Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Tam, gdzie do głosu dochodzą zmysły, nie ma miejsca na moralność
Marta jest nieśmiałą studentką prawa, która dopiero zaczyna odkrywać uroki dorosłego życia. Gdy poznaje Macieja i Markizę, świat relacji damsko-męskich nabiera dla niej nieznanych dotąd kolorów.
Ta dwójka zachęca Martę do eksplorowania własnej seksualności i porzucenia tradycyjnych ról płciowych. Wkrótce dziewczyna zaczyna przekraczać kolejne granice. Coraz mocniej zaczyna ufać swoim przewodnikom i coraz bardziej zatraca się w zmysłowych rozkoszach.
Wszystko się komplikuje, gdy w ten idealnie funkcjonujący układ wkracza Tomasz. Marta nieoczekiwanie musi dokonać wyboru między światłem, jakie wnosi on w jej życie, a znanym już mrokiem żądz.
Wie, że każda decyzja ma swoją cenę. Ale tej, którą przyjdzie jej zapłacić, nie przewidziała nawet w najśmielszych snach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 284
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Klęczałam na zimnej podłodze, czując, jak adrenalina pulsuje w moich żyłach. Serce biło mi jak szalone, a w powietrzu unosił się zapach skórzanych akcesoriów i delikatnej nuty wosku. Byłam w jego świecie – świecie, w którym władza i zaufanie splatały się w jedną intensywną całość.
Patrzyłam na niego, dominatora, który stał przede mną z pejczem w dłoni. Jego spojrzenie było przenikliwe, a uśmiech na twarzy zdradzał pewność siebie, która mnie fascynowała. Wiedziałam, że w tej chwili to on miał kontrolę, ale w moim wnętrzu tliła się iskra buntu.
– Czekasz na karę? – zapytał, a jego głos był niski i pełen mocy.
Zamiast odpowiedzieć, uniosłam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy.
– Może najpierw powiesz mi za co? – odpowiedziałam, czując, jak moje serce przyspiesza. Chciałam, by wiedział, że nie zamierzam się poddać bez walki.
Jego brwi uniosły się w zaskoczeniu, a w powietrzu zapanowała chwila napięcia.
– Nie boisz się, że to może cię kosztować? – zapytał, a w jego głosie wybrzmiała nuta wyzwania.
– Nie, nie boję się – odparłam, czując, jak ogień we mnie rośnie. – Właśnie tego chcę; chcę poczuć, że jestem na skraju.
Z uśmiechem, który zdradzał jego zamiary, zbliżył się do mnie.
– Ciekawe, jak długo wytrzymasz, zanim poprosisz o litość – powiedział, a ja poczułam, jak dreszcz przebiega mi po plecach.
W tej chwili wiedziałam, że nie zamierzam się poddać. Chciałam poczuć każde uderzenie, każdą chwilę napięcia, która miała mnie zdefiniować.
Zamknęłam oczy, przygotowując się na to, co miało nadejść. Wiedziałam, że to, co nas czeka, będzie nie tylko karą, ale również odkryciem – odkryciem moich granic, moich pragnień i tego, co naprawdę znaczy oddać kontrolę.
Wtem poczułam, jak pejcz delikatnie dotyka moich pleców. Jego dotyk był jednocześnie zimny i gorący. Każdy ruch wydawał się przemyślany, a ja czułam, jak moje ciało reaguje na jego obecność. W tej chwili nie było już strachu, tylko ekscytacja i pragnienie. Chciałam, by mnie prowadził, by pokazał mi, jak daleko mogę się posunąć.
– Pamiętaj – powiedział, a jego głos był jak szelest liści na wietrze – to, co się wydarzy, jest między nami. Zaufaj mi.
I w tej chwili, z każdym uderzeniem, które miało nadejść, wiedziałam, że to zaufanie będzie kluczem do odkrycia nieznanych mi dotąd aspektów samej siebie.
Pierwsze uderzenie pejcza przeszło przez moje ciało jak błyskawica, a ja wstrzymałam oddech. Ból był intensywny, ale jednocześnie uwalniający. Czułam, jak moje granice się przesuwają, a w moim umyśle rodzą się nowe myśli. Każde kolejne uderzenie było jak melodia, której pragnęłam słuchać. Byłam gotowa na więcej.
Z każdym uderzeniem czułam, jak moje serce bije mocniej, a w moim wnętrzu rodziła się siła, której wcześniej nie znałam. To była chwila, kiedy mogłam być sobą, bez żadnych masek. W tej intymnej przestrzeni, w której ból i przyjemność splatały się w jedno, odkrywałam siebie na nowo.
– Nie przestawaj – szepnęłam, czując, jak moje ciało reaguje na jego dotyk.
Chciałam więcej, pragnęłam tej intensywności, która sprawiała, że czułam się żywa. W tej chwili wiedziałam, że to dopiero początek mojej podróży – podróży, która miała mnie zdefiniować i odkryć przede mną nowe horyzonty.
Weszłam do pokoju, czując delikatną ekscytację. Maciej, mój dotychczasowy dominujący partner, stał obok mnie, a jego obecność dodawała mi otuchy. Pomieszczenie było przytulne, z miękkim oświetleniem, które tworzyło intymną atmosferę. Na ścianach wisiały różnorodne akcesoria, obiecujące wyjątkowe, niezapomniane doświadczenia.
W przeciwieństwie do mieszkania, w którym spotykałam się z Maciejem, tu zapach skóry nie był aż tak dominujący, zastępował go aromat delikatnych cytrusowych perfum Markizy.
Domina była jedną z bliższych przyjaciółek mojego mistrza, jednak ja niespecjalnie za nią przepadałam. Wydawała mi się zbyt pretensjonalna i przy tym wszystkim zbyt doskonała, jakby codzienne problemy każdej kobiety wcale jej nie dotyczyły. Nie wpływało to jednak na fakt, że miałam do niej szacunek, wszak mało który mężczyzna z półświatka był w stanie się jej oprzeć.
Ubrana w elegancki skórzany strój powitała nas z uśmiechem, podczas gdy przed nią klęczał nagi mężczyzna masujący jej stopy. Mimowolnie poczułam napięcie w całym moim ciele, przez chwilę zastanawiałam się, czy kiedykolwiek będę choć w niewielkim procencie taka jak ona.
– Siadajcie. – Wskazała na wąską sofę, taksując mnie tym przenikliwym spojrzeniem. Jej pewność siebie była przytłaczająca i emanowała z każdego gestu. – A więc jednak… – zaśmiała się, przenosząc wzrok na Macieja.
Również spojrzałam na niego odrobinę zaskoczona, nie bardzo bowiem wiedziałam, co ta kobieta ma na myśli.
– Miałaś rację, nie da się ukształtować kogoś, kto wie lepiej, czego pragnie – zaśmiał się, puszczając do mnie oczko.
A więc rozmawiali o mnie już wcześniej. Nie byłam zaskoczona, Maciej darzył Markizę szczególnym zaufaniem. Kiedyś nawet się zastanawiałam, czy nie łączy ich coś głębszego niż tylko przyjaźń…
– Powinieneś już dawno ściągnąć jej tę obrożę – powiedziała, wskazując na moją szyję, gdzie na symbolicznej tasiemce zawieszona była literka „M”. Drobny, nierzucający się w oczy symbol przynależności, który zdążyłam nawet polubić.
– Trudno rozstać się z tym, co się lubi. – Wzruszył ramionami.
– No dobrze, chcesz o coś spytać? – Posłała mi chłodne spojrzenie zielonych oczu.
Zadawałam pytania, a ona odpowiadała, jakby zdradzała mi największe tajemnice świata, jednocześnie instruując mężczyznę u swoich stóp, w jaki sposób ma ją dotykać.
– Najważniejsze, żebyś nigdy nie dała odczuć, że się wahasz. On ma ci ufać i wierzyć, że jesteś pewna tego, co robisz i mówisz – perorowała, a ja starałam się chłonąć każde słowo.
Czułam, jak w moim wnętrzu budzi się siła, o której wcześniej nie miałam pojęcia. Byłam podekscytowana i zafascynowana wszystkim, o czym mówiła.
– Myślę, że to taka podstawa tego, co powinnaś wiedzieć. Pozwolicie, że zostawię was na moment… – powiedziała, z gracją podnosząc się z fotela.
Nie bez zazdrości patrzyłam, jak wraz z wpatrzonym w nią mężczyzną opuszcza pokój, poruszając się z wdziękiem niczym baletnica.
– Jak się czujesz, maleńka? – Szept Macieja wyrwał mnie z zamyślenia.
Jak się czułam? Byłam oszołomiona, to wszystko działo się bardzo szybko i dynamicznie. Zaledwie dwa dni wcześniej roztoczył przede mną wizję swoistego przejścia na drugą stronę, a dziś poznawałam arkana owego świata.
– Chyba dobrze. – Wzruszyłam ramionami. Nie miałam ochoty teraz o tym rozmawiać.
– Chyba…?
– No dobrze, chodź, dziecino. Sama teoria niewiele ci da. – Nagłe wejście Markizy przerwało sondowanie moich emocji przez mojego towarzysza, mnie za to wprowadziło w stan osłupienia.
– Dokąd? – spytałam, kiedy ta chodząca kwintesencja kobiecości złapała mnie za rękę.
Zamiast odpowiedzieć, po prostu zaciągnęła mnie do drugiego pokoju.
W chwili, kiedy stanęłam w progu, aż zabrakło mi powietrza. Na szerokim łóżku, zaścielonym czarną satyną, leżał krzyżem mężczyzna, ten sam, który jeszcze chwilę temu adorował stopy Markizy. Chłonęłam ten widok z zapartym tchem, niezdolna zrobić choćby krok.
– Podoba ci się?
Pytanie dominy wyszeptane mi prosto do ucha niemal wwierciło mi się w mózg.
Nie, nie podobało mi się… Ja byłam zachwycona!
Markiza stanęła przed mężczyzną i zmysłowo przesunęła dłonią po jego policzku, chwyciła jedwabny sznur i przywiązała jego dłonie do wezgłowia.
Każdy jej ruch był zmysłowy, pełen gracji i pewności siebie, wprost nie potrafiłam oderwać od niej oczu.
– Tak się złożyło, że Piotr tu dzisiaj jest i chce sprawić mi przyjemność, pozwalając ci na udział w naszej małej sesji – mówiła, gładząc zmysłowo jego policzek.
Z niepewnością, ale i ekscytacją podeszłam do niej. Czułam na sobie wzrok Macieja, który stanął w drzwiach i patrzył na mnie z zachwytem i ciekawością, co dodawało mi odwagi. Moje dłonie delikatnie ślizgały się po silnej posturze Piotra, wprawiając w drżenie jego skórę i mięśnie. Każdy centymetr jego ciała był dla mnie zaproszeniem. Stojąca naprzeciwko mnie Markiza wsunęła mi w dłoń pejcz, a drugi zachowała dla siebie. Poczułam delikatne mrowienie wzdłuż kręgosłupa, jakbym właśnie trzymała w dłoniach dawno zagubiony skarb… jakby od zawsze brakowało mi tylko tego skórzanego elementu…
Urzeczona, patrzyłam, jak domina z gracją muska jego ciało skórzanymi rzemieniami, i odrobinę niezdarnie naśladowałam jej ruchy po drugiej stronie łóżka, z każdym kolejnym odkrywałam w sobie nowe pokłady pewności siebie. Każdy gest, każda wskazówka sprawiały, że czułam się coraz bardziej swobodnie. W miarę jak czas mijał, atmosfera stawała się coraz bardziej elektryzująca. Z zapartym tchem smagałam batem muskularne ciało mężczyzny, podziwiając każdą czerwoną pręgę, jaką po sobie zostawiałam. Każdą kolejną delikatnie muskałam palcami, upewniając się, że jest prawdziwa.
Markiza w tym czasie przy użyciu straponu doprowadzała go na pogranicze orgazmicznej świadomości, szepcząc mu coś do ucha, a mężczyzna jedynie skamlał prośby o zgodę na spełnienie…
Czułam, że ta chwila jest dla mnie przełomowa. W tym momencie może brakowało mi gracji i doświadczenia mentorki, ale wiedziałam, że właśnie tego pragnę: być adresatką tych próśb i reżyserką tego małego teatru, jaki odegrał się właśnie w tej niewielkiej sypialni.
Zarumieniona, podekscytowana i rozpalona, odwróciłam się do Macieja, który skinął głową z niemym uznaniem.
– Zostawmy ich samych – szepnął, biorąc mnie w ramiona.
Wyszliśmy z pokoju, trzymałam się mocno jego ręki, czując, że nasza relacja zyskała nowy wymiar.
Byłam gotowa na nowe wyzwania, pełna entuzjazmu i radości, gotowa odkrywać świat dominacji z jego wsparciem…
– Przecież to nie ma sensu – jęknęłam żałośnie, rzucając się na łóżko w sypialni Markizy.
Kobieta spojrzała na mnie z przyganą.
– Jak masz zamiar tak jojczyć, to z pewnością to nie ma sensu – prychnęła, przewracając oczami.
Muszę przyznać, że miała ogromny zapas cierpliwości do moich momentów skrajnego zwątpienia, które przeżywałam dosłownie co kilka minut. Nakryłam twarz jedną z poduszek, wiedziałam, że miała rację, jednak coraz bardziej wątpiłam, czy jestem w stanie sobie poradzić.
– O co tym razem chodzi?
– Pomyśl sama, kto będzie chciał w jakikolwiek sposób oddać się w ręce żółtodzioba? – To był dla mnie największy problem, brak doświadczenia zdecydowanie zaburzał moją pewność siebie.
– Drugi żółtodziób? – roześmiała się, a ja, chcąc nie chcąc, po chwili do niej dołączyłam i poczułam delikatne rozluźnienie.
W ostatnich dniach bardzo polubiłam tę kobietę, oboje z Maciejem byli niemal jak klimatyczni rodzice. Przy każdej okazji udzielali mi różnych wskazówek, starając się przekazać mi wszystko to, co według nich było najważniejsze.
– Dodałaś już anons na którymś z portali?
– Tak, Maciej mi pomógł.
Dzień wcześniej dwie godziny spędziliśmy na redagowaniu odpowiedniego ogłoszenia o poszukiwaniu submisyjnego. Miało być w miarę rzeczowe i odpowiednio intrygujące. Przyznam, że osobiście nie byłam zadowolona z ostatecznej wersji, jednak zdałam się w tej kwestii na mojego mentora, wszak znał się na tym dużo lepiej niż ja.
– I jak?
– Nie mam pojęcia, jeszcze nie sprawdzałam.
Spojrzała na mnie z takim wyrazem twarzy, jakbym co najmniej ukradła jej najlepsze szpilki.
– I na co czekasz? Aż któryś z nich odnajdzie cię jęczącą w moim loszku i zacznie błagać, żebyś odczytała jego wiadomość?
Jej sarkastyczny ton wprawił mnie w zakłopotanie. Wiedziałam, że ma rację, jednak czy faktycznie czułam się gotowa na kolejny krok? Nie bardzo, choć wiedziałam, że im dłużej będę zwlekać, tym trudniej będzie ten krok wykonać.
Niechętnie wyjęłam laptopa z torby i zalogowałam się do portalu zrzeszającego klimatyczną społeczność. Powoli wertowałam wiadomości i profile użytkowników, przyznam, że nie spodziewałam się dużego zainteresowania – liczba wiadomości była jednak pokaźna.
Markiza przysiadła razem ze mną i co jakiś czas wymieniałyśmy uwagi na temat różnych wiadomości – były naprawdę przeróżne. Od całkiem rzeczowych po prymitywne, pisane z tak kiepską ortografią, że aż oczy bolały. Niektóre się dublowały, inne z całą pewnością rozsyłane były na zasadzie kopiuj-wklej.
Jedno było pewne: nie miałam pojęcia, na które w ogóle powinnam zwrócić uwagę. Markiza nie była zbyt pomocna, ale nie mogłam mieć do niej pretensji – ostatecznie to ja miałam zdecydować, z kim ewentualnie się spotkam i czy w ogóle z kimś…
***
Siedziałam w niewielkiej kawiarence w jednej z bocznych uliczek Starego Rynku.
Byłam podekscytowana i zdenerwowana, ale starałam się kontrolować emocje, żeby tego po sobie nie pokazać. Przez moment się zastanawiałam, czy nie zamówić jakiegoś lekkiego drinka dla kurażu, ale ostatecznie wolałam zachować jasny umysł. Miałam już doświadczenie w spotkaniach w ciemno z czasów, kiedy szukałam dominanta, zanim trafiłam na Macieja, i doskonale wiedziałam, jak bardzo mylna może być ocena drugiej osoby poznanej w internecie. Skrycie liczyłam, że tym razem jednak dopisze mi szczęście.
Znudzona, zaczęłam bawić się czarną różą, którą położyłam na stoliku przed sobą. To miał być znak rozpoznawczy – każde z nas miało przynieść barwioną na czarno różę. Wpadł na to Maciej, który kategorycznie odradzał mi wysyłania swoich zdjęć. Rozważałam taką możliwość, ale ostatecznie postanowiłam go posłuchać. Wprowadzenie aury tajemniczości dodatkowo podsycało ekscytację.
Zauważyłam go od razu, kiedy tylko wszedł do kawiarni. Nie był przesadnie wysoki ani muskularny, raczej nie rzucał się w oczy, a jednak doskonale wiedziałam, że to on, zanim dostrzegłam przeklęty czarny kwiat w jego dłoni. Szybko pokonując nagły atak paniki, wrzuciłam swoją różę do torebki i zanim zdążył odwrócić się w moją stronę, niemal wbiegłam do łazienki. Drżącymi rękami wybierałam numer Macieja, starając się przy tym choć trochę uspokoić oddech.
– Maciej, musisz mnie stąd natychmiast wyciągnąć – wykrztusiłam, zanim zdążył powiedzieć choćby słowo.
– Co się stało? – zapytał spokojnie, choć nutka niepokoju dała się wyraźnie wyczuć w jego głosie.
– Po prostu przyjedź, jestem w łazience, w Filiżance na Starym Mieście, nie mogę stąd wyjść – wyszeptałam, starając się, żeby dwie kobiety, które właśnie weszły do pomieszczenia, nie słyszały tego, co mówię.
– Już jadę, powiedz mi tylko, co zrobił ten skurwysyn? Groził ci? Powiedział coś? Dotykał cię?
– Nic z tych rzeczy, nawet z nim nie rozmawiałam – przyznałam.
Słyszałam, jak wzdycha, skonsternowany, ale obiecał, że zaraz będzie. Rozłączyłam się i szybko włożyłam nadgarstki pod zimną wodę, żeby choć trochę ukoić nerwy. Zupełnie nie miałam pomysłu, jak niespostrzeżenie wyjść z łazienki, uregulować rachunek i opuścić ten przeklęty lokal. Tandetna róża wystającą z mojej torebki zdawała się ze mnie drwić, więc wściekła połamałam ją i wrzuciłam do niewielkiego śmietnika, nie zwracając uwagi na kobiety, które tuż obok poprawiały makijaż, wesoło gawędząc.
Miałam wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim Maciej zasygnalizował mi, że jest już w lokalu.
Spanikowana, zastanawiałam się nad tym, co zrobić dalej, bowiem kusa koronkowa sukienka i wysokie szpilki, które wybrała dla mnie Markiza, z pewnością nie czyniły mnie niewidzialną. Wściekła, przeklinałam w myślach i siebie, i dominę, która każdy z wybranych przeze mnie strojów uznawała za stylizację godną członkini Klubu Dziewic.
Mężczyzna, z którym miałam się dziś spotkać, był wieloletnim przyjacielem mojego ojca. Znał mnie praktycznie od niemowlęcia, nie było mowy, żeby mógł mnie tu zobaczyć – nawet bez tej przeklętej róży łatwo by się domyślił, co tu robię…
Nie bardzo wiedząc, co dalej, zamknęłam się w jednej z dwóch kabin. Przeklinałam w myślach, że nikt nie założył tak skrajnych sytuacji i nie pomyślał, że w kawiarnianych łazienkach przydałoby się jakieś okno…
***
– Nie wierzę, po prostu nie wierzę: siedziałaś dwie godziny w tej pieprzonej łazience? – Markiza niemal płakała ze śmiechu, kiedy tego samego wieczora w końcu zjawiliśmy się u niej z Maciejem i wspólnymi siłami referowaliśmy to, co się wydarzyło.
Przytaknęłam, chowając twarz w dłoniach. Byłam wykończona, jednak mimo wszystko i mnie bawił absurd tej sytuacji.
– Gdybyś zobaczyła miny kelnerek, które nie miały pojęcia, co jest grane… Dziewczyna zostawia płaszcz, niedopitą kawę i znika w łazience na wieczność!
– Nawet nie chcę wiedzieć, co one sobie myślały – jęknęłam, przypominając sobie zaskoczoną obsługę, kiedy w końcu wróciłam na salę i jak gdyby nigdy nic poprosiłam o rachunek…
– Trzeba mieć niebywałe szczęście, żeby na samym starcie zaliczyć coś takiego. – Markiza poklepała mnie po plecach pokrzepiająco.
Nie da się tego ukryć: prawdopodobieństwo, że coś takiego się wydarzy, jest tak samo możliwe jak trafienie szóstki w lotto…
Mimo wszystko nie zniechęciło mnie to i nim wybiła północ, wystukałam na klawiaturze zaproszenie na spotkanie do kolejnego z listy potencjalnych uległych…
– Jesteś kompletnie nieodpowiedzialna! Czy chociaż przez jedną chwilę pomyślałaś o tym, co robisz? – Maciej miotał się po pokoju, trochę przypominając wściekłego tygrysa.
Nie pamiętam, czy kiedykolwiek wcześniej widziałam go w takim stanie. Siedziałam z opuszczoną głową na sofie w mieszkaniu Markizy, niezdolna do choćby najmniejszego komentarza. Starannie zrobiony makijaż spływał mi ze łzami, plamiąc poszarpaną sukienkę. Kobieta podała mi lód, który przyjęłam z wdzięcznością i przyłożyłam do spuchniętej wargi.
– Maciej, nie krzycz na nią, przecież ona jest przerażona – upomniała go domina, zajmując miejsce obok mnie.
– Przerażona? Co ci strzeliło do głowy? Zachowałaś się jak tępa idiotka.
Jego słowa bolały bardziej niż smagania ciężkim skórzanym pasem, mimo to nie mogłam się z nim nie zgodzić.
Mężczyzna, z którym się spotkałam, sprawiał wrażenie sympatycznego. Był niewiele starszy ode mnie, również nie miał dużego doświadczenia. Mailowało nam się świetnie, podobnie postrzegaliśmy różne aspekty życia, również te całkowicie niezwiązane z klimatami… To on wyszedł z inicjatywą spotkania w bardziej ustronnym miejscu niż kawiarnia, w której zawsze jest sporo ludzi. Nie widziałam w tym nic złego, wydawało mi się, że bardziej intymne okoliczności pozwolą na większą otwartość w rozmowie, tym samym przyjęłam zaproszenie do jego mieszkania. Moi mentorzy wiedzieli, że mam się z kimś spotkać, jednak o szczegółach spotkania ich nie informowałam. Od niefortunnej przygody zakończonej w kawiarnianej łazience minęło trochę czasu i jak dotąd nie potrzebowałam ich interwencji.
Dotarłam na miejsce przed czasem, obskurna kamienica nie robiła dobrego wrażenia, ale byłam tak bardzo ciekawa mężczyzny i tego, czy w realu również będzie nam się tak łatwo porozumieć, że całkowicie to zignorowałam.
Był wysoki, ciasny T-shirt podkreślał jego sportową sylwetkę i choć nie wydawał mi się przesadnie przystojny, można było go uznać za atrakcyjnego. Powitał mnie z uśmiechem, jednak mojej uwadze nie umknęło, że krótka czarna sukienka zrobiła na nim odpowiednie wrażenie…
– Zapraszam. Czego się napijesz? Kawy? Herbaty? Drinka? – Mimo wszystko zachowywał się swobodnie, jakbyśmy byli parą znajomych, nie tytułował mnie zgodnie z obowiązującymi normami, co wcale mi nie przeszkadzało i powodowało, że rozmowa przychodziła naturalnie.
Byłam rozluźniona i choć spotkanie całkiem odbiegało od tych, które miałam za sobą, bawiłam się dobrze…
– No, to może przejdźmy do rzeczy… – zaproponował, podając mi kolejnego już drinka i siadając obok mnie na niewielkiej sofie.
Był zdecydowanie zbyt blisko, ale starałam się nie okazać, że mnie to krępuje.
– Oczywiście nie do końca wiem, jak to postrzegasz, ale chciałabym przede wszystkim, aby była to dobra zabawa dla nas obojga… – Urwałam, kiedy jego dłoń wsunęła się niespodziewanie pod moją sukienkę.
– Dla mnie z pewnością będzie to dobra zabawa – zaśmiał się bezczelnie.
– Przestań – upomniałam go, odtrącając jego natarczywą dłoń, jednak z marnym skutkiem. Czułam, jak wszystko wymyka mi się spod kontroli.
– No już, mała, przecież tego właśnie chcesz – roześmiał się, łapiąc mnie za kark.
Drugą ręką zerwał ze mnie czarne stringi utkane z cieniutkiej koronki, która nie wytrzymała nawet jednego szarpnięcia. Miotałam się i wyrywałam, jednak wypity alkohol wcale mi w tym momencie nie pomagał, poza tym mój napastnik był dużo silniejszy ode mnie.
– Zostaw mnie! – Moje krzyki nie robiły na nim żadnego wrażenia, ale wiedziałam, że nie mogę się poddać.
– Daj spokój, przecież o to w tym chodzi, marzy ci się, żeby ktoś cię przeleciał, dziwko – warczał, starając się jednocześnie mnie przytrzymać i rozpiąć spodnie.
To był ułamek sekundy, udało mi się wyślizgnąć z jego uchwytu i chwycić stojącą na stole szklankę z drinkiem, którego zaserwował mi wcześniej. Nie miałam czasu na wahanie, więc po prostu chlusnęłam mu w twarz alkoholem. Zasyczał, kiedy płyn dostał mu się do oczu, i choć zdążył uderzyć mnie w twarz, adrenalina zadziałała za mnie. Zerwałam się z kanapy i pobiegłam do wyjścia, po drodze chwytając tylko torebkę. Biegłam, nie mając odwagi odwrócić się za siebie, było mi wszystko jedno, chciałam jak najszybciej znaleźć się możliwie najdalej…
Oczywiście na całym świecie była tylko jedna osoba, do której mogłam zadzwonić. Ta sama, która na widok nędzy i rozpaczy, jakie sobą przedstawiałam, wpadła w istną furię.
***
Referowałam im przebieg tego spotkania spokojnym, wyprutym z emocji głosem. Trochę tak, jakbym opowiadała o czymś, co widziałam, a nie o tym, co przeżyłam. Niby nie stało się nic, a jednak coś…
Nie zwracałam uwagi na pełne wściekłości słowa mojego mistrza. Miał rację we wszystkim – byłam tępą idiotką, która sama prosiła się o tragedię…
Z wdzięcznością przyjęłam propozycję Markizy, aby tę noc spędzić u niej. Ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę, to niewygodne pytania rodziców.
Mimo że wszystkie emocje powoli ze mnie wyparowywały, długo nie mogłam zasnąć. Słyszałam, jak moi mentorzy rozmawiają w drugim pokoju, i nietrudno było się domyślić, że jestem tematem tej dyskusji.
Nad ranem miałam już gotowy plan.
Cicho, tak żeby nie zbudzić dominy, pożyczyłam jej dres i skreśliwszy kilka słów na kartce, opuściłam mieszkanie.
Kiedy wyjeżdżałam z miasta, rytmiczny stukot pociągu powoli mnie uspokajał. Całkowicie ignorując wibrujący telefon, zamknęłam oczy i delektowałam się zmysłowym głosem Toma Jonesa w moich słuchawkach.
Jak się później dowiedziałam, moja wiadomość „Przepraszam, że okazałam się taką idiotką…” doprowadziła Markizę do furii, która przyćmiła nawet temperament mojego byłego mastera…
– Uważaj na siebie i odzywaj się częściej… – Zuza ściskała mnie na pożegnanie.
Przyjaźniłyśmy się od czasów przedszkolnych. Była jedyną osobą, u której mogłam pojawić się o każdej porze dnia i nocy. Nigdy nie zadawała pytań, dlatego opuszczając mieszkanie Markizy, wiedziałam, że jeśli gdziekolwiek będę w stanie odnaleźć spokój, to tylko u Zuzy.
– Będę – obiecałam, wsiadając do pociągu.
Nadeszła pora, by wrócić do domu.
Zajęłam miejsce w pustym przedziale i przez chwilę zastanawiałam się nad tym, co powinnam zrobić. Z parą dominatów nie rozmawiałam od czasu tego feralnego wieczoru. Oczywiście starali się do mnie dodzwonić, wybierając mój numer po kilkadziesiąt razy dziennie, wysyłali setki SMS-ów, jednak pozostawiałam je bez odpowiedzi. Potrzebowałam ochłonąć i odciąć się od tego wszystkiego, co w ostatnim czasie mnie przytłoczyło. Nie miałam pretensji do żadnego z nich – błędnie oceniłam ryzyko i sama sobie byłam winna. Po prostu było mi źle z myślą, że w jakimś stopniu ich zawiodłam.
– Przepraszam, wolne?
Pytanie padło tak niespodziewanie, że aż podskoczyłam. W drzwiach przedziału stało dwóch mężczyzn. Patrzyli na mnie wyczekująco, więc skinęłam głową, uświadamiając sobie, że czekają na odpowiedź. Rozsiedli się na wolnych miejscach i przez moment o czymś dyskutowali. Obaj byli wysocy, muskularni, aż tętniący testosteronem. Mimowolnie w mojej głowie rozbrzmiały słowa mojej babci:
– Zawsze wybieraj miejsce, gdzie są już jacyś ludzie; wybieraj starszych pasażerów, bo stanowią mniejsze zagrożenie, najlepiej kobiety. Kobieta nie zrobi krzywdy drugiej kobiecie.
Odgoniłam pospiesznie te myśli, przecież był środek dnia, a w pociągu podróżowało mnóstwo innych ludzi – nic mi nie groziło. Mimo to nie czułam się komfortowo. Ostatnie doświadczenia odcisnęły na mnie większe piętno, niż myślałam. Rozważałam właśnie, czy nie opuścić przedziału i nie poszukać innego miejsca, kiedy jeden z mężczyzn zagadnął:
– Nie boisz się tak sama podróżować?
Mimowolnie poczułam, jak całe moje ciało się spina, byłam niczym sparaliżowana.
– Spokojnie, z nami nic ci nie grozi – roześmiał się drugi, ewidentnie wyczuwając rosnącą we mnie panikę.
– Jak masz na imię? – zapytał ten pierwszy.
Spojrzałam na niego. Pomyślałam wtedy, że nawet jeśli jest psychopatycznym mordercą grasującym w pociągach, to mimo wszystko ma wspaniałe oczy. Ich kolor przypominał soczystą trawę po deszczu. Czułam się jak zahipnotyzowana, tonęłam w wirze jego spojrzenia i w tym ułamku sekundy zniknął cały strach.
– Marta – wykrztusiłam w końcu, kiedy łaskawie moje zwoje mózgowe zaiskrzyły, przypominając o zadanym pytaniu.
– Bardzo ładnie, ja jestem Tomek, a ten dzieciak to mój brat Michał – zaśmiał się wesoło ku oburzeniu drugiego mężczyzny.
Teraz dopiero dostrzegłam, że jest on młodszy, prawdopodobnie w moim wieku. Nie było zatem powodów do paniki. Nikt tu dzisiaj nikogo nie zamorduje…
Podróż minęła zaskakująco szybko, przez całą drogę miło gawędziliśmy i żartowaliśmy. Pod koniec żałowałam nawet, że nie mogę jechać z nimi dalej. Niestety, te nagłe wakacje musiały się już skończyć.
Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że te zielone oczy, w których utonęłam, będą prześladować mnie w snach do końca życia.
***
– Gdzieś ty się podziewała? Zresztą nieważne. Tak się cieszę, że cię widzę… – Markiza niemal rzuciła mi się na szyję, kiedy godzinę później stanęłam w progu jej mieszkania. Praktycznie siłą zaciągnęła mnie do pokoju, gdzie na sofie siedział nagi młody mężczyzna. – Koniec na dzisiaj, zejdź mi z oczu – rzuciła w jego stronę oschle.
Mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale pod wpływem jej spojrzenia chyba zrezygnował i ze spuszczonym wzrokiem wycofał się z pomieszczenia.
– Nie przeszkadzajcie sobie, wpadnę kiedy indziej… – Czułam się niezręcznie, zupełnie nie wzięłam pod uwagę, że domina może nie być sama.
– Daj spokój, ta miernota i tak już mnie dzisiaj irytuje, przyjdzie innym razem, nic mu nie będzie. – Machnęła ręką lekceważąco. – Ty zostajesz, mamy do pogadania…
Maciej zjawił się praktycznie parę minut później, domyśliłam się, że kobieta musiała go poinformować o mojej wizycie. Stanął przede mną i spojrzał na mnie chłodno.
– Masz szczęście, że nie jesteś już moją… Za ten numer należy ci się takie lanie, żebyś przez następny rok nie była w stanie usiąść.
Wbrew wszystkiemu groźba, będąca po części obietnicą, wywołała znajomą falę podniecenia rozpalającą mnie od środka. Czułam, jak palący rumieniec zalewa mi policzki, wargi wysychają, a oddech przyspiesza…
– O nie, moi drodzy! Nawet o tym nie myślcie!
Głos Markizy sprowadził mnie na ziemię i szybko chwyciłam szklankę z wodą, starając się ukryć zmieszanie, na szczęście zimny płyn ostudził odrobinę ten nagły wybuch.
– Po pierwsze chciałam was przeprosić za to, że zniknęłam bez słowa… – zaczęłam, kiedy odrobinę ochłonęłam.
– Dlaczego nie odbierałaś telefonu? Nie odpowiadałaś na wiadomości? Czy ty zdajesz sobie sprawę, co nam przychodziło do głowy? – Markiza usiadła obok i objęła mnie ramieniem.
– Wybaczcie. Po prostu potrzebowałam ochłonąć. Poza tym wiem, że was zawiodłam…
– O czym ty mówisz, dziecino? Nikogo nie zawiodłaś. – Maciej kucnął przede mną i ujął moją twarz w dłoń.
Przez chwilę walczyłam ze sobą, jednak delikatność tego gestu całkiem mnie roztroiła, łzy zapiekły mnie pod powiekami, a ja pozwoliłam im spłynąć po policzkach.
– Już dobrze, mała, najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa.
Mieli rację, byłam cała i zdrowa – to liczyło się najbardziej. Nie było sensu zatracać się w rozważaniach, co mogło się wydarzyć. Trzeba było się podnieść i iść dalej, nie oglądając się za siebie.
Kiedy wróciłam do domu, w moim telefonie czekała wiadomość od właściciela oczu, w których głębi dostrzegłam odbicie lasów, łąk i górskich szczytów… tych, w których utonę niezliczoną ilość razy…
Nawet jeśli po ostatnich wydarzeniach czułam niechęć do kolejnych spotkań z pretendentami na submisyjnych, nie trwało to długo. Oczywiście doping ze strony mentorów, którzy subtelnie starali się mnie przekonać, abym nie rezygnowała z zaspakajania swoich pragnień, również miał na to wpływ.
W efekcie zaledwie kilka dni później powoli zmierzałam do najstarszej kawiarni w mieście, gdzie, jak to mawiała Markiza, miała odbyć się kolejna tura castingu.
Wystrój przywodził na myśl wczesny PRL, zupełnie jakby czas w tym miejscu się zatrzymał. Byłam przekonana, że menu również pamięta czasy komuny… Miejsce to mieściło się jednak na tyle blisko mieszkania Macieja, że w razie kłopotów ten mógł zjawić się tu w kilka minut.
Ku mojemu zaskoczeniu, kiedy weszłam do lokalu, już na mnie czekał młody mężczyzna. Nie miałam problemów z identyfikacją – samotny, barwiony na czarno kwiat był tak widoczny, że nie dało się go przeoczyć. Bez większego wahania podeszłam do stolika i się przywitałam.
– Dzień dobry, madame. Bardzo się cieszę, że znalazła pani dla mnie czas. Pozwoliłem sobie zamówić dla pani kawę i klasyczny deser, ale oczywiście jeśli nie ma pani ochoty… – Był zdenerwowany, słowa wyrzucał z siebie z prędkością karabinu maszynowego. Wzrok miał rozbiegany, ruchy chaotyczne.
Pomyślałam nawet, że za moment całe jego zamówienie wyląduje na podłodze.
– Spokojnie, jest okej – uspokoiłam go, choć pucharek leguminy nie wyglądał zachęcająco.
Przez chwilę gawędziliśmy zupełnie o niczym. Chciałam dać mu szansę trochę się rozluźnić, w końcu nie zależało mi na tym, aby był zestresowany charakterem tego spotkania.
Był intrygujący. Miał mocne rysy twarzy, które przyciągały wzrok. Ciemne, przenikliwe oczy wydawały się pełne wrażliwości i niepewności, jakby skrywały wiele niewypowiedzianych myśli.
Dwudniowy zarost dodawał mu nieco surowego, ale jednocześnie autentycznego wyglądu. Nie był typem, który krzyczy, oznajmiając swoją obecność; raczej emanował delikatnością, jakby bał się zwrócić na siebie uwagę. Kiedy się uśmiechał, jego twarz rozjaśniała się, ale wciąż czułam, że to uśmiech pełen niepewności. Podobał mi się. Podświadomie czułam, że w końcu spotkałam kogoś, z kim mogłabym swobodnie rozpocząć podróż po fascynującym świecie odkrywania kolejnych horyzontów.
– Na początek podkreślam, że zależy mi na właściwej komunikacji, to na mnie będzie spoczywał ciężar utrzymania równowagi, dlatego ważne, abyśmy potrafili rozmawiać zarówno o potrzebach, jak i granicach – zaznaczyłam, kiedy w końcu podjęliśmy temat, który nas tu przywiódł.
– Nie mam dużego doświadczenia w tego typu relacjach, chciałbym po prostu powoli odkrywać siebie… – Pozorne rozluźnienie natychmiast uleciało, znów sprawiał wrażenie podenerwowanego.
Pomyślałam, że to całkiem uroczy widok.
Sama tym razem podeszłam do tego spotkania na chłodno, bez nadmiernej ekscytacji, ale rozumiałam jego emocje. Też wielokrotnie przez to przechodziłam.
Pozwoliłam mu kierować tą rozmową, słuchałam tego, co ma do powiedzenia, co jakiś czas wtrącając komentarz lub uwagę. Powoli nabierał większej swobody. Zdecydowanie był miłą nagrodą za wcześniejsze trudności i ciekawiło mnie, jaki potencjał kryje się za tą fasadą niewinności i delikatnej nieśmiałości.
Tego samego wieczoru, po wymianie wrażeń w kilku wiadomościach, wspólnie podjęliśmy decyzję o kolejnym spotkaniu. W ten sposób rozpoczęła się nasza ekscytująca przygoda.
Nie bez znaczenia jednak pozostawał fakt, że w tym samym czasie zupełnie inny mężczyzna zabiegał o inny rodzaj mojej uwagi… Nie rozpatrywałam tego w kategoriach wyboru, wydawało mi się, że da się rozgraniczać te dwie sfery życia w taki sposób, żeby ze sobą nie kolidowały. Czy było to uczciwe? Nie. Jednak mimo wszystko nie potrafiłam zrezygnować z jednego na rzecz drugiego… Cóż, nikt nigdy nie obiecywał, że będzie łatwo.
– Spokojnie dziecino, dasz sobie radę. – Po raz kolejny Markiza usiłowała zwalczyć moją chwilę zwątpienia.
Zgodnie z jej sugestiami zaplanowałam krok po kroku przebieg dzisiejszego wieczoru, zostawiając ewentualną przestrzeń dla spontanicznych sytuacji, których nie mogłam przewidzieć.
Oczywiście żadnemu z naszej trójki wcześniej nie przyszedł do głowy jeden z najważniejszych problemów – kwestia, gdzie mam zaprosić swojego nowego przyjaciela. Oczywistym było, że nie mogłam zabrać go do domu rodziców, a z racji tego, że to były moje początki, nie posiadałam jeszcze własnego studia, w którym moglibyśmy przeżyć intymną chwilę namiętności. Rozważałam krótkoterminowe wynajęcie apartamentu lub zwykłego pokoju hotelowego, jednak odpowiednie przygotowanie go byłoby zbyt czasochłonne. W rezultacie moi mentorzy uznali, że na początek będę korzystać z mieszkania Macieja, a z czasem pomyślimy o innym rozwiązaniu.
Teraz razem z Markizą przygotowywałyśmy kawalerkę na wieczór, starając się złamać jej surowy charakter i nadać trochę przytulności. Chciałam zrobić dobre wrażenie, a im bliżej było do spotkania, tym więcej wątpliwości się pojawiało. Dziś po raz pierwszy miałam być reżyserką całego spektaklu, jaki miał się tu rozegrać.
Markiza cierpliwie udzielała mi rad i wskazówek, starając się dodać mi otuchy; odniosłam wrażenie, że również podchodzi do tego z dużą dawką emocji, jakby i dla niej całe przedsięwzięcie miało dużą wagę.
– Pamiętaj, musisz pokazać, że panujesz nad sytuacją, nie możesz okazać, że się stresujesz, nawet jeśli tak będzie – mówiła, układając na łóżku kolorowe poduszki.
Wiedziałam, że ma rację, jednak przytłaczał mnie nadmiar emocji. Dziś po raz pierwszy musiałam obyć się bez czujnych oczu moich mentorów, całość miała być wyłącznie tym, co sama stworzę.
Nieśpiesznie rozkładałam świece i wybierałam rozmaite akcesoria, których planowałam użyć… To miał być mój wieczór i chciałam, żeby był idealny.
Kiedy wszystko było gotowe, rozejrzałam się po wnętrzu. Wyszło całkiem nieźle, poczułam, jak na moje ramiona powoli spływa odprężenie. Nie było opcji, żeby coś poszło nie tak, więc nie mogłam pozwolić sobie na to, aby emocje wszystko popsuły.
Po raz kolejny ujęła mnie jego nieśmiałość. Czekał na mnie w umówionym miejscu, z którego mieliśmy udać się do mieszkania mentora. Był spięty, lekko podenerwowany, uciekał wzrokiem i odpowiadał na moje pytania półsłówkami. Starałam się tak prowadzić rozmowę, żeby choć trochę się rozluźnić, ale skutek był marny. Kiedy dotarliśmy na miejsce, wprost spytałam:
– Jesteś pewien, że chcesz tam wejść? Jeśli nie czujesz się gotowy, zawsze możemy zmienić plany.
Jego emocje powoli odciskały na mnie piętno i sama czułam rosnące zdenerwowanie. Przez chwilę się wahał, wszystkie te emocje, jakie nim targały, przez moment odbiły się w jego oczach, jednak ciekawość i determinacja wygrały.
– Chcę – powiedział, a ja poczułam iskry podniecenia rozchodzące się po całym moim ciele.
Skinęłam głową. A więc niech się stanie, przedstawienie czas zacząć.
Pokój spowijał półmrok. Siedząc na sofie, czekałam, aż mój towarzysz wyjdzie z łazienki. Miękka skórzana sukienka – prezent inauguracyjny od Macieja – delikatnie oplatała moje ciało, podkreślając sylwetkę, a jej delikatny połysk dodawał odrobiny tajemniczości. Leniwie sączyłam wino, wbrew wcześniejszym obawom czułam się zrelaksowana i gotowa na to, co miało się wydarzyć.
Wreszcie stanął przede mną, przez moment błądziłam wzrokiem po jego nagim ciele, starając się nie okazać, czy robi na mnie jakiekolwiek wrażenie.
Miał szerokie i umięśnione ramiona, mocno zarysowaną klatkę piersiową, co nadawało mu męskości. Brzuch lekko się odznaczał, co sugerowało, że dba o swoją kondycję, a jednocześnie nie był przesadnie wyrzeźbiony, co dodawało mu naturalności. Długie nogi z wyraźnie podkreślonymi mięśniami ud wskazywały, że ceni sobie aktywny styl życia.
Nadal był zdenerwowany, słyszałam to w jego oddechu, widziałam, jak mimowolnie spinają się jego mięśnie.
– W momencie, kiedy przekroczyliśmy próg tego mieszkania, stałeś się mój, tym samym pamiętaj, że każdy objaw niesubordynacji będzie wiązał się z karą – powiedziałam, podnosząc się z miejsca. – Czy to jest zrozumiałe? – Podeszłam do niego na tyle blisko, że nasze ciała niemal się stykały.
– Tak, lady – przytaknął, wywołując miły dreszcz podniecenia tym formalnym tytułem.
– Na kolana – szepnęłam mu wprost do ucha, a on wykonał polecenie natychmiast.
Chciałam, żeby się rozluźnił, w dalszym etapie potrzebne było mi choć trochę zaufania z jego strony, tak aby żadne z nas nie wyszło z tego z traumą, dlatego stanęłam za nim i delikatnie, zmysłowo zaczęłam pieścić dłońmi jego kark.
– Pamiętaj, że wszystko, co dziś się tu wydarzy, dzieje się za naszą obopólną zgodą. Jeśli poczujesz, że za bardzo naruszam twoją strefę komfortu, zasygnalizuj mi to hasłem bezpieczeństwa… – mówiłam spokojnym tonem, cały czas masując napięte mięśnie.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Triskelion
isbn: 978-83-8423-295-8
© Marta Nowak i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Magdalena Czarnecka
korekta: Angelika Kotowska
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
