Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Niektóre rzeczy widzi się wyraźnie dopiero po latach.
Lata dziewięćdziesiąte. Polki zaczynają wyjeżdżać w świat, a Europa dopiero odkrywa Polskę.
„Ugryzł mnie skorpion” i „Padł” to dwie historie o miłości, która rodzi się między językami, kulturami i temperamentami. O fascynacji, która potrafi zmienić życie — i o codzienności, która szybko weryfikuje marzenia.
Z czułością, ironią i dystansem autorka opowiada o relacjach, emigracji i wyborach, które nigdy nie są proste.
Zabawne. Czasem gorzkie. I bardzo prawdziwe.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 345
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 10 godz. 14 min
Lektor: Izabela Szela
Uroczym dziecięciem będąc, Anna Garwolińska tańczyła i śpiewała w „Gawędzie”. Później ukończyła słynną Filmówkę w Łodzi i uzyskała tytuł MBA na European University Campus Waw. Zajmowała się publicystyką ekonomiczną w TVP oraz tajnikami kompozycji w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina. Mało? Jak na kobietę niezwykłej dzielności i wyobraźni zdecydowanie za mało! Doradzała więc ministrowi przekształceń własnościowych, broniła interesów polskiej energetyki w Brukseli, pomagała PLL Lot… Lista jej osiągnięć jest dłuuuga, dałoby się tymi sukcesami obdzielić tłum mężczyzn dumnych ze swej męskości. A do tego jest świetną narratorką, więc w swej opowieści o latach dziewięćdziesiątych miesza powagę z uśmiechem, głęboką refleksję – z anegdotą, wierny opis wydarzeń – z ironią (łagodną i mniej łagodną). Moją wątpliwość budzi jedynie tytuł książki: Ugryzł mnie skorpion i padł – znam się trochę na skorpionach, to stworzenia rozsądne, kierujące się instynktem samozachowawczym, żaden nie ośmieliłby się nawet pomyśleć o gryzieniu Garwolińskiej. Absolutnie nie!
Michał Komar, polski scenarzysta i krytyk filmowy
Ugryzł mnie skorpion i padł – już sam tytuł zapowiada intrygującą historię. To eseistyczna, osobista opowieść o doświadczeniu transformacji lat dziewięćdziesiątych, widzianej oczami autorki – jednocześnie uczestniczki i uważnej obserwatorki tamtego czasu. Tekst jest błyskotliwy i ironiczny, pełen celnych metafor oraz kulturowych detali, które znakomicie oddają ducha „Dzikiego Wschodu”, epoki euforii, chaosu i niekontrolowanego kapitalizmu.
Autorka umiejętnie łączy lekkość anegdoty z trafną diagnozą społeczną, balansując między nostalgią a krytycznym dystansem. Szczególną siłą tej opowieści jest żywy, obrazowy, inteligentnie prześmiewczy język oraz szczere przyznanie się do subiektywności narracji.
Choć momentami narracja bywa rozwlekła i celowo przerysowana, właśnie to nadaje jej autentyczność i wyrazisty charakter. To nie sucha analiza transformacji, lecz pamiętnik epoki: chaotyczny, intensywny i pełen sprzeczności – dokładnie taki, jak opisywany czas. Tekst najmocniej trafi do czytelników pamiętających lata dziewięćdziesiąte, ale dla młodszych może być równie ciekawym i barwnym zapisem narodzin współczesnej Polski.
Vincent V. Severski
Czym jest historia? Źródłem współczesnej polityki? Kluczem do zrozumienia świata? Podróżą w przeszłość, o której wciąż tak mało wiemy?
Wszystkim po kolei. Dlaczego więc jej poznawanie wydaje się niebywale nudnym zajęciem? Bo historią rządzą nudni a nieudolni naukowcy. Nie lubią konkurencji, więc spychają na margines tych, którzy wiele oferują ludziom szukającym przewodnika po dziejach. A taką przewodniczką jest właśnie Anka Garwolińska. I tylko dlatego przewiduję zmasowany atak „nieudolnych”. Zaczną krytykę od tytułu Jej książki. „Przecież skorpiony nie gryzą!” – owszem, znawcy entomologii będą mieli rację. Tytuł jednak nie jest ważny. Ważna jest jego druga część. Jak ten groźny stwór, kiedy zdechł po próbie ataku na Autorkę. Czy to możliwe? Ja, znając Ankę, uważam, że tak. Wiem, że jest baczną, wnikliwą (i groźną) obserwatorką wydarzeń, w dodatku tych sprzed 30–40 lat. Ogromnie istotnych dla naszego kraju, którego wciąż nie rozumiemy. Będzie zapewne obiektem ataków zgorzkniałych dziennikarek i historyków, którzy nie mogą przeboleć, że świat ich nie zna. Pełniona przez nią funkcja doradczyni szefa Ministerstwa Przekształceń Własnościowych, na równi z intelektem i urodą, dawała jej wgląd w proces transformacji Polski. Opisuje go lekko, z uśmiechem i sympatią dla tych, którzy go realizowali. Dlatego tę książkę tak dobrze się czyta. Choć czasem sobie myślę, że następna, w której odsłoni inne oblicze przełomowego czasu, będzie jeszcze lepsza.
Ale, Aniu, trzymaj się z dala od skorpionów! Oczywiście ze względu na ochronę egzotycznej przyrody.
Bogusław Wołoszański
Ugryzł mnie skorpion i zdechł.
Znajomi mówili, że to dlatego, iż się nie przedstawiłam. Byłam wtedy nad jeziorem Turkana w północnej Kenii, w hotelu zawieszonym na drzewach – tym samym, w którym Angelina Jolie kręciła Tomb Raider: Kolebkę życia. Tak, dokładnie tam, gdzie bohaterki filmu kopią wrogów z półobrotu, a życie toczy się w trybie przygody.
Skorpiona nie zauważyłam. On mnie – owszem. Broniąc się, użądlił, a ja, równie impulsywnie i niegrzecznie, zdeptałam go klapkiem. I tyle go widziano. Palec spuchł, zrobił się czarny, dłoń piekła jak diabli. Wezwano lekki samolot z pilotem, który był też sanitariuszem (takie rzeczy w Afryce są całkiem normalne), a ponieważ uznał, że sprawa jest pilna, wróciliśmy do Nairobi. Lądowanie odbyło się na lotnisku dla tzw. latających lekarzy.
Czy nie brzmi to jak początek powieści sensacyjno-przygodowej z elementami medycyny katastroficznej? A jednak każde zdanie to prawda. Albo prawie. Bo to, co przeczytasz w tej książce, rzeczywiście się wydarzyło. Albo tak mi się wydaje, albo tak to zapamiętałam. A może tylko tak to sobie opowiadam.
Nie chodzi tu o zmyślanie. Chodzi o sposób widzenia. O to, że historia to nie tylko fakty – to także ich interpretacja, ton, pierwsze wrażenie. Czasem przesadzone, czasem skrócone, czasem tylko delikatnie podkręcone. Jak z tym skorpionem. On rzeczywiście mnie użądlił. Ja naprawdę nie żartuję z bólu ani z samolotu. Ale tytuł – przyznaj – działa.
Ta książka to zbiór takich właśnie historii. Czasem zabawnych, czasem dramatycznych, czasem absurdalnych. Wszystkie mają wspólny mianownik: patrzę na nie z własnego punktu widzenia. Nie obiecuję obiektywizmu. Obiecuję autentyczność. Taką, jaką tylko pamięć i wyobraźnia potrafią wspólnie wyprodukować.
Czyli prawdę, która przetrwała użądlenie.
A wszystko to działo się w latach dziewięćdziesiątych XX wieku – w czasach przełomu, które niektórzy nazywali „polską konkwistą”, a inni po prostu „Dzikim Wschodem”. Bo z jednej strony to my z paszportem w zębach ruszyliśmy zdobywać Zachód, głodni świata i szans. Z drugiej – to świat ruszył do nas. Ekspaci, doradcy, ambasadorzy nowego stylu życia. Przyjeżdżali z kredytami zaufania i kartami kredytowymi, trochę jak dawni konkwistadorzy, tylko w lnianych garniturach.
Nie było krwi – wszystko za obopólną zgodą. Ale żądła pozostały. A jad – jak to jad – czasem zabijał, czasem leczył.
Jak opisać atmosferę lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku? Najprościej: nieustający melanż entuzjazmu i lęku, wolności i niepewności, euforii podszytej gorączkowym niepokojem.
Po dekadach reglamentacji, szarzyzny i wiecznego „nie ma” świat nagle eksplodował kolorami. Reklamy, dżinsy, fast foody, plastikowe gadżety i cała zachodnia tandeta – błyszcząca, jaskrawa, absolutnie nie do odparcia – wsunęły się do naszej rzeczywistości jak katalog wysłany przez pomyłkę na koniec świata. Koniec świata, który właśnie wrócił z przymusowych robót i postanowił się urządzić. Z rozmachem. Ludzie zachowywali się jak dzieci wypuszczone na podwórko po tygodniu ulewnego deszczu. Każdy chciał wszystkiego, naraz, natychmiast. Granice przestały istnieć, zakazy się rozmyły, a możliwości mnożyły jak grzyby po deszczu – nikt tylko nie sprawdzał, które są trujące.
Odreagowanie PRL-u przypominało wesele u nowobogackiego wujka: złote krany, wypasione skórzane sofy, cegłofony przyklejone do ucha, pierwsze Mercedesy „na firmę” i hurtowe zakupy w supermarketach, które przypominały raj – o ile raj oferuje promocje keczupu i lokówek. Garnitury były dwa rozmiary za duże, skarpetki białe i dumnie wyeksponowane, a kobiece kreacje błyszczały, jakby ktoś wysypał brokat na disco polo. Sukces pachniał wodą kolońską z kiosku i stresem pourazowym po kontakcie z urzędem celnym.
Kapitalizm był nową religią. Przedsiębiorczość – sakramentem.
A każdy, kto miał komputer Amiga, modem 56k i kontakt w hurtowni z AGD, czuł się lokalnym Rockefellerem. Turbo Rockefellerem. Wszyscy mieli zostać milionerami, najlepiej przed sylwestrem. W wyobraźni każdy siedział już przy basenie przyklejonym do willi z katalogu OBI, a na podjeździe parkowała karawana aut „sprowadzonych, niebitych”.
Problem w tym, że pojęcia „biznes” i „ryzyko” rozumieliśmy wtedy tak jak angielski po kursie z kasety Hello, my name is success.
Wydawało się, że wystarczy mieć pomysł, entuzjazm i kogoś znajomego, kto zna kogoś, kto zna kogoś z banku. Czasem mam przed oczami tamte lata i nas samych. To trochę jak plaża pełna małych żółwików biegnących do oceanu w przekonaniu, że każdy zostanie rekinem.
A przecież pierwsza lepsza mewa (czytaj: konkurencja z Zachodu) tylko czekała. Ale my się nie baliśmy.
Liczyła się fala. Złapać ją. Płynąć. Bez mapy, bez boi, bez kapoka, za to z wiarą większą niż zdrowy rozsądek i energią nie do zdarcia. Bo wiedzieliśmy jedno: Jak nie teraz, to kiedy? Jak nie my, to kto?
Ktoś kiedyś powiedział, że majątki zdobywa się w dwóch momentach historii – gdy kraj się odbudowuje albo gdy idzie na wojnę. Nam trafiło się to pierwsze. I choć nikt nie rozdawał instrukcji, czuliśmy, że jesteśmy we właściwym miejscu, w najdziwniejszym, ale naszym czasie.
Wcześniej ktoś próbował nam wmówić, że jesteśmy pokoleniem straconym. Bzdura.
Wejście w dorosłość w 1990 roku to było jak wygrana w totka, tyle że zamiast pieniędzy dostawało się deadline, telefon stacjonarny i niezachwiane przekonanie, że wszystko się da.
Pamiętaliśmy smak pustych półek, ale byliśmy wystarczająco młodzi, żeby nie ugrzęznąć w PRL-owym myśleniu. Plastyczni, głodni, naiwni. Gotowi do pracy po trzynaście godzin dziennie – i o ironio, dumni z każdej dodatkowej godziny. Bo wtedy nikt nie mówił o wypaleniu. Jak ktoś płakał w pracy, to w łazience – i szybko wracał do komputera. Work-life balance?
To był czas: work fast or get out. Albo jeszcze szybciej. Na Dzikim Wschodzie wszystko było możliwe.
A my – młodzi, niedoszkoleni i lekko szaleni – lecieliśmy na złamanie karku.
CV pisaliśmy w Wordzie 2.0, a garnitur kupowaliśmy „na okazji” i tak z dumą paradowaliśmy na spotkaniach, podczas których nikt nie pytał o doświadczenie, tylko o to: „czy umiesz to zrobić do piątku?”. Firmy zachodnie nie szukały profesorów. Szukały ludzi, którzy nie zadawali zbyt wielu pytań, nie liczyli nadgodzin i nie mieli złych nawyków. Świeżych, elastycznych i… tanich. Trzydziestolatkowie na dyrektorskich stołkach? Oczywiste. A czasem i młodsi.
Starsze pokolenia kiwały z politowaniem głowami, że dzieci dorwały się do steru, a my – w garniturach z kredytu i z błyskiem w oku – byliśmy pewni, że świat sam się podłoży, żebyśmy mogli po nim przejść.
Warszawa? To był kocioł. Miasto obietnic i ambicji. Przyjeżdżało się tu z walizką, w której były pożyczony garnitur, buty z bazaru i dezodorant z kiosku.
Wynajmowało się pokoje w dziesięcioosobowych mieszkaniach i każdego ranka ruszało do walki o zlecenie, o kontakt, o „swoje pięć minut”. Energia w stolicy była jak wrzątek w garnku – coś się cały czas gotowało, kipiało, wybuchało i przelewało.
To były powojenne lata bez wojny. Nie decydowało pochodzenie ani znajomość z „towarzyszem ministrem”. Liczyły się szybkość, talent, wyczucie i siła przebicia.
W tym rozpalonym mieście pojawiali się ekspaci – wysłannicy zachodnich koncernów. Nie wujkowie z Chicago w dresach Adidasa. To byli panowie z Londynu, Paryża, Nowego Jorku.
Białe zęby, głos z CNN, perfumy jak z lotniska w Zurychu. Mówili „asap”, „deadline”, „brief”, „kejpiaje”. A my kiwaliśmy głowami i gorączkowo sprawdzaliśmy po powrocie, co to znaczy. Wierzyliśmy, że oni wiedzą więcej. Że mają dostęp do wiedzy, której jeszcze nie posiedliśmy. Że przynieśli ze sobą przyszłość: pachnącą, uśmiechniętą, pewną siebie. I chcieliśmy do niej wejść. Bez pukania. Wydawało się nam, że do Polski przyjeżdżają najlepsi. Profesorowie ekonomii, wyjadacze marketingu, mistrzowie sprzedaży. Ludzie, którzy wcześniej tworzyli kampanie dla największych marek świata, a teraz, z jakichś tajemniczych powodów, postanowili dzielić się swoją mądrością w Warszawie, Łodzi czy Bydgoszczy. Wpatrywaliśmy się w nich jak w półbogów. Zachłannie notowaliśmy każde słowo, każde „benchmark”, każde „brand awareness” wypowiedziane z miękkim akcentem. Uznawaliśmy ich za posłańców zachodniego sukcesu, takich, co mają w kieszeni przepis na prosperity, a w laptopie – slajdy ze złotym kluczem do przyszłości.
Dopiero z czasem okazało się, że to nie byli żadni wielcy stratedzy ani rekiny branży. To byli technicy. Średnia kadra. Niedoszli konsultanci, którym w centrali uprzejmie zaproponowano „rozwój w regionie”. Eksperci od przestawiania przecinków i koordynowania projektów w krajach, których nazw nie umieli poprawnie wymówić. Zostali wypchnięci na emerging market. Na nas. I choć początkowo nosili tytuły dyrektorów, brand managerów i regionalnych advisorów, po latach zostali po prostu ludźmi. Zwykłymi. Pisanymi przez małe „l”. Z czasem zaczęliśmy patrzeć inaczej. Z dystansem. Z ironią. A niekiedy – z pobłażliwym uśmiechem.
Bo choć przywieźli świat, to i my – nie wiedzieć kiedy – zaczęliśmy go współtworzyć. Po swojemu. Z błędami, z improwizacją, z charakterystycznym „jakoś to będzie”, ale jednak.
Zrobiliśmy swoje.
I co więcej, okazało się, że to my jesteśmy lepiej wykształceni. Że choć PRL był szary, absurdalny i pełen propagandowej waty, to szkoły, szczególnie licea i uniwersytety, naprawdę uczyły myślenia. Nie „testów kompetencyjnych” ani „zarządzania sobą w czasie”, tylko logicznego wnioskowania, czytania między wierszami i błyskawicznego kojarzenia faktów. Uczyły też, trochę mimochodem, kreatywności. A może raczej kombinowania. Bo jak nie było podręcznika, to się samemu pisało ściągę. Jak nie było sprzętu, to się go montowało z trzech popsutych. Jak nie było budżetu, to się znajdowało „inny sposób”. Nie czekaliśmy na brief ani na zatwierdzenie przez komitet sterujący. Działało się. Szybko, czasem chaotycznie, ale skutecznie.
To my potrafiliśmy zorganizować konferencję z niczego, załatwić pięć drukarek „na jutro”, wymyślić kampanię w weekend i zrobić event w pustej hali, która dzień wcześniej była magazynem. Nie mieliśmy prezentacji na dziesięć slajdów. Mieliśmy pomysł, determinację i znajomego, który znał faceta z telewizji.
I w tym wszystkim ja.
Jako świeżo upieczony doradca ministra przekształceń własnościowych do spraw komunikacji i promocji w styczniu 1993 roku pojechałam – o ile dobrze pamiętam – na pierwszy w Polsce festiwal reklamy. Do Krakowa. Reklama? Wtedy brzmiało to jeszcze jak science fiction. Owszem, w latach osiemdziesiątych czegoś już próbowano – wprowadzano slogany, jakieś grafiki, Prusakolep miał swoje pięć minut – ale nikt przy zdrowych zmysłach nie mówił o „branży reklamowej”.
Dopiero wchodziły pierwsze agencje. Pojawiali się pierwsi zachodni eksperci – z prezentacjami na przezroczystych foliach i słownikiem pojęć, których nikt tu jeszcze nie rozumiał.
A na ekranach telewizorów zadebiutowała pierwsza reklama podpasek Always ze słynną do dziś frazą „z pewną taką nieśmiałością”, która natychmiast weszła do języka potocznego jako ironiczny komentarz do wszystkiego, co nowe, niezręczne i importowane z Zachodu.
Ministerstwo, w którym pracowałam, powstało właściwie z niczego. Dosłownie. Zespół tworzyli młodzi ludzie, czasem bardzo młodzi. Średnia wieku nie przekraczała trzydziestu dwóch lat. Byliśmy trochę jak harcerze w nowym świecie: pełni zapału, z sercem po właściwej stronie, ale i z mapą, na której co drugi kontynent był jeszcze nieodkryty. Nie wstydzę się tego – byliśmy pretorianami transformacji. Bardziej wierzącymi niż wiedzącymi, że to, co robimy, ma sens. Wiedzieliśmy, że epoka propagandy się skończyła. No i czym ją zastąpić?
Jak mówić o wielkiej przemianie bez patosu i fałszywej emfazy? Jak wytłumaczyć ludziom, czym właściwie są prywatyzacja, deregulacja czy wolny rynek – w kraju, gdzie jeszcze niedawno wszystko było „nasze wspólne”, a zarazem niczyje?
A media? Cóż, dziennikarze nie pomagali. Dla nich tylko zły news był dobrym newsem, a edukację czy tłumaczenie czegokolwiek uznawali za nudną dekorację. Hasło „pozytywny przekaz” brzmiało dla nich jak oksymoron. A przecież naszym zadaniem było właśnie to: tłumaczyć, wyjaśniać, uspokajać. Budować język zaufania, zanim jeszcze ktoś wymyślił content marketing i storytelling.
To było wyzwanie.
Nie tylko dla mnie – choć to ja dostałam zadanie stworzenia czegoś w rodzaju strategii komunikacyjnej, zanim jeszcze wiedzieliśmy, co to właściwie znaczy – ale dla całego zespołu, który uczył się na żywo, na własnych błędach i sukcesach.
Robiliśmy pierwsze konferencje prasowe z flipchartami i trzeszczącym mikrofonem. Pisaliśmy ulotki, które miały tłumaczyć zawiłości procesów prywatyzacyjnych, ale często bardziej przypominały komunikaty z innego wymiaru.
Nie mieliśmy jeszcze języka, który byłby zrozumiały i jednocześnie profesjonalny.
Nie było „brand booków”, „key visuali” ani „tone of voice”. Było: „napisz coś, co nie brzmi jak komunikat PZPR i nie rozwścieczy ludzi”.
A jednak coś się rodziło. Zamieszanie było ogromne, ale też ekscytujące. Uczyliśmy się wszyscy – my, urzędnicy z przypadku, dziennikarze z przekonania i ci pierwsi reklamowi prorocy z Zachodu, którzy chcieli z Polski zrobić drugą Japonię. Tyle że bez morza ze wszystkich stron i z nieco większym chaosem. To nie była jeszcze komunikacja strategiczna. Raczej intuicyjne działania podszyte wiarą, że „jakoś to ogarniemy”. I w gruncie rzeczy ogarnialiśmy. Po swojemu. Pioniersko. Bez gotowych wzorców, bez podręczników, często też bez pełnej świadomości, co właściwie robimy. Jak te małe żółwie biegnące do morza – z determinacją, entuzjazmem i całkowitym brakiem planu B.
Festiwal reklamowy w Krakowie, na który pojechałam na początku 1993 roku, był próbą nauki – bardziej poszukiwaniem formy niż przeglądem gotowych standardów.
Organizacyjnie daleko mu było do profesjonalizmu, ale nikt się tym specjalnie nie przejmował. Atmosfera była pełna ciekawości, zachwytu i przekonania, że uczestniczymy w czymś ważnym – nawet jeśli nie do końca wiedzieliśmy jeszcze w czym.
Jednym z najbardziej pamiętnych wydarzeń była wtedy Noc Reklamożerców – cała noc w kinie, pokaz najlepszych reklam z całego świata. Dla wielu z nas to było jak uchylenie okna do zupełnie innej rzeczywistości. Zachwyt, śmiech, westchnienia i marzenia, że może kiedyś i u nas powstaną kampanie równie błyskotliwe. Nikt nie miał wątpliwości, że właśnie bierzemy udział w czymś większym – budujemy nową rzeczywistość. Z nowym językiem, nowym obrazem, nowym stylem.
Już wcześniej obserwowałam, jak pierwsze spółki giełdowe próbowały komunikować się z rynkiem.
TONSIL, KABLE, EXBUD – nazwy, które dziś brzmią jak hasła z krzyżówki historyczno-gospodarczej. Może pamiętają je jeszcze archiwiści… Albo ci, którym mama nie wyrzuciła teczki ze starymi numerami „Rzeczpospolitej”.
Notowania giełdowe pojawiały się wtedy w prasie raz w tygodniu, a sama Giełda Papierów Wartościowych przypominała raczej giełdę rolną – tylko zamiast jajek i marchewki handlowano przyszłością polskiej gospodarki. Jako dziennikarka patrzyłam na to początkowo z dystansu. Trochę jak spacerowiczka w zoo, który podziwia lwy przez szybę. Teraz jednak miałam wejść do środka.
Zrozumieć, jak to się naprawdę robi: jak mówić o akcjach i obligacjach w sposób zrozumiały, atrakcyjny i zgodny z prawem.
A to ostatnie bywało wyzwaniem, bo wówczas reklama dotycząca sektora finansowego miała wyraźnie określone granice. Obowiązywało jeszcze coś takiego jak „odpowiedzialność przekazu”. Wyobrażacie sobie?
Równolegle musiałam też oswoić świat FMCG – dynamiczny, kolorowy, bezwzględny. Tu nie było czasu na refleksję.
Kiedy robić badania? Jakie badania? I czym właściwie różni się PR od rozdawania ulotek w przebraniu marchewki w centrum handlowym? Na własny użytek stworzyłam prostą definicję: PR to komunikacja z mózgiem, reklama – z portfelem. Ale wtedy wszystko trzeba było wymyślać na nowo. Uczyć się w biegu. Czasem bez mapy, czasem pod prąd, czasem w złym obuwiu.
Za to z ogromną energią i przekonaniem, że uczestniczymy w czymś naprawdę istotnym.
Kraków z festiwalem reklamy wpisywał się w konieczność nawiązania współpracy zarówno z biurem reklamy TVP, kierowanym już wtedy przez nowego szefa Piotra Gawła, jak i w konieczność poznania jak największej liczby firm reklamowych, promocyjnych i badawczych. Wśród nich były m.in. SMG/KRC – zespół młodych badaczy z Uniwersytetu Warszawskiego, pracujących pod kierunkiem legendarnego weterana amerykańskich kampanii gubernatorskich Neda Kenana – oraz jedna z pierwszych polskich agencji reklamowych Image Art, prowadzona przez Roberta Boczkowskiego. W świecie, który dopiero uczył się, czym właściwie jest reklama, Image Art Roberta Boczkowskiego była jak objawienie. Jedna z pierwszych prawdziwych, autorskich agencji reklamowych, która nie próbowała kopiować Zachodu, tylko od razu grała swoją melodię. To właśnie z tej agencji wyszła kampania, która dziś ma status kultowej – reklama Polleny 2000 z hasłem: „Ociec, prać?”. Jeśli ktokolwiek w Polsce lat dziewięćdziesiątych miał telewizor, to znał ten spot. A jeśli nie znał, to i tak znał hasło – funkcjonowało jako żart, bon mot i dowód, że reklama może wejść do języka codziennego. Kampania odwoływała się do Potopu Sienkiewicza, a dokładnie – do braci Kiemliczów, postaci znanych z sarmackiej brawury i wiecznie gotowych do akcji. W spocie bracia, w kontuszach i z szablami, patrzą na ojca i pytają: „Ociec, prać?”. Ale nie chodziło, rzecz jasna, o Szwedów, tylko o pranie.
Zimowy Kraków miał wtedy w sobie coś z magicznego snu. Ulice wokół Rynku były przysypane świeżym śniegiem, a na tej białej nawierzchni słychać było chrzęst butów i szybkie kroki spieszących na seanse uczestników. Na Sukiennicach wisiały długie sople lodu, a zza firanek kawiarni sączyło się miękkie, ciepłe światło przyciągające zmarzniętych przechodniów. Nad wszystkim unosił się lekki zapach grzanego wina, mokrego drewna, a w powietrzu mieszały się języki – polski, angielski, francuski – bo festiwal przyciągał także zagranicznych gości.
I właśnie wtedy, pośród śniegu, zaparowanych szyb i rozmów o wielkich planach, wydarzyło się coś, co miało zostawić ślad nie tylko w notesie, ale i w sercu.
W jednej z sal kinowych, tuż przed słynną „Nocą Reklamożerców”, panowie Boczkowski i Gaweł przedstawili mi Holendra, ich najważniejszego klienta i właściciela marki proszków do prania, która zbierała wszystkie nagrody za reklamę. Nie był zbyt wysoki – jasne blond włosy, chłodne, przenikliwe niebieskie oczy i świetnie skrojona marynarka od razu zdradzały jego zawodowe wyczucie stylu. Wśród rozgadanych widzów i szmeru oczekiwania wyróżniał się intensywnością swojego bycia oraz swobodnymi uwagami na każdy temat. Jego elegancja miała w sobie coś z profesjonalizmu ludzi, dla których każdy detal ma znaczenie – choćby krawat w drobny wzór kaczek, który z pozoru wyglądał zabawnie, a jednak świadczył o przemyślanej nonszalancji.
Granat marynarki, ciemnoszare spodnie i brązowe garniturowe buty – to nie był styl garniturków z polskich sklepów, zwykle nieco za ciasnych dla noszących. Nuta eleganckiego zapachu i wilgotne chusteczki, które pojawiały się znikąd w jego dłoniach… Czułam się trochę niezgrabnie w przydużej marynarce i zimowych, ciepłych butach, żeby chociaż na szpilkach.
Rozmowa, prawdę mówiąc, kulała. Mój angielski był wówczas na poziomie nieco niższym niż podstawowy. Radziliśmy sobie jednak za pomocą gestów i prowizorycznych szkiców na kartkach, traktując trudności językowe z pewnym rozbawieniem. Wbrew pozorom ta nieporadna komunikacja stworzyła atmosferę swobody i dystansu, który okazał się bardziej pomocny niż oficjalne konwersacje.
Nie łudziłam się jednak co do źródeł jego zainteresowania. Prawdopodobnie nie poświęcałby mi tyle uwagi, gdyby nie wizytówka doradcy ministra, którą przekazałam na początku spotkania. Dla ekspata, pełniącego funkcję zakładającą działania pionierskie na rynkach dopiero otwartych, kontakt z osobą z kręgów rządowych miał znaczenie strategiczne. Ja z kolei cieszyłam się, że koncern Holendra zakupił firmę produkującą detergenty, zanim się poznaliśmy – i nie zachodzi konflikt interesów. A z drugiej strony – oczywiście – imponowało mi zainteresowanie mężczyzny z, nie ma co się łudzić, lepszego świata.
Późną nocą, po emisjach wszystkich nagrodzonych reklam, postanowił odprowadzić mnie do hotelu, nie zważając na warunki. Jego lekkie buciki, zupełnie nieprzystosowane do polskiej zimy, ślizgały się na każdej przyprószonej śniegiem zamarzniętej kałuży. Nasza droga bardziej przypominała tor Wielkiej Pardubickiej niż zwykły nocny spacer po Krakowie. Co kilka kroków tracił równowagę, próbując utrzymać się na nogach z niejaką godnością, choć częściej lądował na śniegu, niż udawało mu się wyjść z poślizgu obronną ręką.
Tak wyglądało pierwsze spotkanie z Albertem S. Osobliwa mieszanina prób utrzymania profesjonalnego kontaktu i złośliwości losu, który postanowił wystawić na próbę zarówno nasze zdolności językowe, jak i przydatność jego eleganckiego obuwia.
W tamtym czasie różnica między życiem prywatnym a zawodowym była mniej więcej taka, jak między poruszaniem się na lodzie a prowadzeniem gospodarki rynkowej: w obu przypadkach chodziło o to, żeby utrzymać równowagę i nie wylądować na tyłku.
Ministerstwo Przekształceń Własnościowych mieściło się przy Kruczej 36 – w wielkim gmachu odziedziczonym po byłej administracji państwowej. Budynek miał w sobie coś z zapomnianego świata: od dziesięcioleci nikt go nie remontował, a każdy korytarz przesiąknięty był zatęchłą mieszaniną zapachów tanich papierosów, starego lakieru do podłogi i obowiązkowej w tamtych czasach boazerii.
Na pierwszym piętrze mieściły się gabinet ministra oraz biura podsekretarzy stanu, którzy urzędowali w kolejnych pokojach – ustawionych według ważności ścieżki prywatyzacyjnej – niemal drzwi w drzwi. Po drugiej stronie długiego, ciemnego korytarza, w dawnych gabinetach dyrektorów departamentów, ulokowano zespół rzecznika prasowego oraz doradców – świeżo upieczonych, pełnych zapału, często jeszcze bez większego doświadczenia, za to z poczuciem, że uczestniczą w czymś naprawdę przełomowym. Krążyło się tam po skrzypiących parkietach, przemykając między rzędami wysłużonych biurek, starych metalowych szaf i prowizorycznie skleconych stołów konferencyjnych. To był świat, który próbował nadążyć za zmianami, choć wciąż tkwił jedną nogą w epoce, którą właśnie miał definitywnie zamknąć.
Pojawiły się już pierwsze komputery, kopiarki i drukarki, ale wszystko to wciąż było wymieszane z nowymi meblami postawionymi na zdartych, wyblakłych dywanach – jakby ktoś próbował na szybko przykryć ślady przeszłości świeżym lakierem nadziei.
Nie pracowaliśmy od ósmej do piętnastej. Właściwie zdarzało się, że nie wychodziliśmy z budynku przez kilka dni przekonani, że właśnie dzieje się historia i nie wolno odpuszczać. A ciśnienie polityczne i społeczne było niemałe.
Zmiana zawsze budzi lęk: co dalej? jak dalej? czy damy radę? czy to, co robimy, ma w ogóle sens? Tym bardziej że nikt wtedy nie wiedział, jak właściwie przeprowadzać proces prywatyzacji. W zasadzie uczyliśmy się wszystkiego w biegu, z przekonaniem, że skoro jeszcze nie wybuchło, to znaczy, że idziemy w dobrą stronę. Ale przecież nikt wcześniej nie robił tego w taki sposób.
To była być może pierwsza w historii zmiana ustrojowa, która nie była okupiona krwią. Nie było barykad, czołgów ani ucieczek nocą przez granicę. Było za to coś znacznie trudniejszego do opisania – masowe poczucie niepewności. Bo jak zmienić wszystko, nie zmieniając niczego gwałtownie? Jak wprowadzić wolny rynek w kraju, gdzie jeszcze wczoraj „wolność” była słowem podejrzanym? Jak powiedzieć ludziom, że ich umiejętności, całe życie zawodowe, będą teraz „do przeszkolenia”? Że bezpieczeństwo, które znali – choćby iluzoryczne – nie wróci?
Najbardziej bali się ci, którzy już raz coś stracili – pokolenie naszych rodziców i dziadków. Ludzie, którzy przeżyli wojnę, przesiedlenia, nacjonalizację, kolektywizację, czasy, gdy jedna decyzja urzędnika mogła zniszczyć rodzinę. Oni wiedzieli, że każda zmiana systemu ma swoją cenę, nawet jeśli na początku wydaje się darmowa. Z kolei młodsi – ci, którzy w dorosłość wchodzili razem z transformacją – byli pełni euforii, ale i złudzeń. Wierzyli, że wystarczy chcieć. Że Zachód już czeka z otwartymi ramionami i że paszport w kieszeni to bilet do raju. Nie rozumieli jeszcze, że kapitalizm to też system i też ma swoich wykluczonych, swoją brutalność i swoje gry.
W Warszawie mówiło się o „szansie”, o „nowym początku”. Ale na prowincji częściej słyszało się słowa: „kombinują”, „nasi już nie mają szans”, „to wszystko dla nich, nie dla nas”.
Zmiana przychodziła nierówno – społecznie, geograficznie, pokoleniowo.
Dla jednych była wybawieniem, dla innych końcem świata, który – choć ułomny – był znany. I to było widać niemal wszędzie. W Warszawie – szczególnie tej nowej, posttransformacyjnej – dominował język sukcesu: start-upy, leasing, opcje menedżerskie, ekspansja, PR, benefit. Ludzie przestali mówić o „zarobkach”, a zaczęli mówić o „projektach”. Nie było już pensji, były faktury. Nie było pracy, tylko współpraca B2B. Nie było życiorysu, tylko CV.
Ale wystarczyło pojechać dwie godziny za miasto, żeby zrozumieć, że ten język nie tłumaczy się na lokalne dialekty rzeczywistości. Tam transformacja oznaczała zamkniętą fabrykę, bezrobocie, kredyt na lodówkę i syna w Anglii, który „na zmywaku, ale legalnie”. W miastach wojewódzkich powstawały nowe biurowce, a w miasteczkach powiatowych – lombardy i sklepy z używaną odzieżą z Holandii.
Rozpędziła się klasa średnia, ale też rozpękła się społeczna tkanka. Ludzie, którzy kiedyś stali w tych samych kolejkach, teraz przestali się rozumieć. Jedni zaczęli jadać sushi, drudzy kupowali pasztet w promocji i sprawdzali ceny przy kasie. Jedni rozważali opcję funduszu inwestycyjnego, drudzy – czy starczy na rachunek za prąd. Zaczęły się pojawiać podziały, które nie były jeszcze do końca nazwane, ale już bardzo wyraźnie odczuwane. Nie chodziło tylko o pieniądze, chodziło o poczucie przynależności do przyszłości albo do przeszłości. O to, czy świat robi się coraz bardziej „nasz”, czy coraz bardziej „nie nasz”.
Pewnego dnia do mojego gabinetu zawitał światowy koncern komunikacyjny Burson-Marsteller z propozycją współpracy w obszarze public relations.
– To bardzo interesujące – powiedziałam z całym należnym entuzjazmem. – A co to właściwie jest?
Po krótkiej dyskusji umówiliśmy się, że jeżeli mnie nauczą, jak i z czym to się je, to będziemy mogli współpracować. Bo na razie, uprzedziłam ich uczciwie, jestem wobec ich oferty absolutnie bezradna, jak kura wobec urządzenia do łapania jajek na taśmie produkcyjnej.
Byliśmy na progu jednego z najważniejszych programów ekonomiczno-politycznych tamtej dekady – powszechnej prywatyzacji. Świat wchodził drzwiami i oknami, a my uczyliśmy się go w locie, najlepiej, jak umieliśmy. Pierwsze spotkania przypominały raczej lekcje intensywnego kursu językowo-kulturowego niż rozmowy biznesowe. Pamiętam, jak podczas jednej z dyskusji o strategii komunikacyjnej padło pytanie:
– Czy jesteśmy gotowi na crisis management?
Przytaknęłam odruchowo przekonana, że chodzi o jakieś nowe metody zarządzania czasem kryzysu wieku średniego. Dopiero po kilku dniach, gdy ktoś przyniósł mi fragmenty przetłumaczonego podręcznika public relations, zrozumiałam, że crisis management to nie terapia grupowa, tylko plan awaryjny na wypadek katastrofy medialnej.
Wtedy nauczyłam się podstawowej zasady: jeśli nie wiesz, o czym mowa, lepiej zadawać pytania – zanim podpiszesz coś, co później wybuchnie ci w rękach.
Ale prawdziwe lekcje dopiero miały nadejść. I jak to bywa w życiu, nikt nie rozdawał fiszek ani nie robił próby generalnej. Wszystko szło na żywca.
Dla Ministerstwa Przekształceń Własnościowych promocja i informacja były kluczowe. Chodziło o to, żeby jakoś sensownie wytłumaczyć ludziom, że zmiany są konieczne, a nie że „ktoś chce nam coś zabrać”. Przekonanie, że jesteśmy potęgą ekonomiczną, wykreowane przez poprzedników miało się nijak do codzienności, w której na prawie wszystko, co produkowano, nie było zbytu. Jednocześnie chodziło też o to, jak dać tym samym ludziom szansę.
Trwały gorączkowe przygotowania do wielkiego programu – wymyślonego przez szefa resortu i naszego czołowego ekonomistę. Nie poszliśmy śladem Czechów, gdzie prywatyzacja polegała na szybkim rozdaniu kuponów każdemu, kto się schylił. Polska wersja miała być bardziej ambitna: fundusze zarządzające, inwestorzy instytucjonalni, transfer wiedzy, merytokracja. Miało być pięknie. Czy miało to sens, czy nie – nie mnie oceniać. Może i zakładano słusznie, że uda się wciągnąć do Polski nowoczesne standardy zarządzania. Może liczono na transfer wiedzy jak na gwiazdkę z nieba. Ale nie uwzględniono jednej rzeczy: polskiego sprytu.
Zorganizowany skup świadectw udziałowych ruszył szybciej niż bazarki. Świadectwa, które miały być paszportem dla wszystkich do nowego kapitalizmu, stały się zbiorem dla tych, którzy potrafili szybciej liczyć i mniej się wzruszać.
No cóż – wszyscy dopiero się uczyliśmy. Czasem na cudzych błędach, a częściej – na własnych.
Ale nawet w największym chaosie trafiają się momenty, które zmieniają zasady gry. I czasem wystarczy jedno słowo.
Jednym z przełomowych momentów były badania socjologiczne, które przeprowadziłam wspólnie z SMG/KRC.
Z pozoru nic wielkiego, zwykłe fokusy, parę wywiadów pogłębionych, tabele, wykresy, słupki zaufania. A jednak ich wynik był dla mnie jak kubeł zimnej wody. Pokazały coś absolutnie fundamentalnego: nie możemy ludziom mówić, że „sprzedajemy firmy”, musimy mówić, że „szukamy dla nich inwestorów”. Że szukamy nie właścicieli, ale „opiekunów”. Tylko tyle. Jedno zdanie. Mała zmiana słów, a gigantyczny skok zaufania społecznego.
Jeden zwrot i nagle, zamiast złodziei, stawaliśmy się ratownikami przemysłu. To był pierwszy raz, kiedy zrozumiałam na własnej skórze, jak głęboko język kształtuje nie tylko emocje, ale także legitymizację działania. Że komunikat ekonomiczny nie może być oderwany od społecznego kodu odbiorcy. I że jeśli chcesz coś naprawdę zmienić, musisz najpierw zmienić język, jakim o tym mówisz. Bo przecież społeczeństwo po 1989 roku było zbudowane na głodzie nadziei i potężnym strachu. Strachu przed tym, że zostanie oszukane jeszcze raz. Że „oni” znowu coś załatwią za plecami „nas”. Że ktoś zabierze, zamiast dać.
Dla wielu ludzi słowo „prywatyzacja” brzmiało jak wyrok. Wcześniej należeliśmy wszyscy do PGR-u, do zakładu, do państwa. A teraz mieliśmy „być właścicielami”? Tylko że nikt nie mówił, co to znaczy. A jak już mówił, to niezrozumiale, w języku, którego nikt nie tłumaczył. W rzeczywistości ludzie nie bali się prywatyzacji. Bali się opuszczenia.
Drugim sposobem na obniżenie lęków było więc przybliżenie całego tematu, a najlepiej jego obśmianie.
Z pomocą przyszło coś, co znałam od środka: kultura popularna.
Moje stare doświadczenia ze szkoły filmowej, teatralne znajomości, zaplecze z Filmówki – wszystko to okazało się nie tylko przydatne, ale także strategiczne.
Od zaprzyjaźnionych producentów dowiedziałam się, że powstaje druga część kultowego serialu Czterdziestolatek. Dwadzieścia lat później. Reżyserował Jerzy Gruza, a producentem był Kajtek Kowalski, stary wyjadacz, który wiedział, jak rozśmieszyć Polskę tak, żeby nikt nie poczuł się upokorzony.
Podchwytuję temat i namawiam ministra, żeby zasponsorować odcinki poświęcone prywatyzacji. Nie jako agitkę, nie jako reklamę, ale jako oswojenie. Bo kiedy się śmiejemy, przestajemy się bać. Udało się. Firma Quater Latiné dostaje zlecenie. Ja zaś zostaję mianowana osobą odpowiedzialną za końcowy efekt. Z pełną świadomością, że robimy nie tyle telewizję, ile inżynierię społeczną. I może zabrzmi to zbyt górnolotnie, ale wtedy naprawdę wierzyłam – i nadal wierzę – że kultura popularna jest językiem zmiany. Nie broszurą, nie konferencją, nie przemówieniem. Tylko opowieścią, w której ludzie mogą się zobaczyć.
I – co ważniejsze – poczuć się nie gorsi, tylko zrozumiani.
Wilczym prawem opozycja (dla jasności: nie lewica, która straciła władzę w 1989, ale nowy polityczny narybek – partie i partyjki powstałe po Okrągłym Stole) oskarżała nas o wszystko, co możliwe: o złodziejstwo, bałagan, brak kompetencji i dobrej woli. Przekonanie, że w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych panuje chaos, powtarzano tak długo, że nawet my sami zaczynaliśmy w to wierzyć. Powielaliśmy tę narrację niemal bezrefleksyjnie, jakby był to fakt przyrodniczy, a nie hipoteza do weryfikacji. No bo przecież tyle dokumentów, tylu ludzi, tylu doradców, tyle „papierów w obiegu”, a do tego jeszcze naciski polityczne, społeczne, międzynarodowe.
Z góry zakładaliśmy, że to musi być bałagan. I w pewnym sensie był. Ale w znacznie mniejszym stopniu, niż sami chcieliśmy to sobie wmówić.
Kilka miesięcy wcześniej przenieśliśmy się z budynku przy ulicy Mysiej – tak, tej Mysiej, dawnej siedziby Urzędu Cenzury – do biur przy Kruczej. Symboliczny gest, jasne. Ale każda przeprowadzka to też zagubione segregatory, niedokończone kartoteki, skrzynki bez właściciela i zamieszanie, które z czasem obrasta w legendę. Zamiast uporządkować chaos, zaakceptowaliśmy go jako element krajobrazu. I tu właśnie złapaliśmy się na czymś, co do dziś mnie fascynuje: pułapkę tzw. wiedzy powszechnej.
To, że coś jest szeroko powtarzane – w prasie, w korytarzowych plotkach, w języku ekspertów – nie oznacza jeszcze, że jest prawdziwe. Ale kiedy słyszysz to wystarczająco długo, zaczynasz się dostosowywać. Uczestniczysz w tym, nie zauważając, że właśnie rezygnujesz z własnej zdolności krytycznego myślenia.
W tym klimacie wybuchła sprawa z Lechem Kaczyńskim, ówczesnym szefem NIK-u. Publicznie zarzucił nam działanie na szkodę państwa, konkretnie przy prywatyzacji Zakładów Mechanicznych „Róża Luksemburg”. Argumentował emocjonalnie i doktrynersko, obiecywał dowody, których jednak „na razie” nie zamierzał przedstawić. Nie dał nam wyjścia. Musieliśmy walczyć. Takich procesów wcześniej nie było, więc sądy reagowały szybko – do dnia rozprawy mieliśmy zaledwie kilka dni.
Minister zdecydował się wytoczyć Kaczyńskiemu proces o naruszenie dobrego imienia. Wiedzieliśmy, że w sądzie nie chodzi wyłącznie o sprawiedliwość, chodzi o wyrok. Taki, który przywróci wiarygodność, oczyści atmosferę, postawi nas z powrotem na nogi w oczach opinii publicznej. Przygotowania musiały być perfekcyjne. A skoro wszyscy byliśmy przekonani, że mamy w dokumentacji klasyczny bałagan, a część papierów zapewne „zniknęła” w stylu lat dziewięćdziesiątych, trzeba było zacząć od podstaw.
Z pomocą mecenasa Krzysztofa Zakrzewskiego i kilku oddanych sprawie osób ruszyliśmy do boju. Odtwarzaliśmy cały proces prywatyzacyjny – dokument po dokumencie, kartka po kartce. Tam, gdzie brakowało dokumentów, sięgaliśmy po świadków. Policja w sobotnie popołudnie wyciągnęła jednego z dyrektorów z pokazu psów rasowych – jego czempionka miała właśnie wejść na ring. Innego dosłownie ściągnęliśmy z romantycznej kolacji, podczas której zamierzał się oświadczyć. Trzeba przyznać, że miał pecha: oświadczenia udzielił, ale zupełnie innego, niż planował.
Siedziałam w ministerstwie godzinami. Nie pamiętam już ile. Dopóki materiał nie był kompletny, nie mogłam nawet zacząć przygotowywać oświadczeń dla prasy.
Mecenas Jacek Dubois, który miał nas reprezentować w sądzie, również czekał – z anielską cierpliwością i czarną kawą. Jacek – blondyn o niebieskich oczkach i spojrzeniu niewiniątka, które potrafiło zmylić nawet najbardziej czujnych. Wyraz jego twarzy sugerował, że ma się do czynienia z człowiekiem, który nigdy nikogo nie skrzywdził – i właśnie dlatego należało na niego szczególnie uważać. Pod tą anielską powierzchnią krył się umysł precyzyjny jak szwajcarski zegarek albo dobrze skalibrowany komputer, choć z technologią nigdy nie żył w zgodzie. Nie był zimny. Przeciwnie, miał w sobie specyficzne ciepło i poczucie humoru, które było jak szyfr: nie wszyscy je rozumieli, ale ci, którym udało się go rozszyfrować, przepadali za nim bez reszty. I nie tylko oni. Jacek miał w sobie coś, co działało jak magnes na ludzi, zwłaszcza na kobiety. Nie był klasycznie przystojny, ale miał ten wdzięk, który trudno opisać, a jeszcze trudniej się przed nim obronić. Był jak postać z innego porządku: łączył dziecięcą naiwność z błyskotliwością, która potrafiła rozbroić każdego przeciwnika – i to bez podnoszenia głosu. Żeby zabić czas, zaproponowałam mu partyjkę golfa. Tak, golfa – korytarzowego, z prawdziwą piłką i bardziej wyimaginowanymi dołkami. Przesuwaliśmy się wzdłuż ministerialnych korytarzy: ja opowiadałam o tym, jak zachowają się media, on snuł możliwe scenariusze obrony. Plotkowaliśmy też o tym, co u znajomych i kiedy warto wpaść do Marynek, czyli do zamiejskiej posiadłości rodziny jego wspólnika Aleksandra Pocieja.
I wtedy – zupełnie przypadkiem – natknęliśmy się na drzwi z tabliczką ARCHIWUM. Zatrzymaliśmy się jak w kreskówce. Nikt wcześniej nie wpadł na to, że coś takiego może tu jeszcze istnieć. Pobiegłam po klucze do strażników. Drzwi otworzyły się z teatralnym skrzypnięciem i… nagle stanęliśmy w obliczu cudu. Wszystko tam było. Absolutnie wszystko. Akta uporządkowane według dat i kolorów, zszyte, podpięte, opisane. Pełna dokumentacja wszystkich transakcji, łącznie z „Różą Luksemburg”. Oryginalne oferty, korespondencja, decyzje, wersje robocze, nawet notatki z marginesami. Zatargaliśmy te kartony do gabinetu, gdzie od kilku dni trwała gorączkowa reanimacja pamięci zbiorowej.
Miny ministra i całego zespołu, który przez ostatnie 72 godziny kleił dokumentację z fragmentów wspomnień, bezcenne. Z jednej strony ulga, z drugiej – coś na granicy załamania nerwowego. Ale efekt był: od tej chwili mogliśmy mówić o sprawie z zupełnie innej pozycji. W poniedziałek w sądzie graliśmy już w innej lidze.
Sala była pełna. Tłum dziennikarzy. Atmosfera jak na premierze głośnego filmu. To była pierwsza taka sprawa transmitowana na żywo przez świeżo powstałe Radio Zet. Publiczność miała popcorn.
Kaczyński oczywiście nie przedstawił żadnych dowodów. Zaczął się niezgrabnie tłumaczyć, że jego oskarżenia to była… „retoryka polityczna”. Brzmiało to trochę jak próba usprawiedliwienia bójki w szkole hasłem: „to była tylko interpretacja ruchowa”.
I wtedy mecenas Dubois popisał się cudownym wyczuciem:
– Czy zdaje pan sobie sprawę, że takie publiczne pomówienie narusza artykuł dwieście dwanaście paragraf dwa Kodeksu karnego oraz dobre imię oskarżonych?
– Nie – odpowiedział Lech Kaczyński.
– A czy może pan przypomnieć sądowi, kim jest pan z wykształcenia?
– Prawnikiem.
– W jakim stopniu?
– Doktora… Ale to było dawno temu.
Sala zatrzęsła się od śmiechu.
Niestety do dalszego ciągu procesu sędzia nie zgodził się już dopuścić dziennikarzy.
Po całych dniach przepychanek w sądach, walki o dobre imię ministerstwa i desperackiego kompletowania dokumentów życie prywatne wydawało się czymś równie abstrakcyjnym jak weekend czy spokojna kolacja. A jednak, zupełnie nieproszone, wślizgiwało się między kartki akt i teczki pełne „Róży Luksemburg”, przypominając, że poza walką o kapitalizm walczyłam też – zupełnie nieporadnie, ale z rosnącym zaangażowaniem – o własną komunikację z Albertem S. Jeśli prawdą jest, że największe motywacje rodzą się w kryzysie, to mój angielski rozwijał się wtedy szybciej niż inflacja na początku lat dziewięćdziesiątych.
Albert nie dał mi długo czekać po spotkaniu w Krakowie. Już w tym samym tygodniu pojawił się z zaproszeniem na kolację i… przyniósł misia-zabawkę, stworzonego dla płynu zmiękczającego do prania. Uznałam to za czarujące.
Dla nas – ludzi wychowanych na Reksiach z kiosku „Ruchu” i zabawkach z Celulozy w Częstochowie – maskotki powiązane z produktami były czymś zupełnie nowym. Nie infantylnym, nie ironicznym, tylko po prostu zachodnim. Ten pluszak był dobrze wykonany, miękki, pachniał lekko perfumowanym proszkiem i miał ten rodzaj uroku, który natychmiast rozbraja. To właśnie wtedy zaczęłam wyraźniej dostrzegać kontrast, którego wcześniej nie dopuszczałam do świadomości.
Między światem Alberta – pachnącym nowością, delikatnym uśmiechem i reklamową narracją o przyszłości – a naszym urzędowym tu i teraz, które nawet nie próbowało udawać, że nadąża. Albert wchodził do budynku ministerstwa jak do innego wymiaru. Garnitur w odcieniu szarej stalówki, koszula bez zagnieceń, zapach czegoś, co na pewno nie było Brutalem.
Dla Alberta ta prowizorka była folklorem. Czymś między urokiem egzotyki a żywym skansenem, z którego można coś wyciągnąć, ale nie trzeba się angażować. Dla nas to była codzienność. Nie wstydliwa, tylko… niefotogeniczna. I może właśnie dlatego ten miś zrobił na mnie takie wrażenie. Nie dlatego, że był wyjątkowy, tylko dlatego, że stanowił zapowiedź świata, w którym wszystko mogło być miękkie, przyjazne i przewidywalne. Nie budżetem wieloletnim i analizą kosztów społecznych, tylko prostym gestem, który pachniał praniem i bezpieczeństwem.
W tamtym świecie to był aromat przyszłości.
Napisałam wcześniej, że ćwiczyliśmy z Jackiem Dubois grę w golfa na korytarzach ministerstwa. Prawda jest jednak taka, że zarówno golf, jak i intensywny trening języka angielskiego pojawiły się w moim życiu z powodu Alberta S. Potrzeba komunikacji, napędzana wzajemnym zainteresowaniem, sprawiła, że słówka i całe frazy zaczęły wchodzić mi do głowy z prędkością światła. W zasadzie w trzy miesiące przeszłam drogę od „Kali jeść, Kali spać” do całkiem przyzwoitego, podstawowego poziomu, który pozwalał mi już prowadzić rozmowę.
To był ten moment, kiedy kierowca po przekroczeniu pierwszych dziesięciu tysięcy kilometrów wydaje sobie samemu certyfikat mistrzostwa. I wtedy zwykle następuje pierwsze zderzenie. Moje przyszło w najmniej oczekiwanym momencie – przy spotkaniu z BBC. Prywatyzacja, realizowana na taką skalę i tyloma różnymi ścieżkami, budziła naturalne zainteresowanie prasy zagranicznej, nawet większe i poważniejsze niż polskiej.
Zwykle w takich sytuacjach korzystałam z pomocy tłumacza, bo mój angielski był raczej w stanie uśpienia niż czujnej gotowości. Ale tym razem tłumacz się spóźniał, a ja – pełna nowo zdobytej pewności siebie – pomyślałam, że dam radę sama. Wywiad miał być dla BBC. Przyjechało dwóch miłych panów, atmosfera była uprzejma. Początek poszedł zaskakująco płynnie, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jestem już prawie dwujęzyczna.
– What’s the biggest difference between Polish and German privatization? – padło pytanie.
Postanowiłam zabłysnąć dowcipem:
– Well, the first biggest difference are that first minister of German privatization was shit.
Twarze obu panów momentalnie się wydłużyły. Zorientowałam się, że coś poszło nie tak, ale moje umiejętności językowe nie pozwoliły mi jeszcze wyłapać subtelnej różnicy między „shit” a „shot”. A prawda była taka, że pierwszy niemiecki minister prywatyzacji został zastrzelony już w kwietniu 1991 roku. Sama bym się wtedy najchętniej zastrzeliła, gdyby nie to, że w ostatniej chwili do sali wpadł spóźniony tłumacz i zgrabnie naprawił całą żenującą sytuację.
Później, kiedy opowiedziałam tę historię Albertowi, spodziewałam się śmiechu albo przynajmniej rozbawienia. Tymczasem on zareagował wyraźnym zażenowaniem. W jego oczach takie faux pas było czymś niemal dyskwalifikującym – świadectwem braku kontroli, nieprzystającego do funkcji, jaką pełniłam. To był dla mnie ważny moment. Nam się wtedy wydawało, że jesteśmy już częścią jednej Europy, ale wystarczyło takie zdarzenie, by zobaczyć, jak głęboko różnimy się jeszcze w poczuciu humoru, estetyki i sposobie oceniania sytuacji. To, co dla mnie było tylko zabawną pomyłką i pretekstem do anegdoty, dla niego było naruszeniem pewnego niewidzialnego kodu – kodu powagi, precyzji i wizerunku.
Wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, że komunikacja to coś znacznie więcej niż tylko język. To także zbiór niewidzialnych reguł, które każdy z nas nosi w sobie – i które tak łatwo złamać, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
W tym czasie Albert mieszkał w hotelu Marriott w narożnym pokoju z panoramicznym widokiem na Warszawę. W kontrakcie z centralą miał zagwarantowane pełne utrzymanie w „dzikim kraju”, więc wybierał to, co wówczas było najlepsze. A Marriott był wtedy bezdyskusyjnym luksusem: miał własne ujęcie głębinowej wody, własną oczyszczalnię, chemię sprowadzaną prosto ze Stanów i włoską pościel. Hotelowy basen jako pierwszy w Polsce miał wtedy wodę ozonowaną – standardy były zachodnie, i to w najlepszym tego słowa znaczeniu. Marriott miał też obsługę rekrutowaną nie z dawnych hotelowych etatów, lecz z ludzi zupełnie świeżych, nowych, szkolonych od podstaw. Intensywnie rekrutowano wówczas do niego na uniwersyteckich korytarzach. Zwykle sięgano po studentów z kierunków bardziej obleganych, uznawanych za elitarne – takich, gdzie o jedno miejsce biło się więcej niż pięciu kandydatów: dziennikarstwa, psychologii czy prawa. Młodzi ludzie, zanim jeszcze zdążyli zachłysnąć się studenckim życiem, dawali się porwać magii kariery w „światowym hotelu”. To była ich ucieczka z obskurnych akademików i głodowych stypendiów łatanych groszami z korepetycji. Bez żalu zamieniali studia dzienne, o które jeszcze przed chwilą tak zaciekle walczyli, na te „dla pracujących”, byle „pracować w Marjocie”.
Ponieważ nasza relacja z Albertem zaczynała już przypominać coś więcej niż tylko kolacje służbowe i poranne maile, coraz częściej po pracy podjeżdżałam pod jego hotel moim czerwonym maluchem – dumą rodzimej motoryzacji, czyli Fiatem 126p. Samochodzik był głośny, uparty i raczej z charakterem niż z osiągami, ale był mój. I działał.
Albert, wychowany w kraju luksusowych limuzyn, klimatyzacji, wspomagania kierownicy i automatycznych skrzyń biegów, patrzył na mojego Fiacika z mieszaniną ciekawości, pobłażania i niewypowiedzianego lęku. W końcu jednak zdobył się na odwagę i zaproponował, że pokaże mi, jak „porządnie się parkuje”. Z elegancją człowieka przyzwyczajonego do niemieckiej precyzji wsiadł za kierownicę, przekręcił kluczyk, dodał gazu – i… samochód nie tyle ruszył, ile wyskoczył jak spłoszony królik. Albert zbladł, próbując zahamować. Niestety, jego delikatne muśnięcie hamulca – skuteczne w każdej zachodniej limuzynie – tu nie zrobiło żadnego wrażenia. Maluch parł naprzód. Mężczyzna próbował skręcić z gracją kierownicą i niemal nadwerężył sobie nadgarstek, bo wspomagania, rzecz jasna, też nie było. Po stu metrach, pełnych paniki i dramatycznych oddechów, Albert zatrzymał samochód ręcznym (po mojej sugestii) i wysiadł, jakby właśnie przetrwał katastrofę lotniczą.
– To nie samochód, to metalowe pudełko z duszą samobójcy – stwierdził, rozmasowując dłonie. – Tym się nie jeździ, tym się walczy o przeżycie!
Nazajutrz oznajmił mi z powagą, że nie życzy sobie, bym nadal ryzykowała życie. I że „do naszej dyspozycji” będzie teraz jego służbowe Audi 100 – ciemnozielone, eleganckie, cichutkie jak aksamit, pachnące skórą i porządkiem. Poczułam się zaopiekowana.
Mieszkając w hotelu i poruszając się pachnącym samochodem, po raz pierwszy naprawdę uświadomiłam sobie, jak bardzo nasiąkam zapachem brudnego powietrza, starych biur i zużytego lakieru w ministerstwie. Wszystko wokół było lekko przykurzone, wytarte, przesiąknięte kurzem i dymem papierosowym. Powietrze miało woń papieru, potu i nieustającego niedomycia. Polska tamtych lat była daleka od czystości: szarawa, niedoszorowana, jakby wciąż czekała na swoją porządną kąpiel.
Albert, z typową dla siebie bezpośredniością, zaproponował, żebym trzymała w jego pokoju rzeczy na zmianę. Nie było w tym nic romantycznego ani czułego – raczej chłodna praktyczność.
Zaraz po moim wejściu, kiedy szłam pod prysznic, Albert bez zbędnych ceremonii wysyłał moje służbowe ubrania do hotelowej pralni. To był kolejny znak różnic między nami. Dla niego czystość, świeżość i perfekcja były oczywistością, elementem codziennego rytuału. Dla mnie – wychowanej w realiach przejściowych lat osiemdziesiątych – noszenie trochę przykurzonego żakietu czy siedzenie cały dzień i wieczór w jednym stroju było po prostu normalnością. On traktował to jako niedopuszczalne zaniedbanie, ja – jako drobiazg bez znaczenia.
Takich różnic było więcej – drobnych, ale na dłuższą metę mówiących wszystko o wychowaniu, o standardach, o potrzebie estetyki i szacunku do siebie samego. Łykałam jak pelikan jego punkt widzenia, standardy i styl życia, i robiłam to z zachwytem, bez cienia krytycyzmu.
Albert był z tego wyraźnie dumny. Miał swoją własną Galateę, którą można było formować według najlepszych zachodnich wzorców. A ja byłam przekonana, że właśnie tak powinno być. Że tak wygląda prawdziwe życie: codzienna świeżość, dyscyplina estetyki, wygoda traktowana nie jako luksus, ale norma.
Z dzisiejszej perspektywy wiem, jak bardzo tamto myślenie było podszyte naiwnością, ale wtedy chłonęłam wszystko bez pytań, z mieszanką podziwu i niecierpliwości, żeby nadrobić różnice, których nawet do końca nie umiałam jeszcze nazwać. Podziwiałam też jego codzienną dyscyplinę. Albert wstawał o piątej rano, żeby przebiec pięć, czasem osiem kilometrów. Wracał, kiedy ja dopiero się budziłam, a chwilę później przynoszono hotelowe śniadanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
