Triskelion - Nowak Marta - ebook

Triskelion ebook

Nowak Marta

0,0

Opis

Tam, gdzie do głosu dochodzą zmysły, nie ma miejsca na moralność

Marta jest nieśmiałą studentką prawa, która dopiero zaczyna odkrywać uroki dorosłego życia. Gdy poznaje Macieja i Markizę, świat relacji damsko-męskich nabiera dla niej nieznanych dotąd kolorów.

Ta dwójka zachęca Martę do eksplorowania własnej seksualności i porzucenia tradycyjnych ról płciowych. Wkrótce dziewczyna zaczyna przekraczać kolejne granice. Coraz mocniej zaczyna ufać swoim przewodnikom i coraz bardziej zatraca się w zmysłowych rozkoszach.

Wszystko się komplikuje, gdy w ten idealnie funkcjonujący układ wkracza Tomasz. Marta nieoczekiwanie musi dokonać wyboru między światłem, jakie wnosi on w jej życie, a znanym już mrokiem żądz.

Wie, że każda decyzja ma swoją cenę. Ale tej, którą przyjdzie jej zapłacić, nie przewidziała nawet w najśmielszych snach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pro­log

Klę­cza­łam na zim­nej pod­ło­dze, czu­jąc, jak ad­re­na­li­na pul­su­je w mo­ich ży­łach. Ser­ce bi­ło mi jak sza­lo­ne, a w po­wie­trzu uno­sił się za­pach skó­rza­nych ak­ce­so­riów i de­li­kat­nej nu­ty wo­sku. By­łam w je­go świe­cie – świe­cie, w któ­rym wła­dza i za­ufa­nie spla­ta­ły się w jed­ną in­ten­syw­ną ca­łość.

Pa­trzy­łam na nie­go, do­mi­na­to­ra, któ­ry stał przede mną z pej­czem w dło­ni. Je­go spoj­rze­nie by­ło prze­ni­kli­we, a uśmiech na twa­rzy zdra­dzał pew­ność sie­bie, któ­ra mnie fa­scy­no­wa­ła. Wie­dzia­łam, że w tej chwi­li to on miał kon­tro­lę, ale w mo­im wnę­trzu tli­ła się iskra bun­tu.

– Cze­kasz na ka­rę? – za­py­tał, a je­go głos był ni­ski i pe­łen mo­cy.

Za­miast od­po­wie­dzieć, unio­słam gło­wę i spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy.

– Mo­że naj­pierw po­wiesz mi za co? – od­po­wie­dzia­łam, czu­jąc, jak mo­je ser­ce przy­spie­sza. Chcia­łam, by wie­dział, że nie za­mie­rzam się pod­dać bez wal­ki.

Je­go brwi unio­sły się w za­sko­cze­niu, a w po­wie­trzu za­pa­no­wa­ła chwi­la na­pię­cia.

– Nie bo­isz się, że to mo­że cię kosz­to­wać? – za­py­tał, a w je­go gło­sie wy­brzmia­ła nu­ta wy­zwa­nia.

– Nie, nie bo­ję się – od­par­łam, czu­jąc, jak ogień we mnie ro­śnie. – Wła­śnie te­go chcę; chcę po­czuć, że je­stem na skra­ju.

Z uśmie­chem, któ­ry zdra­dzał je­go za­mia­ry, zbli­żył się do mnie.

– Cie­ka­we, jak dłu­go wy­trzy­masz, za­nim po­pro­sisz o li­tość – po­wie­dział, a ja po­czu­łam, jak dreszcz prze­bie­ga mi po ple­cach.

W tej chwi­li wie­dzia­łam, że nie za­mie­rzam się pod­dać. Chcia­łam po­czuć każ­de ude­rze­nie, każ­dą chwi­lę na­pię­cia, któ­ra mia­ła mnie zde­fi­nio­wać.

Za­mknę­łam oczy, przy­go­to­wu­jąc się na to, co mia­ło na­dejść. Wie­dzia­łam, że to, co nas cze­ka, bę­dzie nie tyl­ko ka­rą, ale rów­nież od­kry­ciem – od­kry­ciem mo­ich gra­nic, mo­ich pra­gnień i te­go, co na­praw­dę zna­czy od­dać kon­tro­lę.

Wtem po­czu­łam, jak pejcz de­li­kat­nie do­ty­ka mo­ich ple­ców. Je­go do­tyk był jed­no­cze­śnie zim­ny i go­rą­cy. Każ­dy ruch wy­da­wał się prze­my­śla­ny, a ja czu­łam, jak mo­je cia­ło re­agu­je na je­go obec­ność. W tej chwi­li nie by­ło już stra­chu, tyl­ko eks­cy­ta­cja i pra­gnie­nie. Chcia­łam, by mnie pro­wa­dził, by po­ka­zał mi, jak da­le­ko mo­gę się po­su­nąć.

– Pa­mię­taj – po­wie­dział, a je­go głos był jak sze­lest li­ści na wie­trze – to, co się wy­da­rzy, jest mię­dzy na­mi. Za­ufaj mi.

I w tej chwi­li, z każ­dym ude­rze­niem, któ­re mia­ło na­dejść, wie­dzia­łam, że to za­ufa­nie bę­dzie klu­czem do od­kry­cia nie­zna­nych mi do­tąd aspek­tów sa­mej sie­bie.

Pierw­sze ude­rze­nie pej­cza prze­szło przez mo­je cia­ło jak bły­ska­wi­ca, a ja wstrzy­ma­łam od­dech. Ból był in­ten­syw­ny, ale jed­no­cze­śnie uwal­nia­ją­cy. Czu­łam, jak mo­je gra­ni­ce się prze­su­wa­ją, a w mo­im umy­śle ro­dzą się no­we my­śli. Każ­de ko­lej­ne ude­rze­nie by­ło jak me­lo­dia, któ­rej pra­gnę­łam słu­chać. By­łam go­to­wa na wię­cej.

Z każ­dym ude­rze­niem czu­łam, jak mo­je ser­ce bi­je moc­niej, a w mo­im wnę­trzu ro­dzi­ła się si­ła, któ­rej wcze­śniej nie zna­łam. To by­ła chwi­la, kie­dy mo­głam być so­bą, bez żad­nych ma­sek. W tej in­tym­nej prze­strze­ni, w któ­rej ból i przy­jem­ność spla­ta­ły się w jed­no, od­kry­wa­łam sie­bie na no­wo.

– Nie prze­sta­waj – szep­nę­łam, czu­jąc, jak mo­je cia­ło re­agu­je na je­go do­tyk.

Chcia­łam wię­cej, pra­gnę­łam tej in­ten­syw­no­ści, któ­ra spra­wia­ła, że czu­łam się ży­wa. W tej chwi­li wie­dzia­łam, że to do­pie­ro po­czą­tek mo­jej po­dró­ży – po­dró­ży, któ­ra mia­ła mnie zde­fi­nio­wać i od­kryć przede mną no­we ho­ry­zon­ty.

1.

We­szłam do po­ko­ju, czu­jąc de­li­kat­ną eks­cy­ta­cję. Ma­ciej, mój do­tych­cza­so­wy do­mi­nu­ją­cy part­ner, stał obok mnie, a je­go obec­ność do­da­wa­ła mi otu­chy. Po­miesz­cze­nie by­ło przy­tul­ne, z mięk­kim oświe­tle­niem, któ­re two­rzy­ło in­tym­ną at­mos­fe­rę. Na ścia­nach wi­sia­ły róż­no­rod­ne ak­ce­so­ria, obie­cu­ją­ce wy­jąt­ko­we, nie­za­po­mnia­ne do­świad­cze­nia.

W prze­ci­wień­stwie do miesz­ka­nia, w któ­rym spo­ty­ka­łam się z Ma­cie­jem, tu za­pach skó­ry nie był aż tak do­mi­nu­ją­cy, za­stę­po­wał go aro­mat de­li­kat­nych cy­tru­so­wych per­fum Mar­ki­zy.

Do­mi­na by­ła jed­ną z bliż­szych przy­ja­ció­łek mo­je­go mi­strza, jed­nak ja nie­spe­cjal­nie za nią prze­pa­da­łam. Wy­da­wa­ła mi się zbyt pre­ten­sjo­nal­na i przy tym wszyst­kim zbyt do­sko­na­ła, jak­by co­dzien­ne pro­ble­my każ­dej ko­bie­ty wca­le jej nie do­ty­czy­ły. Nie wpły­wa­ło to jed­nak na fakt, że mia­łam do niej sza­cu­nek, wszak ma­ło któ­ry męż­czy­zna z pół­świat­ka był w sta­nie się jej oprzeć.

Ubra­na w ele­ganc­ki skó­rza­ny strój po­wi­ta­ła nas z uśmie­chem, pod­czas gdy przed nią klę­czał na­gi męż­czy­zna ma­su­ją­cy jej sto­py. Mi­mo­wol­nie po­czu­łam na­pię­cie w ca­łym mo­im cie­le, przez chwi­lę za­sta­na­wia­łam się, czy kie­dy­kol­wiek bę­dę choć w nie­wiel­kim pro­cen­cie ta­ka jak ona.

– Sia­daj­cie. – Wska­za­ła na wą­ską so­fę, tak­su­jąc mnie tym prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Jej pew­ność sie­bie by­ła przy­tła­cza­ją­ca i ema­no­wa­ła z każ­de­go ge­stu. – A więc jed­nak… – za­śmia­ła się, prze­no­sząc wzrok na Ma­cie­ja.

Rów­nież spoj­rza­łam na nie­go odro­bi­nę za­sko­czo­na, nie bar­dzo bo­wiem wie­dzia­łam, co ta ko­bie­ta ma na my­śli.

– Mia­łaś ra­cję, nie da się ukształ­to­wać ko­goś, kto wie le­piej, cze­go pra­gnie – za­śmiał się, pusz­cza­jąc do mnie oczko.

A więc roz­ma­wia­li o mnie już wcze­śniej. Nie by­łam za­sko­czo­na, Ma­ciej da­rzył Mar­ki­zę szcze­gól­nym za­ufa­niem. Kie­dyś na­wet się za­sta­na­wia­łam, czy nie łą­czy ich coś głęb­sze­go niż tyl­ko przy­jaźń…

– Po­wi­nie­neś już daw­no ścią­gnąć jej tę ob­ro­żę – po­wie­dzia­ła, wska­zu­jąc na mo­ją szy­ję, gdzie na sym­bo­licz­nej ta­siem­ce za­wie­szo­na by­ła li­ter­ka „M”. Drob­ny, nie­rzu­ca­ją­cy się w oczy sym­bol przy­na­leż­no­ści, któ­ry zdą­ży­łam na­wet po­lu­bić.

– Trud­no roz­stać się z tym, co się lu­bi. – Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– No do­brze, chcesz o coś spy­tać? – Po­sła­ła mi chłod­ne spoj­rze­nie zie­lo­nych oczu.

Za­da­wa­łam py­ta­nia, a ona od­po­wia­da­ła, jak­by zdra­dza­ła mi naj­więk­sze ta­jem­ni­ce świa­ta, jed­no­cze­śnie in­stru­ując męż­czy­znę u swo­ich stóp, w ja­ki spo­sób ma ją do­ty­kać.

– Naj­waż­niej­sze, że­byś ni­g­dy nie da­ła od­czuć, że się wa­hasz. On ma ci ufać i wie­rzyć, że je­steś pew­na te­go, co ro­bisz i mó­wisz – pe­ro­ro­wa­ła, a ja sta­ra­łam się chło­nąć każ­de sło­wo.

Czu­łam, jak w mo­im wnę­trzu bu­dzi się si­ła, o któ­rej wcze­śniej nie mia­łam po­ję­cia. By­łam pod­eks­cy­to­wa­na i za­fa­scy­no­wa­na wszyst­kim, o czym mó­wi­ła.

– My­ślę, że to ta­ka pod­sta­wa te­go, co po­win­naś wie­dzieć. Po­zwo­li­cie, że zo­sta­wię was na mo­ment… – po­wie­dzia­ła, z gra­cją pod­no­sząc się z fo­te­la.

Nie bez za­zdro­ści pa­trzy­łam, jak wraz z wpa­trzo­nym w nią męż­czy­zną opusz­cza po­kój, po­ru­sza­jąc się z wdzię­kiem ni­czym ba­let­ni­ca.

– Jak się czu­jesz, ma­leń­ka? – Szept Ma­cie­ja wy­rwał mnie z za­my­śle­nia.

Jak się czu­łam? By­łam oszo­ło­mio­na, to wszyst­ko dzia­ło się bar­dzo szyb­ko i dy­na­micz­nie. Za­le­d­wie dwa dni wcze­śniej roz­to­czył przede mną wi­zję swo­iste­go przej­ścia na dru­gą stro­nę, a dziś po­zna­wa­łam ar­ka­na owe­go świa­ta.

– Chy­ba do­brze. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. Nie mia­łam ocho­ty te­raz o tym roz­ma­wiać.

– Chy­ba…?

– No do­brze, chodź, dzie­ci­no. Sa­ma teo­ria nie­wie­le ci da. – Na­głe wej­ście Mar­ki­zy prze­rwa­ło son­do­wa­nie mo­ich emo­cji przez mo­je­go to­wa­rzy­sza, mnie za to wpro­wa­dzi­ło w stan osłu­pie­nia.

– Do­kąd? – spy­ta­łam, kie­dy ta cho­dzą­ca kwin­te­sen­cja ko­bie­co­ści zła­pa­ła mnie za rę­kę.

Za­miast od­po­wie­dzieć, po pro­stu za­cią­gnę­ła mnie do dru­gie­go po­ko­ju.

W chwi­li, kie­dy sta­nę­łam w pro­gu, aż za­bra­kło mi po­wie­trza. Na sze­ro­kim łóż­ku, za­ście­lo­nym czar­ną sa­ty­ną, le­żał krzy­żem męż­czy­zna, ten sam, któ­ry jesz­cze chwi­lę te­mu ad­o­ro­wał sto­py Mar­ki­zy. Chło­nę­łam ten wi­dok z za­par­tym tchem, nie­zdol­na zro­bić choć­by krok.

– Po­do­ba ci się?

Py­ta­nie do­mi­ny wy­szep­ta­ne mi pro­sto do ucha nie­mal wwier­ci­ło mi się w mózg.

Nie, nie po­do­ba­ło mi się… Ja by­łam za­chwy­co­na!

Mar­ki­za sta­nę­ła przed męż­czy­zną i zmy­sło­wo prze­su­nę­ła dło­nią po je­go po­licz­ku, chwy­ci­ła je­dwab­ny sznur i przy­wią­za­ła je­go dło­nie do wez­gło­wia.

Każ­dy jej ruch był zmy­sło­wy, pe­łen gra­cji i pew­no­ści sie­bie, wprost nie po­tra­fi­łam ode­rwać od niej oczu.

– Tak się zło­ży­ło, że Piotr tu dzi­siaj jest i chce spra­wić mi przy­jem­ność, po­zwa­la­jąc ci na udział w na­szej ma­łej se­sji – mó­wi­ła, gła­dząc zmy­sło­wo je­go po­li­czek.

Z nie­pew­no­ścią, ale i eks­cy­ta­cją po­de­szłam do niej. Czu­łam na so­bie wzrok Ma­cie­ja, któ­ry sta­nął w drzwiach i pa­trzył na mnie z za­chwy­tem i cie­ka­wo­ścią, co do­da­wa­ło mi od­wa­gi. Mo­je dło­nie de­li­kat­nie śli­zga­ły się po sil­nej po­stu­rze Pio­tra, wpra­wia­jąc w drże­nie je­go skó­rę i mię­śnie. Każ­dy cen­ty­metr je­go cia­ła był dla mnie za­pro­sze­niem. Sto­ją­ca na­prze­ciw­ko mnie Mar­ki­za wsu­nę­ła mi w dłoń pejcz, a dru­gi za­cho­wa­ła dla sie­bie. Po­czu­łam de­li­kat­ne mro­wie­nie wzdłuż krę­go­słu­pa, jak­bym wła­śnie trzy­ma­ła w dło­niach daw­no za­gu­bio­ny skarb… jak­by od za­wsze bra­ko­wa­ło mi tyl­ko te­go skó­rza­ne­go ele­men­tu…

Urze­czo­na, pa­trzy­łam, jak do­mi­na z gra­cją mu­ska je­go cia­ło skó­rza­ny­mi rze­mie­nia­mi, i odro­bi­nę nie­zdar­nie na­śla­do­wa­łam jej ru­chy po dru­giej stro­nie łóż­ka, z każ­dym ko­lej­nym od­kry­wa­łam w so­bie no­we po­kła­dy pew­no­ści sie­bie. Każ­dy gest, każ­da wska­zów­ka spra­wia­ły, że czu­łam się co­raz bar­dziej swo­bod­nie. W mia­rę jak czas mi­jał, at­mos­fe­ra sta­wa­ła się co­raz bar­dziej elek­try­zu­ją­ca. Z za­par­tym tchem sma­ga­łam ba­tem mu­sku­lar­ne cia­ło męż­czy­zny, po­dzi­wia­jąc każ­dą czer­wo­ną prę­gę, ja­ką po so­bie zo­sta­wia­łam. Każ­dą ko­lej­ną de­li­kat­nie mu­ska­łam pal­ca­mi, upew­nia­jąc się, że jest praw­dzi­wa.

Mar­ki­za w tym cza­sie przy uży­ciu stra­po­nu do­pro­wa­dza­ła go na po­gra­ni­cze or­ga­zmicz­nej świa­do­mo­ści, szep­cząc mu coś do ucha, a męż­czy­zna je­dy­nie skam­lał proś­by o zgo­dę na speł­nie­nie…

Czu­łam, że ta chwi­la jest dla mnie prze­ło­mo­wa. W tym mo­men­cie mo­że bra­ko­wa­ło mi gra­cji i do­świad­cze­nia men­tor­ki, ale wie­dzia­łam, że wła­śnie te­go pra­gnę: być ad­re­sat­ką tych próśb i re­ży­ser­ką te­go ma­łe­go te­atru, ja­ki ode­grał się wła­śnie w tej nie­wiel­kiej sy­pial­ni.

Za­ru­mie­nio­na, pod­eks­cy­to­wa­na i roz­pa­lo­na, od­wró­ci­łam się do Ma­cie­ja, któ­ry ski­nął gło­wą z nie­mym uzna­niem.

– Zo­staw­my ich sa­mych – szep­nął, bio­rąc mnie w ra­mio­na.

Wy­szli­śmy z po­ko­ju, trzy­ma­łam się moc­no je­go rę­ki, czu­jąc, że na­sza re­la­cja zy­ska­ła no­wy wy­miar.

By­łam go­to­wa na no­we wy­zwa­nia, peł­na en­tu­zja­zmu i ra­do­ści, go­to­wa od­kry­wać świat do­mi­na­cji z je­go wspar­ciem…

2.

– Prze­cież to nie ma sen­su – jęk­nę­łam ża­ło­śnie, rzu­ca­jąc się na łóż­ko w sy­pial­ni Mar­ki­zy.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na mnie z przy­ga­ną.

– Jak masz za­miar tak joj­czyć, to z pew­no­ścią to nie ma sen­su – prych­nę­ła, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

Mu­szę przy­znać, że mia­ła ogrom­ny za­pas cier­pli­wo­ści do mo­ich mo­men­tów skraj­ne­go zwąt­pie­nia, któ­re prze­ży­wa­łam do­słow­nie co kil­ka mi­nut. Na­kry­łam twarz jed­ną z po­du­szek, wie­dzia­łam, że mia­ła ra­cję, jed­nak co­raz bar­dziej wąt­pi­łam, czy je­stem w sta­nie so­bie po­ra­dzić.

– O co tym ra­zem cho­dzi?

– Po­myśl sa­ma, kto bę­dzie chciał w ja­ki­kol­wiek spo­sób od­dać się w rę­ce żół­to­dzio­ba? – To był dla mnie naj­więk­szy pro­blem, brak do­świad­cze­nia zde­cy­do­wa­nie za­bu­rzał mo­ją pew­ność sie­bie.

– Dru­gi żół­to­dziób? – ro­ze­śmia­ła się, a ja, chcąc nie chcąc, po chwi­li do niej do­łą­czy­łam i po­czu­łam de­li­kat­ne roz­luź­nie­nie.

W ostat­nich dniach bar­dzo po­lu­bi­łam tę ko­bie­tę, obo­je z Ma­cie­jem by­li nie­mal jak kli­ma­tycz­ni ro­dzi­ce. Przy każ­dej oka­zji udzie­la­li mi róż­nych wska­zó­wek, sta­ra­jąc się prze­ka­zać mi wszyst­ko to, co we­dług nich by­ło naj­waż­niej­sze.

– Do­da­łaś już anons na któ­rymś z por­ta­li?

– Tak, Ma­ciej mi po­mógł.

Dzień wcze­śniej dwie go­dzi­ny spę­dzi­li­śmy na re­da­go­wa­niu od­po­wied­nie­go ogło­sze­nia o po­szu­ki­wa­niu sub­mi­syj­ne­go. Mia­ło być w mia­rę rze­czo­we i od­po­wied­nio in­try­gu­ją­ce. Przy­znam, że oso­bi­ście nie by­łam za­do­wo­lo­na z osta­tecz­nej wer­sji, jed­nak zda­łam się w tej kwe­stii na mo­je­go men­to­ra, wszak znał się na tym du­żo le­piej niż ja.

– I jak?

– Nie mam po­ję­cia, jesz­cze nie spraw­dza­łam.

Spoj­rza­ła na mnie z ta­kim wy­ra­zem twa­rzy, jak­bym co naj­mniej ukra­dła jej naj­lep­sze szpil­ki.

– I na co cze­kasz? Aż któ­ryś z nich od­naj­dzie cię ję­czą­cą w mo­im losz­ku i za­cznie bła­gać, że­byś od­czy­ta­ła je­go wia­do­mość?

Jej sar­ka­stycz­ny ton wpra­wił mnie w za­kło­po­ta­nie. Wie­dzia­łam, że ma ra­cję, jed­nak czy fak­tycz­nie czu­łam się go­to­wa na ko­lej­ny krok? Nie bar­dzo, choć wie­dzia­łam, że im dłu­żej bę­dę zwle­kać, tym trud­niej bę­dzie ten krok wy­ko­nać.

Nie­chęt­nie wy­ję­łam lap­to­pa z tor­by i za­lo­go­wa­łam się do por­ta­lu zrze­sza­ją­ce­go kli­ma­tycz­ną spo­łecz­ność. Po­wo­li wer­to­wa­łam wia­do­mo­ści i pro­fi­le użyt­kow­ni­ków, przy­znam, że nie spo­dzie­wa­łam się du­że­go za­in­te­re­so­wa­nia – licz­ba wia­do­mo­ści by­ła jed­nak po­kaź­na.

Mar­ki­za przy­sia­dła ra­zem ze mną i co ja­kiś czas wy­mie­nia­ły­śmy uwa­gi na te­mat róż­nych wia­do­mo­ści – by­ły na­praw­dę prze­róż­ne. Od cał­kiem rze­czo­wych po pry­mi­tyw­ne, pi­sa­ne z tak kiep­ską or­to­gra­fią, że aż oczy bo­la­ły. Nie­któ­re się du­blo­wa­ły, in­ne z ca­łą pew­no­ścią roz­sy­ła­ne by­ły na za­sa­dzie ko­piuj-wklej.

Jed­no by­ło pew­ne: nie mia­łam po­ję­cia, na któ­re w ogó­le po­win­nam zwró­cić uwa­gę. Mar­ki­za nie by­ła zbyt po­moc­na, ale nie mo­głam mieć do niej pre­ten­sji – osta­tecz­nie to ja mia­łam zde­cy­do­wać, z kim ewen­tu­al­nie się spo­tkam i czy w ogó­le z kimś…

***

Sie­dzia­łam w nie­wiel­kiej ka­wia­ren­ce w jed­nej z bocz­nych uli­czek Sta­re­go Ryn­ku.

By­łam pod­eks­cy­to­wa­na i zde­ner­wo­wa­na, ale sta­ra­łam się kon­tro­lo­wać emo­cje, że­by te­go po so­bie nie po­ka­zać. Przez mo­ment się za­sta­na­wia­łam, czy nie za­mó­wić ja­kie­goś lek­kie­go drin­ka dla ku­ra­żu, ale osta­tecz­nie wo­la­łam za­cho­wać ja­sny umysł. Mia­łam już do­świad­cze­nie w spo­tka­niach w ciem­no z cza­sów, kie­dy szu­ka­łam do­mi­nan­ta, za­nim tra­fi­łam na Ma­cie­ja, i do­sko­na­le wie­dzia­łam, jak bar­dzo myl­na mo­że być oce­na dru­giej oso­by po­zna­nej w in­ter­ne­cie. Skry­cie li­czy­łam, że tym ra­zem jed­nak do­pi­sze mi szczę­ście.

Znu­dzo­na, za­czę­łam ba­wić się czar­ną ró­żą, któ­rą po­ło­ży­łam na sto­li­ku przed so­bą. To miał być znak roz­po­znaw­czy – każ­de z nas mia­ło przy­nieść bar­wio­ną na czar­no ró­żę. Wpadł na to Ma­ciej, któ­ry ka­te­go­rycz­nie od­ra­dzał mi wy­sy­ła­nia swo­ich zdjęć. Roz­wa­ża­łam ta­ką moż­li­wość, ale osta­tecz­nie po­sta­no­wi­łam go po­słu­chać. Wpro­wa­dze­nie au­ry ta­jem­ni­czo­ści do­dat­ko­wo pod­sy­ca­ło eks­cy­ta­cję.

Za­uwa­ży­łam go od ra­zu, kie­dy tyl­ko wszedł do ka­wiar­ni. Nie był prze­sad­nie wy­so­ki ani mu­sku­lar­ny, ra­czej nie rzu­cał się w oczy, a jed­nak do­sko­na­le wie­dzia­łam, że to on, za­nim do­strze­głam prze­klę­ty czar­ny kwiat w je­go dło­ni. Szyb­ko po­ko­nu­jąc na­gły atak pa­ni­ki, wrzu­ci­łam swo­ją ró­żę do to­reb­ki i za­nim zdą­żył od­wró­cić się w mo­ją stro­nę, nie­mal wbie­głam do ła­zien­ki. Drżą­cy­mi rę­ka­mi wy­bie­ra­łam nu­mer Ma­cie­ja, sta­ra­jąc się przy tym choć tro­chę uspo­ko­ić od­dech.

– Ma­ciej, mu­sisz mnie stąd na­tych­miast wy­cią­gnąć – wy­krztu­si­łam, za­nim zdą­żył po­wie­dzieć choć­by sło­wo.

– Co się sta­ło? – za­py­tał spo­koj­nie, choć nut­ka nie­po­ko­ju da­ła się wy­raź­nie wy­czuć w je­go gło­sie.

– Po pro­stu przy­jedź, je­stem w ła­zien­ce, w Fi­li­żan­ce na Sta­rym Mie­ście, nie mo­gę stąd wyjść – wy­szep­ta­łam, sta­ra­jąc się, że­by dwie ko­bie­ty, któ­re wła­śnie we­szły do po­miesz­cze­nia, nie sły­sza­ły te­go, co mó­wię.

– Już ja­dę, po­wiedz mi tyl­ko, co zro­bił ten skur­wy­syn? Gro­ził ci? Po­wie­dział coś? Do­ty­kał cię?

– Nic z tych rze­czy, na­wet z nim nie roz­ma­wia­łam – przy­zna­łam.

Sły­sza­łam, jak wzdy­cha, skon­ster­no­wa­ny, ale obie­cał, że za­raz bę­dzie. Roz­łą­czy­łam się i szyb­ko wło­ży­łam nad­garst­ki pod zim­ną wo­dę, że­by choć tro­chę uko­ić ner­wy. Zu­peł­nie nie mia­łam po­my­słu, jak nie­spo­strze­że­nie wyjść z ła­zien­ki, ure­gu­lo­wać ra­chu­nek i opu­ścić ten prze­klę­ty lo­kal. Tan­det­na ró­ża wy­sta­ją­cą z mo­jej to­reb­ki zda­wa­ła się ze mnie drwić, więc wście­kła po­ła­ma­łam ją i wrzu­ci­łam do nie­wiel­kie­go śmiet­ni­ka, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na ko­bie­ty, któ­re tuż obok po­pra­wia­ły ma­ki­jaż, we­so­ło ga­wę­dząc.

Mia­łam wra­że­nie, że mi­nę­ła ca­ła wiecz­ność, za­nim Ma­ciej za­sy­gna­li­zo­wał mi, że jest już w lo­ka­lu.

Spa­ni­ko­wa­na, za­sta­na­wia­łam się nad tym, co zro­bić da­lej, bo­wiem ku­sa ko­ron­ko­wa su­kien­ka i wy­so­kie szpil­ki, któ­re wy­bra­ła dla mnie Mar­ki­za, z pew­no­ścią nie czy­ni­ły mnie nie­wi­dzial­ną. Wście­kła, prze­kli­na­łam w my­ślach i sie­bie, i do­mi­nę, któ­ra każ­dy z wy­bra­nych prze­ze mnie stro­jów uzna­wa­ła za sty­li­za­cję god­ną człon­ki­ni Klu­bu Dzie­wic.

Męż­czy­zna, z któ­rym mia­łam się dziś spo­tkać, był wie­lo­let­nim przy­ja­cie­lem mo­je­go oj­ca. Znał mnie prak­tycz­nie od nie­mow­lę­cia, nie by­ło mo­wy, że­by mógł mnie tu zo­ba­czyć – na­wet bez tej prze­klę­tej ró­ży ła­two by się do­my­ślił, co tu ro­bię…

Nie bar­dzo wie­dząc, co da­lej, za­mknę­łam się w jed­nej z dwóch ka­bin. Prze­kli­na­łam w my­ślach, że nikt nie za­ło­żył tak skraj­nych sy­tu­acji i nie po­my­ślał, że w ka­wiar­nia­nych ła­zien­kach przy­da­ło­by się ja­kieś okno…

***

– Nie wie­rzę, po pro­stu nie wie­rzę: sie­dzia­łaś dwie go­dzi­ny w tej pie­przo­nej ła­zien­ce? – Mar­ki­za nie­mal pła­ka­ła ze śmie­chu, kie­dy te­go sa­me­go wie­czo­ra w koń­cu zja­wi­li­śmy się u niej z Ma­cie­jem i wspól­ny­mi si­ła­mi re­fe­ro­wa­li­śmy to, co się wy­da­rzy­ło.

Przy­tak­nę­łam, cho­wa­jąc twarz w dło­niach. By­łam wy­koń­czo­na, jed­nak mi­mo wszyst­ko i mnie ba­wił ab­surd tej sy­tu­acji.

– Gdy­byś zo­ba­czy­ła mi­ny kel­ne­rek, któ­re nie mia­ły po­ję­cia, co jest gra­ne… Dziew­czy­na zo­sta­wia płaszcz, nie­do­pi­tą ka­wę i zni­ka w ła­zien­ce na wiecz­ność!

– Na­wet nie chcę wie­dzieć, co one so­bie my­śla­ły – jęk­nę­łam, przy­po­mi­na­jąc so­bie za­sko­czo­ną ob­słu­gę, kie­dy w koń­cu wró­ci­łam na sa­lę i jak gdy­by ni­g­dy nic po­pro­si­łam o ra­chu­nek…

– Trze­ba mieć nie­by­wa­łe szczę­ście, że­by na sa­mym star­cie za­li­czyć coś ta­kie­go. – Mar­ki­za po­kle­pa­ła mnie po ple­cach po­krze­pia­ją­co.

Nie da się te­go ukryć: praw­do­po­do­bień­stwo, że coś ta­kie­go się wy­da­rzy, jest tak sa­mo moż­li­we jak tra­fie­nie szóst­ki w lot­to…

Mi­mo wszyst­ko nie znie­chę­ci­ło mnie to i nim wy­bi­ła pół­noc, wy­stu­ka­łam na kla­wia­tu­rze za­pro­sze­nie na spo­tka­nie do ko­lej­ne­go z li­sty po­ten­cjal­nych ule­głych…

3.

– Je­steś kom­plet­nie nie­od­po­wie­dzial­na! Czy cho­ciaż przez jed­ną chwi­lę po­my­śla­łaś o tym, co ro­bisz? – Ma­ciej mio­tał się po po­ko­ju, tro­chę przy­po­mi­na­jąc wście­kłe­go ty­gry­sa.

Nie pa­mię­tam, czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej wi­dzia­łam go w ta­kim sta­nie. Sie­dzia­łam z opusz­czo­ną gło­wą na so­fie w miesz­ka­niu Mar­ki­zy, nie­zdol­na do choć­by naj­mniej­sze­go ko­men­ta­rza. Sta­ran­nie zro­bio­ny ma­ki­jaż spły­wał mi ze łza­mi, pla­miąc po­szar­pa­ną su­kien­kę. Ko­bie­ta po­da­ła mi lód, któ­ry przy­ję­łam z wdzięcz­no­ścią i przy­ło­ży­łam do spuch­nię­tej war­gi.

– Ma­ciej, nie krzycz na nią, prze­cież ona jest prze­ra­żo­na – upo­mnia­ła go do­mi­na, zaj­mu­jąc miej­sce obok mnie.

– Prze­ra­żo­na? Co ci strze­li­ło do gło­wy? Za­cho­wa­łaś się jak tę­pa idiot­ka.

Je­go sło­wa bo­la­ły bar­dziej niż sma­ga­nia cięż­kim skó­rza­nym pa­sem, mi­mo to nie mo­głam się z nim nie zgo­dzić.

Męż­czy­zna, z któ­rym się spo­tka­łam, spra­wiał wra­że­nie sym­pa­tycz­ne­go. Był nie­wie­le star­szy ode mnie, rów­nież nie miał du­że­go do­świad­cze­nia. Ma­ilo­wa­ło nam się świet­nie, po­dob­nie po­strze­ga­li­śmy róż­ne aspek­ty ży­cia, rów­nież te cał­ko­wi­cie nie­zwią­za­ne z kli­ma­ta­mi… To on wy­szedł z ini­cja­ty­wą spo­tka­nia w bar­dziej ustron­nym miej­scu niż ka­wiar­nia, w któ­rej za­wsze jest spo­ro lu­dzi. Nie wi­dzia­łam w tym nic złe­go, wy­da­wa­ło mi się, że bar­dziej in­tym­ne oko­licz­no­ści po­zwo­lą na więk­szą otwar­tość w roz­mo­wie, tym sa­mym przy­ję­łam za­pro­sze­nie do je­go miesz­ka­nia. Moi men­to­rzy wie­dzie­li, że mam się z kimś spo­tkać, jed­nak o szcze­gó­łach spo­tka­nia ich nie in­for­mo­wa­łam. Od nie­for­tun­nej przy­go­dy za­koń­czo­nej w ka­wiar­nia­nej ła­zien­ce mi­nę­ło tro­chę cza­su i jak do­tąd nie po­trze­bo­wa­łam ich in­ter­wen­cji.

Do­tar­łam na miej­sce przed cza­sem, ob­skur­na ka­mie­ni­ca nie ro­bi­ła do­bre­go wra­że­nia, ale by­łam tak bar­dzo cie­ka­wa męż­czy­zny i te­go, czy w re­alu rów­nież bę­dzie nam się tak ła­two po­ro­zu­mieć, że cał­ko­wi­cie to zi­gno­ro­wa­łam.

Był wy­so­ki, cia­sny T-shirt pod­kre­ślał je­go spor­to­wą syl­wet­kę i choć nie wy­da­wał mi się prze­sad­nie przy­stoj­ny, moż­na by­ło go uznać za atrak­cyj­ne­go. Po­wi­tał mnie z uśmie­chem, jed­nak mo­jej uwa­dze nie umknę­ło, że krót­ka czar­na su­kien­ka zro­bi­ła na nim od­po­wied­nie wra­że­nie…

– Za­pra­szam. Cze­go się na­pi­jesz? Ka­wy? Her­ba­ty? Drin­ka? – Mi­mo wszyst­ko za­cho­wy­wał się swo­bod­nie, jak­by­śmy by­li pa­rą zna­jo­mych, nie ty­tu­ło­wał mnie zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cy­mi nor­ma­mi, co wca­le mi nie prze­szka­dza­ło i po­wo­do­wa­ło, że roz­mo­wa przy­cho­dzi­ła na­tu­ral­nie.

By­łam roz­luź­nio­na i choć spo­tka­nie cał­kiem od­bie­ga­ło od tych, któ­re mia­łam za so­bą, ba­wi­łam się do­brze…

– No, to mo­że przejdź­my do rze­czy… – za­pro­po­no­wał, po­da­jąc mi ko­lej­ne­go już drin­ka i sia­da­jąc obok mnie na nie­wiel­kiej so­fie.

Był zde­cy­do­wa­nie zbyt bli­sko, ale sta­ra­łam się nie oka­zać, że mnie to krę­pu­je.

– Oczy­wi­ście nie do koń­ca wiem, jak to po­strze­gasz, ale chcia­ła­bym przede wszyst­kim, aby by­ła to do­bra za­ba­wa dla nas oboj­ga… – Urwa­łam, kie­dy je­go dłoń wsu­nę­ła się nie­spo­dzie­wa­nie pod mo­ją su­kien­kę.

– Dla mnie z pew­no­ścią bę­dzie to do­bra za­ba­wa – za­śmiał się bez­czel­nie.

– Prze­stań – upo­mnia­łam go, od­trą­ca­jąc je­go na­tar­czy­wą dłoń, jed­nak z mar­nym skut­kiem. Czu­łam, jak wszyst­ko wy­my­ka mi się spod kon­tro­li.

– No już, ma­ła, prze­cież te­go wła­śnie chcesz – ro­ze­śmiał się, ła­piąc mnie za kark.

Dru­gą rę­ką ze­rwał ze mnie czar­ne strin­gi utka­ne z cie­niut­kiej ko­ron­ki, któ­ra nie wy­trzy­ma­ła na­wet jed­ne­go szarp­nię­cia. Mio­ta­łam się i wy­ry­wa­łam, jed­nak wy­pi­ty al­ko­hol wca­le mi w tym mo­men­cie nie po­ma­gał, po­za tym mój na­past­nik był du­żo sil­niej­szy ode mnie.

– Zo­staw mnie! – Mo­je krzy­ki nie ro­bi­ły na nim żad­ne­go wra­że­nia, ale wie­dzia­łam, że nie mo­gę się pod­dać.

– Daj spo­kój, prze­cież o to w tym cho­dzi, ma­rzy ci się, że­by ktoś cię prze­le­ciał, dziw­ko – war­czał, sta­ra­jąc się jed­no­cze­śnie mnie przy­trzy­mać i roz­piąć spodnie.

To był uła­mek se­kun­dy, uda­ło mi się wy­śli­zgnąć z je­go uchwy­tu i chwy­cić sto­ją­cą na sto­le szklan­kę z drin­kiem, któ­re­go za­ser­wo­wał mi wcze­śniej. Nie mia­łam cza­su na wa­ha­nie, więc po pro­stu chlu­snę­łam mu w twarz al­ko­ho­lem. Za­sy­czał, kie­dy płyn do­stał mu się do oczu, i choć zdą­żył ude­rzyć mnie w twarz, ad­re­na­li­na za­dzia­ła­ła za mnie. Ze­rwa­łam się z ka­na­py i po­bie­głam do wyj­ścia, po dro­dze chwy­ta­jąc tyl­ko to­reb­kę. Bie­głam, nie ma­jąc od­wa­gi od­wró­cić się za sie­bie, by­ło mi wszyst­ko jed­no, chcia­łam jak naj­szyb­ciej zna­leźć się moż­li­wie naj­da­lej…

Oczy­wi­ście na ca­łym świe­cie by­ła tyl­ko jed­na oso­ba, do któ­rej mo­głam za­dzwo­nić. Ta sa­ma, któ­ra na wi­dok nę­dzy i roz­pa­czy, ja­kie so­bą przed­sta­wia­łam, wpa­dła w ist­ną fu­rię.

***

Re­fe­ro­wa­łam im prze­bieg te­go spo­tka­nia spo­koj­nym, wy­pru­tym z emo­cji gło­sem. Tro­chę tak, jak­bym opo­wia­da­ła o czymś, co wi­dzia­łam, a nie o tym, co prze­ży­łam. Ni­by nie sta­ło się nic, a jed­nak coś…

Nie zwra­ca­łam uwa­gi na peł­ne wście­kło­ści sło­wa mo­je­go mi­strza. Miał ra­cję we wszyst­kim – by­łam tę­pą idiot­ką, któ­ra sa­ma pro­si­ła się o tra­ge­dię…

Z wdzięcz­no­ścią przy­ję­łam pro­po­zy­cję Mar­ki­zy, aby tę noc spę­dzić u niej. Ostat­nia rzecz, na ja­ką mia­łam ocho­tę, to nie­wy­god­ne py­ta­nia ro­dzi­ców.

Mi­mo że wszyst­kie emo­cje po­wo­li ze mnie wy­pa­ro­wy­wa­ły, dłu­go nie mo­głam za­snąć. Sły­sza­łam, jak moi men­to­rzy roz­ma­wia­ją w dru­gim po­ko­ju, i nie­trud­no by­ło się do­my­ślić, że je­stem te­ma­tem tej dys­ku­sji.

Nad ra­nem mia­łam już go­to­wy plan.

Ci­cho, tak że­by nie zbu­dzić do­mi­ny, po­ży­czy­łam jej dres i skre­śliw­szy kil­ka słów na kart­ce, opu­ści­łam miesz­ka­nie.

Kie­dy wy­jeż­dża­łam z mia­sta, ryt­micz­ny stu­kot po­cią­gu po­wo­li mnie uspo­ka­jał. Cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc wi­bru­ją­cy te­le­fon, za­mknę­łam oczy i de­lek­to­wa­łam się zmy­sło­wym gło­sem To­ma Jo­ne­sa w mo­ich słu­chaw­kach.

Jak się póź­niej do­wie­dzia­łam, mo­ja wia­do­mość „Prze­pra­szam, że oka­za­łam się ta­ką idiot­ką…” do­pro­wa­dzi­ła Mar­ki­zę do fu­rii, któ­ra przy­ćmi­ła na­wet tem­pe­ra­ment mo­je­go by­łe­go ma­ste­ra…

4.

– Uwa­żaj na sie­bie i od­zy­waj się czę­ściej… – Zu­za ści­ska­ła mnie na po­że­gna­nie.

Przy­jaź­ni­ły­śmy się od cza­sów przed­szkol­nych. By­ła je­dy­ną oso­bą, u któ­rej mo­głam po­ja­wić się o każ­dej po­rze dnia i no­cy. Ni­g­dy nie za­da­wa­ła py­tań, dla­te­go opusz­cza­jąc miesz­ka­nie Mar­ki­zy, wie­dzia­łam, że je­śli gdzie­kol­wiek bę­dę w sta­nie od­na­leźć spo­kój, to tyl­ko u Zu­zy.

– Bę­dę – obie­ca­łam, wsia­da­jąc do po­cią­gu.

Na­de­szła po­ra, by wró­cić do do­mu.

Za­ję­łam miej­sce w pu­stym prze­dzia­le i przez chwi­lę za­sta­na­wia­łam się nad tym, co po­win­nam zro­bić. Z pa­rą do­mi­na­tów nie roz­ma­wia­łam od cza­su te­go fe­ral­ne­go wie­czo­ru. Oczy­wi­ście sta­ra­li się do mnie do­dzwo­nić, wy­bie­ra­jąc mój nu­mer po kil­ka­dzie­siąt ra­zy dzien­nie, wy­sy­ła­li set­ki SMS-ów, jed­nak po­zo­sta­wia­łam je bez od­po­wie­dzi. Po­trze­bo­wa­łam ochło­nąć i od­ciąć się od te­go wszyst­kie­go, co w ostat­nim cza­sie mnie przy­tło­czy­ło. Nie mia­łam pre­ten­sji do żad­ne­go z nich – błęd­nie oce­ni­łam ry­zy­ko i sa­ma so­bie by­łam win­na. Po pro­stu by­ło mi źle z my­ślą, że w ja­kimś stop­niu ich za­wio­dłam.

– Prze­pra­szam, wol­ne?

Py­ta­nie pa­dło tak nie­spo­dzie­wa­nie, że aż pod­sko­czy­łam. W drzwiach prze­dzia­łu sta­ło dwóch męż­czyzn. Pa­trzy­li na mnie wy­cze­ku­ją­co, więc ski­nę­łam gło­wą, uświa­da­mia­jąc so­bie, że cze­ka­ją na od­po­wiedź. Roz­sie­dli się na wol­nych miej­scach i przez mo­ment o czymś dys­ku­to­wa­li. Obaj by­li wy­so­cy, mu­sku­lar­ni, aż tęt­nią­cy te­sto­ste­ro­nem. Mi­mo­wol­nie w mo­jej gło­wie roz­brzmia­ły sło­wa mo­jej bab­ci:

– Za­wsze wy­bie­raj miej­sce, gdzie są już ja­cyś lu­dzie; wy­bie­raj star­szych pa­sa­że­rów, bo sta­no­wią mniej­sze za­gro­że­nie, naj­le­piej ko­bie­ty. Ko­bie­ta nie zro­bi krzyw­dy dru­giej ko­bie­cie.

Od­go­ni­łam po­spiesz­nie te my­śli, prze­cież był śro­dek dnia, a w po­cią­gu po­dró­żo­wa­ło mnó­stwo in­nych lu­dzi – nic mi nie gro­zi­ło. Mi­mo to nie czu­łam się kom­for­to­wo. Ostat­nie do­świad­cze­nia od­ci­snę­ły na mnie więk­sze pięt­no, niż my­śla­łam. Roz­wa­ża­łam wła­śnie, czy nie opu­ścić prze­dzia­łu i nie po­szu­kać in­ne­go miej­sca, kie­dy je­den z męż­czyzn za­gad­nął:

– Nie bo­isz się tak sa­ma po­dró­żo­wać?

Mi­mo­wol­nie po­czu­łam, jak ca­łe mo­je cia­ło się spi­na, by­łam ni­czym spa­ra­li­żo­wa­na.

– Spo­koj­nie, z na­mi nic ci nie gro­zi – ro­ze­śmiał się dru­gi, ewi­dent­nie wy­czu­wa­jąc ro­sną­cą we mnie pa­ni­kę.

– Jak masz na imię? – za­py­tał ten pierw­szy.

Spoj­rza­łam na nie­go. Po­my­śla­łam wte­dy, że na­wet je­śli jest psy­cho­pa­tycz­nym mor­der­cą gra­su­ją­cym w po­cią­gach, to mi­mo wszyst­ko ma wspa­nia­łe oczy. Ich ko­lor przy­po­mi­nał so­czy­stą tra­wę po desz­czu. Czu­łam się jak za­hip­no­ty­zo­wa­na, to­nę­łam w wi­rze je­go spoj­rze­nia i w tym ułam­ku se­kun­dy znik­nął ca­ły strach.

– Mar­ta – wy­krztu­si­łam w koń­cu, kie­dy ła­ska­wie mo­je zwo­je mó­zgo­we za­iskrzy­ły, przy­po­mi­na­jąc o za­da­nym py­ta­niu.

– Bar­dzo ład­nie, ja je­stem To­mek, a ten dzie­ciak to mój brat Mi­chał – za­śmiał się we­so­ło ku obu­rze­niu dru­gie­go męż­czy­zny.

Te­raz do­pie­ro do­strze­głam, że jest on młod­szy, praw­do­po­dob­nie w mo­im wie­ku. Nie by­ło za­tem po­wo­dów do pa­ni­ki. Nikt tu dzi­siaj ni­ko­go nie za­mor­du­je…

Po­dróż mi­nę­ła za­ska­ku­ją­co szyb­ko, przez ca­łą dro­gę mi­ło ga­wę­dzi­li­śmy i żar­to­wa­li­śmy. Pod ko­niec ża­ło­wa­łam na­wet, że nie mo­gę je­chać z ni­mi da­lej. Nie­ste­ty, te na­głe wa­ka­cje mu­sia­ły się już skoń­czyć.

Wte­dy jesz­cze nie mia­łam po­ję­cia, że te zie­lo­ne oczy, w któ­rych uto­nę­łam, bę­dą prze­śla­do­wać mnie w snach do koń­ca ży­cia.

***

– Gdzieś ty się po­dzie­wa­ła? Zresz­tą nie­waż­ne. Tak się cie­szę, że cię wi­dzę… – Mar­ki­za nie­mal rzu­ci­ła mi się na szy­ję, kie­dy go­dzi­nę póź­niej sta­nę­łam w pro­gu jej miesz­ka­nia. Prak­tycz­nie si­łą za­cią­gnę­ła mnie do po­ko­ju, gdzie na so­fie sie­dział na­gi mło­dy męż­czy­zna. – Ko­niec na dzi­siaj, zejdź mi z oczu – rzu­ci­ła w je­go stro­nę oschle.

Męż­czy­zna chciał coś po­wie­dzieć, ale pod wpły­wem jej spoj­rze­nia chy­ba zre­zy­gno­wał i ze spusz­czo­nym wzro­kiem wy­co­fał się z po­miesz­cze­nia.

– Nie prze­szka­dzaj­cie so­bie, wpad­nę kie­dy in­dziej… – Czu­łam się nie­zręcz­nie, zu­peł­nie nie wzię­łam pod uwa­gę, że do­mi­na mo­że nie być sa­ma.

– Daj spo­kój, ta mier­no­ta i tak już mnie dzi­siaj iry­tu­je, przyj­dzie in­nym ra­zem, nic mu nie bę­dzie. – Mach­nę­ła rę­ką lek­ce­wa­żą­co. – Ty zo­sta­jesz, ma­my do po­ga­da­nia…

Ma­ciej zja­wił się prak­tycz­nie pa­rę mi­nut póź­niej, do­my­śli­łam się, że ko­bie­ta mu­sia­ła go po­in­for­mo­wać o mo­jej wi­zy­cie. Sta­nął przede mną i spoj­rzał na mnie chłod­no.

– Masz szczę­ście, że nie je­steś już mo­ją… Za ten nu­mer na­le­ży ci się ta­kie la­nie, że­byś przez na­stęp­ny rok nie by­ła w sta­nie usiąść.

Wbrew wszyst­kie­mu groź­ba, bę­dą­ca po czę­ści obiet­ni­cą, wy­wo­ła­ła zna­jo­mą fa­lę pod­nie­ce­nia roz­pa­la­ją­cą mnie od środ­ka. Czu­łam, jak pa­lą­cy ru­mie­niec za­le­wa mi po­licz­ki, war­gi wy­sy­cha­ją, a od­dech przy­spie­sza…

– O nie, moi dro­dzy! Na­wet o tym nie my­śl­cie!

Głos Mar­ki­zy spro­wa­dził mnie na zie­mię i szyb­ko chwy­ci­łam szklan­kę z wo­dą, sta­ra­jąc się ukryć zmie­sza­nie, na szczę­ście zim­ny płyn ostu­dził odro­bi­nę ten na­gły wy­buch.

– Po pierw­sze chcia­łam was prze­pro­sić za to, że znik­nę­łam bez sło­wa… – za­czę­łam, kie­dy odro­bi­nę ochło­nę­łam.

– Dla­cze­go nie od­bie­ra­łaś te­le­fo­nu? Nie od­po­wia­da­łaś na wia­do­mo­ści? Czy ty zda­jesz so­bie spra­wę, co nam przy­cho­dzi­ło do gło­wy? – Mar­ki­za usia­dła obok i ob­ję­ła mnie ra­mie­niem.

– Wy­bacz­cie. Po pro­stu po­trze­bo­wa­łam ochło­nąć. Po­za tym wiem, że was za­wio­dłam…

– O czym ty mó­wisz, dzie­ci­no? Ni­ko­go nie za­wio­dłaś. – Ma­ciej kuc­nął przede mną i ujął mo­ją twarz w dłoń.

Przez chwi­lę wal­czy­łam ze so­bą, jed­nak de­li­kat­ność te­go ge­stu cał­kiem mnie roz­tro­iła, łzy za­pie­kły mnie pod po­wie­ka­mi, a ja po­zwo­li­łam im spły­nąć po po­licz­kach.

– Już do­brze, ma­ła, naj­waż­niej­sze, że je­steś ca­ła i zdro­wa.

Mie­li ra­cję, by­łam ca­ła i zdro­wa – to li­czy­ło się naj­bar­dziej. Nie by­ło sen­su za­tra­cać się w roz­wa­ża­niach, co mo­gło się wy­da­rzyć. Trze­ba by­ło się pod­nieść i iść da­lej, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Kie­dy wró­ci­łam do do­mu, w mo­im te­le­fo­nie cze­ka­ła wia­do­mość od wła­ści­cie­la oczu, w któ­rych głę­bi do­strze­głam od­bi­cie la­sów, łąk i gór­skich szczy­tów… tych, w któ­rych uto­nę nie­zli­czo­ną ilość ra­zy…

5.

Na­wet je­śli po ostat­nich wy­da­rze­niach czu­łam nie­chęć do ko­lej­nych spo­tkań z pre­ten­den­ta­mi na sub­mi­syj­nych, nie trwa­ło to dłu­go. Oczy­wi­ście do­ping ze stro­ny men­to­rów, któ­rzy sub­tel­nie sta­ra­li się mnie prze­ko­nać, abym nie re­zy­gno­wa­ła z za­spa­ka­ja­nia swo­ich pra­gnień, rów­nież miał na to wpływ.

W efek­cie za­le­d­wie kil­ka dni póź­niej po­wo­li zmie­rza­łam do naj­star­szej ka­wiar­ni w mie­ście, gdzie, jak to ma­wia­ła Mar­ki­za, mia­ła od­być się ko­lej­na tu­ra ca­stin­gu.

Wy­strój przy­wo­dził na myśl wcze­sny PRL, zu­peł­nie jak­by czas w tym miej­scu się za­trzy­mał. By­łam prze­ko­na­na, że me­nu rów­nież pa­mię­ta cza­sy ko­mu­ny… Miej­sce to mie­ści­ło się jed­nak na ty­le bli­sko miesz­ka­nia Ma­cie­ja, że w ra­zie kło­po­tów ten mógł zja­wić się tu w kil­ka mi­nut.

Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, kie­dy we­szłam do lo­ka­lu, już na mnie cze­kał mło­dy męż­czy­zna. Nie mia­łam pro­ble­mów z iden­ty­fi­ka­cją – sa­mot­ny, bar­wio­ny na czar­no kwiat był tak wi­docz­ny, że nie da­ło się go prze­oczyć. Bez więk­sze­go wa­ha­nia po­de­szłam do sto­li­ka i się przy­wi­ta­łam.

– Dzień do­bry, ma­da­me. Bar­dzo się cie­szę, że zna­la­zła pa­ni dla mnie czas. Po­zwo­li­łem so­bie za­mó­wić dla pa­ni ka­wę i kla­sycz­ny de­ser, ale oczy­wi­ście je­śli nie ma pa­ni ocho­ty… – Był zde­ner­wo­wa­ny, sło­wa wy­rzu­cał z sie­bie z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Wzrok miał roz­bie­ga­ny, ru­chy cha­otycz­ne.

Po­my­śla­łam na­wet, że za mo­ment ca­łe je­go za­mó­wie­nie wy­lą­du­je na pod­ło­dze.

– Spo­koj­nie, jest okej – uspo­ko­iłam go, choć pu­cha­rek le­gu­mi­ny nie wy­glą­dał za­chę­ca­ją­co.

Przez chwi­lę ga­wę­dzi­li­śmy zu­peł­nie o ni­czym. Chcia­łam dać mu szan­sę tro­chę się roz­luź­nić, w koń­cu nie za­le­ża­ło mi na tym, aby był ze­stre­so­wa­ny cha­rak­te­rem te­go spo­tka­nia.

Był in­try­gu­ją­cy. Miał moc­ne ry­sy twa­rzy, któ­re przy­cią­ga­ły wzrok. Ciem­ne, prze­ni­kli­we oczy wy­da­wa­ły się peł­ne wraż­li­wo­ści i nie­pew­no­ści, jak­by skry­wa­ły wie­le nie­wy­po­wie­dzia­nych my­śli.

Dwu­dnio­wy za­rost do­da­wał mu nie­co su­ro­we­go, ale jed­no­cze­śnie au­ten­tycz­ne­go wy­glą­du. Nie był ty­pem, któ­ry krzy­czy, oznaj­mia­jąc swo­ją obec­ność; ra­czej ema­no­wał de­li­kat­no­ścią, jak­by bał się zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Kie­dy się uśmie­chał, je­go twarz roz­ja­śnia­ła się, ale wciąż czu­łam, że to uśmiech pe­łen nie­pew­no­ści. Po­do­bał mi się. Pod­świa­do­mie czu­łam, że w koń­cu spo­tka­łam ko­goś, z kim mo­gła­bym swo­bod­nie roz­po­cząć po­dróż po fa­scy­nu­ją­cym świe­cie od­kry­wa­nia ko­lej­nych ho­ry­zon­tów.

– Na po­czą­tek pod­kre­ślam, że za­le­ży mi na wła­ści­wej ko­mu­ni­ka­cji, to na mnie bę­dzie spo­czy­wał cię­żar utrzy­ma­nia rów­no­wa­gi, dla­te­go waż­ne, aby­śmy po­tra­fi­li roz­ma­wiać za­rów­no o po­trze­bach, jak i gra­ni­cach – za­zna­czy­łam, kie­dy w koń­cu pod­ję­li­śmy te­mat, któ­ry nas tu przy­wiódł.

– Nie mam du­że­go do­świad­cze­nia w te­go ty­pu re­la­cjach, chciał­bym po pro­stu po­wo­li od­kry­wać sie­bie… – Po­zor­ne roz­luź­nie­nie na­tych­miast ule­cia­ło, znów spra­wiał wra­że­nie po­de­ner­wo­wa­ne­go.

Po­my­śla­łam, że to cał­kiem uro­czy wi­dok.

Sa­ma tym ra­zem po­de­szłam do te­go spo­tka­nia na chłod­no, bez nad­mier­nej eks­cy­ta­cji, ale ro­zu­mia­łam je­go emo­cje. Też wie­lo­krot­nie przez to prze­cho­dzi­łam.

Po­zwo­li­łam mu kie­ro­wać tą roz­mo­wą, słu­cha­łam te­go, co ma do po­wie­dze­nia, co ja­kiś czas wtrą­ca­jąc ko­men­tarz lub uwa­gę. Po­wo­li na­bie­rał więk­szej swo­bo­dy. Zde­cy­do­wa­nie był mi­łą na­gro­dą za wcze­śniej­sze trud­no­ści i cie­ka­wi­ło mnie, ja­ki po­ten­cjał kry­je się za tą fa­sa­dą nie­win­no­ści i de­li­kat­nej nie­śmia­ło­ści.

Te­go sa­me­go wie­czo­ru, po wy­mia­nie wra­żeń w kil­ku wia­do­mo­ściach, wspól­nie pod­ję­li­śmy de­cy­zję o ko­lej­nym spo­tka­niu. W ten spo­sób roz­po­czę­ła się na­sza eks­cy­tu­ją­ca przy­go­da.

Nie bez zna­cze­nia jed­nak po­zo­sta­wał fakt, że w tym sa­mym cza­sie zu­peł­nie in­ny męż­czy­zna za­bie­gał o in­ny ro­dzaj mo­jej uwa­gi… Nie roz­pa­try­wa­łam te­go w ka­te­go­riach wy­bo­ru, wy­da­wa­ło mi się, że da się roz­gra­ni­czać te dwie sfe­ry ży­cia w ta­ki spo­sób, że­by ze so­bą nie ko­li­do­wa­ły. Czy by­ło to uczci­we? Nie. Jed­nak mi­mo wszyst­ko nie po­tra­fi­łam zre­zy­gno­wać z jed­ne­go na rzecz dru­gie­go… Cóż, nikt ni­g­dy nie obie­cy­wał, że bę­dzie ła­two.

6.

– Spo­koj­nie dzie­ci­no, dasz so­bie ra­dę. – Po raz ko­lej­ny Mar­ki­za usi­ło­wa­ła zwal­czyć mo­ją chwi­lę zwąt­pie­nia.

Zgod­nie z jej su­ge­stia­mi za­pla­no­wa­łam krok po kro­ku prze­bieg dzi­siej­sze­go wie­czo­ru, zo­sta­wia­jąc ewen­tu­al­ną prze­strzeń dla spon­ta­nicz­nych sy­tu­acji, któ­rych nie mo­głam prze­wi­dzieć.

Oczy­wi­ście żad­ne­mu z na­szej trój­ki wcze­śniej nie przy­szedł do gło­wy je­den z naj­waż­niej­szych pro­ble­mów – kwe­stia, gdzie mam za­pro­sić swo­je­go no­we­go przy­ja­cie­la. Oczy­wi­stym by­ło, że nie mo­głam za­brać go do do­mu ro­dzi­ców, a z ra­cji te­go, że to by­ły mo­je po­cząt­ki, nie po­sia­da­łam jesz­cze wła­sne­go stu­dia, w któ­rym mo­gli­by­śmy prze­żyć in­tym­ną chwi­lę na­mięt­no­ści. Roz­wa­ża­łam krót­ko­ter­mi­no­we wy­na­ję­cie apar­ta­men­tu lub zwy­kłe­go po­ko­ju ho­te­lo­we­go, jed­nak od­po­wied­nie przy­go­to­wa­nie go by­ło­by zbyt cza­so­chłon­ne. W re­zul­ta­cie moi men­to­rzy uzna­li, że na po­czą­tek bę­dę ko­rzy­stać z miesz­ka­nia Ma­cie­ja, a z cza­sem po­my­śli­my o in­nym roz­wią­za­niu.

Te­raz ra­zem z Mar­ki­zą przy­go­to­wy­wa­ły­śmy ka­wa­ler­kę na wie­czór, sta­ra­jąc się zła­mać jej su­ro­wy cha­rak­ter i nadać tro­chę przy­tul­no­ści. Chcia­łam zro­bić do­bre wra­że­nie, a im bli­żej by­ło do spo­tka­nia, tym wię­cej wąt­pli­wo­ści się po­ja­wia­ło. Dziś po raz pierw­szy mia­łam być re­ży­ser­ką ca­łe­go spek­ta­klu, ja­ki miał się tu ro­ze­grać.

Mar­ki­za cier­pli­wie udzie­la­ła mi rad i wska­zó­wek, sta­ra­jąc się do­dać mi otu­chy; od­nio­słam wra­że­nie, że rów­nież pod­cho­dzi do te­go z du­żą daw­ką emo­cji, jak­by i dla niej ca­łe przed­się­wzię­cie mia­ło du­żą wa­gę.

– Pa­mię­taj, mu­sisz po­ka­zać, że pa­nu­jesz nad sy­tu­acją, nie mo­żesz oka­zać, że się stre­su­jesz, na­wet je­śli tak bę­dzie – mó­wi­ła, ukła­da­jąc na łóż­ku ko­lo­ro­we po­dusz­ki.

Wie­dzia­łam, że ma ra­cję, jed­nak przy­tła­czał mnie nad­miar emo­cji. Dziś po raz pierw­szy mu­sia­łam obyć się bez czuj­nych oczu mo­ich men­to­rów, ca­łość mia­ła być wy­łącz­nie tym, co sa­ma stwo­rzę.

Nie­śpiesz­nie roz­kła­da­łam świe­ce i wy­bie­ra­łam roz­ma­ite ak­ce­so­ria, któ­rych pla­no­wa­łam użyć… To miał być mój wie­czór i chcia­łam, że­by był ide­al­ny.

Kie­dy wszyst­ko by­ło go­to­we, ro­zej­rza­łam się po wnę­trzu. Wy­szło cał­kiem nie­źle, po­czu­łam, jak na mo­je ra­mio­na po­wo­li spły­wa od­prę­że­nie. Nie by­ło opcji, że­by coś po­szło nie tak, więc nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na to, aby emo­cje wszyst­ko po­psu­ły.

Po raz ko­lej­ny uję­ła mnie je­go nie­śmia­łość. Cze­kał na mnie w umó­wio­nym miej­scu, z któ­re­go mie­li­śmy udać się do miesz­ka­nia men­to­ra. Był spię­ty, lek­ko po­de­ner­wo­wa­ny, ucie­kał wzro­kiem i od­po­wia­dał na mo­je py­ta­nia pół­słów­ka­mi. Sta­ra­łam się tak pro­wa­dzić roz­mo­wę, że­by choć tro­chę się roz­luź­nić, ale sku­tek był mar­ny. Kie­dy do­tar­li­śmy na miej­sce, wprost spy­ta­łam:

– Je­steś pe­wien, że chcesz tam wejść? Je­śli nie czu­jesz się go­to­wy, za­wsze mo­że­my zmie­nić pla­ny.

Je­go emo­cje po­wo­li od­ci­ska­ły na mnie pięt­no i sa­ma czu­łam ro­sną­ce zde­ner­wo­wa­nie. Przez chwi­lę się wa­hał, wszyst­kie te emo­cje, ja­kie nim tar­ga­ły, przez mo­ment od­bi­ły się w je­go oczach, jed­nak cie­ka­wość i de­ter­mi­na­cja wy­gra­ły.

– Chcę – po­wie­dział, a ja po­czu­łam iskry pod­nie­ce­nia roz­cho­dzą­ce się po ca­łym mo­im cie­le.

Ski­nę­łam gło­wą. A więc niech się sta­nie, przed­sta­wie­nie czas za­cząć.

Po­kój spo­wi­jał pół­mrok. Sie­dząc na so­fie, cze­ka­łam, aż mój to­wa­rzysz wyj­dzie z ła­zien­ki. Mięk­ka skó­rza­na su­kien­ka – pre­zent in­au­gu­ra­cyj­ny od Ma­cie­ja – de­li­kat­nie opla­ta­ła mo­je cia­ło, pod­kre­śla­jąc syl­wet­kę, a jej de­li­kat­ny po­łysk do­da­wał odro­bi­ny ta­jem­ni­czo­ści. Le­ni­wie są­czy­łam wi­no, wbrew wcze­śniej­szym oba­wom czu­łam się zre­lak­so­wa­na i go­to­wa na to, co mia­ło się wy­da­rzyć.

Wresz­cie sta­nął przede mną, przez mo­ment błą­dzi­łam wzro­kiem po je­go na­gim cie­le, sta­ra­jąc się nie oka­zać, czy ro­bi na mnie ja­kie­kol­wiek wra­że­nie.

Miał sze­ro­kie i umię­śnio­ne ra­mio­na, moc­no za­ry­so­wa­ną klat­kę pier­sio­wą, co nada­wa­ło mu mę­sko­ści. Brzuch lek­ko się od­zna­czał, co su­ge­ro­wa­ło, że dba o swo­ją kon­dy­cję, a jed­no­cze­śnie nie był prze­sad­nie wy­rzeź­bio­ny, co do­da­wa­ło mu na­tu­ral­no­ści. Dłu­gie no­gi z wy­raź­nie pod­kre­ślo­ny­mi mię­śnia­mi ud wska­zy­wa­ły, że ce­ni so­bie ak­tyw­ny styl ży­cia.

Na­dal był zde­ner­wo­wa­ny, sły­sza­łam to w je­go od­de­chu, wi­dzia­łam, jak mi­mo­wol­nie spi­na­ją się je­go mię­śnie.

– W mo­men­cie, kie­dy prze­kro­czy­li­śmy próg te­go miesz­ka­nia, sta­łeś się mój, tym sa­mym pa­mię­taj, że każ­dy ob­jaw nie­sub­or­dy­na­cji bę­dzie wią­zał się z ka­rą – po­wie­dzia­łam, pod­no­sząc się z miej­sca. – Czy to jest zro­zu­mia­łe? – Po­de­szłam do nie­go na ty­le bli­sko, że na­sze cia­ła nie­mal się sty­ka­ły.

– Tak, la­dy – przy­tak­nął, wy­wo­łu­jąc mi­ły dreszcz pod­nie­ce­nia tym for­mal­nym ty­tu­łem.

– Na ko­la­na – szep­nę­łam mu wprost do ucha, a on wy­ko­nał po­le­ce­nie na­tych­miast.

Chcia­łam, że­by się roz­luź­nił, w dal­szym eta­pie po­trzeb­ne by­ło mi choć tro­chę za­ufa­nia z je­go stro­ny, tak aby żad­ne z nas nie wy­szło z te­go z trau­mą, dla­te­go sta­nę­łam za nim i de­li­kat­nie, zmy­sło­wo za­czę­łam pie­ścić dłoń­mi je­go kark.

– Pa­mię­taj, że wszyst­ko, co dziś się tu wy­da­rzy, dzie­je się za na­szą obo­pól­ną zgo­dą. Je­śli po­czu­jesz, że za bar­dzo na­ru­szam two­ją stre­fę kom­for­tu, za­sy­gna­li­zuj mi to ha­słem bez­pie­czeń­stwa… – mó­wi­łam spo­koj­nym to­nem, ca­ły czas ma­su­jąc na­pię­te mię­śnie.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Tri­ske­lion

isbn: 978-83-8423-295-8

© Mar­ta No­wak i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Czar­nec­ka

ko­rek­ta: An­ge­li­ka Ko­tow­ska

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.