TOOTSIE ZOMBIE I DAHLIA - S. C. ALEKTO - ebook

TOOTSIE ZOMBIE I DAHLIA ebook

S. C. Alekto

0,0

Opis

Dahlia Jones od zawsze marzyła o wielkiej miłości, założeniu rodziny i psie.

Dziewczyna ma jednak problem z poznaniem odpowiedniego kandydata na męża. Za sprawą swojej profesji mężczyźni uciekają od niej gdzie pieprz rośnie. Pewnego wieczoru po nieudanej randce, w związku z niespodziewanym wezwaniem do pracy życie kobiety zmienia się na zawsze…

Nagłym zleceniem okazuje się genialny, trzydziestosześcioletni profesor fizyki, którego serce z niewyjaśnionych przyczyn zwyczajnie się zatrzymało. Gdy dziewczyna ma zamiar wziąć się do pracy doznaje niemałego szoku.

Dahlii przychodzi do głowy tylko jedno słowo: ZOMBIE!!!

Tak zaczyna się ten HORROR…

A raczej…

ROMANS!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 336

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ght © by S. C. ALEK­TOCo­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja: Anna Ła­ku­taKo­rek­ta: Wio­le­ta Tur­gut Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gnerPro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gnerFo­to­gra­fia na okład­ce: fre­epik.comPo­my­sł na okład­kę: Moje wy­daw­nic­two

ISBN Pa­pier: 978-83-68147-98-8ISBN Ebo­ok: 978-83-68147-99-5

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

SPIS TREŚCI

DE­DY­KA­CJAPRO­LOGCZĘŚĆ IROZ­DZIAŁ 1ROZ­DZIAŁ 2

DEDYKACJA

Mi­ło­ść w swej pro­stej i nie­śmia­łej mo­wie po­wie naj­wi­ęcej, kie­dy naj­mniej po­wie.

— Wil­liam Sha­ke­spe­are Sen nocy let­niej.

Ma­mie, któ­ra uwiel­bia szczęśli­we za­ko­ńcze­nia,

na­wet te naj­mniej praw­do­po­dob­ne…

PROLOG

Wsiód­mymrzędzieład­na dziew­czy­na w bluz­ce w ko­lo­rze ama­ran­tu pi­snęła i od­wró­ci­ła gło­wę, przy­tu­la­jąc się do ra­mie­nia to­wa­rzy­szące­go jej mężczy­zny. Trzy miej­sca da­lej star­szy pan o mało nie pod­sko­czył na krze­śle. Ko­muś sie­dzące­mu na ko­ńcu sali, mniej za­in­te­re­so­wa­ne­mu wy­świe­tla­nym fil­mem, upa­dł te­le­fon aku­rat w mo­men­cie, gdy po­stać gra­na przez przy­stoj­ne­go ak­to­ra po­dob­ne­go do Ro­ber­ta Red­for­da ze łza­mi w oczach od­ci­na gło­wę zom­bie, w któ­re kil­ka scen wcze­śniej prze­mie­ni­ła się jego uko­cha­na. Krew try­ska­ła ni­czym z fon­tan­ny. Głów­ny bo­ha­ter fil­mu, mimo zła­ma­ne­go ser­ca, nie usta­wał jed­nak w swo­ich wy­si­łkach.

Bu­dząca gro­zę mu­zy­ka na­gle się zmie­ni­ła. Za­stąpi­ła ją rzew­na me­lo­dia, któ­ra spra­wi­ła, że co wra­żliw­si otar­li z kąci­ków oczu za­błąka­ną łzę. So­bo­wtór Red­for­da w ko­ńcu pod­nió­sł gło­wę uko­cha­nej ni­czym naj­dro­ższy skarb i po bar­dzo dłu­giej mi­nu­cie na­jaz­du ka­me­ry – to na jego twarz, to na gło­wę nie­uma­rłej – po­ca­ło­wał ją. Mu­zy­ka znów za­gra­ła na emo­cjach wszyst­kich ogląda­jących.

Gdzieś na środ­ku sali sie­dzia­ły dwie na­sto­lat­ki, któ­re przy­szły dziś do kina na wie­czor­ny se­ans. W mo­men­cie, gdy sce­nę uci­ęto, a ekran lek­ko przy­ga­sł, by prze­nie­ść wi­dzów nie­co w przy­szło­ść, żad­na z nich nie wy­da­wa­ła się za­in­te­re­so­wa­na fil­mem.

Ład­na dziew­czy­na o dość pu­co­ło­wa­tej twa­rzy oraz zwi­ąza­nych w ko­czek brązo­wo-mie­dzia­nych wło­sach zwró­co­na była w stro­nę ko­le­żan­ki i le­d­wo po­wstrzy­my­wa­ła się przed wy­bu­chem śmie­chu. Jej to­wa­rzysz­ka, z opar­tą o fo­tel i lek­ko prze­krzy­wio­ną gło­wą, spa­ła w naj­lep­sze z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi. W sta­nie głębo­kiej nie­świa­do­mo­ści znaj­do­wa­ła się już w za­sa­dzie od po­ło­wy fil­mu – od chwi­li, gdy głów­ny bo­ha­ter mu­siał ucie­kać ze szpi­ta­la przed zgra­ją za­ka­żo­nych, by wy­ru­szyć na po­szu­ki­wa­nie za­in­fe­ko­wa­nej uko­cha­nej.

Na­sto­lat­ka na mo­ment ode­rwa­ła wzrok od śpi­ącej przy­ja­ció­łki i zer­k­nęła na ekran. Si­ęgnęła szyb­ko do znaj­du­jące­go się mi­ędzy nimi kar­to­no­we­go pu­de­łka wy­pe­łnio­ne­go po­pcor­nem, a po­tem we­pchnęła so­bie do ust pra­wie całą ga­rść. Zbli­ża­ła się wła­śnie ostat­nia sce­na, w któ­rej pro­ta­go­ni­sta sam za­mie­nia się w zom­bie po tym, jak ca­łu­jąc mar­twą uko­cha­ną, nie za­uwa­ża drob­nej rany na swo­ich war­gach. Prze­mia­na się za­częła, a on, znaj­du­jąc się na uli­cy opusz­czo­ne­go mia­sta, ru­szył w kie­run­ku wscho­dzące­go sło­ńca, któ­re­go pro­mie­nie prze­świ­ty­wa­ły mi­ędzy wie­żow­ca­mi.

Dziew­czy­na spoj­rza­ła po raz ko­lej­ny na śpi­ącą ko­le­żan­kę i o mało nie udła­wi­ła się reszt­ką po­pcor­nu, któ­ry wci­ąż żuła. Szyb­ko si­ęgnęła po swo­ją colę i upi­ła spo­ry łyk przez słom­kę. Ude­rzy­ła się kil­ka razy w pie­rś, a gdy od­zy­ska­ła od­dech, cze­ko­la­do­we spoj­rze­nie po­now­nie utkwi­ła w szczu­płej twa­rzy.

Ró­żo­we, pe­łne war­gi wci­ąż były roz­chy­lo­ne, a dłu­gie, pod­kre­ślo­ne tu­szem rzęsy rzu­ca­ły cień na bla­de po­licz­ki. Ja­sno­brązo­we wło­sy opa­da­jące na lewe ra­mię wy­da­wa­ły się dużo ciem­niej­sze w sali ki­no­wej, gdzie je­dy­nym źró­dłem świa­tła był tyl­ko ekran. Na ko­ńcu dziew­czy­na sku­pi­ła by­stry wzrok na no­sie przy­ja­ció­łki, a ra­czej na po­pcor­nie, któ­ry tkwił w oby­dwu dziur­kach ni­cze­go nie­świa­do­mej, śpi­ącej na­sto­lat­ki.

Mu­zy­ka za­częła zy­ski­wać na in­ten­syw­no­ści aż do mo­men­tu, gdy głów­ny bo­ha­ter – przy­po­mi­na­jący z od­da­li za­le­d­wie nie­wiel­ki punk­cik – za­trzy­mał się, a hor­da wy­głod­nia­łych zom­bie rzu­ci­ła się na nie­go. Ka­me­ra po­wo­li się wzno­si­ła, po­ka­zu­jąc znisz­czo­ne bądź uszko­dzo­ne wie­żow­ce, by wresz­cie sku­pić się na sło­ńcu. Ekran przy­ga­sł i po­ja­wił się na­pis: „Ko­niec”.

Świa­tła w sali na po­wrót się za­pa­li­ły, oświe­tla­jąc całe po­miesz­cze­nie. Lu­dzie wsta­wa­li z miejsc i mniej lub bar­dziej pod­eks­cy­to­wa­ni wy­mie­nia­li się uwa­ga­mi na te­mat se­an­su.

– Dah­lia, wsta­waj. – Na­sto­lat­ka szturch­nęła śpi­ącą ko­le­żan­kę, ale ta tyl­ko się po­ru­szy­ła, od­su­wa­jąc się od jej dło­ni, zu­pe­łnie jak­by uzna­ła ją za na­tręt­ną mu­chę. – No obu­dź się!

Tym ra­zem otwo­rzy­ła sza­re, za­spa­ne oczy i za­mru­ga­ła kil­ku­krot­nie, nie do ko­ńca wie­dząc, gdzie jest. Utkwi­ła wzrok w na­chy­la­jącej się nad nią przy­ja­ció­łce.

– Gina? – wy­du­si­ła, prze­ci­ąga­jąc się. – Co? Już się sko­ńczy­ło?

Ro­zej­rza­ła się po pra­wie pu­stej sali, aż w ko­ńcu jej wzrok spo­czął na ogrom­nym ekra­nie, po któ­rym wła­śnie pły­nęły na­pi­sy ko­ńco­we. Ziew­nęła, a pó­źniej wsta­ła.

– Prze­spa­łaś pra­wie cały film – ode­zwa­ła się Gina, za­bie­ra­jąc po­pcorn i colę, któ­re za­raz po­tem wy­rzu­ci­ła do ko­sza sto­jące­go przy wy­jściu.

– Yhm…

Dah­lia, wci­ąż za­spa­na, ziew­nęła, podąża­jąc za ko­le­żan­ką. Nie­spo­dzie­wa­nie jed­nak przy­sta­nęła i zmarsz­czy­ła brwi. Wy­jęła z nosa po­pcorn. Po­sła­ła Gi­nie jed­no gro­źne spoj­rze­nie, na co dziew­czy­na szyb­ko za­częła traj­ko­tać:

– Głów­ny ak­tor był na­praw­dę przy­stoj­ny. Jak on się na­zy­wa? Zack… Albo Te­ren­n­ce. Tak. Te­ren­n­ce Bi­shop!

– Gina – mruk­nęła Dah­lia i mia­ła za­miar po­chwy­cić ko­le­żan­kę za ra­mię, ale ta spraw­nie unik­nęła ata­ku.

– No wiesz, nie mo­głam się po­wstrzy­mać. Spa­łaś tak słod­ko.

– Gina!

Gina się ro­ze­śmia­ła i za­częła ucie­kać.

– To był hor­ror! – krzyk­nęła, od­wra­ca­jąc się przez ra­mię i la­wi­ru­jąc wła­śnie wśród lu­dzi, któ­rzy zbie­ra­li się na ko­lej­ny se­ans. – Na­praw­dę! Nie kła­mię, tak na­pi­sa­li na ulot­ce!

– Hor­ror? – Dah­lia prze­sta­ła ją ści­gać. – Ra­czej ope­ra my­dla­na i w do­dat­ku nud­na.

Na­sto­lat­ka, nie mo­gąc po­wstrzy­mać już któ­re­goś z ko­lei ziew­ni­ęcia, spoj­rza­ła na swo­je te­ni­sów­ki. Jed­na ze sznu­ró­wek była roz­wi­ąza­na. Po­chy­li­ła się więc, mru­cząc pod no­sem:

– Za­ko­cha­ny w zom­bie, taaa… Głup­sze­go wąt­ku nie mo­gli wy­my­ślić? – prych­nęła pod no­sem. – I jesz­cze na­zwa­li to hor­ro­rem. – Po­kręci­ła gło­wą.

Dah­lia się wy­pro­sto­wa­ła, aku­rat, gdy tuż obok niej prze­mknęła ko­bie­ta w ama­ran­to­wej bluz­ce.

– Prze­klęty zom­bie – wy­rwa­ło się z ust nie­zna­jo­mej, gdy mi­ja­ła dziew­czy­nę.

Na­sto­lat­ka unio­sła lek­ko brew. Wy­gląda­ło na to, że nie tyl­ko ona nie była za­do­wo­lo­na z tej pro­duk­cji. Wkrót­ce wy­szła na ze­wnątrz, gdzie cze­ka­ła Gina, wci­ąż po­zo­sta­jąca w świet­nym hu­mo­rze. Ko­le­żan­ka pod­bie­gła do niej i wzi­ęła ją pod rękę.

– Na­stęp­nym ra­zem idzie­my na ko­me­dię ro­man­tycz­ną! Zgod­nie z umo­wą!

– Na­zy­wasz to coś hor­ro­rem? – żach­nęła się Dah­lia, a wte­dy jej to­wa­rzysz­ka szyb­ko si­ęgnęła do kie­sze­ni i wy­jęła te­le­fon. Po krót­kiej chwi­li po­ma­cha­ła nim przed twa­rzą przy­ja­ció­łki.

– O tu! Czy­taj! – Wska­za­ła pal­cem kon­kret­ne zda­nie.

– „Ser­ce Zom­bie to hor­ror, któ­ry zmro­zi krew w ży­łach nie­jed­ne­mu, ale rów­nież po­ru­szy do­głęb­nie, skła­nia­jąc do re­flek­sji nad ży­ciem i śmier­cią…” – prze­czy­ta­ła. – Ale… – Już chcia­ła za­opo­no­wać, wy­su­wa­jąc li­stę ar­gu­men­tów, któ­re świad­czy­ły o tym, że nie był to hor­ror, lecz wi­dząc twar­de spoj­rze­nie ko­le­żan­ki, ska­pi­tu­lo­wa­ła. – Więc? Na co chcesz pó­jść na­stęp­nym ra­zem?

Gina uśmiech­nęła się pod­eks­cy­to­wa­na, zu­pe­łnie jak­by tyl­ko cze­ka­ła na to py­ta­nie.

– Za dwa ty­go­dnie jest pre­mie­ra Mi­ło­ści na pu­sty­ni 2! – od­po­wie­dzia­ła szyb­ko. – Po pro­stu mu­szę to obej­rzeć! Wi­dzia­łam już zwia­stun i…

Dah­lia nie re­je­stro­wa­ła już do gło­wy in­for­ma­cji na te­mat pro­duk­cji, któ­ry­mi wci­ąż za­sy­py­wa­ła ją ko­le­żan­ka. Po pro­stu po­ta­ki­wa­ła co ja­kiś czas, idąc przed sie­bie. Za­sta­na­wia­ła się wła­śnie, co by było, gdy­by fak­tycz­nie zom­bie ist­nie­li.

CZĘŚĆ I

PRZED APOKALIPSĄ

ROZDZIAŁ 1

Le­żącanałó­żkuw sy­pial­ni ko­bie­ta si­ęgnęła do pacz­ki z żel­ka­mi i wy­jęła czer­wo­ne­go mi­sia. Ści­snęła go w pal­cach, a gdy tro­chę się już nad nim po­znęca­ła, od­gry­zła mu gło­wę. Tu­łów wrzu­ci­ła so­bie do ust se­kun­dę pó­źniej. Po­tem znów za­nu­rzy­ła dłoń w opa­ko­wa­niu, szu­ka­jąc no­wej ofia­ry.

– Dah­lia? Ży­jesz tam?! – za­wo­ła­ła, spo­gląda­jąc w stro­nę drzwi pro­wa­dzących do nie­wiel­kiej ła­zien­ki.

– Jesz­cze chwi­la! – Usły­sza­ła zdu­szo­ny głos przy­ja­ció­łki.

Gina Mur­ray pod­pa­rła dło­nią gło­wę i zer­k­nęła na ze­ga­rek.

– Do­cho­dzi siód­ma! Spó­źnisz się!

Na­gle drzwi do ła­zien­ki się otwo­rzy­ły i wy­szła z nich wy­so­ka, szczu­pła ko­bie­ta w czer­wo­nej, ołów­ko­wej su­kien­ce z de­kol­tem w kszta­łcie li­te­ry „V”.

– Cho­le­ra, nie mogę jej za­pi­ąć, po­mo­żesz mi? – Po­pa­trzy­ła na przy­ja­ció­łkę, któ­ra wy­ta­rła dło­nie w dżin­sy, a pó­źniej wsta­ła z łó­żka.

– Od­wróć się. – Za­kręci­ła pal­cem w po­wie­trzu, a po chwi­li spraw­nie si­ęgnęła do zam­ka i po­ci­ągnęła go w górę. – No i po spra­wie.

Dah­lia wy­ko­na­ła ob­rót i za­py­ta­ła:

– No i? Jak wy­glądam?

Gina zmie­rzy­ła ją wzro­kiem, a po­tem po­ki­wa­ła gło­wą z apro­ba­tą.

– Je­śli na cie­bie nie po­le­ci, to albo jest śle­py, albo to gej. – Mru­gnęła do niej. Po­de­szła i po­pra­wi­ła jed­no lek­ko fa­lo­wa­ne pa­smo, któ­re opa­da­ło wzdłuż twa­rzy, pod­czas gdy resz­ta ja­sno­brązo­wych wło­sów upi­ęta była w wy­my­śl­ny kok. – Wy­glądasz ślicz­nie.

W od­po­wie­dzi Dah­lia ode­tchnęła z ulgą, a wkrót­ce za­częła się roz­glądać po po­ko­ju. To­reb­ka wi­sia­ła prze­wie­szo­na przez otwar­te drzwi sza­fy. Szyb­ko ją za­bra­ła i rzu­ci­ła w stro­nę ko­le­żan­ki, któ­ra bez pro­ble­mu ją zła­pa­ła. Na­stęp­nie zdjęła z wie­sza­ka mod­ny pro­cho­wiec i spraw­nie go wło­ży­ła. Przy­po­mi­na­jąc so­bie o czy­mś, po­bie­gła do ła­zien­ki. Kil­ka se­kund pó­źniej sta­ła już obok przy­ja­ció­łki i prze­gląda­ła się w ma­łym, pod­ręcz­nym lu­ster­ku, na­kła­da­jąc krwi­sto­czer­wo­ną szmin­kę na usta. Ota­rła je­den z kąci­ków ust i si­ęgnęła po to­reb­kę. Na mo­ment przy­sta­nęła, bio­rąc głębo­ki od­dech.

– Wiesz, de­ner­wu­ję się. Ostat­ni raz na rand­ce by­łam pół roku temu. A co, je­śli…

– Za bar­dzo wszyst­ko prze­ży­wasz. Po pro­stu po­sta­raj się do­brze ba­wić i po­trak­tuj tę rand­kę jak… Jak nie­zo­bo­wi­ązu­jące spo­tka­nie.

– Ła­two ci mó­wić, ale to prze­cież ku­zyn Osca­ra. Nie chcę, gdy­by coś po­szło nie tak, wy­rzu­cał so­bie pó­źniej, że nie­po­trzeb­nie nas ze sobą po­znał.

– O to się nie martw. – Gina po­ło­ży­ła dło­nie na ob­fi­tych bio­drach. – W ra­zie cze­go bio­rę go na sie­bie. W ko­ńcu to ja go po­pro­si­łam, by przed­sta­wił mi li­stę nie­za­mężnych, do­brze usy­tu­owa­nych mężczyzn, któ­rych zna. Poza tym… – Zro­bi­ła dłu­ższą prze­rwę, pa­trząc na Dah­lię wy­mow­nie. – Uwierz mi, so­wi­cie go w nocy wy­na­gro­dzi­łam. – Przy­gry­zła dol­ną war­gę, a w jej ciem­nych oczach po­ja­wi­ły się iskier­ki.

– Tak? – Jo­nes pod­nio­sła brew, a Mur­ray ni­czym mała dziew­czyn­ka splo­tła za sobą dło­nie i za­częła się ko­ły­sać, wle­piw­szy w podło­gę wzrok. – Ja­kieś szcze­gó­ły?

– Szcze­gó­ły… – za­chi­cho­ta­ła, ale urwa­ła na­gle, bo jej dwu­dzie­sto­pi­ęcio­let­nie ja wła­śnie wró­ci­ło. – O tym po­roz­ma­wia­my pó­źniej. A te­raz na­praw­dę się zbie­raj, bo będziesz spó­źnio­na.

Dah­lia nie pro­te­sto­wa­ła. Jesz­cze raz zer­k­nęła na ze­ga­rek, a po­tem po­ga­nia­na przez przy­ja­ció­łkę wy­szła z sy­pial­ni. Prze­szła przez nie­wiel­ki przed­po­kój po­łączo­ny z kuch­nią i zna­la­zła się przy drzwiach. Na­gle się za­trzy­ma­ła.

– Co? O czym za­po­mnia­łaś? – spy­ta­ła Gina.

– Pa­ger.

– O nie. Nie tym ra­zem.

– Gina – za­częła, pa­trząc na nią nie­co bła­gal­nie. – Znów chcesz się o to kłó­cić? Prze­cież wiesz, jaką mam pra­cę.

– Wiem – po­wie­dzia­ła twar­do. – Ale to nie zna­czy, że mu­sisz być na ka­żde ski­nie­nie… – Prze­rwa­ła, gdy Dah­lia zło­ży­ła dło­nie, przy­tknęła je so­bie do ust i po­sła­ła jej roz­czu­la­jące spoj­rze­nie wiel­kich, sza­rych oczu.

Mur­ray wes­tchnęła.

– To gdzie jest?

– W sy­pial­ni, na eta­żer­ce, obok łó­żka.

Gina wró­ci­ła po mi­nu­cie i wręczy­ła urządze­nie przy­ja­ció­łce, któ­ra szyb­ko scho­wa­ła je do to­reb­ki.

– No to życz mi szczęścia.

– Ja­sne, tyl­ko pa­mi­ętaj: ani sło­wa na ten te­mat.

– Hm?

– Wiesz, o czym mó­wię.

– Ale…

– Ani sło­wa. To pierw­sza rand­ka. Mam ci przy­po­mnieć, jak było ostat­nio? –

Dah­lia mil­cza­ła, wpa­tru­jąc się w przy­ja­ció­łkę i uda­jąc, że nie wie, o czym mowa.

– Nie pa­mi­ętasz, jak po­wie­dzia­łaś temu blon­da­so­wi, czym się zaj­mu­jesz, a po­tem wy­szłaś na mo­ment do ła­zien­ki? Gdy wró­ci­łaś, fa­ce­ta już nie było. Zwiał i na­wet nie za­pła­cił za ko­la­cję.

– Może po pro­stu źle się po­czuł i mu­siał wy­jść.

Gina zmru­ży­ła oczy.

– Tak i przy oka­zji tej jed­nej nocy stwier­dził, że jest tech­no­fo­bem i wy­rzu­cił te­le­fon.

Dah­lia ska­pi­tu­lo­wa­ła.

– No do­brze, je­śli nie za­py­ta…

– Za­py­ta, i to na pew­no. W ko­ńcu to wa­sze pierw­sze spo­tka­nie, ale ty, ko­cha­na, nie pi­śniesz mu ani słów­ka.

– Więc co, mam kła­mać? – za­py­ta­ła nie­za­do­wo­lo­na. – Wiesz, że tego nie lu­bię. Sko­ro…

– Po pro­stu daj mu… wam nie­co wi­ęcej cza­su na roz­wi­ni­ęcie re­la­cji. Gdy się w to­bie za­ko­cha, jest ni­kła szan­sa, że uciek­nie z krzy­kiem, kie­dy po­zna twój za­wód.

Jo­nes pa­trzy­ła, jak przy­ja­ció­łka do­ty­ka swo­ich ust. Z tru­dem pa­no­wa­ła nad sobą. Jesz­cze chwi­la, a na pew­no wy­buch­nęła­by śmie­chem.

– No wiesz, dzi­ęku­ję ci bar­dzo. Po­cie­szy­łaś mnie.

– Rzuć wresz­cie tę ro­bo­tę, a będzie po pro­ble­mie.

Dah­lia za­ło­ży­ła dło­nie na pier­si. Gina z całą pew­no­ścią uzna­ła, że ta ostat­nia uwa­ga nie bar­dzo się jej spodo­ba­ła.

– De­fi­ni­tyw­ne „nie”? – drąży­ła.

– Nie.

– No do­brze, nie mów­my już o tym, ale po­słu­chaj mo­jej rady. Nie wspo­mi­naj o swo­im praw­dzi­wym za­wo­dzie, a gdy za­py­ta, po pro­stu po­wiedz, że pra­cu­jesz w ro­dzin­nej fir­mie – za­pro­po­no­wa­ła. Dah­lia po­pa­trzy­ła na nią nie­co scep­tycz­nie. – No co? Prze­cież to praw­da.

– Nie­wa­żne – ode­zwa­ła się w ko­ńcu i za­mknęła miesz­ka­nie. – Tak­sów­ka cze­ka na dole. Je­śli chcesz, to…

– Oscar za­raz po mnie przy­je­dzie – wtrąci­ła Gina. – No, zmy­kaj. Tyl­ko nie za­po­mnij ju­tro za­dzwo­nić. Ko­niecz­nie chcę wie­dzieć, jak było.

Jo­nes po­sła­ła jej uśmiech, po­że­gna­ła się, a po­tem zbie­gła ostro­żnie po scho­dach, stu­ka­jąc szpil­ka­mi.

***

Pięć mi­nut pó­źniej tak­sów­ka za­trzy­ma­ła się przed nie­wiel­ką wło­ską re­stau­ra­cją Casa No­stra. Nie le­ża­ła ona da­le­ko od Eaton Road, gdzie Dah­lia wy­naj­mo­wa­ła miesz­ka­nie.

Dziew­czy­na wzi­ęła głębo­ki od­dech, za­nim prze­kro­czy­ła próg. Gdy zna­la­zła się w środ­ku, ro­zej­rza­ła się po przy­tul­nym, kli­ma­tycz­nym wnętrzu i do­strze­gła po le­wej stro­nie sto­lik, przy któ­rym sie­dział ele­ganc­ko ubra­ny mężczy­zna, z któ­rym była dziś umó­wio­na. Spoj­rzał w jej kie­run­ku, wstał i za­cze­kał, aż po­dej­dzie bli­żej.

– Dah­lia Jo­nes? – Gdy ski­nęła gło­wą, przed­sta­wił się: – Pa­trick Thomp­son.

Uści­snęli so­bie dło­nie, a pó­źniej dziew­czy­na prze­wie­si­ła pro­cho­wiec przez opar­cie krze­sła i za­jęła miej­sce przy sto­li­ku. Na mo­ment za­pa­dła nie­zręcz­na ci­sza.

– Więc – za­częła szyb­ko. – Je­steś ku­zy­nem Osca­ra?

– Tak. – Uśmiech­nął się, uka­zu­jąc rząd ide­al­nie pro­stych, bia­łych zębów, a w jego po­licz­kach po­ja­wi­ły się roz­kosz­ne do­łecz­ki, któ­re tyl­ko do­da­wa­ły mu uro­ku. – Mam na­dzie­ję, że mój ku­zyn nie przed­sta­wił mnie w złym świe­tle?

Po­do­bał się jej. Był przy­stoj­ny i pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wa­ny. Ja­sne wło­sy za­cze­sy­wał na lewą stro­nę, a ciem­ne oczy pa­trzy­ły w przy­ja­zny spo­sób. Po­cząt­ko­wo sprze­ci­wia­ła się za­ba­wie Giny w swat­kę i chcia­ła od­mó­wić, ale kie­dy zo­ba­czy­ła jego zdjęcie, po­sta­no­wi­ła, że w su­mie to war­to spró­bo­wać. Sama ta­kże mu­sia­ła być w jego ty­pie, sko­ro zgo­dził się na tę rand­kę w ciem­no. Ina­czej prze­cież by się nie po­ja­wił.

– W żad­nym wy­pad­ku, a wręcz prze­ciw­nie – od­po­wie­dzia­ła aku­rat w mo­men­cie, gdy pod­sze­dł do nich kel­ner.

– W ta­kim ra­zie mogę ode­tchnąć z ulgą.

Uśmiech­nęli się do sie­bie, a po­tem za­częli stu­dio­wać po­zo­sta­wio­ne im menu.

– Od daw­na miesz­kasz w Lon­dy­nie? – Kie­dy zde­cy­do­wa­ła, co za­mó­wi, za­mknęła kar­tę i odło­ży­ła ją na stół.

– Od pi­ęciu lat. Prze­pro­wa­dzi­łem się, gdy za­cząłem stu­dia.

– Co stu­dio­wa­łeś?

– Fi­nan­se. Mój oj­ciec pro­wa­dzi fir­mę trans­por­to­wą, więc od razu po stu­diach za­cząłem pra­cę w biu­rze. – Pa­trick za­mknął menu i spoj­rzał w kie­run­ku kel­ne­ra, któ­ry cze­ka­jąc na we­zwa­nie, ru­szył w ich stro­nę. – A ty?

Dah­lia po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie.

– Ja też…

– Czy już się pa­ństwo zde­cy­do­wa­li? – prze­rwał jej kel­ner, wy­ci­ąga­jąc no­tes i dłu­go­pis.

Pa­trick sku­pił całą uwa­gę na mężczy­źnie.

– Tak. Po­pro­szę la­sa­gne al for­no, a dla… – Prze­nió­sł wy­cze­ku­jąco wzrok na dziew­czy­nę.

– Ri­sot­to del­la non­na – od­po­wie­dzia­ła.

– Czy coś jesz­cze?

– Bu­tel­kę naj­lep­sze­go czer­wo­ne­go wina, ja­kie pa­ństwo mają.

Kel­ner za­no­to­wał za­mó­wie­nie i grzecz­nie się wy­co­fał. Thomp­son znów sku­pił się na swo­jej to­wa­rzysz­ce.

– A więc, na czym to sko­ńczy­li­śmy? A tak, mó­wi­li­śmy o pra­cy. Sko­ro już zdra­dzi­łem spo­sób, w jaki za­ra­biam na ży­cie, te­raz pora na cie­bie. Mu­si­my prze­cież wie­dzieć, czy będzie­my w sta­nie się utrzy­mać, gdy już we­źmie­my ślub – za­żar­to­wał, a ona lek­ko się ro­ze­śmia­ła.

– No tak. Na to z pew­no­ścią li­czą na­sze ro­dzi­ny. W ko­ńcu je­ste­śmy już w „tym wie­ku”.

– Tak. „W tym”, świet­nie to ujęłaś. No więc? Czym się zaj­mu­jesz?

– Je­stem… – Urwa­ła na mo­ment, gdyż sło­wa Giny roz­brzmia­ły w gło­wie ni­czym za­klęcie. Za­wa­ha­ła się, przez co mężczy­zna unió­sł lek­ko brwi.

– Chy­ba nie je­steś płat­nym za­bój­cą? – za­py­tał, wi­dząc, że dziew­czy­na wci­ąż mil­czy. – Bo je­śli tak, to… – Na­chy­lił się lek­ko nad sto­łem, za­sło­nił usta dło­nią i szep­tem do­ko­ńczył: – Świet­nie się skła­da. Mia­łbym dla cie­bie zle­ce­nie.

– Tak? – pod­chwy­ci­ła te­mat wy­ra­źnie roz­ba­wio­na, czu­jąc się jed­no­cze­śnie tak, jak­by wła­śnie ucie­kła spod gi­lo­ty­ny. – Ktoś na­dep­nął ci na od­cisk?

– Je­den ze wspól­ni­ków ojca. Strasz­nie na­mol­ny fa­cet, nie ma po­jęcia, jak dzia­ła ten biz­nes. Je­dy­ne, co robi, to na­rze­ka na wy­dat­ki zwi­ąza­ne z in­we­sty­cja­mi. Nie ro­zu­mie, że je­śli chce­my się utrzy­mać na ryn­ku i być kon­ku­ren­cyj­ni, mu­si­my się zmo­der­ni­zo­wać.

– No cóż. Przy­kro mi, ale mu­szę cię roz­cza­ro­wać. Nie­ste­ty w tej kwe­stii nie je­stem w sta­nie ci po­móc. Ni­g­dy nie trzy­ma­łam w ręku pi­sto­le­tu i, szcze­rze mó­wi­ąc, z no­żem ku­chen­nym rów­nież nie idzie mi naj­le­piej.

W ciem­nych oczach Pa­tric­ka po­ja­wi­ły się iskier­ki hu­mo­ru.

– Czy­li nie mam co li­czyć na do­mo­we obiad­ki przy­go­to­wy­wa­ne przez żonę?

– Je­śli tą żoną kie­dyś zo­sta­nę, to nie­ste­ty nie.

Wy­mie­ni­li przy­ja­zne spoj­rze­nia, a wkrót­ce po­tem po­da­no za­mó­wie­nie. W trak­cie je­dze­nia Dah­lia czu­ła na so­bie wzrok Pa­tric­ka, co spra­wia­ło, że za­le­wa­ły ją fale go­rąca. Za­ru­mie­ni­ła się, gdy skom­ple­men­to­wał jej oczy. Roz­mo­wa ukła­da­ła się świet­nie, a dziew­czy­na sta­wa­ła się co­raz bar­dziej roz­lu­źnio­na i szcze­rze za­do­wo­lo­na z tej rand­ki. Thomp­son przy­pa­dł jej do gu­stu. Do tego stop­nia, że upi­ja­jąc łyk wina i przy­gląda­jąc się temu, jak z nie­na­gan­ny­mi ma­nie­ra­mi po­słu­gu­je się no­żem i wi­del­cem, za­częła się za­sta­na­wiać nad tym, jak wy­gląda­ło­by ich wspól­ne ży­cie. Czy dzie­ci by­ły­by bar­dziej po­dob­ne do niej, czy do nie­go? Gdzie ewen­tu­al­nie by za­miesz­ka­li i czy mie­li­by psa…

Mężczy­zna ota­rł usta ser­wet­ką i wte­dy za­uwa­żył, że jego to­wa­rzysz­ka się w nie­go wpa­tru­je. Lek­ko unió­sł kąci­ki ust. Po­chle­bia­ło mu to za­in­te­re­so­wa­nie, ale nie sta­no­wi­ło zbyt du­że­go za­sko­cze­nia. Pa­trick do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę, że po­do­ba się ko­bie­tom.

– Więc? – za­czął, a wte­dy się ock­nęła. – Zdra­dzisz mi wresz­cie, czym się zaj­mu­jesz?

Pa­trzył, jak szyb­ko uno­si kie­li­szek i upi­ja ko­lej­ny, tym ra­zem dość spo­ry łyk wina, zu­pe­łnie jak­by chcia­ła zy­skać na cza­sie. Co­raz bar­dziej in­try­go­wa­ła go sie­dząca na­prze­ciw­ko dziew­czy­na.

– Też pra­cu­ję w ro­dzin­nej fir­mie – od­po­wie­dzia­ła w ko­ńcu. – Od pi­ęciu lat. Za­częłam, gdy mia­łam dwa­dzie­ścia.

Pa­trick roz­sia­dł się wy­god­nie.

– No pro­szę, a więc to ko­lej­na rzecz, któ­ra nas łączy. Pra­cu­je­my w przed­si­ębior­stwach ro­dzin­nych.

Uśmiech­nęła się do nie­go, ale tym ra­zem za­uwa­żył, że była przy tym nie­co spi­ęta.

– Jaka bra­nża?

Znów się za­wa­ha­ła, ale po krót­kim na­my­śle wy­pro­sto­wa­ła się, zu­pe­łnie jak­by w tym jed­nym mo­men­cie pod­jęła bar­dzo wa­żną de­cy­zję. Ob­ser­wo­wał, jak spla­ta przed sobą dło­nie, pa­trzy na nie­go po­wa­żnie i otwie­ra pe­łne usta, w któ­re chęt­nie by się te­raz wpił.

– Je­stem…

***

Wy­szli z re­stau­ra­cji i za­trzy­ma­li się kil­ka kro­ków da­lej. Dah­lia pa­trzy­ła, jak Pa­trick pró­bu­je zła­pać dla niej tak­sów­kę. Kie­dy w ko­ńcu mu się uda­ło, od­wró­cił się w jej stro­nę.

– Dzi­ęku­ję – ode­zwa­ła się szyb­ko. – Miło spędzi­łam ten wie­czór.

– Tak, było miło – od­pa­rł, ale bez wi­ęk­sze­go en­tu­zja­zmu.

– To może na­stęp­nym ra­zem… – Urwa­ła, gdyż wła­śnie na po­bo­czu za­trzy­ma­ła się tak­sów­ka.

– Tak, tak, na­stęp­nym ra­zem – od­pa­rł szyb­ko, a ko­bie­ta za­ci­snęła nie­co moc­niej dłoń na to­reb­ce.

Si­ęgnęła do klam­ki, ale w tym sa­mym mo­men­cie Pa­trick, chcąc za­cho­wać do­bre ma­nie­ry, spró­bo­wał otwo­rzyć przed nią drzwi i ich dło­nie się spo­tka­ły.

– O… – za­częła Dah­lia, ale umil­kła, gdyż mężczy­zna się wzdry­gnął i szyb­ko cof­nął rękę. Za­bo­la­ło ją to, ale nie chcia­ła dać tego po so­bie po­znać. – Do zo­ba­cze­nia – rzu­ci­ła i wsia­dła do tak­sów­ki, na ko­niec nie spo­gląda­jąc na­wet w jego kie­run­ku.

Nie mu­sia­ła tego ro­bić, by wie­dzieć, że je­dy­ne, co zo­ba­czy, to wy­raz obrzy­dze­nia oraz zgro­zy. Od­je­cha­li. Jo­nes wes­tchnęła i wyj­rza­ła przez okno.

– Gina mia­ła ra­cję… – mruk­nęła ci­cho.

Wró­ci­ła do domu i po­wle­kła się do sy­pial­ni. Szpil­ki wy­lądo­wa­ły obok ka­na­py, a to­reb­ka ra­zem z płasz­czem na łó­żku. Dah­lia roz­pu­ści­ła wło­sy, po czym opa­dła na po­ściel. Przez chwi­lę le­ża­ła z twa­rzą utkwio­ną w po­dusz­ce. Mi­nęło kil­ka mi­nut, nim od­wró­ci­ła gło­wę.

– To­ot­sie. – wes­tchnęła, a po­tem wy­ci­ągnęła dłoń, si­ęga­jąc w stro­nę nie­bie­skie­go plu­sza­ka, któ­ry le­żał po le­wej stro­nie łó­żka. Wy­glądał na moc­no wy­słu­żo­ne­go. Nie miał jed­ne­go oka, a na brzusz­ku po­sia­dał przy­szy­tą łatę. Dah­lia wzi­ęła go i przy­tu­li­ła do sie­bie. Prze­su­wa­ła no­sem po jego mi­ęk­kim, klap­ni­ętym uszku. – Masz szczęście. Wi­dzisz… Wy­gląda na to, że wci­ąż będzie­my dzie­lić to łó­żko tyl­ko we dwo­je. – Po­ca­ło­wa­ła go. – Tyl­ko ty i ja…

Przy­mknęła po­wie­ki, lecz kie­dy po­wo­li za­częła od­pły­wać do kra­iny snów, ode­zwał się jej pa­ger. Otwo­rzy­ła oczy i szyb­ko usia­dła. Si­ęgnęła po to­reb­kę i wy­jęła z niej urządze­nie.

– To­ots – zwró­ci­ła się po chwi­li po­now­nie do plu­sza­ka. – Małe spro­sto­wa­nie. Tę noc spędzisz sam.

Uło­ży­ła mi­sia na łó­żku, po­pra­wi­ła mu po­dusz­kę pod gło­wą, a na­stęp­nie przy­kry­ła go ko­łdrą. Nie cze­ka­jąc dłu­żej, po­bie­gła prze­brać się w coś lu­źniej­sze­go. Pó­źniej wzi­ęła kask i wy­szła z miesz­ka­nia. Nie­da­le­ko, przy­pi­ęty do słup­ka, stał jej ro­wer – śro­dek trans­por­tu, któ­rym do­je­żdża­ła do pra­cy. Szyb­ko zwi­ąza­ła wło­sy i za­ło­ży­ła kask. W ko­ńcu od­pi­ęła ro­wer i wy­je­cha­ła na uli­cę.

Po pó­łgo­dzi­nie do­ta­rła na miej­sce. Nie wa­ha­jąc się, we­szła do bu­dyn­ku, nad któ­re­go we­jściem wi­siał szyld z na­zwą: Game Over. Od razu skie­ro­wa­ła kro­ki do po­ko­ju so­cjal­ne­go. Cze­kał tam już na nią pi­ęćdzie­si­ęcio­sze­ścio­let­ni mężczy­zna, któ­ry wła­śnie prze­glądał ra­chun­ki.

– Dah­lia, dzi­ęku­ję, że się zja­wi­łaś. To na­głe zle­ce­nie. Gdy­bym nie mu­siał, to…

Dziew­czy­na po­ło­ży­ła kask na nie­wiel­kim sto­li­ku, któ­ry stał za­raz obok sza­fek.

– Wuj­ku, nie mu­sisz mi się za ka­żdym ra­zem tłu­ma­czyć – od­pa­rła. Zdjęła kurt­kę, scho­wa­ła ją do szaf­ki, po czym wy­jęła zie­lo­ny uni­form. Szyb­ko go wło­ży­ła, usia­dła na krze­śle w kącie i za­częła wkła­dać ochra­nia­cze na buty oraz ręka­wicz­ki. – Za to mi w ko­ńcu pła­cisz.

Po­de­szła do si­wie­jące­go na skro­niach mężczy­zny o by­strym bla­do­nie­bie­skim spoj­rze­niu i licz­nych zmarszcz­kach wo­kół oczu.

– Tak, tak, tyl­ko… – Przyj­rzał się dziew­czy­nie, a po­tem ujął jej dło­nie. – Gdy­by… – Nie do­ko­ńczył, bo Dah­lia mu prze­rwa­ła:

– Znów roz­ma­wia­łeś z mamą?

Ed­gar Jo­nes ski­nął gło­wą nie­co za­kło­po­ta­ny.

– Wiesz, być może ma ra­cję. Może fak­tycz­nie po­win­naś po­my­śleć o zmia­nie za­wo­du. To… To nie jest pra­ca dla mło­dej, zdol­nej…

– Wuj­ku. – Ści­snęła moc­niej jego dło­nie i spoj­rza­ła pro­sto w zmęczo­ne, nie­co już pod­krążo­ne oczy. – Nikt mnie do ni­cze­go nie zmu­szał. Ro­bię to, bo… Bo czu­ję, że tak trze­ba. Poza tym to fir­ma, któ­rą za­ło­ży­łeś ra­zem z tatą. Wiem, że mamy nic nie ucie­szy­ło­by bar­dziej, niż gdy­by­śmy za­mknęli dzia­łal­no­ść, ale… Ona po pro­stu tego nie ro­zu­mie. Nie tak jak my.

Ed­ga­ro­wi spa­dł ka­mień z ser­ca. Sło­wa bra­ta­ni­cy wi­docz­nie go uspo­ko­iły i uko­iły wy­rzu­ty su­mie­nia. Dah­lia, wi­dząc, że wu­jek do­sze­dł do sie­bie, od razu prze­szła do rze­czy:

– Więc co to za na­głe zle­ce­nie?

– Mężczy­zna, trzy­dzie­ści sze­ść lat. Uma­rł w domu parę go­dzin temu, na­głe za­trzy­ma­nie ak­cji ser­ca. Ro­dzi­na chce, żeby go ostrzyc, ogo­lić, i, jak za­wsze, żeby nie był taki bla­dy.

– Cia­ło jest w chłod­ni?

– Tak, na sto­le. Wszyst­ko już przy­go­to­wa­łem. Zbior­ni­ki na pły­ny są na miej­scu, rów­nież te do bal­sa­ma­cji. Tak jak za­wsze.

Jo­nes ski­nęła gło­wą.

– No to po­zo­sta­je mi się wzi­ąć do pra­cy. – Na­ci­ągnęła jesz­cze raz moc­niej ręka­wi­ce i za­bra­ła ma­skę. – A ty, wuj­ku, le­piej wra­caj do domu i po­rząd­nie się wy­śpij.

– Po­ra­dzisz so­bie sama? Je­śli chcesz, to…

– Nie mu­sisz się mar­twić. Wszyst­kim się zaj­mę. – Wzi­ęła ze sto­li­ka tecz­kę z do­ku­men­ta­mi do­ty­czący­mi dzi­siej­sze­go zle­ce­nia, po czym skie­ro­wa­ła się do drzwi. – Do­bra­noc.

Ru­szy­ła przed sie­bie wąskim ko­ry­ta­rzem. Zer­k­nęła do tecz­ki, aby jesz­cze raz prze­biec wzro­kiem po te­kście, a po­tem spoj­rza­ła na do­łączo­ną do niej fo­to­gra­fię.

Mężczy­zna na zdjęciu nie był zbyt przy­stoj­ny i wy­da­wał się ra­czej wy­chu­dzo­ny. Dłu­gie, czar­ne wło­sy opa­da­ły na jego czo­ło oraz ra­mio­na. Za­pad­ni­ęte po­licz­ki pod­kre­śla­ły tyl­ko za­rys ko­ści po­licz­ko­wych, na­to­miast wąskie, bla­de usta po­zo­sta­wa­ły moc­no za­ci­śni­ęte. Nie­chluj­nie wy­gląda­jący za­rost w ża­den spo­sób nie do­da­wał mu męsko­ści, ra­czej przy­wo­dził na myśl bez­dom­ne­go. Gdy­by nie ele­ganc­ki gar­ni­tur, na pew­no mo­żna by było go za ta­kie­go uznać.

Na­gle roz­le­gł się grzmot. Dah­lia przy­sta­nęła i spoj­rza­ła w stro­nę okna. Wkrót­ce o szy­by za­częły ude­rzać duże kro­ple desz­czu. Wes­tchnęła, ma­jąc na­dzie­ję, że w ci­ągu dwóch go­dzin, gdyż na tyle mniej wi­ęcej sza­co­wa­ła swo­ją pra­cę, nie­bo się jed­nak roz­po­go­dzi. Nie chcia­ła wra­cać do domu w stru­gach desz­czu.

Po­now­nie zer­k­nęła na zdjęcie, a po chwi­li pod­nio­sła je nie­co wy­żej.

– Zie­lo­ne – mruk­nęła. – Pi­ęk­ne.

Dah­lia za­ło­ży­ła ma­skę i otwo­rzy­ła sta­lo­we drzwi do kost­ni­cy. W po­miesz­cze­niu pach­nia­ło spe­cy­ficz­nie. Dwa me­ta­lo­we łó­żka do prze­wo­że­nia ciał sta­ły obok sie­bie po pra­wej stro­nie, a na środ­ku, na sto­le le­ża­ły na­gie zwło­ki mężczy­zny, któ­re­go miej­sca in­tym­ne za­sło­ni­ęto bia­łą tka­ni­ną. Oprócz sto­jących obok po­jem­ni­ków na pły­ny, na pó­łce przy prze­ciw­le­głej ścia­nie znaj­do­wa­ło się sze­ść li­tro­wych bu­te­lek, ka­żda z pły­nem o nie­co in­nym, cie­płym od­cie­niu, oraz la­no­li­na. Odło­ży­ła do­ku­men­ty na dłu­gi sto­lik umiesz­czo­ny pod ścia­ną.

Nu­cąc, si­ęgnęła po apa­rat fo­to­gra­ficz­ny. Jak za­wsze mia­ła za­miar zro­bić zdjęcia przed i po za­bie­gu bal­sa­ma­cji, gdy­by z ja­ki­chś po­wo­dów ro­dzi­na była nie­za­do­wo­lo­na lub zwy­czaj­nie nie roz­po­zna­ła mężczy­zny. Ta­kie sy­tu­acje wbrew po­zo­rom rów­nież się zda­rza­ły. W ten spo­sób nie tyl­ko do­ku­men­to­wa­ła swo­ją pra­cę, ale ta­kże za­bez­pie­cza­ła się na przy­szło­ść.

Zro­bi­ła za­le­d­wie dwa kro­ki, kie­dy na ze­wnątrz znów roz­le­gł się grzmot. Tym ra­zem pio­run mu­siał ude­rzyć gdzieś nie­da­le­ko. Świa­tło za­mi­go­ta­ło, po czym lam­py zga­sły. Za­pa­dła ciem­no­ść.

– Cho­le­ra – prze­klęła, a po­tem po omac­ku ru­szy­ła w stro­nę drzwi. Zro­bi­ła za­le­d­wie trzy kro­ki, gdy świa­tło znów za­mi­go­ta­ło, a za­si­la­nie wró­ci­ło. – Uff... – Ode­tchnęła z ulgą.

Chcąc wró­cić do pra­cy, od­wró­ci­ła się na pi­ęcie i za­ma­rła.

Apa­rat fo­to­gra­ficz­ny wy­su­nął się z jej rąk i upa­dł na podło­gę, ale w tej chwi­li był ostat­nią rze­czą, któ­rą się przej­mo­wa­ła.

Z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi wpa­try­wa­ła się w po­stać sie­dzącą na me­ta­lo­wym sto­le. Za­mru­ga­ła kil­ku­krot­nie, by się prze­ko­nać, czy przy­pad­kiem nie ma zwi­dów, ale wte­dy trup po­wo­li, jak­by w zwol­nio­nym tem­pie, od­wró­cił gło­wę w jej stro­nę i prze­szył ją spoj­rze­niem in­ten­syw­nie zie­lo­nych oczu, któ­re wca­le nie były zmęt­nia­łe, jak u zwy­kłe­go nie­bosz­czy­ka.

Dah­lia roz­chy­li­ła usta, a spo­mi­ędzy nich wy­do­był się po­tok prze­kle­ństw:

– Kur­wa mać! Zom­bie! No, kur­wa, zom­bie!!!

ROZDZIAŁ 2

Sie­dem mie­si­ęcy pó­źniej…

Za­jęciazfi­zy­kiteo­re­tycz­nej mia­ły się wła­śnie za­cząć. Gru­pa stu­den­tów za­jęła już miej­sca w sali wy­kła­do­wej i cze­ka­jąc na pro­wa­dzące­go, wy­ko­rzy­sty­wa­ła ten krót­ki czas na roz­mo­wę.

Wy­so­ki, szczu­pły chło­pak wy­chy­lił się nie­co do przo­du i, opie­ra­jąc przed­ra­mio­na na pul­pi­cie, spoj­rzał na ko­le­żan­ki sie­dzące w rzędzie przed nim.

– To co, za­kład, że tym ra­zem spó­źni się wi­ęcej niż pięć mi­nut?

Blon­dyn­ka o ład­nych oczach od­wró­ci­ła się w jego kie­run­ku.

– Mi­ni­mum dzie­si­ęć.

– A ja wam mó­wię, że w ogó­le się nie zja­wi – ode­zwa­ła się ko­lej­na stu­dent­ka. – Tak jak ty­dzień temu. Pew­nie zno­wu po­my­lił dni ty­go­dnia.

Cała trój­ka wy­buch­nęła śmie­chem.

– Cały Zom­bie. – Blon­dyn­ka na mo­ment si­ęgnęła po te­le­fon, bo wła­śnie otrzy­ma­ła wia­do­mo­ść tek­sto­wą, co na chwi­lę wy­łączy­ło ją z dys­ku­sji.

– No wła­śnie. – Jej to­wa­rzysz­ka zer­k­nęła na chło­pa­ka. – Cze­mu ma ta­kie prze­zwi­sko? Zom­bie?

– Jak to, to ty nie wiesz? – Chło­pak, wy­ra­źnie za­sko­czo­ny, wpa­try­wał się w dziew­czy­nę w taki spo­sób, że zro­bi­ło jej się nie­co głu­pio.

– No w su­mie to wy­da­je się tro­chę ode­rwa­ny od rze­czy­wi­sto­ści i dziw­ny, ale żeby od razu Zom­bie?

– Na­praw­dę nie sły­sza­łaś o tym, co się wy­da­rzy­ło po­nad pół roku temu? –

Stu­dent­ka po­kręci­ła prze­cząco gło­wą. Chło­pak nie mógł więc prze­pu­ścić ta­kiej oka­zji, by opo­wie­dzieć tę słyn­ną hi­sto­rię.

– Pro­fe­sor Vyes wy­ki­to­wał w domu.

– Co?

– No, do­kład­nie. Za­wał czy… mniej­sza o to, po­dob­no ser­du­cho mu sta­nęło. I gdy wy­da­wa­ło się, że już po fa­ce­cie, kil­ka go­dzin pó­źniej obu­dził się w kost­ni­cy. Jak gdy­by ni­g­dy nic.

– Bez jaj! Wkręcasz mnie.

– Nie, mó­wię se­rio. – Po­ło­żył dłoń na sze­ro­kiej pier­si. – No, jak mat­kę ko­cham. Tak było. Był mar­twy i na­gle ożył. Wspó­łczu­ję tej bab­ce, przy któ­rej się obu­dził. Pew­nie o mało sama nie ze­szła tam na za­wał, gdy umrzyk, któ­rym mia­ła się za­jąć, na­gle wstał.

– Ko­bie­ta?

– No, ja­kaś pra­cow­ni­ca domu po­grze­bo­we­go. Pi­sa­li o tym w ga­ze­cie, ale nie po­da­li jej per­so­na­liów. W ko­ńcu to ona za­dzwo­ni­ła po le­ka­rza. Ten przy­je­chał, zba­dał na­sze­go pro­fe­sor­ka i oka­za­ło się, że jest zdrów jak ryba. Jesz­cze tego sa­me­go dnia wró­cił do domu.

– Ale prze­cież to nie­mo­żli­we.

– Syn­drom Ła­za­rza, tak to się chy­ba na­zy­wa. Po­dob­no zda­rza się to na ca­łym świe­cie, ale nikt nie wie dla­cze­go. W ka­żdym ra­zie prze­zwi­sko „Zom­bie” po tym wszyst­kim przy­lgnęło do nie­go na do­bre.

Wkrót­ce z ko­ńca dru­gie­go rzędu ktoś krzyk­nął w ich kie­run­ku:

– Ci­cho! Zom­bie idzie!

Dziew­czy­ny mo­men­tal­nie się wy­pro­sto­wa­ły, a chło­pak opa­rł się wy­god­nie o sie­dze­nie. Wszy­scy z pew­nym znie­cier­pli­wie­niem wpa­try­wa­li się w drzwi, któ­re wkrót­ce się otwo­rzy­ły i do środ­ka wsze­dł mężczy­zna w śred­nim wie­ku ze skó­rza­nym ne­se­se­rem w ręku. Sze­dł szyb­ko. Czar­ne wło­sy miał zwi­ąza­ne nie­dba­le na kar­ku, a lek­ki za­rost su­ge­ro­wał, że nie zdążył się ogo­lić. Ciem­ne ob­wód­ki pod ocza­mi były śla­dem po ko­lej­nej nie­prze­spa­nej nocy. Pod­sze­dł do biur­ka, po­ło­żył na nim tor­bę, a na­stęp­nie zdjął czar­ny płaszcz. Bia­ła ko­szu­la była roz­pi­ęta pod szy­ją i nie­dba­le wło­żo­na do spodni.

Pro­fe­sor Mor­ti­mer Vyes przez chwi­lę mo­co­wał się z otwar­ciem ne­se­se­ru, a gdy to już zro­bił, wy­jął z nie­go plik pa­pie­rów i za­czął je prze­glądać. W ko­ńcu jed­nak, zi­ry­to­wa­ny, odło­żył je i pod­sze­dł do bia­łej ta­bli­cy.

– Dziś zaj­mie­my się Mo­de­lem Stan­dar­do­wym ma­te­rii. Cząst­ki fun­da­men­tal­ne obej­mu­ją sze­ść lep­to­nów i sze­ść kwar­ków wraz z ich an­ty­cząst­ka­mi. Kwan­to­wą teo­rię pola elek­tro­ma­gne­tycz­ne­go oraz sła­be­go mo­że­my po­łączyć w od­dzia­ły­wa­nie elek­tro­sła­be, mo­del od­dzia­ły­wa­nia sil­ne­go i elek­tro­sła­be­go z ko­lei mo­że­my po­łączyć w Mo­del Stan­dar­do­wy. – Za­czął ry­so­wać dwie ta­be­le. Jed­ną za­ty­tu­ło­wał: Pod­sta­wo­we cząst­ki ele­men­tar­ne w fi­zy­ce cząstek ele­men­tar­nych, a dru­gą: Kwar­ki w Mo­de­lu Stan­dar­do­wym. Kie­dy sko­ńczył, od­wró­cił się do stu­den­tów, i mó­wił da­lej: – Je­śli trak­to­wać, że je­dyn­ka to jest dzie­si­ęć do po­tęgi mi­nus osiem­na­stej masy, to elek­tron ma wiel­ko­ść mniej­szą od je­dyn­ki. Kwark o roz­mia­rach dzie­si­ęć do po­tęgi mi­nus osiem­na­stej masy ma rząd rów­ny je­dyn­ce, pro­ton ma wiel­ko­ść rów­ną ty­si­ąc… – uci­ął, gdy do­strze­gł na twa­rzach słu­cha­czy dziw­ne uśmiesz­ki.

Wkrót­ce ja­kaś dziew­czy­na sie­dząca w pierw­szym rzędzie, któ­rej imie­nia ani na­zwi­ska nie pa­mi­ętał, unio­sła rękę.

– Słu­cham.

– Pa­nie pro­fe­so­rze, ten te­mat prze­ra­bia­li­śmy już na ostat­nich za­jęciach.

– Tak? – Zmie­szał się na mo­ment i znów pod­sze­dł do biur­ka. Szpe­rał w pa­pie­rach, któ­re te­raz roz­sia­ne były po ca­łym bla­cie, kil­ka kar­tek spa­dło na­wet na podło­gę.

Tym ra­zem szum wśród stu­den­tów przy­brał na sile, ale mimo roz­ba­wie­nia ka­żdy z nich pil­no­wał się, by nie wy­buch­nąć śmie­chem. Po sali prze­sze­dł szmer, a cała gru­pa wy­mie­nia­ła zna­czące spoj­rze­nia, ob­ser­wu­jąc, jak co­raz bar­dziej zi­ry­to­wa­ny pro­fe­sor Vyes pró­bu­je się od­na­le­źć w tej sy­tu­acji. Na­gle jego wzrok za­trzy­mał się na kart­ce, któ­rej szu­kał.

– A… Tak. Rze­czy­wi­ście – mruk­nął, a pó­źniej pod­sze­dł do ta­bli­cy i zma­zał szyb­ko ta­be­le. Si­ęgnął po ma­zak i ko­lej­ny raz za­czął coś pi­sać, ci­cho mru­cząc.

Był tak za­ab­sor­bo­wa­ny wła­sną pra­cą, że nie za­uwa­żył, jak za nim je­den ze stu­den­tów na­chy­la się w stro­nę ko­le­ża­nek i szep­cze:

– Zom­bie chy­ba wci­ąż nie do ko­ńca wró­cił do świa­ta ży­wych.

Dziew­czy­ny za­chi­cho­ta­ły na tę uwa­gę.

***

Po sko­ńczo­nych za­jęciach Mor­ti­mer opu­ścił uni­wer­sy­tet i skie­ro­wał się na par­king. Już z pew­nej od­le­gło­ści mógł do­strzec przy­stoj­ne­go mężczy­znę opar­te­go o te­re­nów­kę, któ­ry wła­śnie pusz­czał oczko do mi­ja­jącej go gru­py stu­den­tek. Dziew­czy­ny uśmiech­nęły się do nie­go, a po­tem pod­eks­cy­to­wa­ne za­częły szep­tać mi­ędzy sobą.

Na mo­ment zwol­nił i wes­tchnął głębo­ko, ale wkrót­ce ru­szył da­lej mar­szo­wym kro­kiem.

– Mort! – Mężczy­zna za­uwa­żył go i po­ma­chał w jego kie­run­ku. Wy­szcze­rzył ide­al­nie rów­ne zęby, któ­rych biel była moc­no pod­kre­ślo­na przez opa­le­ni­znę. Jego wło­sy, nie­co spło­wia­łe od sło­ńca gdzieś na dru­gim ko­ńcu świa­ta, mia­ły gdzie­nie­gdzie od­cień zło­ta.

Leo miał sto osiem­dzie­si­ąt pięć cen­ty­me­trów wzro­stu. Był pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wa­ny, a jego umi­ęśnio­ne cia­ło i pew­no­ść sie­bie, jaką ema­no­wał, zwra­ca­ły uwa­gę ka­żdej ko­bie­ty w pro­mie­niu pi­ęćdzie­si­ęciu me­trów.

Bra­cia Vyes sta­no­wi­li prze­ci­wie­ństwa jak ogień i woda. Ró­żni­li się prak­tycz­nie w ka­żdym aspek­cie, po­cząw­szy od wy­glądu, na cha­rak­te­rze i za­in­te­re­so­wa­niach sko­ńczyw­szy. Leo był młod­szy od Mor­ti­me­ra o osiem lat, ale mimo tak du­żej ró­żni­cy wie­ku nie miał pro­ble­mu ze zna­le­zie­niem wspól­ne­go języ­ka z dość gbu­ro­wa­tym bra­tem. Jego opty­mi­stycz­ne po­de­jście do ży­cia i ener­gia, któ­rą wręcz za­ra­żał in­nych lu­dzi, spra­wia­ły, że był wy­jąt­ko­wo lu­bia­ny, a za­wie­ra­nie no­wych zna­jo­mo­ści przy­cho­dzi­ło mu nie­zwy­kle ła­two. Miał przy­ja­ciół w ka­żdym za­kąt­ku świa­ta.

– Sta­ry. – Leo zwró­cił się do bra­ta, gdy ten pod­sze­dł bli­żej. – A to­bie co zno­wu? Wy­glądasz jak dziec­ko, któ­re­mu ktoś wła­śnie za­brał li­za­ka – za­śmiał się.

Mor­ti­mer skwi­to­wał tę uwa­gę, marsz­cząc brwi.

– Mó­wi­łem ci, że­byś tu nie przy­je­żdżał – od­burk­nął, otwie­ra­jąc drzwi do sa­mo­cho­du. – Po­tra­fię wró­cić do domu sam.

Nie cze­ka­jąc na od­po­wie­dź, wsia­dł do SUV-a. Do­strze­gł, jak Leo klep­nął ma­skę, a po­tem lek­kim spręży­stym kro­kiem okrążył Land Ro­ve­ra i po dro­dze po­sław­szy jesz­cze je­den uśmiech ład­nej blon­dyn­ce, któ­ra wła­śnie prze­cho­dzi­ła obok, za­jął miej­sce kie­row­cy. Wkrót­ce ru­szy­li.

– Kie­dy wy­je­żdżasz do Ne­pa­lu? – za­py­tał Mor­ti­mer, nie­cier­pli­wie bęb­ni­ąc dło­nią o ne­se­ser, któ­ry trzy­mał na ko­la­nach.

– Tak bar­dzo chcesz się po­zbyć bra­cisz­ka z domu? – Leo zer­k­nął w jego kie­run­ku, a uśmiech nie scho­dził mu z twa­rzy. – Jest mi nie­wy­po­wie­dzia­nie smut­no z tego po­wo­du.

– To kie­dy wy­je­żdżasz? – po­wtó­rzył.

– Jak za­wsze ozi­ębły – mruk­nął do sie­bie, a po­tem włączył kie­run­kow­skaz i skręcił w lewo. – My­ślę, że za czte­ry, może pięć ty­go­dni – od­po­wie­dział w ko­ńcu na py­ta­nie. – Tyle jesz­cze będziesz mu­siał ze mną wy­trzy­mać. Mama pro­si­ła, bym miał cię na oku do ko­ńca kwiet­nia. Sama za­mie­rza cię wte­dy od­wie­dzić.

Mor­ti­mer od­wró­cił się gwa­łtow­nie i za­ci­snął zęby.

– Co?

– Nie mó­wi­ła ci? – Leo od­chrząk­nął i sku­pił się na dro­dze, byle tyl­ko nie pa­trzeć na bra­ta. – Zmia­na war­ty…

– Nie je­stem już dziec­kiem – stwier­dził wy­ra­źnie zi­ry­to­wa­ny. – Nie po­trze­bu­ję nia­ńki. Sam po­tra­fię o sie­bie za­dbać.

– Może… A może nie. Znów za­rwa­łeś dzi­siej­szą noc przez te swo­je ob­li­cze­nia. Wiesz, że nie po­wi­nie­neś się prze­męczać. – Jego ton spo­wa­żniał. – Wci­ąż… – Urwał, za­ci­ska­jąc moc­niej dło­nie na kie­row­ni­cy. – Nie masz po­jęcia, ja­kie­go pie­tra nam wszyst­kim na­pędzi­łeś. Uff… W ka­żdym ra­zie ni­g­dy wi­ęcej ta­kich żar­tów. A szcze­gól­nie tych z uda­wa­niem tru­pa. Ow­szem, był do­bry, ale jak zwy­kle za po­wa­żnie do nie­go pod­sze­dłeś.

Mor­ti­mer od­wró­cił gło­wę w stro­nę okna.

– Mó­wi­łem jej ostat­nio, że czu­ję się świet­nie i że wszyst­ko jest ze mną w po­rząd­ku. Ty pew­nie też skła­dasz jej ra­por­ty – do­dał z lek­kim wy­rzu­tem w gło­sie.

– Ja? – Leo udał zdzi­wio­ne­go, a po­tem, szcze­rząc zęby, od­pa­rł: – Co­dzien­nie. O szó­stej wie­czo­rem. Pyta do­słow­nie o wszyst­ko. In­te­re­su­je ją, co jesz na śnia­da­nie, czy od­po­czy­wasz i sta­wiasz się na wi­zy­ty kon­tro­l­ne. Jed­nak wczo­raj by­łem zmu­szo­ny okła­mać na­szą cu­dow­ną mamę. Gdy­by się do­wie­dzia­ła, że za­ry­wasz noce, żeby pro­wa­dzić te swo­je ba­da­nia, to wsia­dła­by do pierw­sze­go sa­mo­lo­tu i przy­le­cia­ła tu­taj z Edyn­bur­ga.

– Dzi­ęki – od­po­wie­dział Mor­ti­mer po krót­kiej chwi­li, aku­rat, gdy do­je­żdża­li do domu.

Był on po­ło­żo­ny za So­uth­ga­te Gro­ve, nie­ca­łe trzy mile od Uni­wer­sy­te­tu Qu­een Mary. Miał dwie sy­pial­nie, na dole pa­tio i otwar­tą kuch­nię, a z tyłu ogród. Z ze­wnątrz nie wy­ró­żniał się szcze­gól­nie na tle in­nych sąsied­nich bu­dyn­ków.

Leo za­par­ko­wał sa­mo­chód i ru­szył za Mor­ti­me­rem, któ­ry zdążył już ode­jść spo­ry ka­wa­łek. Za­wsze szyb­ko cho­dził. Za­trzy­mał się przed drzwia­mi i, mysz­ku­jąc po wszyst­kich kie­sze­niach, pró­bo­wał zna­le­źć klucz. Uda­ło mu się to w mo­men­cie, gdy brat zja­wił się obok. We­szli do środ­ka. Pro­fe­sor od razu zrzu­cił płaszcz, któ­ry odło­żył nie­dba­le na sto­jący w prze­jściu me­bel, i ru­szył w stro­nę otwar­tej kuch­ni po­łączo­nej z sa­lo­nem, któ­ry przy­po­mi­nał ra­czej ga­bi­net.

Na nie­wiel­kim sto­li­ku wa­la­ły się pa­pie­ry oraz ksi­ążki. Ka­na­pa była za­gra­co­na w nie­mal iden­tycz­ny spo­sób. Przed te­le­wi­zo­rem, obok prze­szklo­ne­go we­jścia na pa­tio, sta­ła bia­ła ta­bli­ca na kó­łkach, na któ­rej za­pi­sa­no rów­na­nia i ob­li­cze­nia, ja­kich prze­ci­ęt­ny czło­wiek nie by­łby w sta­nie zro­zu­mieć, a co do­pie­ro roz­szy­fro­wać. Mor­ti­mer od razu si­ęgnął po ma­zak, sta­nął przed nią, i mru­cząc pod no­sem tyl­ko so­bie zna­jo­me za­klęcia, za­czął pi­sać.

Leo po­kręcił lek­ko gło­wą, wy­jął z lo­dów­ki kar­ton mle­ka i wspi­ął się na ku­chen­ną wy­spę. Ma­cha­jąc w po­wie­trzu no­ga­mi, upi­jał ko­lej­ne łyki. Nie spusz­czał jed­nak wzro­ku z bra­ta, któ­ry unió­sł na­gle dłoń, wsu­nął ją we wło­sy, po czym za­czął się dra­pać, in­ten­syw­nie nad czy­mś my­śląc.

Po raz ko­lej­ny stwier­dził, że nie ro­zu­mie ge­niu­szy, a jego brat nie­wąt­pli­wie na­le­żał do tego od­ręb­ne­go ga­tun­ku. W wie­ku za­le­d­wie szes­na­stu lat do­stał się na Uni­wer­sy­tet Oks­fordz­ki, gdzie stu­dio­wał fi­zy­kę, a po­tem obro­nił dok­to­rat. Pó­źniej pra­co­wał jako pra­cow­nik na­uko­wy na uni­wer­sy­te­cie w Cam­brid­ge, a na­stęp­nie, już jako pro­fe­sor, w De­par­ta­men­cie Fi­zy­ki i Astro­no­mii na uni­wer­sy­te­cie Qu­een Mary. Jego pra­ca kon­cen­tro­wa­ła się na idei fun­da­men­tal­nej fi­zy­ki teo­re­tycz­nej, ale obec­nie ca­łko­wi­cie po­chła­nia­ły go ba­da­nia zwi­ąza­ne z czar­ny­mi dziu­ra­mi i gra­wi­ta­cją kwan­to­wą.

W po­rów­na­niu z nim czło­wiek, któ­ry rzu­cił stu­dia praw­ni­cze i za­czął pod­ró­żo­wać po świe­cie, po­cząt­ko­wo utrzy­mu­jąc się tyl­ko dzi­ęki wspar­ciu ro­dzi­ców, nie do­ra­stał mu do pięt. Leo nie mógł jed­nak po­wie­dzieć, że mu się w ży­ciu nie po­wio­dło. Miał na tyle dużo szczęścia, że jego blog, któ­ry pro­wa­dził z wy­praw, stał się w krót­kim cza­sie po­pu­lar­ny, a on sam za­czął pi­sać naj­pierw nie­dłu­gie ar­ty­ku­ły, a pó­źniej fe­lie­to­ny na te­mat swo­ich pod­ró­ży, ró­żnic kul­tu­ro­wych i do­świad­czeń w eg­zo­tycz­nych kra­jach. Stwo­rzył rów­nież ka­nał na YouTu­bie, z któ­re­go zy­ski w pe­łni po­kry­wa­ły kosz­ty ko­lej­nych wy­praw.

– Nie… To nie tak. Błąd. Gdzie ro­bię błąd?! – Leo spoj­rzał na bra­ta, któ­ry wście­kły rzu­cił mar­ke­rem o podło­gę, a po­tem od­wró­cił się na pi­ęcie i pod­sze­dł do sto­łu. Za­czął cha­otycz­nie prze­glądać ksi­ążki i le­żące na nim no­tat­ki.

– To co, może coś zje­my? – za­py­tał, nie re­agu­jąc na ten wy­buch gnie­wu, i ze­sko­czył z wy­spy ku­chen­nej. Na­stęp­nie wy­ce­lo­wał w sto­jący nie­da­le­ko kosz na śmie­ci i, uda­jąc ko­szy­ka­rza, wrzu­cił do nie­go pu­ste opa­ko­wa­nie. – Tak! – Za­ci­snął moc­no dłoń w pi­ęść. – Za trzy!

Od­wró­cił się, gdy nie usły­szał żad­nej od­po­wie­dzi. Wi­dząc, że Mor­ti­mer wca­le nie zwra­ca na nie­go uwa­gi, po­grążo­ny we wła­snym świe­cie, zno­wu pod­sze­dł do lo­dów­ki. Po krót­kiej chwi­li po­ki­wał gło­wą i wy­ci­ągnął te­le­fon z kie­sze­ni dżin­sów. Prze­sze­dł do sa­lo­nu, zro­bił so­bie miej­sce na ka­na­pie, spy­cha­jąc kil­ka ksi­ążek na podło­gę, i usia­dł.

– To co, dziś chi­ńskie żar­cie czy piz­za? Hm… Piz­za. Tak. – Spoj­rzał na bra­ta. Ten na­dal był ca­łko­wi­cie sku­pio­ny na ksi­ążce, któ­ra aku­rat wpa­dła mu w ręce. – Mort? Pa­mi­ętasz może nu­mer do tej piz­ze­rii, w któ­rej ro­bią eks­tra cien­kie cia­sto?

Pa­trzył, jak mężczy­zna się pro­stu­je, i na­wet na nie­go nie zer­ka­jąc, pod­cho­dzi do ta­bli­cy.

– Dwa, zero, sie­dem, osiem, dwa, je­den, osiem, dwa, dwa, dwa – wy­re­cy­to­wał szyb­ko, pod­no­sząc z podło­gi mar­ker. Wło­żył za­tycz­kę do ust i za­czął kre­ślić ja­kiś wzór. – Tyl­ko za­dzwoń za osiem mi­nut – do­ko­ńczył nie­wy­ra­źnie.

– Osiem? Dla­cze­go?

– Wte­dy za­czy­na się dru­ga zmia­na. Kie­row­ca, któ­ry ją za­czy­na, do­wo­zi je­dze­nie dużo szyb­ciej niż ten z pierw­szej. Ostat­nio na­rze­ka­łeś, że piz­za przy­je­cha­ła zim­na.

– Nie ma nic gor­sze­go niż zim­na piz­za. Za­wsze to po­wta­rzam. – Prze­chy­lił nie­co gło­wę i za­czął wpa­try­wać się w ple­cy bra­ta. – Nie­do­brze. Do­cho­dzi czwar­ta, będą kor­ki. Może jed­nak za­mó­wi­my coś…

– Omi­nie je, je­śli po­je­dzie przez Do­wn­ham Road za­miast Ba­ring Stre­et.

– A skąd wiesz, że aku­rat taką tra­sę wy­bie­rze?

Mor­ti­mer od­wró­cił się przez ra­mię i spoj­rzał na bra­ta z po­bła­żli­wo­ścią, z jaką star­si bra­cia pa­trzą na młod­szych, gdy mu­szą im tłu­ma­czyć oczy­wi­ste rze­czy.

– Bo na skrzy­żo­wa­niu Ba­ring z New North Stre­et są ro­bo­ty dro­go­we.

– Co? Od kie­dy?

– Od dziś – od­po­wie­dział i wró­cił wzro­kiem do ta­bli­cy. – Wi­ęk­szo­ść kie­row­ców wra­ca­jących z pra­cy za­pew­ne jest te­raz tak samo za­sko­czo­na, jak ty. Zresz­tą, gdy wra­ca­li­śmy, przy dro­dze stał znak in­for­ma­cyj­ny.

– Tak? Gdzie? Ja­koś ni­cze­go nie wi­dzia­łem.

Mor­ti­mer wes­tchnął głębo­ko i prze­stał już słu­chać dy­wa­ga­cji bra­ta na te­mat ja­ko­ści dróg w Lon­dy­nie. Sku­pił się ca­łko­wi­cie na pro­ble­mie, nad któ­rym gło­wił się od kil­ku dni.

Za­le­d­wie po czter­dzie­stu pi­ęciu mi­nu­tach do­staw­ca z go­rącą piz­zą za­pu­kał do ich drzwi. Leo uci­ął so­bie krót­ką roz­mo­wę z mężczy­zną, głów­nie dla­te­go, że chciał się prze­ko­nać, czy Mort miał ra­cję. I rze­czy­wi­ście ją miał. Jak za­wsze zresz­tą.

Nie­co nie­po­cie­szo­ny po­sta­wił piz­zę na wy­spie ku­chen­nej i od razu po­chło­nął je­den ka­wa­łek.

– A co, gdy­by… po­wiedz­my, ktoś z Cul­ford Road rów­nież zło­żył za­mó­wie­nie? – za­py­tał, pod­cho­dząc do Mor­ti­me­ra, któ­ry od pra­wie go­dzi­ny wci­ąż ster­czał przed ta­bli­cą. – Uwzględ­ni­łeś tę zmien­ną wy­pad­ko­wą w swo­ich ob­li­cze­niach? – Ugry­zł ko­lej­ny kęs, wpa­tru­jąc się w ta­bli­cę za­pi­sa­ną już po same brze­gi ró­żny­mi al­go­ryt­ma­mi i rów­na­nia­mi.

– Mało praw­do­po­dob­ne. W po­nie­dzia­łki licz­ba spły­wa­jących za­mó­wień mi­ędzy pi­ęt­na­stą a szes­na­stą jest naj­ni­ższa – od­pa­rł i do­pi­sał ostat­nią cy­frę. W ko­ńcu, za­do­wo­lo­ny, cof­nął się o krok. – No na­resz­cie. Te­raz to ma sens – mruk­nął, za­sła­nia­jąc dło­nią usta i jesz­cze raz do­kład­nie spraw­dza­jąc swo­je ob­li­cze­nia. Po­tem jego wzrok sku­pił się na ka­wa­łku piz­zy, któ­ry Leo wła­śnie wkła­dał do ust. – Poza tym do Cul­fo­rad Road nie do­wo­żą już za dar­mo. Do­sta­wa by­ła­by do­dat­ko­wo płat­na, a to sku­tecz­nie znie­chęca­jący czyn­nik, zwa­żyw­szy na to, że w tam­tej oko­li­cy znaj­du­je się inna świet­na piz­ze­ria.

Leo roz­wa­żał ko­lej­ny ar­gu­ment, by wy­tknąć bra­tu lukę w ro­zu­mo­wa­niu. W tym sa­mym mo­men­cie Mor­ti­mer po­czuł do­tkli­wy ucisk w żo­łąd­ku. Głód pod­czas ostat­nich kil­ku go­dzin był spy­cha­ny na dru­gi plan. Vyes bez za­sta­no­wie­nia skie­ro­wał swo­je kro­ki w stro­nę kuch­ni i w za­le­d­wie pięć mi­nut po­chło­nął trzy ka­wa­łki piz­zy. Za­krztu­sił się tyl­ko raz, ale Leo był przy­go­to­wa­ny na taką ewen­tu­al­no­ść i w porę po­dał mu szklan­kę wody. Do­sko­na­le wie­dział, że brat nie lubi tra­cić cza­su na je­dze­nie, po­nie­waż trak­tu­je tę czyn­no­ść jako wy­so­ce uci­ążli­wą, choć, nie­ste­ty dla nie­go, jak i po­nad sied­miu mi­liar­dów in­nych ist­nień, ab­so­lut­nie ko­niecz­ną.

– No to te­raz do łó­żecz­ka – ode­zwał się Leo żar­to­bli­wym to­nem. – Obu­dzę cię za czte­ry go­dzi­ny.

Mor­ti­mer wstał i wy­ta­rł dło­nie w ręcz­nik pa­pie­ro­wy.

– Nie mu­sisz, sam się obu­dzę. Mo­del cza­so­prze­strze­ni po­zba­wio­nej kra­wędzi… – za­czął, ale Leo na­tych­miast mu prze­rwał:

– Ten mo­del jest za­pew­ne dla cie­bie nie­zwy­kle cie­ka­wy, ale dzi­siej­szej nocy nie będziesz się nim zaj­mo­wał. – Uśmiech­nął się dwu­znacz­nie. – Trój­wy­mia­ro­we mo­de­le, któ­re mam za­miar dziś ba­dać, są rów­nie in­te­re­su­jące. Tak. Bra­cisz­ku, chy­ba nie za­po­mnia­łeś, że dzi­siaj wy­cho­dzi­my na mia­sto?

Mężczy­zna bez sło­wa wstał, chcąc ode­jść, ale Leo za­re­ago­wał bły­ska­wicz­nie i za­stąpił mu dro­gę. Spoj­rzał na nie­go wy­mow­nie, pod­no­sząc brew.

– Nie mam na to cza­su – od­pa­rł Mor­ti­mer, pró­bu­jąc wy­mi­nąć młod­sze­go bra­ta, ale ten nie dał tak ła­two za wy­gra­ną.

– Tyl­ko bez ta­kich. Na coś się uma­wia­li­śmy, praw­da? Ju­tro masz wol­ne, więc pra­cą nie mu­sisz się przej­mo­wać.

– Nie będę tra­cił cza­su w ja­kie­jś dur­no­wa­tej dys­ko­te­ce.

– Skąd wiesz, że jest dur­no­wa­ta, sko­ro na żad­nej ni­g­dy nie by­łeś?

– Wy­star­czy, że sły­sza­łem…

– Więc mam za­dzwo­nić do mamy i po­wie­dzieć, że zga­dzasz się na tę rand­kę w ciem­no z cór­ką jej przy­ja­ció­łki?

Oczy Mor­ti­me­ra roz­sze­rzy­ły się, a usta za­ci­snęły w wąską li­nię.

– Grasz nie­czy­sto.

– Wy­bie­raj – po­na­glił go, w ogó­le nie zwra­ca­jąc uwa­gi na ura­żo­ny ton. – Wiesz, że mama pod tym względem tak ła­two nie od­pu­ści. Zresz­tą pró­bu­je cię swa­tać, od­kąd sko­ńczy­łeś trzy­dzie­ści lat. Ile to już ran­dek ci za­ła­twi­ła?

Mężczy­zna spo­chmur­niał, przy­po­mi­na­jąc so­bie te schadz­ki, z któ­rych żad­na tak na­praw­dę nie za­ko­ńczy­ła się pro­po­zy­cją po­now­ne­go spo­tka­nia. Ani z jego stro­ny, ani ze stro­ny to­wa­rzy­szących mu ko­biet.

– Jesz­cze nie od­pu­ści­ła? – za­py­tał, po­now­nie wsu­wa­jąc dłoń we wło­sy i lek­ko się dra­pi­ąc.

– Ani na chwi­lę. Gdy ostat­nio ją od­wie­dzi­łem, mia­ła już przy­go­to­wa­ną całą li­stę po­ten­cjal­nych part­ne­rek. Py­ta­nie tyl­ko, czy wo­lisz pe­dia­trę o krót­kich wło­sach i zgrab­nych no­gach, lecz z nie­co za du­żym no­sem, czy też na­uczy­ciel­kę fran­cu­skie­go o buj­nych, czar­nych lo­kach, ale z lek­ką nad­wa­gą.

Leo, pa­trząc na bra­ta, cu­dem po­wstrzy­my­wał się przed wy­bu­chem śmie­chu.

– Tyle razy jej mó­wi­łem, że się nie oże­nię. Żeby dała so­bie wresz­cie spo­kój.

– To jak, idziesz ze mną, czy mam dzwo­nić do mamy i jesz­cze przy oka­zji po­wie­dzieć jej, że za­miast sa­łat­ki z awo­ka­do i pie­czo­nym kur­cza­kiem je­dli­śmy dziś nie­zdro­wą piz­zę?

In­ten­syw­nie szma­rag­do­we spoj­rze­nie spo­częło na ro­ze­śmia­nej twa­rzy bra­ta, któ­ry nic so­bie nie ro­bił z ci­ska­nych w jego stro­nę pio­ru­nów.