Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
167 osób interesuje się tą książką
Pewien wieczór okazuje się dla Martyny prawdziwą katastrofą. Sprawy między nią a mężem komplikują się tak, że o mały włos nie dochodzi do tragedii. Ich małżeństwo przestaje istnieć, ale on nie zamierza odpuścić. Chociaż z czasem wszystko na pozór idzie w dobrym kierunku, to kolejny wybranek okazuje się namiętną pomyłką, która ma swoje konsekwencje.
Kobieta próbuje mimo tego ułożyć sobie życie na swoich zasadach. Jednak pragnienie bycia kochaną to początek kłopotów. Ktoś próbuje zagrozić jej oraz osobom z jej otoczenia, a wszystko zmienia się nagle w grę na śmierć i życie. Dodatkowo na horyzoncie pojawia się mężczyzna z jej przeszłości.
Ponoć stara miłość nie rdzewieje. Ale czy Martyna da się uwieść i ponownie zaryzykuje? A może w końcu zawalczy o siebie?
Tajemnice, kłamstwa, namiętność i morderstwo, które trzeba ukryć…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 288
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystkim kobietom wierzącym,
że miłość potrafi rozpalić zmysły
i zmienić życie
Weszłam do domu tak cicho, jak tylko możliwe. Ostrożnie stawiałam stopy na drewnianej podłodze, którą na szczęście świetnie znałam i wiedziałam, gdzie deski zaskrzypią, zdradzając moją obecność. Nie było miejsca bliższego mojemu sercu niż ten dom, w którym się wychowałam, a do którego teraz musiałam zakradać się na paluszkach. Wszystko przez tego potwora.
Bagaże zostawiłam w korytarzu, żeby nie robić więcej hałasu. Skorzystałam szybko z łazienki, by odświeżyć się po podróży, i chciałam się udać do sypialni, ale w korytarzu zdałam sobie sprawę z czyjejś obecności. Jaką ulgę poczułam, gdy się okazało, że to mama! Najwyraźniej ją zbudziłam.
– Dobrze, że jesteś, skarbie – przywitała mnie szeptem i w kilku zdaniach opowiedziała, co się działo, gdy mnie nie było, dzięki czemu wiedziałam, jakie mogę mieć za chwilę atrakcje.
Mąż spał twardo. Delikatnie wślizgnęłam się pod kołdrę, z nadzieją, że uda mi się pozostać niezauważoną, lecz wtedy… Stało się. Obudziłam go.
Nie było powitania.
Zerwał się z łóżka i bez jakichkolwiek wstępów zaczął wyrzucać z siebie potok słów. Krążąc po sypialni, powtarzał, jaka jestem niewierna. Obserwowałam jego nerwowe ruchy i słuchałam coraz głośniejszych słów, obawiając się, co może nadejść.
– Pogoda to nie powód, żeby spędzać kilka nocy w hotelu!
– Kochanie, przecież wiesz, że były zamiecie, nieprzejezdne drogi… Jak mieliśmy jechać?
– Co z nim robiłaś?! – krzyknął i ściągnął ze mnie kołdrę. – Puszczałaś się? Kim on jest?
– Połóż się, proszę. Mam za sobą długą podróż. Porozmawiamy rano. Nie miałam wpływu na pogodę ani na kierowcę, który dla bezpieczeństwa chciał przeczekać śnieżycę w hotelu.
– Zadałem ci pytanie! Gadaj, kim jest twój kochaś!
– Co ty wymyślasz? To poważny człowiek, znajomy ojca. Przecież to tata załatwił, że wrócę z Katowic z Jankiem, skoro on tego samego dnia jechał samochodem. Wyobrażasz sobie powrót pociągami przy takich warunkach? To dopiero musiały być opóźnienia, jechałabym tydzień.
Krzykom jednak nie było końca. Starałam się opanować sytuację. Mówiłam cichym, spokojnym głosem, ale to jeszcze bardziej go złościło. Byłam pewna, że reszta domowników już dawno nie śpi, a ja czułam jedynie narastający lęk.
– Zdradziłaś mnie?! No, mów! – krzyknął z taką złością wymalowaną na twarzy, że przebiegł mnie dreszcz.
Nie potrafił już kontrolować emocji. Wprawdzie nic nie wskazywało na to, by był pijany, ale bez wątpienia nadchodził kolejny z jego ataków furii. Nie chciałam okazywać strachu, jednak mój spokój wzbudzał w nim jeszcze większą agresję. W pewnym momencie pociągnął mnie za rękę tak mocno, że spadłam z łóżka.
Zrobił się rumor. Już nie na żarty przestraszona takim rozwojem wydarzeń, krzyknęłam:
– Przestań! Co ty robisz?!
Wtedy podszedł do mnie, złapał mnie z tyłu głowy za włosy i uderzył w twarz.
Cios był bardzo silny. Oszołomiona opadłam na róg stołu. W tej samej chwili usłyszałam pukanie do drzwi sypialni i głosy mamy, ojca oraz ciotki. Jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to zawołać:
– Ratunku!
Drzwi otworzyły się z hukiem. Trójka najbliższych mi osób podbiegła do mnie, a on ich minął i uciekł w dół po schodach. Tato ruszył za nim. Próbowałam go zatrzymać. Bałam się, że ten łajdak zrobi ojcu krzywdę, ale w tym samym momencie usłyszałam trzask frontowych drzwi i zrozumiałam, że mąż wypadł z mojego rodzinnego domu, do którego wprowadził się w dniu naszego ślubu.
Czułam, jak puchnie mi oko, a z rozbitego o kant stołu czoła leci krew. Głowa bolała mnie tak bardzo, że miałam wrażenie, jakby wyrwał mi włosy ze skórą.
Rodzina była po mojej stronie. Nie powiedzieli tego głośno, ale w ciszy, która zapadła, gdy tato wrócił do nas, na górę, słyszałam ich myśli. Brzmiały: „A nie mówiłem?”, „Wiedziałam, że tak będzie!”, „Czego innego można się było spodziewać po takim bandycie, prostaku i pijaku? Brak wychowania…”. Cokolwiek by myśleli lub mówili, mieliby rację.
– Trzeba zadzwonić na policję – radził ojciec.
– Może się napić i wrócić, ten łajdak – stwierdziła ciotka.
– Niech zabierze rzeczy i wraca do mamusi. Jak mógł posądzić cię o zdradę w tak pochopny sposób?!
Rozmowa toczyła się jakby poza moją świadomością. Ojciec i ciocia prześcigali się w wymyślaniu najgorszych obelg pod adresem mojego męża. Mama zajęła się opatrywaniem rany na czole, gładząc mnie przy tym delikatnie po głowie.
A ja? Ja myślałam wyłącznie o dotyku innych rąk – męskich rąk – które jeszcze nie tak dawno błądziły po moim ciele…
*
Nie wezwaliśmy policji, bo nie chcieliśmy, by sąsiedzi wzięli nas na języki. To była porządna ulica i wszyscy bardzo ostro reagowali na tego typu ekscesy. Już tyle razy tuszowaliśmy podejrzane zachowania Darka, że właściwie mieliśmy w tym wprawę. Podziwiałam mamę, tatę i ciocię za te pokłady cierpliwości i miłości do mnie – bo jak inaczej nazwać to, że przez tyle lat pomagali mi przetrwać w małżeństwie, które było ewidentną pomyłką? Popełniłam błąd, okropny błąd, wychodząc za tego mężczyznę. A oni nigdy mi tego nie wypomnieli, za to stawali na głowie, by uczynić moje życie choć trochę prostszym.
Przez następne trzy tygodnie goiłam sińce, które zmieniały kolor z dnia na dzień. Wychodziłam na podwórze tylko wtedy, kiedy w pobliżu, na sąsiednich posesjach, nikogo nie było. Wiedziałam od znajomych, że mąż znów zaczął pić. Słyszałam o bójkach. Nawet jego własny brat, z którym pracował, zadzwonił, by powiedzieć, że Darek znowu nie pojawił się w pracy. Cóż mogłam na to poradzić? Streściłam mu całą historię i zapowiedziałam, że planuję rozwód. Brat Darka nie był zbyt zaskoczony. Domyślałam się jednak, że przekazał nowinę o rozstaniu dalej, bo ta zaskakująco szybko dotarła do mojej teściowej. Po kilku dniach zjawiła się u nas z pretensjami.
– Wyrzuciłaś go! On pije przez ciebie! – Tego typu przytykom nie było końca.
– Proszę mnie nie obwiniać. Ja się sama nie pobiłam! – krzyczałam.
– Nie zniósł twoich ciągłych wyjazdów na te studia. On tylko tyra i tyra, a ty jeździsz, bawisz się w jakieś magisterki!
– Wiedział, że po ślubie będę dalej się uczyć. Zobowiązał się do utrzymywania mnie, aż zdobędę wykształcenie, sam to zaoferował.
– On nie mógł nawet w domu piwa wypić!
Tego już było za wiele. Miałam dość tego przedstawienia. Co tu się właściwie działo?
– Ja mam kupować piwo komuś, kto po jego wypiciu dostaje białej gorączki i bije mnie oraz ludzi, których napotyka?! Albo biegnie do sąsiadów?
– Bronisz mu wszystkiego, a chłop musi wypić!
Szczęka mi opadła. Mimowolnie w moich myślach pojawiło się wspomnienie: elegancka męska dłoń trzymająca kieliszek dobrej jakości wina. Usta degustujące zarówno czerwony trunek, jak i smak moich pocałunków… Czym prędzej otrząsnęłam się z tych rozważań i spojrzałam na stojącą przede mną kobietę.
– Skoro musi wypić, to u mamusi będzie miał znacznie lepiej. Proszę mu przekazać, by zabrał swoje rzeczy!
– Ale co? Do mnie? Porozmawiajcie, Martynko! Dogadać się trzeba. On cię utrzymuje, siedzisz bez roboty, to chyba mogło mu się zdarzyć?
– Zdarzyć się? Co takiego? Bicie mnie? Poniżanie?
Do pokoju weszli rodzice.
– W tym domu nigdy nie było przemocy, więc i pani syn nie dostanie na nią pozwolenia. Niech się cieszy, że nie wezwaliśmy policji. Martyna mogła zażądać obdukcji, a nie zrobiła tego. – Ojciec był kategoryczny.
– Nie ma co z wami rozmawiać. Wielkie państwo…
Wybiegła z domu. Przeklęta wiedźma! Jakby po drodze znalazła miotłę, to pewnie by na niej odleciała.
– Już dobrze… Co za wredna małpa. Prostaczka! – Ciocia Danusia musiała dodać coś od siebie.
Ciotka była dla mnie jak druga mama. Nie wyszła nigdy za mąż, ale zawsze pomagała nam, swoim siostrzenicom, i kochała nas jak własne córki. Byłam najmłodsza, więc często zabierała mnie do pracy na wszystkie choinki i imprezy integracyjne. Spędzałam z nią wakacje, weekendy, ferie. Ciocia pracowała na stanowisku kierowniczki wydziału w sądzie. Cudowna, piękna, elegancka, a przy tym mogąca się pochwalić niezwykle ciętym językiem – cała moja Danuta. Kochałam ją od zawsze i traktowałam jak wzór, chociaż sama miałam znacznie łagodniejszy charakter.
Patrząc, jak ciocia trzyma moją stronę w konfrontacji z teściową, przypomniałam sobie też relacje między moją mamą a babcią. Nie ograniczały się tylko do więzi matka–córka. One się przyjaźniły. Mama i babcia bardzo często prowadziły długie rozmowy przez telefon, nawet kilka razy dziennie. Tamta relacja wydawała mi się niezwykle cenna. Teraz, kiedy babci już nie było, podobną rolę odgrywała ciocia Danuta. Nie wyobrażałam sobie, jak bym sobie poradziła bez kobiet w mojej rodzinie, czułam, że więź między nami jest silniejsza z pokolenia na pokolenie i ceniłam ją najbardziej na świecie.
– On musi przyjść po swoje rzeczy – odezwał się tata.
– Tylko kiedy? Nie chcę przyjmować go sama w domu, a w weekend powinnam być na zjeździe. Miesiąc nie jeździłam na wykłady.
– Może znów zabierzesz się z Jankiem? Zawsze to szybsza podróż. Mówił, żeby dawać znać.
Na te słowa zadrżałam. Przez cały ten czas nie widziałam go ani razu i w pewnym sensie było mi z tym dobrze. Nie miałam pojęcia, jak ułożyć sobie w głowie to, co się wydarzyło, gdy ostatnio wracałam z nim z Katowic. Myślałam o tym często, nawet za często. Wspomnienia zalewały mnie w najmniej spodziewanych momentach. Ale powrót z Katowic zbiegł się z rozpadem mojego małżeństwa, musiałam zagoić rany – te fizyczne, bo emocjonalnie rozstanie z Darkiem było wręcz ulgą. Potrzebowałam czasu, by się zastanowić, jak teraz będzie wyglądało moje życie i czy jest w nim miejsce dla mężczyzn. Wiedziałam, że Janek dzwonił kilka razy, ale starałam się unikać odbierania telefonu. Prosiłam mamę, by mówiła, że jestem zajęta. Nie miałam pojęcia, czego właściwie się bałam – wyjawienia mu, że doświadczyłam przemocy, czy rozmowy o naszej podróży?
Zastanawiałam się też, czy to dobrze, abym jechała na Śląsk w towarzystwie Janka. No ale w sumie, dlaczego nie? Mąż nie szanował mnie ani tego, co moja rodzina mu oferowała. Teraz chlał w melinach, nie wiadomo z kim. Nie zamierzałam wpuścić go więcej do domu. Nie po tym, jak mnie pobił.
Czułam, że myśli zaczynają mnie przytłaczać. Janek, mąż, rodzina, teściowa, studia w odległym mieście, brak stałej pracy, perspektywa rozwodu… To było za dużo, potrzebowałam się czymś zająć, bo w moim umyśle tkwił tylko… on. Gdy teściowa wyszła, a każdy z domowników wrócił do własnych spraw, przyszedł mi do głowy dziwny pomysł. W sypialni znalazłam mały notes, który Danusia kupiła mi ostatnio na studia, ale zeszytów i notatników miałam już tak wiele, że ten pozostał niewykorzystany.
Przestałam walczyć z własnymi myślami. Skoro chciały wrócić do tamtych chwil, niech płyną.
Chwyciłam za ołówek i na pierwszej stronie naszkicowałam własną sylwetkę. Był przełom listopada i grudnia, zaczął się sezon na kozaczki. Tamtego dnia miałam na sobie takie właśnie długie buty na dość wysokim obcasie. Nakreśliłam je na papierze, przypominając sobie, co wtedy do nich dobrałam. Była to krótka szara sukienka, która z kozaczkami wyglądała seksownie, ale kolor miała nieciekawy. Musiałam go jakoś przełamać – postawiłam na przepiękny różowy płaszczyk i pasujący do niego szalik. Uwielbiałam eksperymentować z ubraniami, a z tej stylizacji czułam się wyjątkowo dumna.
Taką właśnie ujrzał mnie po raz pierwszy Janek. Zamyśliłam się, a potem zdecydowałam na coś jeszcze. Coś, czego nigdy wcześniej nie robiłam. Obok projektu, który stworzyłam – obok mojej sylwetki w różowym płaszczyku – zaczęłam spisywać wspomnienia z tamtej podróży.
29 listopada 1995
Po spakowaniu rzeczy po długim weekendzie w Katowicach ogarnęło mnie zmęczenie. Egzamin, wcześniej planowany na wtorek, został przełożony na kolejny miesiąc, więc nic mnie tu już nie trzymało. Najbliższy pociąg miałam dopiero o czwartej nad ranem, ale na szczęście nie musiałam na niego czekać, bo do domu zabierał mnie wracający tej nocy z Zabrza przyjaciel taty. Miałam go poznać dopiero o umówionej dwudziestej przed hotelem i w ten sposób zaoszczędzić długie godziny podróży pociągiem.
Zabrałam rzeczy i walizkę. Zamknęłam pokój, zdałam klucze. Za chwilę miałam się spotkać z mężczyzną, który zabierze mnie z powrotem do codziennego dorosłego życia, w które tak przedwcześnie wkroczyłam. Pogoda nie zachęcała do czekania na zewnątrz. Była już późna jesień i od kilku dni bez przerwy lał deszcz. Po wczorajszych wykładach nie miałam nawet ochoty na spacer po Katowicach.
Zbliżała się godzina dwudziesta. Nie zauważyłam przed hotelem żadnego samochodu ze znajomą rejestracją, więc dla zabicia czasu zajęłam się oglądaniem wystawy prac malarskich jakiegoś młodego artysty, które zostały ustawione w strefie wejściowej, ale wkrótce usłyszałam przy recepcji głos:
– Przepraszam, jestem umówiony na ósmą z panią Martyną.
Ten głos wywołał u mnie jakiś niezrozumiały skurcz w żołądku. Był głęboki, pociągający. Wtedy odezwała się do mnie bardzo miła recepcjonistka:
– Pani Martyno, ktoś do pani.
Odwróciłam się i zobaczyłam mężczyznę w wieku około czterdziestu lat. Był sporo starszy ode mnie, wysoki, ciemny blondyn z kręconymi włosami i uśmiechem, który wprost zniewalał. Zrobiłam krok w jego stronę, a on podszedł do mnie. Podał mi rękę, jednocześnie patrząc prosto w oczy, po czym – bez odrywania wzroku – podniósł moją dłoń do ust. Ucałował ją i powiedział:
– Miło mi poznać. Jestem Janek. Spędzimy razem podróż. Cieszę się, że będę miał towarzystwo tak uroczej osoby.
– Dzień dobry. Martyna. Dziękuję, że zgodził się pan zabrać mnie ze sobą.
Gdy wypowiadałam tych kilka słów, czułam, jak moją twarz zalewa gorąca fala czerwieni, i od razu pomyślałam o tym, czy on to zauważył. Miałam nadzieję, że nie!
– Zapraszam do auta, pani Martyno. Wezmę pani rzeczy.
– Dziękuję – odpowiedziałam, zawstydzona jak mała dziewczynka.
Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Opanowała mnie straszna nieśmiałość. Mężczyzna szarmancko otworzył przede mną drzwi i włożył walizkę do bagażnika. Zauważyłam, że był to samochód z klasą – podobnie jak właściciel. Zawsze lubiłam starszych mężczyzn, ale mój mąż, pomimo sporej różnicy wieku, nie robił na mnie takiego wrażenia jak poznany dosłownie przed chwilą Janek.
Ruszyliśmy powoli. Czułam od kierowcy interesującą woń męskich perfum, zapewne dobrej jakości. Płaszcz zostawił na tylnym siedzeniu, więc teraz ubrany był tylko w kobaltowy sweter, spod którego wystawała błękitna koszula. Całość pasowała do jego niebieskich oczu, których kolor zwrócił moją uwagę jeszcze w recepcji hotelu. Zastanawiałam się, czy świadomie tak świetnie dobrał kolory ubrań do swojej urody. O rany! – pomyślałam sobie. Na świecie są jednak ciacha.
Podróż mijała nam przyjemnie na pogaduszkach o niczym. Pogoda wcale się nie poprawiała, wręcz przeciwnie – wkrótce deszcz przerodził się w marznącą mżawkę. W którymś momencie Janek zaproponował, abyśmy mówili sobie po imieniu, na co zgodziłam się bez wahania. Opowiadał dużo o swojej pracy, o kontraktach ze Śląska, a ja, pogrążona w rozmowie, nawet nie zauważyłam, kiedy zaparkowaliśmy przed olbrzymim, pięknie oświetlonym zajazdem.
– Zapraszam cię na kolację.
Ze wspomnień wyrwała mnie mama:
– Zejdź na dół. Twój mąż stoi pod drzwiami.
Jej słowa były jak kubeł zimnej wody na głowę. Nawet przez sekundę nie miałam okazji się zastanowić, skąd taki pomysł, by spisać tamte wydarzenia. Zatrzasnęłam notatnik. Serce biło mi ze zdenerwowania. Idąc do drzwi, już z daleka starałam się zorientować, czy Darek jest trzeźwy.
– Chcę zabrać swoje rzeczy osobiste. Po resztę wrócę.
– Wolałabym, żebyś zabrał wszystko dziś. Nie jest tego dużo.
Przed domem czekał jego kolega. Pomyślałam, że przyjechał z nim do pomocy albo spieszą się na jakąś zakrapianą imprezę. Mimo wszystko poczułam się niepewnie sama naprzeciw tych dwóch drani.
– Nie będę zabierał wszystkiego. Nie mam dokąd.
– To nie moja sprawa. Trzeba to zakończyć raz a dobrze. Nie chcę, żebyś potem przychodził, kiedy nie będzie mnie w domu.
– Tak? A gdzie będziesz?
– Nie powinno cię to interesować. Pakuj, co twoje. Moja rodzina nie będzie zajmować się twoimi rzeczami.
Wszedł na piętro, do sypialni, a ja za nim. Kumpel został przy samochodzie. Widziałam, z jaką złością Darek zbiera swoje rzeczy. Ukradkiem schowałam przed nim notatnik, w którym zaczęłam spisywać wspomnienia. Mąż trzaskał drzwiczkami szafek, biegał z góry na dół po schodach, wynosił pełne torby i reklamówki, po czym ciskał je do bagażnika.
– Czy to wszystko? – zapytałam godzinę później, czekając na niego w korytarzu. Miałam wrażenie, że za długo już to trwa.
– Wrócę, jak coś…
– Nie wracaj. Żegnamy się.
– Masz kochasia. Jeździsz na studia i wiadomo, co tam robisz!
– To, że pijesz i nie panujesz nad sobą, damski bokserze, nie oznacza od razu, że ja cię zdradzam.
Skończony palant. Chciał zrzucić na mnie winę za własne niekontrolowane zachowania.
Odniosłam wrażenie, jakby chciał do mnie podejść. Odruchowo wbiegłam na schody, by znaleźć się bliżej pokoju, w którym siedzieli mama i tata. Obawiałam się go. Jak ja żyłam z tym kimś przez tak długi czas? Chwilę potem niczym tajfun wypadł na zewnątrz i odjechał z piskiem opon. Nie pożegnał się nawet z domownikami, u których mieszkał za darmo tyle lat.
– Ale kultura! Kto to takie coś wychował? – Ciocia Danusia, która właśnie pojawiła się w tylnych drzwiach od strony ogrodu, nie mogła się nie wypowiedzieć.
Poszła zamknąć za nim drzwi, które zostawił otwarte na całą szerokość. Było mi głupio. Każdy z rodziny mnie ostrzegał, prosił, żebym nie popełniała tego błędu. Teraz już wiedziałam, że przeczuwali takie zakończenie.
Kiedy zaczynały się rozmowy o zamążpójściu, do mojego pokoju przyszedł tato. Ze łzami w oczach klęknął przy mnie i błagał, bym zmieniła decyzję. Jak mogłam wtedy nie wziąć tego pod uwagę? Zraniłam uczucia ojca i pozostałych bliskich, a przede wszystkim wyrządziłam krzywdę sama sobie. To wspomnienie boli do tej pory, kiedy o tym myślę.
– Mamusia się ucieszy z powrotu synka, kiedy wleci do domu pijany i z awanturą. – Danusia nie umiała przestać.
Na schodach pojawiła się mama. Spojrzała na mnie porozumiewawczo. Nic na to nie odpowiedziała.
– Nalewam zupę, czas zjeść obiad.
– Nikt do mnie nie dzwonił? – wystrzeliłam nagle.
– Nie – odpowiedziała zdziwiona niespodziewanym pytaniem. – Chyba że nikogo nie było akurat przy telefonie.
– W ten weekend mam wykłady, a opuściłam już dwa zjazdy. Muszę się upewnić, że tym razem dotrę na zajęcia, i kupić bilety na pociąg lub…
– Zadzwoń do Janka i zapytaj, czy będzie jechał – wtrącił się tato.
– Dobrze… – Za wszelką cenę chciałam zachować naturalny wyraz twarzy i ton głosu. – Ale nie dziś. Na dzisiaj mam już dosyć wrażeń.
Zjedliśmy zupę jarzynową, a na drugie ziemniaki z sosem gulaszowym i surówką z własnej kiszonej kapusty, którą mogłabym wcinać tonami! Po obiedzie wróciłam do swojego pokoju, ale nie potrafiłam się na niczym skupić. Natłok myśli powrócił. Teraz, ze względu na wizytę męża, w mojej głowie krążył przede wszystkim temat rozwodu. Jak się do tego wszystkiego zabrać?
W tej części domu, którą zajmowaliśmy z mężem, panował okropny bałagan. Wyglądało, jakby podczas pakowania się na złość wyrzucił z szafy również moje rzeczy. Idiota do potęgi! Składałam w kostkę pogniecione ubrania i płakałam. Miałam wrażenie, że moje życie jest pozbawione sensu. Koleżanki rówieśniczki studiowały dziennie, mieszkały w dużych miastach, poznawały ludzi, imprezowały, a ja na własne życzenie spier… sobie życie! Jak miałam teraz z tego wybrnąć? Sińce na twarzy zniknęły, ale co z moją potłuczoną duszą?
Skończyłam sprzątać około kolacji. W szafie miałam teraz pod dostatkiem miejsca na ubrania. Zauważyłam tylko, że nie zabrał dokumentów. To był znak – kretyn znowu się tu pojawi.
Zeszłam do mamy, która właśnie wyjmowała z piekarnika placek ze śliwkami. Po całym domu rozszedł się jego słodki zapach.
– Ten debil nie zabrał swoich dokumentów – oznajmiłam.
– On jeszcze nie raz po coś wróci. Tak łatwo nie odpuści.
– Gdzie mu będzie lepiej? Przyszedł na gotowe, jak do siebie, i nie umiał żyć jak człowiek – dodała ciocia, która nie gryzła się w język.
– Spakuję to, co zostało, i przekażę przez jego brata. Nie chcę, by znowu przychodził i mnie wyzywał lub robił wymówki.
– Teraz zajmij się nauką. Może uda mi się coś załatwić z pracą. Na spokojnie się zastanowimy, jak rozwiązać kwestie prawne. Zaczniesz żyć normalnie. – Tato zawsze starał się tchnąć we mnie nadzieję, że wszystko jeszcze się ułoży.
Wsparcie, które od nich dostałam, było bezcenne.
*
Wieści o moim rozstaniu jednak szybko się rozniosły i starsze siostry natychmiast się uaktywniły. One zawsze trzymały się blisko, a ja, młodsza od jednej o dziesięć lat, a od drugiej o dwanaście, miałam z nimi bardzo luźny kontakt. W domu zawsze poświęcano więcej uwagi mnie, więc obie docinały mi, gdy tylko mogły. Teraz również, kiedy przyszły w odwiedziny do mamy i ciotki, starsza pokusiła się o komentarz:
– Taki podobno wspaniały zięć i co się stało?
Nie chciałam tego słuchać. Uciekłam, izolowałam się w swoich pokojach. Janek nie próbował się ze mną skontaktować. Nie wiedział, że od miesiąca jestem sama. Mogłam do niego zadzwonić. Zostawił mi przecież kontakt do siebie… Ale nie! Ja czekałam na ruch z jego strony i znów pochłonęły mnie wspomnienia…
Wziął mnie pod rękę, by ochronić przed deszczem i trzymać parasol centralnie nad moją głową. Na zewnątrz było mokro, zimno i ślisko. W kozaczkach na wysokim obcasie czułam się niepewnie. Janek zauważył mój chwilowy brak równowagi i złapał mnie bardzo mocno w talii. Wtedy właśnie, na tym błyszczącym od mroźnego deszczu chodniku, poczułam coś, czego się bałam… Jego oddech przy mojej twarzy i ten zapach… Miał w sobie coś, co sprawiło, że nagle nie byłam już skrępowana ani zawstydzona, chociaż jego spojrzenie wciąż powodowało skurcze w żołądku. Odniosłam wrażenie, że lubi wywoływać emocje u kobiet i wzbudzać zainteresowanie. Weszliśmy do zajazdu, a on od razu pomógł mi zdjąć płaszcz. Nie odstępował mnie ani na krok. Wybraliśmy stolik z boku sali, w dość zacisznym miejscu, blisko płonącego kominka. Mężczyzna poprosił kelnerkę o zapalenie świec oraz o kartę dań.
Długopis śmigał po kartce, a ja poczułam rodzaj frajdy z tego, że obrazy z mojej pamięci odnajdują swoje miejsce na papierze. Ułożyłam się wygodniej na łóżku i pisałam dalej:
– Czego się napijesz? – zapytał z uśmiechem, który ukazał jego równe, białe zęby, czym dał mi kolejny powód, by w głowie nazwać go ciachem. – Może grzane wino, bo jesteś zziębnięta? – kontynuował, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
– Oczywiście, ale tylko jeśli i ty się ze mną napijesz – odparłam odważnie, a raczej próbowałam tak wypaść.
– Ja nie mogę, jeśli chcemy bezpiecznie dojechać tej nocy do domu, ale dla ciebie grzaniec może być antidotum na dzisiejszą pluchę.
W tym czasie kelnerka obsługująca nasz stolik podeszła z przekąskami i zapytaniem, czy może przyjąć zamówienie. Janek szybko i zdecydowanie wziął dla mnie grzane wino z goździkami i pomarańczą, a dla siebie – herbatę. Następnie wręczył mi otwartą kartę. Nie zdążyłam nawet się z nią zapoznać, a mój towarzysz podróży już miał dla mnie propozycję. Jego zachowanie nadal bardzo mi imponowało, chociaż momentami czułam, jakby przesadnie starał się panować nad sytuacją.
– Martynko, polecam ci dziczyznę. Co powiesz na roladki z sarny w sosie kurkowym z pieczonymi ziemniakami?
– Myślę, że to dobry wybór – odparłam natychmiast, chociaż w rzeczywistości nie był to zestaw, na który miałabym ochotę.
Nigdy nie przepadałam za dziczyzną i nie wiedziałam, skąd u mnie taka odpowiedź. Tego typu dania kojarzyły mi się z dziadkiem, który pod koniec lat siedemdziesiątych zainteresował się myślistwem – byłam wtedy małym dzieckiem, ale nawet w tamtym momencie, dwadzieścia lat później, pamiętałam, jak bardzo nie chciałam jeść upolowanych przez niego jeleni czy dzików.
Z kuchni wyłoniła się kelnerka z tacą i ruszyła w naszą stronę, już z daleka się do nas uśmiechając. Wino zachwycało aromatem, który wzmacniały goździki oraz pomarańcza. Rozkoszowałam się tym zapachem, a w tym czasie Janek patrzył na mnie tak, jakby przeszywał mnie na wskroś. Nie spuszczając ze mnie wzroku, podniósł kamionkowy kubek z herbatą i powiedział:
– Za nasze spotkanie i znajomość. Żeby nam się miło rozwijała i abyśmy powoli dotarli do celu naszej podróży.
– Za spotkanie, Janku!
Zwyczajowo wykonał gest naśladujący stuknięcie się kieliszkami. Wzięłam łyk wina. Było gorące, aromatyczne i od razu poczułam, jak moje policzki się rumienią. Nie wiedziałam, czy bardziej od grzańca, czy od płonącego obok kominka, który dawał ciepło.
A może od jego spojrzenia?
Oczekując na kolację, nadal rozmawialiśmy o Śląsku.
– Jak długo byłaś w Katowicach? – zapytał. – Ja spędziłem tam cztery dni, zanim udało mi się doprowadzić negocjacje do finału.
– Ja byłam trzy dni. Miałam wykłady i przełożono mi egzamin.
– Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej. Mogliśmy razem przyjechać i wspólnie zwiedzić Śląsk.
– Faktycznie, szkoda.
– Może następnym razem? Co ty na to, Martynko? – zapytał i znowu przeszył mnie spojrzeniem.
Zauważyłam, że po raz kolejny zdrobnił moje imię. Jego propozycja też była bardzo odważna.
– Może… – odpowiedziałam zdawkowo, ale sama nie wierzyłam w taki scenariusz, bo nie wiem, jak wytłumaczyłabym to Darkowi, który był wiecznie chory z zazdrości, nawet bez powodu.
Janek, w oczekiwaniu na podanie kolacji, cały czas zabawiał mnie rozmową. Nie sprawiało mu to trudności, wręcz przeciwnie – przychodziło z wielką łatwością i pasowało do jego stylu. Mój rozmówca miał w sobie tyle klasy, błyskotliwości, inteligencji i właściwie wszystkiego, czego brakowało mojemu mężowi. Porównując w myślach Darka z tym ciachem, westchnęłam niekontrolowanie i chyba zbyt głośno.
– Czy powiedziałem coś nie tak? – zareagował natychmiast. – Masz taką smutną minę.
– Pomyślałam o swoim mężu, przepraszam.
– Coś się stało? Widzę, że nie były to dobre myśli. Jesteś szczęśliwa? – Z jego ust padła lawina pytań.
Przerwałam na chwilę pisanie i się zamyśliłam. W obliczu ostatnich wydarzeń kwestie poruszane wtedy przez Janka wyglądały już zupełnie inaczej. Czy się domyślał, że tak to się skończy?
W tej chwili poczułam, że moje policzki płoną. I tym razem na pewno nie było to działanie ani świec, ani kominka, ani wina. Janek przechodził siebie w byciu bezpośrednim, a ja nie spodziewałam się takich pytań.
– Chyba nie powinnam narzekać. – Starałam się wysilić i przywołać na twarz uśmiech.
– Jesteś bardzo młoda. Musisz być strasznie zakochana, skoro wyszłaś za mąż tak wcześnie – ciągnął nadal temat.
– Coś długo im schodzi z tym zamówieniem – rzuciłam nagle. – Mam nadzieję, że będzie tak dobre, jak długi jest czas oczekiwania. – Chciałam zmienić kierunek rozmowy, bo wątpliwości w mojej głowie nasilały się z minuty na minutę.
– Czym się zajmuje twój małżonek? – Kolejne pytanie świadczyło o tym, że Janek nie zamierza jeszcze zmieniać tematu.
– Pracuje jako hydraulik – odparłam krótko, chociaż „hydraulik” to za ładne i zbyt profesjonalne określenie stanowiska męża.
– Tak? – Janek wydawał się zdziwiony odpowiedzią.
Na szczęście w tym momencie postawiono przed nami talerze. Podane w elegancki sposób roladki wyglądały i pachniały zachęcająco. Ziemniaki były malutkie, lekko zarumienione, a w sosjerce dostaliśmy sos kurkowy udekorowany grzybkami. Naczynia ozdobione zieleniną i jarmużem sprawiły, że na sam widok tych pyszności mój głód się spotęgował.
– Ale zapachy! – wyszeptałam, racząc się wonią gorących potraw.
– Smacznego! – życzył mi Janek i zabraliśmy się do konsumpcji.
Wszystko w tym mężczyźnie wywierało na mnie ogromne wrażenie. Dostrzegałam gesty, maniery, stanowczość, spojrzenie i to, czego – choć do tej pory nie zdawałam sobie z tego sprawy – bardzo brakowało mi w moim mężu. W pewnym momencie pomyślałam, że po powrocie nastąpi szara rzeczywistość: prymitywne zachowania Darka, proste zajęcia, żarty, brak wspólnych zainteresowań, znajomych i życie, którego tak naprawdę nigdy nie chciałam. Trudno to nazwać szczęściem, ale przecież nikt mnie do tego nie zmusił. Sama chciałam.
Janek wciąż gadał jak najęty. Odnosiłam wrażenie, że lekko mnie kokietuje. A może tak mi się tylko wydawało?
– Masz chęć na deser? Może na szarlotkę z lodami? Co ty na to? Zasługujemy na odrobinę przyjemności przed tak długą podróżą – przekonywał mnie z tym swoim uwodzicielskim uśmiechem.
– Nie wiem, czy będę w stanie coś jeszcze zmieścić po tak ogromnej kolacji – odpowiedziałam.
– No, nie daj się namawiać zbyt długo. Sam nie będę łasuchował, a razem jest lepiej oddać się… przyjemności. – Położył nacisk na ostatnie słowo, patrząc przy tym na mnie tak wymownie, że poczułam gorąco na całym ciele.
– Powinnam liczyć kalorie, bo mnie mąż wymieni na inny model – zażartowałam, by ochłonąć. – Ale dam się skusić. Poproszę szarlotkę z lodami waniliowymi.
– Ja lubię ze śmietankowymi. Czy może jeszcze winko przed podróżą?
– Nie, dziękuję. Ale chętnie kawę.
– Przy tej pogodzie mamy przed sobą jeszcze jakieś sześć godzin podróży. Albo i więcej – stwierdził Janek.
Rzeczywiście mogło tak być. Zerknęłam za okno. W tym roku jesień była wyjątkowo chłodna, kilka dni temu po raz pierwszy spadł śnieg. Wyglądało na to, że niebawem nadejdzie zima, a mało kto czuł się na to przygotowany. Przy kominku siedziało nam się miło, ale z zewnątrz docierał świst mroźnego wiatru. Dojazdy z mojego miasteczka do Katowic nawet bez takich warunków były długie i uciążliwe, a co dopiero teraz.
Uważnie obserwowałam mężczyznę naprzeciwko mnie. Moją uwagę przyciągały nie tylko jego gesty i sposób wypowiadania się, lecz także zadbane dłonie, które tylko dodawały mu elegancji. Różnica wieku między nami była odczuwalna, ale to mnie nie onieśmielało. W jego obecności było mi po prostu dobrze. Dbał o to, bym czuła się komfortowo. Mój mąż nie zachowywał się w taki sposób. Nie czuł się za mnie tak odpowiedzialny i o mnie nie zabiegał. Tyle poświęciłam i z tak wielu rzeczy zrezygnowałam, gdy za niego wyszłam… Nawet w tamtej sytuacji, porównując go z innym mężczyzną, z którym tylko jadłam kolację, byłam w stanie zobaczyć różnicę. Polegała przede wszystkim na obyciu z ludźmi i ze światem, którego Dariusz niestety nie miał. Tak został wychowany. Jego rodzice byli prostymi ludźmi, a szczególnie moja teściowa, która wciąż tylko powtarza, że urodziła sześcioro dzieci. Tak, może i je urodziła, ale nie wpoiła im nic – wychowały je bieda i alkohol. Liczyłam, że Darek, kiedy wyrwę go do innego świata i do lepszych warunków, zmieni się, spróbuje żyć na innym poziomie. Przeliczyłam się. On niczego nie potrzebował zmieniać, zdobywać, próbować. Chętnie powtórzyłby życie według schematu rodziców, czyli: ciasna chata, dużo dzieci i życie od pierwszego do pierwszego. I na co ja tak liczyłam? Marzycielka ze mnie.
– Ktoś tu jest zamyślony… O czym tak dumasz? – wybił mnie z tych refleksji Janek.
– Na moje myśli najlepszym lekarstwem będzie ta szarlotka – odparłam wymijająco.
Zamknęłam zeszyt. Dobrze pamiętałam smak tamtego ciasta, niemniej mocniej w mojej pamięci zapisało się intensywne spojrzenie mężczyzny. Poszłam wcześnie spać, ale towarzyszyło mi ono przez całą noc.
*
Obudziłam się rano około ósmej. Gdy wstawałam, dziwnie zakręciło mi się w głowie. Pewnie z tego ciągłego stresu. Stres szkodzi na wszystko – pomyślałam. Po śniadaniu poczułam nudności. Prawdopodobnie z obżarstwa, ale przecież ostatnio nie przytyłam, raczej schudłam kilka kilogramów, bo ciuchy były luźniejsze… To również zwaliłam na stres.
– Nikt do mnie nie dzwonił?
– Nie. Kiedy dzwonił, to nie chciałaś rozmawiać – przypomniała mama.
– Wiem, wiem…
– Jedziesz pociągiem na zajęcia?
– Chyba tak.
– Nie odezwałaś się do Janka? Zapytam, kiedy on się wybiera. Dzisiaj będę się z nim widział w sprawie przetargu placu, który chciał kupić – włączył się do rozmowy ojciec.
Jelnica to małe miasteczko, w którym każdy zna każdego. Z pracą zawsze bywało tu różnie, mimo to nie planowałam się wyprowadzać. Czułam się tu jak w domu. Nie chciałam jednak skończyć jako żona przy mężu i na jego utrzymaniu… Darek nie szczędził mi wypominania przy byle okazji, jak wyglądała nasza sytuacja. Teściowa również. Mieszkaliśmy w pięknym, wygodnym domu z ogrodem, ale wszystko to było własnością moich rodziców oraz dziadków. Mieliśmy połowę budynku do dyspozycji. Nie ponosiliśmy zbyt dużych opłat, bo mama i tata nam pomagali, a jednak mąż z teściową ustawicznie przypominali, że muszę oszczędzać i poszukać pracy. Od początku doskonale znali moje plany i wiedzieli, że po ślubie zamierzam zdać maturę i pójść na studia zaoczne, które rodzina postanowiła mi zasponsorować. Jednak apetyt męża rósł w miarę jedzenia! Tak samo jak tupet teściowej.
– Ale może nie będzie chciał mnie zabrać albo w tym terminie nie wyjeżdża? – snułam głupie wywody.
– To wtedy odpowie, że nie. – Ojciec był konkretny.
Nudności nie ustępowały. Wzięłam krople żołądkowe i poszłam się położyć. Dlaczego ja zawsze miałam takiego pecha? Od dziecka byłam źródłem problemów. Nic mi nigdy nie pasowało. Moim biednym rodzicom tuż przed czterdziestką wyskoczyło trzecie dziecko, i to tak skomplikowane. Starsza z sióstr często się śmiała, że nasi staruszkowie poczęli mnie na wczasach w Zakopanem, co bardzo skrupulatnie obliczyła. Kiedyś powiedziałam, że nie byłam w Zakopanem, na co ona wybuchnęła śmiechem i pokazała mi zdjęcie mamy i taty nad Morskim Okiem!
Od zawsze miałam też problemy z wagą. Babcia bardzo dbała, by tłuścioszek był wiecznie najedzony. Wiedziała, czym sprawić mi przyjemność. Powiedzenie „żyła jak pączek w maśle” okazało się bardzo trafne w kontekście moich lat przedszkolnych! Pamiętam, jak kiedyś z okazji tłustego czwartku babcia nasmażyła mnóstwo pączków z różą. Stały posypane cukrem pudrem w spiżarni, w dużych misach, przykryte kuchennymi ściereczkami. Bardzo szybko wykorzystałam chwilę, kiedy nikt się mną nie zajmował, i wzięłam taboret z kuchni, po czym zasiadłam w spiżarce, by skonsumować pączusie. Nakryła mnie wtedy ciocia, bo spędziłam tam dużo czasu i wszyscy mnie szukali.
Myśl o domowej roboty pączkach przywołała jeszcze jedno słodkie wspomnienie.
Wzięłam kęs szarlotki. Była tak wyśmienita, jak jej zapach.
– I które lody są lepsze? – żartował dalej Janek.
– Waniliowe, na pewno!
– Więc spróbuj moich.
I zanim zdążyłam zaprotestować, już miałam przy twarzy deserową łyżeczkę z lodami śmietankowymi. Spojrzałam na niego, lekko zawstydzona, ale otworzyłam usta, by pokosztować ich smaku.
– Rozkosz… – Początkowe zawstydzenie zaskakująco szybko minęło i zaczynałam się delektować tą chwilą o zapachu szarlotki. – Teraz kolej na ciebie. – Delikatnie podsunęłam Jankowi lody waniliowe. Pomyślałam, że co mi szkodzi trochę poflirtować.
– Z twoich rąk smakują wyjątkowo. – Przeszył mnie wzrokiem.
Sama zdecydowałam się wejść w tę grę, a jednak fala czerwieni oblała mnie od czubka głowy aż po palce stóp. Miałam cichą nadzieję, że tego nie zauważył. Jedliśmy nasze porcje, żartując i popijając kawę.
Kiedy skończyliśmy, wyszłam na chwilę poprawić makijaż i złapać oddech… Oj, robiło się naprawdę gorąco! Nie wiedziałam jeszcze, co myśleć o tym mężczyźnie. Z jednej strony bardzo mi się podobał fizycznie, a z drugiej trochę mnie zaskakiwał swoim bezpośrednim podejściem do mnie – dużo od siebie młodszej mężatki. Gdy wracałam do stolika, zauważyłam, że Janek reguluje rachunek.
– A więc wyruszamy. Przy tej ślizgawce czeka nas długa jazda. Gotowa?
– Tak.
Byłam gotowa do podróży i musiałam sama przed sobą przyznać, że chyba nie tylko do niej…
*
Do kuchni zeszłam dopiero na kolację.
– Janek mówił, że jedzie przed weekendem – odezwał się tato. – Zabierze cię, masz być gotowa na dziesiątą.
– Dobrze. Dziękuję.
Boże, na samą myśl serce zabiło mi mocniej. Znowu go zobaczę, a więc tych kilka dni to wcale nie był sen. Natychmiast pomyślałam, że muszę przejrzeć szafę i wybrać coś, w czym dobrze wyglądam. Myśl o mężu i rozwodzie jakby wyparowała. Poczułam dziwną i nieopisaną lekkość, nawet nudności na moment ustąpiły.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/Panczakiewicz Art.Design
Redakcja: Dorota Filip
Korekta: Joanna Błakita, Kamila Recław
Redakcja techniczna: Mariusz Gołdyn
Konwersja do formatów elektronicznych: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Copyright © Marta Nowak 2026
@ for this edition by Wydawnictwo Wolf Sp. z o.o.
All rights reserved
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-975546-9-6
Wydawnictwo Wolf
Wydanie I
Gorzów Wielkopolski 2026
Wyprodukowano w Polsce
