Ufać zbyt mocno - Jadwiga Czajkowska - ebook
NOWOŚĆ

Ufać zbyt mocno ebook

Jadwiga Czajkowska

0,0

59 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdy spełnienie marzeń okaże się koszmarem.
Blanka ciężko pracowała na sukces, o którym inni mogą tylko pomarzyć. W fotelu dyrektora banku czuje się jednak jak w pułapce, bo musi wymagać od pracowników realizowania wyśrubowanych planów sprzedażowych, co jest możliwe tylko wtedy, gdy oszukują klientów. W dodatku na gruncie osobistym ponosi same klęski. Przyciąga wyłącznie facetów, których interesują tylko jej pieniądze. Skrycie zazdrości innym kobietom, które mogą polegać na zaradnych partnerach, nie muszą pracować i walczyć o przetrwanie w życiowej dżungli.Aż pewnego dnia na jej drodze staje Marcel i marzenia Blanki się spełniają. W końcu może rzucić pracę i wieść życie krezuski. Ale czy warto bezgranicznie zaufać mężczyźnie i oprzeć się na nim jak na filarze, który nigdy się nie skruszy?
Wciągająca opowieść o kobiecie, której przyjdzie się zmierzyć z życiem po przebudzeniu z letargu zwanego szczęściem.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 562

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Jadwiga Czajkowska, 2026

Ufać zbyt mocno

Projekt okładki

Justyna Knapik

Redakcja

Maria Stanis

Korekta

Izabela Smug, Barbara Sacka

Łamanie i skład

Beata Kostrzewska

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

ISBN 978-83-68468-62-5

Kraków 2026

Wydawnictwo Bookend

Capital Village Sp. z o.o.

ul. Kielecka 4/2, 31-526 Kraków

Tel: 663 041 041

[email protected]

www.bookend.pl

Niektóre mają życiowego fuksa porównywalnego do wygrania miliona dolarów na loterii. Złapały faceta, który jest lepszy niż bajkowa złota rybka, bo spełnia nie tylko trzy, ale absolutnie wszystkie życzenia. Faceta jak ci w harlequinach, filmach o Bondzie albo w naiwnych dziewczęcych marzeniach – który kocha, rozpieszcza, adoruje, zarabia krocie i wyposaża żonę w platynowe karty kredytowe, by gotówka nie kojarzyła się jej z zarabianiem, ale z bankomatem. Jeżeli tylko zechce, ot tak, pod wpływem impulsu, podchodzi, wbija PIN i ma. Może wysypiać się do woli, realizować marzenia, czytać romanse, bujać się od jednego salonu kosmetycznego do drugiego, robić zakupy w najdroższych butikach i oglądać teleturnieje.

Jedną z tych szczęściar jest Blanka, której udało się przenieść do takiego raju na ziemi. Mogłoby się wydawać, że dożyje w nim sędziwego wieku i raz na zawsze zapomni o prawdziwym życiu, pachnącym dżunglą, bo wreszcie, wsparta na silnym męskim ramieniu, nie musi harować na swoją pozycję i utrzymanie.

***

Jakie to szczęście, że mamy pięciodniowy tydzień pracy, a już za pół godziny zaczyna się weekend. Westchnęłam z ulgą, opierając się wygodniej o zagłówek bajeranckiego fotela, wykonanego na specjalne zamówienie mojego poprzednika, Jacka Solskiego, dyrektora oddziału Elitumlux Banku – prywatnie bratanka jednego z największych akcjonariuszy firmy. Poza fotelem z funkcją bujania i masażu, obitym miękką szarą skórą, poczynił jeszcze kilka modernizacji – wydzielił prywatną toaletę, ze ścianami wyłożonymi włoskim marmurem. Biuro, nazywane centrum dowodzenia, wyposażył w sprzęt audiowizualny i chłodziarkę na wino, a ściany ozdobił abstrakcjami nabytymi od, jak twierdził, bardzo wziętego artysty. Jego snobizm przekroczył wszelkie granice. Cóż, wuj sypnął kasą na tak zwane koszty reprezentacji, więc zaszalał. Plotki mówią, że Jacuś przychodził do pracy w okolicach dziesiątej, zdejmował krawat, rozpinał kilka górnych guzików śnieżnobiałej koszuli i bujając się w fotelu z kieliszkiem schłodzonego martini, słuchał piosenek Shakiry. Tym sposobem dzielnie znosił niedogodności menadżerskiego życia aż do południa, kiedy to szedł na lancz, z którego nigdy nie zdarzyło mu się wrócić do biura. I chociaż dyrekcja regionu przymykała oczy na jego metody pracy, stanowisko zajmował tylko przez siedem miesięcy. Nie, nie wylali go jak zwykłego pracownika – awansował do centrali za rzekomą wybitną wydajność na stanowisko nicnierobienia, zapewne z dużo wyższą pensją. Wiadomo, jak awans, to awans.

Ja nie miałam żadnych koneksji w świecie bankierstwa i finansów. Po prostu od dnia – a było to w podstawówce – gdy tata zabrał mnie do banku, zamarzyłam, by zostać taką sympatyczną i godną zaufania panią, która uczciwie i kompetentnie doradzi, w jaki sposób zainwestować pieniądze lub jaki wybrać kredyt. Zauroczyła mnie atmosfera tego miejsca – ekscytujący szelest banknotów, granitowe kontuary, wygodne pufy dla klientów i cudowne pomnażanie stanu ich kont. Teraz wiem, że to tylko naiwne mrzonki lat dziecięcych, w których nie ma jeszcze miejsca na stres. Dopiero później przyjdą nieprzespane noce, bo wyniki sprzedażowe nie osiągnęły minimum i trzeba intensywniej wciskać klientom kit w elegancko oświetlonej sali transakcyjnej, naruszając wszelkie zasady tak zwanej etyki zawodowej. Nie mam pojęcia, jak jest w innych bankach, ale w Elitumluxie chciwość i pazerność akcjonariuszy i zarządu wymuszają taki właśnie styl pracy. Jesteś tyle wart, ile sprzedasz – niezależnie od zastosowanych metod – ile nowych kont i lokat założysz, ile umów kredytowych podpiszesz, ile kart kredytowych i innych produktów bankowych wciśniesz zdezorientowanym klientom. Liczy się plan sprzedażowy, notabene wzięty z sufitu. Jeżeli go nie zrealizujesz, znajdziesz się na czarnej liście – dostaniesz kopa i brutalnie wylądujesz na bruku.

Marzenia mają to do siebie, że często się spełniają. Tak było w moim przypadku. Przed siedmioma laty, bez wuja będącego bankowym akcjonariuszem, bez znajomości w kadrach, za to z piątkowym dyplomem magistra bankowości i finansów zdobytym na jednym z prestiżowych uniwersytetów ekonomicznych, pełna optymizmu ruszyłam na podbój świata. Jak się okazało, nie ja jedna. Jestem z rocznika boomu demograficznego, więc absolwentów podobnych kierunków było zatrzęsienie. Jakby tego było mało, trafiłam na feralny okres, gdy wydłużono wiek emerytalny, i bez znajomości załapanie się do pracy w zawodzie graniczyło z cudem. Pomimo sporej konkurencji postanowiłam, że osiągnę cel, i zaczęłam wędrówkę po potencjalnych pracodawcach. Zostawiałam swoje CV w każdym banku, niezależnie od tego, czy był komercyjny, czy spółdzielczy. Miałam przecież dyplom z wyróżnieniem, który uznałam za doskonałą inwestycję w przyszłość. Gdy w końcu zaproszono mnie na rozmowy kwalifikacyjne do Elitumlux Banku i Fivestars Banku, odtańczyłam dziki taniec radości i z euforią obdzwoniłam moje przyjaciółki.

Pierwsza była rozmowa w Elitumluxie. Gdy weszłam do holu i stwierdziłam, że oprócz mnie w poczekalni siedzi prawie czterdzieści osób, milczących i patrzących na siebie wilkiem, moja euforia wyraźnie osłabła. Byłam jedenasta. Serce łomotało mi jak młotem, wszak stałam przed swoją życiową szansą. Skołowana wpatrywałam się, jak każdy z dziesięciu moich poprzedników już po kilku minutach wychodzi z pokoju ze zwieszoną głową. Ciekawiło mnie, jak w tak krótkim czasie można poznać predyspozycje kandydata.

Wreszcie nadeszła moja kolej.

W sali czekało na mnie dwóch regionalnych doradców do spraw personalnych. Poprosili, żebym usiadła. Padło pierwsze pytanie: „Dlaczego chciałaby pani u nas pracować?”. Nie jest źle, ukoiłam nieco nerwy, przecież na ten temat mogę mówić godzinami. Zaczęłam od dziewczęcych marzeń. Zdążyłam powiedzieć zaledwie kilka zdań, gdy przerwał mi starszy facet w rogowych eleganckich okularach:

– Świetnie. A teraz proszę nam przedstawić swoją bazę klientów. – Wskazał na teczkę, w której miałam oryginał dyplomu i certyfikaty językowe, włącznie z dokumentem poświadczającym znajomość podstaw języka migowego.

Zbaraniałam. Przez kilka sekund wpatrywałam się w nich jak idiotka, przekonana, że z tych nerwów coś źle zrozumiałam. Już otwierałam usta, by poprosić o powtórzenie pytania, gdy młodszy, w jedwabnym garniturze z atłasowymi obszyciami, z szerokim uśmiechem powiedział:

– Dziękujemy. Jeżeli nie odezwiemy się do pani w ciągu miesiąca, będzie to oznaczać, że wakat młodszego doradcy do spraw obsługi klienta detalicznego zajął ktoś inny.

Wyszłam z sali jak struta flakami na skisłym rosole. Ja również nie wytrwałam w środku nawet pięciu minut. Co im we mnie nie pasowało?, zastanawiałam się. Ale po chwili doszłam do wniosku, że te pospolite świry same nie wiedzą, czego chcą.

Niestety, w Fivestarze było bardzo podobnie, tyle że rekrutację prowadziły dwie wypindrzone babki w średnim wieku, kandydatów było sześćdziesięciu dwóch, ja wchodziłam jako siódma, a rekrutowali na stanowisko specjalisty do spraw obsługi średnich przedsiębiorstw.

– Komu zamierza pani sprzedawać produkty naszego banku? – zapytała niższa z kobiet, z pietyzmem smarując dłonie cytrynowym kremem z tubki.

– Oczywiście każdemu zainteresowanemu, którego będę obsługiwała – odpowiedziałam płynnie, uznając to za sprawę oczywistą.

– A jak zamierza pani zwabić do banku tegoż zainteresowanego?

– Przecież sami przyjdą, zachęceni reklamami telewizyjnymi, prasowymi, marketingiem szeptanym, kampaniami…

– Owszem – wyższa założyła nogę na nogę – to pierwsza grupa klientów. Drugą, znacznie większą, utworzą klienci z pani prywatnej bazy, prawda? – zapytała złośliwie, uświadamiając mi, o co chodzi.

– Nie mam prywatnej bazy. Mam za to mnóstwo innych atutów. – Podjęłam próbę ratowania swojej pozycji. – Jestem silnie zmotywowana, komunikatywna, potrafię pracować zespołowo, nawiązywać, a potem utrzymywać pozytywne, długotrwałe relacje…

– To za mało – ucięła pierwsza, po czym ziewnęła i wrzuciła tubkę kremu do czarnej aktówki. – Oczekujemy kogoś, kto się zgłosi z własnym materiałem do pracy. Bez tego i tak cudów by pani u nas nie zdziałała, a my bylibyśmy tylko rozczarowani. Nie będę owijała w bawełnę: nie jesteśmy zainteresowani pani kandydaturą. Daję głowę, że za drzwiami jest ktoś, kto dysponuje bazą, być może nawet ją kupił albo wykradł ze swojej poprzedniej firmy – mówiła bez emocji, skreślając przy tym czerwonym markerem moje nazwisko z listy kandydatów. – Kwestie moralne nie mają dla nas znaczenia. Dziękujemy.

Najpierw dwa świry, teraz dwie wariatki, cóż, tak się trafiło. Ale nie dam się znokautować, postanowiłam, opuszczając bank dziarskim krokiem. Przecież moje CV jest jeszcze w kadrach kilkunastu innych banków.

Niestety, w kolejnych dniach nikt nie padł przede mną na kolana, błagając o przyjęcie posady. Przeżywałam trudny okres. Nie dość, że moje ambitne plany zostały tak brutalnie zweryfikowane przez rzeczywistość, to jeszcze zmarła Jusia – moja ukochana ciocia, siostra mojego ojca. Ciocia Jusia nigdy nie założyła rodziny, a w testamencie poleciła, by po jej śmierci tata sprzedał dom oraz wszystkie ruchomości i kupił mnie i mojej siostrze Iwonie mieszkania, a ewentualną nadwyżkę przekazał nam w gotówce. Moja mama w ważnych i nieważnych życiowych sprawach wyręczała się mężem, który cały czas ją obsługiwał, jakby była kaleką – podawał kawki, obiadki, tabletki na ból głowy, przygotowywał kąpiel w pianie. Ciągle czekałam, kiedy ojciec w końcu tupnie nogą i wykrzyczy, że najwyższy czas na samodzielność. Ale pomimo że byli małżeństwem od trzydziestu czterech lat, jak dotąd nic nie zwiastowało rewolucji.

Dziwnym trafem dzień po pogrzebie mama odzyskała żywotność i ochoczo zastąpiła tatę w wypełnieniu ostatniej woli swojej, skądinąd nielubianej, szwagierki. Mama, od zawsze faworyzująca młodszą córeczkę, i tym razem zrozumiała sprawiedliwość po swojemu. Iwonie kupiła czteropokojowe mieszkanie z widokiem na park w solidnym trzykondygnacyjnym budynku w luksusowej dzielnicy, a mi – dwupokojowe w betonowym blokowisku, oficjalnie nazwanym Słonecznym, a mniej oficjalnie, za to bardziej trafnie, Koszmarkiem, gdyż słynęło z nieustannych interwencji służb porządkowych. Nie dorzuciła mi też ani grosza gotówką. Gdy zapytałam, dlaczego hołduje szemranej moralności, z rozbrajającym uśmiechem odparła, że Iwona nie przywykła do rozpychania się łokciami, więc należą jej się granty. Miałam się sądzić z własną matką? Dałam sobie spokój, do forowania siostry byłam przyzwyczajona. Tata pewnie swoje myślał, ale był tak misiowaty życiowo, że nie odważył się zgłosić weta. Tak czy inaczej, miałam własne mieszkanie i chciałam sama zapracować na jego utrzymanie.

Żeby nie wisieć na kieszeni rodziców, pracowałam w kawiarni jako kelnerka i pomoc kuchenna, a w wolnym czasie szukałam prawdziwej pracy. W rozmowach telefonicznych, jeśli takie były preferowane, padałam już na pierwszym pytaniu – tym o doświadczenie. Okazało się, że bez doświadczenia jestem ostatnim barachłem i nie zasługuję na to, żeby poświęcić mi czas.

Czułam się jak żółw przewrócony na plecy, bezradnie machający nóżkami. Zaczęłam już rozważać opcję zmiany branży, w końcu wszelkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że to nieuniknione, ale po pięciu tygodniach, gdy na zapleczu kafejki nakładałam lody do pucharków, zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu wyświetliła się nazwa przypisana do numeru: „Elitumlux Bank”, a mnie w ułamku sekundy przepełniła euforia. A jednak! Młodość i świeże spojrzenie górą! Co tam doświadczenie i rutyna! Ochłonęłam, gdy kadrowa, głosem tak przemęczonym, jakby dopiero co zrzuciła szuflą do piwnicy dwa wagony węgla, zapytała, czy mam ochotę objąć stanowisko referenta kancelaryjnego. Lepszy rydz niż nic, stwierdziłam.

Dwa dni później otwierałam korespondencję, odnotowywałam ją w specjalnym dzienniku i segregowałam w teczce, którą potem zanosiłam do sekretarki dyrektora; w międzyczasie przyjmowałam pisma do wysyłki, stawiałam na nich pieczątki, a na koniec dnia brałam pod pachę dużą torbę, szłam na pocztę, stałam w kolejce i wszystko wysyłałam. Czynności te nijak nie przystawały do mojego wykształcenia, a co dopiero do zawodowych aspiracji.

Prawie miesiąc cierpiałam katusze, siedząc samotnie w dusznej, nieklimatyzowanej kanciapie na tyłach banku. Czułam się jak więzień. Człowiek cierpiący na klaustrofobię nie wytrzymałby tam ani dnia. Nie dało się nawet wyjrzeć przez okno, bo był tam tylko umieszczony pod sufitem lufcik.

Pewnego dnia, kiedy bez entuzjazmu przykładałam pieczątki na monitach o niedozwolonym przekroczeniu salda, rozdzwonił się prawie nieużywany służbowy telefon. Kadrowa poinformowała mnie, że jedna z pracownic udaje się do szpitala, a ja mam ją zastąpić i obsługiwać klientów niebiznesowych. Coraz lepiej, dopingowałam się. Pokażę im, co potrafię!

Wychodząc z kancelarii o osiemnastej, spojrzałam na podrapane biurko, pudełko ze spinaczami, zszywacz i dziurkacz i przysięgłam sobie, że już nigdy tam nie wrócę. Czułam się jak rozbitek podczas sztormu, któremu rzucono koło ratunkowe. Zdoła podpłynąć i je chwycić – będzie uratowany, nie uda mu się – pójdzie na dno.

Nazajutrz posadzono mnie w sali transakcyjnej. Po raz pierwszy od kilku tygodni poczułam przestrzeń i powiew klimatyzowanego, pachnącego luksusem i finansami powietrza. Moją pierwszą klientką – nie zapomnę jej do końca życia – była emerytka z ewidentną niewydolnością serca. Ciężko opadła na krzesło ustawione naprzeciwko mojego biurka, przez kilka minut sapała i wzdychała, starając się wyrównać oddech, a ja, korzystając z jej milczenia, jak nakręcona namawiałam ją do założenia promocyjnej lokaty jesiennej. Rzetelnie tłumaczyłam zasady dziennej kapitalizacji, opowiadałam o wartościach progowych oprocentowania, wielkości depozytów gwarantowanych i konsekwencjach wycofania środków przed upływem zapadalności. Kobieta ocierała chusteczką spocone, pomarszczone czoło. Zrobiłam pauzę, pewna, że bez wahania chwyci przynętę, urzeczona moją znajomością tematu, ale ona poinformowała mnie, że chce pobrać ze swojego rachunku trzysta złotych, bo nie ufa tym maszynom do wydawania pieniędzy, a z tematem lokaty musi się przespać, bo co nagle, to po diable. Rozczarowana patrzyłam, jak starannie wkłada do torebki trzy stówki i człapie w kierunku wyjścia.

Tamtego dnia założyłam tylko jedną lokatę – studentowi, który zainwestował zarobione w czasie wakacji dwa tysiące. W sumie nie musiałam się wysilać, bo od progu wiedział, po co przyszedł.

– Dwa tysiące na pół roku, zmienne oprocentowanie – powiedział rzeczowo, a potem z ironicznym uśmiechem przyglądał się, jak z wypiekami na twarzy podaję mu do podpisu mój pierwszy sprzedany produkt bankowy.

Po ośmiu godzinach zostałam wezwana na dyrektorski dywanik. Czekałam w sekretariacie, a że drzwi do gabinetu były uchylone, słyszałam każde słowo.

– Czy pani myśli, że na pani widok dostaję orgazmu?! – wydzierał się dyrektor do jakiejś biedaczki, a ja miałam ochotę uciec. – Niech pani idzie pod latarnię, może skusi się ktoś ślepy i sprzeda pani kredyt! Powiem krótko: jest pani na czarnej liście. Czekam tydzień. Jeżeli sprzedaż się nie zwiększy, wylatuje pani na bruk. Następna!

Minęłam w przejściu bladą jak ściana kobietę. Rozpoznałam ją – sprzedawała kredyty samochodowe. Na moje oko niewiele brakowało jej do emerytury.

Po raz pierwszy miałam sposobność przyjrzeć się dyrektorowi z bliska. Przemiły, elegancki, zrównoważony, budzący zaufanie starszy pan o srebrzących się skroniach, któremu bez wahania powierzysz swoje pieniądze, przez lata ciułane w skarpetce. Pozory jednak mylą.

– A, to ty, młoda. Ciekaw byłem, jak wyglądasz. – Otaksował mnie od dołu do góry. Miałam nadzieję, że nie zauważył trzęsących się kolan. Rozparł się wygodnie na fotelu. – Noo… – Spojrzał na wielki ekran zawieszony na ścianie po prawej stronie biurka. Wtedy dowiedziałam się o istnieniu tablicy sprzedażowej, wzorowanej na elektronicznej planszy wyników sportowych. Zerknęłam. W pierwszej rubryce pozycja, w drugiej nazwisko, w trzeciej liczba punktów podświetlona na czerwono lub zielono. Szef zauważył moje zainteresowanie. – Kto jest ciekawy, niech wsadzi nos do kawy – skwitował i zarechotał. – Ale niech ci będzie, łaskawie wytłumaczę ci funkcje tej zabaweczki. Komputer na bieżąco przelicza wyniki sprzedażowe każdego pracownika na punkciki. Na zielono świecą ci, którzy mieli dziś odpowiednie obroty, czyli pracowite bankowe pszczółki. Ale większość to leniwe oposy, wiesz, takie szczurki zaczepione ogonkami o drzewo, które drzemią całymi dniami. Ty jesteś w stadzie oposów przywódcą, bo wylądowałaś na samym dole tablicy. Nie rób sobie, mała, nadziei. Wszystko wskazuje na to, że jesteś do bani. Nie będę trzymał cię tu na siłę. – Przeniósł na mnie pełen kpiny wzrok. – Nie lubię blondynek, a szczególnie długowłosych. Gdybyś była ruda, z piegami, zielonymi oczami, wiesz, taka seksi-fleksi, to może, może…

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Niektóre mają życiowego fuksa…

***

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie