Uciążliwi - Dominik Popek - ebook + audiobook + książka

Uciążliwi ebook

Dominik Popek

0,0

Opis

Cosa Nostra – sycylijska ośmiornica – kładzie swoje macki na skorumpowanym futbolu. W świecie, gdzie piłkarskie ideały wyparła walizka pełna splamionych krwią banknotów, nic nie jest dziełem przypadku.

W Palermo robi się coraz goręcej. I to nie za sprawą upalnej aury, lecz z powodu śmierci prezydenta największego sycylijskiego klubu piłkarskiego. Do władzy w klubie dochodzi jego syn, ale sprawą przejęcia drużyny zaczyna interesować się najwyższa władza w Palermo, której możliwości oraz sposób działania nie mają w zasadzie granic…

Mafia i piłka nożna – to jedne z pierwszych skojarzeń, które przychodzą na myśl o największej wyspie Morza Śródziemnego. Jeśli drogi tych dwóch sycylijskich symboli splatają się ze sobą, gra musi toczyć się o naprawdę wysoką stawkę. Nie ma w niej miejsca na sentymenty, skrupuły ani na jasne zasady. Mafia w Palermo nie zna takich pojęć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 161

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PROLOG

Najbardziej poszukiwany Włoch świata, Corrado Giuliano. Rozwieszone w Palermo listy gończe z jego wizerunkiem i próbą przekonania Sycylijczyków do złożenia donosu iście amerykańską regułką „Kompromis nie jest koniecznością! Nie bój się, złóż skargę” w niczym nie pomagały w jego schwytaniu. Mafioso przez dziesięć lat skutecznie uchylał się przed międzynarodowym nakazem aresztowania, co stanowiło przyczynek do jego legendy, rosnącego w kraju o kształcie buta mitu o „nietykalnym donie”. On sam jednak nie lubił, gdy w mediach określano go przydomkiem „don”, zdecydowanie wolał określenie „wujek”. Właśnie „wujku Corrado” najczęściej zwracali się do niego członkowie Rodziny.

Przez lata życia w podziemiu zauważalnie się postarzał. Na głowie pojawiło się więcej siwych włosów, twarz oddawała stres, który był mu nieodłącznym towarzyszem. Aczkolwiek dbał o zdrowie, regularnie ćwiczył. Jadł dużo owoców, coraz mniej mięsa. Po wielu latach rzucił nawet swój jedyny nałóg. Papierosy. 26 kwietnia skończył czterdzieści siedem lat, co uczcił wypadem na mecz ligi włoskiej. Odbywały się wówczas derby Sycylii, naprzeciw siebie stanęły kluby z Palermo i Katanii. Bardziej jednak niż wydarzenia boiskowe Corrado Giuliano interesowały sprawy Klanu. Wspomnianej niedzieli po raz ostatni spotkał się z mającym coraz więcej do powiedzenia w kwestii funkcjonowania Rzeczy kuzynem Salvatorem Ricco.

Dziś nie myślał o swoim możliwym następcy, ani tym bardziej o piłce nożnej. Założył czarny garnitur, ciasno skrojoną, dwurzędową marynarkę, spodnie oraz szpiczaste półbuty. Lewą rękę ozdabiał złoty rolex, który wraz z ferrari stanowił parę błyskotek, lubującego się w nich Corrado. Nisko na czoło nasunął kremowobiałe borsalino fedora. Spojrzał w swoje odbicie w lustrze. Do ostatnich chwil wolności był głową Rodziny, której poświęcił całe swoje życie. Postacią powszechnie szanowaną, choć częściej chował się za tym strach, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Znany był jako „Piccolo Cesare”, bo podobnie jak „Mały Cezar” był bezwzględny i pragnął błyskawicznego dojścia na szczyt, będąc jednocześnie niewielkiego wzrostu, porównywalnie do urodzonego w Bukareszcie Edwarda G. Robinsona.

Ostatnie lata spędził w ukryciu. Paczki z odzieżą i jedzeniem otrzymywał od mieszkańców miejscowości, w których pomieszkiwał. Najczęściej jednak przebywał w swojej kryjówce, w której czuł się najbezpieczniej. Prowadził skromne życie, które mijało mu głównie na czytaniu i modlitwie. Nie używał telefonu, komputera, kart płatniczych. Klanem kierował za pomocą pizzini, podobnie komunikował się ze swoją rodziną.

Na koncie miał ponad dwa tuziny ofiar. Pierwszy był niejaki Vito Parisi. Corrado nie wiedział nawet, kim jest gość, którego miał załatwić i zupełnie go to nie obchodziło. Zaskoczył go wspólnie z kuzynem, Jamesem Giulianem, kiedy parkował on samochód przed restauracją „Il Giardino”. Corrado i James ubrani byli identycznie – w długie, brązowe płaszcze z postawionym kołnierzem oraz czapki uszatki. Byli nie do poznania i nie do odróżnienia, wyglądali jak klony. To była szybka operacja. Seria, którą otrzymała ofiara z ulubionej broni Cosa Nostry, automatu Kałasznikowa, przewróciła ją do góry nogami. Nieoficjalnie mówiło się, że martwy Vito Parisi miał erekcję, co było zwyczajną reakcją w przypadku gwałtownej śmierci.

Niedługo później palec prawej ręki „Małego Cezara”, którym pociągnął za spust, został skaleczony kolcem dzikiej pomarańczy. Krwią skropiono wizerunek Najświętszej Maryi Panny na kartce papieru, która chwilę później sparzyła jego dłonie, płonąc w nich. „Jeślibym złamał tę przysięgę, niech moje ciało spłonie jak ten święty obraz” – tymi słowami Corrado Giuliano zakończył inicjację. Stał się częścią sycylijskiej Rzeczy. Wierzył w jej ideę, myśl przewodnią. Górnolotne cele, jakie obierała. Działanie w obronie słabych i wyplenienie niesprawiedliwości.

Wszystko to przemknęło mu przed oczami, jakby miał za chwilę umrzeć. Tymczasem dochodziły do niego coraz głośniejsze odgłosy walki karabinierów z trzema metrami żelbetonu, które dzieliły ich od kryjówki capofamiglia Klanu Giuliano. Sufit i ściany kryjówki trzęsły się coraz bardziej, na ziemię sypał się tynk, żarówka w wiszącej, białej lampce migała coraz bardziej, z sekundy na sekundę dając mniej światła. Corrado był gotowy. Nie miał zamiaru się kajać, tym bardziej uciekać. To koniec. Wyjdzie z tego z klasą. W starym stylu.

„Zbirom”, którzy go zatrzymali, wydawał się wycieńczony po latach spędzonych w podziemiu, ale jego wygląd i postawa były właściwe mężom honoru. W drodze odezwał się tylko raz. Poprosił o brak fotoreporterów, gdy dojadą na miejsce, do Palermo.

*

„Wczoraj wieczorem w prowincji Palermo, w pobliżu miejscowości Villabate zatrzymano bossa jednego z najpotężniejszych klanów mafii z Palermo, Corrado Giuliano. Ukrywał się on w specjalnie wykopanym bunkrze na terenie gospodarstwa chronionego przez system kamer” – rozgrzmiał komunikat Rai 1, które jako pierwsze podało do publicznej wiadomości informację o zatrzymaniu najbardziej poszukiwanego przestępcy we Włoszech. Tak jak prosił „Mały Cezar”, media z opóźnieniem dostały komunikat o jego zatrzymaniu. „To niewątpliwie wielki sukces i zarazem definitywny cios zadany sycylijskiej mafii – powiedział dla nas szef policji Nicola Caruso”.

Stefano Baronego zupełnie to nie interesowało. Wysoki, chudy chłopak, z włosami postawionymi na żel, przed momentem wrócił do domu. W pośpiechu rzucił torbę pod ścianę i nie zdejmując butów, ruszył w kierunku włączonego telewizora, sięgając po pilota, którego gospodyni zostawiła na stoliku przed kanapą. Zmienił kanał. Zdążył w ostatniej chwili. Właśnie prowadzący konferencję prasową, w morzu eleganckich garniturów wyróżniający się hawajską koszulą, komentator klubowej telewizji Calcio Palermo, Domenico Ottobre oddawał głos jego tacie, Giuseppe Baronemu.

– Wciąż nie mogę uwierzyć w śmierć ojca… On żył tym klubem, był mu oddany przez całe swoje życie… Chcę jednak stanąć naprzeciw wyzwaniu i uczynić Calcio Palermo jeszcze lepszym zespołem. Marzyłem, żeby kontynuować rodzinną tradycję, jednak nie spodziewałem się, że przyjdzie mi się zmierzyć z tym zadaniem tak szybko. Przed nami wiele pracy.

Giuseppe Barone przemawiał bardzo niespójnie. Wyglądał źle. Twarz miał zmęczoną, wyczerpaną, a oczy podkrążone. Na konferencji był obecny tylko ciałem. Jego myśli rozbijały się o wszystkie nieoczekiwane wydarzenia, niczym fale sztormu, jaki nagle nawiedza żeglarzy na spokojnym morzu, uderzające o statek. Spojrzał na zegarek. Za pół godziny miał spotkać się z księdzem. Chciał jednak najpierw stawić się w klubie i pokazać, że sytuacja jest opanowana. Dzwoniąc wczorajszego wieczoru do siedziby Calcio Palermo, zaznaczył, że pojawi się tylko na chwilę.

Wszystko wydarzyło się tak szybko, jakby w mgnieniu oka. Jeszcze dwa dni temu był w Moskwie na International Motor Show. Dawno nie miał okazji odwiedzić Sycylii. Teraz czekało go mnóstwo spraw, w tym najważniejsza, jaka zaprzątała mu głowę, a od której nie mógł się opędzić – pogrzeb.

– Prezydencie Giuseppe… – z wnętrza rozpalonej od gorąca sali rozbrzmiał gruby głos.

Klimatyzacja znów nawaliła, pomimo że naprawiano ją kilkakrotnie tego lata. Obecni w pomieszczeniu dziennikarze oraz pracownicy klubu czuli się jak na plaży w San Vito Lo Capo, powszechnie uważanej za najładniejszą we Włoszech, znajdującej się zresztą na Sycylii, niedaleko Palermo. Bezsilnie rozpinali kolejne guziki w swoich koszulach, co w znikomym stopniu pomagało. Giuseppe Barone na błękitną koszulę zarzuconą miał marynarkę, której nie zdejmował, przekonany o krótkim czasie trwania konferencji. Wybity przez redaktora z przemyśleń napił się wody. W taką pogodę uzupełnianie płynów było wręcz wskazane, o czym zdaje się doskonale wiedział Ottobre, duszkiem pijący kolejną szklankę.

– Czy możemy spodziewać się jakiegoś dużego transferu? – rzucił dziennikarz, ale nim zdążył odsunąć mikrofon od ust, do swojego zerwał się wiceprezydent klubu, Roberto Di Vicino. Rozpięta marynarka w pełnej okazałości prezentowała powiewający różowy krawat, będący ozdobą lnianego garnituru. Roberto cechował się spokojem. Był bardzo opanowaną osobą, niedenerwującą się z byle powodu. Zawsze ważył słowa, jednocześnie wypowiadając je pewnie, z przekonaniem. W klubowych kuluarach uchodził za mistera Palermo. W istocie przykładał on wielką wagę do wyglądu. Zawsze był elegancko ubrany, gładko ogolony, a brunatne włosy miał bardzo dokładnie uczesane.

– Koniec spotkania. W najbliższym czasie zorganizujemy specjalną konferencję, na której, obiecuję, będą mogli państwo dłużej porozmawiać z nowym właścicielem klubu. Dziś to tyle. Zrozumcie, że Prezydent przeżywa trudne chwile, podobnie jak cała społeczność klubu Calcio Palermo.

Giuseppe podziękował, odsunął krzesło i opuścił salę konferencyjną. Roberto niemal wybiegł za nim, zatrzymał nowego szefa w korytarzu i po cichu do niego zagaił:

– Jeszcze raz najszczersze kondolencje. Jeśli mogę w czymś pomóc…

– Dziękuję. Jeszcze porozmawiamy. Teraz muszę już jechać.

– Tak, musimy porozmawiać. Jest oferta…

– Nie teraz. Naprawdę się spieszę.

Giuseppe Barone, opuszczając w pośpiechu stadion Calcio Palermo, raz jeszcze spojrzał na zegarek. 13:13 – wskazywał otrzymany w prezencie od rosyjskiego partnera w interesach rolex.

 

 

 

 

KSIĘGA I

ROZDZIAŁ 1

Niczym mgła o poranku, niby gęsty puch unoszący się nad ziemią, trybuna honorowa znikała w dymie cygar. Pewnym krokiem, jak gdyby pchnięciem noża, szarą ścianę przeciął Giuseppe Barone. Czterdziestopięciolatek nad ranem przyleciał na Sycylię, wprost ze stołecznego Rzymu.

W promieniach słońca stadion sprawiał wrażenie kolejnej na Sycylii pięknej pozostałości po Grekach. Kiedyś na pewno wzbudzał podziw, dziś pozostawał klasykiem odstającym od nowoczesnych aren budowanych w Europie, jak i również tych, wznoszonych we Włoszech. W dodatku nie był wypełniony nawet w połowie. Nikt jednak nie oczekiwał kompletu widzów, biorąc pod uwagę rangę rywala – spadkowicza Serie B, drużyny z Lecce. Poza tym było lato, wiele osób wolało topić się w słońcu, jednoczenie bryzgając się w wodzie, niż półtorej godziny żarzyć się w miejscu i ubolewać nad poziomem gry.

W ostatnim czasie dyspozycja Calcio Palermo nie była najlepsza, w ubiegłym sezonie drużyna z trudem utrzymała się w najwyższej lidze. Na początku letniego okienka transferowego, nazywanego w piłkarskim środowisku „mercato”, czyli „rynkiem”, Edward Barone wspólnie z dyrektorem klubu, Marcellem Tenentem, gruntownie przebudowywali zespół. Przewietrzyli szatnię o kilku piłkarzy, szkoleniowcem został dotychczasowy trener juniorów, młody i niedoświadczony Andrea Lerda. Przede wszystkim na Sycylię sprowadzono osiemnastoletniego napastnika z chorwackiego Dubrownika, określanego mianem „nowego Davora Šukera”. Mateo Jurić był nadzieją „Dumy Sycylii”. Bałkańskie media rozpływały się nad jego talentem, sam nastolatek zadebiutował już nawet w narodowej reprezentacji. Interesowały się nim europejskie potęgi, ale to w Palermo miał być najważniejszym piłkarzem tworzącego się projektu, a nie tylko melodią przyszłości, w efekcie wygrzewając krzesełka na ławce rezerwowych. Transfer do Włoch był też szczególnym wydarzeniem dla Mateo, bowiem to w sycylijskim Corleone urodziła się jego babcia.

Przybycie Juricia na ziemie przodków odchudziło znacząco portfel właściciela klubu. Ubyło piętnaście milionów euro, więcej niż klub zarobił na swoim najlepszym piłkarzu – Paulo. Brazylijczyk zaledwie za dziesięć milionów euro przeniósł się do Florencji, gdzie urzędował krajowy mistrz. Kilkanaście godzin po ogłoszeniu tego transferu Roberto Di Vicino podał do opinii publicznej informację o śmierci ojca Giuseppe, Edwarda Baronego. Martwego siedemdziesięciolatka znalazła w domu jego sprzątaczka.

„Peppe”, jak nazywają Giuseppe najbliżsi, był wówczas w Rosji na jednym z wielu regularnych służbowych wyjazdów. Nowy właściciel, Calcio Palermo znał więcej lotnisk niż włoskich stadionów. Kilka razy w swoim życiu był z ojcem na meczach „Dumy Sycylii”, swojego syna z kolei starał się zabierać przynajmniej raz na rundę na Stadion Olimpijski w Rzymie. Na Sycylii nie był od kilku miesięcy. Nigdy nie poznał dobrze tej wyspy ani jej stolicy – Palermo, w którym się urodził. Nie pamięta praktycznie nic z dzieciństwa w mieście świętej Rozalii. Od piątego roku życia mieszkał w stołecznym Rzymie, gdzie wychowywała go matka. Żyła w separacji z Edwardem, aż do swojej śmierci w ubiegłym roku. Giuseppe od czasu do czasu odwiedzał ojca, jednak odkąd sześć lat temu powierzony został mu rodzinny biznes, firma samochodowa – kontakt z nim w dużym stopniu ograniczył się do rozmów telefonicznych, które dotyczyły głównie interesów. Edward starał się trzymać z synem dobry kontakt, aczkolwiek zawsze dzieliła go z nim niewidzialna bariera, osłona, która pojawiła się po rozstaniu z żoną. Obaj przyzwyczaili się do traktowania siebie wzajemnie bardziej jako partnerów w biznesie. Ich relacja daleka była od typowej na linii ojciec – syn, nad czym ubolewał Edward i za co się winił.

Teraz Giuseppe musiał krążyć z Lacjum również na największą wyspę Morza Śródziemnego. Po kilkunastu dniach od przejęcia klubu po raz pierwszy na mecz. Sezon tradycyjnie zainaugurował krajowy puchar.

– Wielkie dzięki za pomoc – powiedział Giuseppe, ściskając się z Roberto Di Vicino zaraz po pojawieniu się w vipowskiej loży. W lesie podobnych sobie garniturów, wiceprezydent wyróżniał się dbałością o szczegóły. Bił elegancją w dwuczęściowym szarym garniturze w kratę, z różową poszetką w brustaszy. Usiadł, zakładając nogę na nogę. Barone, który gustował w szykownych garniturach, musiał przyznać swojemu zastępcy świetny ubiór. Sam „Peppe” miał na sobie lekko rozpiętą, odsłaniającą złoty łańcuszek z krzyżem, włożoną w jeansy ciemnoniebieską koszulę. Na nos nasunął okulary przeciwsłoneczne, które w połączeniu z gęstymi, niedbale rozrzuconymi włosami kreowały go niejako na modela z okładek kolorowych czasopism. Wyglądał bardzo dobrze. Stres ostatnich dni w ogóle nie był widoczny w jego zafascynowanej, zaciekawionej nowym twarzy.

– Nie ma sprawy. Musimy omówić kilka spraw, ważnych kwestii, które… – zaczął Di Vicino, ale nie dane było mu skończyć. Pewnym, wręcz nonszalanckim krokiem podszedł do Giuseppe z wyższością spoglądający Cesare Manfredini. Gładko ogolony pięćdziesięciosiedmiolatek, z włosami gustownie przylizanymi do tyłu. Tuż przed wejściem na trybunę jeszcze je poprawiał, chowając grzebień do wewnętrznej kieszeni, co zauważył Roberto. Cesare był prezydentem włoskiej federacji piłkarskiej, wybranym niedawno na drugą kadencję.

– Witam nowego prezydenta. Moje kondolencje z powodu śmierci Edwarda – powiedział Manfredini, choć w jego głosie ciężko było wyczuć współczucie. Przytulając się, zwrócił głowę ku prawemu uchu Giuseppe. – Mam nadzieję, że weźmiesz klub w garść. Może to nieodpowiednie miejsce i czas, ale naprawdę jako szef włoskiej federacji mam już dosyć czytania o układach i korupcji w jednym z klubów najwyższej ligi. Ale o tym jeszcze porozmawiamy innym razem – skończył, posyłając właścicielowi sycylijskiego klubu wymuszony uśmiech.

Właśnie wtedy piłkarze, którzy przed chwilą pojawili się na boisku, ustawili się na środku, tworząc koło. Cesare wyciągnął zza marynarki cygaro i odszedł ku swojemu miejscu. Nastąpiła minuta ciszy ku pamięci Edwarda Baronego. Najwierniejsi tifosi, którzy pojawili się na południowej trybunie stadionu, zaprezentowali oprawę z czarno-białym zdjęciem prezydenta, podpisanym „Riposi in pace”, czyli „Niech spoczywa w pokoju”. Zawodnicy Calcio Palermo z założonymi czarnymi opaskami patrzyli bezwiednie w murawę, goście z Lecce energicznie przekładając nogami, wyczekiwali na gwizdek. Giuseppe Barone tymczasem analizował słowa prezesa federacji. O korupcji we włoskiej piłce mówiło się dużo i często, ale myślał, że to już zamknięty rozdział, po wielkiej aferze, która wstrząsnęła piłkarskim środowiskiem przed kilkoma laty. Wiedział jednak, że nie jest na bieżąco z piłką. W miarę regularnie oglądał jedynie „Squadra Azzurra”, reprezentację narodową, nie pamięta, kiedy ostatni raz trzymał w ręku jakąś gazetę traktującą o futbolu. Sportem, któremu w ostatnim czasie poświęcał jakąkolwiek uwagę, była koszykówka, przez wzgląd na syna z powodzeniem trenującego w zespole Gialloblu Roma.

– Tak jak zacząłem mówić, zanim przyszedł tu Manfredini – zabłysnął refleksem Di Vicino tuż po zakończonej chwili ciszy. Miał nadzieję, że tym razem nikt mu nie przerwie. Wybity z przemyśleń Giuseppe zwrócił się ku Robertowi. – Za dziewięć lat nasza kochana ojczyzna zorganizuje mistrzostwa Europy. Wprawdzie jeszcze nie została przedstawiona oficjalna lista miast-organizatorów, ale mam podstawy, by być pewnym, że Palermo będzie jednym z nich.

Informacja bardzo ucieszyła Giuseppe. Był on pewien, że stadion pamięta jeszcze drugą wojnę światową. Mistrzostwa będą wielkim wydarzeniem, a przy okazji poprawią infrastrukturę włoskiego futbolu. Przez całe spotkanie męczyły go jednak słowa prezydenta federacji. Obiecał sobie po meczu obowiązkowy przegląd prasy w najbliższym kiosku.

Słońce paliło niemiłosiernie w sobotnie popołudnie, ale Mateo Jurić nic sobie z tego nie robił. Naładowany adrenaliną, skompletował hat-tricka w debiucie. Udanie pracę z klubem zaczął również Andrea Lerda. W klubowym polo, czapeczce z daszkiem i czarnych dresowych spodniach biegał przez dziewięćdziesiąt minut przy linii, niczym jego trenerski idol rodem z Portugalii – José Mourinho. Trzydziestodziewięciolatek zainaugurował sezon pewną wygraną w krajowym pucharze. Już za tydzień ruszała liga, a on zdawał sobie sprawę, że formacja obrony – paradoksalnie – nie potrafi bronić. Nawet w rywalizacji z zespołem z niższej półki popełniła kilka błędów i gościom z Lecce udało się zdobyć honorowego gola. W poprzedniej kampanii obok spadkowiczów to właśnie Palermo straciło najwięcej bramek. Lerda wyciągnął w pucharowym meczu rękę do utalentowanego defensora z juniorów, ale puzzle się nie układały, zębatki nie zazębiały. Drużynie brakowało doświadczenia, a czekał ją trudny sezon. W drodze między szatnią, gdzie spotkać można było najszczęśliwszego człowieka – a na pewno Chorwata – na ziemi, a salą konferencyjną młody szkoleniowiec wpadł na Marcella Tenentego. Był to niski, lekko przygruby, z niemal nieschodzącym z twarzy uśmiechem Sycylijczyk z korzeniami w Agrygencie. Jego rodzice prowadzili restaurację, w której serwowali przede wszystkim doskonale znaną w całym mieście pizzę. Marcello jako nastolatek pracował w rodzinnym lokalu, ale jego pierwszą i największą miłością życia była piłka nożna. Doskonale jednak zdawał sobie sprawę, że piłkarzem nie zostanie. Restaurację rodziny Tenente bardzo często wspólnie z żoną odwiedzał właściciel miejscowego klubu, z którym Marcello nagminnie wdawał się w dyskusje. Zaledwie dziewiętnastoletni wówczas chłopak wypominał prezydentowi drużyny, że ten nie zna się na futbolu. Pewnego razu ten zaproponował mu więc pracę w klubie.

– Gratuluję debiutu, trenerze – powiedział dyrektor Calcio Palermo, który po kilkuletniej przygodzie z klubem z Agrygentu, a później edukacji na studiach w Palermo, od dekady prawie pracował w zarządzie drużyny ze stolicy Sycylii.

– Dziękuję. Widziałeś Matea? Co za mecz. A to, co wyczynia na treningach! Dobrze, że podpisał trzyletni kontrakt – powiedział z uśmiechem Andrea. Marcello się zaśmiał, a trener już z nieco poważniejszą miną i kilka tonów ciszej kontynuował: – Aczkolwiek linia obrony…

– Porozmawiamy o tym. Mercato trwa. Teraz idź, bo zaraz w sali będzie jezioro potu dziennikarzy.

Emocje opadały. Andrea Lerda odbywał swoją pierwszą konferencję prasową, której z zaciekawieniem, prawie z ukrycia przyglądał się Roberto Di Vicino. Dziennikarze męczyli trenera pytaniami o Mateo Jurica i choć szkoleniowiec studził emocje, swoje trzy grosze wtrącił Domenico Ottobre. Niezmordowany, po dziewięćdziesięciu minutach komentowania na nazwisko „Jurić” przeładował i wystrzelił kolejny magazynek słów wychwalających nastoletniego napastnika.

Marcello Tenente tymczasem z impetem wszedł do biura nowego prezydenta. Barone miał cichą nadzieję, że szybko opuści klubowy budynek, jednakże widok dyrektora zwiastował coś zupełnie innego.

Biuro właściciela Calcio Palermo było przyciemnione. Na środku znajdował się długi stół, po którego bokach ustawione były cztery czerwone fotele. Dwa kolejne znajdowały się na jego końcach. Na jednym z nich, tym naprzeciw drzwi, pod dwoma wielkimi zdjęciami zwyczajowo siadywał prezydent. W antyramach znajdowała się fotografia mistrzowskiej drużyny z sezonu 2009/2010, gdy Palermo po raz pierwszy i jedyny w historii sięgnęło po mistrzostwo kraju, Scudetto. Obok portret pierwszego prezydenta klubu. Ściany w pomieszczeniu były koloru ciemnoczerwonego. Świetnie współgrały z nieśmiałym światłem, jakie rzucały pojedyncze żarówki umieszczone w kilku miejscach. Na ciemnobrązowej szafie za wyróżnionym miejscem leżało bez ładu i składu kilka książek, obok, po obu stronach oddzielone od niej kolumnami, dwie szafy w podobnym kolorze. Można było się w nich przeglądać, gdyż światło padające na szklane drzwi odbijało wszystko, co przed nimi.

– Napijesz się czegoś? – zapytał Giuseppe swojego gościa. Bardzo dobrze wiedział, gdzie świętej pamięci Edward trzymał alkohole. Stojący w rogu globus tylko z pozoru kreował zmarłego ojca Giuseppe na zapalonego podróżnika. W jądrze ziemi zamknięte były jednak różnej wysokości procentowej alkohole. Tenente przystał na propozycję prosząc o whisky. Prezydent rozlał ballantinesa w szklanki i usiadł przy stoliku naprzeciwko dyrektora klubu.

– Giuseppe… Przejdę od razu do rzeczy. Firma budowlana „Toto” chce sponsorować Calcio Palermo. Dają dwa i pół miliona euro na sezon za możliwość reklamowania się na bandach reklamowych oraz na koszulkach. Z racji, że z przodu znajduje się logo firmy Twojego ojca… Twojej firmy, proponują miejsce z tyłu, pod numerem. Płacą z góry, gotówką.

Do biura wszedł w tym czasie Di Vicino, który odpuścił końcówkę konferencji. Roberto niemal wychował się na stadionie Calcio Palermo. Urodził się kilka przecznic dalej, jako dziecko trenował w drużynach młodzieżowych „Dumy Sycylii”, a po skończonych studiach w Mediolanie i kilkuletniej pracy w stolicy Lombardii jako przedstawiciel sycylijskiej firmy handlującej cytrusami, którą łączył z przelotnymi przygodami w zarządach klubów Serie B i niższych lig, zarzucił kotwicę w klubie, na którego meczach się wychował, przed laty z polecenia burmistrza stolicy Sycylii, wspólnego znajomego Edwarda Baronego i Roberta Di Vicino, zostając wiceprezydentem klubu. Od wielu sezonów do tego lata był prawą ręką właściciela klubu Edwarda Baronego, jego najbardziej zaufaną osobą w zarządzie.

Nie przerywając wypowiedzi, Roberto samodzielnie obsłużył się przy barku, sięgając po czerwone wino i dołączył do zgromadzonych.

– Roberto, słyszałeś o propozycji sponsoringu? – zapytał go Giuseppe.

Wiceprezydent, siadając i prawą ręką rozpinając guziki w marynarce, spojrzał na Marcella Tenentego, który lekko się uśmiechnął na pytanie szefa.

– Myślę, że jest to świetna oferta. Budżet nie wygląda najlepiej. Marcello i świętej pamięci Edward przebudowali drużynę, ale poza szalonym zakupem Juricia, brali głównie piłkarzy bez klubu lub wypożyczali. Musimy oglądać każdy grosz. Z dwóch stron. – Roberto Di Vicino dyplomatycznie podszedł do sprawy.

Tenente rozwinął myśl wiceprezydenta:

– Zastrzyk gotówki w takiej kwocie pozwoliłby wzmocnić jeszcze skład. Sam widziałeś, jak wygląda obrona. Przydałby się w niej facet, który chwyci ich wszystkich za jaja.

Giuseppe był pewny, że gdzieś już słyszał o tej firmie. Jak przez mgłę przypomniał sobie o jej powiązaniach z mafią. Kilka miesięcy temu informowały o tym media, ale niczego nie udowodniono.

– Panowie. Co jest nie tak z tą firmą? – rzucił, uważnie przyglądając się gościom i starając się wyczytać coś z wyrazu ich twarzy.