Macocha - Jadwiga Czajkowska - ebook
NOWOŚĆ

Macocha ebook

Jadwiga Czajkowska

4,4

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Łamiąca stereotypy opowieść o miłości do dzieci innej kobiety.Choć Iza zarzeka się, że nigdy nie wyjdzie za wdowca, życie ma dla niej inny plan. Miłość sprawia, że bierze ślub z Piotrem i w pewnym sensie zawiera transakcję wiązaną - zostaje macochą. Ich jest troje, są rodziną, niekompletną wprawdzie, ale jednak, a ona jest... sama. Nie może po prostu wziąć magicznej gumki i za jej pomocą wymazać pamięci o Ewie, zmarłej poprzedniczce. Odczuwa jej obecność na każdym kroku. Ponadto wydaje się, że komuś bardzo zależy, aby zburzyć spokój w jej małżeństwie. Czy wrodzony optymizm Izy pomoże jej pokonać komplikacje w nowym, zupełnie innym życiu. Czy Piotr, którego imię oznacza „opokę”, rzeczywiście się nią okaże?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 459

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (5 ocen)
2
3
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Miroska561

Nie oderwiesz się od lektury

współczuję kobiecie , że się zdecydowała ma taki krok...
00
magdala36

Dobrze spędzony czas

Nie jest łatwo związać się z mężczyzną, który ma dzieci. U rozwiedzionego partnera, nawet bardzo zaangażowanego, dzieci nie ma na stałe. Ale u wdowca wygląda to inaczej, wchodzi się do zżytej, scementowanej stratą, rodziny. Iza zarzekała się, że nigdy nie wyjdzie za wdowca. Jedno spotkanie na korytarzu i #coupdefoudre Sądząc po fabule szybki ślub, bo kochamy się, chcemy być razem, nie ma na co czekać. Przeprowadzka do nowego mieszkania. I nie było czasu, żeby się wzajemne poznać z jego dziećmi. Iza się budzi dzień po ślubie i uświadamia sobie, że została macochą pary nastolatków. Jakie negatywne emocje budzi to słowo, ona nie chce taka być jak te kobiety z bajek. Mimo dobrej woli z jej strony potrzeba pozytywnej odpowiedzi od drugiej. Tu na wsparcie męża nie może liczyć, jest naukowcem takim oderwany od życia, z głową w chmurach. Raz się uda zbudować dobrą relację, pięć razy nie. Łatwiej jej się porozumieć z pasierbem, który potrzebuje od niej pomocy w chemii i matematyce. I sobie budu...
00



Copyright © Jadwiga Czajkowska, 2026

Macocha

Projekt okładki

Justyna Knapik

Redakcja

Maria Stanis

Korekta

Izabela Smug, Barbara Sacka

Łamanie i skład

Beata Kostrzewska

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

ISBN 978-83-68468-59-5

Kraków 2026

Wydawnictwo Bookend

Capital Village Sp. z o.o.

ul. Kielecka 4/2, 31-526 Kraków

Tel: 663 041 041

[email protected]

www.bookend.pl

***

Spotykacie je prawie codziennie, o różnych porach i pod każdą szerokością geograficzną. W osiedlowym sklepie kupują bladym świtem czekoladowe płatki śniadaniowe. Na wywiadówce szkolnej z wypiekami na twarzy wysłuchują relacji o ostatnich wybrykach „klasowego sreberka”, za którego wychowanie czują się odpowiedzialne. W poczekalni u dentysty spocone z emocji pocieszają drącego się wniebogłosy malucha. Na wyprzedażach w markecie polują na promocyjne opakowania dziecięcych skarpetek. Na basenie nie wierzą ratownikowi i dla pewności same czuwają nad każdym ruchem potomka. W aptece proszą o najskuteczniejszy środek na zbicie gorączki u dziecka poniżej lat dwunastu… Jednak nie dajcie się zwieść! Tylko z pozoru wyglądają i zachowują się jak matki, a wcale nimi nie są. To zakamuflowane macochy! Brr! Gdy taką zdemaskujecie, od razu spojrzycie na nią inaczej. Będzie na cenzurowanym, bo przecież zgodnie z bajkowymi regułami, którymi nas karmiono w dzieciństwie, jej życiowym celem jest gnębienie przybranych dzieci. W baśniowej fikcji panuje porządek i wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. Jak świat światem wszystkie przedstawione w nim macochy są podłe, próżne, podstępne, fałszywe i tylko marzą o unicestwieniu pasierbów. Rodzona matka to samo dobro, ale macocha… Ucieleśnienie wszelkich negatywnych cech i chodząca niegodziwość!

Poznajcie historię Izy, która w swoich dziewczęcych fantazjach nie widywała siebie w roli macochy (czy marzy o tym jakakolwiek kobieta?). Jednak Amor jest marnym strzelcem – wypuszcza strzały na oślep i nigdy nie wiadomo, kogo trafi tym razem. Potem już tylko wystarczy powiedzieć sakramentalne „tak” i świat staje na głowie.

Sama jestem macochą i historię Izy napisałam z potrzeby serca. Nie dopatrujcie się w niej jednak szczegółów z mojego życia, ponieważ absolutnie wszystkie postaci i wydarzenia są wytworem mojej wybujałej wyobraźni.

***

Usiadłam na krawędzi łóżka i spojrzałam na zegarek. Przymknęłam oczy i policzyłam w pamięci. Od sakramentalnego „tak” minęło czternaście godzin i siedem minut. Miałam ochotę westchnąć z ulgą, ale nie byłam w stanie – suknia opinała moje ciało jak pancerz. Oddychałam płytko, pozostawiwszy sobie luksus swobodnego zaczerpnięcia powietrza na później. Kreację wybrałam w wypożyczalni na dwa dni przed ceremonią. Od razu wpadła mi w oko. Jednoczęściowa, w stylu hiszpańskim, lekka i zwiewna. Najbardziej spodobały mi się tiulowe falbany, uformowane w kaskadę opadającą od połowy ud po samą ziemię. Piękna, ale z mankamentem, bo nie na moją miarę. Presja czasu i przeświadczenie o najtrafniejszym pierwszym wyborze sprawiły jednak, że po krótkiej chwili zadowolona opuściłam wypożyczalnię z odfajkowaną w terminarzu jeszcze jedną sprawą do załatwienia. W salonie zaproponowano mi wykonanie poprawek krawieckich i dopasowanie sukni do sylwetki – pod warunkiem, że chodzi o zwężenie. Odwrotnej możliwości nie było.

Obsługująca mnie starsza pani zniżyła głos, pogładziła pocieszająco po ręce i stwierdziła, że wprawdzie suknia nie jest na moją sylwetkę, ale z pewnością uzupełnia mój charakter i temperament. Oczywiście hiszpański, zaznaczyła. Na odchodnym dodała, że nie pamięta, by kiedykolwiek klientka tak szybko podjęła decyzję. Z wyrozumiałym uśmiechem mówiła o dziewczynach przychodzących z mamami, przyjaciółkami, siostrami, sąsiadkami i całymi tabunami doradców podobnego pokroju, ale nigdy w pojedynkę. Szperających, marudzących, zwlekających, zmieniających zdanie, pijących hektolitry darmowej kawy, przymierzających, zdejmujących, odkładających i przekładających. Oceniła mnie jako „szalenie optymistyczny przypadek i wulkan energii w jednej osobie”. I poradziła jeszcze, konspiracyjnym szeptem, abym w przypadku kolejnej potrzeby (a różnie to w życiu bywa), zarezerwowała sobie więcej czasu. Ona mnie zapamięta i być może znajdziemy coś, co bardziej zamaskuje krągłości i optycznie wysmukli sylwetkę. Nawet do rozmiaru trzydzieści osiem. A poza tym intuicja jej podpowiada, że nie kieruję się zasadą: „Warto wcześniej pomyśleć, a dopiero potem zrobić”, raczej odwrotnie… Nie, nie próbowała być złośliwa. Jej słowa brzmiały jak wskazówki dobrotliwej cioci.

Mimo że na przyjęciu weselnym nie tknęłam niemal niczego, żeby nie narazić się na ryzyko pęknięcia szwów w najbardziej niespodziewanym momencie, i kiszki grały mi marsza, byłam szczęśliwa, że już po wszystkim. Usadowiłam się na tyle wygodnie, na ile pozwalały mi bardzo ograniczone możliwości, i wzięłam do ręki ślubny bukiet. Dopiero teraz miałam chwilę, żeby mu się uważnie przyjrzeć. Misternie ułożona kulista kompozycja w bladoróżowych barwach lekko już przywiędła, lecz wciąż jeszcze była pełna uroku. Sięgnęłam po komórkę i zrobiłam kilka pamiątkowych zdjęć, a potem wpadłam w niszczycielski zapał. Jeden po drugim obrywałam płatki róż, gerbery, storczyków i jakichś nieznanych mi roślin, i rozrzucałam je na wszystkie strony. Na krótko wznosiły się w górę, ale siła ciążenia ściągała je na łóżko, komodę, podłogę oraz kilka kartonów z nierozpakowanymi jeszcze rzeczami z przeprowadzki. No właśnie, storczyki, pomyślałam. Ktoś kiedyś mówił, że w wiązance ślubnej przynoszą pecha. I zwiastują nieprzychylność losu. Ale były jeszcze róże! Symbol rozpierającej miłości i pożądania. Policzyłam. Trzy storczyki i osiem róż. Kurczowo trzymać się tej myśli! Może nie będzie tak źle? Róż jest zdecydowanie więcej, więc statystycznie wzrasta prawdopodobieństwo wersji optymistycznej. Nie znałam symboliki pozostałych kwiatów i liści i nie zamierzałam zawracać sobie nią głowy. Zresztą lubię wyzwania, niespodzianki i wielkie niewiadome. Nadają życiu smak – jak sól zupie.

Nagle drzwi sypialni otworzyły się z impetem i stanął w nich Piotr. Wreszcie bez marynarki, ale jeszcze w spodniach i białej koszuli z podwiniętymi rękawami, rozpiętym kołnierzykiem i poluzowanym krawatem. W jednej ręce trzymał butelkę szampana, a w drugiej dwa smukłe, przezroczyste kieliszki. Na widok tego, co robię, na chwilę zamarł, ale zaraz spokojnie wszystko odstawił, przykucnął obok i przyglądał się zaciekawiony.

– Misia, odbija ci? – zapytał z troską, jak krewny odwiedzający pacjenta w szpitalu psychiatrycznym.

– Pomóż mi! – Śmiałam się, wyrywając przyklejone do bazy bukietu cekiny i perełki. – Przynajmniej z tym żelastwem!

– A to ma jakiś sens? – dociekał, szarpiąc druty.

– Chcę, żeby było pięknie i romantycznie. To po pierwsze. Po drugie nie będę suszyła bukietu, bo to podobno może zniszczyć naszą miłość. W zasadzie powinnam go spalić, ale nie mam pomysłu gdzie. W każdym razie trzeba go unicestwić raz na zawsze!

– Co za bzdury! – stwierdził z udawaną dezaprobatą w głosie i postukał znacząco w moje czoło. – Nie spodziewałem się po tobie przesądów. Kto jak kto, ale ja powinienem o nich wiedzieć. Poza tym, jak świat światem zasada jest jedna: prawdziwej miłości nie można zniszczyć. Nie ma takiej opcji. – Zadowolony zmiażdżył w dłoniach ostatnie druciki, uformował je w kłębek i rzucił obok łóżka. – A teraz możemy zająć się wyłącznie sobą. – Z czułością odgarnął mi kosmyki z czoła. – Włączymy sobie grecką muzykę? Takie sentymentalne skojarzenia?

Poznaliśmy się w Grecji. Z zawodu jestem chemikiem i pracuję w Beauty of Nature, firmie produkującej kosmetyki na bazie naturalnych składników, więc wysłano mnie do Aten, do doktora Kazandzakisa – guru bezpiecznego, a zarazem spektakularnego upiększania, prowadzącego badania na jednym z greckich uniwersytetów – na konsultacje receptury nowego kremu. Miał mi pomóc wyważyć proporcje pomiędzy organicznymi a chemicznymi komponentami, zapachami i barwnikami nowatorskiego specyfiku, którym nasza firma zamierzała podbić rynek. Wydelegowano mnie na tydzień, jednak doktora tak absorbowały przygotowania do międzynarodowej konferencji, że nie poświęcił mi zbyt dużo czasu.

Zaledwie dzień. Przez kilka godzin dyskutowaliśmy w jego klimatyzowanym gabinecie, popijając gazowaną lemoniadę, a ja doskonale zdawałam sobie sprawę, że Kazandzakis jest rozkojarzony. Co chwila odbierał telefon, wydawał dyspozycje, wyciągał jakieś dokumenty z kompletnego rozgardiaszu na biurku, podpisywał pisma podsuwane mu przez sekretarkę, nie przestając się do mnie uśmiechać i demonstrować szpary pomiędzy górnymi jedynkami. Do dziś mnie zastanawia, czy jego krótka końcowa ocena receptury, ograniczona do perfectly and excellently, to skutek chęci pozbycia się mnie i zainkasowania niebotycznego honorarium czy pochwała kilkumiesięcznej pracy naszego zespołu.

Tak czy inaczej, opinia dodała nam skrzydeł. Zaczęliśmy wierzyć w możliwość sięgania do gwiazd, a skrajni optymiści przewidywali nawet progresję sprzedaży szybszą niż w branżowych koncernach. Nie, do tego stopnia nie byłam naiwna. Wiedziałam, nie jesteśmy gorsi, ale mniejsi i mamy mniej kasy. Przemysł kosmetyczny to po prostu gigantyczny biznes. Renomowane firmy z reklam telewizyjnych i billboardów przeznaczają potężne fundusze na mamienie klientek sloganami typu: „Ten żel stworzyliśmy w trosce o ciebie”, by te uwierzyły, że jest wyjątkowy. A tak naprawdę kosmetyki różnią się wyłącznie ceną…

W każdym razie te siedem dni w Grecji zmieniło nie tylko moją firmę, ale i moje życie.

Doktor Kazandzakis, podając mi przy pożegnaniu porośniętą grubymi, czarnymi i poskręcanymi włosami dłoń, powiedział, że poznał wczoraj jakiegoś Polaka. Nazwiska nie zapamiętał, a nawet gdyby, nie byłby w stanie go powtórzyć. Podobno etnografa, który przyjechał na uniwersytet, aby wygłosić cykl wykładów o Republice Południowej Afryki. Czy znam kogoś takiego? Oczywiście nie znałam i szczerze mówiąc, nie miałam zielonego pojęcia o jego dziedzinie, zainteresowana wszystkim, co ścisłe, wymierne i techniczne. Nauki humanistyczne były według mnie pseudonaukami, a wywody specjalistów jałowym ględzeniem przyprawiającym o mdłości. Traktowałam je gorzej, bez serca, jak nocną zmorę, czyli… po macoszemu. Potem zmieniłam poglądy, a określenie „po macoszemu” z wielkim hukiem na zawsze odprawiłam ze swego słownictwa. Doktor odprowadził mnie do drzwi i na widok przechodzącego akurat mężczyzny aż się roześmiał. Zagrodził mu drogę.

– Co za zbieg okoliczności! Właśnie o panu mówimy! – wykrzyknął, aż po długim, wysokim i pustym korytarzu poniosło się echo.

Podobno sens życia polega na odnalezieniu drugiej połowy własnej duszy, która ukryta jest w ciele innego człowieka. Jesteśmy spełnieni i kompletni, jeśli uda nam się ją zlokalizować i z nią połączyć. Jeżeli jednak nie potrafimy zaufać intuicji… Cóż, zostaniemy pokonani i zmarnujemy jedyną w życiu szansę.

Wystarczyło, że spojrzałam na Piotra, i w ułamku sekundy wiedziałam, iż dotychczasowe miłostki, romanse i wszelkie inne warianty znajomości z płcią przeciwną przestają mieć znaczenie. Teczka z recepturą, obliczeniami, wynikami badań i notatkami wyśliznęła mi się z obezwładnionych nieznanym uczuciem rąk, a zawartość rozsypała się po marmurowej posadzce greckiego uniwersytetu. Stałam jak zahipnotyzowana, wpatrując się w ciemnobrązowe oczy, z policzkami płonącymi jak u zakochanej po raz pierwszy gimnazjalistki. Wystawiliśmy swoje spojrzenia na próbę czasu. Nie spuszczaliśmy z siebie wzroku przez wieczność. W końcu, speszona, przykucnęłam i zaczęłam zbierać papiery. On rzucił się na pomoc. Nasze dłonie się zetknęły, wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł dreszcz. Poczułam jednocześnie spokój i szczęście, jakbym odnalazła zagubiony cenny przedmiot. Jakby tego było mało, okazało się, że w Polsce mieszkamy w tym samym mieście, choć na przeciwnych jego krańcach. Była w tym i magia, i czary, i konstelacja gwiazd. I podszept intuicji, że tak miało być. Że nasze spotkanie zostało ukartowane. Zawsze uważałam się za osobę pragmatyczną i odrzucałam wszystko, co nieracjonalne. Sądziłam, że to ja decyduję o tym, co robię, jak przebiega moje życie. Nie ma guseł, zaklęć i uroków.

Nie było. Przez dwadzieścia osiem lat.

Dwie godziny później, przyciągana tym „czymś” jak magnesem, siedziałam na prowadzonym po angielsku wykładzie Piotra. Obawiałam się nieco, ale ani nie zasnęłam, ani nie dostałam palpitacji, choć nie słuchałam z zapartym tchem. Byłam raczej zaskoczona nową sytuacją. Ja i etnografia! Takie ble, ble! Dwa różne bieguny. Wolałabym, żeby Piotr był chemikiem i mówił na przykład o elektroforezie kapilarnej, ale widocznie aż takie szczęście w życiu się nie zdarza.

Wykład ilustrowały fragmenty filmu dokumentalnego nakręconego przez Piotra, a na koniec odbyła się dyskusja. Tematem okazały się dogorywające wierzenia i kult przodków plemienia Tswana z południowej Afryki. Na początku, otumaniona, nie mogłam się skupić. Cieszyłam się bliskością Piotra. W jego oczach i głosie było coś mistycznego i charyzmatycznego. Starałam się choć odrobinę poskromić emocje, aby cokolwiek zrozumieć i nie wyjść na totalną kretynkę, gdy mnie później o coś zapyta.

Najlepiej szło mi podczas projekcji, bo aulę zaciemniano, więc po prostu go nie widziałam. Serce zabiło mi mocniej, gdy na jednym z filmów stara Murzynka o mocno poskręcanych i sterczących na wszystkie strony włosach demonstrowała amulety, a Piotr objaśniał ich znaczenie. Te małe magiczne przedmioty mają ponoć cudowne właściwości. Jedne wzmacniają potencjał życiowy, drugie chronią przed reumatyzmem czy zakażeniem dróg moczowych. Od jeszcze innych, jak od tarczy, odbijają się klątwy. Bywają i dające wskazówki na dalszą drogę życia albo nagradzające za wszystko, co zrobiło się dobrze. Ale najbardziej zaciekawiły mnie te rzucające uroki miłosne. Zapalono światło, a ja z wyciągniętą szyją dokładnie przyglądałam się Piotrowi, szukając w jego stroju jakiegoś pierścienia, łańcucha czy ptasiego pióra… Jasny gwint! Na pewno coś schował w kieszeni, pomyślałam.

Podczas dyskusji wyłączyłam słuch i skupiłam się na własnych myślach. Ostatecznie stwierdziłam, że strzała Amora ugodziła mnie mocno i że skutków trafienia nie jest w stanie odwrócić żadna siła. Czułam się bezbronna. Raz jeszcze otaksowałam Piotra. No tak, trzeba sporej wyobraźni, by dostrzec w nim cechy charakterystyczne dla Jamesa Bonda. Może z wyjątkiem oczu. Skąd wobec tego to nieznane wcześniej uczucie? Czyżby ciągnął swój do swego? Tylko czemu myślę o podobieństwie, skoro tak mało o nim wiem? A może jesteśmy odmienni, a różnice – jak wiadomo – się przyciągają? Czyżby dopasowanie genetyczne? Czy odbiór sygnałów przenoszonych przez feromony, tajemnicze substancje, dzięki którym zapach tego właśnie mężczyzny staje się atrakcyjny dla konkretnej kobiety? Jasny gwint! Wszystkiego nie da się rozłożyć na czynniki pierwsze! Życie jest nieprzewidywalne, a ludzka natura nierzadko wymyka się analizom. Poza tym jeszcze to imię… Piotr, czyli skała, opoka, pewność, spokój. Innymi słowy: mężczyzna, na którym można polegać. Wsparcie w komplikacjach, zmartwieniach i udrękach.

Następnych kilka dni delegacji okazało się greckimi wakacjami. Ze względu na lokalizację uniwersytetu nie mieliśmy dostępu do morza, przebywaliśmy z dala od letnich kurortów i ich rozrywek, od komercji, gwaru i rozgrzanego piasku. Nie licząc dwóch wykładów Piotra, na których oczywiście pojawiłam się jako słuchaczka, mieliśmy czas tylko dla siebie. Spędzaliśmy leniwe godziny w tawernach, kawiarenkach z ogródkami i malowniczych miejskich zakamarkach. Próbowaliśmy naśladować Greków, którzy nie znają pośpiechu (zwłaszcza podczas godzin największego skwaru), zawsze mają czas na zrealizowanie zamówienia, doniesienie zapomnianego widelca czy wymianę hotelowych ręczników. Spokój, senna atmosfera i my. Nastrój prawdziwie greckiej sielanki potęgowało słońce, zapach potraw, wina i oczywiście muzyka.

Kosztowaliśmy tradycyjne dania, no może z wyjątkiem tych z owocami morza… Nie byliśmy w stanie ich przełknąć. Woleliśmy gołąbki z siekanego mięsa i ryżu, zawinięte w liście winogron, sałatki z ogórków, pomidorów i fety, polane pachnącą słońcem oliwą, a przede wszystkim wszystko, co z grilla: mięsa, bakłażany, papryki i cukinie. A do tego tzatziki. Pycha! No i te desery: ciasteczka z migdałami, pistacjowa chałwa, jogurty z miodem i kandyzowanymi owocami. Arcysłodkie, ciężkie, tłuste, czyli… po prostu pyszne. Wieczorami w wolnych od turystów tawernach z muzyką na żywo popijaliśmy anyżkowe ouzo, słodkie miejscowe wino, i tańczyliśmy zorbę. A ściślej mówiąc – uczyliśmy się jej od Greków. Piotr objaśnił mi, że zorba to tradycyjny ludowy taniec, prawdopodobnie część obrządku składania bogom ofiar ze zwierząt, więc nie dziwiło mnie, że podczas zabawy tworzyliśmy rytualny krąg. Fantastyczna atmosfera, uśmiechy, improwizowany, ale całkiem równy krok, nasze na początku nieudolne, ale z czasem coraz bardziej rytmiczne ruchy i rosnąca pewność siebie sprawiały, że lokale opuszczaliśmy z ostatnimi gośćmi. Spędziłam jedne z najcudowniejszych chwil w życiu. Nie nudziliśmy się ze sobą; odnosiłam wrażenie, że znamy się od zawsze, a teraz tylko się sobie przypominamy, wreszcie odnalezieni po wielu latach w pojedynkę… Warto było czekać.

– Misia, czy ty mnie słyszysz? Chodź do mnie! – Piotr chwycił mnie za rękę i zdecydowanie przyciągnął do siebie. Ocknęłam się z zamyślenia i powróciłam z greckich wspomnień do sypialni. – Spałaś już? Może być ta muzyka? Pamiętasz? Zorba i ty… Pomogę ci ściągnąć suknię. Gdzie się ją rozpina?

Zapięcie na plecach składało się z kilkudziesięciu maleńkich guziczków. Teoretycznie można się było z niej uwolnić (a wcześniej założyć) po rozpięciu kilku u góry. Teoretycznie i praktycznie, ale mogła to zrobić szczuplejsza osoba, nie ja. Pomagając mi się w nią ubrać, moja siostra klęła jak szewc. Po pierwsze mnie, że nie byłam chyba przy zdrowych zmysłach, wybierając coś takiego, i w ogóle – za dużo podjadam, a po drugie suknię – że nieelastyczna, a guziki nie są przyszyte rozciągliwą nicią, dzięki czemu połączenie dwóch brzegów na plecach byłoby o wiele łatwiejszym zadaniem. Ze zmarszczonym czołem i czerwonymi z wysiłku policzkami radziła: „A może pójdziesz w rozpiętej, a na górę założysz sweter? Każdy pomyśli, że to trendy. No, ewentualnie w żakiecie albo krótkim płaszczyku”. Złorzeczyła, wymyślała, ale cierpliwie i skrupulatnie, guziczek po guziczku zapinała suknię. Ja, oczywiście, na wdechu. Wreszcie sukces.

– Proszę! – Stojąc pośrodku sypialni i podrygując w rytm zorby, odwróciłam się plecami do Piotra i odgarnęłam włosy. – Zaczynaj od góry!

Z zapałem zabrał się do pracy. Poczułam niecierpliwe szarpniecie.

– Hm… Jesteś pewna, że tak się to robi? A może gdzieś jest zamek błyskawiczny? – zapytał z nadzieją

– Zacząłeś dokładnie tam, gdzie trzeba. Mam taką suknię, wybrałam ją… Bo… Bo myślałam, że ta czynność będzie… inspirująca, rozpalająca i podniecająca! – wymyślałam na poczekaniu.

– Okej, Misia, tyle że już prawie świta – stęknął przy kolejnym guziku. – Nie uporam się z tym do południa. Mam pomysł! Poodcinam wszystkie albo rozetnę suknię nożyczkami! Albo jeszcze lepiej rozerwę zębami! – proponował zdyszany.

– Nie, musisz się pomęczyć – skwitowałam kategorycznie. – Rzecz wyczekana lepiej smakuje – wynajdowałam argumenty, choć szczerze mówiąc, marzyłam o jak najszybszym uwolnieniu się z kreacji. – Skoro Aga potrafiła ją zapiąć, choć w przeciwieństwie do ciebie niczego nie opublikowała i nie ma doktoratu, ani tym bardziej habilitacji, powinieneś zrobić to w mig! – dopingowałam go ze śmiechem, mając jednocześnie przed oczami minę właścicielki wypożyczalni sukni ślubnych i balowych pod nazwą Nowa Kolekcja, której dostarczam strzępy materiału, zamiast artystycznie skrojonej i starannie wykończonej kiecki. Oczywiście, Piotr nie miał pojęcia, że suknia jest wypożyczona.

– Wiesz, że jesteś fajna i jesteś moim skarbem, ale myślę, że byłabyś ideałem, gdybyś była niemową… – ripostował, ocierając spocone z wysiłku czoło. – Mam pomysł. Przyniosę szklankę z wodą, nabierzesz jej w usta i choć przez chwilę będziesz cicho.

– Gdybym nagle przestała gadać, to zapadłaby grobowa cisza, a ty pytałbyś czemu. Umarłbyś z nudów! – odszczekiwałam się ze śmiechem.

– Bądź cicho choć przez chwilę! Muszę się skupić.

– Pomogę ci, nie będę oddychać, nie będę się odzywać, nie będę nawet myśleć. Będę chuda jak anorektyczka. Dasz radę! – motywowałam go.

Po kilkunastu minutach z ulgą, jak nowo narodzona, mogłam wziąć pierwszy głęboki wdech.

– Uff! – Zadowolony z siebie pomagał mi zdejmować suknię, plącząc się w tiulach i falbanach.

– Widzisz? Misja zakończona. Teraz już mogę wpaść w twe ramiona, a potem spać, spać i spać. – Popchnęłam go na łóżko. – Zaczekaj minutkę. Otwórz szampana. Przygotowałam niespodziankę. Zaraz wracam.

Założyłam szlafrok i wyszłam z sypialni. Poszłam do kuchni i z lodówki wyciągnęłam zrobioną własnoręcznie wieczorem poprzedniego dnia baklawę, czyli ciastka orzechowe z sosem miodowym. Według oryginalnej greckiej receptury. Pracochłonne, ale efekt wart wysiłku. Zajadaliśmy się nimi w Grecji. Ułożyłam kilka na talerzu i zadowolona z siebie szybciutko zawróciłam do sypialni. Ale… Coś było nie tak, jak być powinno. Czegoś, a raczej kogoś, nie wzięłam tej nocy pod uwagę. Z ciemnego przedpokoju było wyraźnie widać światło w pokoju za kuchnią; biała poświata spod drzwi rozjaśniała podłogę. Zamarłam. Podeszłam cichutko, jak najciszej. Podniosłam rękę do klamki i natychmiast ją cofnęłam. Zawahałam się. Po chwili podniosłam ponownie i już miałam zapukać, gdy usłyszałam wewnątrz stłumione głosy. Strzępki rozmowy.

– …mnie się nie podoba… Ma nos jak brukselka… Co on w niej widzi…? …jakaś dziwna…

– …uspokój się… …nie pozwoli…

– …życia nie znasz… …głupi… Widziałam taki reportaż w telewizji…

– …damy radę… …zaczekamy…

– Do domu dziecka… Babci… …rodziny zastępczej… …swoje dzieci…

– …spróbuj zasnąć, może nie…

– …złodziejka, ukradła tatusia… Jeszcze ma się czelność śmiać…

Wzdrygnęłam się, przerażona. Niechcący podsłuchałam rozmowę dzieci Piotra – trzynastoletniego Tadeusza i jedenastoletniej Zosi. Odsunęłam rękę od klamki, poczułam się tak, jakby ktoś zadał mi potężny cios w sam środek klatki piersiowej. Po szampańskim nastroju, który jeszcze chwilę wcześniej rozpalał moje zmysły, nie pozostało ani śladu. Łzy powoli napływały mi do oczu. Odsunęłam się na palcach i oparłam o przeciwległą ścianę. Wszystko wokół zaczęło wirować. Kucnęłam, żeby nie upaść. Instynktownie pomasowałam skronie. Po chwili, na nogach jak z waty, cichutko podeszłam pod drzwi sypialni i przystanęłam. Starałam się opanować, nie chciałam, by Piotr zobaczył mnie w takim stanie.

– Iza? Misia, gdzie jesteś? Czekam… – Usłyszałam niecierpliwy głos.

– Jeszcze minutka – szepnęłam zza uchylonych drzwi, starając się mówić możliwie naturalnie, czyli bez śladu potężnej guli błyskawicznie rosnącej mi w gardle.

– Misia, znam cię na wylot. Coś szykujesz. Ale ja nie chcę już żadnej niespodzianki. Chcę ciebie. Wchodź, proszę. – Głos był zmęczony, a jednocześnie ciepły i zmysłowy

– Miłość cierpliwą jest. Kto kocha, to zaczeka. – Grałam na zwłokę.

– Jeżeli chcesz się przebrać w jakieś seksowne gadżety, no wiesz, jakieś boa, strój kelnerki albo czekoladowe majtki, to nie są potrzebne. Może na złote gody, ale nie teraz… Wystarczy, że mamy siebie – wabił mnie zza drzwi.

– Zaraz, zaraz…

Odeszłam spod sypialni i starając się być niewidzialną i niesłyszalną, udałam się do salonu. Nie zapaliłam lampy. W poświacie anemicznego światła latarni odłożyłam talerzyk z baklawą na kredens i potykając się o nieznane mi sprzęty, podeszłam do drzwi balkonowych. Przez chwilę niecierpliwie, jak astmatyk podczas napadu duszności, łaknący świeżego tlenu, mocowałam się z klamką, której nikt nie ruszał od dobrych kilku miesięcy. W końcu z cichym jękiem ustąpiła.

Boso wyszłam na zewnątrz. Pod stopami czułam, jak cienka warstwa lodu łamie się na drobne kawałki. Równocześnie uderzyło mnie mroźne powietrze i zimny, przeszywający wiatr. Złapałam kilka łapczywych, głębokich, regenerujących oddechów. Zadziałało jak zmrożony prysznic. Był początek lutego, niedziela, wczesny poranek. Miasto jeszcze spało. Mało romantycznie. Wszystko wokół w kolorach rtęci, szarości i czerni. Bez bajkowych, dużych, spadających z nieba płatków śniegu, roziskrzonego nieba i świątecznych, bożonarodzeniowych ozdób. Obce mieszkanie w starej kamienicy, obca dzielnica (przed ślubem sprzedaliśmy oba nasze i za pośrednictwem agencji kupiliśmy jedno duże, o dwie przecznice od mieszkania Piotra).

Delikatnie dotknęłam zlodowaciałej, pokrytej łuszczącą się farbą metalowej barierki i uświadomiłam sobie, że nic nie wiem o ludziach, którzy dotykali jej przez ostatnie sto lat. Podobno przedmioty mają pamięć… Może ta poręcz wie, jakie rozgrywały się tutaj dramaty? A może trwały wyłącznie chwile szczęśliwe? Jasny gwint! Po co mi to wszystko? Mój nastrój posępniał z każdą chwilą. Przede mną wielka niewiadoma. Nie znam nawet tej ulicy. Nie wiem, czy w małej piekarni naprzeciwko sprzedają bułki maślane, czy sąsiad obok ma psa, co się kryje za bramą po prawej albo czy wiosną zakwitną na skwerze tulipany… Wszystko nowe i niezgłębione. No i przede wszystkim Piotr. I jego dzieci. Wydaje mi się, że jego znam od urodzenia, ale one są dla mnie zagadką. I te strzępy rozmowy, które usłyszałam niechcący… Co te dzieciaki o mnie myślą? One się mnie boją! Mnie? Zdenerwowanie i zimno sprawiły, że zaczęłam się trząść. Jak można się mnie bać? Nigdy nikomu świadomie nie zrobiłam krzywdy. Jestem pokojowo nastawiona do świata. Staram się żyć w jedności z Bogiem, resztą świata i samą sobą. Opuszkami palców na nowo zaczęłam masować skronie, by uspokoić skołatane nerwy. Jasny gwint! Nie mam morderczych odruchów i zwyczaju wbijania szpilek pod paznokcie. Jestem wolna od gniewu, złośliwości, chęci odwetu i innych negatywnych emocji zżerających ludzkie serca!

Powiał silny, arktyczny wiatr, szarpnął moimi włosami i resztką ślubnych ozdób wczepionych przez fryzjerkę. Ponownie doznałam uczucia porażającego zlodowacenia. O tej porze roku, w normalnych warunkach nie chciałoby mi się wystawić nosa spod kołdry, a tu raptem z własnej woli rozkoszowałam się nieprzyjemnymi doznaniami, które gorliwie odsuwały kłębiące się myśli. Dygotałam z zimna. A może z emocji? Otuliłam się mocniej krótkim, satynowym szlafrokiem. Spojrzałam na zewnętrzny termometr przyczepiony do szaroburej ściany – minus dwadzieścia sześć stopni. Poczułam przeszywające zimno w stopach. Dotknęłam policzków. Mróz ochłodził twarz, przed chwilą gorącą od łez. Z odrętwienia zbudził mnie dźwięk przejeżdżającego pługu śnieżnego. Przecież to moja noc poślubna! Jasny gwint! A koleżanka z pracy, unosząc znacząco brwi, twierdziła, że udana noc poślubna to udane małżeństwo… Wycofałam się z balkonu, przeszłam przez salon.

Wszędzie, z wyjątkiem sypialni, było już ciemno. A w sypialni czekał Piotr.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

***

***

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie