Miłość, kłamstwa i koronki - Nowak Marta - ebook
NOWOŚĆ

Miłość, kłamstwa i koronki ebook

Nowak Marta

3,8

167 osób interesuje się tą książką

Opis

Pewien wieczór okazuje się dla Martyny prawdziwą katastrofą. Sprawy między nią a mężem komplikują się tak, że o mały włos nie dochodzi do tragedii. Ich małżeństwo przestaje istnieć, ale on nie zamierza odpuścić. Chociaż z czasem wszystko na pozór idzie w dobrym kierunku, to kolejny wybranek okazuje się namiętną pomyłką, która ma swoje konsekwencje. 
Kobieta próbuje mimo tego ułożyć sobie życie na swoich zasadach. Jednak pragnienie bycia kochaną to początek kłopotów. Ktoś próbuje zagrozić jej oraz osobom z jej otoczenia, a wszystko zmienia się nagle w grę na śmierć i życie. Dodatkowo na horyzoncie pojawia się mężczyzna z jej przeszłości.
Ponoć stara miłość nie rdzewieje. Ale czy Martyna da się uwieść i ponownie zaryzykuje? A może w końcu zawalczy o siebie?
Tajemnice, kłamstwa, namiętność i morderstwo, które trzeba ukryć… 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 288

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (8 ocen)
4
0
3
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
czyta_delicznie

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo szybko się czyta. Fajny pomysł na fabułę.
00
fakirek13

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka ❤️
00
magdalenazmuda

Nie polecam

Powieść Cię nie zachwyci wręcz rozczaruje. O czym jest ta książka? Dlaczego tworzy się takie książki. Nie polecam
00
MariolaAndrzejczak

Nie oderwiesz się od lektury

przeczytana ...nie wiem co napisać... kobieta " oblegana" przez mężczyzn- w różnym wieku- wątek morderstwa i strach przed ujawnieniem go jest dominujący...ciągle w gotowości " czy się wyda"... i tyle..
00



Wszyst­kim ko­bie­tom wie­rzą­cym,

że mi­łość po­tra­fi roz­pa­lić zmy­sły

i zmie­nić ży­cie

Roz­dział 1

We­szłam do do­mu tak ci­cho, jak tyl­ko moż­li­we. Ostroż­nie sta­wia­łam sto­py na drew­nia­nej pod­ło­dze, któ­rą na szczę­ście świet­nie zna­łam i wie­dzia­łam, gdzie de­ski za­skrzy­pią, zdra­dza­jąc mo­ją obec­ność. Nie by­ło miej­sca bliż­sze­go mo­je­mu ser­cu niż ten dom, w któ­rym się wy­cho­wa­łam, a do któ­re­go te­raz mu­sia­łam za­kra­dać się na pa­lusz­kach. Wszyst­ko przez te­go po­two­ra.

Ba­ga­że zo­sta­wi­łam w ko­ry­ta­rzu, że­by nie ro­bić wię­cej ha­ła­su. Sko­rzy­sta­łam szyb­ko z ła­zien­ki, by od­świe­żyć się po po­dró­ży, i chcia­łam się udać do sy­pial­ni, ale w ko­ry­ta­rzu zda­łam so­bie spra­wę z czy­jejś obec­no­ści. Ja­ką ulgę po­czu­łam, gdy się oka­za­ło, że to ma­ma! Naj­wy­raź­niej ją zbu­dzi­łam.

– Do­brze, że je­steś, skar­bie – przy­wi­ta­ła mnie szep­tem i w kil­ku zda­niach opo­wie­dzia­ła, co się dzia­ło, gdy mnie nie by­ło, dzię­ki cze­mu wie­dzia­łam, ja­kie mo­gę mieć za chwi­lę atrak­cje.

Mąż spał twar­do. De­li­kat­nie wśli­zgnę­łam się pod koł­drę, z na­dzie­ją, że uda mi się po­zo­stać nie­zau­wa­żo­ną, lecz wte­dy… Sta­ło się. Obu­dzi­łam go.

Nie by­ło po­wi­ta­nia.

Ze­rwał się z łóż­ka i bez ja­kich­kol­wiek wstę­pów za­czął wy­rzu­cać z sie­bie po­tok słów. Krą­żąc po sy­pial­ni, po­wta­rzał, ja­ka je­stem nie­wier­na. Ob­ser­wo­wa­łam je­go ner­wo­we ru­chy i słu­cha­łam co­raz gło­śniej­szych słów, oba­wia­jąc się, co mo­że na­dejść.

– Po­go­da to nie po­wód, że­by spę­dzać kil­ka no­cy w ho­te­lu!

– Ko­cha­nie, prze­cież wiesz, że by­ły za­mie­cie, nie­prze­jezd­ne dro­gi… Jak mie­li­śmy je­chać?

– Co z nim ro­bi­łaś?! – krzyk­nął i ścią­gnął ze mnie koł­drę. – Pusz­cza­łaś się? Kim on jest?

– Po­łóż się, pro­szę. Mam za so­bą dłu­gą po­dróż. Po­roz­ma­wia­my ra­no. Nie mia­łam wpły­wu na po­go­dę ani na kie­row­cę, któ­ry dla bez­pie­czeń­stwa chciał prze­cze­kać śnie­ży­cę w ho­te­lu.

– Za­da­łem ci py­ta­nie! Ga­daj, kim jest twój ko­chaś!

– Co ty wy­my­ślasz? To po­waż­ny czło­wiek, zna­jo­my oj­ca. Prze­cież to ta­ta za­ła­twił, że wró­cę z Ka­to­wic z Jan­kiem, sko­ro on te­go sa­me­go dnia je­chał sa­mo­cho­dem. Wy­obra­żasz so­bie po­wrót po­cią­ga­mi przy ta­kich wa­run­kach? To do­pie­ro mu­sia­ły być opóź­nie­nia, je­cha­ła­bym ty­dzień.

Krzy­kom jed­nak nie by­ło koń­ca. Sta­ra­łam się opa­no­wać sy­tu­ację. Mó­wi­łam ci­chym, spo­koj­nym gło­sem, ale to jesz­cze bar­dziej go zło­ści­ło. By­łam pew­na, że resz­ta do­mow­ni­ków już daw­no nie śpi, a ja czu­łam je­dy­nie na­ra­sta­ją­cy lęk.

– Zdra­dzi­łaś mnie?! No, mów! – krzyk­nął z ta­ką zło­ścią wy­ma­lo­wa­ną na twa­rzy, że prze­biegł mnie dreszcz.

Nie po­tra­fił już kon­tro­lo­wać emo­cji. Wpraw­dzie nic nie wska­zy­wa­ło na to, by był pi­ja­ny, ale bez wąt­pie­nia nad­cho­dził ko­lej­ny z je­go ata­ków fu­rii. Nie chcia­łam oka­zy­wać stra­chu, jed­nak mój spo­kój wzbu­dzał w nim jesz­cze więk­szą agre­sję. W pew­nym mo­men­cie po­cią­gnął mnie za rę­kę tak moc­no, że spa­dłam z łóż­ka.

Zro­bił się ru­mor. Już nie na żar­ty prze­stra­szo­na ta­kim roz­wo­jem wy­da­rzeń, krzyk­nę­łam:

– Prze­stań! Co ty ro­bisz?!

Wte­dy pod­szedł do mnie, zła­pał mnie z ty­łu gło­wy za wło­sy i ude­rzył w twarz.

Cios był bar­dzo sil­ny. Oszo­ło­mio­na opa­dłam na róg sto­łu. W tej sa­mej chwi­li usły­sza­łam pu­ka­nie do drzwi sy­pial­ni i gło­sy ma­my, oj­ca oraz ciot­ki. Je­dy­ne, co mo­głam wte­dy zro­bić, to za­wo­łać:

– Ra­tun­ku!

Drzwi otwo­rzy­ły się z hu­kiem. Trój­ka naj­bliż­szych mi osób pod­bie­gła do mnie, a on ich mi­nął i uciekł w dół po scho­dach. Ta­to ru­szył za nim. Pró­bo­wa­łam go za­trzy­mać. Ba­łam się, że ten łaj­dak zro­bi oj­cu krzyw­dę, ale w tym sa­mym mo­men­cie usły­sza­łam trzask fron­to­wych drzwi i zro­zu­mia­łam, że mąż wy­padł z mo­je­go ro­dzin­ne­go do­mu, do któ­re­go wpro­wa­dził się w dniu na­sze­go ślu­bu.

Czu­łam, jak puch­nie mi oko, a z roz­bi­te­go o kant sto­łu czo­ła le­ci krew. Gło­wa bo­la­ła mnie tak bar­dzo, że mia­łam wra­że­nie, jak­by wy­rwał mi wło­sy ze skó­rą.

Ro­dzi­na by­ła po mo­jej stro­nie. Nie po­wie­dzie­li te­go gło­śno, ale w ci­szy, któ­ra za­pa­dła, gdy ta­to wró­cił do nas, na gó­rę, sły­sza­łam ich my­śli. Brzmia­ły: „A nie mó­wi­łem?”, „Wie­dzia­łam, że tak bę­dzie!”, „Cze­go in­ne­go moż­na się by­ło spo­dzie­wać po ta­kim ban­dy­cie, pro­sta­ku i pi­ja­ku? Brak wy­cho­wa­nia…”. Co­kol­wiek by my­śle­li lub mó­wi­li, mie­li­by ra­cję.

– Trze­ba za­dzwo­nić na po­li­cję – ra­dził oj­ciec.

– Mo­że się na­pić i wró­cić, ten łaj­dak – stwier­dzi­ła ciot­ka.

– Niech za­bie­rze rze­czy i wra­ca do ma­mu­si. Jak mógł po­są­dzić cię o zdra­dę w tak po­chop­ny spo­sób?!

Roz­mo­wa to­czy­ła się jak­by po­za mo­ją świa­do­mo­ścią. Oj­ciec i cio­cia prze­ści­ga­li się w wy­my­śla­niu naj­gor­szych obelg pod ad­re­sem mo­je­go mę­ża. Ma­ma za­ję­ła się opa­try­wa­niem ra­ny na czo­le, gła­dząc mnie przy tym de­li­kat­nie po gło­wie.

A ja? Ja my­śla­łam wy­łącz­nie o do­ty­ku in­nych rąk – mę­skich rąk – któ­re jesz­cze nie tak daw­no błą­dzi­ły po mo­im cie­le…

*

Nie we­zwa­li­śmy po­li­cji, bo nie chcie­li­śmy, by są­sie­dzi wzię­li nas na ję­zy­ki. To by­ła po­rząd­na uli­ca i wszy­scy bar­dzo ostro re­ago­wa­li na te­go ty­pu eks­ce­sy. Już ty­le ra­zy tu­szo­wa­li­śmy po­dej­rza­ne za­cho­wa­nia Dar­ka, że wła­ści­wie mie­li­śmy w tym wpra­wę. Po­dzi­wia­łam ma­mę, ta­tę i cio­cię za te po­kła­dy cier­pli­wo­ści i mi­ło­ści do mnie – bo jak ina­czej na­zwać to, że przez ty­le lat po­ma­ga­li mi prze­trwać w mał­żeń­stwie, któ­re by­ło ewi­dent­ną po­mył­ką? Po­peł­ni­łam błąd, okrop­ny błąd, wy­cho­dząc za te­go męż­czy­znę. A oni ni­g­dy mi te­go nie wy­po­mnie­li, za to sta­wa­li na gło­wie, by uczy­nić mo­je ży­cie choć tro­chę prost­szym.

Przez na­stęp­ne trzy ty­go­dnie go­iłam siń­ce, któ­re zmie­nia­ły ko­lor z dnia na dzień. Wy­cho­dzi­łam na po­dwó­rze tyl­ko wte­dy, kie­dy w po­bli­żu, na są­sied­nich po­se­sjach, ni­ko­go nie by­ło. Wie­dzia­łam od zna­jo­mych, że mąż znów za­czął pić. Sły­sza­łam o bój­kach. Na­wet je­go wła­sny brat, z któ­rym pra­co­wał, za­dzwo­nił, by po­wie­dzieć, że Da­rek zno­wu nie po­ja­wił się w pra­cy. Cóż mo­głam na to po­ra­dzić? Stre­ści­łam mu ca­łą hi­sto­rię i za­po­wie­dzia­łam, że pla­nu­ję roz­wód. Brat Dar­ka nie był zbyt za­sko­czo­ny. Do­my­śla­łam się jed­nak, że prze­ka­zał no­wi­nę o roz­sta­niu da­lej, bo ta za­ska­ku­ją­co szyb­ko do­tar­ła do mo­jej te­ścio­wej. Po kil­ku dniach zja­wi­ła się u nas z pre­ten­sja­mi.

– Wy­rzu­ci­łaś go! On pi­je przez cie­bie! – Te­go ty­pu przy­ty­kom nie by­ło koń­ca.

– Pro­szę mnie nie ob­wi­niać. Ja się sa­ma nie po­bi­łam! – krzy­cza­łam.

– Nie zniósł two­ich cią­głych wy­jaz­dów na te stu­dia. On tyl­ko ty­ra i ty­ra, a ty jeź­dzisz, ba­wisz się w ja­kieś ma­gi­ster­ki!

– Wie­dział, że po ślu­bie bę­dę da­lej się uczyć. Zo­bo­wią­zał się do utrzy­my­wa­nia mnie, aż zdo­bę­dę wy­kształ­ce­nie, sam to za­ofe­ro­wał.

– On nie mógł na­wet w do­mu pi­wa wy­pić!

Te­go już by­ło za wie­le. Mia­łam dość te­go przed­sta­wie­nia. Co tu się wła­ści­wie dzia­ło?

– Ja mam ku­po­wać pi­wo ko­muś, kto po je­go wy­pi­ciu do­sta­je bia­łej go­rącz­ki i bi­je mnie oraz lu­dzi, któ­rych na­po­ty­ka?! Al­bo bie­gnie do są­sia­dów?

– Bro­nisz mu wszyst­kie­go, a chłop mu­si wy­pić!

Szczę­ka mi opa­dła. Mi­mo­wol­nie w mo­ich my­ślach po­ja­wi­ło się wspo­mnie­nie: ele­ganc­ka mę­ska dłoń trzy­ma­ją­ca kie­li­szek do­brej ja­ko­ści wi­na. Usta de­gu­stu­ją­ce za­rów­no czer­wo­ny tru­nek, jak i smak mo­ich po­ca­łun­ków… Czym prę­dzej otrzą­snę­łam się z tych roz­wa­żań i spoj­rza­łam na sto­ją­cą przede mną ko­bie­tę.

– Sko­ro mu­si wy­pić, to u ma­mu­si bę­dzie miał znacz­nie le­piej. Pro­szę mu prze­ka­zać, by za­brał swo­je rze­czy!

– Ale co? Do mnie? Po­roz­ma­wiaj­cie, Mar­tyn­ko! Do­ga­dać się trze­ba. On cię utrzy­mu­je, sie­dzisz bez ro­bo­ty, to chy­ba mo­gło mu się zda­rzyć?

– Zda­rzyć się? Co ta­kie­go? Bi­cie mnie? Po­ni­ża­nie?

Do po­ko­ju we­szli ro­dzi­ce.

– W tym do­mu ni­g­dy nie by­ło prze­mo­cy, więc i pa­ni syn nie do­sta­nie na nią po­zwo­le­nia. Niech się cie­szy, że nie we­zwa­li­śmy po­li­cji. Mar­ty­na mo­gła za­żą­dać ob­duk­cji, a nie zro­bi­ła te­go. – Oj­ciec był ka­te­go­rycz­ny.

– Nie ma co z wa­mi roz­ma­wiać. Wiel­kie pań­stwo…

Wy­bie­gła z do­mu. Prze­klę­ta wiedź­ma! Jak­by po dro­dze zna­la­zła mio­tłę, to pew­nie by na niej od­le­cia­ła.

– Już do­brze… Co za wred­na mał­pa. Pro­stacz­ka! – Cio­cia Da­nu­sia mu­sia­ła do­dać coś od sie­bie.

Ciot­ka by­ła dla mnie jak dru­ga ma­ma. Nie wy­szła ni­g­dy za mąż, ale za­wsze po­ma­ga­ła nam, swo­im sio­strze­ni­com, i ko­cha­ła nas jak wła­sne cór­ki. By­łam naj­młod­sza, więc czę­sto za­bie­ra­ła mnie do pra­cy na wszyst­kie cho­in­ki i im­pre­zy in­te­gra­cyj­ne. Spę­dza­łam z nią wa­ka­cje, week­en­dy, fe­rie. Cio­cia pra­co­wa­ła na sta­no­wi­sku kie­row­nicz­ki wy­dzia­łu w są­dzie. Cu­dow­na, pięk­na, ele­ganc­ka, a przy tym mo­gą­ca się po­chwa­lić nie­zwy­kle cię­tym ję­zy­kiem – ca­ła mo­ja Da­nu­ta. Ko­cha­łam ją od za­wsze i trak­to­wa­łam jak wzór, cho­ciaż sa­ma mia­łam znacz­nie ła­god­niej­szy cha­rak­ter.

Pa­trząc, jak cio­cia trzy­ma mo­ją stro­nę w kon­fron­ta­cji z te­ścio­wą, przy­po­mnia­łam so­bie też re­la­cje mię­dzy mo­ją ma­mą a bab­cią. Nie ogra­ni­cza­ły się tyl­ko do wię­zi mat­ka–cór­ka. One się przy­jaź­ni­ły. Ma­ma i bab­cia bar­dzo czę­sto pro­wa­dzi­ły dłu­gie roz­mo­wy przez te­le­fon, na­wet kil­ka ra­zy dzien­nie. Tam­ta re­la­cja wy­da­wa­ła mi się nie­zwy­kle cen­na. Te­raz, kie­dy bab­ci już nie by­ło, po­dob­ną ro­lę od­gry­wa­ła cio­cia Da­nu­ta. Nie wy­obra­ża­łam so­bie, jak bym so­bie po­ra­dzi­ła bez ko­biet w mo­jej ro­dzi­nie, czu­łam, że więź mię­dzy na­mi jest sil­niej­sza z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie i ce­ni­łam ją naj­bar­dziej na świe­cie.

– On mu­si przyjść po swo­je rze­czy – ode­zwał się ta­ta.

– Tyl­ko kie­dy? Nie chcę przyj­mo­wać go sa­ma w do­mu, a w week­end po­win­nam być na zjeź­dzie. Mie­siąc nie jeź­dzi­łam na wy­kła­dy.

– Mo­że znów za­bie­rzesz się z Jan­kiem? Za­wsze to szyb­sza po­dróż. Mó­wił, że­by da­wać znać.

Na te sło­wa za­drża­łam. Przez ca­ły ten czas nie wi­dzia­łam go ani ra­zu i w pew­nym sen­sie by­ło mi z tym do­brze. Nie mia­łam po­ję­cia, jak uło­żyć so­bie w gło­wie to, co się wy­da­rzy­ło, gdy ostat­nio wra­ca­łam z nim z Ka­to­wic. My­śla­łam o tym czę­sto, na­wet za czę­sto. Wspo­mnie­nia za­le­wa­ły mnie w naj­mniej spo­dzie­wa­nych mo­men­tach. Ale po­wrót z Ka­to­wic zbiegł się z roz­pa­dem mo­je­go mał­żeń­stwa, mu­sia­łam za­go­ić ra­ny – te fi­zycz­ne, bo emo­cjo­nal­nie roz­sta­nie z Dar­kiem by­ło wręcz ulgą. Po­trze­bo­wa­łam cza­su, by się za­sta­no­wić, jak te­raz bę­dzie wy­glą­da­ło mo­je ży­cie i czy jest w nim miej­sce dla męż­czyzn. Wie­dzia­łam, że Ja­nek dzwo­nił kil­ka ra­zy, ale sta­ra­łam się uni­kać od­bie­ra­nia te­le­fo­nu. Pro­si­łam ma­mę, by mó­wi­ła, że je­stem za­ję­ta. Nie mia­łam po­ję­cia, cze­go wła­ści­wie się ba­łam – wy­ja­wie­nia mu, że do­świad­czy­łam prze­mo­cy, czy roz­mo­wy o na­szej po­dró­ży?

Za­sta­na­wia­łam się też, czy to do­brze, abym je­cha­ła na Śląsk w to­wa­rzy­stwie Jan­ka. No ale w su­mie, dla­cze­go nie? Mąż nie sza­no­wał mnie ani te­go, co mo­ja ro­dzi­na mu ofe­ro­wa­ła. Te­raz chlał w me­li­nach, nie wia­do­mo z kim. Nie za­mie­rza­łam wpu­ścić go wię­cej do do­mu. Nie po tym, jak mnie po­bił.

Czu­łam, że my­śli za­czy­na­ją mnie przy­tła­czać. Ja­nek, mąż, ro­dzi­na, te­ścio­wa, stu­dia w od­le­głym mie­ście, brak sta­łej pra­cy, per­spek­ty­wa roz­wo­du… To by­ło za du­żo, po­trze­bo­wa­łam się czymś za­jąć, bo w mo­im umy­śle tkwił tyl­ko… on. Gdy te­ścio­wa wy­szła, a każ­dy z do­mow­ni­ków wró­cił do wła­snych spraw, przy­szedł mi do gło­wy dziw­ny po­mysł. W sy­pial­ni zna­la­złam ma­ły no­tes, któ­ry Da­nu­sia ku­pi­ła mi ostat­nio na stu­dia, ale ze­szy­tów i no­tat­ni­ków mia­łam już tak wie­le, że ten po­zo­stał nie­wy­ko­rzy­sta­ny.

Prze­sta­łam wal­czyć z wła­sny­mi my­śla­mi. Sko­ro chcia­ły wró­cić do tam­tych chwil, niech pły­ną.

Chwy­ci­łam za ołó­wek i na pierw­szej stro­nie na­szki­co­wa­łam wła­sną syl­wet­kę. Był prze­łom li­sto­pa­da i grud­nia, za­czął się se­zon na ko­zacz­ki. Tam­te­go dnia mia­łam na so­bie ta­kie wła­śnie dłu­gie bu­ty na dość wy­so­kim ob­ca­sie. Na­kre­śli­łam je na pa­pie­rze, przy­po­mi­na­jąc so­bie, co wte­dy do nich do­bra­łam. By­ła to krót­ka sza­ra su­kien­ka, któ­ra z ko­zacz­ka­mi wy­glą­da­ła sek­sow­nie, ale ko­lor mia­ła nie­cie­ka­wy. Mu­sia­łam go ja­koś prze­ła­mać – po­sta­wi­łam na prze­pięk­ny ró­żo­wy płasz­czyk i pa­su­ją­cy do nie­go sza­lik. Uwiel­bia­łam eks­pe­ry­men­to­wać z ubra­nia­mi, a z tej sty­li­za­cji czu­łam się wy­jąt­ko­wo dum­na.

Ta­ką wła­śnie uj­rzał mnie po raz pierw­szy Ja­nek. Za­my­śli­łam się, a po­tem zde­cy­do­wa­łam na coś jesz­cze. Coś, cze­go ni­g­dy wcze­śniej nie ro­bi­łam. Obok pro­jek­tu, któ­ry stwo­rzy­łam – obok mo­jej syl­wet­ki w ró­żo­wym płasz­czy­ku – za­czę­łam spi­sy­wać wspo­mnie­nia z tam­tej po­dró­ży.

29 li­sto­pa­da 1995

Po spa­ko­wa­niu rze­czy po dłu­gim week­en­dzie w Ka­to­wi­cach ogar­nę­ło mnie zmę­cze­nie. Eg­za­min, wcze­śniej pla­no­wa­ny na wto­rek, zo­stał prze­ło­żo­ny na ko­lej­ny mie­siąc, więc nic mnie tu już nie trzy­ma­ło. Naj­bliż­szy po­ciąg mia­łam do­pie­ro o czwar­tej nad ra­nem, ale na szczę­ście nie mu­sia­łam na nie­go cze­kać, bo do do­mu za­bie­rał mnie wra­ca­ją­cy tej no­cy z Za­brza przy­ja­ciel ta­ty. Mia­łam go po­znać do­pie­ro o umó­wio­nej dwu­dzie­stej przed ho­te­lem i w ten spo­sób za­osz­czę­dzić dłu­gie go­dzi­ny po­dró­ży po­cią­giem.

Za­bra­łam rze­czy i wa­liz­kę. Za­mknę­łam po­kój, zda­łam klu­cze. Za chwi­lę mia­łam się spo­tkać z męż­czy­zną, któ­ry za­bie­rze mnie z po­wro­tem do co­dzien­ne­go do­ro­słe­go ży­cia, w któ­re tak przed­wcze­śnie wkro­czy­łam. Po­go­da nie za­chę­ca­ła do cze­ka­nia na ze­wnątrz. By­ła już póź­na je­sień i od kil­ku dni bez prze­rwy lał deszcz. Po wczo­raj­szych wy­kła­dach nie mia­łam na­wet ocho­ty na spa­cer po Ka­to­wi­cach.

Zbli­ża­ła się go­dzi­na dwu­dzie­sta. Nie za­uwa­ży­łam przed ho­te­lem żad­ne­go sa­mo­cho­du ze zna­jo­mą re­je­stra­cją, więc dla za­bi­cia cza­su za­ję­łam się oglą­da­niem wy­sta­wy prac ma­lar­skich ja­kie­goś mło­de­go ar­ty­sty, któ­re zo­sta­ły usta­wio­ne w stre­fie wej­ścio­wej, ale wkrót­ce usły­sza­łam przy re­cep­cji głos:

– Prze­pra­szam, je­stem umó­wio­ny na ósmą z pa­nią Mar­ty­ną.

Ten głos wy­wo­łał u mnie ja­kiś nie­zro­zu­mia­ły skurcz w żo­łąd­ku. Był głę­bo­ki, po­cią­ga­ją­cy. Wte­dy ode­zwa­ła się do mnie bar­dzo mi­ła re­cep­cjo­nist­ka:

– Pa­ni Mar­ty­no, ktoś do pa­ni.

Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam męż­czy­znę w wie­ku oko­ło czter­dzie­stu lat. Był spo­ro star­szy ode mnie, wy­so­ki, ciem­ny blon­dyn z krę­co­ny­mi wło­sa­mi i uśmie­chem, któ­ry wprost znie­wa­lał. Zro­bi­łam krok w je­go stro­nę, a on pod­szedł do mnie. Po­dał mi rę­kę, jed­no­cze­śnie pa­trząc pro­sto w oczy, po czym – bez od­ry­wa­nia wzro­ku – pod­niósł mo­ją dłoń do ust. Uca­ło­wał ją i po­wie­dział:

– Mi­ło mi po­znać. Je­stem Ja­nek. Spę­dzi­my ra­zem po­dróż. Cie­szę się, że bę­dę miał to­wa­rzy­stwo tak uro­czej oso­by.

– Dzień do­bry. Mar­ty­na. Dzię­ku­ję, że zgo­dził się pan za­brać mnie ze so­bą.

Gdy wy­po­wia­da­łam tych kil­ka słów, czu­łam, jak mo­ją twarz za­le­wa go­rą­ca fa­la czer­wie­ni, i od ra­zu po­my­śla­łam o tym, czy on to za­uwa­żył. Mia­łam na­dzie­ję, że nie!

– Za­pra­szam do au­ta, pa­ni Mar­ty­no. We­zmę pa­ni rze­czy.

– Dzię­ku­ję – od­po­wie­dzia­łam, za­wsty­dzo­na jak ma­ła dziew­czyn­ka.

Nie wie­dzia­łam, co się ze mną dzie­je. Opa­no­wa­ła mnie strasz­na nie­śmia­łość. Męż­czy­zna szar­manc­ko otwo­rzył przede mną drzwi i wło­żył wa­liz­kę do ba­gaż­ni­ka. Za­uwa­ży­łam, że był to sa­mo­chód z kla­są – po­dob­nie jak wła­ści­ciel. Za­wsze lu­bi­łam star­szych męż­czyzn, ale mój mąż, po­mi­mo spo­rej róż­ni­cy wie­ku, nie ro­bił na mnie ta­kie­go wra­że­nia jak po­zna­ny do­słow­nie przed chwi­lą Ja­nek.

Ru­szy­li­śmy po­wo­li. Czu­łam od kie­row­cy in­te­re­su­ją­cą woń mę­skich per­fum, za­pew­ne do­brej ja­ko­ści. Płaszcz zo­sta­wił na tyl­nym sie­dze­niu, więc te­raz ubra­ny był tyl­ko w ko­bal­to­wy swe­ter, spod któ­re­go wy­sta­wa­ła błę­kit­na ko­szu­la. Ca­łość pa­so­wa­ła do je­go nie­bie­skich oczu, któ­rych ko­lor zwró­cił mo­ją uwa­gę jesz­cze w re­cep­cji ho­te­lu. Za­sta­na­wia­łam się, czy świa­do­mie tak świet­nie do­brał ko­lo­ry ubrań do swo­jej uro­dy. O ra­ny! – po­my­śla­łam so­bie. Na świe­cie są jed­nak cia­cha.

Po­dróż mi­ja­ła nam przy­jem­nie na po­ga­dusz­kach o ni­czym. Po­go­da wca­le się nie po­pra­wia­ła, wręcz prze­ciw­nie – wkrót­ce deszcz prze­ro­dził się w mar­z­ną­cą mżaw­kę. W któ­rymś mo­men­cie Ja­nek za­pro­po­no­wał, aby­śmy mó­wi­li so­bie po imie­niu, na co zgo­dzi­łam się bez wa­ha­nia. Opo­wia­dał du­żo o swo­jej pra­cy, o kon­trak­tach ze Ślą­ska, a ja, po­grą­żo­na w roz­mo­wie, na­wet nie za­uwa­ży­łam, kie­dy za­par­ko­wa­li­śmy przed ol­brzy­mim, pięk­nie oświe­tlo­nym za­jaz­dem.

– Za­pra­szam cię na ko­la­cję.

Ze wspo­mnień wy­rwa­ła mnie ma­ma:

– Zejdź na dół. Twój mąż stoi pod drzwia­mi.

Jej sło­wa by­ły jak ku­beł zim­nej wo­dy na gło­wę. Na­wet przez se­kun­dę nie mia­łam oka­zji się za­sta­no­wić, skąd ta­ki po­mysł, by spi­sać tam­te wy­da­rze­nia. Za­trza­snę­łam no­tat­nik. Ser­ce bi­ło mi ze zde­ner­wo­wa­nia. Idąc do drzwi, już z da­le­ka sta­ra­łam się zo­rien­to­wać, czy Da­rek jest trzeź­wy.

– Chcę za­brać swo­je rze­czy oso­bi­ste. Po resz­tę wró­cę.

– Wo­la­ła­bym, że­byś za­brał wszyst­ko dziś. Nie jest te­go du­żo.

Przed do­mem cze­kał je­go ko­le­ga. Po­my­śla­łam, że przy­je­chał z nim do po­mo­cy al­bo spie­szą się na ja­kąś za­kra­pia­ną im­pre­zę. Mi­mo wszyst­ko po­czu­łam się nie­pew­nie sa­ma na­prze­ciw tych dwóch dra­ni.

– Nie bę­dę za­bie­rał wszyst­kie­go. Nie mam do­kąd.

– To nie mo­ja spra­wa. Trze­ba to za­koń­czyć raz a do­brze. Nie chcę, że­byś po­tem przy­cho­dził, kie­dy nie bę­dzie mnie w do­mu.

– Tak? A gdzie bę­dziesz?

– Nie po­win­no cię to in­te­re­so­wać. Pa­kuj, co two­je. Mo­ja ro­dzi­na nie bę­dzie zaj­mo­wać się two­imi rze­cza­mi.

Wszedł na pię­tro, do sy­pial­ni, a ja za nim. Kum­pel zo­stał przy sa­mo­cho­dzie. Wi­dzia­łam, z ja­ką zło­ścią Da­rek zbie­ra swo­je rze­czy. Ukrad­kiem scho­wa­łam przed nim no­tat­nik, w któ­rym za­czę­łam spi­sy­wać wspo­mnie­nia. Mąż trza­skał drzwicz­ka­mi sza­fek, bie­gał z gó­ry na dół po scho­dach, wy­no­sił peł­ne tor­by i re­kla­mów­ki, po czym ci­skał je do ba­gaż­ni­ka.

– Czy to wszyst­ko? – za­py­ta­łam go­dzi­nę póź­niej, cze­ka­jąc na nie­go w ko­ry­ta­rzu. Mia­łam wra­że­nie, że za dłu­go już to trwa.

– Wró­cę, jak coś…

– Nie wra­caj. Że­gna­my się.

– Masz ko­cha­sia. Jeź­dzisz na stu­dia i wia­do­mo, co tam ro­bisz!

– To, że pi­jesz i nie pa­nu­jesz nad so­bą, dam­ski bok­se­rze, nie ozna­cza od ra­zu, że ja cię zdra­dzam.

Skoń­czo­ny pa­lant. Chciał zrzu­cić na mnie wi­nę za wła­sne nie­kon­tro­lo­wa­ne za­cho­wa­nia.

Od­nio­słam wra­że­nie, jak­by chciał do mnie po­dejść. Od­ru­cho­wo wbie­głam na scho­dy, by zna­leźć się bli­żej po­ko­ju, w któ­rym sie­dzie­li ma­ma i ta­ta. Oba­wia­łam się go. Jak ja ży­łam z tym kimś przez tak dłu­gi czas? Chwi­lę po­tem ni­czym taj­fun wy­padł na ze­wnątrz i od­je­chał z pi­skiem opon. Nie po­że­gnał się na­wet z do­mow­ni­ka­mi, u któ­rych miesz­kał za dar­mo ty­le lat.

– Ale kul­tu­ra! Kto to ta­kie coś wy­cho­wał? – Cio­cia Da­nu­sia, któ­ra wła­śnie po­ja­wi­ła się w tyl­nych drzwiach od stro­ny ogro­du, nie mo­gła się nie wy­po­wie­dzieć.

Po­szła za­mknąć za nim drzwi, któ­re zo­sta­wił otwar­te na ca­łą sze­ro­kość. By­ło mi głu­pio. Każ­dy z ro­dzi­ny mnie ostrze­gał, pro­sił, że­bym nie po­peł­nia­ła te­go błę­du. Te­raz już wie­dzia­łam, że prze­czu­wa­li ta­kie za­koń­cze­nie.

Kie­dy za­czy­na­ły się roz­mo­wy o za­mąż­pój­ściu, do mo­je­go po­ko­ju przy­szedł ta­to. Ze łza­mi w oczach klęk­nął przy mnie i bła­gał, bym zmie­ni­ła de­cy­zję. Jak mo­głam wte­dy nie wziąć te­go pod uwa­gę? Zra­ni­łam uczu­cia oj­ca i po­zo­sta­łych bli­skich, a przede wszyst­kim wy­rzą­dzi­łam krzyw­dę sa­ma so­bie. To wspo­mnie­nie bo­li do tej po­ry, kie­dy o tym my­ślę.

– Ma­mu­sia się ucie­szy z po­wro­tu syn­ka, kie­dy wle­ci do do­mu pi­ja­ny i z awan­tu­rą. – Da­nu­sia nie umia­ła prze­stać.

Na scho­dach po­ja­wi­ła się ma­ma. Spoj­rza­ła na mnie po­ro­zu­mie­waw­czo. Nic na to nie od­po­wie­dzia­ła.

– Na­le­wam zu­pę, czas zjeść obiad.

– Nikt do mnie nie dzwo­nił? – wy­strze­li­łam na­gle.

– Nie – od­po­wie­dzia­ła zdzi­wio­na nie­spo­dzie­wa­nym py­ta­niem. – Chy­ba że ni­ko­go nie by­ło aku­rat przy te­le­fo­nie.

– W ten week­end mam wy­kła­dy, a opu­ści­łam już dwa zjaz­dy. Mu­szę się upew­nić, że tym ra­zem do­trę na za­ję­cia, i ku­pić bi­le­ty na po­ciąg lub…

– Za­dzwoń do Jan­ka i za­py­taj, czy bę­dzie je­chał – wtrą­cił się ta­to.

– Do­brze… – Za wszel­ką ce­nę chcia­łam za­cho­wać na­tu­ral­ny wy­raz twa­rzy i ton gło­su. – Ale nie dziś. Na dzi­siaj mam już do­syć wra­żeń.

Roz­dział 2

Zje­dli­śmy zu­pę ja­rzy­no­wą, a na dru­gie ziem­nia­ki z so­sem gu­la­szo­wym i su­rów­ką z wła­snej ki­szo­nej ka­pu­sty, któ­rą mo­gła­bym wci­nać to­na­mi! Po obie­dzie wró­ci­łam do swo­je­go po­ko­ju, ale nie po­tra­fi­łam się na ni­czym sku­pić. Na­tłok my­śli po­wró­cił. Te­raz, ze wzglę­du na wi­zy­tę mę­ża, w mo­jej gło­wie krą­żył przede wszyst­kim te­mat roz­wo­du. Jak się do te­go wszyst­kie­go za­brać?

W tej czę­ści do­mu, któ­rą zaj­mo­wa­li­śmy z mę­żem, pa­no­wał okrop­ny ba­ła­gan. Wy­glą­da­ło, jak­by pod­czas pa­ko­wa­nia się na złość wy­rzu­cił z sza­fy rów­nież mo­je rze­czy. Idio­ta do po­tę­gi! Skła­da­łam w kost­kę po­gnie­cio­ne ubra­nia i pła­ka­łam. Mia­łam wra­że­nie, że mo­je ży­cie jest po­zba­wio­ne sen­su. Ko­le­żan­ki ró­wie­śnicz­ki stu­dio­wa­ły dzien­nie, miesz­ka­ły w du­żych mia­stach, po­zna­wa­ły lu­dzi, im­pre­zo­wa­ły, a ja na wła­sne ży­cze­nie spier… so­bie ży­cie! Jak mia­łam te­raz z te­go wy­brnąć? Siń­ce na twa­rzy znik­nę­ły, ale co z mo­ją po­tłu­czo­ną du­szą?

Skoń­czy­łam sprzą­tać oko­ło ko­la­cji. W sza­fie mia­łam te­raz pod do­stat­kiem miej­sca na ubra­nia. Za­uwa­ży­łam tyl­ko, że nie za­brał do­ku­men­tów. To był znak – kre­tyn zno­wu się tu po­ja­wi.

Ze­szłam do ma­my, któ­ra wła­śnie wyj­mo­wa­ła z pie­kar­ni­ka pla­cek ze śliw­ka­mi. Po ca­łym do­mu roz­szedł się je­go słod­ki za­pach.

– Ten de­bil nie za­brał swo­ich do­ku­men­tów – oznaj­mi­łam.

– On jesz­cze nie raz po coś wró­ci. Tak ła­two nie od­pu­ści.

– Gdzie mu bę­dzie le­piej? Przy­szedł na go­to­we, jak do sie­bie, i nie umiał żyć jak czło­wiek – do­da­ła cio­cia, któ­ra nie gry­zła się w ję­zyk.

– Spa­ku­ję to, co zo­sta­ło, i prze­ka­żę przez je­go bra­ta. Nie chcę, by zno­wu przy­cho­dził i mnie wy­zy­wał lub ro­bił wy­mów­ki.

– Te­raz zaj­mij się na­uką. Mo­że uda mi się coś za­ła­twić z pra­cą. Na spo­koj­nie się za­sta­no­wi­my, jak roz­wią­zać kwe­stie praw­ne. Za­czniesz żyć nor­mal­nie. – Ta­to za­wsze sta­rał się tchnąć we mnie na­dzie­ję, że wszyst­ko jesz­cze się uło­ży.

Wspar­cie, któ­re od nich do­sta­łam, by­ło bez­cen­ne.

*

Wie­ści o mo­im roz­sta­niu jed­nak szyb­ko się roz­nio­sły i star­sze sio­stry na­tych­miast się uak­tyw­ni­ły. One za­wsze trzy­ma­ły się bli­sko, a ja, młod­sza od jed­nej o dzie­sięć lat, a od dru­giej o dwa­na­ście, mia­łam z ni­mi bar­dzo luź­ny kon­takt. W do­mu za­wsze po­świę­ca­no wię­cej uwa­gi mnie, więc obie do­ci­na­ły mi, gdy tyl­ko mo­gły. Te­raz rów­nież, kie­dy przy­szły w od­wie­dzi­ny do ma­my i ciot­ki, star­sza po­ku­si­ła się o ko­men­tarz:

– Ta­ki po­dob­no wspa­nia­ły zięć i co się sta­ło?

Nie chcia­łam te­go słu­chać. Ucie­kłam, izo­lo­wa­łam się w swo­ich po­ko­jach. Ja­nek nie pró­bo­wał się ze mną skon­tak­to­wać. Nie wie­dział, że od mie­sią­ca je­stem sa­ma. Mo­głam do nie­go za­dzwo­nić. Zo­sta­wił mi prze­cież kon­takt do sie­bie… Ale nie! Ja cze­ka­łam na ruch z je­go stro­ny i znów po­chło­nę­ły mnie wspo­mnie­nia…

Wziął mnie pod rę­kę, by ochro­nić przed desz­czem i trzy­mać pa­ra­sol cen­tral­nie nad mo­ją gło­wą. Na ze­wnątrz by­ło mo­kro, zim­no i śli­sko. W ko­zacz­kach na wy­so­kim ob­ca­sie czu­łam się nie­pew­nie. Ja­nek za­uwa­żył mój chwi­lo­wy brak rów­no­wa­gi i zła­pał mnie bar­dzo moc­no w ta­lii. Wte­dy wła­śnie, na tym błysz­czą­cym od mroź­ne­go desz­czu chod­ni­ku, po­czu­łam coś, cze­go się ba­łam… Je­go od­dech przy mo­jej twa­rzy i ten za­pach… Miał w so­bie coś, co spra­wi­ło, że na­gle nie by­łam już skrę­po­wa­na ani za­wsty­dzo­na, cho­ciaż je­go spoj­rze­nie wciąż po­wo­do­wa­ło skur­cze w żo­łąd­ku. Od­nio­słam wra­że­nie, że lu­bi wy­wo­ły­wać emo­cje u ko­biet i wzbu­dzać za­in­te­re­so­wa­nie. We­szli­śmy do za­jaz­du, a on od ra­zu po­mógł mi zdjąć płaszcz. Nie od­stę­po­wał mnie ani na krok. Wy­bra­li­śmy sto­lik z bo­ku sa­li, w dość za­cisz­nym miej­scu, bli­sko pło­ną­ce­go ko­min­ka. Męż­czy­zna po­pro­sił kel­ner­kę o za­pa­le­nie świec oraz o kar­tę dań.

Dłu­go­pis śmi­gał po kart­ce, a ja po­czu­łam ro­dzaj fraj­dy z te­go, że ob­ra­zy z mo­jej pa­mię­ci od­naj­du­ją swo­je miej­sce na pa­pie­rze. Uło­ży­łam się wy­god­niej na łóż­ku i pi­sa­łam da­lej:

– Cze­go się na­pi­jesz? – za­py­tał z uśmie­chem, któ­ry uka­zał je­go rów­ne, bia­łe zę­by, czym dał mi ko­lej­ny po­wód, by w gło­wie na­zwać go cia­chem. – Mo­że grza­ne wi­no, bo je­steś zzięb­nię­ta? – kon­ty­nu­ował, za­nim zdą­ży­łam od­po­wie­dzieć.

– Oczy­wi­ście, ale tyl­ko je­śli i ty się ze mną na­pi­jesz – od­par­łam od­waż­nie, a ra­czej pró­bo­wa­łam tak wy­paść.

– Ja nie mo­gę, je­śli chce­my bez­piecz­nie do­je­chać tej no­cy do do­mu, ale dla cie­bie grza­niec mo­że być an­ti­do­tum na dzi­siej­szą plu­chę.

W tym cza­sie kel­ner­ka ob­słu­gu­ją­ca nasz sto­lik po­de­szła z prze­ką­ska­mi i za­py­ta­niem, czy mo­że przy­jąć za­mó­wie­nie. Ja­nek szyb­ko i zde­cy­do­wa­nie wziął dla mnie grza­ne wi­no z goź­dzi­ka­mi i po­ma­rań­czą, a dla sie­bie – her­ba­tę. Na­stęp­nie wrę­czył mi otwar­tą kar­tę. Nie zdą­ży­łam na­wet się z nią za­po­znać, a mój to­wa­rzysz po­dró­ży już miał dla mnie pro­po­zy­cję. Je­go za­cho­wa­nie na­dal bar­dzo mi im­po­no­wa­ło, cho­ciaż mo­men­ta­mi czu­łam, jak­by prze­sad­nie sta­rał się pa­no­wać nad sy­tu­acją.

– Mar­tyn­ko, po­le­cam ci dzi­czy­znę. Co po­wiesz na ro­lad­ki z sar­ny w so­sie kur­ko­wym z pie­czo­ny­mi ziem­nia­ka­mi?

– My­ślę, że to do­bry wy­bór – od­par­łam na­tych­miast, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści nie był to ze­staw, na któ­ry mia­ła­bym ocho­tę.

Ni­g­dy nie prze­pa­da­łam za dzi­czy­zną i nie wie­dzia­łam, skąd u mnie ta­ka od­po­wiedź. Te­go ty­pu da­nia ko­ja­rzy­ły mi się z dziad­kiem, któ­ry pod ko­niec lat sie­dem­dzie­sią­tych za­in­te­re­so­wał się my­śli­stwem – by­łam wte­dy ma­łym dziec­kiem, ale na­wet w tam­tym mo­men­cie, dwa­dzie­ścia lat póź­niej, pa­mię­ta­łam, jak bar­dzo nie chcia­łam jeść upo­lo­wa­nych przez nie­go je­le­ni czy dzi­ków.

Z kuch­ni wy­ło­ni­ła się kel­ner­ka z ta­cą i ru­szy­ła w na­szą stro­nę, już z da­le­ka się do nas uśmie­cha­jąc. Wi­no za­chwy­ca­ło aro­ma­tem, któ­ry wzmac­nia­ły goź­dzi­ki oraz po­ma­rań­cza. Roz­ko­szo­wa­łam się tym za­pa­chem, a w tym cza­sie Ja­nek pa­trzył na mnie tak, jak­by prze­szy­wał mnie na wskroś. Nie spusz­cza­jąc ze mnie wzro­ku, pod­niósł ka­mion­ko­wy ku­bek z her­ba­tą i po­wie­dział:

– Za na­sze spo­tka­nie i zna­jo­mość. Że­by nam się mi­ło roz­wi­ja­ła i aby­śmy po­wo­li do­tar­li do ce­lu na­szej po­dró­ży.

– Za spo­tka­nie, Jan­ku!

Zwy­cza­jo­wo wy­ko­nał gest na­śla­du­ją­cy stuk­nię­cie się kie­lisz­ka­mi. Wzię­łam łyk wi­na. By­ło go­rą­ce, aro­ma­tycz­ne i od ra­zu po­czu­łam, jak mo­je po­licz­ki się ru­mie­nią. Nie wie­dzia­łam, czy bar­dziej od grzań­ca, czy od pło­ną­ce­go obok ko­min­ka, któ­ry da­wał cie­pło.

A mo­że od je­go spoj­rze­nia?

Ocze­ku­jąc na ko­la­cję, na­dal roz­ma­wia­li­śmy o Ślą­sku.

– Jak dłu­go by­łaś w Ka­to­wi­cach? – za­py­tał. – Ja spę­dzi­łem tam czte­ry dni, za­nim uda­ło mi się do­pro­wa­dzić ne­go­cja­cje do fi­na­łu.

– Ja by­łam trzy dni. Mia­łam wy­kła­dy i prze­ło­żo­no mi eg­za­min.

– Szko­da, że nie wie­dzie­li­śmy o tym wcze­śniej. Mo­gli­śmy ra­zem przy­je­chać i wspól­nie zwie­dzić Śląsk.

– Fak­tycz­nie, szko­da.

– Mo­że na­stęp­nym ra­zem? Co ty na to, Mar­tyn­ko? – za­py­tał i zno­wu prze­szył mnie spoj­rze­niem.

Za­uwa­ży­łam, że po raz ko­lej­ny zdrob­nił mo­je imię. Je­go pro­po­zy­cja też by­ła bar­dzo od­waż­na.

– Mo­że… – od­po­wie­dzia­łam zdaw­ko­wo, ale sa­ma nie wie­rzy­łam w ta­ki sce­na­riusz, bo nie wiem, jak wy­tłu­ma­czy­ła­bym to Dar­ko­wi, któ­ry był wiecz­nie cho­ry z za­zdro­ści, na­wet bez po­wo­du.

Ja­nek, w ocze­ki­wa­niu na po­da­nie ko­la­cji, ca­ły czas za­ba­wiał mnie roz­mo­wą. Nie spra­wia­ło mu to trud­no­ści, wręcz prze­ciw­nie – przy­cho­dzi­ło z wiel­ką ła­two­ścią i pa­so­wa­ło do je­go sty­lu. Mój roz­mów­ca miał w so­bie ty­le kla­sy, bły­sko­tli­wo­ści, in­te­li­gen­cji i wła­ści­wie wszyst­kie­go, cze­go bra­ko­wa­ło mo­je­mu mę­żo­wi. Po­rów­nu­jąc w my­ślach Dar­ka z tym cia­chem, wes­tchnę­łam nie­kon­tro­lo­wa­nie i chy­ba zbyt gło­śno.

– Czy po­wie­dzia­łem coś nie tak? – za­re­ago­wał na­tych­miast. – Masz ta­ką smut­ną mi­nę.

– Po­my­śla­łam o swo­im mę­żu, prze­pra­szam.

– Coś się sta­ło? Wi­dzę, że nie by­ły to do­bre my­śli. Je­steś szczę­śli­wa? – Z je­go ust pa­dła la­wi­na py­tań.

Prze­rwa­łam na chwi­lę pi­sa­nie i się za­my­śli­łam. W ob­li­czu ostat­nich wy­da­rzeń kwe­stie po­ru­sza­ne wte­dy przez Jan­ka wy­glą­da­ły już zu­peł­nie ina­czej. Czy się do­my­ślał, że tak to się skoń­czy?

W tej chwi­li po­czu­łam, że mo­je po­licz­ki pło­ną. I tym ra­zem na pew­no nie by­ło to dzia­ła­nie ani świec, ani ko­min­ka, ani wi­na. Ja­nek prze­cho­dził sie­bie w by­ciu bez­po­śred­nim, a ja nie spo­dzie­wa­łam się ta­kich py­tań.

– Chy­ba nie po­win­nam na­rze­kać. – Sta­ra­łam się wy­si­lić i przy­wo­łać na twarz uśmiech.

– Je­steś bar­dzo mło­da. Mu­sisz być strasz­nie za­ko­cha­na, sko­ro wy­szłaś za mąż tak wcze­śnie – cią­gnął na­dal te­mat.

– Coś dłu­go im scho­dzi z tym za­mó­wie­niem – rzu­ci­łam na­gle. – Mam na­dzie­ję, że bę­dzie tak do­bre, jak dłu­gi jest czas ocze­ki­wa­nia. – Chcia­łam zmie­nić kie­ru­nek roz­mo­wy, bo wąt­pli­wo­ści w mo­jej gło­wie na­si­la­ły się z mi­nu­ty na mi­nu­tę.

– Czym się zaj­mu­je twój mał­żo­nek? – Ko­lej­ne py­ta­nie świad­czy­ło o tym, że Ja­nek nie za­mie­rza jesz­cze zmie­niać te­ma­tu.

– Pra­cu­je ja­ko hy­drau­lik – od­par­łam krót­ko, cho­ciaż „hy­drau­lik” to za ład­ne i zbyt pro­fe­sjo­nal­ne okre­śle­nie sta­no­wi­ska mę­ża.

– Tak? – Ja­nek wy­da­wał się zdzi­wio­ny od­po­wie­dzią.

Na szczę­ście w tym mo­men­cie po­sta­wio­no przed na­mi ta­le­rze. Po­da­ne w ele­ganc­ki spo­sób ro­lad­ki wy­glą­da­ły i pach­nia­ły za­chę­ca­ją­co. Ziem­nia­ki by­ły ma­lut­kie, lek­ko za­ru­mie­nio­ne, a w so­sjer­ce do­sta­li­śmy sos kur­ko­wy ude­ko­ro­wa­ny grzyb­ka­mi. Na­czy­nia ozdo­bio­ne zie­le­ni­ną i jar­mu­żem spra­wi­ły, że na sam wi­dok tych pysz­no­ści mój głód się spo­tę­go­wał.

– Ale za­pa­chy! – wy­szep­ta­łam, ra­cząc się wo­nią go­rą­cych po­traw.

– Smacz­ne­go! – ży­czył mi Ja­nek i za­bra­li­śmy się do kon­sump­cji.

Wszyst­ko w tym męż­czyź­nie wy­wie­ra­ło na mnie ogrom­ne wra­że­nie. Do­strze­ga­łam ge­sty, ma­nie­ry, sta­now­czość, spoj­rze­nie i to, cze­go – choć do tej po­ry nie zda­wa­łam so­bie z te­go spra­wy – bar­dzo bra­ko­wa­ło mi w mo­im mę­żu. W pew­nym mo­men­cie po­my­śla­łam, że po po­wro­cie na­stą­pi sza­ra rze­czy­wi­stość: pry­mi­tyw­ne za­cho­wa­nia Dar­ka, pro­ste za­ję­cia, żar­ty, brak wspól­nych za­in­te­re­so­wań, zna­jo­mych i ży­cie, któ­re­go tak na­praw­dę ni­g­dy nie chcia­łam. Trud­no to na­zwać szczę­ściem, ale prze­cież nikt mnie do te­go nie zmu­sił. Sa­ma chcia­łam.

Ja­nek wciąż ga­dał jak na­ję­ty. Od­no­si­łam wra­że­nie, że lek­ko mnie ko­kie­tu­je. A mo­że tak mi się tyl­ko wy­da­wa­ło?

– Masz chęć na de­ser? Mo­że na szar­lot­kę z lo­da­mi? Co ty na to? Za­słu­gu­je­my na odro­bi­nę przy­jem­no­ści przed tak dłu­gą po­dró­żą – prze­ko­ny­wał mnie z tym swo­im uwo­dzi­ciel­skim uśmie­chem.

– Nie wiem, czy bę­dę w sta­nie coś jesz­cze zmie­ścić po tak ogrom­nej ko­la­cji – od­po­wie­dzia­łam.

– No, nie daj się na­ma­wiać zbyt dłu­go. Sam nie bę­dę ła­su­cho­wał, a ra­zem jest le­piej od­dać się… przy­jem­no­ści. – Po­ło­żył na­cisk na ostat­nie sło­wo, pa­trząc przy tym na mnie tak wy­mow­nie, że po­czu­łam go­rą­co na ca­łym cie­le.

– Po­win­nam li­czyć ka­lo­rie, bo mnie mąż wy­mie­ni na in­ny mo­del – za­żar­to­wa­łam, by ochło­nąć. – Ale dam się sku­sić. Po­pro­szę szar­lot­kę z lo­da­mi wa­ni­lio­wy­mi.

– Ja lu­bię ze śmie­tan­ko­wy­mi. Czy mo­że jesz­cze win­ko przed po­dró­żą?

– Nie, dzię­ku­ję. Ale chęt­nie ka­wę.

– Przy tej po­go­dzie ma­my przed so­bą jesz­cze ja­kieś sześć go­dzin po­dró­ży. Al­bo i wię­cej – stwier­dził Ja­nek.

Rze­czy­wi­ście mo­gło tak być. Zer­k­nę­łam za okno. W tym ro­ku je­sień by­ła wy­jąt­ko­wo chłod­na, kil­ka dni te­mu po raz pierw­szy spadł śnieg. Wy­glą­da­ło na to, że nie­ba­wem na­dej­dzie zi­ma, a ma­ło kto czuł się na to przy­go­to­wa­ny. Przy ko­min­ku sie­dzia­ło nam się mi­ło, ale z ze­wnątrz do­cie­rał świst mroź­ne­go wia­tru. Do­jaz­dy z mo­je­go mia­stecz­ka do Ka­to­wic na­wet bez ta­kich wa­run­ków by­ły dłu­gie i uciąż­li­we, a co do­pie­ro te­raz.

Uważ­nie ob­ser­wo­wa­łam męż­czy­znę na­prze­ciw­ko mnie. Mo­ją uwa­gę przy­cią­ga­ły nie tyl­ko je­go ge­sty i spo­sób wy­po­wia­da­nia się, lecz tak­że za­dba­ne dło­nie, któ­re tyl­ko do­da­wa­ły mu ele­gan­cji. Róż­ni­ca wie­ku mię­dzy na­mi by­ła od­czu­wal­na, ale to mnie nie onie­śmie­la­ło. W je­go obec­no­ści by­ło mi po pro­stu do­brze. Dbał o to, bym czu­ła się kom­for­to­wo. Mój mąż nie za­cho­wy­wał się w ta­ki spo­sób. Nie czuł się za mnie tak od­po­wie­dzial­ny i o mnie nie za­bie­gał. Ty­le po­świę­ci­łam i z tak wie­lu rze­czy zre­zy­gno­wa­łam, gdy za nie­go wy­szłam… Na­wet w tam­tej sy­tu­acji, po­rów­nu­jąc go z in­nym męż­czy­zną, z któ­rym tyl­ko ja­dłam ko­la­cję, by­łam w sta­nie zo­ba­czyć róż­ni­cę. Po­le­ga­ła przede wszyst­kim na oby­ciu z ludź­mi i ze świa­tem, któ­re­go Da­riusz nie­ste­ty nie miał. Tak zo­stał wy­cho­wa­ny. Je­go ro­dzi­ce by­li pro­sty­mi ludź­mi, a szcze­gól­nie mo­ja te­ścio­wa, któ­ra wciąż tyl­ko po­wta­rza, że uro­dzi­ła sze­ścio­ro dzie­ci. Tak, mo­że i je uro­dzi­ła, ale nie wpo­iła im nic – wy­cho­wa­ły je bie­da i al­ko­hol. Li­czy­łam, że Da­rek, kie­dy wy­rwę go do in­ne­go świa­ta i do lep­szych wa­run­ków, zmie­ni się, spró­bu­je żyć na in­nym po­zio­mie. Prze­li­czy­łam się. On ni­cze­go nie po­trze­bo­wał zmie­niać, zdo­by­wać, pró­bo­wać. Chęt­nie po­wtó­rzył­by ży­cie we­dług sche­ma­tu ro­dzi­ców, czy­li: cia­sna cha­ta, du­żo dzie­ci i ży­cie od pierw­sze­go do pierw­sze­go. I na co ja tak li­czy­łam? Ma­rzy­ciel­ka ze mnie.

– Ktoś tu jest za­my­ślo­ny… O czym tak du­masz? – wy­bił mnie z tych re­flek­sji Ja­nek.

– Na mo­je my­śli naj­lep­szym le­kar­stwem bę­dzie ta szar­lot­ka – od­par­łam wy­mi­ja­ją­co.

Za­mknę­łam ze­szyt. Do­brze pa­mię­ta­łam smak tam­te­go cia­sta, nie­mniej moc­niej w mo­jej pa­mię­ci za­pi­sa­ło się in­ten­syw­ne spoj­rze­nie męż­czy­zny. Po­szłam wcze­śnie spać, ale to­wa­rzy­szy­ło mi ono przez ca­łą noc.

*

Obu­dzi­łam się ra­no oko­ło ósmej. Gdy wsta­wa­łam, dziw­nie za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Pew­nie z te­go cią­głe­go stre­su. Stres szko­dzi na wszyst­ko – po­my­śla­łam. Po śnia­da­niu po­czu­łam nud­no­ści. Praw­do­po­dob­nie z ob­żar­stwa, ale prze­cież ostat­nio nie przy­ty­łam, ra­czej schu­dłam kil­ka ki­lo­gra­mów, bo ciu­chy by­ły luź­niej­sze… To rów­nież zwa­li­łam na stres.

– Nikt do mnie nie dzwo­nił?

– Nie. Kie­dy dzwo­nił, to nie chcia­łaś roz­ma­wiać – przy­po­mnia­ła ma­ma.

– Wiem, wiem…

– Je­dziesz po­cią­giem na za­ję­cia?

– Chy­ba tak.

– Nie ode­zwa­łaś się do Jan­ka? Za­py­tam, kie­dy on się wy­bie­ra. Dzi­siaj bę­dę się z nim wi­dział w spra­wie prze­tar­gu pla­cu, któ­ry chciał ku­pić – włą­czył się do roz­mo­wy oj­ciec.

Jel­ni­ca to ma­łe mia­stecz­ko, w któ­rym każ­dy zna każ­de­go. Z pra­cą za­wsze by­wa­ło tu róż­nie, mi­mo to nie pla­no­wa­łam się wy­pro­wa­dzać. Czu­łam się tu jak w do­mu. Nie chcia­łam jed­nak skoń­czyć ja­ko żo­na przy mę­żu i na je­go utrzy­ma­niu… Da­rek nie szczę­dził mi wy­po­mi­na­nia przy by­le oka­zji, jak wy­glą­da­ła na­sza sy­tu­acja. Te­ścio­wa rów­nież. Miesz­ka­li­śmy w pięk­nym, wy­god­nym do­mu z ogro­dem, ale wszyst­ko to by­ło wła­sno­ścią mo­ich ro­dzi­ców oraz dziad­ków. Mie­li­śmy po­ło­wę bu­dyn­ku do dys­po­zy­cji. Nie po­no­si­li­śmy zbyt du­żych opłat, bo ma­ma i ta­ta nam po­ma­ga­li, a jed­nak mąż z te­ścio­wą usta­wicz­nie przy­po­mi­na­li, że mu­szę oszczę­dzać i po­szu­kać pra­cy. Od po­cząt­ku do­sko­na­le zna­li mo­je pla­ny i wie­dzie­li, że po ślu­bie za­mie­rzam zdać ma­tu­rę i pójść na stu­dia za­ocz­ne, któ­re ro­dzi­na po­sta­no­wi­ła mi za­spon­so­ro­wać. Jed­nak ape­tyt mę­ża rósł w mia­rę je­dze­nia! Tak sa­mo jak tu­pet te­ścio­wej.

– Ale mo­że nie bę­dzie chciał mnie za­brać al­bo w tym ter­mi­nie nie wy­jeż­dża? – snu­łam głu­pie wy­wo­dy.

– To wte­dy od­po­wie, że nie. – Oj­ciec był kon­kret­ny.

Nud­no­ści nie ustę­po­wa­ły. Wzię­łam kro­ple żo­łąd­ko­we i po­szłam się po­ło­żyć. Dla­cze­go ja za­wsze mia­łam ta­kie­go pe­cha? Od dziec­ka by­łam źró­dłem pro­ble­mów. Nic mi ni­g­dy nie pa­so­wa­ło. Mo­im bied­nym ro­dzi­com tuż przed czter­dziest­ką wy­sko­czy­ło trze­cie dziec­ko, i to tak skom­pli­ko­wa­ne. Star­sza z sióstr czę­sto się śmia­ła, że na­si sta­rusz­ko­wie po­czę­li mnie na wcza­sach w Za­ko­pa­nem, co bar­dzo skru­pu­lat­nie ob­li­czy­ła. Kie­dyś po­wie­dzia­łam, że nie by­łam w Za­ko­pa­nem, na co ona wy­buch­nę­ła śmie­chem i po­ka­za­ła mi zdję­cie ma­my i ta­ty nad Mor­skim Okiem!

Od za­wsze mia­łam też pro­ble­my z wa­gą. Bab­cia bar­dzo dba­ła, by tłu­ścio­szek był wiecz­nie na­je­dzo­ny. Wie­dzia­ła, czym spra­wić mi przy­jem­ność. Po­wie­dze­nie „ży­ła jak pą­czek w ma­śle” oka­za­ło się bar­dzo traf­ne w kon­tek­ście mo­ich lat przed­szkol­nych! Pa­mię­tam, jak kie­dyś z oka­zji tłu­ste­go czwart­ku bab­cia na­sma­ży­ła mnó­stwo pącz­ków z ró­żą. Sta­ły po­sy­pa­ne cu­krem pu­drem w spi­żar­ni, w du­żych mi­sach, przy­kry­te ku­chen­ny­mi ście­recz­ka­mi. Bar­dzo szyb­ko wy­ko­rzy­sta­łam chwi­lę, kie­dy nikt się mną nie zaj­mo­wał, i wzię­łam ta­bo­ret z kuch­ni, po czym za­sia­dłam w spi­żar­ce, by skon­su­mo­wać pą­czu­sie. Na­kry­ła mnie wte­dy cio­cia, bo spę­dzi­łam tam du­żo cza­su i wszy­scy mnie szu­ka­li.

Myśl o do­mo­wej ro­bo­ty pącz­kach przy­wo­ła­ła jesz­cze jed­no słod­kie wspo­mnie­nie.

Wzię­łam kęs szar­lot­ki. By­ła tak wy­śmie­ni­ta, jak jej za­pach.

– I któ­re lo­dy są lep­sze? – żar­to­wał da­lej Ja­nek.

– Wa­ni­lio­we, na pew­no!

– Więc spró­buj mo­ich.

I za­nim zdą­ży­łam za­pro­te­sto­wać, już mia­łam przy twa­rzy de­se­ro­wą ły­żecz­kę z lo­da­mi śmie­tan­ko­wy­mi. Spoj­rza­łam na nie­go, lek­ko za­wsty­dzo­na, ale otwo­rzy­łam usta, by po­kosz­to­wać ich sma­ku.

– Roz­kosz… – Po­cząt­ko­we za­wsty­dze­nie za­ska­ku­ją­co szyb­ko mi­nę­ło i za­czy­na­łam się de­lek­to­wać tą chwi­lą o za­pa­chu szar­lot­ki. – Te­raz ko­lej na cie­bie. – De­li­kat­nie pod­su­nę­łam Jan­ko­wi lo­dy wa­ni­lio­we. Po­my­śla­łam, że co mi szko­dzi tro­chę po­flir­to­wać.

– Z two­ich rąk sma­ku­ją wy­jąt­ko­wo. – Prze­szył mnie wzro­kiem.

Sa­ma zde­cy­do­wa­łam się wejść w tę grę, a jed­nak fa­la czer­wie­ni ob­la­ła mnie od czub­ka gło­wy aż po pal­ce stóp. Mia­łam ci­chą na­dzie­ję, że te­go nie za­uwa­żył. Je­dli­śmy na­sze por­cje, żar­tu­jąc i po­pi­ja­jąc ka­wę.

Kie­dy skoń­czy­li­śmy, wy­szłam na chwi­lę po­pra­wić ma­ki­jaż i zła­pać od­dech… Oj, ro­bi­ło się na­praw­dę go­rą­co! Nie wie­dzia­łam jesz­cze, co my­śleć o tym męż­czyź­nie. Z jed­nej stro­ny bar­dzo mi się po­do­bał fi­zycz­nie, a z dru­giej tro­chę mnie za­ska­ki­wał swo­im bez­po­śred­nim po­dej­ściem do mnie – du­żo od sie­bie młod­szej mę­żat­ki. Gdy wra­ca­łam do sto­li­ka, za­uwa­ży­łam, że Ja­nek re­gu­lu­je ra­chu­nek.

– A więc wy­ru­sza­my. Przy tej śli­zgaw­ce cze­ka nas dłu­ga jaz­da. Go­to­wa?

– Tak.

By­łam go­to­wa do po­dró­ży i mu­sia­łam sa­ma przed so­bą przy­znać, że chy­ba nie tyl­ko do niej…

*

Do kuch­ni ze­szłam do­pie­ro na ko­la­cję.

– Ja­nek mó­wił, że je­dzie przed week­en­dem – ode­zwał się ta­to. – Za­bie­rze cię, masz być go­to­wa na dzie­sią­tą.

– Do­brze. Dzię­ku­ję.

Bo­że, na sa­mą myśl ser­ce za­bi­ło mi moc­niej. Zno­wu go zo­ba­czę, a więc tych kil­ka dni to wca­le nie był sen. Na­tych­miast po­my­śla­łam, że mu­szę przej­rzeć sza­fę i wy­brać coś, w czym do­brze wy­glą­dam. Myśl o mę­żu i roz­wo­dzie jak­by wy­pa­ro­wa­ła. Po­czu­łam dziw­ną i nie­opi­sa­ną lek­kość, na­wet nud­no­ści na mo­ment ustą­pi­ły.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Pro­jekt okład­ki: Pa­weł Pan­cza­kie­wicz/Pan­cza­kie­wicz Art.De­sign

Re­dak­cja: Do­ro­ta Fi­lip

Ko­rek­ta: Jo­an­na Bła­ki­ta, Ka­mi­la Re­cław

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ma­riusz Goł­dyn

Kon­wer­sja do for­ma­tów elek­tro­nicz­nych: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Co­py­ri­ght © Mar­ta No­wak 2026

@ for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Wolf Sp. z o.o.

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

ISBN 978-83-975546-9-6

Wy­daw­nic­two Wolf

Wy­da­nie I

Go­rzów Wiel­ko­pol­ski 2026

Wy­pro­du­ko­wa­no w Pol­sce