Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
13 osób interesuje się tą książką
Ona mówi, co myśli.
On nigdy nie mówi wszystkiego.
Ona czuje za dużo.
On nie pokazuje nic.
Dwie historie. Jedna przeszłość, która nie daje o sobie zapomnieć.
A kiedy prawda zaczyna wychodzić na powierzchnię,
nie da się już udawać, że nic się nie dzieje.
Bo niektóre kłopoty…
nie kończą się nigdy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 255
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdalena Kowalska-Graczyk
Tylko do końca Autor: Magdalena Kowalska-Graczyk Wydawnictwo: Po Drugiej Stronie Wydanie I Rok wydania: 2026 Wydanie elektroniczne ISBN: 978-83-980820-0-6
Copyright © Magdalena Kowalska-Graczyk, 2026
Fragment promocyjny przygotowany dla Legimi.
Noc nad Brzegowcem była cicha.
Zbyt cicha.
Jezioro wyglądało, jakby spało. Gładkie, ciemne, nieruchome — jak lustro, w
którym nikt nie chciał się przejrzeć.
Tylko że to była cisza, która nie uspokajała.
Tylko taka, która zapowiadała, że coś zaraz się wydarzy.
Silnik łodzi pracował nisko, prawie bezgłośnie. Światła były zgaszone. Tylko
cienka linia księżyca odbijała się na wodzie, prowadząc ich jak ścieżka, której lepiej
byłoby nie widzieć.
— Zwolnij — padło cicho.
Głos był spokojny.
Zbyt spokojny jak na sytuację, w której się znajdowali.
Mężczyzna przy sterze nie odpowiedział od razu. Zmniejszył prędkość, ale nie
zatrzymał się całkiem. Spojrzał przed siebie, jakby próbował dostrzec coś więcej niż
tylko ciemność.
— Jesteśmy na miejscu.
To nie było pytanie.
Z tyłu łodzi ktoś się poruszył. Cień oddzielił się od reszty, prostując powoli. W
ręku trzymał coś, co w świetle księżyca błysnęło krótko.
Metal.
— Spóźnili się — powiedział.
— Albo już tu są — odpowiedział drugi.
Cisza wróciła. Gęstsza niż wcześniej.
Brzeg był blisko. Zarys pomostu majaczył w ciemności, nieruchomy, pusty.
Jakby czekał.
Jakby wiedział.
Łódź uderzyła lekko o drewno. Bez hałasu i pośpiechu.
Wyszli pierwsi.
Buty stuknęły głucho o deski. Echo poniosło się po wodzie i zgasło, zanim
zdążyło wrócić.
— Nie podoba mi się to — mruknął ktoś z tyłu.
— Nie musi — padła odpowiedź.
Ciche kroki zburzyły ciszę jeziora.
I wtedy — z ciemności padł pierwszy strzał.
Krótki. Ostry. Nie pozostawiający miejsca na pomyłkę.
Jezioro drgnęło.
Ptaki poderwały się gdzieś daleko, a echo rozlało się po wodzie jak pęknięcie,
którego nie dało się cofnąć.
Ktoś zaklął. Ktoś upadł.
A potem wszystko potoczyło się za szybko.
Światło.
Krzyk.
Kolejne strzały.
I cisza, która wróciła chwilę później — cięższa niż wcześniej.
Głucha i bezkompromisowa.
Na pomoście zostało coś, czego nie dało się już ukryć.
Coś, co prędzej czy później miało wypłynąć.
Bo Brzegowiec potrafił milczeć.
Ale nie zapominał.
A to, co wydarzyło się tej nocy — miało wrócić.
I zabrać ze sobą wszystko, co jeszcze wydawało się bezpieczne.
Bo gdzieś w tym samym czasie, nieświadome jeszcze niczego,
cztery osoby żyły swoim życiem, wierząc, że to tylko kolejny zwyczajny dzień.
Jeszcze nie wiedzieli, że ta noc już ich wybrała, a ich drogi skrzyżują się
szybciej, niż powinni.
Od tego momentu — nic nie będzie już przypadkowe.
Brzegowiec o siódmej rano pachniał kawą, wilgotnym drewnem i jeziorem.
Miasteczko sprawiało wrażenie, jakby było odcięte od reszty świata. Otoczone
górami i położone nad rozległym jeziorem wyglądało tak, jakby czas się tu zatrzymał.
Mgła jeszcze nie do końca zeszła z wody. Unosiła się cienką warstwą nad taflą
jeziora jak mleczna zasłona, przez którą powoli przebijało się słońce. Z oddali było
słychać pojedyncze uderzenia masztów o burty łodzi w marinie oraz skrzek mew,
które jak co dzień urządzały sobie poranną awanturę o resztki ryb.
Wzdłuż głównej uliczki przechadzały się pierwsze osoby zmierzające na targ. Z
pobliskiej piekarni unosił się zapach świeżego chleba, a ciche dźwięki młynka do
kawy mieszały się z krzykiem mew nad jeziorem. Poranny ruch w miasteczku był
leniwy i powolny, ale w tym spokoju kryła się cała codzienna energia Brzegowca —
jeszcze niewidoczna, ale już słyszalna.
Na końcu niewielkiej uliczki prowadzącej w stronę jeziora stał drewniany dom.
Duży, dwupiętrowy, z szerokimi balkonami i rzeźbionymi balustradami. Ciemne
drewno kontrastowało z białymi oknami, a nad wejściem wisiał szyld:
“Leśna Przystań”
Pod spodem, drobnymi literami dopisano:
“Kawiarnia & Pensjonat”
Taras wychodził prosto na jezioro. Kilka stolików, donice z lawendą i skrzynki z
pelargoniami sprawiały, że miejsce wyglądało bardziej jak kadr z wakacyjnej
pocztówki niż zwykły lokal. Na tarasie kawiarni skrzypiały krzesła, a taca z kubkami
czekała, gotowa rozpocząć dzień pełen aromatów i drobnych katastrof.
Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem.
Kornelia Leśniewska wyszła na taras z tacą kubków.
— Jeśli jeszcze raz ktoś zostawi filiżanki na barierce, to przysięgam, że
zamontuję kamery i będę śledzić winnego aż do końca świata — mruknęła pod
nosem.
Postawiła tacę na stoliku i przeciągnęła się lekko.
Dom odziedziczyła po rodzicach dwa lata temu. Ich śmierć spadła na nią nagle i
brutalnie. Zginęli w wypadku samochodowym w drodze do miasta. Jednego dnia
planowali remont tarasu, a następnego Kornelia została sama z całym domem,
kawiarnią i pensjonatem.
Wielu znajomych twierdziło wtedy, że sprzeda wszystko i wróci do miasta.
Nie sprzedała.
Została.
I ku zdziwieniu wielu ludzi zaczęła prowadzić Leśną Przystań całkiem dobrze.
— Kawa dla zakochanych turystów… kawa dla emerytów… kawa dla ludzi,
którzy mówią, że piją tylko herbatę, ale i tak zamawiają cappuccino — mruknęła,
licząc kubki.
Podniosła jeden z nich.
— I kawa dla mnie, bo inaczej nie przeżyję dnia.
— A dla mnie? — odezwał się głos za jej plecami.
Kornelia nawet się nie odwróciła.
— Dla ciebie nie ma, Marto.
Marta Zawadzka pojawiła się w drzwiach z miną skrzywdzonego szczeniaka.
Była przyjaciółką Kornelii od przedszkola; choć na studiach ich drogi się rozeszły,
nadal pozostały sobie bliskie jak siostry.
— Jak to nie ma? — oburzyła się Marta. Krzyżując teatralnie ręce na piersi.
— Wczoraj wypiłaś cztery.
— To były małe.
— Miały pół litra.
— Ale emocjonalnie były małe.
Kornelia westchnęła i przewróciła oczami.
— Emocjonalnie możesz dostać herbatę.
Marta oparła się o framugę i spojrzała na jezioro.
— Powiem ci coś.
— Jeszcze nie wiem co, a już się boję.
— Dzisiaj będzie dziwny dzień.
Kornelia uniosła brew.
— Dlaczego?
— Bo śniło mi się, że wpadamy w jakieś kłopoty.
— Tobie zawsze śnią się kłopoty. Poza tym ciągle się w nie pakujesz, więc
zdziwiłabym się, gdyby śniło ci się coś innego — zaśmiała się Kornelia.
— Ale tym razem były z przystojnym mężczyzną.
— Marta…
— Mówię poważnie. Wysoki. Ciemne włosy. Wyglądał jak ktoś, kto ma
pieniądze, problemy i adwokata na szybkim wybieraniu.
— Brzmi jak połowa turystów w sezonie.
— Ale ten był… niebezpieczny. -Marta przewróciła oczami.
— Ty tak mówisz o każdym mężczyźnie powyżej metra osiemdziesięciu.
— Bo statystycznie są bardziej niebezpieczni.
Kornelia parsknęła śmiechem.
— Przy naszym wzroście sto sześćdziesiąt centymetrów każdy facet powyżej stu
siedemdziesięciu pięciu jest statystycznie niebezpieczny.
Obie wybuchły śmiechem.
— Dobra — powiedziała Marta, ocierając łzę śmiechu. — Idę robić stoliki.
— Wreszcie jakaś rozsądna decyzja.
— Nie przyzwyczajaj się. — Marta z udawanym oburzeniem wystawiła język w
stronę przyjaciółki.
Kornelia wróciła do środka, zrobiła sobie kawę i wyszła z kubkiem przed
budynek.
I wtedy zobaczyła samochód.
Czarny. Duży. Zaparkowany dokładnie na miejscu przeznaczonym dla gości
kawiarni.
Kornelia zmrużyła oczy.
— O nie… nie, nie, nie.
Z kubkiem w ręku ruszyła w stronę auta. Drzwi kierowcy właśnie się otworzyły.
Najpierw pojawiła się noga w ciemnych spodniach. Potem wysiadł właściciel.
Wysoki. Szerokie ramiona. Ciemne włosy lekko opadające na czoło. I spojrzenie
— spokojne, prowokujące i pełne pewności siebie. Zdecydowanie zbyt pewne siebie.
Kornelia zatrzymała się przed nim.
— To miejsce jest prywatne.
Mężczyzna zamknął drzwi samochodu, lekko się uśmiechnął i mrugnął do niej
jednym okiem.
— Dzień dobry.
— Nie dla pana.
Uniósł lekko brew i skłonił głowę.
— Interesujące powitanie.
— Jeszcze bardziej interesujące jest to, że zaparkował pan na miejscu dla gości
kawiarni.
— Widziałem.
— I?
— I uznałem, że kawa jest ważniejsza niż znak.
Kornelia skrzyżowała ręce, wciąż trzymając kubek.
— Proszę przestawić samochód… chyba że chce pan wybrać alternatywne
miejsce parkingowe z widokiem na jezioro.
Siergiej spojrzał na szyld kawiarni, potem na nią i uśmiechnął się przewrotnie.
— To dobra kawiarnia?
— Najlepsza w mieście.
— W takim razie chyba dobrze zaparkowałem.
Kornelia odetchnęła cicho.
Czy on naprawdę myśli, że ma tu jakąkolwiek władzę? To moja kawiarnia i ja tu
rządzę.
— Niekoniecznie, bo kawiarnia jest czynna od dziewiątej, a to znaczy, że
otwieramy dopiero za ponad godzinę.
Zrobił krok bliżej.
— Lubię zdecydowane kobiety.
— A ja lubię wolne miejsca parkingowe.
— Rozumiem, że to pani miejsce?
— Rozumiem, że ma pan problem ze zrozumieniem prostych informacji.
— Jak się pani nazywa?
— To nie ma znaczenia.
— Ma. Lubię wiedzieć, kto grozi mi wrzątkiem przed ósmą rano.
— To była tylko sugestia.
— Bardzo obrazowa.
— Proszę przestawić samochód.
— Najpierw kawa.
Kornelia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Westchnęła z irytacją, bo
odniosła wrażenie, że rozmawia z idiotą.
— A jeśli bardzo poproszę?
— Nadal nie.
— A jeśli powiem „proszę” po rosyjsku?
Kornelia zmrużyła oczy.
— Nawet gdyby prosił pan po chińsku, odpowiedź nadal brzmi: nie.
Mężczyzna wyciągnął rękę.
— Siergiej.
Spojrzała na jego dłoń, ale jej nie uścisnęła.
— Świetnie. Siergieju, proszę przestawić samochód.
— Najpierw kawa.
Kornelia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
Co za uparty dupek — pomyślała.
Bez namysłu uniosła kubek i jednym szybkim ruchem wylała jego zawartość
prosto na koszulę mężczyzny.
Cisza zapadła natychmiast.
Marta, stojąca w drzwiach kawiarni, zakrztusiła się śmiechem.
Kornelia spojrzała na Siergieja chłodno. Patrzyła, jak kawa spływa po jego
koszuli. Oczekiwała wybuchu, przekleństw albo chociaż gniewnego spojrzenia.
A on tylko się uśmiechnął.
Spokojny jak skała. I tak irytująco przystojny.
Nie wiedziała, że ktoś może być tak pewny siebie… i jednocześnie tak
niefrasobliwy wobec wrzącej kawy. Dziwny dreszczyk przeszedł jej po plecach —
zupełnie niepasujący do jej stanowczości.
— Oto pana kawa.
Siergiej spojrzał w dół na mokrą koszulę. Potem znów na nią.
— Interesujące — powiedział spokojnie.
Kornelia uniosła podbródek.
— Następnym razem będzie wrzątek.
Siergiej powoli wytarł krople kawy z nadgarstka.
— W takim razie zdecydowanie tu wrócę.
Po chwili odwrócił się, jakby cała sytuacja była dla niego jedynie drobną poranną
ciekawostką. Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i odjechał w stronę centrum
miasteczka.
Kornelia patrzyła za nim jeszcze przez moment, po czym odetchnęła z
satysfakcją i odwróciła się na pięcie.
— I bardzo dobrze — mruknęła pod nosem. — Niech wie, kto tu rządzi.
Z wyraźnie lepszym humorem weszła z powrotem na taras.
Marta wciąż stała w progu, z rękami skrzyżowanymi na piersi i miną osoby, która
właśnie obejrzała najlepszy poranny spektakl w mieście.
Pokręciła głową.
— Kornelia… ty kiedyś naprawdę oblejesz niewłaściwego człowieka.
Kornelia wzruszyła ramionami.
— W takim razie mam nadzieję, że następnym razem przynajmniej zapłaci za
kawę.
Marta parsknęła śmiechem.
— Mam dziwne przeczucie, że on jeszcze wróci.
Kornelia sięgnęła po czajnik i postawiła go na ekspresie.
— Oby nie przed dziewiątą.
Godzinę później kawiarnia była już otwarta.
Na tarasie pojawili się pierwsi goście — starsze małżeństwo z Krakowa, dwie
rowerzystki w kolorowych kaskach i turysta, który od pięciu minut fotografował swoją
szarlotkę z pięciu różnych kątów, jakby przygotowywał ją do sesji w magazynie
kulinarnym.
Kornelia stała za barem i spieniała mleko do kawy. Para z ekspresu unosiła się
nad ladą, a w powietrzu mieszał się zapach świeżo mielonych ziaren, cynamonu i
domowych ciast.
— Powinnaś wprowadzić nową pozycję w menu — powiedziała Marta, opierając
się o ladę.
— Jaką?
— „Kawowy prysznic”.
Kornelia uniosła jedną brew.
— Bardzo śmieszne.
— Serio — Marta wzruszyła ramionami. — Najpierw polewasz klienta kawą,
potem podajesz rachunek.
— On nie był klientem.
— Jeszcze.
Kornelia prychnęła cicho.
— Jeśli wróci, to tylko po kolejną kąpiel.
Marta uśmiechnęła się w sposób, który zwykle oznaczał kłopoty.
— Mam dziwne przeczucie, że wróci szybciej, niż myślisz.
W tym momencie nad drzwiami kawiarni zadzwonił dzwonek.
Kornelia odruchowo podniosła wzrok.
I zamarła.
Drzwi się otworzyły.
Do środka wszedł Siergiej Radecki.
Tym razem miał na sobie inną koszulę. Świeżą, nienagannie wyprasowaną.
Jakby poranne zdarzenie w ogóle się nie wydarzyło.
Zatrzymał się przy wejściu, rozejrzał po kawiarni i dopiero wtedy spojrzał prosto
na Kornelię.
Na jego ustach pojawił się lekki, niemal prowokujący uśmiech.
— Dzień dobry — powiedział spokojnie. — Tym razem chciałbym spróbować
kawy… w bardziej tradycyjny sposób.
Marta parsknęła śmiechem.
Kornelia nawet nie drgnęła.
— Czy dobry, to się dopiero okaże — dodała chłodno.
Siergiej spojrzał na nią pytająco.
— To zależy od tego, gdzie pan zaparkował — dodała, widząc jego minę.
— Dzisiaj zaparkowałem bardzo daleko — odpowiedział spokojnie. — Z
czystego instynktu samozachowawczego.
Marta oparła się o ladę i z zainteresowaniem obserwowała rozwój sytuacji, jakby
właśnie zaczynał się bardzo dobry spektakl.
— Co panu podać? — zapytała uprzejmie, zanim Kornelia zdążyła się odezwać.
Siergiej spojrzał na tablicę z menu.
— Mała czarna. Z kardamonem.
Kornelia już sięgała po filiżankę.
— U nas kawa jest gorąca — powiedziała chłodno.
— Zauważyłem.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
Kornelia wsypała kawę do portafiltra z taką precyzją, jakby wykonywała bardzo
skomplikowaną operację.
Siergiej podszedł bliżej baru.
Trochę za blisko. Przez zapach świeżo mielonej kawy przebiła się intensywna
nuta jego pieprzowych perfum, która niemal natychmiast wywołała u Kornelii ciarki
na karku.
— Zawsze tak witasz nowych gości? — zapytał spokojnie.
— Tylko tych, którzy parkują jak idioci.
Marta zakryła usta dłonią, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
Kornelia postawiła filiżankę na ladzie.
— Mała czarna z kardamonem.
Siergiej spojrzał na nią uważnie.
— Dziękuję.
Nie odszedł.
Stał przy barze i przez chwilę przyglądał się filiżance, zanim spróbował kawy.
— Pysznie pachnie — powiedział po chwili.
Kornelia skrzyżowała ręce.
— Jesteśmy w kawiarni, gdzie podaje się kawę i ciasto, więc to raczej normalne,
że pysznie pachnie. Jeśli to próba flirtu, to bardzo słaba.
W jej głosie było tyle uszczypliwości, że Marta prawie spadła z krzesła.
Siergiej uśmiechnął się lekko.
— A jeśli to tylko stwierdzenie faktu?
— Wtedy też jest słabe.
Przez chwilę w kawiarni było słychać tylko szum ekspresu i cichy brzęk łyżeczki
o porcelanę.
Siergiej w końcu spróbował kawy.
Kiwnął głową z uznaniem.
— Dobra.
— Co dobra?
— Kawa.
— Tylko tyle?
— Jak na pierwszy raz… wystarczy.
Marta przechyliła głowę.
— Pierwszy raz?
— Mam nadzieję, że ostatni — mruknęła pod nosem Kornelia, jednak nie tak
cicho, jak się jej wydawało.
Na twarzy Siergieja pojawił się zadziorny uśmiech.
— Na pewno nie ostatni.
— Planuje pan do nas wracać? — zapytała zaciekawiona Marta.
— To zależy.
— Od czego? — dopytała.
Siergiej spojrzał najpierw na nią, potem na Kornelię.
— Od tego, czy następnym razem dostanę kawę… czy prysznic.
Marta wybuchnęła śmiechem.
Kornelia tylko przewróciła oczami.
— To zależy od parkowania.
— W takim razie będę bardzo uważał.
Właśnie wtedy drzwi kawiarni otworzyły się ponownie.
Do środka wszedł szpakowaty mężczyzna około pięćdziesiątki. Wyglądał na
zmęczonego — jak ktoś, kto od wielu lat zaczyna dzień o świcie i kończy go późno w
nocy. Mimo to miał bystre, czujne spojrzenie, które natychmiast przyciągało uwagę i
budziło w ludziach naturalny respekt.
Na jego kurtce widniał policyjny emblemat.
Rozejrzał się po kawiarni i podszedł do baru.
— Dzień dobry — powiedział spokojnie. — Kornelia Leśniewska?
— Tak.
Policjant wskazał przez okno na drogę przy kawiarni.
— Ktoś zgłosił bardzo ciekawą sytuację parkingową.
Marta powoli odwróciła się w stronę Siergieja.
— No proszę.
Policjant zdjął czapkę i oparł dłonie o ladę.
— Samochód zaparkowany na środku drogi dojazdowej do mariny należy do
pana?
Siergiej spokojnie odstawił filiżankę.
— Tak.
— W takim razie poproszę dokumenty.
Siergiej sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął portfel i podał dowód osobisty.
Policjant spojrzał na niego chwilę dłużej.
— Radecki…
Uniósł wzrok.
— Pan jest tym inwestorem?
W kawiarni zapadła cisza.
Kornelia zmarszczyła brwi.
— Jakim inwestorem?
Policjant wskazał głową w stronę jeziora.
— Podobno ktoś planuje budowę dużego hotelu nad jeziorem.
Marta gwizdnęła cicho.
— Brzegowiec się rozwija.
Siergiej wzruszył ramionami.
— Na razie rozmawiamy tylko o planach.
Kornelia oparła dłonie o blat.
— Nad tym jeziorem nie ma miejsca na wielkie hotele.
Siergiej spojrzał na nią spokojnie.
— Zobaczymy.
Policjant odchrząknął.
— Panie Radecki. Na razie poprzestaniemy na upomnieniu. Proszę tylko
przestawić samochód.
Zrobił krótką pauzę.
— Ale uprzedzam — dodał spokojnie — będę pana miał na oku.
Siergiej uśmiechnął się lekko.
— Rozumiem.
Wziął dokument i ruszył w stronę drzwi.
Zatrzymał się jednak na chwilę i odwrócił jeszcze raz do Kornelii.
— Do zobaczenia.
— Niekoniecznie — odpowiedziała chłodno.
Na jego twarzy pojawił się ten sam prowokujący uśmiech.
— Mam przeczucie, że będziemy się widywać częściej.
Po chwili drzwi kawiarni zamknęły się za nim. Dzwonek zadźwięczał cicho.
Marta podeszła do okna i spojrzała na drogę.
Czarny samochód powoli ruszył w stronę mariny.
— No to mamy problem — powiedziała.
— Jaki problem? — zapytała Kornelia.
Marta odwróciła się do niej z szerokim uśmiechem.
— Ten facet wróci.
— Nie wróci.
— Korki… — zwróciła się do niej Marta w sposób, jaki często stosowała wobec
przyjaciółki.
— Co?
Marta wzruszyła ramionami.
— Faceci, których polewa się kawą… zawsze wracają.
Kornelia spojrzała przez okno na jezioro.
Tylko na chwilę.
Ale w jej głowie pojawiła się jedna myśl.
Jeśli naprawdę planuje tu budować hotel…
Leśna Przystań może mieć poważny problem.
Kornelia była absolutnie pewna jednej rzeczy — dzień nie mógł już stać się
bardziej absurdalny.
Myliła się.
Zaplecze kawiarni pachniało cynamonem, wanilią i czymś… trudnym do
jednoznacznego zidentyfikowania.
Marta stała przed piekarnikiem z miną naukowca, który właśnie dokonał bardzo
ryzykownego eksperymentu.
— Nie ruszaj się — powiedziała poważnie.
Kornelia oparła się o blat.
— Dlaczego?
— Bo chcę zobaczyć twoją reakcję.
— To brzmi groźnie.
— Trochę jest.
Marta teatralnym gestem otworzyła drzwiczki piekarnika.
Z wnętrza buchnęło gorące powietrze.
I zapach.
Bardzo… intensywny i gryzący.
Kornelia zmrużyła oczy.
— Co to jest?
Marta wyciągnęła blachę i postawiła ją na blacie.
Na środku leżało coś, co teoretycznie przypominało ciasto.
W praktyce wyglądało jak węgiel po przejściu huraganu.
— Niespodzianka — oznajmiła Marta.
Kornelia patrzyła przez chwilę w milczeniu.
— To miało być…?
— Nowy przepis.
— Na co?
Marta zawahała się.
— Na szarlotkę.
Kornelia podniosła kawałek nożem.
Ciasto było czarne. Twarde. I wydawało podejrzanie metaliczny dźwięk, kiedy
dotknęło talerza.
— Marta.
— Tak?
— To wygląda jak materiał dowodowy z miejsca pożaru.
Marta skrzywiła się.
— Trochę przesadzasz.
Kornelia przyjrzała się bliżej wypiekowi.
Potem powoli uniosła brew.
— Wiesz co?
— Co?
— Ono ma twarz.
— Co?!
— Patrz.
Marta nachyliła się nad blachą.
Przez chwilę obie wpatrywały się w czarną bryłę.
A potem Marta parsknęła śmiechem.
— O nie.
— O tak.
— To niemożliwe.
— Marta…
— No dobra.
Marta wskazała palcem na spalone ciasto.
— Panie Radecki.
Kornelia prychnęła śmiechem.
— Idealne podobieństwo.
— Zwłaszcza ten wyraz twarzy.
— Jaki?
— Lekko prowokujący.
Obie wybuchnęły śmiechem.
Na chwilę katastrofa w kuchni zamieniła się w czystą komedię.
— Myślisz, że powinniśmy to sprzedać? — zapytała Marta.
— Jako co?
— Nowy deser dnia.
— Pod jaką nazwą?
Marta nie zawahała się ani sekundy.
— Zakalec Radeckiego.
Kornelia oparła się o blat, śmiejąc się jeszcze głośniej.
— Nikt tego nie kupi.
— Nigdy nie lekceważ ciekawości ludzi.
Śmiech powoli ucichł.
Wtedy Kornelia zmarszczyła brwi.
— Czujesz to?
— Co?
— Zapach.
Marta powąchała powietrze.
— Spalenizna?
— Trochę.
— To chyba to ciasto.
— Może.
Żadna z nich nie zauważyła, że piekarnik nadal był włączony.
Drzwi kawiarni otworzyły się ponownie.
Siergiej po przeparkowaniu samochodu wrócił do kawiarni. Wszedł do środka i
zatrzymał się na moment przy wejściu.
Na tarasie było już więcej gości. Rozmowy, brzęk filiżanek, spokojny szum
jeziora w oddali i echa mariny.
A jednak coś było nie tak.
Zmarszczył brwi.
Zapach spalenizny.
Silniejszy niż chwilę wcześniej.
Siergiej rozejrzał się po sali.
— Kornelia?
Nie było odpowiedzi.
Zapach dochodził z zaplecza.
Bez wahania ruszył w tamtą stronę.
Drzwi do kuchni otworzyły się gwałtownie.
— Wyłączyłyście piekarnik?
Marta i Kornelia spojrzały na niego jednocześnie.
— Co?
Siergiej już był przy piekarniku.
Jednym ruchem wyłączył pokrętło.
Otworzył drzwiczki.
Z wnętrza buchnęło gorąco.
— Na przyszłość — powiedział spokojnie — warto pamiętać o takich
szczegółach.
Kornelia patrzyła na niego zaskoczona.
— My… kontrolowałyśmy sytuację.
Marta spojrzała na piekarnik.
Potem na blachę z zakalcem.
— Technicznie rzecz biorąc…
— Nie kontrolowałyście — dokończył Siergiej.
Przez chwilę w kuchni panowała cisza.
Kornelia pierwsza się otrząsnęła.
— Dziękuję — powiedziała chłodno, choć w jej głosie było już mniej ostrości. —
Ale zaplecze jest tylko dla pracowników.
— Rozumiem.
— Przepisy sanitarne.
— Oczywiście.
Marta oparła się o blat i obserwowała ich z rozbawieniem.
— Właśnie uratował pan naszą kawiarnię — powiedziała.
— Przesada.
— Wcale nie.
Siergiej spojrzał jeszcze raz na czarne ciasto.
Uniósł brew.
— To też jest część menu?
Marta od razu odpowiedziała, choć Kornelia subtelnie dawała jej znak, aby się
już nie odzywała.
— Tak — odpowiedziała Marta, ignorując znaki przyjaciółki.
— Jak się nazywa?
— Zakalec Radeckiego.
Na twarzy Siergieja pojawił się powolny, zadziorny uśmiech.
— Rozumiem.
Spojrzał na Kornelię.
— Czuję się zaszczycony.
Kornelia przewróciła oczami.
— Marta.
— Co?
— Przestań.
Marta tylko wzruszyła ramionami.
— Może jednak nie taki zakalec.
Przez sekundę panowała cisza.
A potem obie dziewczyny wybuchnęły śmiechem.
Siergiej pokręcił głową z rozbawieniem.
Po chwili wyszedł z kuchni i zatrzymał się jeszcze przy drzwiach prowadzących
na taras.
Kornelia właśnie wychodziła z zaplecza z tacą filiżanek.
Zderzyli się niemal na środku sali.
Dosłownie.
Taca lekko się przechyliła.
Siergiej instynktownie złapał ją jedną ręką.
Drugą przytrzymał filiżanki.
Przez sekundę stali bardzo blisko siebie.
Za blisko.
Stojąca za barem Marta obserwowała sytuację — niemal widziała przeskakujące
między nimi iskry.
— Widzę, że dzisiaj ma pan szczególny talent do ratowania sytuacji —
powiedziała Kornelia chłodno.
— Staram się być pomocny.
— Nikt pana o to nie prosił.
— Piekarnik miał inne zdanie.
Kornelia zmrużyła oczy.
— To była kontrolowana sytuacja.
— Oczywiście.
— A pan ma wyjątkową skłonność do wtrącania się.
— Tylko wtedy, gdy czuję zapach spalenizny.
Na ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały.
Od niej jednak bił delikatny, owocowy zapach — przyjemnie kontrastujący z
zapachem z zaplecza.
W powietrzu pojawiło się coś dziwnie napiętego.
I bardzo wyraźnego.
Marta, obserwująca scenę zza ekspresu, prawie zakrztusiła się śmiechem.
— Czy ja wam przeszkadzam? — zapytała niewinnie.
Kornelia natychmiast cofnęła rękę.
— Marta.
— No co?
Siergiej odstawił tacę na blat.
— Proszę uważać — powiedział spokojnie. — Następnym razem mogłoby się
skończyć kolejnym prysznicem.
Kornelia uniosła brew.
— Jeśli pan liczy na powtórkę, będzie pan rozczarowany.
Na jego twarzy pojawił się lekki, prowokujący uśmiech.
— Nigdy nie wiadomo.
— Właśnie.
— A ja lubię niespodzianki.
Kornelia przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu.
Potem odwróciła się do Marty.
— Zabierz tacę i otwórz okno na zapleczu. Trzeba się pozbyć zapachu twoich
eksperymentów.
— Już.
Siergiej ruszył w stronę tarasu.
Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze na moment.
— A tak przy okazji…
Kornelia spojrzała na niego.
— Tak?
— Ten zakalec naprawdę był imponujący.
Marta parsknęła śmiechem.
Siergiej wyszedł na taras i zaciągnął się świeżym zapachem jeziora.
Na tarasie rozmowy toczyły się jak zwykle — spokojne, leniwe, przerywane
brzękiem filiżanek.
Do czasu.
Przy stoliku pod pergolą siedziały dwie kobiety około sześćdziesiątki w dość
eleganckich strojach — stałe klientki kawiarni.
Pani Halina i pani Danuta.
Obie obserwowały Siergieja z dyskrecją, która w Brzegowcu uchodziła za
wyjątkowo subtelną.
Czyli wcale nie była subtelna.
— To ten — powiedziała półgłosem pani Halina.
— Który?
— Ten nowy.
Pani Danuta nachyliła się lekko.
— Aaa… ten.
Obie spojrzały w jego stronę.
— Podobno kupił działkę nad jeziorem — szepnęła pani Halina.
— Podobno pół brzegu jeziora — poprawiła ją pani Danuta.
— Skąd wiesz?
— Mój kuzyn pracuje w urzędzie gminy.
Pani Halina uniosła brwi.
— I?
— I mówił, że to jakiś… inwestor.
— Z Warszawy?
— Nie wiadomo.
— Z zagranicy?
Pani Danuta wzruszyła ramionami.
— Może.
Po chwili dodała:
— Ale podobno ma dużo pieniędzy.
Pani Halina spojrzała na niego jeszcze raz.
— Widać.
Przy stoliku obok turysta fotografujący szarlotkę przestał robić zdjęcia.
— Przepraszam — wtrącił się z zainteresowaniem — o kim panie mówią?
Obie kobiety spojrzały na niego z lekkim oburzeniem.
— O nikim — odpowiedziała pani Halina.
— O inwestorze — dodała po chwili pani Danuta.
Turysta natychmiast spojrzał w stronę Siergieja.
— Aha.
Po chwili wyciągnął telefon.
W Brzegowcu plotki zaczynały się właśnie w ten sposób.
Cicho.
Niepozornie.
I zawsze przy kawie.
Kornelia patrzyła za nim przez chwilę.
— On mnie irytuje — powiedziała.
Marta uśmiechnęła się szeroko.
— Wiem.
— I jest bezczelny.
— Wiem.
— I zdecydowanie za pewny siebie.
— Wiem.
Kornelia zmrużyła oczy.
— Skąd wiesz?
Marta wzruszyła ramionami.
— Bo właśnie od dwóch minut patrzysz na niego przez okno.
Kornelia obserwowała go przez okno.
Czarna koszula. Spokojna postura. Jakby był przyzwyczajony do tego, że
wszędzie czuje się pewnie.
— Korki — powiedziała Marta za jej plecami.
— Co?
— Patrzysz.
— Nie patrzę.
— Patrzysz.
Kornelia westchnęła.
— Zastanawiam się.
— Nad czym?
— Kim on naprawdę jest.
Marta podeszła bliżej okna.
— Przystojnym facetem.
— Nie o to chodzi.
— Inwestorem?
— Może.
Kornelia przez chwilę milczała.
— Jest zbyt spokojny.
— To źle?
— Ludzie, którzy są aż tak spokojni… zwykle coś ukrywają.
Na tarasie Siergiej uniósł filiżankę kawy.
Jakby wiedział, że jest obserwowany.
Marta uśmiechnęła się szeroko.
— Wiesz co?
— Co?
— Mam dziwne przeczucie.
— Jakie?
Marta spojrzała na nią znacząco.
— Że to dopiero początek problemów.
Kornelia patrzyła przez okno jeszcze przez chwilę.
Nie wiedziała dlaczego.
Ale była pewna jednego.
Ten mężczyzna nie pojawił się w Brzegowcu przypadkiem.
I coś jej podpowiadało, że ich drogi dopiero zaczynają się krzyżować.
Dziękuję za przeczytanie fragmentu książki „Tylko do końca”.
Jeśli historia Kornelii i Siergieja wciągnęła Cię choć trochę… to dopiero początek.
Cała powieść dostępna jest w Legimi oraz Empik Go.
