Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nie każdy szept jest niewinny. Nie każdy ślad prowadzi do prawdy.
Nastka nie wierzy w przypadki.
Widziała zbyt wiele, słyszała zbyt dużo — rzeczy, których inni wolą nie zauważać.
Kamil wierzy tylko w fakty.
W liczby, dowody i logiczne wyjaśnienia. Do czasu, aż trafia na nią.
Ich spotkanie nie było planowane.
Ale coś — albo ktoś — już dawno je zapisał.
Gdy przeszłość zaczyna mówić szeptem, a każdy krok zostawia ślad, którego nie da się zatrzeć…
granica między prawdą a iluzją zaczyna się rozpadać.
A najniebezpieczniejsze okazuje się to, czego nie da się wyjaśnić.
Bo niektóre historie nie chcą zostać odkryte.
One chcą zostać dokończone.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 165
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdalena Kowalska-Graczyk
Wydawnictwo Po Drugiej Stronie
Szepty Śladu
Autor: Magdalena Kowalska-Graczyk
Wydawnictwo: Po Drugiej Stronie
Wydanie I
Rok wydania: 2026
Wydanie elektroniczne
ISBN: 978-83-980820-1-3
Copyright © Magdalena Kowalska-Graczyk, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody autorki, z wyjątkiem cytatów wykorzystywanych w recenzjach i omówieniach.
Nie zaczęło się od krzyku.
Ani od ciemności.
Zaczęło się od ciszy, która przyszła za wcześnie.
Takiej, która nie powinna istnieć między jednym oddechem a drugim.
Takiej, która nie zostawia miejsca na myśl.
Nastka poczuła ją pierwsza.
Nie jako dźwięk.
Nie jako brak.
Jako obecność.
Coś było nie tak.
Świat wokół niej nie zatrzymał się — on tylko przestał być pewny.
Powietrze zgęstniało, jakby ktoś próbował je ścisnąć od środka.
Światło nie zgasło, ale zaczęło się łamać, rozszczepiać na fragmenty, które nie pasowały do siebie.
A ona—
stała dokładnie w samym środku.
— Nie ruszaj się — powiedziała do siebie.
Tylko że to nie była myśl.
To było ostrzeżenie.
Za późno.
Coś ją znalazło.
Nie przyszło z zewnątrz.
Nie weszło przez drzwi ani przez okno.
Było już w niej.
Czekało.
Cierpliwie.
Jej palce drgnęły.
Najpierw lekko, jakby to był przypadek.
Potem mocniej.
Jakby ktoś sprawdzał, gdzie kończy się ona, a zaczyna coś innego.
— Nie — wyszeptała.
Ale to słowo nie miało siły.
Nie tutaj.
Nie teraz.
Bo to, co się obudziło, nie potrzebowało jej zgody.
Jej ciało napięło się nagle.
Oddech załamał się, jakby ktoś wyrwał go z niej w połowie.
A potem—
cisza wróciła.
Tylko że tym razem była pełna.
Ciężka.
Żywa.
I patrzyła.
Nie na świat.
Na nią.
Jakby była jedyną rzeczą, która się liczy.
Jakby była—
punktem wejścia.
Nastka zamknęła oczy.
Na sekundę.
Może dwie.
Wystarczyło.
Bo kiedy je otworzyła—
nie była już sama.
Kilka metrów dalej ktoś właśnie biegł.
Nie dlatego, że rozumiał.
Nie dlatego, że wiedział.
Tylko dlatego, że coś w nim pękło dokładnie w tym samym momencie.
I to było gorsze.
Bo nie dało się tego zatrzymać.
Nie dało się tego wytłumaczyć.
Dało się tylko—
zdążyć.
Albo nie.
To nie była historia o tym, jak coś się zaczęło.
To była historia o tym, co dzieje się, kiedy jest już za późno, żeby się wycofać.
Kiedy wybory przestają mieć znaczenie.
A uczucia—
stają się jedyną rzeczą, która może cię uratować.
Albo zniszczyć.
I nikt nie uprzedza, że to będzie to samo.
Poranki na obrzeżach miasta miały jedną ogromną zaletę. Żaden dzień nie był tu zwyczajny i nie zaczynał się „normalnie”.
Nikt nie widział, co tu się naprawdę dzieje.
Z zewnątrz wszystko wyglądało jak z pocztówki dla ludzi, którzy marzą o spokojnym życiu: stary dom z werandą, ogród trochę zbyt dziki, żeby nazwać go zadbanym, i cisza, która potrafiła być aż podejrzana.
Stara, drewniana weranda skrzypiała przy każdym kroku, jakby miała własne zdanie na temat świata. W powietrzu unosił się zapach suszonych ziół, który wsiąkł już w ściany, firanki i chyba nawet w ludzi, którzy tu mieszkali.
Nastka stała boso na drewnianych deskach werandy, z kubkiem herbaty w dłoni i miną osoby, która jeszcze nie zdecydowała, czy zacznie dzień spokojnie, czy jednak komuś go utrudni.
— Daję ci ostatnią szansę — powiedziała powoli.
Kura, która jeszcze przed chwilą z pełnym zaangażowaniem niszczyła świeżo posadzone zioła, spojrzała na nią z absolutnym brakiem skruchy.
Nastka zmrużyła oczy.
— Serio?
Kura dziobnęła liść mięty. Demonstracyjnie.
— Dobra. To było osobiste.
Odstawiła kubek na parapet, przeciągnęła się lekko i zeszła jeden stopień niżej, jakby przygotowywała się do bardzo poważnej rozmowy.
— Posłuchaj — zaczęła spokojnie — możemy to rozwiązać cywilizowanie. Ty przestajesz niszczyć moje rośliny, ja przestaję ingerować w twoje życie.
Kura przekrzywiła głowę.
— Nie? — Nastka westchnęła — Okej. To będzie krótka negocjacja.
Pochyliła się lekko, przymknęła oczy i szepnęła szybko:
— Odrobina rozsądku, szczypta godności i zero głupich pomysłów.
Przez sekundę nic się nie wydarzyło.
A potem kura wyprostowała się jakby ktoś właśnie przypomniał jej, że pochodzi z bardzo porządnej rodziny.
Zrobiła dwa kroki do tyłu.
Jeszcze jeden.
I odeszła, zostawiając zioła w spokoju.
Nastka uniosła brew i sięgnęła po kubek.
— I to jest rozmowa na poziomie. W końcu ktoś tu wykazał się rozsądkiem.
— Z kurami też już prowadzisz negocjacje dyplomatyczne?
Głos babci pojawił się dokładnie w tym momencie, kiedy Nastka wzięła pierwszy łyk herbaty.
— Tylko z tymi trudniejszymi — odparła bez odwracania się — Reszta rozumie aluzje.
Babcia stanęła w drzwiach, oparta o framugę, z miną człowieka, który widział już wszystko i nic go nie zaskakuje.
— Kiedyś spróbuj bez magii.
— Kiedyś spróbuję, jak ludzie przestaną być problemem.
— To raczej ty jesteś problemem — mruknęła babcia.
Nastka uśmiechnęła się pod nosem.
— Ale za to ciekawym.
Babcia spojrzała na nią uważniej.
— Ciekawi ludzie mają tendencję do wpadania w ciekawe kłopoty.
— Nuda zabija szybciej.
— A głupota jeszcze szybciej.
— Czyli jestem bezpieczna.
Babcia parsknęła cicho śmiechem i pokręciła głową.
— Ty nigdy nie jesteś bezpieczna.
Chwilę milczały.
Wiatr poruszył liśćmi, gdzieś w oddali zatrzasnęły się drzwi, a świat wyglądał tak zwyczajnie, że aż trudno było uwierzyć, ile rzeczy działo się pod powierzchnią.
— Uważaj — powiedziała w końcu babcia ciszej.
Nastka westchnęła.
— Znowu to samo?
— Emocje to nie zabawki.
— To nie był dramat. To była kura.
— Dzisiaj kura. Jutro ktoś, kto nie powinien być na twojej liście „eksperymentów”.
Nastka odwróciła wzrok.
— Nie planuję nikogo zaczepiać.
— Ty nigdy nie planujesz.
— I jakoś żyję.
Babcia przyjrzała jej się jeszcze przez chwilę, jakby chciała powiedzieć coś więcej… ale ostatecznie tylko skinęła głową i wróciła do środka.
Nastka została sama.
Spojrzała na ogród, potem na swoje dłonie.
— Spokojnie — mruknęła do siebie — nic się nie wydarzy.
Los miał na ten temat inne zdanie.
Kilka godzin później siedziała z dziewczynami na ławce przy ruchliwej ulicy, z lodami, które topniały szybciej niż ich cierpliwość do świata.
— Przysięgam, jeśli jeszcze jeden typ spojrzy na mnie jak na menu, to coś mu zrobię — rzuciła Pola.
— Zrób — odparła Nastka spokojnie — Mogę pomóc.
— Ja naprawdę nie rozumiem — westchnęła Agata — czy oni się umawiają, żeby być tacy irytujący, czy to przychodzi naturalnie?
— To talent — odparła Nastka — Nie każdy go ma.
— Ty masz — rzuciła Pola — tylko w innej kategorii.
— Ja jestem urocza.
— Ty jesteś niebezpieczna.
— To też forma uroku.
Przyjaciółki spojrzały po sobie.
— My się kiedyś przez ciebie w coś wpakujemy — mruknęła Agata puszczając oczko do przyjaciółek.
— „Kiedyś”? — Nastka uniosła brew — Optymistycznie.
Parsknęły śmiechem.
— A tak serio — nachyliła się Pola — co ostatnio odwaliłaś?
Nastka zamyśliła się na sekundę.
— Nauczyciel od matematyki.
— O nie.
— Nic wielkiego. Tylko trochę… przestawiłam mu sposób myślenia.
— Co to znaczy „trochę”?
— Przez tydzień mówił wyłącznie w liczbach.
Popatrzyły na siebie chwilę i parsknęły śmiechem.
— Ty jesteś chora — stwierdziła Agata z uśmiechem.
— Ale skuteczna. — dodała Pola łapiąc się za brzuch — Jak ty to robisz?
Nastka wzruszyła ramionami.
— Szybko i dyskretnie.
— To mnie wcale nie uspokaja.
— Nie musi. Wam nic nie grozi. — uśmiechnęła się zadziornie.
I wtedy Agata nagle zesztywniała.
— Okej… tego nie planowałaś.
— Co?
— Tam.
Delikatnie wskazała głową.
Nastka spojrzała we wskazanym kierunku.
Najpierw zobaczyła samochód.
Za dobry na to miejsce. Choć miasteczko się rozrastało raczej ciężko było tu zobaczyć mustanga.
Potem drzwi się otworzyły.
Buty. Pewny krok.
Sylwetka.
I twarz jakby znajoma.
Czas jakby się na moment zatrzymał, a potem ruszył szybciej, niż powinien.
— Nie… — mruknęła jedna z dziewczyn — to chyba nie jest…
— Jest — odpowiedziała Nastka spokojnie.
Ale jej spojrzenie już nie było spokojne.
Było ostre. Uważne.
I niebezpiecznie zainteresowane.
— Wracają stare problemy — dodała druga.
Nastka powoli odstawiła kubek.
— Nie. To nie problem.
Zawiesiła na moment głos i uśmiechnęła się delikatnie.
— To okazja.
— Nastka… — Pola teatralnie przewróciła oczami.
— Spokojnie.
Jej głos był niezwykle miękki.
— Nic mu nie zrobię. — zatrzymała się na chwilę — Na razie. — dodała po chwili zadziornie.
Dziewczyny spojrzały na siebie.
— To brzmi jak zapowiedź czegoś bardzo złego.
Nastka przechyliła lekko głowę, nie odrywając wzroku od niego.
— Powiedzmy… że dam mu szansę.
— Na co?
Jej uśmiech pogłębił się odrobinę.
I wtedy, prawie niesłyszalnie, szepnęła:
— Żeby mnie nie zdenerwował.
Zamilkła na sekundę.
— Bo jeśli jednak mu się uda…
Zamknęła na moment oczy na sekundę.
Powietrze wokół niej jakby lekko drgnęło.
— …to tym razem nie skończy się na kurze.
Miasto nie zmieniło się aż tak bardzo.
Jedynie kilka nowoczesnych domów na obrzeżach kiepsko wpisywało się w krajobraz starego miasteczka.
I to była pierwsza rzecz, którą Kamil zauważył.
Te same ulice. Te same budynki. Te same miejsca, które kiedyś wydawały się większe, ważniejsze — jakby naprawdę coś znaczyły. Teraz wyglądały jak coś, co zostawia się za sobą bez większego żalu.
A jednak wrócił.
Silnik Mustanga zamilkł miękko, gdy przekręcił kluczyk. Przez chwilę siedział jeszcze nieruchomo, opierając dłonie o kierownicę. Jakby potrzebował tej jednej sekundy więcej, zanim znowu stanie się częścią tego miejsca.
— No dobrze — mruknął pod nosem. — Sprawdźmy, czy jeszcze mnie to obchodzi.
Drzwi otworzyły się z cichym kliknięciem.
Wysiadł spokojnie, bez pośpiechu. Pewny ruch, wyprostowana sylwetka — jak u kogoś, kto nie musi się spieszyć, bo i tak zawsze jest tam, gdzie powinien.
Kilka spojrzeń w jego stronę.
Zignorował je.
Przeciągnął się lekko, rozluźniając ramiona, i rozejrzał się po ulicy, jakby sprawdzał, czy coś go zaskoczy.
Nie zaskoczyło.
— Kamyk? Serio?
Uśmiech pojawił się na jego twarzy, zanim jeszcze odwrócił głowę.
— Myślałem, że to przezwisko umarło razem z podstawówką.
— Powinno, ale jesteśmy sentymentalni — zaśmiał się Kacper, podchodząc bliżej. — Co ty tu robisz?
— Wracam.
— Na długo?
Kamil wzruszył ramionami.
— Wystarczająco.
— Czyli jednak przejmujesz firmę?
— Wygląda na to, że ktoś musi.
— Twój ojciec naprawdę odpuszcza?
— Planuje podróż życia. Z matką.
— Czyli uciekają.
— W bardzo elegancki sposób.
Na moment obaj się uśmiechnęli.
— A ty? Dalej wszystko pod kontrolą?
Kamil spojrzał na niego kątem oka.
— Zawsze.
— To dobrze — Kacper rozejrzał się dookoła. — Bo tu nic się nie zmieniło.
— Już zdążyłem zauważyć.
— Nadal te same historie, ci sami ludzie…
Zawiesił głos na chwilę.
— …i te same dziwne rzeczy.
Kamil uniósł lekko brew.
— „Dziwne” jak?
— A wiesz… ktoś coś powie nie tak, komuś nagle zaczyna się sypać dzień, ktoś zachowuje się jak idiota bez wyraźnego powodu…
— Brzmi jak standard.
— Tylko że trochę za często.
Kamil prychnął cicho.
— Może po prostu nigdy stąd nie wyjechałeś.
— Albo ty za długo byłeś w miejscu, gdzie wszystko da się wyjaśnić.
— Bo zazwyczaj się da.
Kumpel spojrzał na niego uważniej.
— No to życzę powodzenia.
— Z czym?
— Z tym miastem.
Kamil uśmiechnął się lekko.
— Dam radę.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
— Okej, patrz — powiedział nagle Kacper, pochylając się lekko. — Tego się chyba nie spodziewałeś.
Kamil podążył za jego spojrzeniem.
Najpierw zobaczył ławkę.
Potem trzy dziewczyny.
Rozpoznał je natychmiast.
Zatrzymał się na ułamek sekundy.
— Nie… — mruknął — to chyba nie…
— Jest — Kacper uśmiechnął się szeroko. — Pamiętasz ją?
Kamil zmrużył oczy.
Długie, ciemne włosy. Pewna siebie postawa. To spojrzenie.
— Nasturcja — powiedział powoli. — Ta dziwna dziewczynka z podstawówki.
— Ta sama.
— Serio?
— Mhmm..
Kamil przyjrzał jej się jeszcze przez chwilę.
— Myślałem, że wyrośnie z tego etapu.
— Wygląda, jakby go rozwinęła.
Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
— Jeszcze lepiej.
— Kamil…
— Spokojnie — przerwał mu — tylko się przywitam.
— To nigdy nie kończy się dobrze.
— Przesadzasz.
— Znasz siebie.
Kamil spojrzał na niego z lekkim rozbawieniem.
— Właśnie dlatego idę.
I ruszył.
Nastka zauważyła go od razu.
Nie odwróciła wzroku.
Czekała.
Zbyt spokojna, by było to całkiem naturalne.
— No proszę — odezwał się, zatrzymując się przed nimi. — Kogo my tu mamy.
Pola westchnęła teatralnie.
Agata przewróciła oczami.
Nastka uniosła tylko lekko brew.
— A ja się zastanawiałam, skąd ten hałas.
Na ustach Kamila pojawił się lekki uśmiech.
— Nadal ten sam styl.
— Nadal ten sam problem.
— Problem?
— Ty.
Pola parsknęła śmiechem.
Kamil przyjrzał się Nastce uważniej.
— Nic się nie zmieniłaś.
— Ty też nie — odparła spokojnie. — Nadal masz tendencję do wchodzenia tam, gdzie nikt cię nie zaprasza.
— A ty dalej robisz sceny o nic.
— To nie scena. To ostrzeżenie.
Zawiesiła głos.
Ich spojrzenia się spotkały.
— Brzmi poważnie — powiedział ciszej.
— Nawet nie wiesz jak bardzo.
Napięcie zawisło między nimi jak coś niemal namacalnego.
— Wiesz — dodał po chwili — zawsze byłaś trochę… dziwna.
Pola wciągnęła powietrze.
Agata zesztywniała.
A Nastka?
Uśmiechnęła się.
Lekko. Niebezpiecznie.
— A ty zawsze byłeś trochę… nudny.
Sekunda ciszy.
— I przewidywalny. — Kącik ust drgnął jej w zadziornym uśmiechu.
Kamil przekrzywił głowę.
— To ciekawe.
— Co?
— Że ktoś taki jak ty próbuje oceniać kogokolwiek.
Nachyliła się lekko w jego stronę.
— Uważaj, Kamyk.
Pierwszy raz to przezwisko zabrzmiało tak, jakby miało znaczyć coś więcej.
— Bo jeszcze uznam, że to zaproszenie.
Ich spojrzenia zderzyły się mocniej.
— Do czego? — zapytał ciszej.
Jej uśmiech nie zniknął.
— Do problemów.
— Nie boję się.
— Powinieneś.
— Dlaczego?
Nastka przechyliła lekko głowę.
Powoli. Świadomie.
— Bo nie zawsze masz na wszystko wpływ.
Kamil zmarszczył brwi.
— Co?
— Nic.
Uśmiechnęła się szerzej.
— Po prostu witaj z powrotem.
Odwróciła wzrok, jakby nagle przestał ją interesować.
I dokładnie wtedy…
telefon w jego kieszeni zaczął dzwonić.
Sięgnął po niego odruchowo.
Spojrzał na ekran.
Zmarszczył brwi.
— To dziwne…
— Co? — zapytała Pola, już rozbawiona.
Kamil przez chwilę patrzył na wyświetlacz.
Potem powoli uniósł wzrok na Nastkę.
— Dzwonię sam do siebie.
Cisza.
Jedna sekunda.
Druga.
Nastka spojrzała na niego spokojnie.
— Przypadek.
Jej uśmiech mówił coś zupełnie innego.
Pola i Agata spojrzały na siebie w niemym porozumieniu.
I obie ledwo powstrzymały śmiech.
Kamil nie lubił przypadków.
Nie dlatego, że nie wierzył w ich istnienie, ale dlatego, że każdy „przypadek” w jego doświadczeniu był zwykle czyimś błędem, niedopowiedzeniem albo starannie ukrytą intrygą.
A dzisiejszy zdecydowanie nie pasował do żadnej z tych kategorii.
Telefon zamilkł tak nagle, jakby ktoś odciął od niego prąd.
Połączenie, które jeszcze chwilę temu trwało, po prostu… przestało istnieć.
Nie rozłączyło się.
Nie przerwało.
Zniknęło.
Kamil odsunął telefon od ucha i spojrzał na ekran.
Czarny.
Żadnej historii połączeń.
Żadnego śladu.
— Okej… — mruknął pod nosem, wsiadając z powrotem do auta. — To już jest albo żart, albo ostrzeżenie.
Żaden wariant mu się nie podobał.
Tymczasem Nastka wciąż siedziała na ławce.
Ale już nie była „zwyczajnie cicha”.
Coś w niej było… napięte.
Jak struna, której nikt nie dotknął, ale która już zaczęła drżeć.
Kubek w jej dłoni zaczął delikatnie parować, choć napój dawno powinien być zimny.
Pola zauważyła to pierwsza.
— Nastka… — zaczęła ostrożnie. — Twój kubek…
— Wiem — przerwała jej spokojnie Nastka.
Agata zmarszczyła brwi.
— To nie jest normalne.
— Nie wszystko musi być normalne — odpowiedziała Nastka, nadal nie odrywając wzroku od napoju.
I wtedy plastikowy kubek… lekko się zgniótł.
Sam z siebie.
Bez dotyku.
Jakby coś ścisnęło go od środka.
Pola odruchowo cofnęła się na ławce.
— Dobra. Nie. To już nie jest „dziwne”. To jest… coś innego.
Nastka w końcu westchnęła.
Jak ktoś, kto wie, że i tak nie uniknie rozmowy.
— Tylko nie panikujcie — powiedziała.
— ZA PÓŹNO — mruknęła Agata.
Kamil ruszył pieszo.
Nie dlatego, że chciał.
Dlatego, że coś go „wyciągnęło” z auta.
To uczucie było nowe.
Nie myśl.
Nie impuls.
Raczej… kierunek.
Jakby jego ciało wiedziało coś, czego jego głowa jeszcze nie zaakceptowała.
Szedł szybko.
Zbyt szybko, jak na brak celu.
A miasto wokół niego zaczęło zachowywać się coraz bardziej niepokojąco.
Lampy uliczne mrugnęły jednocześnie.
Nie jedna.
Wszystkie w zasięgu wzroku.
Jak synchronizowany błąd.
Kamil zatrzymał się gwałtownie.
— No dobra — powiedział cicho. — Teraz już ktoś się bawi.
I w tym momencie usłyszał dźwięk.
Nie głośny.
Ale wyraźny.
Jakby ktoś stuknął paznokciem w szkło.
Za jego plecami.
Odwrócił się natychmiast.
Nikogo nie było.
Ale powietrze… było inne.
Gęstsze.
Jakby coś je „zagęściło” na siłę.
Nastka wstała.
I to nie było zwykłe wstanie.
To było jak decyzja.
Jak przecięcie czegoś niewidzialnego.
Krzesło za nią przesunęło się o kilkanaście centymetrów po chodniku, zostawiając cienką smugę tarcia.
— Idę do domu — powiedziała.
— Teraz? — Pola patrzyła na nią jak na kogoś, kto właśnie zmienił zasady fizyki.
— Teraz.
— Nastka, coś się dzieje — Agata zrobiła krok w jej stronę. — Ty to robisz, prawda?
Nastka spojrzała na nią spokojnie.
Za spokojnie.
— Nie wszystko, co się dzieje wokół mnie, ja robię.
I odeszła.
Bez pośpiechu.
Ale z wyraźnym napięciem w ramionach.
Kamil skręcił w boczną ulicę.
I wtedy poczuł to wyraźnie.
Nie niepokój.
Nie intuicję.
Tylko czystą zmianę środowiska.
Powietrze… stało się ciężkie.
Światło przygasło o pół tonu, jakby ktoś przekręcił suwak rzeczywistości.
Zatrzymał się lekko zaniepokojony.
— Okej — powiedział do pustej ulicy. — Teraz albo ktoś testuje sprzęt, albo ja mam problem.
I wtedy coś uderzyło w ziemię przed nim.
Nie z nieba.
Nie z boku.
Jakby przestrzeń sama „upuściła” obiekt.
Kamień.
Ale nie zwykły.
Czarny.
Matowy.
I pulsujący. To było naprawdę dziwne doświadczenie.
Kamil odruchowo cofnął się o krok.
— Dobra… to już nie jest zabawne.
Kamień drgnął.
A potem… pękł.
Nie fizycznie.
Jakby rozpadł się na warstwy światła.
Z wnętrza wydobył się krótki, ostry błysk.
Kamil zasłonił oczy.
Nastka zatrzymała się nagle.
Tak gwałtownie, że aż straciła równowagę na sekundę.
— Nie… — wyszeptała.
I pierwszy raz jej głos nie był spokojny.
Tylko napięty.
Prawdziwy.
Żywy.
Odwróciła się.
Jakby coś ją pociągnęło.
Kamil opuścił rękę.
I zobaczył ją.
Stała kilka metrów dalej.
Nastka.
Już nie była tylko „dziewczyną z przeszłości”.
Była kimś, kto stoi dokładnie na granicy czegoś, czego nie da się już udawać, że nie istnieje.
— Ty… — zaczął.
Ale nie dokończył.
Bo kamień za nim pękł drugi raz.
I tym razem nie był to dźwięk.
To było uderzenie energii.
Przez ulicę przeszła fala.
Latarnie zgasły.
Na sekundę.
A potem zapaliły się z powrotem.
Zbyt ostrym światłem.
Nastka podniosła dłoń.
— Nie idź tam — powiedziała szybko.
Kamil spojrzał na nią.
— Gdzie?
Przez ułamek sekundy wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć.
Coś ważnego.
Coś, co tłumaczyłoby wszystko.
Ale zamiast tego tylko szepnęła:
— Za późno.
I wtedy przestrzeń za Kamilem „pękła”.
Jak szkło.
Bez szkła.
Powietrze otworzyło się na moment.
Jak rana w rzeczywistości.
I coś zaczęło z niej wychodzić.
