Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Tylko grzech doprowadzi cię do świętości.
Samotny klasztor na szczycie góry. To właśnie tam młody A. szuka schronienia, uciekając przed samym sobą. Mężczyzna ma nadzieję, że dzięki modlitwie i ascezie uda mu się usidłać własną tożsamość. Jednak za klasztornymi murami kryje się wiele brzydkich tajemnic, a każdy z mnichów nosi maskę, za którą skrywa kłamstwo i obłudę. Pewnego dnia na drodze A. staje tajemniczy brat Ryszard, który zaczyna wodzić go na pokuszenie…
Transsuma to pełna niewygodnych pytań opowieść o odkrywaniu siebie i porzucaniu religijnych konwenansów na rzecz konwenansów głęboko ludzkich. Bezwstydna, przewrotna, bluźniercza – bo być może to właśnie bluźnierstwo zbliża nas do Boga bardziej, niż bylibyśmy skłonni przypuszczać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 509
Rok wydania: 2020
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
On nie wzrasta w rodzinie katolickiej. On pości w każdy piątek. On ukradkiem maluje paznokcie. On nie lubi pornografii, ale ogląda dla towarzystwa (z koleżankami). On preferuje czasopisma o modzie. On ma same przyjaciółki. On nie lubi zimy, bo go przygnębia. On nie lubi lata, bo nie może się rozebrać. On chodzi do kościoła i na wieczorne spotkania z grupą Krwi Chrystusa. On wciąż poszukuje siebie. On nie znosi przeglądać się w lustrze (nago). On uważa, że dobrze śpiewa. On żyje ideałami. On nie ma daru do języków. On zastanawia się, czy nie zostać piekarzem. On nie znosi zarostu. On pragnie zapomnienia. On rozmawia z księdzem. On zwleka i odkłada. On postanawia podjąć ostateczną decyzję. On oznajmia rodzicom, że wyjeżdża. On nie słucha ich protestów. On się boi, ale uparcie trwa przy swoim. On się przygotowuje. On robi zapas kosmetyków. On wsiada do pociągu. On nie zabiera wszystkiego, co posiada. On jest przekonany, że nie ma odwrotu. On czuje ekscytację. On nie wie, czego się spodziewać. On czyta Biblię. On notuje:
Królestwo moje nie jest z tego świata*
On lubi ten fragment. On pragnie dążyć do świętości. On oblewa się kawą. On myśli o swoim domu jak o wylęgarni cierpień. On zastanawia się, kim jest i jaka jest jego rola w świecie. On lubi filozoficzne pytania. On zamierza umrzeć jako dziewica. On rozczytuje się w życiorysach świętych. On brzydzi się masturbacją. On chce mówić tak, tak i nie, nie. On jest przekonany, że czeka go nudna przyszłość. On nie spodziewa się przełomu. On czuje, że tak będzie zawsze.
*Biblia Tysiąclecia, J 18, 36.
Przybywa wyznaczonego dnia wraz z innymi mężczyznami. Podczas gdy oni żegnają się z rodzinami, on głównie stoi pod ścianą, udając, że kontempluje kwiaty. Będąc pozdrowionym przez kogoś z nabożną twarzyczką, odmrukuje: „Szczęść Boże”, uważając przy tym, by nie wdać się w niepotrzebną dyskusję. Zwykła potrzeba nierodzenia słów. Zapytany o imię, odpowiada bez przekonania. Czasem dorzuca miejsce pochodzenia, ale tylko wówczas, kiedy rozmówca się nie oddala – to jeden ze sposobów na zasztyletowanie ciszy. Jednak lwią część czasu poświęca na ukradkowe spoglądanie na twarze, z którymi przyjdzie mu dzielić życie. Czy patrząc na ich rumiane policzki, ma prawo do obaw?
Rozdają herbatę i ciasteczka. Ktoś w brązowym habicie przeciska się przez tłum, obserwują go zdezorientowane oczy ciekawskich, chłopiec o anielskim głosie proponuje słodkości. Nie mając ochoty na poczęstunek, dyskretnie usuwa się w kąt, by nie musieć odmawiać. Zastanawia się, czy przez resztę życia zmuszony będzie przeglądać się w niezaspokojonych oczach tutejszych mężczyzn. I czy w ogóle będą patrzeć sobie w oczy? Gwar tężeje, to unosi się, to znów opada, ludzie tłoczą się jak mrówki. W oddali dostrzega czterech mnichów rozrywanych rękoma zachłannych kobiet. To zdesperowane matki młodzików, żądające zapewnień, że ich synowie będą tutaj bezpieczni. Mnisi zachowują spokój, zbici do kupy próbują przetrwać szturm. Jeden z nich obdarza go spojrzeniem niczym skargą, jakby to właśnie z jego powodu matki osaczały ich zakonne okopy. Ale nie, on przybył sam, odbył tę podróż w długim pociągu pełnym nieznajomych ciał. Podróż, która wciąż nie dobiegła końca, to podróż przez własne wnętrze, umysł, w przedziale pędzącym ku zatraceniu. Zdezorientowany zakonnik uśmiecha się nienaturalnie, po czym wchodzi w dyskusję z kobietą. Czy dane mi będzie oglądać tylko ich sukienki, te damskie fatałaszki, niewieście gesty? – zastanawia się, obserwując ich. Czy tylko ich liliowe perfumy pochłaniać będą moje nozdrza? Czy to właśnie w towarzystwie tych krzywych nosów upłyną moje przyszłe dni, odpadną zęby, zbieleją włosy? I czy to w ich twarzach, niczym w jeziorach sumień, topić będę codzienną gorycz? I wreszcie to najważniejsze pytanie – który z nich pierwszy mnie ukamienuje?
Datę rozpoczęcia postulatu wyznaczono na sam początek lata. Powietrze jest duszne, drzewa nie oddychają. Kiedy przepocony dociera na miejsce, na klasztornym parkingu panuje harmider, jaki można spotkać tylko na wschodnich bazarach. Zagubieni ludzie taszczą walizki, wokół nich biegają krzyczące dzieci, a zapłakani rodzice błąkają się, zdezorientowani. Tylko na twarzach młodzieńców nie widać śladów troski – zatrzaśnięci w kręgu pożegnań i uścisków, żyją już czymś innym, tym nadchodzącym, nowym. Przyjeżdża nocnym pociągiem, z kocem w tygrysy, z księżycową pościelą, z walizką kosmetyków oraz z nadzieją na nową i lepszą biografię. Jest gotowy na umartwienia, na wyrzeczenie się samego siebie. Zresztą nie spodziewa się tutaj niczego nowego – w końcu już wiele lat temu przyzwyczaił się do zapomnienia.
– Zapraszamy za furtę – mówi mnich, który jest mu znany.
Spotkał go na rekolekcjach powołaniowych, grał na gitarze, zapalał świece. Był i nadal jest pomocnikiem Magistra. W geście powitania ściska jego dłoń. Następnie stukają się głowami, najpierw z prawej, potem z lewej strony, skroń do skroni, niczym pocałunki dwóch czaszek. To ich wewnętrzny rytuał, zarezerwowany tylko dla członków wspólnoty. Rozpiera go duma – zatem dzieje się, staję się jednym z nich.
Za drzwiami klauzury oczekuje na nich ojciec Magister. To on pozwolił im wstąpić do zakonu, to on zawyrokował w ich sprawie. Jest jednym z dwudziestu kandydatów. Magister wygłasza coś na kształt powitalnej przemowy, po czym na zakończenie dorzuca, że tegoroczne żniwo Pańskie jest wyjątkowo obfite. Mówiąc to, zaciera dłonie, jakby zamierzał chwycić za sierp, by móc niemal własnoręcznie wszystkich skosić. Mógłby nawet przysiąc, że przez krótką chwilę ten jego wąski uśmiech wyraża sadystyczne podniecenie, zupełnie jakby nie mógł doczekać się nadciągających żniw. Nie wie czemu, ale słuchając go, słyszy świst kosy. Tymczasem Magister zarządza ciszę i pozwala kandydatom zagłębić się w korytarzach klauzury. Za plecami młodzików pozostają matki, które zbierają w chusteczki swoje łzy jak drogocenne perły.
Mnisi wskazują im celę wypełnioną trzema materacami, kilkoma kocami oraz niewielką stertą zmaltretowanych poduszek. Informują, że jest to prowizoryczny nocleg na następnych kilka nocy, do czasu zwolnienia pokoi przez braci ze starszego rocznika. Te słowa brzmią dla niego jak zdrada, są ukrytym rozkazem do przygotowania okopów. Niezwłocznie bada teren i kiedy mapa jest już nakreślona, staje się oczywistością, że będzie się przebierać tylko w łazience. Cieszy go fakt, że przed wyjazdem zdążył zaopatrzyć się w piżamę szczelnie zakrywającą ręce oraz nogi. Jego przezorność to jego duma. Nie ma czasu na rozpakowywanie bagaży, plan dnia jest ściśle określony. Niemal natychmiast gromadzą ich w sali, w której każdy wypowiada kilka słów na swój temat. Po raz kolejny wyjawia swoje imię, nazwisko oraz miejsce pochodzenia. Na przekór ciekawskim nie zdradza swojego wieku. Czy wiek w perspektywie życia w miejscu, które jest niejako poza czasem, ma jakiekolwiek znaczenie? Dyskrecja oraz oszczędność w słowach – pragnie, aby właśnie to stało się jego dewizą w klasztorze. Jednak tu nie ma tajemnic. Szyk mnichów zmierzających do zakonnego chóru przypomina łańcuch, którego pierścienie ułożone są według lat przeżytych przez członków zakonu. Ustawiają ich jak pionki, od najstarszego do najmłodszego, bo jest to jedyny sposób na wprowadzenie nieco ładu. Tu nie miesza się ludzi – młodzi z młodymi, starzy ze starymi. Basta! Każdy musi zapamiętać swoje miejsce w szeregu oraz pilnie przestrzegać istniejącej hierarchii. W tej konfiguracji będą maszerować, modlić się, jeść i przyjmować błogosławieństwa. W tej konfiguracji będą również umierać.
Pojawiają się ważne głowy. Wchodzą we wspaniale wypastowanych butach. Głowy te tłumaczą, kto jest kim i jaką pełni funkcję. Dowiadują się, że pod żadnym pozorem nie wolno im korzystać z korytarza, przy którym znajdują się cele ojców. Co z tego wynika? Informacja jest prosta: aby rozwiesić pranie na strychu, trzeba nadłożyć drogi, przedostając się ze skrzydła wschodniego aż do refektarza znajdującego się w północnej części eremu, wreszcie stamtąd, przechodząc korytarzem zachodnim (najdłuższym w całym klasztorze), można dostać się na strych. Święta roztropności świeć nad ich duszami. Przemawiają, z ich ust padają nakazy i zakazy, dzięki tym słowom droga do świętości staje się jasna i klarowna, jest niemal objawiona. Oni wciąż mówią, mielą ustami, zaś jego nieposłuszne uszy i tak słyszą, co chcą. Rozumie, że żyją jak mrówki, w labiryncie korytarzy, w świętej termitierze, którą zarządza łysa królowa. Są niemal niewidoczni dla otoczenia, bezszelestni, często zapomniani; aby dogrzebać się do ich codzienności, należałoby dyskretnie zdjąć dachy budynków, a następnie, wstrzymując oddech, za pomocą soczewki badacza podglądać ich skupione ruchy. Gromadzą zapasy, składają jaja modlitw i próśb, wydeptują ścieżki, pracują w dyskrecji oraz w milczeniu, opiekują się larwami. Tak, wciąż jest jedną z wielu larw: nie posiada habitu, jego głos pozostaje bez znaczenia, nie ma dostępu do tajemnic wspólnotowych ani nawet do niektórych części klasztoru. Jego prawa są skromne, częściowo ograniczone, choć będą się poszerzać wraz z każdym nowym aktem religijnej ewolucji, podczas której coraz głębiej wprowadzą go w kolonię.
– Czy wszystko jest jasne? – pytają.
Niemo kiwają głowami, gdyż wciąż nie posiadają śmiałości, aby wypowiedzieć choć kilka słów. Ważne głowy wychodzą, zamykają za sobą drzwi. W powietrzu pozostaje słodki zapach ich ciał. Magister znów sięga po ciasteczka, zachęca do poczęstunku. Pojawia się nawet kawa z mlekiem. Ten moment ma być luźny, to przestrzeń na swobodne rozmowy postulantów. Są kijankami przyszłych mnichów, kijankami z przeróżnych sadzawek, wciąż sobie obcy i dalecy. Mówią, że staną się rodziną. Rodziną? Co dokładnie miałoby to oznaczać? Wycofuje się ukradkiem, jak rak, brzydzi się wieczorków zapoznawczych. Chłopcy mieszają się ze sobą, buchając artylerią gwary i salwami śmiechu. Czy już za chwilę nastąpi potańcówka? Są tacy podekscytowani, prawie tak podekscytowani jak on, z tą różnicą, że jego zadaniem jest to skrzętnie ukrywać. Rzuca im ostatnie spojrzenie. Niektórzy z nich prowadzą wzniosłe rozmowy o powołaniu, tak wzniosłe, że ich twarze są niemal nieobecne. Korzysta z okazji i wychodzi.
Odzyskuje oddech dopiero na pierwszych nieszporach. Wszystko powraca, również przyczyna, dla której znalazł się właśnie tutaj. Jak mógł o Nim zapomnieć? Jak mógł zapomnieć o Bogu? Ustają dzwony. Śpiew zgromadzonych mnichów łagodnie pieści wnętrze uszu. Instynktownie zamyka oczy. Modli się, niemal natychmiast wypełnia go poczucie szczęścia. I wtedy ktoś go trąca, wręcza brewiarz, przerywa jego trans. Zagubiony w listowiu psalmów zdaje się na pomoc starszego zakonnika, który zgrubiałymi palcami przewraca kolejne kartki. Zakłada, że brat ten pracuje w ogrodzie i że czerń jego paznokci nie ma nic wspólnego ze stanem jego duszy. Nie potrafiąc skupić się na wersetach psalmów, śledzi końcówki jego palców. Obserwuje, jak śliną nawilża koniuszki, by przewracać kolejne stronice. Śledzi te ruchy aż do momentu, kiedy po raz kolejny zadźwięczy dzwon i wszyscy zgodnie padną na posadzkę. Nie trwa to długo, gdyż następny dzwon przyzywa do powstania. Zdezorientowani postulanci – niczym bezkształtne i nierozwinięte kijanki – wpatrują się jeden w drugiego, podczas gdy Magister na wzór dyrygenta daje znaki, by opuścić kaplicę z czarnego granitu i w dwóch rzędach udać się na posiłek. Maszerując w otulinie nieznanego psalmu, czuje się zmęczony i zarazem zmiażdżony nadmiarem nowości. Na szczęście tuż za rogiem czeka nagroda. Pierwsza karma, pierwsze rytuały, nieznane zapachy. Solniczki i pieprzniczki, jak młode pary z weselnych tortów, warują na każdym ze stołów. Posilają się w milczeniu, niejako uciszając hałas wydarzeń mijającego dnia. Podglądając sposób pożywiania się dwóch współbraci, z którymi dzieli celę, próbuje odgadnąć, jakimi są ludźmi. Ale ich brwi niczego nie zdradzają; mogą być równie dobrze dzikimi wilkami, jak i pudlami z ogonami z cukrowej waty. Może właśnie teraz, przy tym stole, wypadałoby raz jeszcze rozpatrzyć wszystkie za i przeciw?
Po kolacji udają się na kompletę – ostatnia modlitwa dnia, ostatnie skłony i pokłony. Ustawiają się przed poczerniałym krzyżem, klękają. I wówczas niemal odruchowo szepcze:
– Oto stało się, jestem między nimi, już na zawsze. Wieczna szczęśliwości, trwaj!
Czy aby na pewno nikt nie usłyszał, jak żałośnie i bez przekonania zabrzmiały te słowa?
Wieczorem szoruje ciało. Pierwszy prysznic w klasztorze, myśli, rozkoszując się tym momentem. Woda jest gorąca, tak właśnie lubi najbardziej, nawet jeżeli lekko parzy. Wyobraża sobie, że w ten sposób zmywa dawne blizny, że zrywa więzi. Święta woda Gangesu? Uzdrawiające źródełko Eliasza? Czy istnieje lepszy sposób na zerwanie z przeszłością?
– Odwrotność chrztu – szepcze, wyciskając pachnący żel.
Pierwsze klasztorne noce zwieńczone są ciszą tak wielką, że niemal można usłyszeć głuche dźwięki pękających strąków fasoli dojrzewających w ogrodzie. Bywa, że nie mogąc zasnąć, wsłuchuje się w melodie pochrapywań współbraci. Próbuje się modlić, bo czy istnieje jakieś inne wyjście? Jest duszno, a owady krążą tuż przy suficie. Chwyta za ziarna różańca i odlicza zdrowaśki jak dni, które pozostały do wyjazdu starszego rocznika. Z niecierpliwością wypatruje przeprowadzki do indywidualnej celi. Mówią, że ma to nastąpić już w najbliższą sobotę. Zastanawia się, która cela przypadnie mu w udziale i kto okaże się jego sąsiadem. Wyobraża sobie pustkę czterech ścian, szczęśliwość samotności i ów przyjazny kąt, w którym wreszcie mógłby zaistnieć sam dla siebie. Torturą staje się codzienne dzielenie owej drobnej przestrzeni z dwoma pocącymi się osobnikami, których wielgaśne stopy przekraczają granice łóżka oraz przyzwoitości. Owa dwójka każdego wieczoru szoruje się pod pachami jak para wodnych szczurów, pochylając się nad drobną umywalką zamontowaną w kącie pomieszczenia. Szorują się tylko po to, by już pół godziny później pokryć się srebrzystą łuską potu. Smród skarpet zalega w powietrzu niczym zapach kadzidła, a przez otwarte okno wlewa się tegoroczny żar. Lato okazuje się dusicielem, prawdziwym wyciskaczem łez na skórze. Ich barbarzyńskie nawyki wydają mu się nie do zaakceptowania. Nie okazują wstydu, przechadzają się z odkrytym torsem, rozbierają się niemal na jego oczach. Temu młodszemu, z oślą czupryną, zdarza się nawet paradować w samych majtkach. Czy właśnie tym charakteryzuje się męskość? Nie wie, co myślą na jego temat, o nic nie pytają. Wiadomo, milczenie. Ale czy kłuje ich w oczy jego codzienne przebieranie się w łazience mieszczącej się na końcu korytarza? To wieczorne rozbieranie i poranne ubieranie się poza ich terytorium, jakby coś ukrywał? Dziwią się, że śpi w piżamie, podczas gdy oni ledwo wytrzymują w bieliźnie? Czy żar nocy nie parzy mu przyrodzenia? Nie rozmawia z tymi gryzoniami, gdyż po pierwsze rozmowy są zabronione, a po drugie wcale nie ma na to ochoty. Wieczorami każdy z nich coś czyta lub udaje się do kaplicy na indywidualną modlitwę. A za dnia? Za dnia ginie się w przeróżnych zajęciach, poza tym częstotliwość wspólnotowych modlitw szczelnie wypełnia czas między poszczególnymi pracami. Tak zwany czas wolny tworzą rozsypane minuty, które skrupulatnie należy podnieść i wypełnić do ostatniej sekundy. Jeżeli ktoś postawiłby mu pytanie, czego nauczył się w pierwszych dnia pobytu w klasztorze, odpowiedziałby, że drobiazgowego wykorzystania owych kropel czasu, które człowiek ma tylko dla siebie. Rozumie już, czemu tutejszy erem nazywano pustynią i jak wielka wartość, na tle żółtych piasków, zawiera się w jednej krystalicznej kropli czasu lub wody. Sam klasztor uważa za przepiękny. Osadzony na wierzchołku góry, zdaje się lukrem na wielkanocnej babce. Niedostępny, otoczony gęstwiną lasów, oddalony od ludzkich domostw – wymarzony rodzaj duchowej oazy. Wyobraża sobie cichość tutejszych zim, śpiew wiosen, koloryt powtarzających się jesieni; tak, z wielką niecierpliwością wyczekuje zmian pór roku, które niemal fizycznie pozwolą mu odczuć upływ czasu, zanurzyć się w owym nurcie spływającym do oceanu starości, aż do mistycznego momentu, gdy zagrzebią jego kości na pobliskim cmentarzu. Nikomu o tym nie mówi, ale w swej głowie dokładnie zaplanował tutejsze życie. Wciąż jest taki naiwny, ignoruje siły, które w nim drzemią. Ignoruje nawet własną młodość oraz to, że prędzej czy później ta upomni się o swoje.
Przez pierwsze dni uczą ich odmawiać brewiarz oraz śpiewać psalmy. Tłumaczą im podstawy zakonnych rytuałów, intonują melodie, wyjaśniają poszczególne gesty. Śpieszą się z przekazem, wiedząc, że czas kurczy się od samej młodości. Istotnie. Starszy rocznik wyjeżdża w sobotę, jak zaplanowano. Jest to dzień przeprowadzek, ożywiającego mury gwaru, dzień rozmów, śmiechów oraz pośpiechu. Przewijają się walizki, torby, pożegnania i uściski. Wyjeżdżają na studia, jadą do miasta, tam, gdzie odnajdą kawiarnie, a bielone ściany uczelni otoczone są rabatkami. Są głodni wrażeń oraz wszelkiego ruchu – po roku zamknięcia w eremie pragną smaku alkoholu, spotkań z ludźmi, wolności myśli oraz przechadzek. Ale dla niego ich wyjazd oznacza wejście do schronu, separację od potników, to odpoczynek w ogrodzie z czterech ścian. Nareszcie! Dopiero teraz rozpocznie się prawdziwe życie mnicha, dopiero teraz będzie mógł zaznać głębi samotności. Otrzymuje celę na pierwszym piętrze, w tak zwanym skrzydle nowicjatu, celę jak wszystkie inne, wyposażoną w łóżko, drewnianą szafę, biurko z krzesłem i nocną lampką, z półką na kilka książek, z umywalką i lustrem. Przytaszczone ze sobą rzeczy dźwiga niezdarnie, ciągle coś gubiąc, jakby z rąk wypadał mu cały świat. Na schodach podbiega doń mnich, chwyta za końce jego walizki, wspólnymi siłami wnoszą ją na pierwsze piętro. Dziękuje mu, ale słysząc owe podziękowania, on wcale nie ma zamiaru odejść. Pyta, które drzwi prowadzą do jego nowej celi. Pcha je delikatnie, po czym stwierdza, że widok na drzewa pozwoli mu wierzyć, że uwił sobie gniazdo w najwyższych partiach roślinnej korony. Będziesz nieosiągalny, zdaje się mówić jego uśmiech. Nowicjusz nie rozumie jego mowy, to wszystko wydaje mu się takie przewrotne. Co tu robisz? – pragnie go zapytać. Czy nie widzisz, że zakłócasz dziewiczy moment tak długo wyczekiwanej samotności? Mnich zachwyca się pejzażem za framugą okna; w pewnym momencie głęboko się wychyla niczym pisklę wyglądające z dziupli, po czym ze smutkiem stwierdza, że tam gdzie mieszka (czyli na parterze) nie ma żadnych pięknych widoków, że jest tylko chodnik, kilka krzewów róż, a za nimi wielki, kamienny mur ucinający przestrzeń niczym ciężka kurtyna.
– Czy powinniśmy wrócić po kolejne rzeczy? – pyta, jakby nagle sobie przypomniał, że przecież to jest wprowadzka.
Próbuje mu podziękować, niech sobie już idzie, pozostało zaledwie kilka drobiazgów, poradzi sobie, brat na pewno ma obowiązki. Ale nie, on chce pomóc, poza tym wcale się nie śpieszy. Schodzą więc razem, na korytarzu mijają jednego z potników, wygląda na przeszczęśliwego. W prowizorycznej celi pakują ostatnie rzeczy, mnich przygląda się uważnie walizeczce na kosmetyki, ogląda ją ze wszystkich stron, nie pyta jednak, co to takiego. Wie, a może nie wie? Czy ten jasnofioletowy kolor może być jakąś podpowiedzią? Zabiera mu ją z rąk i owija kocem.
– Brat pozostaje z nami? – pyta, by zniszczyć jego zdziwienie, pyta, choć wcale nie ma ochoty wiedzieć.
– Tak, jestem tak zwanym stałym członkiem wspólnoty – odpowiada.
Dowiaduje się, że mieszka tutaj od kilku lat, że niczym dyrygent kieruje różnymi pracami, a zakres jego obowiązków zmienia się w zależności od potrzeb. Spostrzega jego mocne dłonie, dłonie, które z łatwością mogłyby oddzielić człowieczą głowę od reszty ciała. Nigdy nie widział kraba, ale wydaje mu się, że owe dłonie muszą być równie silne jak szczypce owego skorupiaka. Kiedy kończą wnosić ostatnią część rzeczy na piętro, mnich wycofuje się, życząc owocnego pobytu w tutejszym klasztorze. Jego spojrzenie jest penetrujące, uśmiech przedziwny. Czy jest szpiegiem Przeora, który donosi o wybrykach nowicjuszy? Czy może obserwuje, przygląda się i wyrokuje o tym, kto na mnicha się nadaje, a kto nim nigdy nie będzie? Ucieka. Zamyka drzwi, odwraca się, przywiera do nich plecami, po czym spojrzeniem ogarnia wnętrze pokoju. Jest szczęśliwy, w głowie wiruje mu jedyna myśl: Nareszcie, stało się. Oto moja
cela.
Potrzebował innego krajobrazu niż widok bloków, pośród których wyrósł. Musiał stamtąd uciec, bo tam zawierało się wszystko to, co najgorsze. Każda ze ścian była obsikana cierpieniem, każdy zakątek to wspomnienie prześladowań. Również chodnik nasączony był łzami, które nie wyparowują nawet w najgorętsze lato. Czy za czymś tęskni? Nie, nie odczuwa żadnej tęsknoty. Odtąd jego życie ukierunkowane jest tylko na przyszłość.
Przede wszystkim będzie musiał nauczyć się wypełniać pustkę poszczególnych dni. Każdy kolejny świt niemal iluzorycznie przypominać będzie ten poprzedni; zmierzch i poranek splotą się w nierozerwalną całość, w której zatracą się pory roku, zmęczenie mięśni, zapach jadła czy treść modlitw. Obawia się niebezpiecznej ciszy, która posiada moc podstępnego wysadzania kanałów usznych. Rozstanie z muzyką, z radiem, z rzędem płyt, które porzucił w mieszkaniu rodziców. Czasami, głównie nocą, naciąga na głowę poduszkę, zatyka uszy i usta. Po raz pierwszy odczuwa intensywność bólu, jaki może sprawiać cisza. Stara się stopniowo uczyć odczytywania obcych nut, odmiennego przyjmowania muzyki. Wybija takty w rytm padającego deszczu, nasłuchuje symfonii świerszczy oraz solówek ogrodowych ptaków. Nasłuchuje dźwięków strzelającej na słońcu blachy. Każdy utwór jest inny, trudno przewidzieć jego koniec lub początek. Muzyka przychodzi, kiedy ma na to ochotę – wślizguje się wówczas do uszu niczym dziki lokator i zajmuje je bez niczyjej zgody. Coraz rzadziej zdarza się, że w jego czaszce pojawia się jakiś strzęp z przeszłości, urywek z radia, szum nakładających się głosów, przychodzą natomiast słowa, teksty piosenek, które śpiewał w pustym mieszkaniu. Te słowa pojawiają się, przypominając uschnięte patyki, patyki obdarte z liści, z życia, trzeszczące w małżowinie usznej, u brzegów której spopielają się za pomocą surowej reguły zakonu.
Zgłasza się do nowicjackiej scholi, próbuje śpiewać. Schola prowadzona jest przez organistkę, siostrę Alwernię, której głos jest głosem człowieka w agonii. Otwierając usta, piszczy jak przedziurawiony balon. Ten pisk rani mu uszy, rozrywa jelita na strzępy. Ale nie poddaje się, bo śpiew jest odpoczynkiem i wymówką od pracy. Ci, co śpiewają, nie pracują popołudniami – oni szlifują instrumenty, które swym blaskiem rozświetlą kościół podczas uroczystości.
Początkowo śpiewa głośno, z pełną mocą, próbując oddać głos samym niebiosom. Czy tam u góry ktoś słyszy, z jakim oddaniem zużywa struny głosowe? Z czasem pojawiają się opinie, że fałszuje i że lepiej będzie, jeżeli pozostanie w cieniu innych. Z trudem daje temu wiarę, ale stara się być posłusznym i przede wszystkim nie smucić się z tego powodu. Zatem zaczyna się – cierpienie i boleść dają o sobie znać. Niezwłocznie postanawia, że będzie najmniejszym z maluczkich, że stanie się niemal niewidzialnym i lekkim jak kurz. Niech mówią sobie, co chcą, on i tak będzie tylko ciszą, która na końcu swej drogi przeistoczy się w martwy krzak.
Pewnego popołudnia do sali prób przybywa brat, którego poznał podczas przeprowadzki. Uśmiecha się do niego dyskretnie, wysyła krótkie spojrzenie o kształcie pytania. Ale o co konkretnie pyta i co kryje się w tym spojrzeniu? Zanurza głowę w pudle pianina, grzebie w środku niczym w krowich wnętrznościach. Wzniecony kurz sprawia, że kicha. Siostra Alwernia wije się tuż obok pełna nieufności, bladymi jak klawisze palcami wskazuje część, którą należy niezwłocznie zreperować. Brat „złota rączka” obiecuje zająć się problemem i wychodzi z elementem nadgryzionym przez czas. Niemal bezszelestnie zamyka za sobą ciężkie drzwi. Jest zwinny, jest prędki i nie traci czasu, myśli, kartkując stary śpiewnik. Siostra powraca do sterów; staje przed nimi, dyrygując jak kapitan na tonącym statku. Na raz, na dwa, na trzy zgodnie otwierają usta.
Wieczorem zasiada przy biurku i przy otwartym oknie zapisuje białą stronicę:
Kiedyś czytałem dużo gazet i często oglądałem telewizję. Dzisiaj te czynności wydają mi się obce i odległe zarazem, zupełnie nie odczuwam cierpienia z powodu braku radia ani nawet świeżej prasy, nie tęsknię za telewizją, do której mamy dostęp tylko w niedzielne wieczory z okazji trwającego całe pół godziny dziennika. Spodziewałem się tych zmian, byłem na nie gotowy. Z chwilą wstąpienia do klasztoru mój świat niespodziewanie skurczył się do rozmiarów rozpostartej dłoni. Stał się naprawdę maleńki, choć przecież wcale nie jest duszny. Oddycham w taki sam sposób, w jaki oddychałem na zewnątrz murów. Tylko czasami, w nocy, zdarza się, że nagle budzę się, z przerażeniem myśląc, że brakuje mi tchu, jakby powietrze w celi wysysał księżyc pęczniejący na niebie.
Mijają kolejne tygodnie, planeta pędzi na złamanie karku i tylko w swej celi jak w muszli odnosi wrażenie, że jest nieruchomy, że wszystko nieruchomieje. To jego schronienie, rodzaj lisiej nory, w której nie dopadną go żadni myśliwi. Stara się coraz mocniej kochać Boga, coraz więcej czasu poświęca na modlitwę. Czuje, jak odmienia ona stan jego umysłu, jak przywraca pewność siebie. Bóg nie lubi samotności, myśli, kiedy klęczy na wieczornej adoracji. Boi się pozostawić Go samego, nie potrafi wyjść nawet do toalety; jest taki kruchy i taki malutki, a przy tym blady jak płatek śniegu. Jest jak niemowlę bez twarzy i rączek, esencja niemowlęctwa, nieposiadająca ust, żeby płakać. Właśnie w ten sposób widzi Boga, najpotężniejszego Pana człowieczego losu. Widzi Go w kolebce, ciągle wśród pieluch.
Uczy się żyć w prostej radości, radości z codziennych gestów. Przeżuwa podawane pokarmy, klęka i powstaje, przemierza długie korytarze, wykonuje drobne prace ręczne, dużo czyta, spaceruje po ogrodzie, oswaja się z milczeniem. Wynajduje szczęście pod kamieniami, na których wygrzewają się jaszczurki, w nienagannie zaścielonym łóżku, w zrównoważanej codzienności, gdzie modlitwę, pracę oraz odpoczynek pokrojono na równe kawałki. Im głębiej wchodzi w rytm tutejszego życia, tym wyraźniej dostrzega cudowną harmonię, jaką zapewnia od świtu do mroku.
Stopniowo zapomina o tęsknotach ze świata, w którym pozostali inni ludzie, usypia nękające go pragnienia. Im mniej marzy, tym mniej rzeczy zdaje się niezbędnych do przetrwania. Żywi się modlitwą, zadowala się strzępami wygody, jak zimowy ptak walczący o przetrwanie na planecie lodu. Nie skarży się ani z powodu bólu kolan, ani z powodu chłodu w kaplicach. Nie ujada nocą jak wilczyca, kiedy samotność przekopie łóżko lub wyziębi pościel. Mocno zaciska zęby, kiedy język cierpi w więzieniu milczenia, ale nie popuszcza, nie pozwala się złamać fizycznym zachciankom poszczególnych członków ciała. Każda ze stoczonych walk odżywia i wzmacnia, naucza cierpliwości, wydłuża dystans między nim pragnącym i nim realnym. Z rwącego, wiosennego potoku przeobraża się w jezioro spokoju – wówczas z dna wyciąga korek, wpadając w rozległą, wielorybią gardziel, gdzie pośród spodziewanego planktonu znajduje schronienie.
Od samego początku pochwycono ich w kleszcze ścisłej tresury. Żadnych pytań, żadnych buntów, żadnego ale. Jak kąpielowe gąbki muszą absorbować bieżącą wodę życia, nie dopytując o sprawy nurtujące dusze. Otrzymują jasne dyrektywy, co do tego, jak się nosić, jak klęczeć, jak się modlić, jak utrzymywać porządek w celach, jakie skarpetki zakładać, jak śpiewać, jak poruszać się po korytarzach, jak myśleć, jak zachowywać się na oczach wiernych, jak przełykać kartofle i jak je wydalać. Cała lista rzeczy do przestrzegania i ani słowa o niegrzecznym zadawaniu pytań typu: a po co, a czemu i czy nie można inaczej.
Umartwienia nie wchodzą w rachubę. Poinformowano ich, że byli tacy, co odmawiali sobie cukru, a nawet rwali się do pieszych pielgrzymek do Ziemi Świętej – zazwyczaj po kilku miesiącach występowali ze zrezygnowanymi minami. Powtarzano, że czas monastycznych umartwień odszedł do lamusa wraz ze średniowiecznymi mnichami. Pewnego razu Magister zbliżył się do jego stołu i wrzucił do filiżanki herbaty dwie kostki cukru.
– Żebyś przypadkiem nie stwierdził, że jest ci tutaj za ciężko – powiedział niejako w żarcie.
Cóż mogłem powiedzieć? Że nie chcę tego cukru nie tyle z powodu umartwień, ale bardziej dlatego, iż obawiam się, że pójdzie mi w biodra? – zastanawia się, wspominając to zdarzenie. Przed oczami zobaczył długą listę diet, jakie skrupulatnie stosował przed wstąpieniem do zakonu, by osiągnąć aktualną sylwetkę osy. Ale oto dzieło jego rąk znalazło się w strefie bezpośredniego zagrożenia. Zacisnął zęby i wypił przesłodzoną herbatę, wmawiając sobie, że jest to kolejny krzyż, który został mu dany i który pokornie należy przyjąć. Uważać, tak, tutaj należy przede wszystkim uważać.
Powracając wieczorem do swojej celi, pomyślał, że jak tak dalej pójdzie, to skończy na zawałowym. Najgorsze były śniadania. Solidnie pilnowano, aby nikt się nie ograniczał; oczywiście królowały kanapki z żółtym serem i z pseudowędlinami o zapachu puszkowego żarcia dla kotów. Rzygać mu się chciało od tego jedzenia, ale Magister czuwał jak wartownik i z szerokim uśmieszkiem powtarzał: „Jedz z wdzięcznością i pamiętaj, że biedne dzieci w Afryce umierają z głodu”. Czasem dorzucał, że muszą nabrać sił do pracy, śmiejąc się przy tym, jakby go to śmiertelnie bawiło. I co z tego, że z przepełnionym brzuchem nie pracuje się najlepiej, w końcu i tak zawsze miał rację, gdyż pełnił rolę klasztornego dietetyka. Wraz z upływem czasu żaden z młodzików nie miał już wątpliwości, że codzienne posiłki w refektarzu, to nic innego jak wspólnotowe ćwiczenia rozciągania żołądków. Pożreć jak najwięcej, pożreć jak najszybciej, żeby półmiski błyszczały pustką i aby – nie daj Boże – nie pozostawić choćby okruszka. Nawet najmniejszy kawałeczek włożą ci do ust, i to w imię świętego posłuszeństwa, dorzucając, kiedy ledwo już przełykasz, że spełniasz uczynek miły niebiosom.
Śnieżnobiałe nogi
pęcznieją od zmęczenia, na kolanach pojawiają się zaczerwienienia, czasem odbija się na nich kamienna posadzka. Codzienne klęczenie deformuje kończyny, sprawia, że stają się pokrzywione jak u starców, których czasem spotyka na korytarzach. Suną jak ślimaki, z ich ust cieknie ślina. Jak bardzo może się do nich upodobnić? Przyzwyczaję się, wmawia sobie, aby tylko nie zabrzmieć jak słabeusz i żeby przede wszystkim nie opłakiwać prawego kolana, które zdaje się być lekko napuchnięte. Powiedzieć o tym komuś, czy może zatrzymać tę wiedzę dla siebie? Nie chce, by wysłano go do lekarza. Myśl, że ktoś mógłby go dotykać, oglądać od pasa w dół, jest zaporą, której nie pokona nawet kilkumetrowa fala tsunami. Skóra jego nóg jest biała, choć mocno owłosiona. W bieli tej widać żyłki wijące się jak linie niedokończonego tatuażu. Szkic, zarys, a może jakiś plan? Nigdy nie wystawia kończyn na światło dzienne, nie dopuszcza do nich słonecznych promieni.
Czasem boli go tak mocno, że chce powstać, uderzyć pięściami w stół i krzyknąć. Nie wie jednak, czy tę złość wywołuje ból kolan, czy może cała złość życia, która cieknie z niego jak woda z przedwiosennej brzozy? I kto jest tym wrogiem, do którego zaadresuje ową falę gniewu, to wściekłe spojrzenie, szorstkość języka? Kto jest sprawcą tych wszystkich cierpień zaznawanych od narodzin? Jego ojciec z dłonią jak u posągu? Dzieci z klasy traktujące go, jakby był ropuchą? Może chłopcy z dzielnicy, co urągali mu słowem, co deptali po piętach, co łapali za krocze, by sprawdzić, czy cokolwiek tam ma? Kto jest temu winny i kto miałby teraz usłyszeć ten gniew? Czy jest to sprawa tych biednych mnichów, co solidarnie spuszczają wzrok, woląc o niczym nie wiedzieć? Czy może ma przemówić do lustra, krzyknąć do samego siebie, do tego, który nie akceptuje własnej biologii? Czy może lepiej zawyć pod nocnym krzyżem w nawie kościoła, ciskając grudy ziemi, grudy rozpaczy, a przy tym i własne łzy? Może to wszystko jest zaledwie dziełem wyobraźni, a tak naprawdę niczego nie ma, nic nie istnieje? Jakie imię nosi jego odwieczny wróg i czy w ogóle ten wróg istnieje?
Poszukiwał ucieczki, ale zamiast miejsca wyścielonego spokojem, natknął się na miejsce walki. To na pustyni toczy się najcięższe bitwy, tutaj ziarno walczy z ziarnem. Gdzie spojrzeć, walka rozlewa się po sam horyzont, wędrowiec grzęźnie w niej wraz z każdym krokiem. Pragnie niczego nie widzieć, ale zamiast ślepoty podarowano mu bystry wzrok pozwalający dostrzec ludzkie wnętrze. Zapędza się w pułapkę, w kozi róg, w którym żywcem obedrą go ze skóry. Bez maski, bez ukrywania się, staje nagi przed lustrem; nie ma już miast, których zgiełk zagłuszyłby krzyk jego duszy, nie ma ludzi, którzy wyzwiskami nauczyliby go pogardy do samego siebie. Nagle zabrakło rąk rwących się do odpowiedzi, nagle sam, nagusieńki, staje twarzą do pustej tablicy, przy której odpytuje sam Bóg. Samodzielnie musi odnaleźć odpowiedzi, gdyż na tym codziennym egzaminie nie ma od kogo odpisać. Kiedy człowiek znajdzie się na pustyni, należy modlić się intensywnie, inaczej dusza rozsypie się jak mieszające się pod stopami ziarna. Uporządkować myśli, nadać im odpowiednią wartość, ułożyć w słusznym szeregu. Nie ma co udawać, że się modlisz, na nic próby tuszowania rzeczywistości; człowiek staje się nagi i bezbronny, otwarty jak dłoń, przestronny jak otaczająca go pustynia.
W wolnych chwilach zwiedza klasztor, zagląda do piwnic, penetruje zakamarki. Wyobraża sobie, że odnajdzie zbiorowisko kości, że czaszki dawnych pokoleń mnichów ukryte są pośród słoików z ogórkami. Czubkami butów zahacza o chłodną glebę. Wystarczy tylko usunąć ziemniaki i głębiej pogrzebać w piwnicznej ziemi, aby natknąć się na szkielety, a kto wie, może nawet na złote kielichy. Fascynuje go myśl, że mogą tu istnieć zasypane korytarze, tajemne przejścia prowadzące poza klasztor. Czy przypuszczenie, że klasztor może mieć swoje tajemnice, posiada moc rozgrzeszenia jego duszy?
Wychodzi na dziedziniec, jest pełnia lata, słońce przymyka mu oczy, kwiaty pachną intensywnie. Pątnicy wchodzą do wnętrza kościoła, nikt nie zwraca na niego uwagi. Jest wciąż nieopierzony, jest jednym z nich, bez śladów monastycznego życia, na które się zdecydował. Gdybym nosił habit, myśli, natychmiast podbiegliby do mnie, by zadawać pytania, by usłyszeć słowa pociechy. Te starsze, te babiny wyrosłe jak pieczarki pod strzechą, dotykałyby moich dłoni, może nawet całowałyby płótno szkaplerza. Byłbym podziwiany i oglądany ze wszystkich stron. Z fantazją opowiadałbym im o surowym życiu, które wiedziemy wewnątrz klasztornych murów. Myśli te sprawiają mu przyjemność, choć zupełnie się w nich nie odnajduje. To milczenie doprowadza wyobraźnię do wybuchu, to milczenie prowokuje figle umysłu.
Podąża za kobietą o włosach z fioletowego nieba, razem wchodzą do kościoła; spostrzega, że na swej płaskiej jak macewa piersi wykonuje znak krzyża. Zdaje się być spłoszona, klęka niezdarnie, jakby zamierzała doić krowę. Odwraca od niej wzrok. Ołtarz tonie w intensywnym świetle, kwiaty mdleją w wazonach. Słychać owady, trzepot ptasich skrzydeł, szum drzew, dolatuje go zapach koszonego siana. Pająk spokojnie rozciąga pajęczynę na metalowych ramionach krzyża. Organy drzemią w skrytości, wciśnięte w tył kościoła, przykryte szarą pierzyną kurzu. Czuje, jak to miejsce staje mu się bliskie, jak przeobraża się w dom, który dzieli z samym Stwórcą. Mieszka na królewskim dworze, w niebieskim pałacu tonącym w chmurach.
Trzymano ich wspólnie i tresowano wspólnie. Niedziele musiały być uroczyste, z pompą, ze śpiewem, co rozsadza kościelne mury. Na starych organach wyciskano ostatnie poty, złociło się od szat i od naczyń, kwiaty niczym we mgle brodziły w dymie kadzideł. Ten z ryjkiem prosiaka poci się
na czerwono, podnieca jak rozżarzony węgielek. Zdobią go blond włosy oraz skóra koloru mleka. Kiedy się śmieje, człowiek ma wrażenie, że śmiechem tym ryje w leśnej ściółce. Jest to rodzaj pochrumkiwania, jakby się dusił, jakby żołądź stanął mu w gardle. Jest wielbicielem wszelkich ceremonii i w pewnym sensie osiąga na tym polu mistrzostwo. Biegając w białej komży, reżyseruje spektakl przy ołtarzu, perfekcyjnie pociąga swoimi niewidzialnymi sznureczkami za ręce tych, którzy posługują ornatowcom. Tam spojrzy, a już dłoń z dzwoneczkiem drży nerwowo, tu zmarszczy brew, a kolana wiernych jak meteoryty wbijają się w posadzkę, zakasła, a hostia jak słońce wędruje ku górze. Wystarczy, że szturchnie pierwszego z brzegu, a ministranci sznurem wybiegną z patenami bezpośrednio w tłum otwartych ust zionących smrodem, by zamknąć w ich jamkach uśpionego na języku Chrystusa. Jest mistrzem ceremonii, pewnego rodzaju kościelnym didżejem, potrafiącym miksować dźwięki organów, melodie pieśni czy brzęczenie dzwonków z jednostajnymi uderzeniami gongu. Tej niedzieli wybiera do asysty samego
A.
Informuje go, że musi szarpać dzwoneczkami z taką werwą, żeby nawet śpiące pod posadzką kościelne trupy mogły się przebudzić.
– Ich siłą dajesz konkretny rozkaz – mówi. – Lud albo upada na kolana, albo się podnosi. Musisz wcielić się w rolę dyrygenta, rytmizować ceremonię, budować napięcie. Jeśli nie zadzwonisz, ludzie się pogubią, odczują chaos; zupełnie jak w szkole, tam musi być dzwonek, przerwa, dzwonek, lekcja, inaczej dzieciaki wejdą ci na głowę.
Powiedziawszy to gwałtownie odsuwa A. od rozpalonego kadzidła, którym macha jak płonącą planetą, planetą z czerwoną czupryną ognia. Przy okazji robi się równie czerwony, krople potu błyszczą na jego niskim czole. Ociera je chusteczką, po czym dorzuca, że zaraz wkraczają na scenę. Tuż przed opuszczeniem zakrystii A. przejmuje w swe drżące ręce dymiącą kulę, której srebrny łańcuszek chrobocze mu u nóg. Nigdy wcześniej nie trzymał czegoś takiego w swych dłoniach, nic wcześniej nie onieśmielało go tak mocno. Postulant wpycha go w samo jądro ołtarza. A. ukłoniwszy się przed ojcem Przeorem, dostrzega blask świecy rozlany na jego czaszce. Przeor przejmuje kadzidło i obchodząc ofiarny ołtarz, ogłusza świętym dymem pszczoły zgromadzone w religijnej pasiece. Buchają okazałe, siwe kłęby, w które wchodzą odważnie, nie obawiając się żadnej zguby. Pszczoły zamierają, ustaje wszelkie bzyczenie i tylko ich dwoje, Przeor z nowicjuszem, jak para zbłąkanych aniołów stróżów, przemierzają las z gęstego dymu.
Początkowo A. przyjmuje ten dym, jak przyjmuje się dym z papierosa – niechętnie i z niesmakiem. Ale powodowany jakimś nadnaturalnym instynktem, postanawia zmienić podejście. Zanurzony w gęstym dymie kadzidła, myśli, że tak zapewne pachnie Bóg, więc zbiera się w sobie, by wchłonąć kłębiastą, białą kulę, wierząc, że tym samym nozdrzami wciąga samego Świętego Ducha. Zamyka oczy, zaciska pięści i modląc się o wypełnienie, wyobraża sobie radość Niepokalanej, która zapewne doświadczała czegoś podobnego. Zanim pełnym pierścieniem obejdą ołtarz, A. niespodziewanie odczuje zawroty głowy. Zdoła spostrzec płatki kolorowych kwiatów, lewe ramię krzyża, prosiaczkowatą mordkę współbrata, który uśmiechnie się doń zatrwożony. Ale zanim A. zdąży odpowiedzieć najmniejszym ruchem warg, potknie się o zawiniętą krawędź dywanu i runie na posadzkę na zdumionych oczach rozmodlonego tłumu.
Tego wieczoru zanotuje:
Maryjo, Matko Najmilsza, wybacz mi, że zawiodłem, że wystawiłem na pośmiewisko służbę Twojemu Synowi. Należy mi się kara, oczywiście jeśli taka jest wola samego Pana Boga, przyjmę ją pokornie, jak wierna oblubienica, która zgrzeszyła przeciw swojemu mężowi. Przyjmę cierpienie, zjem je niczym płatki czerwonych róż. Zjem nawet kolce, jeżeli uznasz to za sprawiedliwe i jeżeli będą pochodzić od Ciebie. Jestem cała Twoja.
Nerwowo przekreśla pomyłkę, przykrywa ją plamą atramentu. Irytują go błędy popełniane przy ołtarzu oraz błędy popełniane w zeszycie. Kiedy wreszcie dorosnę? – zastanawia się, po czym dopisuje:
Jestem cały Twój.
Po uroczystościach słyszy, że nic takiego się nie stało, że przecież mógł się zranić. Bracia okazują mu wiele współczucia i delikatności, niektórzy klepią go po ramieniu. I tylko Różowy Ryjek zdaje się buchać gniewem, tylko on, wciąż rozpalony, nie potrafi się odnaleźć. Zaprzestano przymuszać A. do posługiwania ojcom w czasie uroczystych mszy, Magister zaś stwierdził, że lepiej będzie, jeżeli zajmie się śpiewem w scholi. Oczywiście Magister nie mógł wiedzieć, że A. nie potrafi śpiewać, on sam zaś nie wyznał, że Bóg stworzył jego wargi, język i gardło do innych celów. Niemniej A. posłusznie uczęszcza na lekcje śpiewu organizowane w salce Świętej Rodziny. Siedzi na ławeczce, krzywi kręgosłup, przygląda się chłodnym ścianom o lodowcowej bieli. Słońce nigdy tutaj nie zagląda. Spotykają się przynajmniej dwa razy w tygodniu, w gronie ośmiu osób. Siostra Alwernia o palcach z wykałaczek uderza w klawisze pianina. Jej twarz jest sucha, głos niezmiennie wątły. Patrząc na jej motyle ruchy, A. próbuje odgadnąć, czy usatysfakcjonowana jest naprawą pianina. Najwyższy z nowicjuszy sięga po gitarę, stroi instrument. Wymienia spojrzenia z siostrą, jakby posługiwali się sekretnym językiem. Ona jak cięciwa łuku pręży się przed pianinem, on z gitarą na kolanach wygląda jakby głaskał jeżozwierza. Siostra zezwala mu na śpiew. Synchronizuje palce, wydobywa regularne dźwięki. Śpiewa pobożnie, z delikatnie przymkniętymi powiekami, lub może zwyczajnie wpatruje się w posadzkę. Nikt tego nie wie, zdaje się być nieobecny. Wygrywa piosenkę o Baranku, tak słodką i tak ponętną, że sam A. odczuwa pokusę przeistoczenia się w jagnię pieszczone na kościstych kolanach brata.
Pragnie
zaczerpnąć powietrza, ale w drzwiach do ogrodu ktoś zachodzi mu drogę. Ten ktoś pyta go, skąd pochodzi i jak się tutaj odnajduje, czy nie tęskni za rodziną i czy nie jest mu ciężko. Jednocześnie to zbliża, to oddala twarz, na wzór kury z zaciekawieniem przyglądającej się wciąż ciepłej górze łajna. Natychmiast wyczuwa, że pachnie grządkami, a może nawet najczystszą mieszaniną ziół oraz ziemi. Czuje również zapach tutejszego słońca. Jest stary, jest pomarszczony, o palcach koloru trzonka motyki. Jego słowa osadzają się w pochwyconym młodziku, bo słowa te są jak wyczekujące wiosny ziarna.
– Ażeby wytrwać w tutejszej monotonii, twoje serce musi stać się sercem żółwia, musi bić powoli, powolutku, w rytmie tutejszych dni ulatujących ku wieczności. Jeżeli natomiast pragniesz wytrwać w czystości, w czystości będącej perłą naszej egzystencji, twoje serce musi stać się żółwim pancerzem, twarde i odporne na namiętności, stałe niczym kamień.
Przełyka ślinę jak groch, jego usta są suche i niewykluczone, że od lat się nie domykają. Jego spojrzenie? Intensywne – oczami niczym motyką grzebie na samym dnie napotkanej duszy. Po chwili pyta:
– Zamierzasz tu pozostać?
Cóż za pytanie? Kiwa głową z czupryną bujną niczym wiosenna roślinność, jego odpowiedź zawiera się w tym ruchu.
– Zatem w całości musisz stać się żółwiem, i niczym więcej; żółwiem pożerającym stronice Biblii niczym życiodajne liście oraz żółwiem wygrzewającym się na modlitwie jak w gorącym słońcu.
To są jego ostatnie słowa. Nic innego nie zapamiętuje z tego spotkania. Może tylko sposób, w jaki odchodzi, z kołyszącym się koszykiem oraz ze stukotem trzewików uderzających o posadzkę. Ten stukot pozostanie z nim na resztę dnia, jakby to było bijące serce.
W ogrodzie szaleją trawy, falują niczym włosy zdziczałej niewiasty, ich bujność przelewa się przez mury. Kiedy tam wchodzi, uderza weń zielona świeżość, kiedy tam patrzy, zieleń nawołuje go z oddali, przyciąga intensywnością zapachów. Czasem siada wśród traw, palcami przeczesuje grube warkocze. Te warkocze zdobią różnokolorowe kwiaty kuszące swym zapachem i tak już upojone owady. To właśnie tam obserwuje brata Ogrodnika, dłubiącego w żyznej ziemi.
Mówiono, że żyje w ogrodzie, przemawiając do warzyw, obcując z cukiniami, ogrzewając dłońmi zagrzebane w ziemi kartoflane płody. Wśród roślin czuje się jak wśród swoich, one nie patrzą nań wrogo, nie oceniają jego pobożności znajdującej wydźwięk nie tyle w kościelnej nawie, co w owej nieustannie podlegającej zmianom bazylice natury. Dotyka kwiatów niczym ślepiec dotykający ludzkich twarzy, w zdziwieniu, w skupieniu, w tylko jemu znanym zachwycie. Czyta liście roślin zamiast książek, bada splot oraz bliskość korzeni i w ten sposób odkrywa ich historie, a nawet rodzinne więzi. Ponoć markotnieje tylko zimą, tylko wtedy jego twarz traci kolory – zupełnie jak jego ogród przesypia ten okres niczym wielki nieszczęśnik.
Któregoś dnia Ogrodnik siada tuż obok A., z książką na kolanach; żeby się nie pobrudzić, podwija płócienny szkaplerz niczym długi ogon. Uśmiecha się, by bez słowa zabrać się za lekturę książki. Między kartkami A. zauważa zasuszony liść babki. Czyta Teresę Wielką. Może jak ona pragnie zostać mistykiem kontemplującym kukurydziane pola?
Kiedy A. jest sam, a zdarza się to nader często, przemawiają doń latające maszyny – ich śpiew spada z nieba jak śpiew postrzelonego ptaka. Kręci głową po ogrodzie, wypatruje znaków życia poza kamiennymi murami. W najdalszym zakątku ogrodu można dosłyszeć oddechy szosy, szum opon sunących po asfalcie, czasem strzępy muzyki dochodzącej z otwartego okna pędzącego pojazdu. Ale największą radość sprawiają mu owe białe samoloty, gdyż za każdym razem wierzy, że może to być olbrzymi anioł zstępujący z nieba, przychodzący z wyciągniętą ręką, pragnący udzielić mu schronienia w bieli swoich szat. Czy pragnie śmierci? Nie, już od samego początku wiedział, że tutaj żyje się, umierając, że nieistnienie staje się osią egzystencji. Zapomnienie, dla siebie i dla całego dręczycielskiego ludu, zapomnienie – to wszystko, czego pragnie.
Z upływem czasu rytm dnia staje się coraz trudniejszy. Pobudki przed piątą rano przybierają postać nocnego koszmaru, który brutalnie gwałci rzeczywistość. Kołatka szczeka na korytarzu. Przymusza się, zrzuca z siebie kołdrę, obmywa twarz zimną wodą. Po chwili już klęczy, zmęczony, trochę jak we śnie, a jednak w rzeczywistości. Recytuje psalmy, składa dłonie, walczy ze słabością ciała. Ból kolan rozchodzi się po głowie, ból kolan ogarnia go jak gorączka. Nawet w murach klasztoru człowiek pozostaje człowiekiem, walka zaś nie ustaje. Był taki naiwny, wierzył, że się ukryje, że przeniknie do raju, w którym nie dosięgną go żadne plwociny. Ale oto pluje sam na siebie, przeklina własną słabość, uprasza Stwórcę o wsparcie. Gdzie jest to miejsce, w którym mógłby się schować, gdzie żyje się spokojnie, gdzie nikogo się nie drażni, nikomu nie przeszkadza? Czy taka dziupla w ogóle istnieje i czy kiedykolwiek ją odnajdzie?
Zanim się zorientuje, zaczyna się trzeci miesiąc. Prowadzą ich korytarzem, buty stukają o kamień. Otwierają się drzwi. Na ich spotkanie wychodzi
krawiec.
– Rozłóż ręce, no śmiało, wyciągnij ramiona, tak, zupełnie jak na krzyżu. Nie bój się, gwoździa ci nie wbiję, co najwyżej igłę, jeśli wiercić się nie przestaniesz. Porządnie wymierzyć muszę, inaczej zgubisz się w tym suknie, albo w ogóle w nie nie wejdziesz, a to przecież jak druga skóra, musi być jak ulał.
Krawiec schyla się, stęka, po chwili wyciąga żurawią szyję, mrucząc coś pod nosem, pod tym samym nosem, z którego wychodzą włosy niczym czarne nitki. Jest ich kilkoro, wciąż nieopierzeni, postawieni w rzędzie jak na baczność. Przy każdym imieniu zapisuje jakieś cyferki, coś kreśli, dopisuje, jakby człowieka stwarzał. Pomieszczenie roi się od nici, nożyc i przeróżnych materiałów, pod ścianą stoją dwie ogromne szafy, pod oknem dwie maszyny, jedna mniejsza, druga nieco większa i starsza, to na tych maszynach powstaną ich nowe skóry, te same skóry, które obleką kształtujący się kościec. Na półeczkach stoją równiutko ułożone sandały do naprawy. Nie dość, że sprawi im skóry, to może jeszcze podkuje. Obraca ich w palcach jak igły, raz jeden, raz drugi, a że cisza narasta, poczyna mówić jakby dla przestrogi:
– Wy mnie chłopcy nie znacie, zresztą nic jeszcze nie znacie. A ja tu siedzę, siedzę jak w norze, i szyję habity, bo taką mam pracę. Habit porządny uszyję, to mówię wam jak na spowiedzi, ale mnicha to ja uszyć nie umiem. Rękaw na miarę zrobię, kaptur co głowę przykryje, suknię do kostek sprawię, ale jak człowiek rozleci się na kawałki, to moje nici na nic się zdadzą, bo żadnej duszy nie zszyję. A przychodzą czasem, że tu pękło, tam się rozerwało, więc ceruję, zszywam, naprawiam, a oni zasiadają na ławeczce pod ścianą i opowiadają, że aż mam wrażenie, że to duszę załatać trzeba, nie zaś tunikę, bo ta dziura na duszy jakaś boleśniejsza od tej, co habit szpeci. I tak szyję i słucham, jak opowiadają, choć niektórzy nawet ust nie otwierają, jakby przychodzili pomilczeć; może wystarcza im warkot pracującej maszyny, warkot zwarty, prężny, bo często zamykają oczy i wtedy myślę, że coś tam w środku im się zszywa, jakby to moje szycie na nich przechodziło. A później, kiedy już wychodzą, dziękują jak uratowani rozbitkowie, że często nie wiem, co odpowiedzieć, więc tylko kłaniam się nisko.
Z bulwiastego nosa zdejmuje okulary i wówczas raz jeszcze przekłuwa swym wzrokiem – już nie rękawy, już nie w pasie, pal licho z miarkami, on przekłuwa ich twarze, przygląda się, jakby je zapamiętywał. A może już widzi, może przewiduje, która twarz w habit się wpasuje i wierną mu pozostanie, a która odpadnie jak maska? Czy istnieją dla niego twarze, co tylko pod habit pasują, i twarze, co ze ślubnym frakiem koniecznie zszyć trzeba? I czy istnieją wreszcie twarze nielubiące nici, którym ani habitu, ani fraku przyszyć nie można, ani też żadnego innego odzienia, jakby dopiero z raju wyszły i do raju powrócić miały?
– I taka oto dola krawca – kontynuuje, już bardziej sam do siebie – że jedne habity spruć trzeba, inne znowuż powołać do życia, bo i ludzie przychodzą i odchodzą jak te habity, co wchodzą i wychodzą z szafy. Ale jedno jest pewne, zawód swój zawdzięczam pierwszym rodzicom, bo to oni nagość nam ukazali.
Mlaska ustami i to jest znak, że próbuje uciąć swą historię, zupełnie jak zębami przerywa się nić, gdy nożyczki gdzieś się zapodzieją.
– To by było na tyle – oznajmia niskim głosem. – Możecie odmaszerować.
Już więcej nie zaszczyca ich spojrzeniem, nie otwiera drzwi, może nawet w ogóle nie zauważa, że wychodzą. Opiera dłonie na szerokim blacie stołu, wpatrując się w swe liczby, jakby gwiazdy liczył, a może nawet nawigował.
Zapamiętuje wizytę u krawca, jego słowa zszyte grubymi nićmi, zapamiętuje je jak wieczorne flaki, na które im dłużej się czeka, tym lepiej smakują. Dochodząca już z daleka woń zdradza, że gotują się w garach, że kucharka wielką łyżką miesza te flaki, jakby w mnisich żołądkach mieszała, bo głód narastał i burczenie co rusz słychać było, zupełnie jak to bulgotanie flaków pod pokrywką. A z tą wonią od kuchni i żar wychodzi im naprzeciw, witając ich z daleka, podczas gdy ona wciąż kuka do tych flaków, by je jeszcze raz zamieszać, by karcąco na nie spojrzeć. Wówczas to przygląda im się niby lekarz przyglądający się otwartym trzewiom. Tu soli sypie, tam marchewkę szturcha, sprawdzając, czy miękka, tudzież jakiegoś flaka przez zęby przełoży, przeżuje, przełknie i znów nałoży pokrywkę, aż zabulgocze. Naci nakroi, ręce wytrze w fartuch, a może nawet i w sam brzuch, niejako sprawdzając, czy jej własne flaki z nerwów już się nie gotują, bo chwilę temu dzwony zabiły, a w korytarzu śpiew rozchodzi się i wzmacnia, tym samym dając znak, że zbliża się cała armia pustych żołądków żądających napełnienia, a tu flaki wciąż jakieś gumowe, jakby na złość nie chciały się ugotować. I te białe talerze zrobiły się przeraźliwie puste, jakby pogłębiono im dna.
Kiedy mnisi wchodzą do refektarza, ich pustka odbija się w zdziwionych oczach braci, bo ani półmisków z dymiącą potrawą nie wniesiono, ani chleba nie nakrojono i nagle wszystkie spojrzenia to na kuchenne okienko, to na Przeora padają, a Przeor roztropnie modlitwę intonuje, jakby ta modlitwa miała przyśpieszyć flaków gotowanie. Kiedy zasiadają w drewnianych ławach, zaczyna się czytanie świętych konstytucji, ale mało kto skupienie zachowuje, bo każdy o flakach tylko myśli, nasłuchując, kiedy okienko się otworzy. Serwitorzy stojąc pod białą ścianą, bezradnie zerkają na Przeora, jakby o litość prosili, bo cała wina na nich spada, że głowy aż ciężkie im się porobiły. Dopiero po chwili jeden drugiego szturcha, za noże chwytają i już kroją bochenki, jakby zamierzali Jezusowy cud powtórzyć. Wtem kucharka podbiega, wystawia dłoń z pięcioma palcami, prosząc o te minuty, bo flaki zaraz dojdą i że natychmiast przeleje do półmisków. Uśmiecha się przepraszająco, a następnie znika w chmurze pary, która buchnęła na refektarz. Zamknięto drewniane drzwiczki. Bracia spoglądają to na pokrojony chleb, to na sąsiada z naprzeciwka, ale przede wszystkim w stronę kuchni, gdzie stukot garów miesza się z pokrzykiwaniami kucharki. Każdy jakoś sobie radzi, przełykając ślinę jak suche drzazgi, ale to ślinę lektora słychać najmocniej, bo przełyka ją tuż przed mikrofonem, między czytanymi słowami, tak że niemożliwym jest cokolwiek ukryć. A kiedy przełyka, jabłko Adama przesuwa się to w dół, to w górę, jakby miało zaraz wyskoczyć, gdyż napięta szyja ledwo wytrzymuje owe tortury zapachów. A że męczył się strasznie, poznają przede wszystkim po tym, jak odetchnął, kiedy okienko kuchni rozwarło się na oścież i dymiące wciąż flaki powędrowały na koniec refektarza, do stołu Przeora. Wszystkie spojrzenia padają na te flaki, nawet spojrzenie lektora na chwilę odkleja się od czytanych konstytucji, jakby chciał prześledzić wzrokiem ich wędrówkę, upewnić się, że nigdzie nie zginą.
Po kolacji Magister zatrzymuje A. na krótką chwilę, oznajmiając, że wyraża zgodę na wizytę u medyka. A. zatrzymany między trawieniem flaków a zmywaniem garnków przypomina sobie rozmowę sprzed dwóch dni, kiedy ból kolan zmusił go do widzenia się z Magistrem, do zasygnalizowania problemu.
– Jest w miasteczku dobra lekarka, pani Końska się nazywa, zawieziemy cię do niej – oznajmia, dotykając jego ramienia.
A. wraca na zmywak, do wieczornego szorowania garów, czując ekscytację z powodu przyszłej wizyty. Jak tam jest, czy coś się zmieniło? – zastanawia się. Tyle czasu nie widział sklepów, kiosków pełnych prasy, pachnących cukierni, ludzi pędzących do pracy, żebraków i pociągów. Czy ktokolwiek zauważył jego zniknięcie? Czy kiedykolwiek w ogóle zniknął?
Zdarza się, że na codziennych modlitwach jego dusza formułuje przedziwne pytania. Te pytania powracają również na zmywaku. Czy to miejsce jest zaledwie stanem opętanego Bogiem umysłu, czy może jest ono realne, żywe, namacalne? – słyszy w swojej głowie. Czy klęczymy i śpiewamy psalmy, czy może raczej psalmy śpiewają w nas? Zanurza dłonie w pianie, wyciąga talerze. Zwykle w takich chwilach marszczy czoło, choć bywa, że zwyczajnie pomrukuje niejako z niezgody. Pyta wówczas wątpiąco, czy tylko w Bogu można zaznać wytchnienia i czy tylko Bóg nie podnosi ręki. Marzy o spokoju, o tym samym spokoju, który zawiera się w spojrzeniach współbraci, nieustannie ma bowiem poczucie, że tylko jemu poskąpiono owego spokoju.
Po modlitwie wieczornej zwanej kompletą następuje absolutne milczenie mnichów. To swoistego rodzaju godzina policyjna – nie można rozmawiać, nie można wypuszczać z siebie słów. Należy stać się niemową aż do poranka, kiedy to wspólnota zgodnie zawoła: „Panie, otwórz wargi moje, a usta moje będą głosić Twoją chwałę”. Jest to zaklęcie znoszące nocny zakaz. Noc jest ciszą, noc jest samotnością; jeżeli sytuacja wymaga, aby przekazać komuś coś pilnego, należy zrobić to za pomocą kartki z krótką informacją, jeżeli natomiast sprawa nie jest nagląca, najlepiej zaczekać do następnego dnia. Opuszczenie celi po komplecie oznacza bezpośrednie narażenie się na niebezpieczeństwo pustych korytarzy. Straż czyha na nieposłusznych, na tych, którym zachciewa się nocnych spacerów. Każde nieusprawiedliwione wyjście poza własny kąt jest karane, strażnicy zawrócą człowieka z jego nocnej ścieżki. Wieczorki dyskusyjne, spotkania po zmierzchu zwyczajnie nie istnieją. Człowiek zamyka się w swej puszce i wyczekuje poranka. Śpi, chrapie, śni, ale już nie rozmawia chociażby przez sen, bo słowo jest grzechem, więc nawet sen należy okiełznać.
A. ze zgrozą zauważa, że niemal co noc jego pościel skleja nasienny płyn. Co z tym począć, jak zakręcić ten kurek? Budzi się po fakcie, wiedząc, że sen był gorący i że jako przyszły mnich nie ma prawa do tego typu snów. Ale one przychodzą, wywołują podniecenie, sprawiają, że puszcza soki. Zsuwa kołdrę i odkrywa, że w kroczu znowu jest wilgotno, że wszystko się klei. Są to najczęstsze przypadki, jakie przytrafiają się nowicjuszom. A. czuje się bezsilny, a przecież tak się stara, tak bardzo uważa, by nikogo nie pożądać. Mówią, że masturbacja jest złem, więc unika jej jak ognia, ale to, co dzieje się w nocy jest poza nim, jakby ktoś inny czynił to za niego. Coś z niego bucha, coś wypływa, nawet jeżeli on wstrzymuje falę, buduje zaporę. Przegrywa. Wstaje, szoruje kroczę, czasem idzie pod prysznic, zmywa z siebie grzech. Czuje do siebie obrzydzenie. Jak to jest możliwe, że wypełnia go śmierdzący klej? Jak to jest możliwe, że ten klej jest poza jego kontrolą? Klasztorne życie poświęcone samokontroli – to właśnie tutaj powinien uczyć się utrzymywania ciała w lejcach. Coś jednak pęka, coś wycieka jak ropa z uciśniętej, ale niezaleczonej rany.
Skupiony
na wstydliwym problemie, A. dowiaduje się od współbraci, że wyznaczono datę obłóczyn. Odchodzący wrzesień jest najlepszym momentem, by zarzucić na ciało grube sukno, by zakryć członki i przepoczwarzyć się w brązowego robaka, któremu obojętne są ludzkie pragnienia. Habit, wreszcie odzieją się w habit, który w sposób czysto wizualny uczyni ich mnichami. Nareszcie zleją się z tak długo pożądaną rzeczywistością życia monastycznego, wtopią się w tłum ubranych w brązowe habity braci, stając się identycznie bezbarwni. Nikt nie mówi o tym wprost, ale każdy z osobna na swój własny sposób ekscytuje się wizją przywdziania sukna. Noszenie habitu jest znakiem, że przynależy się do innego świata, świata wybranych i wykluczonych zarazem. Każdy z nich przed czymś ucieka, a ucieczka ta znajduje swój iluzoryczny kres pośród zapleśniałych murów klasztoru. Habit jest aktem ukoronowania ucieczki, swoistym guzikiem od spodni, potwierdzeniem, że oto udało się, że przekraczają granicę i stają się naprawdę wolni. Problem polega na tym, że na wyszorowanych na wzór łysiejącej czaszki klasztornych krużgankach, toczy się prawdziwa wojna, przed którą nawet najlepszy habit nie jest w stanie ich uchronić. Czy o tym wiedzą? Czy przeczuwają smak bólu, jaki zadają krawieckie nożyce przecinające zasuszone pępowiny?
W nocy nie może zasnąć. Wyobraża sobie, jak majestatycznie może wyglądać w habicie, a nawet jaki szacunek może w nim wzbudzać. Habit został stworzony dla takich osób jak on, tak właśnie uważa. Jego przekonanie jest tak głębokie, jak głęboka wydaje się ta noc. Obraca się z boku na bok, ale pomimo zmęczenia narastająca ekscytacja nie pozwala mu zmrużyć oka. Liczy barany, po pewnym czasie liczy barany w habitach, barany bez habitów i bez wełny, barany z rusztu, wreszcie osierocone jagnięta. Zapala lampkę, siada przy biurku. Próbuje coś zapisać, ale ostatecznie oddaje się niczego niewyrażającej bazgraninie. Jak wyrazić to uczucie szczęścia, tę palącą radość, której z nikim nie można dzielić? Klęka na podłodze, odmawia różaniec. Zastyga niemal na godzinę, po czym powraca do łóżka.
Transsuma
Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8147-860-1
© Roman Razorbak i Wydawnictwo Novae Res 2020
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Novae Res
KOREKTA: Dominik Leszczyński
OKŁADKA: Grzegorz Araszewski
KONWERSJA DO EPUB/MOBI:Inkpad.pl
WYDAWNICTWO NOVAE RES
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 698 21 61, e-mail: [email protected], http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.
