Toxic - Nicole Blanchard - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Toxic ebook i audiobook

Nicole Blanchard

3,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

1047 osób interesuje się tą książką

Opis

Pielęgniarka i więzień... Dwa światy zderzone w krwawej rzeczywistości.

Tessa Emerson od lat żyje w złotej klatce – w małżeństwie, które z zewnątrz wygląda na idealne. Żona szanowanego naczelnika więzienia, elegancka pielęgniarka, przykładna obywatelka. Ale za zamkniętymi drzwiami jej dom zamienia się w miejsce terroru, a mąż – w oprawcę. Każdy siniak to sekret, każda noc to walka o przetrwanie.

Wszystko się zmienia, kiedy do jej gabinetu trafia nowy więzień. Milczący, wytatuowany, niebezpieczny. King patrzy na nią tak jak nikt wcześniej. Jego spojrzenie przeszywa na wylot, a zostawiane przez niego rysunki mówią więcej niż słowa. Tessa zaczyna łamać zasady – najpierw te zawodowe, potem moralne… aż w końcu również swoje własne.

Między nimi rodzi się coś zakazanego. Toksycznego. Uzależniającego. Tessa musi zdecydować, czy odważy się wyrwać z pułapki, nawet jeśli ceną może być wszystko, co zna. Bo czasem to nie więzienie trzyma najciaśniej, tylko strach, który nosimy w sobie.

Czy to możliwe, że właśnie potwór pokaże jej, czym jest prawdziwe życie?

Ta historia jest naprawdę HOT. Sugerowany wiek: 18+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 271

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 49 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Monika Wrońska

Oceny
3,5 (39 ocen)
17
4
5
9
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Paula010161

Z braku laku…

Przyzwyczajam się do tego,że im bardziej nakręcana promocja książki tym gorsza ocena...Więzień i pielegniarka...no okej,brzmi zarąbiście. Początek również wskazywał na gorącą,lepką od emocji książkę ale potem...żenada goniła żenadę. W pewnym momencie tak się pogubiłam że sama nie wiedziałam czy oni uprawiali s*x czy nie 🙈 Nie opisuje więcej idiotyzmów bo zdradziłabym fabułe ale sam pomysł że najniebiezpieczniejszy więzień pracuje w punkcie pielęgniarskim przy nożyczkach i strzykawkach...no sami sobie odpowiedzcie.
61
kinia24113

Z braku laku…

To było złe, baaaaaardzo złe…. nie rozumiem tego nakręcania na Tiktoku…
jusmilewska

Nie polecam

chaos. czytając miałam wrażenie, jakby ktoś mi wyrwał kilka rozdziałów i pojedynczych stron. książka opisuj chorą relację rodzącą się z innej chorej relacji. kolejny przyklad literatury do omawiania chorób psychicznych i zaburzeń
20
Fotapsota

Nie polecam

Przesłuchałam na przyspieszeniu i na szczeście, że to tylko albo aż 3 godziny zmarnowane.
20
Wasilewska83

Nie polecam

Bardzo długo czekałam na nią, niestety zawiodłam się. Dobrnęłam do 100 i dalej nie dałam rady
20



„Jeśli podobają ci się niegrzeczni faceci z ciemną stroną, to Toxic musi się znaleźć na twojej liście książek do przeczytania. Blanchard wie, jak tworzyć wciągające historie, a jej opowieść toczy się szybko, jest pełna akcji, dramatów i gorącego romansu”.

– RT Book Reviews

„Zabójczo mocna. Niesłychanie prowokująca. Powieść Toxic sprawiła, że moje spragnione ciemności serduszko zaczęło bić szybciej!”

– Alpha Book Club

„Mroczna i intensywna! Autorka Nicole Blanchard po prostu przeszła na ciemną stronę mocy!”

– Dani’s Book Review Blog

„Nicole Blanchard opowiada fenomenalną historię pełną niespodziewanych zwrotów akcji. Ta książka cię zaskoczy. Jest intrygująca, sexy, trzyma w napięciu i z pewnością jest mrocznym romansem”.

– Jenn’s Book Obsession

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Toxic

Przełożyła: Urszula Musyl

Redaktorka prowadząca: Ewelina Kapelewska

Wydawczyni: Agnieszka Fiedorowicz

Redakcja: Justyna Yiğitler

Korekta: Anna Burger

Projekt okładki: Yosbe Design

Opracowanie graficzne okładki: Wojciech Bryda

Artworki na wyklejce: © Anna Niemczak, instagram.com/anianiemczak

DTP: Maciej Grycz

Copyright © 2017 by Nicole Blanchard

Copyright © 2025 for the Polish edition by Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Urszula Musyl, 2025

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2025

ISBN 978-83-8417-305-3

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

Wszystkim dobrym dziewczynom z mroczną stroną

1

Zdarzają się poranki, kiedy budzę się, nie wiedząc lub nie dbając o to, jaki jest dzień tygodnia. Czasami przez dłuższy czas w ogóle nie sprawdzam daty. Tak wolę.

Dzięki temu mam mniejszą nadzieję na lepsze życie. Gdy tylko cała ta nicość się rozmywa.

Mój mąż sapie nad moim ciałem, wykonując wyćwiczone ruchy, które rozpoznaję i na które reaguję, choćby z przyzwyczajenia. Jego głowa ostrożnie przechyla się na bok, aby nie musiał patrzeć mi w oczy. Jak powtarzał mi niezliczoną ilość razy: „Pieprzenie nie musi być osobiste, żeby było skuteczne”. Nauczył moje ciało mu wierzyć. Grał na nim i regulował je precyzyjnie, jak muzyk stroi instrument. Formuje i kształtuje mnie według swoich upodobań, a ja pozwalam mu na to, dopóki nie staję się niczym więcej niż rzeczą, którą programuje dla swojej przyjemności – jego prawdziwą królową porno/robotem seksualnym. To zadziwiające, że coś tak źle traktowanego może nadal reagować na przyczynę swojego zaniedbania.

Ociera się swoją niesforną fryzurą o bok mojej twarzy. To irytujące, ale nie mam odwagi się odwrócić. Zapach seksu, piżma i lubrykantu wypełnia mój nos, więc zaczynam jęczeć przez usta. Lubi, gdy wydaję z siebie dźwięki. Sprawiają mu więcej frajdy niż jakakolwiek inna prawdziwa reakcja na to, co robi między moimi nogami.

Palce zostawiają siniaki na skórze moich nadgarstków z taką samą łatwością, z jaką potrafiłyby rozgnieść delikatny miąższ brzoskwini. Palce, które kiedyś dawały mi rozkosz, teraz przynoszą jedynie zniszczenie. Ruchy Vica przyspieszają na mój zduszony krzyk, aż w końcu wbija się we mnie w nieubłaganym tempie. Unoszę biodra w rytm jego pchnięć, choćby tylko po to, by wskrzesić iskrę, która wypali pustkę mojej egzystencji. Wszystko, by zapomnieć.

Każde pchnięcie jego kutasa miesza przyjemność z bólem, aż nie umiem odróżnić jednego od drugiego. Aż zlewają się w niezgłębioną ciemność, którą poznałam i pokochałam. Sięgam po nią, pragnąc, by otuliła mnie swoim ponurym spokojem.

Jego pomruki ściągają mnie w inną stronę, z powrotem do rzeczywistości. Przyjemność znika wraz z każdym jego głębokim wydechem do mojego ucha, intensywne granice wyznaczone przez zapomnienie ustępują irytującemu przypomnieniu. Niczym swędzące miejsce, którego nie można podrapać. Chcę warknąć i się na niego rzucić, ale zamiast tego ściskam pięściami narzutę i zaciskam powieki, aż łzy ciekną mi z kącików oczu i spływają po policzkach, mocząc poszewkę poduszki. Obok nas, na szafce nocnej rozbrzmiewa alarm. Odliczam w myślach długie minuty, aż wreszcie skończy, a ja będę mogła sięgnąć i wyłączyć urządzenie.

Jego ramiona otaczają mnie niczym bezlitosna klatka, a on sztywnieje nade mną i jęczy. Obietnica zapomnienia znika, zabierając ze sobą błogie poczucie nicości. Dźwięk alarmu przebija się przez oczekiwaną mgiełkę ulgi, a rzeczywistość wkrada się z powrotem. Pot sklejający nasze ciała przypomina mi o tym, jak brudna się czuję, ale wiem, że najlepiej będzie, jeśli pozostanę bez ruchu i poczekam, aż ze mnie zejdzie.

Kiedy to zrobi, przetoczę się na swoją stronę łóżka, wydam z siebie odgłosy pełne uznania, gdy zapyta, czy wszystko było w porządku, a potem wezmę prysznic i przygotuję się na kolejny dzień. Powtarzam w myślach listę zadań, dopóki nie oprze swojego ciężaru na jednej ręce, i nie przeturla się na bok z kolejnym stęknięciem. Oddycham z ulgą i przykrywam się kołdrą. Dawno już straciłam zdolność odczuwania wstydu, gdy chodzi o niego, ale jest jakaś część mnie – w głębi duszy – która zawsze potrzebuje uciec i się ukryć.

Opada na plecy z zadowolonym jękiem i łapie się za brzuch mięsistą ręką.

– Przyda ci się prysznic – mówi. – Wyglądasz jak gówno.

Kolejna z jego niezbyt subtelnych zaczepek. Przełykam gniewną ripostę i mówię mu, że tak zrobię. Kieruje swoją uwagę na zapach kawy parzonej na dole. Gdy wstaje z łóżka, mój oddech i tętno wracają do normy i już odliczam sekundy do momentu, w którym będę mogła rozpocząć swój dzień, nawet jeśli jutro rano przyjdzie mi zacząć to wszystko od nowa.

Podchodzi do krzesła przy biurku, bierze szlafrok i zarzuca go na ramiona. Nie odezwawszy się ani słowem, nie odwróciwszy wzroku ani nawet nie okazawszy zainteresowania faktem, że nie doszłam, wychodzi z sypialni i znika w korytarzu. Po kilku sekundach słyszę dźwięki otwieranych szafek, następnie stuknięcie jego kubka z kawą o blat, a potem odgłos rozlewanego płynu.

Spycham nieprzyjemne odczucia w tył głowy, tak jak wszystko inne, i idę do łazienki. Gorąca woda nie zmywa wiele poza potem oblepiającym moją skórę. Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy uważali, że prysznic może ich oczyścić. Wychodząc, czuję się tak samo brudna, jak wtedy, gdy pod niego wchodziłam. Niektórych rzeczy woda i mydło nie są w stanie zmyć.

Ubieram się w prosty, szary uniform, suszę długie, ciemne włosy, aż stają się idealnie gładkie, a następnie upinam je w kok na karku. Nakładam tylko korektor na lawendowe smugi pod oczami i tuszuję rzęsy – bardziej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej troski o wygląd. Mniej znaczy lepiej. Ostatnie, czego potrzebuję, to zwracanie na siebie uwagi. Vica lub kogokolwiek innego. Nabrałam wprawy we wtapianiu się w tło.

Ze spokojnym oddechem odwracam się od lustra i dołączam do niego w kuchni. Siedzi przy stole z gazetą rozłożoną przed sobą i filiżanką parującej kawy stojącą obok jego łokcia. To typowy poranek. Prawie jak z obrazka. Cholerny amerykański sen. Brakuje tylko dwójki dzieci i golden retrievera.

Nalewam do termosu kawy i biorę banana, aby wypełnić czymś mój pusty żołądek.

– Miłego dnia w pracy – mówię do jego pochylonej głowy, gdy mijam go w drodze do drzwi.

Kładzie jedną rękę na moim ramieniu, by mnie zatrzymać, i wystawia policzek. Obdarowuję go pocałunkiem, a on odpowiada:

– Do zobaczenia na kolacji. – Między nami wisi groźba tego, co się stanie, jeśli się spóźnię. Posiłek ma być podany punktualnie o szóstej z zatwierdzonego menu. Brak autonomii nie ma znaczenia. Już dawno straciłam zdolność cieszenia się jedzeniem, a to tylko jeden z aspektów mojego życia, które kontroluje.

Odprawiwszy mnie, odwraca się z powrotem w stronę gazety, a ja przechodzę przez boczne drzwi prowadzące do naszego zadaszonego garażu. Mamy luty w Upper Michigan, a zimno przedziera się przez moją kurtkę lodowatymi, przenikliwymi palcami. W pośpiechu, by opuścić dom i męża, zapomniałam zabrać rękawiczek. Powrót nie wchodzi w grę, więc staram się sobie z tym poradzić i odblokowuję samochód zdrętwiałymi dłońmi.

Podróż do pracy to żmudny proces. Drogi są śliskie od śniegu, który spadł poprzedniej nocy – za wcześnie na odśnieżarki, a ja nie mam czasu czekać, aż oczyszczą jezdnię. Warstwa lodu pod świeżym puchem chrzęści, gdy podjeżdżam do bramy, by pokazać swój identyfikator. Oficer dyżurny, Ernie, wychyla głowę przez stare okno, a jego policzki płoną czerwienią. Pomimo jego krzaczastych, białych brwi, nie mogę nie zauważyć tego spojrzenia.

Bez słowa podaję przepustkę. Przyjacielskie „dzień dobry”, które planowałam, więdnie, gdy oczy Erniego zatrzymują się na widocznym przez rozpiętą kurtkę dekolcie mojego uniformu. Kiedy w końcu się odwraca, czekam, aż wczyta identyfikator do komputera. Chcę na niego warknąć i powiedzieć mu, żeby zatrzymał to spojrzenie dla siebie, ale tego nie robię. Powtarzam sobie, że spędzi resztę dnia na mrozie. Jego cierpienie mnie pociesza. Nie zawsze miałam tak zimne serce, a gdy czekam, irytacja, którą stłumiłam po utracie przyjemnego odrętwienia tego ranka, powraca tysiąckrotnie. Tylko tym razem jest wymierzona w Erniego. Moje zadowolenie z powodu jego bezczelnego gapienia się przypomina mi o tym, w co zmienił mnie Vic, i chcę wyładować swoją wściekłość na Erniem, chwycić go za szyję i uderzyć jego twarzą w ramę okna.

Przypływ gniewu wstrząsa mną i podskakuję, gdy Ernie się pochyla, podając mi przepustkę.

– Spokojnie – mówi, jakbym była jakimś spłoszonym koniem, którego może uspokoić. – Pewnie denerwujesz się z powodu tego ważnego dnia.

Chwytam identyfikator między dwa palce, aby nie musieć ponownie dotykać Erniego. Koncentruję się na tym tak bardzo, że dopiero po kilku długich sekundach ciszy zdaję sobie sprawę, że czeka na moją odpowiedź.

– Dlaczego? – pytam, wiedząc, że nawet teraz patrzą na mnie oczy, które doniosą o wszystkim mojemu mężowi. Jest naczelnikiem Blackthorne i nie wolno go lekceważyć. Pomimo swoich uczuć muszę odgrywać posłuszną żonę i prowadzić miłą rozmowę, ponieważ każdy napotkany pracownik może opowiedzieć o moich zachowaniu Vicowi.

Ernie robi minę.

– Nowi – wyjaśnia powoli. – Nie słyszałaś? Jeden z nich to podobno niezły twardziel.

Przymykam na chwilę powieki na wspomnienie wczorajszej rozmowy z mężem. Przypominam sobie, jak radził, żebym zachowała dziś szczególną ostrożność. Najwyraźniej jeden z nowych więźniów jest niebezpieczny. Musi być, skoro otrzymałam takie ostrzeżenie.

– Może to sam prezydent – żartuję.

Ernie prycha.

– Jestem pewien, że tak o sobie myśli. Bądź ostrożna. Nie chcę, żeby któryś z tych kryminalistów zniszczył twoją piękną twarz.

Śmiech buzuje w mojej piersi i prawie się z niej wyrywa. Przez chwilę niemal mnie ogarnia, ale tłumię go w sobie i macham do zdezorientowanego Erniego, po czym wjeżdżam na parking.

Szybki bieg od samochodu do wejścia zajmuje mi całą wieczność. W międzyczasie tracę czucie poniżej kolan, a czubki moich palców i nosa mrowią drętwiejącym ciepłem. Kiedy wchodzę do ponurej recepcji, marzę o piaszczystych plażach, kokosowych drinkach i tłumie wystarczająco dużym, by się w nim zgubić. Nie ma jednak znaczenia, ile o tym myślę. Niewielka część mojego umysłu wie, że moja rzeczywistość to te więzienne mury. Przechodzę przez główne wejście dla pracowników, zdejmuję buty i podaję je wraz z torbą z lunchem funkcjonariuszowi obsługującemu wykrywacz metali. Kiwa głową na dzień dobry, ale nie rozpoczyna niepotrzebnej rozmowy. Jego oczy ledwo rejestrują moją obecność.

Po założeniu butów biorę klucze do pokoju medycznego z dyspozytorni. Oficer dyżurny zatrzymuje się przed ich wręczeniem. Nauczyłam się, że najlepiej przeczekiwać te małe próby sił, więc wpatruję się w pulchnego mężczyznę w średnim wieku, dopóki się nie odezwie.

– Masz pacjenta.

– Och? – odpowiadam bez zastanowienia, bo wzbudza to moją ciekawość. Nie minęło dziesięć minut od mojego przyjścia do pracy, a już ktoś czeka na leczenie. – Kto to?

Funkcjonariusz się wycofuje, a ja wiem, że powinnam była po prostu iść dalej. Przecież za kilka minut i tak się dowiem, kto jest pacjentem. Spoglądam na drzwi, sugerując, że chciałabym, aby mnie przepuścił. W końcu ustępuje, nie odpowiadając na moje pytanie. Na korytarzu panuje cisza jak w grobowcu. To tak nietypowe, że ciągle oglądam się za siebie, spodziewając się, że ktoś wyskoczy zza rogu.

Dojście do gabinetu lekarskiego zajmuje mi dłuższą chwilę. Jestem tak spięta, że nawet nie podnoszę wzroku, gdy otwieram drzwi. Patrzę pod nogi, wkładając lunch do lodówki w dyżurce pielęgniarek. Odwracam się, by pozbierać karty pacjentów z nocy, i wzdrygam, gdy zdaję sobie sprawę, że nie znajduję się w pokoju sama.

Otwieram usta, żeby coś powiedzieć lub spytać, co tu robi, ale coś mnie powstrzymuje. Mężczyźnie siedzącemu na stole do badań przede mną udaje się zrobić to, czego mój mąż uczył się dwa lata: uciszyć mnie jednym spojrzeniem.

Włosy na karku mi się jeżą, gdy moje ciało rozpoznaje drapieżnika. Warstwa mięśni pod skórą napina się, przygotowując się do ucieczki, nawet gdy robię krok w kierunku więźnia przede mną. Pozostali oficerowie i pielęgniarki są w ambulatorium, które znajduje się blisko, ale jednocześnie całą wieczność stąd. Nic nie powstrzyma tego człowieka przed skrzywdzeniem mnie. Wystarczy jedno spojrzenie, by wiedzieć, że jest do tego zdolny. Mięśnie, zbyt duże, by pomieścił je standardowy więzienny uniform, napinają się pod materiałem koszuli. Wzory tatuażu wiją się wokół jego prawego przedramienia i lewego bicepsa.

Czuję ucisk w gardle, gdy kieruję na niego wzrok. Nie odzywa się, ale jego drwiący uśmiech przemawia głośniej niż słowa.

2

Od pięciu lat pracuję jako pielęgniarka w Blackthorne Correctional Institute, więc muszę sobie radzić z więźniami, od potulnych po śmiertelnie niebezpiecznych. Kiedy jednak ten skupia na mnie uwagę, żadna ze sztuczek, których się nauczyłam, nie koi mojej paniki.

– Czy kazali ci tu czekać na badanie wstępne? – pytam i czuję wdzięczność, że mój głos nie zdradza nagłego zdenerwowania.

Podnosi ramię, a materiał jego pokrytego krwią kombinezonu szeleści w cichej sali zabiegowej. Mimo że w głowie rozbrzmiewają mi dzwonki ostrzegawcze, robię ostrożne kroki do przodu, aż docieram do końca stołu, na którym siedzi. Większość przychodzących tu po pomoc mężczyzn wie, że lepiej nie zadzierać z personelem, ale zawsze istnieje ryzyko, że któryś z nich zmieni zdanie. Więc kiedy sięgam po wiszącą na klipsie tablicę z jego danymi, robię to z jednym okiem skierowanym na niego. Coś mi mówi, że odwrócenie się do niego plecami byłoby złym pomysłem.

Po kilku ostrożnych krokach w tył, aby zapewnić sobie trochę tak potrzebnej przestrzeni, zerkam na kartę. Nie ma na niej nazwiska, tylko numer, co ostatecznie zamienia moje wnętrze w lód i rozwiewa wszelkie wątpliwości co do tego, jak bardzo jest niebezpieczny.

To pewnie przez krew. Wielu więźniów wdaje się w bójki z innymi osadzonymi lub funkcjonariuszami podczas transportu, ale ktoś musiał go już opatrzyć. Ma opatrunek na nosie i plaster na policzku. Może krew na ustach pochodzi z wybitego zęba? Albo z rozciętej wargi. Tak czy inaczej nic nie wymaga natychmiastowej uwagi, ale przypomina mi to o zachowaniu czujności.

– Napisali, że nie wypełniłeś wywiadu medycznego.

Kiwa głową.

– Dobrze, zaczniemy od tego. – Podchodzę do biurka i siadam na swoim miejscu. – Czy leczysz się z powodu jakiejś choroby lub innego problemu zdrowotnego?

Kręci głową, a ja to zapisuję. Nie potrzebuję badania, by stwierdzić, że poza zadrapaniami i siniakami jest w doskonałym zdrowiu. Witalność z niego emanuje, przyciągając mnie bliżej. Lata lekcji z rąk Vica zmuszają mnie do zachowania dystansu, ale nie mogę przestać myśleć o tym, jak by to było skupić na sobie uwagę tego mężczyzny w innych okolicznościach.

Spoglądam z powrotem na kwestionariusz. Gdy mój mózg zaczyna pracować na najwyższych obrotach, stukam długopisem w podkładkę, bezskutecznie próbując zachować resztki profesjonalizmu.

– Czy bierzesz jakieś leki na receptę lub dostępne bez recepty?

Po raz kolejny kręci głową, a do mnie dociera, że być może przejdziemy przez całą rozmowę bez jednego słowa.

Tak właśnie się dzieje. Na każde pytanie odpowiada skinieniem głowy. Nie poznając jego imienia ani brzmienia głosu, dowiaduję się, że nigdy nie przeszedł poważnej operacji, nie ma alergii i nie występowały w jego rodzinie żadne poważne choroby. Kiedy dochodzę do końca kwestionariusza, przestaję się martwić, że spróbuje mi coś zrobić. Gdyby chciał mnie skrzywdzić, już by do tego doszło. Tysiące razy przeprowadzałam takie badania wstępne, więc gdy już wejdę w rytm, łatwiej mi zapomnieć o pierwszym wrażeniu, jakie na mnie zrobił, a także o moim zaniepokojeniu i gładko przejść przez kolejne etapy.

– Wejdź teraz na wagę. Zapiszę, ile ważysz.

Chrząknął, co uznałam za zgodę, i skinęłam głową w stronę wagi stojącej przy drzwiach do gabinetu. Pomimo swojej potężnej postury porusza się z gracją kota, przechodząc przez pomieszczenie. Waga brzęczy, gdy na nią wchodzi, a ja zajmuję się dostosowywaniem pomiarów i robieniem notatek na wykresie.

Kiedy ponownie podnoszę wzrok, muszę stłumić westchnienie, ponieważ wpatruje się we mnie z zaskakującą intensywnością. Oczywista ciekawość sprawia, że jego spojrzenie staje się przenikliwe, a mnie skręca w brzuchu z nerwów i podniecenia, których nie czułam od lat. Gdybym poddała się tej reakcji, naruszyłabym z dziesięć przepisów prawa federalnego.

– Zajmijmy się teraz twoim wzrostem.

Wskazuję na taśmę mierniczą przymocowaną do ściany obok nas, a on posłusznie podchodzi, cały czas patrząc na mnie ze zdziwionym wyrazem twarzy, jakbym była problemem, który musi rozwiązać. Poddaje się moim zabiegom, gdy rejestruję jego wzrost. Ponad sto osiemdziesiąt centymetrów zwierzęcego samca góruje nad moimi stu pięćdziesięcioma.

Bez zastanowienia podciągam długie rękawy mojego uniformu, zapisuję wymiary pacjenta i sprawdzam godzinę, desperacko odliczając czas do pierwszej przerwy. Dopiero co tu przyjechałam, a już nie mogę się doczekać dziesiątej trzydzieści, żeby spędzić piętnaście minut w samotności.

Dreszcz przebiega mi po kręgosłupie i niczym ofiara zastygam w bezruchu, zmuszając się do spojrzenia w stronę drzwi. Spodziewam się zobaczyć stojącego tam i obserwującego mnie Vica. To jedyne wytłumaczenie tego, że całe moje ciało zastyga w bezruchu, a nagląca potrzeba ucieczki bierze górę.

Skanuję gabinet, pewna, że on tam jest i czeka, aż zrobię coś złego. Na przykład odetchnę bez jego pozwolenia. To jednak uwaga więźnia wywołuje moją panikę, a nie zwrócone na mnie oczy męża. Moje spojrzenie podąża za jego wzrokiem, a kiedy staram się ukryć nadgarstki, jego mięśnie sztywnieją.

Moje nadgarstki otaczają ciemne, purpurowe siniaki od brutalnego uścisku, który Vic zafundował mi dziś rano w łóżku. Pot rosi mi górną wargę i dzwoni mi w uszach. Zastygam w bezruchu i nie mogę wymyślić żadnej sensownej wymówki – nie żebym musiała jej szukać. Po pełnej napięcia pauzie, w której mój wzrok spotkał się z jego zmrużonymi oczami, odwracam się do niego plecami i udaję się do ambulatorium, aby wezwać oficerów do odprowadzenia więźnia. Ponieważ zawsze mamy braki w personelu, często dzielą swoje obowiązki na dwa pomieszczenia. Teraz przeklinam to ze wszystkich sił.

Nie udało mi się dotrzeć tak daleko.

Mogłam to przewidzieć. Od momentu, gdy weszłam do pokoju, instynkt podpowiadał mi, że powinnam mieć się na baczności, bo gdy tylko oderwę od niego wzrok, rzuci się na mnie. I, kurwa, właśnie tak się stało.

W przeciągającej się chwili staje tak blisko moich pleców, że otacza mnie swoim ciepłem. Przypiera mnie do ściany, jest tuż zamną. Ogarnia mnie głęboki strach i nie mogę opanować jęku, który wydobywa się z mojego gardła.

Chociaż mnie nie dotyka, czuję zagrożenie. Dokładnie tego chce. Może i siedzi za kratkami, ale to on ma teraz władzę.

Odzywa się po raz pierwszy, a moje ciało zamienia się w lód. Przynajmniej mam nadzieję, że to lód. Innego wytłumaczenia nawet nie biorę pod uwagę.

– Czy ktoś cię skrzywdził, mała myszko? – Jego głos jest tak pusty i twardy, jak jego spojrzenie. Otchłań sekretów i kłamstw. Przesuwa się, ale nadal mnie nie dotyka, pochyla się do przodu i bierze wdech.

Czyżby wąchał moje włosy?

– Czy to dlatego wyglądasz, jakbyś chciała wczołgać się z powrotem do dziury?

Nie mogę wydusić z siebie słowa.

Wydaje się, że nie ma to dla niego znaczenia, ponieważ mówi dalej.

– Co taka dziewczyna jak ty robi w tym miejscu? Hmm?

Nie oczekuje ode mnie odpowiedzi, więc jej nie udzielam. Nie sądzę, żebym potrafiła, nawet gdybym próbowała.

Szturcha mnie w ramię, dotykając po raz pierwszy, wskazuje, że chce, abym się odwróciła. Odwracam się, uważnie go obserwując. Oddech wyrywa mi się z ust w staccato. Moje dłonie zaciskają się w pięści.

Podnosi ręce, a ja się wzdrygam. Moja reakcja jest tak subtelna, że wątpię, by ją zauważył, ale jego oczy spoglądają na mnie ze zrozumieniem. Szarpie mnie za kieszeń na piersi, ale nie mam odwagi odwrócić wzroku od jego spojrzenia.

Mogę tylko czekać.

Gdy podnosi mój identyfikator na linię wzroku, widzę biel. Drżę od lodu zbierającego się w moim żołądku, gdy studiuje moje zdjęcie i nazwisko.

– Tessa Emerson, pielęgniarka – mruczy, patrząc mi głęboko w oczy. – Miło cię oficjalnie poznać. Podejrzewam, że będziemy się często widywać.

Może to poranek spędzony pod moim stękającym mężem. Może to zbyt pewny siebie błysk w oczach tego przestępcy. Może to szaleństwo. Cokolwiek to jest, narasta we mnie. Moja skóra napina się i tylko czekam, aż pęknie, ale tak się nie dzieje. Zamiast tego moje ramiona wysuwają się do przodu i uderzam dłońmi w jego klatkę piersiową. Zderzają się ze ścianą jędrnych mięśni, podkreślając moją bezsilność. Nie porusza to jego ogromnej sylwetki, ale ustępuje i daje mi kilka centymetrów przestrzeni do oddychania, której desperac­ko potrzebuję. Powietrze między nami gęstnieje od napięcia i wciągam je łapczywie, ale to nie wystarcza.

Wydaje się jednak, że mój wybuch gniewu sprawia mu przyjemność, ponieważ zmarszczki w kącikach jego oczu drgają, a on szczerzy zęby w dzikim uśmiechu.

Odnajduję głos, a moja irytacja rośnie z powodu jego rozbawienia. To ja kontroluję sytuację.

– Odsuń się – rozkazuję, starając się, by w moim głosie brzmiała stal.

Podnosi ręce w geście dziwnego zadowolenia, gdy pojawiają się funkcjonariusze. Ich spojrzenia krążą tam i z powrotem między więźniem a mną, aż w końcu skupiają się na mnie.

– Czy wszystko w porządku? – pyta jeden z nich.

Mogłabym zgłosić jego niewłaściwe zachowanie, ale nawet gdy przychodzi mi to do głowy, wiem, że tego nie zrobię. Co gorsza, on zdaje się czytać w moich myślach, a jego uśmiech się poszerza.

Wyjaśnienie funkcjonariuszowi, co się stało, oznaczałoby tylko, że plotki dotrą do mojego męża i zapłacę za to. Po raz pierwszy czuję urazę do życia, do którego zmusił mnie Vic. Oficer niecierpliwie zasysa powietrze przez zęby. Dźwięk przeszywa moją wrażliwą skórę jak niechciany owad, a ja drżę.

– Okej – odpowiadam kilka sekund później, nie mogąc znieść niewygodnej pauzy. – Wszystko jest w porządku.

Nic nie jest w porządku.

Krew kapie mi z nosa i nie widzę na prawe oko. Ciemnoczerwona ciecz rozpryskuje się na nieskazitelnych płytkach na podłodze i płynie wzdłuż linii fug. Zastanawiam się, ile czasu zajmie mi wyszorowanie tego, podczas gdy mój mąż chwyta mnie za włosy i stawia na nogi.

– Przez ciebie wyszedłem na głupca – wyjaśnia, a z jego ust leci plwocina.

Bez wątpienia sowicie wynagradzani funkcjonariusze pobiegli do Vica, gdy tylko opuścili ambulatorium. Nie miało znaczenia, że między więźniem a mną do niczego nie doszło. Nie miało znaczenia, że nigdy go nie dotknęłam poza próbą wypchnięcia go z mojej przestrzeni osobistej. Liczył się jakikolwiek popieprzony scenariusz, który Vic wyobraził sobie w swoim pokręconym, małym móżdżku. Aby zgładzić moje wyimaginowane grzechy, poddaje mnie swojej wersji tortur.

Dopóki śmierć nas nie rozłączy, prawda?

Kiedyś zgłosiłam policji, że się nade mną znęca. Posunęłam się nawet do wniesienia oskarżenia. Byłam przerażona, lecz zrobiłam to, co uważałam za konieczne, by się ratować. Ale czcigodny sędzia Edward Milton – nigdy nie zapomnę jego nazwiska – umorzył sprawę. Zamiast ukarać Vica, skazał mnie i zostałam uznana za niestabilną emocjonalnie. Teraz robię jedyne, co mogę – wytrzymuję.

Przenoszę wzrok na plamę na fugach i zaczynam planować, jak ją usunąć.

Najpierw wyszoruję plamę gąbką i zimną wodą.

Vic – który nienawidzi być nazywany Victorem, o czym dowiedziałam się, gdy pobił mnie pierwszy raz podczas naszego miesiąca miodowego – uderza mnie w plecy, tak że głowa gwałtownie odskakuje mi w bok. Siła ciosu odrzuca mnie do tyłu, powodując, że włosy wciąż owinięte wokół jego dłoni odrywają się od mojej skóry.

Jeśli to nie usunie plamy, użyj szczoteczki do zębów z sodą oczyszczoną.

– Nie chcę, żebyś znowu zadawała się z tym więźniem, słyszysz mnie? McNair i Summers nie mogli przestać się ze mnie naśmiewać, kiedy mnie spotkali. Upokorzyłaś mnie.

Przełykam krew zbierającą się w moich ustach, a mój wzrok wciąż spoczywa na poplamionych kafelkach. Metaliczny posmak utrzymuje się w tylnej części gardła i wypala drogę do żołądka. Osiada tam jak kamień wrzucony do stawu żółci. Potem Vic kopie mnie w brzuch, a kamień rozpada się pod wpływem mojej wściekłości.

– Rozumiem – odpowiadam, choć to słowo brzmi jak chichot. Pozwalam mu myśleć, że to ze strachu.

Jego pięść zaciska się na moich włosach i ciągnie moją głowę do tyłu, aż widzę tylko jego pogardliwy wyraz twarzy.

– Dopilnuj tego – warczy. – Nie chcę słyszeć, że z nim flirtujesz. Rozumiesz?

Wie, że czasem na dyżurze jest tylko jedna pielęgniarka, ale i tak kiwam głową. Nie ma sensu zwracać na to uwagi. W takich chwilach logika tylko podsyca szaleństwo Vica.

– Chcę usłyszeć, jak to mówisz. – Jego słowa są zgrzytliwe, gdy wypluwa je w moją stronę.

– Kiedy znów go zobaczę, nie będę z nim flirtować – mówię mechanicznie, a krew spływa mi po brodzie, gdy przygryzam policzek, by nie powiedzieć tego, co chcę powiedzieć.

Odsuwa się, wyciera ręce w spodnie od garnituru i szyderczo się uśmiecha, gdy upadam na podłogę. Cuci mnie chłód kafelków, na których spoczywa mój policzek. Wbijam paznokcie w dywanik zamiast w jego twarz.

– Umyj się, zanim zrobisz kolację. – Zatrzymuje się, by spojrzeć w lustro i poprawić ubranie. – Dzisiaj mam ochotę na stek.

Zostawia mnie zwiniętą w kłębek, a krew nieustannie kapie na podłogę. Mija minuta, zanim udaje mi się podnieść do pozycji siedzącej. Każdy skurcz mięśni podsyca ten sam przypływ wściekłości, który doprowadził mnie do zaatakowania tamtego więźnia. Wyciągam gąbkę spod zlewu i wyobrażam sobie, co by się stało, gdybym zrobiła Vicowi to samo co tamtemu osadzonemu.

3

Jedynym dobrym skutkiem pięści Vica na mojej twarzy jest brak seksu przez co najmniej kilka kolejnych dni. Nie pieprzy się z brzydulami. Według niego, jak sądzę, to ukryty komplement. Chociaż to jego wina, że mam rozciętą wargę i podbite oko.

Dzwonię do pracy, cała opuchnięta, i mówię, że mam grypę żołądkową. Moja twarz jeszcze nie wygoiła się na tyle, by móc zakryć siniaki makijażem. Vic przynajmniej na jakiś czas zapomniał, co wkurzyło go na tyle, by przyłożyć mi pięścią w oko. Na szczęście udało mi się go udobruchać obciąganiem i ulubionymi posiłkami i ostatecznie wrócił do słodko-gorzkiego temperamentu. Słodki, bo się o mnie troszczy, gorzki, bo wiem, że to tylko kwestia czasu, kiedy znów będzie chciał się ze mną pieprzyć. Jednocześnie boję się i pragnę ulgi, którą mi to przyniesie, ale obawiam się, że zauważy, jak bardzo brzydzę się go dotykać.

Mówi do mnie, gdy się ubiera, a ja staram się go ignorować. Nie jest to tak łatwe, jak kiedyś. Nie kiedy ciągle wyobrażam sobie, jak to jest wylać gorącą kawę na jego łysiejącą głowę lub „przypadkowo” dolać płynu chłodniczego do jego owsianki. Nigdy wcześniej nie fantazjowałam o tym, jak by to było wyrządzić mu krzywdę, ale za każdym razem, gdy mnie bije, wyobrażenia stają się coraz żywsze. W ciągu tygodnia wolnego zaczęłam tracić poczucie, co jest prawdziwe, a co nie, czekając na jakąś straszną karę, którą dla mnie przygotował.

– Czy ty mnie słuchasz?

Krzywię się, gdy trochę zbyt mocno wklepuję korektor w siniaki otaczające moje oko, a potem szybko mrugam. Krążące mi w głowie fantazje o wbiciu cążek do skórek w jego udo stapiają się z rzeczywistością, więc ponownie skupiam się na lustrze i stojącym za mną Vicu.

– Przepraszam – odzywam się, gdy wreszcie znajduję słowa. Nie są już tak łatwe do wymówienia jak kiedyś. – Myślałam o pracy. Przynieść ci filiżankę kawy?

Wpatruje się w moje odbicie w lustrze na tyle długo, że moje tętno przyspiesza. Kiedy tylko kładzie dłoń na moim ramieniu i ściska je, wypuszczam wstrzymywany oddech.

– Bez cukru – odpowiada i odwraca się, by założyć buty.

Śledzę jego ruchy, gdy odchodzi korytarzem, i dopiero wtedy rozluźniam mięśnie pleców. Nie tylko ja zachowywałam się dziwnie przez ostatni tydzień. Vic był przesadnie opiekuńczy, nieskory do gniewu i ośmielę się powiedzieć, że troskliwy. To sprawia, że robię się tylko bardziej podejrzliwa. Byłam tak zdenerwowana, że ledwo mogłam jeść i spać. W tym momencie praca wydaje się wakacjami.

Zanim zdąży krzyknąć, żebym się pospieszyła, udaje mi się skupić na tyle, by skończyć się ubierać. Chciałabym zostawić rozpuszczone włosy, aby zakryć cienie na policzkach, ale to wbrew przepisom, więc zaplatam je w warkocz. Ludzie w pracy zdążyli się już przyzwyczaić do moich wymówek, więc wątpię, by ktokolwiek pytał o mój wygląd. Jeśli mi się poszczęści, dzisiejszy dzień będzie spokojny i zgłosi się niewielu pacjentów.

Vic czeka w kuchni. Pędzę jak grzeczna dziewczynka i przygotowuję mu termos kawy. Patrzy na mnie przez ramię, a ja unoszę policzek, by przyjąć jego pocałunek, gdy wciskam mu termos do rąk. Fantazjuję o uderzeniu go w czaszkę i prawie słyszę ostry trzask, jaki by to spowodowało. Wyobrażam sobie jego ciało upadające na ziemię i jak krew i kawa rozlewają się po kafelkach.

Kiedy gwiżdże, wychodząc, myślę sobie, że dobrze, że wiem, jak usunąć plamy krwi z fug.

Tak na wszelki wypadek.

Kiedy przychodzę do pracy, dwie pielęgniarki zajmują się pacjentami, ale ambulatorium jest puste. Wczesnym rankiem spędzam zbyt dużo czasu, odtwarzając w głowie wydarzenia ze śniadania i próbując zdecydować, czy w końcu przekroczyłam granicę. Dlatego też gdy podnoszę wzrok i widzę ostatniego więźnia, którego chciałabym zobaczyć, stojącego w drzwiach, zamieram, pewna, że mam halucynacje.

Co on tu, do cholery, robi?

– Przydział do pracy – odpowiada, a ja zdaję sobie sprawę, że musiałam powiedzieć to na głos.

Wściekła, że czuję się osaczona, a nawet zażenowana, odwracam się od niego. Kontrolowanie moich emocji i impulsów jest jak próba powstrzymania fal przed wsiąknięciem w piasek. Bez względu na to, ile barykad postawię, część wody zawsze przeleje się przez krawędzie. Jego obecność nie pomaga. Spotkałam go tylko raz, a mam wrażenie, że potrafi przejrzeć mnie na wylot. Co gorsza, sprawia, że chcę te barykady zburzyć i odsłonić wszystkie swoje miękkie i wrażliwe punkty.

– Od kiedy? – pytam, gdy już mogę na niego spojrzeć bez chęci ucieczki w przeciwnym kierunku. Praca w dziale medycznym jest pożądana wśród więźniów. Jego obecność może oznaczać, że Vic zmienił taktykę. Wiedziałam, że jego nastrój jest zbyt dobry, by mógł być prawdziwy. Używa tego więźnia, by przypomnieć mi, kto ma władzę w naszym związku, a jeśli choć o milimetr przekroczę linię, zostanę ukarana.

Unosi ramię i wsuwa ręce do kieszeni.

– Od kilku dni.

Zaciskam zęby w automatycznej reakcji na gniewne słowa, które zamierzam z siebie wyrzucić. Widzę, że przemoc ze strony Vica na coś się przydała. Nauczyła mnie kontrolować niewyparzony język.

– Mógłbyś się przydać na oddziale dla długoterminowych pacjentów.

Zanim dokończyłam zdanie, potrząsnął głową.

– Kazali mi tu przyjść. – Potem lekko się uśmiecha. Ten drań lubi patrzeć, jak się wiję.

– W porządku. Poranki są spokojne, ale możesz zacząć od uporządkowania zapasów w szafce. – Wszystko, aby trzymać go z dala od mojej osobistej przestrzeni. Wątpię, czy on w ogóle rozumie znaczenie przestrzeni osobistej.

Jego uśmiech poszerza się tylko o ułamek, a ja jestem wdzięczna strażnikom, którzy rotują między salą medyczną a ambulatorium. Bez słowa spoglądam z powrotem na papiery i robię kolejne notatki. Mój umysł jest jednak całkowicie pusty i ledwo pamiętam, co napisałam. Wciąż powracają do mnie dziwne fantazje, które miałam na temat Vica, tylko teraz są bardziej przerażające, gdy więzień wpatruje się intensywnie w owoce mojej autodestrukcji.

Weź się w garść, Tessa.

Końcówka mojego długopisu wbija się w kartkę papieru i przeklinam pod nosem, gdy przebija się przez nią i ociera o powierzchnię biurka. Jestem kompletną ruiną. Wzdycham w duchu. Och, kogo ja oszukuję, zawsze tak było. Moje życie od samego początku przypominało wrak pociągu. Ojciec alkoholik. Nieobecna matka. Urodziłam się naćpana i porzucona. Rodziców zobaczyłam dopiero dwa miesiące później, kiedy lekarze uznali, że mój stan jest na tyle stabilny, że mogę wrócić do domu. Opieka społeczna uważnie nas obserwowała, ale zostałam jedną z nielicznych szczęściar, które prześlizgnęły się przez luki systemu. Myślę, że byłam dobra w byciu niewidzialną nawet jako dziecko.

Nic dziwnego, że Vic dostrzegł we mnie ofiarę, skoro się nią urodziłam.

– Wszystko w porządku? – słyszę głos więźnia po jakimś czasie.

Nie wiem, jak długo siedzę i wpatruję się w podartą kartkę papieru, tak samo jak nie wiem, dlaczego jego pytanie napełnia mnie takim smutkiem. Nie wiem, dlaczego robię wiele rzeczy, które robię w ostatnich dniach.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

O AUTORCE

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Epilog

Podziękowania

O Autorce

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji

Prawa autorskie