Ugryzł mnie skorpion i padł - Anna Garwolińska - ebook + audiobook + książka

Ugryzł mnie skorpion i padł ebook i audiobook

Garwolińska Anna

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Niektóre rzeczy widzi się wyraźnie dopiero po latach.

Lata dziewięćdziesiąte. Polki zaczynają wyjeżdżać w świat, a Europa dopiero odkrywa Polskę.

„Ugryzł mnie skorpion” i „Padł” to dwie historie o miłości, która rodzi się między językami, kulturami i temperamentami. O fascynacji, która potrafi zmienić życie — i o codzienności, która szybko weryfikuje marzenia.

Z czułością, ironią i dystansem autorka opowiada o relacjach, emigracji i wyborach, które nigdy nie są proste.

Zabawne. Czasem gorzkie. I bardzo prawdziwe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 345

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 14 min

Lektor: Izabela Szela

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Recenzje

Uro­czym dzie­cię­ciem będąc, Anna Gar­wo­liń­ska tań­czyła i śpie­wała w „Gawę­dzie”. Póź­niej ukoń­czyła słynną Fil­mówkę w Łodzi i uzy­skała tytuł MBA na Euro­pean Uni­ver­sity Cam­pus Waw. Zaj­mo­wała się publi­cy­styką eko­no­miczną w TVP oraz taj­ni­kami kom­po­zy­cji w Aka­de­mii Muzycz­nej im. Fry­de­ryka Cho­pina. Mało? Jak na kobietę nie­zwy­kłej dziel­no­ści i wyobraźni zde­cy­do­wa­nie za mało! Dora­dzała więc mini­strowi prze­kształ­ceń wła­sno­ścio­wych, bro­niła inte­re­sów pol­skiej ener­ge­tyki w Bruk­seli, poma­gała PLL Lot… Lista jej osią­gnięć jest dłu­uuga, dałoby się tymi suk­ce­sami obdzie­lić tłum męż­czyzn dum­nych ze swej męsko­ści. A do tego jest świetną nar­ra­torką, więc w swej opo­wie­ści o latach dzie­więć­dzie­sią­tych mie­sza powagę z uśmie­chem, głę­boką reflek­sję – z aneg­dotą, wierny opis wyda­rzeń – z iro­nią (łagodną i mniej łagodną). Moją wąt­pli­wość budzi jedy­nie tytuł książki: Ugryzł mnie skor­pion i padł – znam się tro­chę na skor­pio­nach, to stwo­rze­nia roz­sądne, kie­ru­jące się instynk­tem samo­za­cho­waw­czym, żaden nie ośmie­liłby się nawet pomy­śleć o gry­zie­niu Gar­wo­liń­skiej. Abso­lut­nie nie!

Michał Komar, pol­ski sce­na­rzy­sta i kry­tyk fil­mowy

Ugryzł mnie skor­pion i padł – już sam tytuł zapo­wiada intry­gu­jącą histo­rię. To ese­istyczna, oso­bi­sta opo­wieść o doświad­cze­niu trans­for­ma­cji lat dzie­więć­dzie­sią­tych, widzia­nej oczami autorki – jed­no­cze­śnie uczest­niczki i uważ­nej obser­wa­torki tam­tego czasu. Tekst jest bły­sko­tliwy i iro­niczny, pełen cel­nych meta­for oraz kul­tu­ro­wych detali, które zna­ko­mi­cie oddają ducha „Dzi­kiego Wschodu”, epoki eufo­rii, cha­osu i nie­kon­tro­lo­wa­nego kapi­ta­li­zmu.

Autorka umie­jęt­nie łączy lek­kość aneg­doty z trafną dia­gnozą spo­łeczną, balan­su­jąc mię­dzy nostal­gią a kry­tycz­nym dystan­sem. Szcze­gólną siłą tej opo­wie­ści jest żywy, obra­zowy, inte­li­gent­nie prze­śmiew­czy język oraz szczere przy­zna­nie się do subiek­tyw­no­ści nar­ra­cji.

Choć momen­tami nar­ra­cja bywa roz­wle­kła i celowo prze­ry­so­wana, wła­śnie to nadaje jej auten­tycz­ność i wyra­zi­sty cha­rak­ter. To nie sucha ana­liza trans­for­ma­cji, lecz pamięt­nik epoki: cha­otyczny, inten­sywny i pełen sprzecz­no­ści – dokład­nie taki, jak opi­sy­wany czas. Tekst naj­moc­niej trafi do czy­tel­ni­ków pamię­ta­ją­cych lata dzie­więć­dzie­siąte, ale dla młod­szych może być rów­nie cie­ka­wym i barw­nym zapi­sem naro­dzin współ­cze­snej Pol­ski.

Vin­cent V. Sever­ski

Czym jest histo­ria? Źró­dłem współ­cze­snej poli­tyki? Klu­czem do zro­zu­mie­nia świata? Podróżą w prze­szłość, o któ­rej wciąż tak mało wiemy?

Wszyst­kim po kolei. Dla­czego więc jej pozna­wa­nie wydaje się nie­by­wale nud­nym zaję­ciem? Bo histo­rią rzą­dzą nudni a nie­udolni naukowcy. Nie lubią kon­ku­ren­cji, więc spy­chają na mar­gi­nes tych, któ­rzy wiele ofe­rują ludziom szu­ka­ją­cym prze­wod­nika po dzie­jach. A taką prze­wod­niczką jest wła­śnie Anka Gar­wo­liń­ska. I tylko dla­tego prze­wi­duję zma­so­wany atak „nie­udol­nych”. Zaczną kry­tykę od tytułu Jej książki. „Prze­cież skor­piony nie gryzą!” – ow­szem, znawcy ento­mo­lo­gii będą mieli rację. Tytuł jed­nak nie jest ważny. Ważna jest jego druga część. Jak ten groźny stwór, kiedy zdechł po pró­bie ataku na Autorkę. Czy to moż­liwe? Ja, zna­jąc Ankę, uwa­żam, że tak. Wiem, że jest baczną, wni­kliwą (i groźną) obser­wa­torką wyda­rzeń, w dodatku tych sprzed 30–40 lat. Ogrom­nie istot­nych dla naszego kraju, któ­rego wciąż nie rozu­miemy. Będzie zapewne obiek­tem ata­ków zgorzk­nia­łych dzien­ni­ka­rek i histo­ry­ków, któ­rzy nie mogą prze­bo­leć, że świat ich nie zna. Peł­niona przez nią funk­cja dorad­czyni szefa Mini­ster­stwa Prze­kształ­ceń Wła­sno­ścio­wych, na równi z inte­lek­tem i urodą, dawała jej wgląd w pro­ces trans­for­ma­cji Pol­ski. Opi­suje go lekko, z uśmie­chem i sym­pa­tią dla tych, któ­rzy go reali­zo­wali. Dla­tego tę książkę tak dobrze się czyta. Choć cza­sem sobie myślę, że następna, w któ­rej odsłoni inne obli­cze prze­ło­mo­wego czasu, będzie jesz­cze lep­sza.

Ale, Aniu, trzy­maj się z dala od skor­pio­nów! Oczy­wi­ście ze względu na ochronę egzo­tycz­nej przy­rody.

Bogu­sław Woło­szań­ski

Zamiast wstępu

Ugryzł mnie skor­pion i zdechł.

Zna­jomi mówili, że to dla­tego, iż się nie przed­sta­wi­łam. Byłam wtedy nad jezio­rem Tur­kana w pół­noc­nej Kenii, w hotelu zawie­szo­nym na drze­wach – tym samym, w któ­rym Ange­lina Jolie krę­ciła Tomb Raider: Kolebkę życia. Tak, dokład­nie tam, gdzie boha­terki filmu kopią wro­gów z pół­ob­rotu, a życie toczy się w try­bie przy­gody.

Skor­piona nie zauwa­ży­łam. On mnie – ow­szem. Bro­niąc się, użą­dlił, a ja, rów­nie impul­syw­nie i nie­grzecz­nie, zdep­ta­łam go klap­kiem. I tyle go widziano. Palec spuchł, zro­bił się czarny, dłoń pie­kła jak dia­bli. Wezwano lekki samo­lot z pilo­tem, który był też sani­ta­riu­szem (takie rze­czy w Afryce są cał­kiem nor­malne), a ponie­waż uznał, że sprawa jest pilna, wró­ci­li­śmy do Nairobi. Lądo­wa­nie odbyło się na lot­ni­sku dla tzw. lata­ją­cych leka­rzy.

Czy nie brzmi to jak począ­tek powie­ści sen­sa­cyjno-przy­go­do­wej z ele­men­tami medy­cyny kata­stro­ficz­nej? A jed­nak każde zda­nie to prawda. Albo pra­wie. Bo to, co prze­czy­tasz w tej książce, rze­czy­wi­ście się wyda­rzyło. Albo tak mi się wydaje, albo tak to zapa­mię­ta­łam. A może tylko tak to sobie opo­wia­dam.

Nie cho­dzi tu o zmy­śla­nie. Cho­dzi o spo­sób widze­nia. O to, że histo­ria to nie tylko fakty – to także ich inter­pre­ta­cja, ton, pierw­sze wra­że­nie. Cza­sem prze­sa­dzone, cza­sem skró­cone, cza­sem tylko deli­kat­nie pod­krę­cone. Jak z tym skor­pio­nem. On rze­czy­wi­ście mnie użą­dlił. Ja naprawdę nie żar­tuję z bólu ani z samo­lotu. Ale tytuł – przy­znaj – działa.

Ta książka to zbiór takich wła­śnie histo­rii. Cza­sem zabaw­nych, cza­sem dra­ma­tycz­nych, cza­sem absur­dal­nych. Wszyst­kie mają wspólny mia­now­nik: patrzę na nie z wła­snego punktu widze­nia. Nie obie­cuję obiek­ty­wi­zmu. Obie­cuję auten­tycz­ność. Taką, jaką tylko pamięć i wyobraź­nia potra­fią wspól­nie wypro­du­ko­wać.

Czyli prawdę, która prze­trwała użą­dle­nie.

A wszystko to działo się w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku – w cza­sach prze­łomu, które nie­któ­rzy nazy­wali „pol­ską kon­kwi­stą”, a inni po pro­stu „Dzi­kim Wscho­dem”. Bo z jed­nej strony to my z pasz­por­tem w zębach ruszy­li­śmy zdo­by­wać Zachód, głodni świata i szans. Z dru­giej – to świat ruszył do nas. Eks­paci, doradcy, amba­sa­do­rzy nowego stylu życia. Przy­jeż­dżali z kre­dy­tami zaufa­nia i kar­tami kre­dy­to­wymi, tro­chę jak dawni kon­kwi­sta­do­rzy, tylko w lnia­nych gar­ni­tu­rach.

Nie było krwi – wszystko za obo­pólną zgodą. Ale żądła pozo­stały. A jad – jak to jad – cza­sem zabi­jał, cza­sem leczył.

* * *

Jak opi­sać atmos­ferę lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku? Naj­pro­ściej: nie­usta­jący melanż entu­zja­zmu i lęku, wol­no­ści i nie­pew­no­ści, eufo­rii pod­szy­tej gorącz­ko­wym nie­po­ko­jem.

Po deka­dach regla­men­ta­cji, sza­rzy­zny i wiecz­nego „nie ma” świat nagle eks­plo­do­wał kolo­rami. Reklamy, dżinsy, fast foody, pla­sti­kowe gadżety i cała zachod­nia tan­deta – błysz­cząca, jaskrawa, abso­lut­nie nie do odpar­cia – wsu­nęły się do naszej rze­czy­wi­sto­ści jak kata­log wysłany przez pomyłkę na koniec świata. Koniec świata, który wła­śnie wró­cił z przy­mu­so­wych robót i posta­no­wił się urzą­dzić. Z roz­ma­chem. Ludzie zacho­wy­wali się jak dzieci wypusz­czone na podwórko po tygo­dniu ulew­nego desz­czu. Każdy chciał wszyst­kiego, naraz, natych­miast. Gra­nice prze­stały ist­nieć, zakazy się roz­myły, a moż­li­wo­ści mno­żyły jak grzyby po desz­czu – nikt tylko nie spraw­dzał, które są tru­jące.

Odre­ago­wa­nie PRL-u przy­po­mi­nało wesele u nowo­bo­gac­kiego wujka: złote krany, wypa­sione skó­rzane sofy, cegło­fony przy­kle­jone do ucha, pierw­sze Mer­ce­desy „na firmę” i hur­towe zakupy w super­mar­ke­tach, które przy­po­mi­nały raj – o ile raj ofe­ruje pro­mo­cje keczupu i lokó­wek. Gar­ni­tury były dwa roz­miary za duże, skar­petki białe i dum­nie wyeks­po­no­wane, a kobiece kre­acje błysz­czały, jakby ktoś wysy­pał bro­kat na disco polo. Suk­ces pach­niał wodą koloń­ską z kio­sku i stre­sem poura­zo­wym po kon­tak­cie z urzę­dem cel­nym.

Kapi­ta­lizm był nową reli­gią. Przed­się­bior­czość – sakra­men­tem.

A każdy, kto miał kom­pu­ter Amiga, modem 56k i kon­takt w hur­towni z AGD, czuł się lokal­nym Roc­ke­fel­le­rem. Turbo Roc­ke­fel­le­rem. Wszy­scy mieli zostać milio­ne­rami, naj­le­piej przed syl­we­strem. W wyobraźni każdy sie­dział już przy base­nie przy­kle­jo­nym do willi z kata­logu OBI, a na pod­jeź­dzie par­ko­wała kara­wana aut „spro­wa­dzo­nych, nie­bi­tych”.

Pro­blem w tym, że poję­cia „biz­nes” i „ryzyko” rozu­mie­li­śmy wtedy tak jak angiel­ski po kur­sie z kasety Hello, my name is suc­cess.

Wyda­wało się, że wystar­czy mieć pomysł, entu­zjazm i kogoś zna­jo­mego, kto zna kogoś, kto zna kogoś z banku. Cza­sem mam przed oczami tamte lata i nas samych. To tro­chę jak plaża pełna małych żół­wi­ków bie­gną­cych do oce­anu w prze­ko­na­niu, że każdy zosta­nie reki­nem.

A prze­cież pierw­sza lep­sza mewa (czy­taj: kon­ku­ren­cja z Zachodu) tylko cze­kała. Ale my się nie bali­śmy.

Liczyła się fala. Zła­pać ją. Pły­nąć. Bez mapy, bez boi, bez kapoka, za to z wiarą więk­szą niż zdrowy roz­są­dek i ener­gią nie do zdar­cia. Bo wie­dzie­li­śmy jedno: Jak nie teraz, to kiedy? Jak nie my, to kto?

Ktoś kie­dyś powie­dział, że majątki zdo­bywa się w dwóch momen­tach histo­rii – gdy kraj się odbu­do­wuje albo gdy idzie na wojnę. Nam tra­fiło się to pierw­sze. I choć nikt nie roz­da­wał instruk­cji, czu­li­śmy, że jeste­śmy we wła­ści­wym miej­scu, w naj­dziw­niej­szym, ale naszym cza­sie.

Wcze­śniej ktoś pró­bo­wał nam wmó­wić, że jeste­śmy poko­le­niem stra­co­nym. Bzdura.

Wej­ście w doro­słość w 1990 roku to było jak wygrana w totka, tyle że zamiast pie­nię­dzy dosta­wało się deadline, tele­fon sta­cjo­narny i nie­za­chwiane prze­ko­na­nie, że wszystko się da.

Pamię­ta­li­śmy smak pustych pó­łek, ale byli­śmy wystar­cza­jąco mło­dzi, żeby nie ugrzę­znąć w PRL-owym myśle­niu. Pla­styczni, głodni, naiwni. Gotowi do pracy po trzy­na­ście godzin dzien­nie – i o iro­nio, dumni z każ­dej dodat­ko­wej godziny. Bo wtedy nikt nie mówił o wypa­le­niu. Jak ktoś pła­kał w pracy, to w łazience – i szybko wra­cał do kom­pu­tera. Work-life balance?

To był czas: work fast or get out. Albo jesz­cze szyb­ciej. Na Dzi­kim Wscho­dzie wszystko było moż­liwe.

A my – mło­dzi, nie­do­szko­leni i lekko sza­leni – lecie­li­śmy na zła­ma­nie karku.

CV pisa­li­śmy w Wor­dzie 2.0, a gar­ni­tur kupo­wa­li­śmy „na oka­zji” i tak z dumą para­do­wa­li­śmy na spo­tka­niach, pod­czas któ­rych nikt nie pytał o doświad­cze­nie, tylko o to: „czy umiesz to zro­bić do piątku?”. Firmy zachod­nie nie szu­kały pro­fe­so­rów. Szu­kały ludzi, któ­rzy nie zada­wali zbyt wielu pytań, nie liczyli nad­go­dzin i nie mieli złych nawy­ków. Świe­żych, ela­stycz­nych i… tanich. Trzy­dzie­sto­lat­ko­wie na dyrek­tor­skich stoł­kach? Oczy­wi­ste. A cza­sem i młodsi.

Star­sze poko­le­nia kiwały z poli­to­wa­niem gło­wami, że dzieci dorwały się do steru, a my – w gar­ni­tu­rach z kre­dytu i z bły­skiem w oku – byli­śmy pewni, że świat sam się pod­łoży, żeby­śmy mogli po nim przejść.

War­szawa? To był kocioł. Mia­sto obiet­nic i ambi­cji. Przy­jeż­dżało się tu z walizką, w któ­rej były poży­czony gar­ni­tur, buty z bazaru i dez­odo­rant z kio­sku.

Wynaj­mo­wało się pokoje w dzie­się­cio­oso­bo­wych miesz­ka­niach i każ­dego ranka ruszało do walki o zle­ce­nie, o kon­takt, o „swoje pięć minut”. Ener­gia w sto­licy była jak wrzą­tek w garnku – coś się cały czas goto­wało, kipiało, wybu­chało i prze­le­wało.

To były powo­jenne lata bez wojny. Nie decy­do­wało pocho­dze­nie ani zna­jo­mość z „towa­rzy­szem mini­strem”. Liczyły się szyb­kość, talent, wyczu­cie i siła prze­bi­cia.

W tym roz­pa­lo­nym mie­ście poja­wiali się eks­paci – wysłan­nicy zachod­nich kon­cer­nów. Nie wuj­ko­wie z Chi­cago w dre­sach Adi­dasa. To byli pano­wie z Lon­dynu, Paryża, Nowego Jorku.

Białe zęby, głos z CNN, per­fumy jak z lot­ni­ska w Zury­chu. Mówili „asap”, „deadline”, „brief”, „kej­piaje”. A my kiwa­li­śmy gło­wami i gorącz­kowo spraw­dza­li­śmy po powro­cie, co to zna­czy. Wie­rzy­li­śmy, że oni wie­dzą wię­cej. Że mają dostęp do wie­dzy, któ­rej jesz­cze nie posie­dli­śmy. Że przy­nie­śli ze sobą przy­szłość: pach­nącą, uśmiech­niętą, pewną sie­bie. I chcie­li­śmy do niej wejść. Bez puka­nia. Wyda­wało się nam, że do Pol­ski przy­jeż­dżają naj­lepsi. Pro­fe­so­ro­wie eko­no­mii, wyja­da­cze mar­ke­tingu, mistrzo­wie sprze­daży. Ludzie, któ­rzy wcze­śniej two­rzyli kam­pa­nie dla naj­więk­szych marek świata, a teraz, z jakichś tajem­ni­czych powo­dów, posta­no­wili dzie­lić się swoją mądro­ścią w War­sza­wie, Łodzi czy Byd­gosz­czy. Wpa­try­wa­li­śmy się w nich jak w pół­bo­gów. Zachłan­nie noto­wa­li­śmy każde słowo, każde „bench­mark”, każde „brand awa­re­ness” wypo­wie­dziane z mięk­kim akcen­tem. Uzna­wa­li­śmy ich za posłań­ców zachod­niego suk­cesu, takich, co mają w kie­szeni prze­pis na pro­spe­rity, a w lap­to­pie – slajdy ze zło­tym klu­czem do przy­szło­ści.

Dopiero z cza­sem oka­zało się, że to nie byli żadni wielcy stra­te­dzy ani rekiny branży. To byli tech­nicy. Śred­nia kadra. Nie­do­szli kon­sul­tanci, któ­rym w cen­trali uprzej­mie zapro­po­no­wano „roz­wój w regio­nie”. Eks­perci od prze­sta­wia­nia prze­cin­ków i koor­dy­no­wa­nia pro­jek­tów w kra­jach, któ­rych nazw nie umieli popraw­nie wymó­wić. Zostali wypchnięci na emer­ging mar­ket. Na nas. I choć począt­kowo nosili tytuły dyrek­to­rów, brand mana­ge­rów i regio­nal­nych advi­so­rów, po latach zostali po pro­stu ludźmi. Zwy­kłymi. Pisa­nymi przez małe „l”. Z cza­sem zaczę­li­śmy patrzeć ina­czej. Z dystan­sem. Z iro­nią. A nie­kiedy – z pobłaż­li­wym uśmie­chem.

Bo choć przy­wieźli świat, to i my – nie wie­dzieć kiedy – zaczę­li­śmy go współ­two­rzyć. Po swo­jemu. Z błę­dami, z impro­wi­za­cją, z cha­rak­te­ry­stycz­nym „jakoś to będzie”, ale jed­nak.

Zro­bi­li­śmy swoje.

I co wię­cej, oka­zało się, że to my jeste­śmy lepiej wykształ­ceni. Że choć PRL był szary, absur­dalny i pełen pro­pa­gan­do­wej waty, to szkoły, szcze­gól­nie licea i uni­wer­sy­tety, naprawdę uczyły myśle­nia. Nie „testów kom­pe­ten­cyj­nych” ani „zarzą­dza­nia sobą w cza­sie”, tylko logicz­nego wnio­sko­wa­nia, czy­ta­nia mię­dzy wier­szami i bły­ska­wicz­nego koja­rze­nia fak­tów. Uczyły też, tro­chę mimo­cho­dem, kre­atyw­no­ści. A może raczej kom­bi­no­wa­nia. Bo jak nie było pod­ręcz­nika, to się samemu pisało ściągę. Jak nie było sprzętu, to się go mon­to­wało z trzech popsu­tych. Jak nie było budżetu, to się znaj­do­wało „inny spo­sób”. Nie cze­ka­li­śmy na brief ani na zatwier­dze­nie przez komi­tet ste­ru­jący. Dzia­łało się. Szybko, cza­sem cha­otycz­nie, ale sku­tecz­nie.

To my potra­fi­li­śmy zor­ga­ni­zo­wać kon­fe­ren­cję z niczego, zała­twić pięć dru­ka­rek „na jutro”, wymy­ślić kam­pa­nię w week­end i zro­bić event w pustej hali, która dzień wcze­śniej była maga­zy­nem. Nie mie­li­śmy pre­zen­ta­cji na dzie­sięć slaj­dów. Mie­li­śmy pomysł, deter­mi­na­cję i zna­jo­mego, który znał faceta z tele­wi­zji.

I w tym wszyst­kim ja.

Albert

Jako świeżo upie­czony doradca mini­stra prze­kształ­ceń wła­sno­ścio­wych do spraw komu­ni­ka­cji i pro­mo­cji w stycz­niu 1993 roku poje­cha­łam – o ile dobrze pamię­tam – na pierw­szy w Pol­sce festi­wal reklamy. Do Kra­kowa. Reklama? Wtedy brzmiało to jesz­cze jak science fic­tion. Ow­szem, w latach osiem­dzie­sią­tych cze­goś już pró­bo­wano – wpro­wa­dzano slo­gany, jakieś gra­fiki, Pru­sa­ko­lep miał swoje pięć minut – ale nikt przy zdro­wych zmy­słach nie mówił o „branży rekla­mo­wej”.

Dopiero wcho­dziły pierw­sze agen­cje. Poja­wiali się pierwsi zachodni eks­perci – z pre­zen­ta­cjami na prze­zro­czy­stych foliach i słow­ni­kiem pojęć, któ­rych nikt tu jesz­cze nie rozu­miał.

A na ekra­nach tele­wi­zo­rów zade­biu­to­wała pierw­sza reklama pod­pa­sek Always ze słynną do dziś frazą „z pewną taką nie­śmia­ło­ścią”, która natych­miast weszła do języka potocz­nego jako iro­niczny komen­tarz do wszyst­kiego, co nowe, nie­zręczne i impor­to­wane z Zachodu.

Mini­ster­stwo, w któ­rym pra­co­wa­łam, powstało wła­ści­wie z niczego. Dosłow­nie. Zespół two­rzyli mło­dzi ludzie, cza­sem bar­dzo mło­dzi. Śred­nia wieku nie prze­kra­czała trzy­dzie­stu dwóch lat. Byli­śmy tro­chę jak har­ce­rze w nowym świe­cie: pełni zapału, z ser­cem po wła­ści­wej stro­nie, ale i z mapą, na któ­rej co drugi kon­ty­nent był jesz­cze nie­od­kryty. Nie wsty­dzę się tego – byli­śmy pre­to­ria­nami trans­for­ma­cji. Bar­dziej wie­rzą­cymi niż wie­dzą­cymi, że to, co robimy, ma sens. Wie­dzie­li­śmy, że epoka pro­pa­gandy się skoń­czyła. No i czym ją zastą­pić?

Jak mówić o wiel­kiej prze­mia­nie bez patosu i fał­szy­wej emfazy? Jak wytłu­ma­czyć ludziom, czym wła­ści­wie są pry­wa­ty­za­cja, dere­gu­la­cja czy wolny rynek – w kraju, gdzie jesz­cze nie­dawno wszystko było „nasze wspólne”, a zara­zem niczyje?

A media? Cóż, dzien­ni­ka­rze nie poma­gali. Dla nich tylko zły news był dobrym new­sem, a edu­ka­cję czy tłu­ma­cze­nie cze­go­kol­wiek uzna­wali za nudną deko­ra­cję. Hasło „pozy­tywny prze­kaz” brzmiało dla nich jak oksy­mo­ron. A prze­cież naszym zada­niem było wła­śnie to: tłu­ma­czyć, wyja­śniać, uspo­ka­jać. Budo­wać język zaufa­nia, zanim jesz­cze ktoś wymy­ślił con­tent mar­ke­ting i sto­ry­tel­ling.

To było wyzwa­nie.

Nie tylko dla mnie – choć to ja dosta­łam zada­nie stwo­rze­nia cze­goś w rodzaju stra­te­gii komu­ni­ka­cyj­nej, zanim jesz­cze wie­dzie­li­śmy, co to wła­ści­wie zna­czy – ale dla całego zespołu, który uczył się na żywo, na wła­snych błę­dach i suk­ce­sach.

Robi­li­śmy pierw­sze kon­fe­ren­cje pra­sowe z flip­char­tami i trzesz­czą­cym mikro­fo­nem. Pisa­li­śmy ulotki, które miały tłu­ma­czyć zawi­ło­ści pro­ce­sów pry­wa­ty­za­cyj­nych, ale czę­sto bar­dziej przy­po­mi­nały komu­ni­katy z innego wymiaru.

Nie mie­li­śmy jesz­cze języka, który byłby zro­zu­miały i jed­no­cze­śnie pro­fe­sjo­nalny.

Nie było „brand booków”, „key visu­ali” ani „tone of voice”. Było: „napisz coś, co nie brzmi jak komu­ni­kat PZPR i nie roz­wście­czy ludzi”.

A jed­nak coś się rodziło. Zamie­sza­nie było ogromne, ale też eks­cy­tu­jące. Uczy­li­śmy się wszy­scy – my, urzęd­nicy z przy­padku, dzien­ni­ka­rze z prze­ko­na­nia i ci pierwsi rekla­mowi pro­rocy z Zachodu, któ­rzy chcieli z Pol­ski zro­bić drugą Japo­nię. Tyle że bez morza ze wszyst­kich stron i z nieco więk­szym cha­osem. To nie była jesz­cze komu­ni­ka­cja stra­te­giczna. Raczej intu­icyjne dzia­ła­nia pod­szyte wiarą, że „jakoś to ogar­niemy”. I w grun­cie rze­czy ogar­nia­li­śmy. Po swo­jemu. Pio­nier­sko. Bez goto­wych wzor­ców, bez pod­ręcz­ni­ków, czę­sto też bez peł­nej świa­do­mo­ści, co wła­ści­wie robimy. Jak te małe żół­wie bie­gnące do morza – z deter­mi­na­cją, entu­zja­zmem i cał­ko­wi­tym bra­kiem planu B.

Festi­wal rekla­mowy w Kra­ko­wie, na który poje­cha­łam na początku 1993 roku, był próbą nauki – bar­dziej poszu­ki­wa­niem formy niż prze­glą­dem goto­wych stan­dar­dów.

Orga­ni­za­cyj­nie daleko mu było do pro­fe­sjo­na­li­zmu, ale nikt się tym spe­cjal­nie nie przej­mo­wał. Atmos­fera była pełna cie­ka­wo­ści, zachwytu i prze­ko­na­nia, że uczest­ni­czymy w czymś waż­nym – nawet jeśli nie do końca wie­dzie­li­śmy jesz­cze w czym.

Jed­nym z naj­bar­dziej pamięt­nych wyda­rzeń była wtedy Noc Rekla­mo­żer­ców – cała noc w kinie, pokaz naj­lep­szych reklam z całego świata. Dla wielu z nas to było jak uchy­le­nie okna do zupeł­nie innej rze­czy­wi­sto­ści. Zachwyt, śmiech, wes­tchnie­nia i marze­nia, że może kie­dyś i u nas powstaną kam­pa­nie rów­nie bły­sko­tliwe. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że wła­śnie bie­rzemy udział w czymś więk­szym – budu­jemy nową rze­czy­wi­stość. Z nowym języ­kiem, nowym obra­zem, nowym sty­lem.

Już wcze­śniej obser­wo­wa­łam, jak pierw­sze spółki gieł­dowe pró­bo­wały komu­ni­ko­wać się z ryn­kiem.

TON­SIL, KABLE, EXBUD – nazwy, które dziś brzmią jak hasła z krzy­żówki histo­ryczno-gospo­dar­czej. Może pamię­tają je jesz­cze archi­wi­ści… Albo ci, któ­rym mama nie wyrzu­ciła teczki ze sta­rymi nume­rami „Rzecz­po­spo­li­tej”.

Noto­wa­nia gieł­dowe poja­wiały się wtedy w pra­sie raz w tygo­dniu, a sama Giełda Papie­rów War­to­ścio­wych przy­po­mi­nała raczej giełdę rolną – tylko zamiast jajek i mar­chewki han­dlo­wano przy­szło­ścią pol­skiej gospo­darki. Jako dzien­ni­karka patrzy­łam na to począt­kowo z dystansu. Tro­chę jak spa­ce­ro­wiczka w zoo, który podzi­wia lwy przez szybę. Teraz jed­nak mia­łam wejść do środka.

Zro­zu­mieć, jak to się naprawdę robi: jak mówić o akcjach i obli­ga­cjach w spo­sób zro­zu­miały, atrak­cyjny i zgodny z pra­wem.

A to ostat­nie bywało wyzwa­niem, bo wów­czas reklama doty­cząca sek­tora finan­so­wego miała wyraź­nie okre­ślone gra­nice. Obo­wią­zy­wało jesz­cze coś takiego jak „odpo­wie­dzial­ność prze­kazu”. Wyobra­ża­cie sobie?

Rów­no­le­gle musia­łam też oswoić świat FMCG – dyna­miczny, kolo­rowy, bez­względny. Tu nie było czasu na reflek­sję.

Kiedy robić bada­nia? Jakie bada­nia? I czym wła­ści­wie różni się PR od roz­da­wa­nia ulo­tek w prze­bra­niu mar­chewki w cen­trum han­dlo­wym? Na wła­sny uży­tek stwo­rzy­łam pro­stą defi­ni­cję: PR to komu­ni­ka­cja z mózgiem, reklama – z port­fe­lem. Ale wtedy wszystko trzeba było wymy­ślać na nowo. Uczyć się w biegu. Cza­sem bez mapy, cza­sem pod prąd, cza­sem w złym obu­wiu.

Za to z ogromną ener­gią i prze­ko­na­niem, że uczest­ni­czymy w czymś naprawdę istot­nym.

* * *

Kra­ków z festi­wa­lem reklamy wpi­sy­wał się w koniecz­ność nawią­za­nia współ­pracy zarówno z biu­rem reklamy TVP, kie­ro­wa­nym już wtedy przez nowego szefa Pio­tra Gawła, jak i w koniecz­ność pozna­nia jak naj­więk­szej liczby firm rekla­mo­wych, pro­mo­cyj­nych i badaw­czych. Wśród nich były m.in. SMG/KRC – zespół mło­dych bada­czy z Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, pra­cu­ją­cych pod kie­run­kiem legen­dar­nego wete­rana ame­ry­kań­skich kam­pa­nii guber­na­tor­skich Neda Kenana – oraz jedna z pierw­szych pol­skich agen­cji rekla­mo­wych Image Art, pro­wa­dzona przez Roberta Bocz­kow­skiego. W świe­cie, który dopiero uczył się, czym wła­ści­wie jest reklama, Image Art Roberta Bocz­kow­skiego była jak obja­wie­nie. Jedna z pierw­szych praw­dzi­wych, autor­skich agen­cji rekla­mo­wych, która nie pró­bo­wała kopio­wać Zachodu, tylko od razu grała swoją melo­dię. To wła­śnie z tej agen­cji wyszła kam­pa­nia, która dziś ma sta­tus kul­to­wej – reklama Pol­leny 2000 z hasłem: „Ociec, prać?”. Jeśli kto­kol­wiek w Pol­sce lat dzie­więć­dzie­sią­tych miał tele­wi­zor, to znał ten spot. A jeśli nie znał, to i tak znał hasło – funk­cjo­no­wało jako żart, bon mot i dowód, że reklama może wejść do języka codzien­nego. Kam­pa­nia odwo­ły­wała się do Potopu Sien­kie­wi­cza, a dokład­nie – do braci Kiem­li­czów, postaci zna­nych z sar­mac­kiej bra­wury i wiecz­nie goto­wych do akcji. W spo­cie bra­cia, w kon­tu­szach i z sza­blami, patrzą na ojca i pytają: „Ociec, prać?”. Ale nie cho­dziło, rzecz jasna, o Szwe­dów, tylko o pra­nie.

Zimowy Kra­ków miał wtedy w sobie coś z magicz­nego snu. Ulice wokół Rynku były przy­sy­pane świe­żym śnie­giem, a na tej bia­łej nawierzchni sły­chać było chrzęst butów i szyb­kie kroki spie­szą­cych na seanse uczest­ni­ków. Na Sukien­ni­cach wisiały dłu­gie sople lodu, a zza fira­nek kawiarni sączyło się mięk­kie, cie­płe świa­tło przy­cią­ga­jące zmar­z­nię­tych prze­chod­niów. Nad wszyst­kim uno­sił się lekki zapach grza­nego wina, mokrego drewna, a w powie­trzu mie­szały się języki – pol­ski, angiel­ski, fran­cu­ski – bo festi­wal przy­cią­gał także zagra­nicz­nych gości.

I wła­śnie wtedy, pośród śniegu, zapa­ro­wa­nych szyb i roz­mów o wiel­kich pla­nach, wyda­rzyło się coś, co miało zosta­wić ślad nie tylko w note­sie, ale i w sercu.

* * *

W jed­nej z sal kino­wych, tuż przed słynną „Nocą Rekla­mo­żer­ców”, pano­wie Bocz­kow­ski i Gaweł przed­sta­wili mi Holen­dra, ich naj­waż­niej­szego klienta i wła­ści­ciela marki prosz­ków do pra­nia, która zbie­rała wszyst­kie nagrody za reklamę. Nie był zbyt wysoki – jasne blond włosy, chłodne, prze­ni­kliwe nie­bie­skie oczy i świet­nie skro­jona mary­narka od razu zdra­dzały jego zawo­dowe wyczu­cie stylu. Wśród roz­ga­da­nych widzów i szmeru ocze­ki­wa­nia wyróż­niał się inten­syw­no­ścią swo­jego bycia oraz swo­bod­nymi uwa­gami na każdy temat. Jego ele­gan­cja miała w sobie coś z pro­fe­sjo­na­li­zmu ludzi, dla któ­rych każdy detal ma zna­cze­nie – choćby kra­wat w drobny wzór kaczek, który z pozoru wyglą­dał zabaw­nie, a jed­nak świad­czył o prze­my­śla­nej non­sza­lan­cji.

Gra­nat mary­narki, ciem­no­szare spodnie i brą­zowe gar­ni­tu­rowe buty – to nie był styl gar­ni­tur­ków z pol­skich skle­pów, zwy­kle nieco za cia­snych dla noszą­cych. Nuta ele­ganc­kiego zapa­chu i wil­gotne chu­s­teczki, które poja­wiały się zni­kąd w jego dło­niach… Czu­łam się tro­chę nie­zgrab­nie w przy­du­żej mary­narce i zimo­wych, cie­płych butach, żeby cho­ciaż na szpil­kach.

Roz­mowa, prawdę mówiąc, kulała. Mój angiel­ski był wów­czas na pozio­mie nieco niż­szym niż pod­sta­wowy. Radzi­li­śmy sobie jed­nak za pomocą gestów i pro­wi­zo­rycz­nych szki­ców na kart­kach, trak­tu­jąc trud­no­ści języ­kowe z pew­nym roz­ba­wie­niem. Wbrew pozo­rom ta nie­po­radna komu­ni­ka­cja stwo­rzyła atmos­ferę swo­body i dystansu, który oka­zał się bar­dziej pomocny niż ofi­cjalne kon­wer­sa­cje.

Nie łudzi­łam się jed­nak co do źró­deł jego zain­te­re­so­wa­nia. Praw­do­po­dob­nie nie poświę­całby mi tyle uwagi, gdyby nie wizy­tówka doradcy mini­stra, którą prze­ka­za­łam na początku spo­tka­nia. Dla eks­pata, peł­nią­cego funk­cję zakła­da­jącą dzia­ła­nia pio­nier­skie na ryn­kach dopiero otwar­tych, kon­takt z osobą z krę­gów rzą­do­wych miał zna­cze­nie stra­te­giczne. Ja z kolei cie­szy­łam się, że kon­cern Holen­dra zaku­pił firmę pro­du­ku­jącą deter­genty, zanim się pozna­li­śmy – i nie zacho­dzi kon­flikt inte­re­sów. A z dru­giej strony – oczy­wi­ście – impo­no­wało mi zain­te­re­so­wa­nie męż­czy­zny z, nie ma co się łudzić, lep­szego świata.

Późną nocą, po emi­sjach wszyst­kich nagro­dzo­nych reklam, posta­no­wił odpro­wa­dzić mnie do hotelu, nie zwa­ża­jąc na warunki. Jego lek­kie buciki, zupeł­nie nie­przy­sto­so­wane do pol­skiej zimy, śli­zgały się na każ­dej przy­pró­szo­nej śnie­giem zamar­z­nię­tej kałuży. Nasza droga bar­dziej przy­po­mi­nała tor Wiel­kiej Par­du­bic­kiej niż zwy­kły nocny spa­cer po Kra­ko­wie. Co kilka kro­ków tra­cił rów­no­wagę, pró­bu­jąc utrzy­mać się na nogach z nie­jaką god­no­ścią, choć czę­ściej lądo­wał na śniegu, niż uda­wało mu się wyjść z pośli­zgu obronną ręką.

Tak wyglą­dało pierw­sze spo­tka­nie z Alber­tem S. Oso­bliwa mie­sza­nina prób utrzy­ma­nia pro­fe­sjo­nal­nego kon­taktu i zło­śli­wo­ści losu, który posta­no­wił wysta­wić na próbę zarówno nasze zdol­no­ści języ­kowe, jak i przy­dat­ność jego ele­ganc­kiego obu­wia.

W tam­tym cza­sie róż­nica mię­dzy życiem pry­wat­nym a zawo­do­wym była mniej wię­cej taka, jak mię­dzy poru­sza­niem się na lodzie a pro­wa­dze­niem gospo­darki ryn­ko­wej: w obu przy­pad­kach cho­dziło o to, żeby utrzy­mać rów­no­wagę i nie wylą­do­wać na tyłku.

* * *

Mini­ster­stwo Prze­kształ­ceń Wła­sno­ścio­wych mie­ściło się przy Kru­czej 36 – w wiel­kim gma­chu odzie­dzi­czo­nym po byłej admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej. Budy­nek miał w sobie coś z zapo­mnia­nego świata: od dzie­się­cio­leci nikt go nie remon­to­wał, a każdy kory­tarz prze­siąk­nięty był zatę­chłą mie­sza­niną zapa­chów tanich papie­ro­sów, sta­rego lakieru do pod­łogi i obo­wiąz­ko­wej w tam­tych cza­sach boaze­rii.

Na pierw­szym pię­trze mie­ściły się gabi­net mini­stra oraz biura pod­se­kre­ta­rzy stanu, któ­rzy urzę­do­wali w kolej­nych poko­jach – usta­wio­nych według waż­no­ści ścieżki pry­wa­ty­za­cyj­nej – nie­mal drzwi w drzwi. Po dru­giej stro­nie dłu­giego, ciem­nego kory­ta­rza, w daw­nych gabi­netach dyrek­to­rów depar­ta­men­tów, ulo­ko­wano zespół rzecz­nika pra­so­wego oraz dorad­ców – świeżo upie­czo­nych, peł­nych zapału, czę­sto jesz­cze bez więk­szego doświad­cze­nia, za to z poczu­ciem, że uczest­ni­czą w czymś naprawdę prze­ło­mo­wym. Krą­żyło się tam po skrzy­pią­cych par­kie­tach, prze­my­ka­jąc mię­dzy rzę­dami wysłu­żo­nych biu­rek, sta­rych meta­lo­wych szaf i pro­wi­zo­rycz­nie skle­co­nych sto­łów kon­fe­ren­cyj­nych. To był świat, który pró­bo­wał nadą­żyć za zmia­nami, choć wciąż tkwił jedną nogą w epoce, którą wła­śnie miał defi­ni­tyw­nie zamknąć.

Poja­wiły się już pierw­sze kom­pu­tery, kopiarki i dru­karki, ale wszystko to wciąż było wymie­szane z nowymi meblami posta­wio­nymi na zdar­tych, wybla­kłych dywa­nach – jakby ktoś pró­bo­wał na szybko przy­kryć ślady prze­szło­ści świe­żym lakie­rem nadziei.

Nie pra­co­wa­li­śmy od ósmej do pięt­na­stej. Wła­ści­wie zda­rzało się, że nie wycho­dzi­li­śmy z budynku przez kilka dni prze­ko­nani, że wła­śnie dzieje się histo­ria i nie wolno odpusz­czać. A ciśnie­nie poli­tyczne i spo­łeczne było nie­małe.

Zmiana zawsze budzi lęk: co dalej? jak dalej? czy damy radę? czy to, co robimy, ma w ogóle sens? Tym bar­dziej że nikt wtedy nie wie­dział, jak wła­ści­wie prze­pro­wa­dzać pro­ces pry­wa­ty­za­cji. W zasa­dzie uczy­li­śmy się wszyst­kiego w biegu, z prze­ko­na­niem, że skoro jesz­cze nie wybu­chło, to zna­czy, że idziemy w dobrą stronę. Ale prze­cież nikt wcze­śniej nie robił tego w taki spo­sób.

To była być może pierw­sza w histo­rii zmiana ustro­jowa, która nie była oku­piona krwią. Nie było bary­kad, czoł­gów ani ucie­czek nocą przez gra­nicę. Było za to coś znacz­nie trud­niej­szego do opi­sa­nia – masowe poczu­cie nie­pew­no­ści. Bo jak zmie­nić wszystko, nie zmie­nia­jąc niczego gwał­tow­nie? Jak wpro­wa­dzić wolny rynek w kraju, gdzie jesz­cze wczo­raj „wol­ność” była sło­wem podej­rza­nym? Jak powie­dzieć ludziom, że ich umie­jęt­no­ści, całe życie zawo­dowe, będą teraz „do prze­szko­le­nia”? Że bez­pie­czeń­stwo, które znali – choćby ilu­zo­ryczne – nie wróci?

Naj­bar­dziej bali się ci, któ­rzy już raz coś stra­cili – poko­le­nie naszych rodzi­ców i dziad­ków. Ludzie, któ­rzy prze­żyli wojnę, prze­sie­dle­nia, nacjo­na­li­za­cję, kolek­ty­wi­za­cję, czasy, gdy jedna decy­zja urzęd­nika mogła znisz­czyć rodzinę. Oni wie­dzieli, że każda zmiana sys­temu ma swoją cenę, nawet jeśli na początku wydaje się dar­mowa. Z kolei młodsi – ci, któ­rzy w doro­słość wcho­dzili razem z trans­for­ma­cją – byli pełni eufo­rii, ale i złu­dzeń. Wie­rzyli, że wystar­czy chcieć. Że Zachód już czeka z otwar­tymi ramio­nami i że pasz­port w kie­szeni to bilet do raju. Nie rozu­mieli jesz­cze, że kapi­ta­lizm to też sys­tem i też ma swo­ich wyklu­czo­nych, swoją bru­tal­ność i swoje gry.

W War­sza­wie mówiło się o „szan­sie”, o „nowym początku”. Ale na pro­win­cji czę­ściej sły­szało się słowa: „kom­bi­nują”, „nasi już nie mają szans”, „to wszystko dla nich, nie dla nas”.

Zmiana przy­cho­dziła nie­równo – spo­łecz­nie, geo­gra­ficz­nie, poko­le­niowo.

Dla jed­nych była wyba­wie­niem, dla innych koń­cem świata, który – choć ułomny – był znany. I to było widać nie­mal wszę­dzie. W War­sza­wie – szcze­gól­nie tej nowej, post­trans­for­ma­cyj­nej – domi­no­wał język suk­cesu: start-upy, leasing, opcje mene­dżer­skie, eks­pan­sja, PR, bene­fit. Ludzie prze­stali mówić o „zarob­kach”, a zaczęli mówić o „pro­jek­tach”. Nie było już pen­sji, były fak­tury. Nie było pracy, tylko współ­praca B2B. Nie było życio­rysu, tylko CV.

Ale wystar­czyło poje­chać dwie godziny za mia­sto, żeby zro­zu­mieć, że ten język nie tłu­ma­czy się na lokalne dia­lekty rze­czy­wi­sto­ści. Tam trans­for­ma­cja ozna­czała zamkniętą fabrykę, bez­ro­bo­cie, kre­dyt na lodówkę i syna w Anglii, który „na zmy­waku, ale legal­nie”. W mia­stach woje­wódz­kich powsta­wały nowe biu­rowce, a w mia­stecz­kach powia­to­wych – lom­bardy i sklepy z uży­waną odzieżą z Holan­dii.

Roz­pę­dziła się klasa śred­nia, ale też roz­pę­kła się spo­łeczna tkanka. Ludzie, któ­rzy kie­dyś stali w tych samych kolej­kach, teraz prze­stali się rozu­mieć. Jedni zaczęli jadać sushi, dru­dzy kupo­wali pasz­tet w pro­mo­cji i spraw­dzali ceny przy kasie. Jedni roz­wa­żali opcję fun­du­szu inwe­sty­cyj­nego, dru­dzy – czy star­czy na rachu­nek za prąd. Zaczęły się poja­wiać podziały, które nie były jesz­cze do końca nazwane, ale już bar­dzo wyraź­nie odczu­wane. Nie cho­dziło tylko o pie­nią­dze, cho­dziło o poczu­cie przy­na­leż­no­ści do przy­szło­ści albo do prze­szło­ści. O to, czy świat robi się coraz bar­dziej „nasz”, czy coraz bar­dziej „nie nasz”.

* * *

Pew­nego dnia do mojego gabi­netu zawi­tał świa­towy kon­cern komu­ni­ka­cyjny Bur­son-Mar­stel­ler z pro­po­zy­cją współ­pracy w obsza­rze public rela­tions.

– To bar­dzo inte­re­su­jące – powie­dzia­łam z całym należ­nym entu­zja­zmem. – A co to wła­ści­wie jest?

Po krót­kiej dys­ku­sji umó­wi­li­śmy się, że jeżeli mnie nauczą, jak i z czym to się je, to będziemy mogli współ­pra­co­wać. Bo na razie, uprze­dzi­łam ich uczci­wie, jestem wobec ich oferty abso­lut­nie bez­radna, jak kura wobec urzą­dze­nia do łapa­nia jajek na taśmie pro­duk­cyj­nej.

Byli­śmy na progu jed­nego z naj­waż­niej­szych pro­gra­mów eko­no­miczno-poli­tycz­nych tam­tej dekady – powszech­nej pry­wa­ty­za­cji. Świat wcho­dził drzwiami i oknami, a my uczy­li­śmy się go w locie, naj­le­piej, jak umie­li­śmy. Pierw­sze spo­tka­nia przy­po­mi­nały raczej lek­cje inten­syw­nego kursu języ­kowo-kul­tu­ro­wego niż roz­mowy biz­ne­sowe. Pamię­tam, jak pod­czas jed­nej z dys­ku­sji o stra­te­gii komu­ni­ka­cyj­nej padło pyta­nie:

– Czy jeste­śmy gotowi na cri­sis mana­ge­ment?

Przy­tak­nę­łam odru­chowo prze­ko­nana, że cho­dzi o jakieś nowe metody zarzą­dza­nia cza­sem kry­zysu wieku śred­niego. Dopiero po kilku dniach, gdy ktoś przy­niósł mi frag­menty prze­tłu­ma­czo­nego pod­ręcz­nika public rela­tions, zro­zu­mia­łam, że cri­sis mana­ge­ment to nie tera­pia gru­powa, tylko plan awa­ryjny na wypa­dek kata­strofy medial­nej.

Wtedy nauczy­łam się pod­sta­wo­wej zasady: jeśli nie wiesz, o czym mowa, lepiej zada­wać pyta­nia – zanim pod­pi­szesz coś, co póź­niej wybuch­nie ci w rękach.

* * *

Ale praw­dziwe lek­cje dopiero miały nadejść. I jak to bywa w życiu, nikt nie roz­da­wał fiszek ani nie robił próby gene­ral­nej. Wszystko szło na żywca.

Dla Mini­ster­stwa Prze­kształ­ceń Wła­sno­ścio­wych pro­mo­cja i infor­ma­cja były klu­czowe. Cho­dziło o to, żeby jakoś sen­sow­nie wytłu­ma­czyć ludziom, że zmiany są konieczne, a nie że „ktoś chce nam coś zabrać”. Prze­ko­na­nie, że jeste­śmy potęgą eko­no­miczną, wykre­owane przez poprzed­ni­ków miało się nijak do codzien­no­ści, w któ­rej na pra­wie wszystko, co pro­du­ko­wano, nie było zbytu. Jed­no­cze­śnie cho­dziło też o to, jak dać tym samym ludziom szansę.

Trwały gorącz­kowe przy­go­to­wa­nia do wiel­kiego pro­gramu – wymy­ślo­nego przez szefa resortu i naszego czo­ło­wego eko­no­mi­stę. Nie poszli­śmy śla­dem Cze­chów, gdzie pry­wa­ty­za­cja pole­gała na szyb­kim roz­da­niu kupo­nów każ­demu, kto się schy­lił. Pol­ska wer­sja miała być bar­dziej ambitna: fun­du­sze zarzą­dza­jące, inwe­sto­rzy insty­tu­cjo­nalni, trans­fer wie­dzy, mery­to­kra­cja. Miało być pięk­nie. Czy miało to sens, czy nie – nie mnie oce­niać. Może i zakła­dano słusz­nie, że uda się wcią­gnąć do Pol­ski nowo­cze­sne stan­dardy zarzą­dza­nia. Może liczono na trans­fer wie­dzy jak na gwiazdkę z nieba. Ale nie uwzględ­niono jed­nej rze­czy: pol­skiego sprytu.

Zor­ga­ni­zo­wany skup świa­dectw udzia­ło­wych ruszył szyb­ciej niż bazarki. Świa­dec­twa, które miały być pasz­por­tem dla wszyst­kich do nowego kapi­ta­li­zmu, stały się zbio­rem dla tych, któ­rzy potra­fili szyb­ciej liczyć i mniej się wzru­szać.

No cóż – wszy­scy dopiero się uczy­li­śmy. Cza­sem na cudzych błę­dach, a czę­ściej – na wła­snych.

Ale nawet w naj­więk­szym cha­osie tra­fiają się momenty, które zmie­niają zasady gry. I cza­sem wystar­czy jedno słowo.

* * *

Jed­nym z prze­ło­mo­wych momen­tów były bada­nia socjo­lo­giczne, które prze­pro­wa­dzi­łam wspól­nie z SMG/KRC.

Z pozoru nic wiel­kiego, zwy­kłe fokusy, parę wywia­dów pogłę­bio­nych, tabele, wykresy, słupki zaufa­nia. A jed­nak ich wynik był dla mnie jak kubeł zim­nej wody. Poka­zały coś abso­lut­nie fun­da­men­tal­nego: nie możemy ludziom mówić, że „sprze­da­jemy firmy”, musimy mówić, że „szu­kamy dla nich inwe­sto­rów”. Że szu­kamy nie wła­ści­cieli, ale „opie­ku­nów”. Tylko tyle. Jedno zda­nie. Mała zmiana słów, a gigan­tyczny skok zaufa­nia spo­łecz­nego.

Jeden zwrot i nagle, zamiast zło­dziei, sta­wa­li­śmy się ratow­ni­kami prze­my­słu. To był pierw­szy raz, kiedy zro­zu­mia­łam na wła­snej skó­rze, jak głę­boko język kształ­tuje nie tylko emo­cje, ale także legi­ty­mi­za­cję dzia­ła­nia. Że komu­ni­kat eko­no­miczny nie może być ode­rwany od spo­łecz­nego kodu odbiorcy. I że jeśli chcesz coś naprawdę zmie­nić, musisz naj­pierw zmie­nić język, jakim o tym mówisz. Bo prze­cież spo­łe­czeń­stwo po 1989 roku było zbu­do­wane na gło­dzie nadziei i potęż­nym stra­chu. Stra­chu przed tym, że zosta­nie oszu­kane jesz­cze raz. Że „oni” znowu coś zała­twią za ple­cami „nas”. Że ktoś zabie­rze, zamiast dać.

Dla wielu ludzi słowo „pry­wa­ty­za­cja” brzmiało jak wyrok. Wcze­śniej nale­że­li­śmy wszy­scy do PGR-u, do zakładu, do pań­stwa. A teraz mie­li­śmy „być wła­ści­cie­lami”? Tylko że nikt nie mówił, co to zna­czy. A jak już mówił, to nie­zro­zu­miale, w języku, któ­rego nikt nie tłu­ma­czył. W rze­czy­wi­sto­ści ludzie nie bali się pry­wa­ty­za­cji. Bali się opusz­cze­nia.

Dru­gim spo­so­bem na obni­że­nie lęków było więc przy­bli­że­nie całego tematu, a naj­le­piej jego obśmia­nie.

Z pomocą przy­szło coś, co zna­łam od środka: kul­tura popu­larna.

Moje stare doświad­cze­nia ze szkoły fil­mo­wej, teatralne zna­jo­mo­ści, zaple­cze z Fil­mówki – wszystko to oka­zało się nie tylko przy­datne, ale także stra­te­giczne.

Od zaprzy­jaź­nio­nych pro­du­cen­tów dowie­dzia­łam się, że powstaje druga część kul­to­wego serialu Czter­dzie­sto­la­tek. Dwa­dzie­ścia lat póź­niej. Reży­se­ro­wał Jerzy Gruza, a pro­du­cen­tem był Kaj­tek Kowal­ski, stary wyja­dacz, który wie­dział, jak roz­śmie­szyć Pol­skę tak, żeby nikt nie poczuł się upo­ko­rzony.

Pod­chwy­tuję temat i nama­wiam mini­stra, żeby zaspon­so­ro­wać odcinki poświę­cone pry­wa­ty­za­cji. Nie jako agitkę, nie jako reklamę, ale jako oswo­je­nie. Bo kiedy się śmie­jemy, prze­sta­jemy się bać. Udało się. Firma Quater Latiné dostaje zle­ce­nie. Ja zaś zostaję mia­no­wana osobą odpo­wie­dzialną za koń­cowy efekt. Z pełną świa­do­mo­ścią, że robimy nie tyle tele­wi­zję, ile inży­nie­rię spo­łeczną. I może zabrzmi to zbyt gór­no­lot­nie, ale wtedy naprawdę wie­rzy­łam – i na­dal wie­rzę – że kul­tura popu­larna jest języ­kiem zmiany. Nie bro­szurą, nie kon­fe­ren­cją, nie prze­mó­wie­niem. Tylko opo­wie­ścią, w któ­rej ludzie mogą się zoba­czyć.

I – co waż­niej­sze – poczuć się nie gorsi, tylko zro­zu­miani.

* * *

Wil­czym pra­wem opo­zy­cja (dla jasno­ści: nie lewica, która stra­ciła wła­dzę w 1989, ale nowy poli­tyczny nary­bek – par­tie i par­tyjki powstałe po Okrą­głym Stole) oskar­żała nas o wszystko, co moż­liwe: o zło­dziej­stwo, bała­gan, brak kom­pe­ten­cji i dobrej woli. Prze­ko­na­nie, że w Mini­ster­stwie Prze­kształ­ceń Wła­sno­ścio­wych panuje chaos, powta­rzano tak długo, że nawet my sami zaczy­na­li­śmy w to wie­rzyć. Powie­la­li­śmy tę nar­ra­cję nie­mal bez­re­flek­syj­nie, jakby był to fakt przy­rod­ni­czy, a nie hipo­teza do wery­fi­ka­cji. No bo prze­cież tyle doku­men­tów, tylu ludzi, tylu dorad­ców, tyle „papie­rów w obiegu”, a do tego jesz­cze naci­ski poli­tyczne, spo­łeczne, mię­dzy­na­ro­dowe.

Z góry zakła­da­li­śmy, że to musi być bała­gan. I w pew­nym sen­sie był. Ale w znacz­nie mniej­szym stop­niu, niż sami chcie­li­śmy to sobie wmó­wić.

* * *

Kilka mie­sięcy wcze­śniej prze­nie­śli­śmy się z budynku przy ulicy Mysiej – tak, tej Mysiej, daw­nej sie­dziby Urzędu Cen­zury – do biur przy Kru­czej. Sym­bo­liczny gest, jasne. Ale każda prze­pro­wadzka to też zagu­bione segre­ga­tory, nie­do­koń­czone kar­to­teki, skrzynki bez wła­ści­ciela i zamie­sza­nie, które z cza­sem obra­sta w legendę. Zamiast upo­rząd­ko­wać chaos, zaak­cep­to­wa­li­śmy go jako ele­ment kra­jo­brazu. I tu wła­śnie zła­pa­li­śmy się na czymś, co do dziś mnie fascy­nuje: pułapkę tzw. wie­dzy powszech­nej.

To, że coś jest sze­roko powta­rzane – w pra­sie, w kory­ta­rzo­wych plot­kach, w języku eks­per­tów – nie ozna­cza jesz­cze, że jest praw­dziwe. Ale kiedy sły­szysz to wystar­cza­jąco długo, zaczy­nasz się dosto­so­wy­wać. Uczest­ni­czysz w tym, nie zauwa­ża­jąc, że wła­śnie rezy­gnu­jesz z wła­snej zdol­no­ści kry­tycz­nego myśle­nia.

W tym kli­ma­cie wybu­chła sprawa z Lechem Kaczyń­skim, ówcze­snym sze­fem NIK-u. Publicz­nie zarzu­cił nam dzia­ła­nie na szkodę pań­stwa, kon­kret­nie przy pry­wa­ty­za­cji Zakła­dów Mecha­nicz­nych „Róża Luk­sem­burg”. Argu­men­to­wał emo­cjo­nal­nie i dok­try­ner­sko, obie­cy­wał dowody, któ­rych jed­nak „na razie” nie zamie­rzał przed­sta­wić. Nie dał nam wyj­ścia. Musie­li­śmy wal­czyć. Takich pro­ce­sów wcze­śniej nie było, więc sądy reago­wały szybko – do dnia roz­prawy mie­li­śmy zale­d­wie kilka dni.

Mini­ster zde­cy­do­wał się wyto­czyć Kaczyń­skiemu pro­ces o naru­sze­nie dobrego imie­nia. Wie­dzie­li­śmy, że w sądzie nie cho­dzi wyłącz­nie o spra­wie­dli­wość, cho­dzi o wyrok. Taki, który przy­wróci wia­ry­god­ność, oczy­ści atmos­ferę, postawi nas z powro­tem na nogi w oczach opi­nii publicz­nej. Przy­go­to­wa­nia musiały być per­fek­cyjne. A skoro wszy­scy byli­śmy prze­ko­nani, że mamy w doku­men­ta­cji kla­syczny bała­gan, a część papie­rów zapewne „znik­nęła” w stylu lat dzie­więć­dzie­sią­tych, trzeba było zacząć od pod­staw.

Z pomocą mece­nasa Krzysz­tofa Zakrzew­skiego i kilku odda­nych spra­wie osób ruszy­li­śmy do boju. Odtwa­rza­li­śmy cały pro­ces pry­wa­ty­za­cyjny – doku­ment po doku­men­cie, kartka po kartce. Tam, gdzie bra­ko­wało doku­mentów, się­ga­li­śmy po świad­ków. Poli­cja w sobot­nie popo­łu­dnie wycią­gnęła jed­nego z dyrek­to­rów z pokazu psów raso­wych – jego czem­pionka miała wła­śnie wejść na ring. Innego dosłow­nie ścią­gnę­li­śmy z roman­tycz­nej kola­cji, pod­czas któ­rej zamie­rzał się oświad­czyć. Trzeba przy­znać, że miał pecha: oświad­cze­nia udzie­lił, ale zupeł­nie innego, niż pla­no­wał.

Sie­dzia­łam w mini­ster­stwie godzi­nami. Nie pamię­tam już ile. Dopóki mate­riał nie był kom­pletny, nie mogłam nawet zacząć przy­go­to­wy­wać oświad­czeń dla prasy.

Mece­nas Jacek Dubois, który miał nas repre­zen­to­wać w sądzie, rów­nież cze­kał – z aniel­ską cier­pli­wo­ścią i czarną kawą. Jacek – blon­dyn o nie­bie­skich oczkach i spoj­rze­niu nie­wi­niątka, które potra­fiło zmy­lić nawet naj­bar­dziej czuj­nych. Wyraz jego twa­rzy suge­ro­wał, że ma się do czy­nie­nia z czło­wie­kiem, który ni­gdy nikogo nie skrzyw­dził – i wła­śnie dla­tego nale­żało na niego szcze­gól­nie uwa­żać. Pod tą aniel­ską powierzch­nią krył się umysł pre­cy­zyjny jak szwaj­car­ski zega­rek albo dobrze ska­li­bro­wany kom­pu­ter, choć z tech­no­lo­gią ni­gdy nie żył w zgo­dzie. Nie był zimny. Prze­ciw­nie, miał w sobie spe­cy­ficzne cie­pło i poczu­cie humoru, które było jak szyfr: nie wszy­scy je rozu­mieli, ale ci, któ­rym udało się go roz­szy­fro­wać, prze­pa­dali za nim bez reszty. I nie tylko oni. Jacek miał w sobie coś, co dzia­łało jak magnes na ludzi, zwłasz­cza na kobiety. Nie był kla­sycz­nie przy­stojny, ale miał ten wdzięk, który trudno opi­sać, a jesz­cze trud­niej się przed nim obro­nić. Był jak postać z innego porządku: łączył dzie­cięcą naiw­ność z bły­sko­tli­wo­ścią, która potra­fiła roz­broić każ­dego prze­ciw­nika – i to bez pod­no­sze­nia głosu. Żeby zabić czas, zapro­po­no­wa­łam mu par­tyjkę golfa. Tak, golfa – kory­ta­rzo­wego, z praw­dziwą piłką i bar­dziej wyima­gi­no­wa­nymi doł­kami. Prze­su­wa­li­śmy się wzdłuż mini­ste­rial­nych kory­ta­rzy: ja opo­wia­da­łam o tym, jak zacho­wają się media, on snuł moż­liwe sce­na­riu­sze obrony. Plot­ko­wa­li­śmy też o tym, co u zna­jo­mych i kiedy warto wpaść do Mary­nek, czyli do zamiej­skiej posia­dło­ści rodziny jego wspól­nika Alek­san­dra Pocieja.

I wtedy – zupeł­nie przy­pad­kiem – natknę­li­śmy się na drzwi z tabliczką ARCHI­WUM. Zatrzy­ma­li­śmy się jak w kre­skówce. Nikt wcze­śniej nie wpadł na to, że coś takiego może tu jesz­cze ist­nieć. Pobie­głam po klu­cze do straż­ni­ków. Drzwi otwo­rzyły się z teatral­nym skrzyp­nię­ciem i… nagle sta­nę­li­śmy w obli­czu cudu. Wszystko tam było. Abso­lut­nie wszystko. Akta upo­rząd­ko­wane według dat i kolo­rów, zszyte, pod­pięte, opi­sane. Pełna doku­men­ta­cja wszyst­kich trans­ak­cji, łącz­nie z „Różą Luk­sem­burg”. Ory­gi­nalne oferty, kore­spon­den­cja, decy­zje, wer­sje robo­cze, nawet notatki z mar­gi­ne­sami. Zatar­ga­li­śmy te kar­tony do gabi­netu, gdzie od kilku dni trwała gorącz­kowa reani­ma­cja pamięci zbio­ro­wej.

Miny mini­stra i całego zespołu, który przez ostat­nie 72 godziny kleił doku­men­ta­cję z frag­men­tów wspo­mnień, bez­cenne. Z jed­nej strony ulga, z dru­giej – coś na gra­nicy zała­ma­nia ner­wo­wego. Ale efekt był: od tej chwili mogli­śmy mówić o spra­wie z zupeł­nie innej pozy­cji. W ponie­dzia­łek w sądzie gra­li­śmy już w innej lidze.

Sala była pełna. Tłum dzien­ni­ka­rzy. Atmos­fera jak na pre­mie­rze gło­śnego filmu. To była pierw­sza taka sprawa trans­mi­to­wana na żywo przez świeżo powstałe Radio Zet. Publicz­ność miała popcorn.

Kaczyń­ski oczy­wi­ście nie przed­sta­wił żad­nych dowo­dów. Zaczął się nie­zgrab­nie tłu­ma­czyć, że jego oskar­że­nia to była… „reto­ryka poli­tyczna”. Brzmiało to tro­chę jak próba uspra­wie­dli­wie­nia bójki w szkole hasłem: „to była tylko inter­pre­ta­cja ruchowa”.

I wtedy mece­nas Dubois popi­sał się cudow­nym wyczu­ciem:

– Czy zdaje pan sobie sprawę, że takie publiczne pomó­wie­nie naru­sza arty­kuł dwie­ście dwa­na­ście para­graf dwa Kodeksu kar­nego oraz dobre imię oskar­żo­nych?

– Nie – odpo­wie­dział Lech Kaczyń­ski.

– A czy może pan przy­po­mnieć sądowi, kim jest pan z wykształ­ce­nia?

– Praw­ni­kiem.

– W jakim stop­niu?

– Dok­tora… Ale to było dawno temu.

Sala zatrzę­sła się od śmie­chu.

Nie­stety do dal­szego ciągu pro­cesu sędzia nie zgo­dził się już dopu­ścić dzien­ni­ka­rzy.

* * *

Po całych dniach prze­py­cha­nek w sądach, walki o dobre imię mini­ster­stwa i despe­rac­kiego kom­ple­to­wa­nia doku­men­tów życie pry­watne wyda­wało się czymś rów­nie abs­trak­cyj­nym jak week­end czy spo­kojna kola­cja. A jed­nak, zupeł­nie nie­pro­szone, wśli­zgi­wało się mię­dzy kartki akt i teczki pełne „Róży Luk­sem­burg”, przy­po­mi­na­jąc, że poza walką o kapi­ta­lizm wal­czy­łam też – zupeł­nie nie­po­rad­nie, ale z rosną­cym zaan­ga­żo­wa­niem – o wła­sną komu­ni­ka­cję z Alber­tem S. Jeśli prawdą jest, że naj­więk­sze moty­wa­cje rodzą się w kry­zy­sie, to mój angiel­ski roz­wi­jał się wtedy szyb­ciej niż infla­cja na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych.

Albert nie dał mi długo cze­kać po spo­tka­niu w Kra­ko­wie. Już w tym samym tygo­dniu poja­wił się z zapro­sze­niem na kola­cję i… przy­niósł misia-zabawkę, stwo­rzo­nego dla płynu zmięk­cza­ją­cego do pra­nia. Uzna­łam to za cza­ru­jące.

Dla nas – ludzi wycho­wa­nych na Rek­siach z kio­sku „Ruchu” i zabaw­kach z Celu­lozy w Czę­sto­cho­wie – maskotki powią­zane z pro­duk­tami były czymś zupeł­nie nowym. Nie infan­tyl­nym, nie iro­nicz­nym, tylko po pro­stu zachod­nim. Ten plu­szak był dobrze wyko­nany, miękki, pach­niał lekko per­fu­mo­wa­nym prosz­kiem i miał ten rodzaj uroku, który natych­miast roz­braja. To wła­śnie wtedy zaczę­łam wyraź­niej dostrze­gać kon­trast, któ­rego wcze­śniej nie dopusz­cza­łam do świa­do­mo­ści.

Mię­dzy świa­tem Alberta – pach­ną­cym nowo­ścią, deli­kat­nym uśmie­chem i rekla­mową nar­ra­cją o przy­szło­ści – a naszym urzę­do­wym tu i teraz, które nawet nie pró­bo­wało uda­wać, że nadąża. Albert wcho­dził do budynku mini­ster­stwa jak do innego wymiaru. Gar­ni­tur w odcie­niu sza­rej sta­lówki, koszula bez zagnie­ceń, zapach cze­goś, co na pewno nie było Bru­ta­lem.

Dla Alberta ta pro­wi­zorka była folk­lo­rem. Czymś mię­dzy uro­kiem egzo­tyki a żywym skan­se­nem, z któ­rego można coś wycią­gnąć, ale nie trzeba się anga­żo­wać. Dla nas to była codzien­ność. Nie wsty­dliwa, tylko… nie­fo­to­ge­niczna. I może wła­śnie dla­tego ten miś zro­bił na mnie takie wra­że­nie. Nie dla­tego, że był wyjąt­kowy, tylko dla­tego, że sta­no­wił zapo­wiedź świata, w któ­rym wszystko mogło być mięk­kie, przy­ja­zne i prze­wi­dy­walne. Nie budże­tem wie­lo­let­nim i ana­lizą kosz­tów spo­łecz­nych, tylko pro­stym gestem, który pach­niał pra­niem i bez­pie­czeń­stwem.

W tam­tym świe­cie to był aro­mat przy­szło­ści.

Napi­sa­łam wcze­śniej, że ćwi­czy­li­śmy z Jac­kiem Dubois grę w golfa na kory­ta­rzach mini­ster­stwa. Prawda jest jed­nak taka, że zarówno golf, jak i inten­sywny tre­ning języka angiel­skiego poja­wiły się w moim życiu z powodu Alberta S. Potrzeba komu­ni­ka­cji, napę­dzana wza­jem­nym zain­te­re­so­wa­niem, spra­wiła, że słówka i całe frazy zaczęły wcho­dzić mi do głowy z pręd­ko­ścią świa­tła. W zasa­dzie w trzy mie­siące prze­szłam drogę od „Kali jeść, Kali spać” do cał­kiem przy­zwo­itego, pod­sta­wo­wego poziomu, który pozwa­lał mi już pro­wa­dzić roz­mowę.

* * *

To był ten moment, kiedy kie­rowca po prze­kro­cze­niu pierw­szych dzie­się­ciu tysięcy kilo­me­trów wydaje sobie samemu cer­ty­fi­kat mistrzo­stwa. I wtedy zwy­kle nastę­puje pierw­sze zde­rze­nie. Moje przy­szło w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie – przy spo­tka­niu z BBC. Pry­wa­ty­za­cja, reali­zo­wana na taką skalę i tyloma róż­nymi ścież­kami, budziła natu­ralne zain­te­re­so­wa­nie prasy zagra­nicz­nej, nawet więk­sze i poważ­niej­sze niż pol­skiej.

Zwy­kle w takich sytu­acjach korzy­sta­łam z pomocy tłu­ma­cza, bo mój angiel­ski był raczej w sta­nie uśpie­nia niż czuj­nej goto­wo­ści. Ale tym razem tłu­macz się spóź­niał, a ja – pełna nowo zdo­by­tej pew­no­ści sie­bie – pomy­śla­łam, że dam radę sama. Wywiad miał być dla BBC. Przy­je­chało dwóch miłych panów, atmos­fera była uprzejma. Począ­tek poszedł zaska­ku­jąco płyn­nie, co tylko utwier­dziło mnie w prze­ko­na­niu, że jestem już pra­wie dwu­ję­zyczna.

– What’s the big­gest dif­fe­rence between Polish and Ger­man pri­va­ti­za­tion? – padło pyta­nie.

Posta­no­wi­łam zabły­snąć dow­ci­pem:

– Well, the first big­gest dif­fe­rence are that first mini­ster of Ger­man pri­va­ti­za­tion was shit.

Twa­rze obu panów momen­tal­nie się wydłu­żyły. Zorien­to­wa­łam się, że coś poszło nie tak, ale moje umie­jęt­no­ści języ­kowe nie pozwo­liły mi jesz­cze wyła­pać sub­tel­nej róż­nicy mię­dzy „shit” a „shot”. A prawda była taka, że pierw­szy nie­miecki mini­ster pry­wa­ty­za­cji został zastrze­lony już w kwiet­niu 1991 roku. Sama bym się wtedy naj­chęt­niej zastrze­liła, gdyby nie to, że w ostat­niej chwili do sali wpadł spóź­niony tłu­macz i zgrab­nie napra­wił całą żenu­jącą sytu­ację.

Póź­niej, kiedy opo­wie­dzia­łam tę histo­rię Alber­towi, spo­dzie­wa­łam się śmie­chu albo przy­naj­mniej roz­ba­wie­nia. Tym­cza­sem on zare­ago­wał wyraź­nym zaże­no­wa­niem. W jego oczach takie faux pas było czymś nie­mal dys­kwa­li­fi­ku­ją­cym – świa­dec­twem braku kon­troli, nie­przy­sta­ją­cego do funk­cji, jaką peł­ni­łam. To był dla mnie ważny moment. Nam się wtedy wyda­wało, że jeste­śmy już czę­ścią jed­nej Europy, ale wystar­czyło takie zda­rze­nie, by zoba­czyć, jak głę­boko róż­nimy się jesz­cze w poczu­ciu humoru, este­tyki i spo­so­bie oce­nia­nia sytu­acji. To, co dla mnie było tylko zabawną pomyłką i pre­tek­stem do aneg­doty, dla niego było naru­sze­niem pew­nego nie­wi­dzial­nego kodu – kodu powagi, pre­cy­zji i wize­runku.

Wtedy po raz pierw­szy naprawdę zro­zu­mia­łam, że komu­ni­ka­cja to coś znacz­nie wię­cej niż tylko język. To także zbiór nie­wi­dzial­nych reguł, które każdy z nas nosi w sobie – i które tak łatwo zła­mać, nawet nie zda­jąc sobie z tego sprawy.

* * *

W tym cza­sie Albert miesz­kał w hotelu Mar­riott w naroż­nym pokoju z pano­ra­micz­nym wido­kiem na War­szawę. W kontr­ak­cie z cen­tralą miał zagwa­ran­to­wane pełne utrzy­ma­nie w „dzi­kim kraju”, więc wybie­rał to, co wów­czas było naj­lep­sze. A Mar­riott był wtedy bez­dy­sku­syj­nym luk­su­sem: miał wła­sne uję­cie głę­bi­no­wej wody, wła­sną oczysz­czal­nię, che­mię spro­wa­dzaną pro­sto ze Sta­nów i wło­ską pościel. Hote­lowy basen jako pierw­szy w Pol­sce miał wtedy wodę ozo­no­waną – stan­dardy były zachod­nie, i to w naj­lep­szym tego słowa zna­cze­niu. Mar­riott miał też obsługę rekru­to­waną nie z daw­nych hote­lo­wych eta­tów, lecz z ludzi zupeł­nie świe­żych, nowych, szko­lo­nych od pod­staw. Inten­syw­nie rekru­to­wano wów­czas do niego na uni­wer­sy­tec­kich kory­ta­rzach. Zwy­kle się­gano po stu­den­tów z kie­run­ków bar­dziej oble­ga­nych, uzna­wa­nych za eli­tarne – takich, gdzie o jedno miej­sce biło się wię­cej niż pię­ciu kan­dy­da­tów: dzien­ni­kar­stwa, psy­cho­lo­gii czy prawa. Mło­dzi ludzie, zanim jesz­cze zdą­żyli zachły­snąć się stu­denc­kim życiem, dawali się porwać magii kariery w „świa­to­wym hotelu”. To była ich ucieczka z obskur­nych aka­de­mi­ków i gło­do­wych sty­pen­diów łata­nych gro­szami z kore­pe­ty­cji. Bez żalu zamie­niali stu­dia dzienne, o które jesz­cze przed chwilą tak zacie­kle wal­czyli, na te „dla pra­cu­ją­cych”, byle „pra­co­wać w Mar­jo­cie”.

Ponie­waż nasza rela­cja z Alber­tem zaczy­nała już przy­po­mi­nać coś wię­cej niż tylko kola­cje służ­bowe i poranne maile, coraz czę­ściej po pracy pod­jeż­dża­łam pod jego hotel moim czer­wo­nym malu­chem – dumą rodzi­mej moto­ry­za­cji, czyli Fia­tem 126p. Samo­cho­dzik był gło­śny, uparty i raczej z cha­rak­te­rem niż z osią­gami, ale był mój. I dzia­łał.

Albert, wycho­wany w kraju luk­su­so­wych limu­zyn, kli­ma­ty­za­cji, wspo­ma­ga­nia kie­row­nicy i auto­ma­tycz­nych skrzyń bie­gów, patrzył na mojego Fia­cika z mie­sza­niną cie­ka­wo­ści, pobła­ża­nia i nie­wy­po­wie­dzia­nego lęku. W końcu jed­nak zdo­był się na odwagę i zapro­po­no­wał, że pokaże mi, jak „porząd­nie się par­kuje”. Z ele­gan­cją czło­wieka przy­zwy­cza­jo­nego do nie­miec­kiej pre­cy­zji wsiadł za kie­row­nicę, prze­krę­cił klu­czyk, dodał gazu – i… samo­chód nie tyle ruszył, ile wysko­czył jak spło­szony kró­lik. Albert zbladł, pró­bu­jąc zaha­mo­wać. Nie­stety, jego deli­katne muśnię­cie hamulca – sku­teczne w każ­dej zachod­niej limu­zynie – tu nie zro­biło żad­nego wra­że­nia. Maluch parł naprzód. Męż­czy­zna pró­bo­wał skrę­cić z gra­cją kie­row­nicą i nie­mal nad­we­rę­żył sobie nad­gar­stek, bo wspo­ma­ga­nia, rzecz jasna, też nie było. Po stu metrach, peł­nych paniki i dra­ma­tycz­nych odde­chów, Albert zatrzy­mał samo­chód ręcz­nym (po mojej suge­stii) i wysiadł, jakby wła­śnie prze­trwał kata­strofę lot­ni­czą.

– To nie samo­chód, to meta­lowe pudełko z duszą samo­bójcy – stwier­dził, roz­ma­so­wu­jąc dło­nie. – Tym się nie jeź­dzi, tym się wal­czy o prze­ży­cie!

Naza­jutrz oznaj­mił mi z powagą, że nie życzy sobie, bym na­dal ryzy­ko­wała życie. I że „do naszej dys­po­zy­cji” będzie teraz jego służ­bowe Audi 100 – ciem­no­zie­lone, ele­ganc­kie, cichut­kie jak aksa­mit, pach­nące skórą i porząd­kiem. Poczu­łam się zaopie­ko­wana.

Miesz­ka­jąc w hotelu i poru­sza­jąc się pach­ną­cym samo­cho­dem, po raz pierw­szy naprawdę uświa­do­mi­łam sobie, jak bar­dzo nasią­kam zapa­chem brud­nego powie­trza, sta­rych biur i zuży­tego lakieru w mini­ster­stwie. Wszystko wokół było lekko przy­ku­rzone, wytarte, prze­siąk­nięte kurzem i dymem papie­ro­so­wym. Powie­trze miało woń papieru, potu i nie­usta­ją­cego nie­do­my­cia. Pol­ska tam­tych lat była daleka od czy­sto­ści: sza­rawa, nie­do­szo­ro­wana, jakby wciąż cze­kała na swoją porządną kąpiel.

Albert, z typową dla sie­bie bez­po­śred­nio­ścią, zapro­po­no­wał, żebym trzy­mała w jego pokoju rze­czy na zmianę. Nie było w tym nic roman­tycz­nego ani czu­łego – raczej chłodna prak­tycz­ność.

Zaraz po moim wej­ściu, kiedy szłam pod prysz­nic, Albert bez zbęd­nych cere­mo­nii wysy­łał moje służ­bowe ubra­nia do hote­lo­wej pralni. To był kolejny znak róż­nic mię­dzy nami. Dla niego czy­stość, świe­żość i per­fek­cja były oczy­wi­sto­ścią, ele­men­tem codzien­nego rytu­ału. Dla mnie – wycho­wa­nej w realiach przej­ścio­wych lat osiem­dzie­sią­tych – nosze­nie tro­chę przy­ku­rzo­nego żakietu czy sie­dze­nie cały dzień i wie­czór w jed­nym stroju było po pro­stu nor­mal­no­ścią. On trak­to­wał to jako nie­do­pusz­czalne zanie­dba­nie, ja – jako dro­biazg bez zna­cze­nia.

Takich róż­nic było wię­cej – drob­nych, ale na dłuż­szą metę mówią­cych wszystko o wycho­wa­niu, o stan­dar­dach, o potrze­bie este­tyki i sza­cunku do sie­bie samego. Łyka­łam jak peli­kan jego punkt widze­nia, stan­dardy i styl życia, i robi­łam to z zachwy­tem, bez cie­nia kry­ty­cy­zmu.

Albert był z tego wyraź­nie dumny. Miał swoją wła­sną Gala­teę, którą można było for­mo­wać według naj­lep­szych zachod­nich wzor­ców. A ja byłam prze­ko­nana, że wła­śnie tak powinno być. Że tak wygląda praw­dziwe życie: codzienna świe­żość, dys­cy­plina este­tyki, wygoda trak­to­wana nie jako luk­sus, ale norma.

Z dzi­siej­szej per­spek­tywy wiem, jak bar­dzo tamto myśle­nie było pod­szyte naiw­no­ścią, ale wtedy chło­nę­łam wszystko bez pytań, z mie­szanką podziwu i nie­cier­pli­wo­ści, żeby nad­ro­bić róż­nice, któ­rych nawet do końca nie umia­łam jesz­cze nazwać. Podzi­wia­łam też jego codzienną dys­cy­plinę. Albert wsta­wał o pią­tej rano, żeby prze­biec pięć, cza­sem osiem kilo­me­trów. Wra­cał, kiedy ja dopiero się budzi­łam, a chwilę póź­niej przy­no­szono hote­lowe śnia­da­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki