Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
58 osób interesuje się tą książką
Łatwo zatracić się w fikcji, gdy w realnym życiu tak trudno odnaleźć prawdziwą miłość
Kamila, trzydziestolatka zmęczona nieudanymi związkami, odnajduje ukojenie w słowach. Pisanie jest dla niej terapią i ucieczką od samotnej codzienności. Gdy zaczyna tworzyć powieść o wymarzonym mężczyźnie, fikcyjny bohater niespodziewanie staje się jej… obsesją.
Wtedy w jej życie wkracza on – arogancki i irytujący sąsiad celebryta. Manki to absolutne przeciwieństwo wszystkiego, czego Kamila szuka w mężczyznach. A jednak między tą dwójką zaczyna kiełkować nieoczekiwana więź, pełna napięcia, niedopowiedzeń i emocjonalnych zderzeń.
Z czasem granice między światem, który Kama tworzy, a tym, w którym żyje, zaczynają się zacierać. Zawiłe uczucia i skryte pragnienia sprawiają, że coraz trudniej jej określić, czego tak naprawdę potrzebuje jej serce…
To nie jest zwykły romans. To historia o tym, jak zaskakujące może być spotkanie dwóch zranionych dusz. Opowieść o samotności i poszukiwaniu miłości, która skłania do refleksji oraz pokazuje, że nawet trudne emocje mają znaczenie w naszej drodze ku prawdziwej bliskości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 569
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magda Iriam
Tylko mój
W tej książce przeklinamy, mówimy, co myślimy, i jesteśmy sobą. Akceptujemy wszystkich i każdy rodzaj miłości. Uprawiamy seks. Jeśli masz z tym problem – zamykaj oczy, ale możesz sporo przegapić i potem żałować.
Miłej lektury :)
P.S. Do wszystkich samotnych kobiet – miłość warta jest próbowania.
Dla mojego najlepszego przyjaciela
i najwierniejszego fana.
Bogu, cieszę się, że zabrałeś mnie w tę podróż.
Zwykły dzień
Nienawidzę tego dnia, szczerze go, kurwa, nienawidzę. Po prostu nie znoszę tego jednego dnia w roku, w którym wszyscy srają tęczą i wypluwają z siebie miliardy serduszek. Udają zakochanych, choć mają ochotę uciec. Wymuszone kwiaty, kolacje, zaręczyny…
Mówiłam już, że nienawidzę walentynek?
Nie pytaj dlaczego, przecież to oczywiste – jestem sama. Singielka, jak teraz ładnie mówią na samotne kobiety. Niechciane, niekochane, porzucone albo zdradzone.
Chyba od razu powinnam ci się też do czegoś przyznać. Nie jestem sama, bo tak wybrałam. Nie jestem samotna z wyboru, choć wolałabym pewnie tak o sobie myśleć. Nie, nie wybrałam tego i nie życzę nikomu, by musiał to przeżywać. Po prostu… nie spotkałam nikogo właściwego.
Czy próbowałam? Czy szukałam?
Błagam cię! Próbowałam miliony razy, w każdej możliwej formie. Chciałam mieć kogoś do kochania, kogoś, kto będzie kochał mnie taką, jaka jestem. Idealnie dopasowanego do mnie, moich wad i zalet, stylu życia i przyjaciół. Ale… ktoś taki chyba nie istnieje.
Każdego dnia zadaję sobie pytanie – dlaczego to właśnie ja jestem sama? Czy coś jest ze mną nie tak? Jestem niefajna, nieatrakcyjna, niekochalna?
W takie dni jak ten jeszcze bardziej odczuwam ciężar swojej samotności. To święto nie jest stworzone dla ludzi żyjących w pojedynkę. Przerodziło się w celebrację związków i udowadnianie za wszelką cenę, że miłość istnieje. Każdy rzyga już serduszkami, misiami i całym tym miłosnym szajsem, ale wypada kupić kwiaty i zaprosić ją na kolację albo ugotować coś dla niego, wybrać się do kina czy kawiarni. Wypada…
Pewnie, że mam dość, kiedy we wszystkich witrynach widzę serduszka i maskotki, czerwone baloniki i czekoladki, choć w głębi duszy chciałabym, żeby ktoś wręczył mi na spacerze nawet jedną różę, wytrzęsioną bombonierkę i dał buziaka. Tylko tyle… Chociaż może aż tyle.
Czy mi przykro? Czasem…
Zawsze, kurwa! Każdego dnia.
Czuję lekkie ukłucie bólu w klatce piersiowej i drgnienie serca, które nadal tęskni za uczuciem, za szybszym biciem. Moje usta zapomniały już, jak to jest, gdy ktoś je dotyka, smakuje, podgryza czy szczypie. Czasem, gdy je maluję, wolałabym, żeby nie były takie czułe i nabrzmiałe w oczekiwaniu, w tęsknocie, w napięciu. Przygryzam wargę, by poczuć, jak to jest, gdy ktoś je delikatnie skubie zębami i pociąga. Ten słodki ból pomieszany z rozkoszą. Kurwa.
Przepraszam, po prostu tego dnia tęsknota jest większa, bardziej dokuczliwa. Jutro mi przejdzie, wszystko wróci do normy. Dziś jest przecież kolejny normalny dzień, co z tego, że wszędzie są serduszka i zakochane pary, to nadal zwykły dzień. Dzień, który spędzam sama, w swoim mieszkaniu, pijąc rozwodnione wino i paląc papierosa. Tu nie dosięgnie mnie magia walentynek. Nie włączę dziś nawet telewizora. Zero miłości, zero skojarzeń. Żeby nie bolało, żeby moje małe, zbolałe serduszko nie cierpiało.
Chcesz, opowiem ci o sobie. Mam na imię Kamila i mam dwadzieścia dziewięć lat, od prawie pięciu jestem sama. No, powiedzmy, z drobnymi przerwami, ale te krótkie relacje nie były niczym istotnym. Mężczyźni pojawiają się w moim życiu i znikają. Szybciej jednak znikają. Od czasu do czasu spotykam się z kimś, aby ponownie, mimo wielu porażek, na własne życzenie trochę pocierpieć. Dlaczego, mimo kolejnych zawodów, nadal próbuję? Cholera wie… Może to wrodzony masochizm, może chęć przeżycia jakichś emocji? Może próba udowodnienia sobie, że jestem jeszcze coś warta? Masz rację, to głupie. Doskonale zdaję sobie sprawę, że moje próby są skazane na niepowodzenie. Może nie powinnam tak myśleć, ale kiedy kolejny raz facet nie chce mieć ze mną więcej do czynienia i znika, coraz trudniej zachować wiarę, że kiedyś się uda. Każdy kolejny okazuje się bucem, nierozumianym mężem szukającym jedynie kochanki, będącej odskocznią od jego nudnego życia, albo idiotą, który szuka kobiety, żeby się nią zmasturbować. Wtedy nawet wino nie jest w stanie rozgrzać mojego wnętrza. Po każdej kolejnej porażce siadam z kieliszkiem na balkonie, palę i płaczę. Po prostu pozwalam, żeby wszystkie te emocje opuściły moje ciało i zmyły ze mnie poczucie, że jestem niewystarczająca i niechciana.
Myślisz, że obarczanie siebie winą za te niepowodzenia to zły pomysł? Ja też, ale kiedy kolejny match z Tindera, z którym wypisujesz dniami i nocami, nie chce się z tobą spotkać, to zaczynasz myśleć, że to z tobą jest coś nie tak, że czegoś ci brakuje, że to jednak twoja wina. Może źle wyglądam, może nie jestem zabawna? Może to moja osobowość, a może tylko za gruby tyłek? Wracam do domu i magluję w głowie miliony myśli, dlaczego znowu nie wyszło. Dlaczego…?
Po każdej kolejnej nieudanej randce muszę odreagować. Po prostu muszę, bo inaczej nie dałabym rady. Co wtedy robię? Zaczynam pisać. To nic specjalnego, książka o skomplikowanej miłości. Wymyśliłam ją kiedyś, w ciepłą letnią noc, kiedy nie mogłam zasnąć. Wyszłam na balkon zaczerpnąć powietrza i w mojej głowie pojawił się On.
Nie wiem skąd, po prostu go zobaczyłam. Wysoki, ciemnooki blondyn, w rozpiętej koszuli, zakrywającej lekko zarośnięty tors i skrawek płaskiego brzucha. Boże, umarłam, gdy przed moimi oczami stanął tak niewymuszenie swobodny. Mógłby być kimkolwiek, byle był blisko i dał mi oddychać tym samym powietrzem.
Możesz nie wierzyć, ale tamtej nocy po raz pierwszy w życiu widziałam zmaterializowane pożądanie. A co najdziwniejsze, dużo bardziej pociągało mnie jego skomplikowane wnętrze, aż pragnęłam posiąść jego umysł. Od tego dnia wiedziałam, że chcę go więcej, że muszę go poznać.
Napisałam wtedy dwa rozdziały. Wiedziałam, czego pragnie, jaka jest jego historia, kim jest i po co przybył do mnie. Miałam opowiedzieć jego historię, miałam pokazać go światu, choć chciałam zachować go tylko dla siebie. Nie pozwolił mi. Kazał mi pisać, tworzyć go na kartach mojej powieści. Pozwoliłam mu więc się prowadzić. Nigdy nie czułam takiego natchnienia jak tamtego wieczoru. Po prostu pisałam, a słowa wypływały spod moich rąk.
Był we mnie, był mną. Musiałam go tylko uwolnić.
Oto on.
Niech żyje bal…
Maryla Rodowicz
– Kama, otwieraj te cholerne drzwi, muszę do kibla! – Dudnienie rozchodziło się po całym moim mieszkaniu, nie pozwalając się ignorować. – Zaraz się zleję, otwieraj, łajzo!
Niechętnie zsunęłam nogi z kanapy i powlokłam się w stronę drzwi, aby je otworzyć. Zanim do nich dotarłam, przez korytarz poniósł się dziki pisk jakiejś pijanej młodzieży. Zawahałam się, czy aby muszę otwierać. Na zewnątrz wszyscy dobrze się bawili i świętowali nadejście nowego roku, ja tkwiłam jeszcze w starym albo nawet kilka lat wstecz.
– Kaaama!
– Już idę, chwila. – Westchnęłam przeciągle. Wcale mi się nie śpieszyło, żeby wpuszczać świat i ludzi do mojego małego, bezpiecznego wnętrza.
Wiedziałam, że jeśli będę zwlekać jeszcze chwilę, będzie dzwonił na mój telefon albo oprze się o dzwonek do drzwi. Zapewne tylko przez jego upierdliwość nadal się przyjaźnimy. Grzesiek w niczym nie przypomina moich znajomych z pracy czy dzieciństwa. Jest głośny, krzykliwy, kolorowy, ekstrawertyczny i bardzo gejowski. Kocham i nienawidzę go za to. Próbuje być idealnie wymuskany, żeby sprostać wymaganiom tego środowiska, ale z jego lekką nadwagą i zakolami to jednak ciężkie zadanie. Nie zrozum mnie źle, kocham go najszczerszą miłością, ale wkurwia mnie niesamowicie, że sam nie do końca wie, czego chce. Choć doskonale wie, czego nie chce.
– Będziesz sprzątać całą klatkę schodową, a zaraz dołączy do mnie Roxy.
Wiedziałam, że nie żartował, jego nad wyraz spokojny pies był zdolny do zlania mi drzwi, jeśli tylko jego pan dałby mu taki przykład.
– Już. – Przekręciłam zamek w drzwiach. – Po co od razu ta mowa nienawiści, przecież wiesz, że bym cię wpuściła.
Przewróciłam oczami, udając powagę, z błądzącym po twarzy głupkowatym uśmieszkiem. Wchodząc, cmoknął mnie głośno w policzek, rzucił jakieś drobne przekleństwo i podał mi smycz. Wystrzelił wprost do łazienki. Nie żartował z tą potrzebą.
– Grzeju, też cię kocham. – Wypowiadając to w pustą przestrzeń, chciałam zamknąć drzwi, ale dostrzegłam kątem oka poruszenie po drugiej stronie korytarza.
Jak zwykle korytarz był przepełniony młodymi dziewczynami w wyzywających kreacjach i jeszcze bardziej krzykliwym makijażu. Tłoczyły się w towarzystwie pojedynczych mężczyzn w okolicach drzwi sąsiada z przeciwka. Nasza klatka schodowa miała nietypowy kształt kwadratu, a schody otaczały korytarz, wznosząc się co pół piętra. Ten dziwny peerelowski układ sprawiał, że drzwi sąsiada znajdowały się nieco powyżej po prawej stronie. Nie było więc możliwości nie zauważyć poruszenia po drugiej stronie.
Pewnie znowu masowa impreza, dla niego całkiem normalna. Nie znam go dobrze, jest czymś w rodzaju miejskiego celebryty. Drobny artysta z kilkutysięczną widownią na Instagramie czy jakimś blogu. Raz zerknęłam, ale nie urzekł mnie jakoś szczególnie. Ładne zdjęcia, trochę przyjemnych dla oka kadrów, jakieś modelki. Nic specjalnego, nie wiem, czym wszyscy się podniecali. Dla mnie był tylko upierdliwym, hałaśliwym i zadzierającym nosa facetem z naprzeciwka.
– Przyprowadziłem Roxy, wiesz, jak nie lubi być sama w sylwestra. – Zanim umył ręce, już otworzył drzwi do łazienki. – Po prostu nie miałem serca zostawiać jej z teściami, wiesz, jaka jest później straumatyzowana.
– Jaka? – Wykrzywiłam twarz w odpowiedzi na te jego fanaberie. – Daj spokój, to normalni ludzie, trochę starsi i nie wiedzą może, jak obchodzić się z twoim psem…
– Homofoby.
– Co ty gadasz, przecież mają syna geja, jak mogą być homofobami?
– Skrytohomofoby – rzucił, wychodząc z łazienki i sięgając po szampana z lodówki.
Nie miałam ochoty się z nim wykłócać. Znałam rodziców jego chłopaka, co prawda przelotnie, ale jednak. Całkiem mili starsi państwo. Jak ich syn, którego Grzegorz notorycznie rzucał i zdradzał, a ten, zakochany w nim po uszy, pozwalał mu wracać i pocieszał go po kolejnym „zawodzie miłosnym”. Jak matkę kocham, nie znam lepszego chłopaka. Opiekuńczy, kochany, wyrozumiały. Za dobry jak na Grzeja, i przyznaję to nawet mimo tego, że jestem jego przyjaciółką.
– U sąsiada znów impreza? – spytał znienacka.
– Jak zwykle w sylwestra – stęknęłam, wiedząc, z czym to się wiąże.
Nie pośpię ani dziś, ani jutro, kiedy to towarzystwo będzie się rozchodzić. Mimo sprzeciwu większości sąsiadów wciąż organizował te spędy małolat, modelek i innych branżowych znajomych, co oznaczało chaos i hałas.
– Nie wiem, która radna z nim sypia albo czy obciąga prezesowi naszej wspólnoty, ale ktoś musi go tu uwielbiać, każdy inny już dawno dostałby mandat albo zakaz organizowania takich imprez. A on jakby nigdy nic zaprasza ciągle gorszy element i jeszcze chwali się tym na Insta.
– Obczajałaś go? – zainteresował się, nalewając sobie mimozę. – Jaki jest?
– Raz czy dwa. Dopisał swoją ksywkę na domofonie, żeby łatwiej było go znaleźć. No i słyszałam kilka razy, jak jakieś małolaty stękały w ekstazie. – Chwyciłam telefon, żeby go wyszukać – nic, co nie dałoby mi spać po nocach.
Kiedy znalazłam jego profil, odwróciłam telefon, żeby mógł ocenić go mój znawca męskiej urody.
– Kurwaaaa, Kam, niezłe ciacho – zawył z zachwytu, jakby mój szalony sąsiad był modelem, a nie jakimś tam fotografem. – Woli kobiety? Jesteś pewna?
– Sądząc po statystykach, częściej widzę, jak liże się na klatce z modelkami niż fagasami.
– Jak coś się zmieni w tym temacie, dasz mi znać? – zachichotał.
– Grzesiek, błagam, a co z Darkiem? Nie możesz go tak traktować.
– Mamy przerwę. Krótką…
– Tylko na dziś? – zaszydziłam. Wiedziałam, że to drobne kłamstwo, by nie wyszedł na całkowitego chuja bez uczuć, zdradzającego swojego wiernego i kochającego chłopaka w sylwestra.
– Mhmmm… – przytaknął.
Nie musiałam pytać o nic więcej. Wiedziałam, czemu podrzuca mi psa. Zapewne szykował się weekend z nową miłością, którą zafascynował się na jakimś portalu randkowym.
– Ma kaloryfer?
– Kto?
– Jak to kto, kurwa? – warknęłam. – Twoja dzisiejsza wymówka.
Wychylił drinka jednym haustem. Już wiedziałam. Darek był cudowny, ale był zwykłym chłopakiem. Nie miał idealnego wysportowanego ciała ani wydepilowanej klaty, włosów na żelu albo wyregulowanych brwi. Był fajnym, zwyczajnym facetem. Lubiłam go. Ale wiedziałam doskonale, że Grzesiek wciąż podąża za pożądaniem, fascynacją, dziką żądzą. Kocha idealne smukłe sylwetki, wysportowane i opalone w solarium czy pod jakimś natryskiem. Gdy widzi kaloryfer na brzuchu i jędrną dupkę, dostaje małpiego rozumu i zapomina, jaki skarb ma w domu. Woli jednonocne przygody i pasję zdzierającą z siebie ubrania niż stabilizację i spokój u boku Darka. Nie mnie go oceniać, wiedziałam, jaki jest, i nie miałam ochoty go moralizować. Nie popieram tego, jak żyje ani jak traktuje swojego chłopaka. Pomimo jego miłosnych przygód i romansów był naprawdę lojalnym i dobrym przyjacielem. Wysłuchiwał mnie i pocieszał po każdej randkowej porażce. Nie zliczę, ile wypiliśmy win i zjedliśmy lodów, tonąc we łzach nad chujozą mężczyzn. Był, gdy go potrzebowałam, i nie obchodziło mnie, komu dziś obciąga.
– Gdzie Eve? – spytał, zmieniając temat. – Mówiła, że będzie przed ósmą, żebym na nią poczekał.
– Pisała, że już jedzie. Będzie tylko na toaście i zmyka, bo jadą z tym nowym na jakiś sylwester marzeń czy inne gówno w Hiltonie.
– Czy ona nie ma dość tych wystawnych bankietów i imprez pod linijkę?
– Musisz ją o to spytać. – Wzruszyłam ramionami. – Ja nie mam nerwów na sąsiada obok, a ona znosi takich elokwentów non stop. Wiesz, że dla niej liczy się status.
Zaśmialiśmy się. Uwielbiamy Eve, to całkiem fajna i inteligentna laska, która po prostu ma wysokie wymagania i niewybredny gust. Stuknęliśmy się kieliszkami. Niezła z nas paczka, każdy z jakimś życiowo-związkowym problemem. Żadne z nas nie miało szczęścia w miłości, nie umieliśmy stworzyć spokojnego i stabilnego związku. Poza Izą. Iza była matką, żoną i kochanką. Kochanką swojego ukochanego męża i podobno tylko jego. Tworzyli całkiem spoko parę. On dużo pracował, ona dużo zajmowała się dziećmi. Kiedy mieli w końcu chwilę dla siebie, zasypiali ze zmęczenia, ale dzięki temu nie mieli kiedy się kłócić, a kredyt ewidentnie odwodził ich od rozwodu. Sama myśl o podziale majątku powodowała u nich dreszcze, więc trzymali się razem. Czy im zazdrościmy? Może troszkę. Ja nie miałam szczęścia spotkać tego jedynego, a Grzesiek go utrzymać, kiedy już na niego trafił. Ewelina wciąż wybrzydzała. Byliśmy nieźle poobijani po traumatycznym dzieciństwie i błędach naszych rodziców. Grzesiek nie miał nawet szczęścia posiadać rodziny, wychował się w domu dziecka, z dala od ciepła i miłości, której ja choć namiastkę dostałam od matki. Fakt, robiła, co mogła, żeby zniechęcić mnie do mężczyzn, a sama próbowała przekonać siebie, że wcale żadnego nie potrzebuje.
Zadzwonił mój telefon, przerywając moje dywagacje.
– Gdzie jesteś? – spytałam zniecierpliwiona.
– Przed tą imprezownią – odcięła się po drugiej stronie słuchawki Ewelina. – Jak ty dajesz radę tu mieszkać, przecież tu zjechało pół miasta, zaraz się rozmyślę nad swoją imprezą i znajdę kierownika tego zamieszania, może wkręci mnie do socjety.
Uwielbiałam ją za bezpośredniość.
– Wchodź. Grzeju czeka, a też zaraz zmyka na swoją imprezę.
– Otwieraj wrota tego przybytku, przybywam.
Zakończyłam rozmowę i wstałam do domofonu, aby otworzyć jej drzwi. W uszy uderzył mnie jazgot i dzikie śmiechy. Sąsiad był nieznośny z tymi imprezami, ale w tym roku chyba przegiął.
– Wchodź, zanim zmiecie cię ta młodzież. – Wcisnęłam przycisk domofonu. – Już?
– Już – próbowała przekrzyczeć radosny tłum za nią.
Jeśli on nie ogarnie zaraz swoich gości, to chyba zadzwonię na policję. Rozumiem życie towarzyskie, spotkania, sylwester, ale na litość boską, inni też chcą w spokoju celebrować te radosne chwile nowego roku, który uderza w ciebie jak kula wyburzeniowa i zmiata cię z planszy.
– Czy on aby nie przesadza? – spytała, wchodząc do mojego mieszkania. – Średni wiek tych dziewczyn to chyba czternaście lat, mógłby chociaż poczekać, aż wyklują im się cycki…
– Może jest skrytym gejem i wybiera tylko młode androgyniczne osobniki?
– Słyszałem! – krzyknął z pokoju Grzesiek. – Mówiłaś, że woli kobiety, a jest za ładny na heteryka. Wiedziałem, że coś jest na rzeczy, mój gejradar jeszcze działa.
– Błagam was, przestańmy roztrząsać orientację mojego sąsiada – ucięłam tę dyskusję. – Mam w dupie, z kim on się spotyka. Ani jedno z was niech się nie waży do niego zbliżać, wybierajcie sobie partnerów z całego świata, ale mój blok zostawcie w spokoju.
– Dobra, dobra, Miluś, nie denerwuj się. – Eve cmoknęła mnie, sięgając po drinka z mojej dłoni. – Jedyną osobą z tego osiedla, z którą chcę mieć jakikolwiek związek, jesteś ty i to się nie zmieni.
– A widziałaś to ciacho z przeciwka?! – Grzesiek pokazał jej na telefonie profil mojego sąsiada, oblizując znacząco górną wargę i puszczając do mnie oczko. Wiedział, jak bardzo mnie tym rozzłości.
– O fuck! – Ewelina, zerkając na jego zdjęcia, przeklęła soczyście. – Zmieniam zdanie!
Skapitulowałam. Zaśmialiśmy się, wznosząc toast. Kocham ich za to, że mimo wszystko mnie wspierają. Że są ze mną dzisiaj, choć każdy ma swoją randkę w wielkim świecie. Poświęcają cenne chwile swojego czasu, aby spędzić go z samotną koleżanką. Moja ekipa. Wzruszyłam się lekko, nie dając tego po sobie poznać. Tak bardzo byłam wdzięczna losowi, że choć jestem samotna, mam przy sobie bliskich przyjaciół. Z nimi ten świat wydawał się odrobinę lepszy.
– Iza? – spytała subtelnie Ewelina, spoglądając na mnie.
– No, jak to Iza, najpierw sylwek z dzieciakami, a potem toast w łóżku z mężem – odparłam ironicznie, choć wszyscy w głębi duszy marzyliśmy, żeby kiedyś skończyć jak ona.
– Nie umie się bawić. – Mój przyjaciel gej wzniósł toast i przechylił go jednym haustem. Obawiałam się, że szybko skończy tę imprezę, a przecież czeka na niego ktoś, dla kogo warto zachować sprawność, przynajmniej do północy.
Opadłam na fotel, obejmując szczelnie drinka. Eve wdała się w dyskusję o Izie, choć nie miała szans. Grzesiek skreślił ją z naszego towarzyskiego grona już dawno temu. Dla niego była smutną kobietą z przewidywalnym życiem i nudnym mężem. Nic, czego zasadniczo oczekiwał od życia. Rozumiałam, że mając rodzinę, oddaliła się od nas mentalnie. Wieczór z trzema drobnymi pijaczkami był dla niej o wiele zbyt imprezowy jak na aktualny tryb życia. Pewnie wpadnie jutro na kawę w drodze na spotkanie z teściową.
Iza była z nas wszystkich najbardziej dojrzała, stabilna i doskonale wiedziała, czego chce od życia. Czasem miałam tylko wrażenie, że jej życie nie jest takie cukierkowe, jak wygląda z zewnątrz. Choć nie skarżyła się na męża czy dzieci, widziałam, jak tęsknym wzrokiem spogląda, gdy opowiadam jej o moich randkach, jakby ten zamknięty już dla niej rozdział był nadal interesujący. Dla mnie nie był. Kolejne porażki i odrzucenie nie są wcale fajne. Może gdyby Iza poszła na jedną randkę, przekonałaby się, że tęskni za jakimś mglistym marzeniem z przeszłości albo chwilową fascynacją, a nie rzeczywistością.
– O której wychodzisz? Na którą jest impreza? – spytał Grzesiek, kiedy już skończyli rozmawiać o Izie. – I najważniejsze pytanie: co wkładasz?
Grzej uwielbiał modę. Pewnie polecę tendencyjnie, ale jak prawie każdy gej miał do tego smykałkę i wyczucie stylu. Uwielbiał zakupy, ciuchy, przebieranie, przerabianie ubrań i stylizację. Nienawidziłam chodzić z nim na zakupy, bo zawsze trwało to wieczność. Ale muszę przyznać, był w tym całkiem niezły.
– Krwista czerwień. – Eve ewidentnie jarała się swoją suknią. – Wybierałam ją z tydzień. Czekaj, gdzieś tu mam jej zdjęcie, jak ci pokażę, zdechniesz z zachwytu.
Przeglądała telefon w poszukiwaniu zdjęcia sukienki, kiedy zerknęłam na siebie. Czarne dżinsy, koszulka z logiem jakiegoś rockowego zespołu i menelowaty, długi sweter zarzucony na ramiona. Luźno i wygodnie, a przede wszystkim ciepło. Normalnie Grzej pewnie by mnie za to srogo opierdolił, ale dziś miał lepszy dzień i dał mi spokój. Może w końcu zrozumiał, że mój styl to brak stylu.
Ewelina przechyliła telefon w moją stronę, abym też mogła zobaczyć jej kieckę. Była boska, aż otwarłam usta w zachwycie. Będzie w niej wyglądać zjawiskowo.
– Zamknij buzię, bo wyglądasz mało inteligentnie – skwitował mój przyjaciel.
– Może taka jest prawda – odparłam smutno.
– Ej, nie mów tak. – Eve usiadła na krawędzi mojego fotela, objęła mnie ramieniem i przytuliła do siebie. – Jesteśmy tu dla ciebie, pamiętasz?
– Tak.
Nie chciałam nic więcej mówić, bo łamał mi się głos. Wiedziałam, że mam niebywałe szczęście ich mieć. Byli tu ze mną, żebym nie była całkiem sama w sylwestra.
– Może wrócimy do tematu sąsiada, żeby cię rozweselić? – zaproponowała ironicznie.
Spojrzałam na nią pełnym dezaprobaty wzrokiem, wychylając do dna swojego drinka.
– Chyba wkurwić – rzuciłam, wstając z fotela i nalewając sobie nowego.
– Nie lubicie się? – udawała zdziwioną.
– Nie znam go. Mieszkam tu pół roku i przeżyłam kilka jego imprez. Mijamy się czasem na klatce, widuję go z różnymi dziewczynami, więc raczej lubi damskie towarzystwo. – Rzuciłam przepraszające spojrzenie na Grzesia, liczącego skrycie na homoseksualne skłonności mojego sąsiada. – To wieczny kawaler, zapatrzony w siebie i szukający przygód, raczej niczego stałego. Żaden kandydat na męża czy nawet bliższego przyjaciela, nie mój typ.
– Ale… nawet z wyglądu ci się nie podoba? Muszę przyznać, że niezły z niego przystojniak.
– Z bólem serca stwierdzam, że jest atrakcyjny, ale jego nieatrakcyjne zachowanie psuje mu renomę w moim plebiscycie.
Grzegorz zrobił srogą minę. Chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. To nie czas ani miejsce na takie dyskusje.
– Wiecie co, dziewczynki, kocham was, ale zbliża się moja godzina. Trzeba się przygotować i śmigam do hotelu.
– Czyli to prywatna impreza? – spytałam nieśmiało, sugerując gorące tête-à-tête.
– Tylko we dwoje, kruszynko. Co nie znaczy, że mam na niej wyglądać jak lump. – Spojrzał po mnie przeciągle, krytykując niemo mój outfit.
Wiedziałam, że nie daruje sobie komentarza. Dla niego głównym powodem, dla którego byłam sama, był mój wygląd i niedbały ubiór. Nie podzielałam jego zdania, ale wiedziałam, że mogłabym nad tym trochę popracować.
– Ja też muszę się zbierać – wtrąciła się Eve. – Przygotowania trochę zajmują, a mamy tam być na dwudziestą drugą trzydzieści.
– Nie ma sprawy, kochani. – Uśmiechnęłam się nieco sztucznie. – Mam jeszcze szampana i Roxy. Zrobimy sobie tu niezłą imprezę, będziemy konkurencją dla sąsiada. Roxy, Boże, gdzie ona jest? – Rozglądałam się nerwowo za powierzonym mi psem. Czy mogłam być gorszą psią ciocią? Nie wiedziałam nawet, gdzie jest suczka.
– Poszła spać do twojego łóżka – uspokoił mnie Grzesiek. – Wiesz, że sylwester jej nie rusza. Nie będziesz z nią miała problemów. Wyprowadź ją jeszcze trochę później i możecie pić do rana.
– Dobrze, tato. – Puściłam mu buziaczka w powietrzu, patrząc, jak powoli zbierają się do wyjścia.
Wiedziałam, że za chwilę zostanę całkiem sama.
Witając nowy rok jak samotna staruszka z psem, poczułam lekkie ukłucie w sercu na myśl o tym, że tak właśnie skończę. Może otoczona kotami lub psami. I całkiem sama…
Nie znali się jeszcze na tyle dobrze,
by cieszyć się brzydotą…
Leonard Cohen, Ulubiona gra
Kiedy wyszli, w mieszkaniu zrobiło się cicho. Jakby odgłosy dobiegające z zewnątrz nagle zamilkły, a imprezowicze wstrzymali oddech w oczekiwaniu na północ. Nie bardzo wiedziałam, co mam teraz ze sobą zrobić. Ostatni raz sama spędzałam sylwestra z dziesięć lat temu z mamą, kiedy nagle dostałam jelitówki i nie mogłam spotkać się ze znajomymi. Od tamtej pory, nieważne, gdzie i z kim, nigdy nie chciałam być tego dnia sama. Aż do dziś. Każdy miał plany. Nie chciałam na siłę wpychać się do Izy czy jak córka marnotrawna pojechać do mamy. To świadczyłoby jeszcze bardziej o mojej życiowej porażce. Taką wydawała mi się samotna noc sylwestrowa. Jeśli w święta też będę sama – przegrałam życie.
Rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu zajęcia. Uprzątnęłam kieliszki, pustą butelkę szampana i przekąski, których nawet nie tknęli. Nie miałam na nie ochoty. Nalałam sobie kolejnego drinka. Szampan wchodził jak złoto, choć równie szybko wyparowywał. Chciałam skorzystać, póki bąbelki jeszcze wirowały w mojej głowie. Włączyłam kompa. Przeczytałam kilka pierwszych stron. Ostatnio pisałam w walentynki i tydzień po nich. Później mój zapał opadł i porzuciłam Kubę. Myślałam o nim ciągle, o tym, jaki jest, co lubi, jak zachowałby się w danej sytuacji. Był ze mną, we mnie. Był częścią mnie każdego dnia, nawet jeśli nie napisałam jednego słowa. Uwielbiałam go – był połączeniem przystojniaka o dobrym sercu i emocjonalnego popaprańca.
Czy bywałam o niego zazdrosna? Nie powinnam, skoro takiego go stworzyłam. Ale kiedy pisałam o jego uczuciach, w głębi czułam, że chciałabym być na miejscu jego kobiety. Kochałam go i nienawidziłam za to, że nie jest prawdziwy. Gdyby był, byłby idealny. Skrojony pode mnie. Dla mnie.
*
Leżeliśmy w łóżku zmęczeni po dobrym seksie. Krótkim, acz intensywnym. Słyszałem, jak szybko łapie powietrze, próbując uspokoić walące jeszcze serce. Oboje patrzyliśmy w sufit. Nie wiem czemu, nigdy nie miała w zwyczaju tulić się do mnie po wszystkim. Czy tego potrzebowałem? Może. Czasami…
Była dla mnie idealna. Miała piękne długie blond włosy, niebieskie oczy, dość spory biust. Jeszcze jędrny, choć w niektórych pozycjach już widać było działanie grawitacji. Chciałem to wykorzystać, póki nie urodzi dzieci i piersi całkowicie jej nie obwisną. Lubiłem brać ją znienacka, kiedy gotowała albo zmywała. Tuż przed prysznicem albo po obiedzie, przed popołudniową drzemką. Nie miała wtedy czasu odmówić, a może tego chciała. Wolę myśleć, że lubi seks tak bardzo jak ja. Że nie wykorzystuje go tylko po to, by mnie usidlić. Jest piękną kobietą, mężczyźni się za nią oglądają i rozbierają ją wzrokiem, ale z natury nie jest bardzo seksualna. Nie nosi głębokich dekoltów, krótkich sukienek czy wyzywających strojów. Ma elegancki styl i klasę, której wielu dziewczynom brakuje. Czasem myślę, że wcale do niej nie pasuję, że nie dorastam jej do pięt. Kiedy się umaluje i wychodzimy na imprezę, mam ochotę gwizdać z zachwytu. Nie robię tego, bo kiedyś się o to pokłóciliśmy. Uważa, że to prostackie i słabe. Ma rację, ale uwielbiam okazywać jej, jak bardzo mi się podoba i mnie pociąga. Dla niej okazywanie uczuć jest nie na miejscu. Nie lubi publicznie okazywać mi czułości, nie całujemy się na mieście ani wśród znajomych. Nie lubi trzymania za ręce ani przytulania. Jedynie w łóżku pozwala sobie na więcej swobody. Czasem chciałbym, aby była bardziej otwarta i bezpośrednia. Dlatego lubię ten moment zaraz po seksie, kiedy jeszcze jest rozluźniona i nie myśli za wiele, kiedy chwyci mnie za rękę albo pocałuje.
Mój telefon zawibrował, tak bardzo nie w momencie, że nie miałem ochoty na niego spoglądać. Zapewne nic ważnego. Był piątkowy wieczór, z nikim nie byłem umówiony, żaden z moich znajomych nie potrzebował pomocy. Pewnie jakaś reklama. Postanowiłem go zignorować. Po chwili zabrzęczał znowu. Z niechęcią zerknąłem na Julię, czy śpi.
– Odbierz, bo pewnie nie dadzą ci spokoju – wymruczała, zakrywając się kocem. – Kto to?
Chwyciłem telefon, żeby sprawdzić. Moje serce zamarło w sekundzie. Nie wiedziałem, czy powinienem coś powiedzieć ani co zrobić.
– Hej, wszystko okej? – spytała, kiedy nie odpowiedziałem. – Kto pisze?
– Znajomy – wydukałem, nie wiedząc, czy moje walące serce i drżący głos mnie nie zdradzą. – Nic ważnego, śpij. Idę się napić, chcesz coś?
– Nie. – Zasypiała, nie chciałem jej przerywać, więc cicho wymknąłem się z łóżka do kuchni.
Kiedy wyszedłem z pokoju, przekręcając się na drugi bok, zerknęła na telefon, na którym zanim się zablokował, dostrzegła wiadomość:
Hej, jestem w mieście, spotkamy się?To ja, Tusiek.
*
Przeciągnęłam się, wyciągając ręce przed siebie i strzelając palcami. Pisanie było odprężające, ale siedzenie w wyprostowanej pozycji przed komputerem zawsze spinało mi mięśnie. Dopiłam drinka i zgarnęłam papierosa z paczki. Nie wiem kiedy i jak zrobiła się dwudziesta trzecia trzydzieści. Na dworze słychać było pojedyncze wystrzały fajerwerków. W sumie powinnam wyprowadzić psa, zanim strzelanie zacznie się rozkręcać. Mimo że Roxy nie przeszkadzał huk, bo nadal spała w mojej sypialni, nie chciałam, żeby pozostawionemu pod moją opieką pieskowi coś się stało. Niechętnie zgarnęłam kurtkę i wsunęłam nogi w rozchodzone buty, których używałam, wychodząc wyrzucić śmieci. Zawołałam Roxy, sięgając po smycz. Na myśl o tym, że muszę zmierzyć się ze światem zewnętrznym i pewnie niedobitkami z imprezy sąsiada, wzięłam głęboki wdech.
– Roxy, chodź, pokażemy im, jak się bawić. – Zgarnęłam psa i otworzyłam drzwi.
O dziwo, na korytarzu było całkiem spokojnie. Tylko w kącie całowała się namiętnie jakaś para. Zaaferowani sobą, nawet nie zwrócili na mnie uwagi, mogłam więc bezszelestnie przemknąć do wyjścia. Najgorsze jednak czekało na mnie na zewnątrz. Kiedy tylko otworzyłam ciężkie drzwi do klatki schodowej, za rogiem ukazała się spora grupka młodych palących dzieciaków. W pierwszej chwili chciałam iść w drugą stronę, ale jedna z dziewczyn zauważyła psa i zaczęła się do niego przymilać.
– Jaki śliczny psiaczek, jak się nazywa? – szczebiotała, przyklękając i głaszcząc Roxy. Tarmosiła ją pod uchem, co bardzo jej się podobało.
– Roksana – odpowiedziałam niechętnie. – Roxy.
– Super. – Dziewczyna zerknęła na mnie w górę i okazało się, że jest znacznie ode mnie młodsza. Sprawiała wrażenie całkiem miłej.
– Jesteście na imprezie pod trójką? – spytałam, żeby zagaić rozmowę.
Dziewczyna zaśmiała się, lekko wzdychając.
– Tak, wyszliśmy na fajkę, ale ktoś zamknął nam drzwi. Źle odłożyli domofon, dlatego go nie słychać. Nie chcieliśmy budzić sąsiadów, więc czekamy tu, aż ktoś wyjdzie.
– Jest mega zimno. – Zerknęłam na jej trzęsące się kolana w cienkich rajstopkach i krótką kieckę. – Odsikam psa i wpuszczę was do środka. Gospodarz chyba nienajlepiej dba o swoich gości.
Ten gość wkurzał mnie jeszcze bardziej, nie dość, że naspraszał ludzi, to jeszcze każe im marznąć.
– Spoko, Manki jest pewnie zajęty i nie ogarnia. – Uśmiechnęła się, tłumacząc go. – Pewnie zaraz ktoś by wyszedł.
– A jeśli nie? Czekalibyście do północy?
Nie odpowiedziała, tylko wykrzywiła twarz w smutnym grymasie. Zapewne bardziej niż na udziale w imprezie zależało jej na poznaniu tu kogoś sławnego. Nie mogłam jej mieć tego za złe, w końcu tak funkcjonował ten świat.
– Chodź, przedstawię cię pozostałym. – Dziewczyna chwyciła mnie pod ramię, nie bacząc na mój opór. Nie przepadałam za nowymi znajomymi. Jako introwertyk trudniej nawiązywałam nowe przyjaźnie, jeśli już komuś udało się do mnie zbliżyć, zostawał ze mną na zawsze, jak Grzesiek, Iza czy Ewelina. – Ludzie, to… – Spojrzała na mnie pytająco, zdając sobie sprawę, że przecież się nie przedstawiłam.
– Kama – dokończyłam za nią. – Miło was poznać.
– Cześć, Kama – odpowiedzieli chórkiem. – Też jesteś na imprezie u Mankiego?
– Nie, nie. Mieszkam obok i wyszłam z psem.
– Aaaa – odpowiedział tleniony blondyn. – Spoko. Czekamy, aż ktoś wyjdzie, żeby wrócić.
– Wiem, zaraz otworzę drzwi, tylko czekam na psa. – Zerknęłam na Roxy, która nie kwapiła się do załatwienia sprawy. – Jeszcze chwilę wytrzymacie?
Zaśmiali się, trzęsąc się z zimna i obejmując rękami. Ich stroje świadczyły, że z pełną powagą traktowali tę imprezę. Każdy w cekinach i błysku, a dziewczyny na szpilkach.
– Jakiś motyw przewodni? – spytałam.
– Lata sześćdziesiąte – odpowiedziała dziewczyna, podając mi rękę. – Jestem Aga. Agata, ale wolę Aga.
– Fajnie. – Dostrzegłam, że jeden z chłopaków ma na sobie dzwony i buty na platformie. – Dawno nie byłam na przebieranej imprezie.
– To chodź z nami – skwitował szybko jeden z mężczyzn – nikt się nie połapie, czy byłaś zaproszona, czy nie. Przecież tam przewijają się tłumy. Napijesz się czegoś. Chyba że masz inne plany?
– W sumie… – zawahałam się. – Nie mam. Ale jakoś nie czuję, żebym tam pasowała…
– Przestań. – Aga poklepała mnie po ramieniu. – Nikt z nas tam nie pasuje.
Wszyscy się zaśmiali, patrząc na mnie ze zrozumieniem. Chciałam odmówić, ale w tej jednej sekundzie postanowiłam zaryzykować. Może coś z tego w końcu wyjdzie. No i poznam sąsiada. Niechętnie, ale jednak.
– No dobra. Zostawię psa w domu i zajdę z wami na jednego drinka.
Wszyscy widocznie się ucieszyli. Nie wiedziałam, czy dlatego, że wpuszczę ich do ciepłej klatki, czy dlatego, że mi kibicują.
Aga uśmiechnęła się, wyrzucając w krzaki niedopałek papierosa.
– Chodźmy, moja bando.
Kiedy zamykałam psa w domu, widziałam kątem oka, jak „banda” dobija się do mieszkania sąsiada. Chwilę trwało, nim ktoś im otworzył. Zanim zamknęłam drzwi, Aga zawołała mnie, abym do nich dołączyła. Przez jedną milisekundę chciałam powiedzieć, że jednak rezygnuję, ale nie mogłam zamykać się na ludzi, wystarczy, że zrobiłam to już z mężczyznami. Z półotwartych drzwi sąsiada dobiegała głośna muzyka. Kawałek z Dirty Dancing. Przekonał mnie, że nie może być całkiem źle, skoro puszczają moją ulubioną piosenkę. Wzięłam głęboki wdech i pokonałam kilka dzielących nasze półpiętra schodków. Nim weszłam do jego mieszkania, w twarz uderzył mnie ciężki, męski, piżmowy zapach. Zapewne kadzidła pomieszane z męskimi perfumami, ale sama woń wydawała się zmysłowa i pociągająca. Zaciągnęłam się nią. Tak dawno nie czułam zapachu mężczyzny.
Już w przedpokoju stali ludzie, siedzieli na szafce na buty, opierali się o framugę i prowadzili jakieś zacięte dyskusje. Ominęłam ich skrzętnie, podążając za Agatą. Mieszkanie było znacznie większe niż moje. Narożne, z dużym balkonem i wielkim salonem. Miał trzy pokoje, nie jak ja – tylko dwa małe. Przestronny salon połączony z kuchnią, a raczej samym aneksem kuchennym z wielką wyspą na środku. Jeden z pokoi był zamknięty, ale wszędzie tłoczyli się ludzie. Na balkonie, w kącie, w kuchni, przy łazience. Nawet to mieszkanie było za małe, jak na takie tłumy. Nigdzie nie widziałam sąsiada, choć pewnie w przebraniu i tak marne szanse, bym go poznała. Wszędzie za to były kobiety w krótkich miniówach i spodenkach ledwo zakrywających pośladki. Czy w latach sześćdziesiątych mieliśmy już globalne ocieplenie? Wyglądały, jakby panował upał, a mieliśmy środek zimy. Przechodząc przez korytarz, dostrzegłam swoje odbicie w lustrze. Stwierdzenie, że tu nie pasuję, to nic. Wyglądałam jak zabrana spod dworca bezdomna kobieta. Wciąż miałam na sobie luźny, domowy strój i wsuwane kozaczki do wyrzucania śmieci. Nie malowałam się na przyjście moich przyjaciół ani specjalnie nie czesałam, więc serio wyglądałam jak drobny menel. Musiałam szybko się napić. Sięgnęłam po drinka, kiedy zagadał do mnie jakiś ciężko pijany facet.
– Pani też na imprezie u Mankiego? – bełkotał.
– Jak widać – rzuciłam w odpowiedzi, nawet na niego nie zerkając. – Co wy wszyscy macie z tym Mankim? Manki i Manki. Czy on jest jakimś bogiem, czy co?
– Manki, proszę pani, jest tu gospodarzem – wtrącił się wysoki blondyn, zbliżając się, sięgnął po whisky i dolał do mojego drinka, nie pytając mnie nawet o zdanie.
– Średni z niego gospodarz. – Spojrzałam mu dumnie w oczy. – Zostawił gości, żeby zamarzli, nie wpuszczając ich do środka. Gdybym nie wyszła z psem, pewnie rano znaleźlibyście tylko ich zamarznięte zwłoki.
– Widocznie musiał nie zauważyć. – No nie wytrzymam, kolejny, który go broni. – Znając go, nigdy by do tego nie dopuścił.
– A jednak tak się stało, drogi panie – podsumowałam. – Pozwolisz, że odnajdę znajomych, których dzięki temu incydentowi poznałam. – Próbowałam go ominąć, nie czułam się swobodnie, rozmawiając z nim. Był zbyt wysoki i zbyt dobrze ubrany, abym mogła być mu równym przeciwnikiem w dyskusji.
Bez słowa usunął mi się z drogi, choć widziałam lekki zawód w jego oczach. Czyżby modelki nie były dla niego godnym rywalem intelektualnym, że szukał kontaktu ze mną?
– Kama! – Agata przedzierała się przez tłum, próbując przekrzyczeć muzykę. – Chodź, Patryk chce nam coś pokazać.
Kiwnęłam na pożegnanie blondynowi i próbowałam przedostać się bliżej Agi, nie rozlewając przy tym drinka. Wychyliłam sporego łyka, niechcący ocierając się o jakąś całującą się przy ścianie parę. Czy nie mogą znaleźć sobie jakiegoś ustronnego miejsca na te amory, tylko szczują biedne, samotne kobiety takimi widokami i robią smaka?
Moi nowi znajomi stali blisko zamkniętego pokoju, wpatrzeni w telefon tlenionego blondyna. Zbliżyłam się do nich i także nad nim nachyliłam. Pokazywał jakieś rozdanie nagród, na którym dostrzegłam najpierw mojego rozmówcę sprzed chwili, a zaraz obok sąsiada lub przynajmniej kogoś do niego bardzo podobnego, ubranego w elegancki lniany garnitur i białą koszulę rozpiętą pod szyją. Miał zaczesane do tyłu włosy i krótszy niż zwykle zarost.
– Manki dostał blogerskiego Oskara – skomentował blondasek. – Wiedziałaś?
Patrzył na mnie, jakbym była jego największą fanką. Nie miałam nawet pojęcia, czym dokładnie się zajmuje. Na Instagramie pisał o fotografii, ale myślałam, że to raczej jakieś jego hobby.
– No proszę, czyli jednak coś tam potrafi – burknęłam pod nosem.
– Całkiem sporo – usłyszałam z boku głos wysokiego blondyna, którego przed chwilą zostawiłam przy barku. – Jest jednym z bardziej utalentowanych fotografów młodego pokolenia. To jego trzecia taka nagroda.
Wygląda na to, że nie tylko się przyjaźnili, ale był też jego prawnikiem. Adwokatem samego diabła, jeśli tak go bronił w nowym towarzystwie.
– A ty czym się zajmujesz? – spytałam, odwracając wzrok w jego kierunku.
– Krzysztof Sucharski, jestem jego managerem.
– Kamila. – Wyciągnęłam do niego swoją rękę, jakby to było spotkanie biznesowe, a nie luźna impreza. – Kamila Mokra.
– Już? – spytał, podnosząc lekko jedną brew. Znałam tę reakcję aż nazbyt dobrze. Większość nowo poznanych mężczyzn w ten sposób reagowała na moje nazwisko: seksistowsko, chamsko i niesmacznie. On jednak miał w sobie pewną subtelność, która świadczyła o dystansie, podchwyciłam więc grę.
– Już. – Uśmiechnęłam się ironicznie. – Ale nie dzięki tobie.
Chwycił moją rękę, delikatnie, ale stanowczo, spoglądając mi prosto w oczy. Poczułam jej ciepło i miękkość. Powoli wyswobodziłam swoją dłoń z uścisku.
– Miło mi poznać, Kris. A gdzie gwiazda wieczoru?
– Pewnie zajęty z…
Rozglądał się po mieszkaniu, szukając mojego sąsiada.
– Gościnią? – dokończyłam.
– Tak, z gościnią. Może dwiema… – Nadal rozglądał się za przyjacielem, ale nie mógł go dostrzec w zasięgu wzroku. – Znacie się dobrze?
– Nie miałam przyjemności. Rzadko bywa w domu, pewnie wiesz…
– Tak, często podróżuje, jest dość zajęty, zabiegany, nieuchwytny…
Nagle drzwi zamkniętego pokoju się otworzyły i wypłynęła z nich bardzo szczupła, rudowłosa dziewczyna, obciągając swoją ultramini. Tuż za nią, chwiejnym krokiem, wyszedł mój szanowny sąsiad, próbując niezgrabnie dopiąć swoje dzwony i utrzymać rozchełstaną koszulę. Oparł się o drzwi, zmierzył mnie wzrokiem i wybełkotał:
– Wódka się skończyła czy zaczęli wpuszczać brzydkie?
Spojrzałam na niego, zaciskając zęby. Znienawidziłam go w sekundzie. Nie musiał mówić nic więcej, milion jego obrońców i przyjaciół nie przekona mnie, że to dobry człowiek. Zwykły cham i prostak. Wiedziałam to od zawsze, ale łudziłam się, że może to tylko maska, żeby przebić się w tym biznesie. Był dla mnie skończony.
– Spierdalaj! – wycedziłam, wylewając na niego resztki mojego marnego drinka.
Próbował wycierać twarz koszulą, wyzywając mnie pod nosem, ale nie zwracałam już na niego uwagi. Rozpychając się przez tłum, wyszłam, trzaskając drzwiami. Kiedy wbiegłam do swojego mieszkania, wybiła północ. Słyszałam tylko dziki krzyk i wiwaty w mieszkaniach obok. Fajerwerki strzelały w niebo z głośnym świstem.
– Wszystkiego najlepszego w nowym roku, Mili – wydusiłam do siebie przez łzy. Osunęłam się po ścianie, chowając twarz w dłoniach. – Najlepszego, kurwa. Umrzesz sama.
Zbyt mały ten świat, w którym żyjesz
Zbyt mały ten świat na nas dwoje…
Enny
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Tylko mój
ISBN: 978-83-8423-350-4
© Magda Iriam i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Magdalena Białek
KOREKTA: Emilia Kapłan
OKŁADKA: okładka: Oliwia Błaszczyk
ZDJĘCIA: Pexels.com
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
