żelaza, żeby utrzy­mać takie ciało. Inne kobiety, kiedy ją myją, zachwy­cają się, chwalą. Piersi wiecz­nie, bez końca pełne są mleka, maluszki cią­gle je ssą, bie­gną do niej w łaźni, wyczuw­szy zapach.

Macierz znów napręża mi włosy, mocny musi być war­kocz, takie szczę­śliwe dziecko z cie­bie, mówi, nie myśl już wię­cej, noś wspo­mnie­nie matki i sobie bądź.

Święty. Anna ma 9 lat. Lipiec

Sie­dzę na klatce scho­do­wej, zacza­iłam się, żeby zoba­czyć, jacy ludzie się wpro­wa­dzili, czy będą zwie­rzęta, może nawet dzieci? Chło­piec, led­wie mnie ujrzał, poka­zuje zęby w uśmie­chu, w policz­kach robią mu się dołeczki, jestem Lukas, mówi. Lukas i mama, nikogo wię­cej. Ładny taki, brą­zowy od słońca, z chu­dymi nogami, jak konik polny.

Wie­czo­rem spo­ty­kamy się w łaźni w naszej piw­nicy. Wsty­dzę się, Lukas powi­nien iść z męż­czy­znami, ale matka jest sama, więc zabiera go ze sobą. Póź­niej będzie pusz­czała samego, jak już się zapo­zna, oswoi, ale teraz cią­gnie synka za rękę, namy­dla go, każe nie strze­lać oczami, patrzeć na pod­łogę.

Sie­dzę w piw­nicy, z rękami sple­cio­nymi na kola­nach, ze złą­czo­nymi nogami, żeby nic nie prze­świ­ty­wało, chwy­tam spoj­rze­nie Lukasa. Aku­rat, będzie patrzył w pod­łogę, kiedy wokół dyn­dają piersi, koły­szą się tyłki. Namy­dla się w kącie i cią­gle zerka. Matka cią­gnie go za ucho, krzy­czy i wyga­nia owi­nię­tego w ręcz­nik. Opłucz się na podwórku przy studni! Potem oboje wejdą na pierw­sze pię­tro, do nowego miesz­ka­nia, rze­czy jesz­cze nie­wy­pa­ko­wane, tyle toboł­ków zosta­wili na klatce scho­do­wej. Staję na pal­cach i przez okienko w piw­nicy patrzę na podwó­rze. Chło­piec wynu­rza się zza samo­cho­dów, już jest przy studni, włazi do poidła dla zwie­rząt, zrzuca z sie­bie ręcz­nik i oblewa się lodo­watą wodą. Głowę daję, że sąsie­dzi z innych kla­tek też gapią się przez okna i z bal­ko­nów, wszy­scy są cie­kawi nowych loka­to­rów. Lukas ma to gdzieś, ręcz­nik zostaje w ręku, a on goły, jak go Pan Bóg stwo­rzył, prze­ma­sze­ro­wuje mi przed nosem za szybą. Przy wej­ściu wita się jesz­cze z sąsia­dami przy­pro­wa­dza­ją­cymi krowę z pastwi­ska i znika w sieni.

Ojciec. Dzieciństwo Anny

Moje gniazdo jest w tro­lej­bu­sie ojca. Odkąd sie­bie pamię­tam, cią­gle tam sie­dzę. Nazwy przy­stan­ków koja­rzą mi się z waka­cjami, z okrop­nymi ule­wami po lek­cjach, ze spie­sze­niem się na Wigi­lię, gdy boczne lusterka już zaśle­pił śnieg. Pod dachem kabiny koły­sze się uple­ciony przez matkę sło­miany ogród, lego­wi­sko mam wymosz­czone śmier­dzącą zwie­rzem futrzaną kami­zelką ojca. Zanim się uro­dzi­łam, nie kie­ro­wał tro­lej­bu­sem, sprze­da­wał bilety pasa­że­rom. Kiedy został ze mną sam, z takim małym robacz­kiem, pora­dził się Macie­rzy, a może sama mu sta­now­czo przy­ka­zała, że dziecko trzeba trzy­mać bli­sko sie­bie. I wła­śnie wtedy posta­no­wił zostać kie­rowcą. Dosta­łam gniazdo tam, gdzie zwy­kle sie­dzi kon­tro­ler bile­tów lub cze­ka­jący na swoją zmianę szo­fer. Inni kie­rowcy patrzyli krzywo na ten pomysł ojca, taki bąk może naci­snąć coś nie­po­trzeb­nie, może roz­pra­szać, ale ostat­nie słowo należy do Macie­rzy, a i bez tego ojciec niósłby mnie na grzbie­cie choćby na koniec świata. Dla niego wycho­wy­wać córkę za kie­row­nicą to była pestka i sama radość. Sie­dzia­łam tam spo­koj­nie i rosłam, Macierz tak mu wła­śnie zapo­wia­dała, mówiła, że taka będę. A cze­muż by ina­czej, liczę przy­stanki, widoki przed oczami się zmie­niają, więc się nie nudzę. Moja pamięć pełna jest chod­ni­ków, łąk, obok któ­rych prze­cho­dzą prze­wody trak­cyjne, fabryk, osie­dli miesz­ka­nio­wych, smut­nych czte­ro­pię­tro­wych blo­ków sto­ją­cych oddziel­nie.

Pasa­że­rów oboje znamy na pamięć. Witamy się, zażar­tu­jemy, poga­damy. Wszy­scy lubią sió­demkę ojca i mnie – pyzę z dużymi oczami sie­dzącą obok kie­rowcy. Cią­gle dostaję sło­dy­cze albo sło­ninę do ssa­nia, do żucia, cią­gle ktoś wci­ska nam siatki mar­chwi i ziem­nia­ków, biały ser, dopiero co odci­śnięty, mówią kobiety, bar­dzo smaczny, a jeśli jesz­cze z koziego mleka, to już nie tylko jedze­nie, to praw­dziwe lekar­stwo dla rosną­cej córeczki, niech pan jej daje. Toboł­kom z ubra­niami, z któ­rych ktoś wyrósł, nie ma końca – ja rosnę i one rosną – chcemy czy nie, zawsze poja­wiają się na jakimś przy­stanku.

Ojciec swoje zmiany dopa­so­wuje do mojej poobied­niej drzemki, póź­niej – do planu lek­cji, zmie­nił nawet trasę, ważne, żeby prze­wody trak­cyjne zawsze pro­wa­dziły w moją stronę. Wszy­scy go lubią, bo jako jedyny pozwala – jeśli ktoś potrze­buje – przez kilka przy­stan­ków prze­wieźć też zwie­rzę, choć to surowo wzbro­nione. Pastusz­ko­wie mogą wypa­sać tylko na pobli­skich łąkach, tam gdzie miesz­kają gospo­da­rze, a starcy i kobie­cinki, które cho­wają po jed­nej kozie, też pasą tylko obok swo­ich bal­ko­nów i pla­ców zabaw, nie dalej. A prze­cież róż­nie bywa. Deszcz kogoś zła­pie już w trak­cie zaga­nia­nia z pastwi­ska albo wyj­dzie czło­wiek dalej i sił mu zabrak­nie, żeby przy­gnać z powro­tem, cza­sem paste­rze mitrężą zajęci zabawą, więc ojciec staje, gwiż­dże, żeby szybko wsia­dali, nie rzu­ca­jąc się w oczy, uspo­kaja, jeżeli jakiś nie­za­do­wo­lony pasa­żer zaczyna się pie­klić albo ryczeć gło­śniej niż zwie­rzęta.

Raz jechała z nami krowa, póź­nym wie­czo­rem, kiedy raczej nie miał już kto jej zoba­czyć. Wyla­złam ze swo­jego gniazda, gła­dzi­łam mokry pysk. Pasterka natry­skała mi do gar­nuszka mleka zala­tu­ją­cego kro­wim wymie­niem, cie­płego. Nie bar­dzo takie lubię, ale wtedy, umo­ściw­szy się na końcu tro­lej­busu, wypi­łam do dna i zaraz usnę­łam wycią­gnięta na wszyst­kich fote­lach.

Święty. Anna ma 12 lat

W mojej klatce w bloku mam tylko Lukasa – to dom sta­rych ludzi, młodsi zbu­do­wali sobie obok jede­na­sto­pię­trowy wie­żo­wiec z windą, wypro­wa­dziły się wszyst­kie rodziny z malu­chami. Mój ojciec został, a mama Lukasa, gdy w bloku zro­biło się luź­niej, wzięła to dwu­po­ko­jowe miesz­kanko.

Cią­gle draż­nimy zwie­rzęta z nowego wie­żowca, wie­czo­rem sto­imy pod bal­ko­nami i beczymy do nich. Wciąż są wśród nich takie, co się jesz­cze nie przy­zwy­cza­iły, patrzą znie­ru­cho­miałe, włażą z powro­tem do poko­jów, nawet latem, a po wypa­sie cią­gle wra­cają do naszego poidła, żeby się napić. Choć w miarę upływu czasu przy­bywa spo­koj­nych mło­dych, uro­dzo­nych już w nowym domu.

Kocham Lukasa, nie da się go nie kochać, on też mnie kocha, ale nie roz­ma­wiamy o tym, marzymy oboje o naszych przy­szłych narze­czo­nych, nara­dzamy się, jacy mogliby być, jacy będą, tylko na razie poży­czy­li­śmy sobie sie­bie nawza­jem. Cza­sem mówi do mnie: Ane­czek, nie gnie­wasz się; uśmie­cha się, i te jego rowki w policz­kach, te dołeczki, takie słod­kie, chyba mogła­bym go kochać nawet do końca życia.

Lukas jest wyjąt­kowy, to oczy­wi­ste, także z powodu nale­śni­ków, sło­nych nale­śni­ków Lukasa. Te nale­śniki smaży jego matka, ale mówi, że syn nimi leczy, tylko w jaki spo­sób i dla­czego – tego nie zdra­dza. Są tacy, co myślą, że matka upra­wia czary, inni mówią, że wypo­wiada nad nimi zaklę­cia, może nawet sam Lukas, ale kogo to obcho­dzi, naj­waż­niej­sze, że nale­śniki od razu zbi­jają gorączkę, ból głowy, wymia­tają paso­żyty z brzu­cha, ratują, gdy nikt już nie wie, czego się chwy­cić, wystar­czy po pro­stu je zjeść. Zawsze usta­wia się kolejka cze­ka­ją­cych, pro­szą­cych o nie, całe wie­czory po pracy mama Lukasa krząta się w kuchni, mie­sza cia­sto, smaży i smaży. Żeby Lukas mie­szał albo szep­tał jakieś zaklę­cia, nie widzia­łam, jed­nak matka mówi, że całe lecze­nie idzie od syna. Ona tak mówi, a ja ni­gdy Lukasa o to nie pyta­łam.

Pastuszkowie. Anna ma 14 lat. Październik

Jest długa prze­rwa, stoję na przy­stanku tro­lej­bu­so­wym, cze­kam na ojca, który zro­bił już dzi­siaj parę kur­sów. Wysia­da­jąc rano, zapo­mnia­łam kana­pek, spraw­dzam roz­kład jazdy, aku­rat jest nie­da­leko, zaraz będzie prze­jeż­dżać koło szkoły, zanim powie­dzą nazwę przy­stanku, wsko­czę i wezmę kanapki.

Siąpi deszcz, pierw­szaki na podwórku szkol­nym ganiają w kółko, bez żad­nego celu, bie­gają i krzy­czą na całe gar­dło, łapią je i draż­nią chło­paki ze star­szych klas, ot tak, z nudów. Za pło­tem widać pusty Dom Pastusz­ków, dom z odręb­nymi wej­ściami, podzie­lony nie na klasy, lecz na pokoje rodzinne, na bandy nie­praw­dzi­wych braci i sióstr. Skąd się te dzieci biorą, tego dokład­nie nie wiem, są takie, co pamię­tają rodzi­ców, inne zostały porzu­cone zaraz po naro­dzi­nach, ojciec mówił, że przy­wożą je tam pie­lę­gniarki ze szpi­tala, naj­pierw do czę­ści dla malusz­ków, a potem, jak już pod­ro­sną, dzielą je na grupy, żeby łatwiej było się nimi zaj­mo­wać. Każda ma swo­jego Bacę, gospo­dy­nię i nia­nię, two­rzy się jakby rodzina. Że zamiast rodzi­ców mają Bacę i gospo­dy­nię, to chyba nie jest zbyt fajne, ale poza tym pastusz­ko­wie to dzieci szczę­ścia. Uczą się tylko kilka mie­sięcy w roku, w zimie, przez resztę czasu wypa­sają na oko­licz­nych łąkach krowy i owce z sąsied­nich blo­ków. W zimie dołą­czają do naszych klas i ta ich nauka jest śmieszna – nauczy­ciele cie­szą się, jeżeli sklecą jakieś zda­nie, piszą choć tro­chę czy­tel­nie, jeśli cza­sem sobie przy­po­mną i posta­wią ogo­nek przy „ę”. Jak przy­pad­kowo tra­fią, to już im biją brawo na sto­jąco, ósmo­kla­si­stom!

Teraz ani jed­nego nie ma na podwórku, zostało jesz­cze kilka tygo­dni wypa­sa­nia, więc bro­dzą gdzieś w desz­czu po łąkach, ale już nie­długo się prze­mie­szamy. Na początku ciężko jest się doga­dać z nowymi w kla­sie, nauczy­ciele od razu oznaj­miają, że będą karać za bójki i tak dalej. W końcu przy­zwy­cza­jamy się do sie­bie, może nawet zaczy­namy się kum­plo­wać, ale przy­cho­dzi wio­sna i koniec, możemy ich poca­ło­wać gdzieś, pędzą na pastwi­ska, i tyle ich widzie­li­śmy. Ja też mia­ła­bym wszystko w nosie, gdy­bym zamiast roz­wią­zy­wać rów­na­nia mate­ma­tyczne, mogła grzać sobie nogi w kro­wich plac­kach.

Święty. Anna ma 14 lat. Kwiecień

Chi­chramy się z Luka­sem w jego pokoju, matka poszła do sąsia­dek. Pijemy kwa­śne piwo od sta­rego Mar­ty­nasa, on cza­sem nam nalewa do pla­sti­ko­wej butelki i pozwala zabrać ze sobą, pod warun­kiem że nikomu nie powiemy. Lukasa to piwo chyba w ogóle nie bie­rze, a mnie – szybko, ale w końcu oboje się zata­czamy, pew­nie od głu­pawki, i jesz­cze dla­tego, że to taka wielka tajem­nica.

Chci­wie na zmianę pocią­gamy z butelki, śpie­szymy się, żeby skoń­czyć. Chce mi się siu­siu, mówię, on mówi, mnie też, chodźmy razem, kto pierw­szy? W twoim domu kibel jest męski czy dam­ski, recho­czemy, łazienka jest wspólna, i męska, i dam­ska, razem możemy iść, komu się bar­dziej chce. Już nie wytrzy­mu­jemy, tyle piwa w brzu­chach, chodźmy razem, Lukas się uśmie­cha, a ja z tego wariac­twa się zga­dzam. Tylko, mówię, nie zapa­lajmy świa­tła, dobrze, nie będziemy zapa­lać, mówi, ty możesz pierw­sza, a ja tu obok, mnie wszystko jedno. Dobrze, sia­dam po ciemku, sikam, sły­szę, on też, tylko nie kapuję do czego, odgłos jest głu­chy, jakby do pla­sti­ko­wej butelki ciur­kało. Wołam w ciem­no­ści, że ja już, już zro­bi­łam, on odpo­wiada, że też, oboje par­skamy śmie­chem, ale jeste­śmy odważni, ale głu­pota, łasko­cze w brzu­chu na samą myśl – on goły i ja bez maj­tek, bli­sko sie­bie, ale nic nie widzimy, tylko się domy­ślamy, a od tego też poja­wiają się wypieki na twa­rzy.

Po omacku znaj­duję kran, odkrę­cam wodę, zapala się świa­tło, Lukas włą­cza. Pod­cho­dzi, myje ręce zado­wo­lony, dołeczki w policz­kach. Spo­strze­gam w kącie pla­sti­kowy pojem­nik, pełen, już pra­wie się prze­lewa. Ile tam tego nawa­lone i po co, jeśli obok jest sracz?

Lukas chwyta moje spoj­rze­nie, wzru­sza ramio­nami, chi­cho­cze, Ane­czek, powiem ci, ale nikomu ani słowa, przy­się­gnij na zęby, na wszyst­kie, co do jed­nego, powy­pa­dają, jak się wyga­dasz. Wycie­ram ręce, przy­rze­kam, co mi tam, żeby tylko powie­dział. Te moje słone nale­śniki, mówi, matka dodaje do nich tego, poka­zuje ręką na pojem­nik ze szczy­nami, to ten mój cud, ty się nie śmiej, mówię ci, działa, nie zaprze­czysz, jak byłem mały, matka raz spró­bo­wała wypić, gdzieś o tym prze­czy­tała, i się wyle­czyła, a przed­tem nie wsta­wała z łóżka, póź­niej zaczęła dawać też innym, z początku tylko swoim, dopóki nie stwier­dziła, że nie można żało­wać, to prze­cież dar bogów, musimy się dzie­lić, pod­ro­słem, sam nie wiem, śmier­działo już strasz­nie, więc żeby się nie wydało, matka zaczęła sma­żyć nale­śniki, na słono, i już, wszyst­kim wycho­dzi na dobre.

Wytrzesz­czam oczy, na pod­nie­bie­niu czuję posmak, który wcale mi się nie podoba. Ojciec nie raz się tak leczył i wyzdro­wiał, nie mam komu się poskar­żyć, przy­się­głam na wszyst­kie zęby, w dodatku Luka­sowi, więc będę mil­czeć po grób. Anno, mówi, nie krzyw się, prze­cież działa, kiwam głową, śmieję się, tro­chę sztucz­nie, i wycho­dzimy z łazienki.

Ojciec. Anna ma 15 lat. Marzec

Sie­dzę z ojcem na bal­ko­nie, palimy. Dziś przy­nio­słam ze szkoły dwa papie­rosy, wymie­ni­łam się z pastusz­kami na butelkę lemo­niady, którą dał mi ojciec, a jemu wci­snęła ją bab­cia Luba na przy­stanku Jabło­niowa, cukier jest potrzebny, powie­działa, dla roz­wi­ja­ją­cego się orga­ni­zmu, córce daj, dziew­czynka będzie miała siłę, wiesz, te wszyst­kie sprawy kobiece, więc ojciec nie dys­ku­to­wał, wziął. Nie sądzę, żeby mi bra­ko­wało cukru, a pastusz­ko­wie aż się trzęsą na widok kolo­ro­wej ety­kiety, no to się wymie­ni­li­śmy i przy­nio­słam fajki do domu.

Ojciec mówił kie­dyś, że jeśli będę chciała spró­bo­wać, to naj­le­piej z nim, w domu. Wiel­kie mi rze­czy, nie powiem, żebym ni­gdy nie pró­bo­wała, zacią­ga­li­śmy się z Luka­sem, ale lemo­niadę dosta­łam od ojca, papie­rosy są aku­rat dwa, wie­czór wolny, Lukas z matką wyje­chali, więc zapro­po­no­wa­łam, spró­bujmy, tak jak mówi­łeś.

Ojciec poka­zuje, jak wcią­gać do płuc, poły­kam dym, nie krztu­szę się, nic mi nie jest, zanie­po­ko­jony patrzy na mnie, mówi, tylko nie zaczy­naj, bar­dzo ciężko jest rzu­cić, za każ­dym razem jak rzu­ca­łem, męczy­łem się strasz­nie. Wrzy­nają nam się w boki sznury do bie­li­zny, ojciec opiera się ple­cami o wieko trumny, myślę sobie, że to dość śmieszny widok – ojciec z papie­ro­sem przy wła­snej trum­nie, nie zauwa­żam tego, kiedy roz­wie­szam pra­nie, ale teraz widzę i tak sobie pomy­śla­łam.

Odkąd pamię­tam, ona tu stoi, spo­koj­nie czeka, zagra­dza­jąc wyj­ście ewa­ku­acyjne przez bal­kon, zimą cza­sem ładu­jemy do niej jabłka, żeby nie zmar­zły. Tatku, pytam, dla­czego my tę trumnę trzy­mamy na bal­konie, wiem, że zbił ją sobie zaraz po śmierci mamy, mówił mi. Czy bałeś się wtedy, że umrzesz, pytam, on się uśmie­cha, mówi, ty przy­szłaś na świat, mama ode­szła, cią­gle myśla­łem, jak ten okru­szek mnie pochowa, gdyby było trzeba, ile to kło­potu dla wszyst­kich, lepiej samemu się przy­go­to­wać, na wszelki wypa­dek. Strzą­sam popiół z papie­rosa, spada na kapeć. Naj­go­rzej to zapo­mnieć, że nadej­dzie koniec, mówi, żyć jak głu­piec, a potem wycią­gnąć kopyta, to jest naprawdę straszne, więc ja nie zapo­mi­nam, posta­wi­łem tu ją sobie ład­nie na bal­konie, teraz wypa­da­łoby spraw­dzić, czy się jesz­cze zmiesz­czę wszerz. Oboje wybu­chamy śmie­chem, ojciec gasi nie­do­pa­łek na wieku trumny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Mylimi kau­lai

Text copy­ri­ght © Kotryna Zylė

Ori­gi­nally publi­shed in Lithu­ania in 2024 by Aukso žuvys, Vil­nius, Lithu­ania Publi­ca­tion made in arran­ge­ment with the Book Smug­glers Agency

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Iza­bela Kory­but-Dasz­kie­wicz, Poznań 2025

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Publi­ka­cja finan­so­wana przez:

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja: Kata­rzyna Raź­niew­ska

Pro­jekt okładki: Kotryna Zylė

Ilu­stra­cje © Ber­nar­das Burba

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Uko­chane kości, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-565-5

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer