54,90 zł
W najbardziej młodzieżowej i tętniącej życiem dzielnicy miasta – Shibuyi – drogi Sary, Hiroshiego, Carmen i Juna przecinają się w noc zaćmienia księżyca. Każde z nich niesie własne pragnienia, lęki i samotność. Każde szuka czegoś innego. Rozpaczliwie pragnąca bliskości Sara, Hiroshi szukający kogoś, kto zaakceptuje jego porażki, Carmen uciekająca od przeszłości oraz Jun, wyniosły i bezwzględny – są tak różni, jak różne są ich wyobrażenia o miłości i życiu.
Neony Shibuyi, nocne spacery, mangakissy, love hotele, uliczne jedzenie, grupki młodzieży w neonowych perukach i pijani salarymani zasypiający w garniturach na ulicznych ławkach pokazują kolejnego bohatera tej opowieści - Tokio, w którym łatwo się zgubić – i jeszcze trudniej o nim zapomnieć.
Realizm miesza się z baśnią, a opowieść o intensywnej, rodzącej się fascynacji przeplata się z surrealistycznymi obrazami pasażerów w metrze, dryfujących przez miasto jak kolorowe ryby w ogromnym akwarium.
Tu pierwsza miłość będzie miała niezapomniany smak matchy i onigiri.
„Jest gorąco, wokół niej dziesiątki kobiet i mężczyzn, w powietrzu przecinają się przepełnione skonsumowanym lub wyczekiwanym seksem spojrzenia.
Siedzący obok Sary mężczyzna nazywa się Hiroshi, ma dwadzieścia siedem lat, brata, z którym pracują w jednej firmie i szufladę pełną kobiecych oraz męskich magazynów. W głębi pokoju, w szafce przy łóżku, trzyma ilustrację przedstawiającą jego psa Pochiego, którą narysował w podstawówce, a z której nadal jest dumny, dwie pary białych skarpetek w niebieskie kwiatki, należących do jedynej kobiety, w której był zakochany, i kilka gumek, którymi wiązał swój gęsty koński ogon, zanim postanowił go obciąć”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 307
Rok wydania: 2026
Laura Imai Messina
Tokio w poziomie
Tytuł oryginału: Tokyo Orizzontale
Przekład: Natalia Pola Miscioscia (s. 11–21; 78–270), Dorota Cisowska-Wiśnicka (21–77)
Copyright © 2014 by Laura Imai Messina
Published by arrangement with The Italian Literary Agency and Graal Literary Agency
Copyright for the Polish edition © by Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o. 2026
Publikacja jest współfinansowana w ramach programu Unii Europejskiej. Wyrażone w powieści opinie odzwierciedlają jedynie poglądy autora, a organ przyznający grant nie może ponosić za nie odpowiedzialności.
Książka wydana w ramach projektu „Tandemy translatorskie – druga edycja”.
Książka dostępna w formatach: e-book i audiobook.
Redakcja: Ewelina Sobol
Korekta: Kamila Wrzesińska
Projekt okładki: Sylwia Budzyńska
ISBN 978-83-8435-201-4
Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o.
ul. Marszałkowska 4 lok. 5
00-590 Warszawa
www.relacja.net
Terminy japońskie zostały zapisane zgodnie z systemem transkrypcji Hepburna, a wymowa wszystkich głosek, poza wyjątkami wymienionymi poniżej, jest tożsama z wymową w języku polskim.
Należy zwrócić uwagę na to, że:
ch – jest bezdźwięczną afrykatą wymawianą jak polskie ć
j – afrykata dźwięczna, wymawia się jak polskie dź
s – bezdźwięczna, wymawia się jak polskie s
sh – wymawia się jak ś
w – wymawia się jak u niezgłoskotwórcze w dźwięku zbliżone do polskiego ł
y – wymawia się jak polskie j
z – wymawia się jak polskie dz.
Do oznaczenia długich samogłosek użyto znaku diakrytycznego. Został on zastosowany we wszystkich nazwach i imionach bohaterów, z wyłączeniem Tokio, które, według transkrypcji Hepburna należałoby zapisać jako Tōkyō, jednak, ze względu na częstotliwość występowania w tekście, zdecydowano o zachowaniu zapisu standardowego dla języka polskiego.
Znaczenie zwrotów i terminów w języku japońskim, zaznaczonych w tekście kursywą, zostało wyjaśnione w załączonym na końcu książki Glosariuszu.
Ryosukemu, który nie czyta w moim języku,
Topo i Gigii, którzy mówią w jeszcze innym
Powinieneś odmienić duszę, nie powietrze. [...] Czemuż dziwisz się, że podróże zupełnie ci nie pomogły, skoro siebie obwozisz w koło? Gnębi cię ta sama rzecz, która cię wygnała.
Seneka, Listy moralne do Lucyliusza, przeł. W. Kornatowski
Wszystko, co jest głębokie, kocha maskę.
Fryderyk Nietzsche, Poza dobrem i złem, przeł. G. Sowiński
Godzina 20.45
Sara obraca zieloną szklankę w dłoni. Miękkim ruchem odstawia ją na drewniany stół.
Pub w Shibuyi, jednym z niezliczonych centrów Tokio. Jest rok dwa tysiące dziewiąty i nic jeszcze nie jest przesądzone. Kilku zagranicznych turystów gra w rzutki, zanosząc się głośnym śmiechem, młode japonki połykają kolejne Martini, jedno za drugim, jakby to były miętówki.
Śmiejąc się, Sara niechcący wypluwa pestkę oliwki. Z ust wyrywa jej się przekleństwo po włosku, pozwala, aby twarz siedzącego obok mężczyzny, zafascynowanego nieznanym mu językiem, przysunęła się do jej twarzy. Odwraca się, by przyjąć czekający na nią zbyt długi pocałunek. W tle słychać Summertime Milesa Davisa.
– Mój ulubiony kolor to zgaszony róż skóry, jak tutaj – mówi, żeby przerwać to zbliżenie języków. Dotyka swojego odsłoniętego brzucha, delektując się wygłodniałym spojrzeniem mężczyzny, który wzrokiem kosztuje jej ciało centymetr po centymetrze.
Sara zapina z powrotem czarny sweter i sięga po swoją szklankę, która w międzyczasie nieco zblakła.
Tokio takie właśnie jest, twarz ma brudną, a szklankę w dłoni zawsze pełną. Trzeba umieć dotrzymać mu kroku. Dlatego drinki płyną tu wartkim strumieniem, a każdy błądzi w poszukaniu sadzawki, w której można się nieco ubrudzić, ale jednocześnie odrodzić.
– Przepraszam! Jeszcze raz Baileys Milk – nie zważając na konwenanse, woła do kelnerki na wysokich obcasach, z fryzurą w stylu z Ameryki lat pięćdziesiątych. Dziewczyna odpowiada lekkim skinieniem głowy (prawdziwe pokłony zarezerwowane są wyłącznie dla jej ojca). „Już się robi”, mówi, wystukując trzydzieści trzy na małym elektronicznym urządzeniu, które nosi w kieszeni.
Sara czuje, jak spływa na nią całe zmęczenie tego ciężkiego dnia, nawarstwienie ostatnich chaotycznych tygodni, które minęły niepostrzeżenie, niczym duszkiem wypita szklanka wody. Rozgląda się wokół, utrwala kadr za kadrem, próbując odzyskać kontakt z rzeczywistością. Ściany lokalu pokrywa ciemne drewno, obejmuje całe jego wnętrze, nadając mu ascetyczny wygląd, a jednocześnie tworząc nastrojową atmosferę. Sarze się tu podoba, czuje się niczym wewnątrz trumny, otoczona ciepłym i pachnącym mahoniem, trumny zawierającej żywe, podniecone ciała i podtrzymującej życie, które zastygło w żyłach.
Jest gorąco, wokół niej dziesiątki kobiet i mężczyzn, w powietrzu przecinają się przepełnione skonsumowanym lub wyczekiwanym seksem spojrzenia.
Siedzący obok Sary mężczyzna nazywa się Hiroshi, ma dwadzieścia siedem lat, brata, z którym pracują w jednej firmie i szufladę pełną kobiecych oraz męskich magazynów. W głębi pokoju, w szafce przy łóżku, trzyma ilustrację przedstawiającą jego psa Pochiego, którą narysował w podstawówce, a z której nadal jest dumny, dwie pary białych skarpetek w niebieskie kwiatki, należących do jedynej kobiety, w której był zakochany, i kilka gumek, którymi wiązał swój gęsty koński ogon, zanim postanowił go obciąć.
– Wiesz, gdzie jest łazienka? – pyta Sara.
Hiroshi wyciąga rękę na wysokości jej twarzy i zdecydowanym ruchem wskazuje w prawo, nie zauważając, że ją przestraszył.
– Dzięki, zaraz wracam.
Sara wstaje, przeciska się przez tłum hałaśliwych par, potyka się nieznacznie, zaczepiając obcasem prawego kozaka o swoją zwiewną, długą spódnicę. W wypełnionym dymem powietrzu z trudem odnajduje toaletę.
Popycha nogą drzwi łazienki, a ze środka wychodzi przesadnie wychudzona kobieta, tylko skóra i kości. W dłoni niedopałek papierosa, ubrana w za ciasną czerwoną koszulkę, która sprawia, że kobieta wygląda na znacznie młodszą, niż jest.
Sara wsuwa się do wnętrza. W powietrzu nie czuć zapachu moczu, nie ma żadnych śladów przelotnej bytności nomadycznych ciał. Unosi się za to ciężka woń zbyt wolno palonego tytoniu, papierosów rozwijanych w opowieści o mężczyznach i pocałunkach, tych nieplanowanych i tych wymienianych ukradkiem.
Sara uwielbia miejsca pełne słów, a łazienki nocnych lokali, nieważne czy we Włoszech, czy w Japonii, mówią o ludziach najwięcej. Toalety ucieleśniają zawsze jedną i tę samą opowieść, chwil wytchnienia od wymykających się z rąk sytuacji, rozmów z przyjaciółkami, mających pomóc je zrozumieć, i powrotów ze świadomością, że od problemów, tak naprawdę, nie można uciec.
Czeka na swoją kolej, a za jej plecami, naprzeciwko pary wielkich, rozciągających się na całą ścianę luster dwie dziewczyny ustalają podział wypatrzonej zwierzyny.
– Wolisz tego w błękitnym T-shircie czy tego w białej koszuli? – pyta dziewczyna z platynowymi blond włosami i przesadnie gęstymi i szerokimi brwiami.
– Chyba tego w białej koszuli – odpowiada ta druga, poprawiając tuszem rzęsy. Ogniście czerwona minispódniczka opina jej biodra, podkreślając płaską linię pośladków.
Sara chciałaby móc na pięć minut stać się mężczyzną, wejść do łazienki naprzeciwko, rozpiąć suwak w dżinsach, unieść rękę, by skontrolować zapach pod pachami, i posłuchać jakieś krótkiej rozmowy, jeśli taka akurat by się toczyła. Ale Sara nie jest mężczyzną, ma dwadzieścia pięć lat, kilka ogromnych rozczarowań do zapomnienia, wielkiego pluszaka usadzonego na łóżku, na podłodze za dużo książek i naiwne marzenie, które za kilka godzin spełni.
Po wyjściu z kabiny staje przed lustrem. Ciągnie w dół ostatni zbuntowany kosmyk włosów, wkłada palec do ust i przeciąga nim po kącikach. Zwinnie poprawia pończochy. Z zadowoleniem przygląda się swojej fryzurze i w myślach chwali wybrany odcień różu, który nałożyła na policzki.
Wychodzi z łazienki odrobinę bardziej świadoma siebie, za to mniej pewna tego, kto czeka na nią przy stoliku, na którym zostawiła swoją zieloną szklankę. Alkohol zaczyna robić swoje.
Hiroshi obserwuje ją, gdy idzie w jego kierunku, skupia się na stukaniu jej obcasów. Stuk stuk, puk, stuk stuk.
Ona uśmiecha się do niego, jakby od niechcenia wciska „Play” i wracają do gry w uwodzenie.
Minęła już dziewiąta, na zewnątrz wzmaga się wiatr.
Hiroshi i Sara poznali się siedem godzin temu w McDonaldzie przy Inokashira-dōri – sześćset metrów od pubu, w którym skuleni smakują się teraz nawzajem – naprzeciwko Mandarake, sklepu z używanymi komiksami, w którym Sara kupiła dwa ostatnie numery swojej ulubionej mangi, a obok którego Hiroshi przeszedł obojętnie, skupiony na niepohamowanym burczeniu we własnym brzuchu.
Sara weszła do środka, nucąc jeden z kawałków Exile, Hiroshi, jak miał w zwyczaju, wszedł po cichu, nie zwracając na siebie uwagi.
On zamówił zestaw z Big Makiem i jeszcze zanim zapłacił, pośpiesznie ustawił napój po prawej stronie tacki, a frytki i burgera położył po lewej. Wyciągnął słomkę z opakowania i wsunął ją w otwór pokrywki swojej winogronowej Fanty, a na koniec umieścił serwetkę w wolnym dolnym rogu.
Ona kupiła tylko brzoskwiniowego shake’a, do którego wlała dwa opakowania syropu. Zapłaciła drobniakami i zaśmiała się, zawstydzona, gdy kasjer oddał jej rdzawą miedzianą pięciocentówkę, którą wzięła za dziesięć jenów.
Ona usiadła na wysokim stołku pod wychodzącym na ulicę oknem, on za nią, przy niskim, brudnym stoliku.
Inokashira-dōri o tej porze tętni życiem. Wszędzie wokół młodzież, z jej szalonym metabolizmem, beznamiętnie pochłaniająca kanapki i kopcąca jednego papierosa za drugim. Zawrotnie wysokie obcasy cmokające asfalt.
Sara i Hiroshi z początku nie zwrócili na siebie uwagi. Często tak bywa, a czasem można coś w ten sposób przegapić. Zmęczone spojrzenie Sary powędrowało w kierunku mężczyzny, z którym – jeśli tylko zamieniliby kilka słów – w ciągu najbliższych czterech lat dorobiłaby się dwójki dzieci, Toyoty S900, z zepsutymi, poruszającymi się w synkopowym rytmie wycieraczkami, skromnego mieszkania na przedmieściach Shizuoki i tony ubrań, które z oddaniem uszyłaby dla niej szwagierka, pracująca dla jednej z luksusowych marek modowych.
Hiroshi natomiast musnął wzrokiem brzeg plisowanej spódnicy trzydziestojednoletniej kobiety z Kobe, w latach liceum ofiary prześladowań ze strony kolegów ze szkoły, która przez cztery lata przygotowywałaby mu znakomite bentō, dogadzałaby mu na wszystkie sposoby, rozpaczliwie pragnąc czegoś konkretnego w zamian, aż pewnego wrześniowego poranka odeszłaby, wyruszając w podróż po Europie, wreszcie świadoma tego, kim jest i czego pragnie.
Jednak Sarze niespodziewanie upadła na podłogę apaszka, a Hiroshi zawsze zwraca szczególną uwagę na to, co wymyka się z rąk, jak również na kobiety z rudymi, kręconymi włosami.
– Bardzo dziękuję! – powiedziała ona.
– Żaden kłopot – odpowiedział on.
I tak wszystko się zaczęło.
Przez godzinę rozmawiali o przedmiotach gubionych w wagonach metra. On dowiedział się, że Sara jest Włoszką. Zgodnie stwierdzili, że McDonaldy to przygnębiające miejsca. Ona odkryła, że Hiroshi nie jadł nic od poprzedniego wieczoru. Spędzili razem kolejne pół godziny, skubiąc frytki i mieszając, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, słomką w shake’u.
Rozmowa toczy się szybko i zawraca, nagle znów są Tu i Teraz.
– Często spędzasz popołudnia w Shibuyi? – pyta on dla podtrzymania rozmowy.
– Czasami, przyjeżdżam tu głównie po to, żeby nie zapomnieć, gdzie jestem.
– Co masz na myśli?
– Shibuya jest dla mnie, w pewnym sensie, symbolem Tokio. Gdy myślisz „Tokio”, nie pojawia ci się przed oczami od razu obraz tej dzielnicy? Wiesz, pasy na skrzyżowaniu, przesadnie opalone dzieciaki w obcisłych ciuchach… i te fryzury, w których przypominają ptaszyska po przejściu huraganu.
Hiroshi śmieje się i mówi: – Nie, mi jakoś nie. – Szybko orientuje się, że odpowiedział odrobinę zbyt kąśliwie, dodaje więc, aby nadać swojej wypowiedzi łagodniejszego tonu: – …ale chętnie się dowiem, jak widzą moje miasto obcokrajowcy.
Mówiąc to, odsłania zęby w szerokim uśmiechu.
– W porządku, mogę zacytować ci wszystkie zasłyszane komunały. Wyliczyć stereotypy, uprzedzenia i przesądy. Powiem ci wszystko. Mam tylko nadzieję, że mnie po tym nie znienawidzisz… – uprzedza, a w głębi ducha się śmieje: znalazła pęknięcie, przez które może się prześlizgnąć, pretekst do dalszej rozmowy. Sara zdaje sobie jednak sprawę, że to nie wystarczy, że nie można spędzić całego popołudnia w McDonaldzie i nie cuchnąć potem frytkami i nie zostać nieuchronnie zapomnianym.
– Tak naprawdę przyjechałam do Shibuyi, bo szukam pewnej książki. Wiem, że w tej okolicy jest sporo dobrze zaopatrzonych księgarń. Jeśli ktoś szuka czegoś mniej oczywistego, ma tylko trzy opcje: Uombōchō, Shinjuku lub Shibuyę, zgadza się? – kończy retorycznym pytaniem.
– Jakiej książki szukasz?
– Czegoś o duchach w kulturze japońskiej. Fascynują mnie. Tak bardzo różnią się od zachodnich wyobrażeń, są niezwykle oryginalne, zarówno pod względem wyglądu, jak i cech charakteru. Na przykład kobieta o długiej szyi czy ten stwór z jednym okiem, przypominający cyklopa.
– Brrr… strach się bać! – drażni się z nią Hiroshi.
– Właśnie nie – przerywa mu Sara. Uwielbia wygłaszać twierdzenia przeciwne powszechnym opiniom. W ten sposób może zademonstrować swoją oryginalność i sprawiać wrażenie inteligentniejszej, niż jest w rzeczywistości. – Japońskie duchy nie budzą we mnie najmniejszego strachu. Uważam je za szalenie fascynujące. – Uwielbia również swoje „szalenie” wymawiane zawsze z przesadną emfazą w głosie. Uważa, że w ten sposób sprawia wrażenie osoby z temperamentem.
– Ach tak? Czyli teraz wybierasz się do księgarni? – pyta Hiroshi, który nie wyłapał szczególnej inteligencji przebijającej z jej poprzedniego stwierdzenia ani temperamentu w użytym przysłówku.
– Tak, to znaczy… nie wiem. Może za chwilę.
Sara drży na myśl o zbliżającej się chwili pożegnania i stara się szukać wszelkich możliwych kompromisów, byle tylko żadne jej zachowanie czy słowo nie oddaliło od niej tego serdecznego mężczyzny, który tak niespodziewanie wkroczył w jej piątek. W zasadzie mogłaby spokojnie obyć się bez książki, duchów i nawet bez Shibuyi, jeśli tylko pozwoliłoby jej to zostać dłużej z Hiroshim.
Za nic nie chce zostać tu sama.
– Jeśli chcesz, mogę pójść z tobą. Nie mam żadnych planów na dzisiaj – kłamie Hiroshi, który później, idąc już w kierunku księgarni, dyskretnie wystuka kilka wiadomości na telefonie, odwołując umówioną kolację i późniejsze spotkanie.
– Jasne, czemu nie – odpowiada Sara, mogąc wreszcie dopić swojego shake’a, który do tej pory nie pozwalał jej ruszyć się z miejsca.
Wychodzą na zewnątrz, wokół znów Shibuya. Grupki nastolatków usilnie próbujących poderwać którąś z nieosiągalnych dziewczyn; wrzaski pijanych salarymanów, wracających z jakiejś izakayi; ludzki kalejdoskop, który, w mniejszym lub większym stopniu, wykazuje cechy osobowości borderline.
Sara i Hiroshi wchodzą do jednego z wysokich budynków stojących przy placu. Tabliczka informuje, że księgarnia znajduje się na najwyższym piętrze. – Nie mamy szczęścia – komentuje Hiroshi, który zrozumiał już, że Sara jest osobą o wysokich oczekiwaniach i kiedy chce, potrafi być nawet trochę złośliwa.
Wchodzą na wąskie ruchome schody. Jakaś obrażona małolata tuż przed nimi przysiadła na jednym ze stopni, wciskając nos w swoje wyperfumowane nadgarstki.
– Mówiłaś, że często tu bywasz, ale nie odpowiedziałaś, czy ci się podoba – odzywa się on.
– Co takiego?
– Shibuya.
– Ma w sobie trochę z Nowego Jorku i trochę z Bangkoku – odpowiada, przypominając sobie zdjęcia przeglądane z nudów w olbrzymich albumach z działu „Podróże” jednej z rzymskich księgarń. – Wiesz, podobnie jak inne wielkie metropolie, jest esencją wszystkiego, co ludzie kochają i czego nienawidzą.
– Ale tobie się tu podoba? Serio? – dopytuje Hiroshi.
W międzyczasie docierają na pierwsze piętro, na którym mieści się sklep z płytami CD. W przelocie rzucają okiem na półkę z najnowszymi singlami i albumami i kierują się w stronę następnych schodów, prowadzących dalej w górę. Z głośników Koda Kumi wyśpiewuje Cutie honey.
– Nie przypomina niczego, co kiedykolwiek wcześniej widziałam. Zatem tak, mogę powiedzieć, że podoba mi się to miejsce. – Sara przeczesuje dłonią włosy, drugą przesuwa po twarzy. Zawsze lubiła wszystko to, co nowe.
– I nie drażnią cię wszyscy ci ludzie? – dopytuje Hiroshi. – Ten hałas, gwar… wszyscy ci ludzie? – powtarza, nie mogąc uwierzyć, że ktoś z zewnątrz może kochać w Tokio to, czego on nie cierpi.
Trzecie piętro, stosy kolorowych mang i gąszcz czytającej w ciszy młodzieży: okulary o grubych szkłach, na szyjach krawaty, na stopach sportowe buty, obcasy w kwiaty, na ustach brokatowe błyszczyki.
Kiedy razem z Hiroshim jadą w górę, Sara odwraca się w stronę wielkiego okna, wychodzącego na najbardziej zatłoczony plac na planecie, a wraz z każdym kolejnym pokonywanym przez nich piętrem panorama rozciąga się i staje się jeszcze bardziej imponująca.
Czy mi to przeszkadza?, zastanawia się, obserwując biało-czarne pasy, na których tle odcinają się setki małych głów w ciągłym ruchu. Niektóre kołyszą się leniwie na boki w oczekiwaniu na kolejną zmianę świateł na przejściu. Ktoś przyśpiesza kroku, przemierzając ostatni odcinek już na czerwonym, z żółtej, rozzłoszczonej taksówki dobywa się dźwięk klaksonu. Jakaś kobieta w tłumie otwiera jasnozielony parasol.
– Nie, nie drażni mnie to. Wręcz przeciwnie… – odpowiada w końcu Hiroshiemu – …wydaje mi się, że to właśnie w tym miejscu zrozumiałam, że lubię ludzi. Kiedyś myślałam, że ich nienawidzę. Wybierałam okrężne drogi, żeby tylko nie znaleźć się w zatłoczonej przestrzeni. O mdłości przyprawiał mnie zapach potu i wszystkie te bezsensowne rozmowy, toczone w oczekiwaniu na pociąg czy zielone światło, wiesz… a potem nagle zmieniłam zdanie – mówi, śmiejąc się.
Nie opowie o tym Hiroshiemu, bo jeszcze trochę się wstydzi, ale gdy trzy lata temu zobaczyła Shibuyę po raz pierwszy, przytknęła nos do szyby przy wyjściu ze stacji metra, żeby lepiej widzieć ten słynny, przelewający się tu tłum, potem poczuła nagły ucisk w żołądku, skuliła się i zwymiotowała. Nikt nie podszedł, aby jej pomóc, ona nie odezwała się słowem. Zamknęła usta i odeszła.
Dwa dni później ujrzała go ponownie w telewizji; długie, panoramiczne ujęcie placu wyświetliło się na ekranie zaraz po wieczornych wiadomościach. Prognoza pogody zapowiadała na następny dzień deszcz. Sara pośpiesznie wyciągnęła z szafy niebieski parasol w czerwone grochy, a kiedy pochyliła się, by włożyć go do torebki, znów zwymiotowała.
Od tamtego dnia zdarza się jej czuć jedynie lekkie zawroty głowy; wygładza rąbek spódnicy, spogląda na wciśnięty na serdeczny palec pierścionek i po chwili czuje się już lepiej. Wie, że to się jeszcze powtórzy, ale już jej to nie przeraża. W pewnym sensie nawet ją uspokaja.
– Lubię ludzi – powtarza Sara.
I szybko zdaje sobie sprawę, że wypowiedziała właśnie niezwykle pełne nadziei zdanie.
Godzina 23.45
Postać ponętnej nastolatki w śliwkowej czapeczce na głowie, przytulającej się do dużego grubego misia, co jakiś czas wyświetla się na jednym z trzech olbrzymich telebimów po bokach Placu Shibuya. Po drugiej stronie dwóch chłopców gra w jan ken, a jakaś pijana laska wtacza się między ich pochylone plecy.
Jest jedenasta czterdzieści pięć, wiatr wciąż nie słabnie, porywa w górę letnie liście i podwiewa lekkie spódniczki.
Zbliża się godzina zamknięcia metra, a hałaśliwy, zwarty tłum pośpiesznie kieruje się ku stacji. Niektórzy bez zastanowienia przechodzą przez bramki, wracają do domu, inni analizują trasę na wielkich mapach przedstawiających przebieg linii kolejowych i jadą być może gdzieś dalej, do starego przyjaciela, a może do kogoś, kogo dopiero poznali. Jeszcze inni podchodzą, wysupłują kilka monet, uważnie przeliczając drobne, po czym jednak decydują się zawrócić; biorą swojego towarzysza za rękę i razem zanurzają się w gwarze rozpościerającego się przed nimi niczym otwarta dłoń migotliwego Placu Shibuya.
Sara i Hiroshi wyszedłszy z baru po kolejnym Baileysie Milk (ona) i jeszcze jednym piwie (on), idą, patrząc sobie w oczy. Tak zachowują się jedynie osoby, które jeszcze się nie znają. Obserwacja z bezpiecznej odległości, na chwilę przed natarciem.
Sara próbuje zdławić kichnięcie, Hiroshi, zawstydzony, poprawia sobie marynarkę.
– Cieszę się, że na siebie wpadliśmy.
– Ja też.
Poruszają się z nieuświadomioną zwierzęcą precyzją. Instynktownie, jak ktoś, kto opanował do perfekcji wplatanie się pomiędzy ciała innych ludzi. Między ich kroki, raz szybkie, raz powolne. Pomiędzy maszerujące nogi, ich nieustanne forward i rewind, wybijające rytm na lekko ubitej ziemi w Shibuyi, która, szczerze mówiąc, powoli zaczyna mieć dość szpiczastych obcasów kobiecych butów, mokasynów zniecierpliwionych licealistek, pragnących w końcu pokazać się i zaistnieć, oraz wysokich platform Gothic Lolitek całych w koronkach.
„Wielkie trzęsienie ziemi, prawdziwe Big One, mnie uratuje”, wykrzyczałaby Shibuya, gdyby umiała mówić.
– Co robisz w weekend? – pyta Hiroshi, głównie po to, żeby przerwać milczenie, i tylko po części, aby rzeczywiście otrzymać odpowiedź.
Tokio to jedna wielka plątanina ciał, myśli Sara. I mówi: – Robię pranie, trochę pracuję i odpoczywam. – Sama nie wie, od czego w sumie miałaby odpocząć. Jednak mówiąc to, robi ważną minę.
– Pewnie żyjesz jak w kołowrotku...
– Można tak powiedzieć. A ty?
– Ja nic szczególnego. Umawiam się jak zwykle ze znajomymi, czasami mam coś pilnego i muszę zostać po godzinach, żeby dopiąć jakiś projekt.
– Nawet w soboty i niedziele?
– Różnie bywa, wszystko zależy od okresu i tego, nad czym akurat pracujemy. Jeśli nie pilnujemy terminów, robota zaczyna się sypać. Tak czy siak, w weekend przeważnie nie robię nic specjalnego.
„Jesteś zadowolony z tego, jak wygląda twoje życie?”, chciałaby zapytać go Sara, ale nie jest pewna, czy sama byłaby w stanie udzielić odpowiedzi na to pytanie, więc rezygnuje z tego pomysłu. Tak naprawdę chciałaby dowiedzieć się od Hiroshiego, czy ma kogoś, jakiś związek, który zaprząta jego myśli, dziewczynę, którą miałby zdradzić, a przede wszystkim, czy umówi się z nią na kolejne spotkanie, czy nigdy go już nie zobaczy.
Trochę dalej, obok sklepu Kyu-Kyu, na północno-wschodnim krańcu placu jakiś wariat intonuje starą piosenkę dla dzieci.
Zaczyna nawet poruszać w jej takt rękoma. W reakcji na to ciało jednej z przechodzących obok osób przebiega dreszcz: to Ayumi, która nagle przypomina sobie przemocowy charakter ojca, melancholijne melodie wybierane przez nauczycielkę pianina, policzek, który wymierzyła sobie tamtego dnia, kiedy znów zaczęła wymiotować. Pewien czterdziestolatek – nie pamiętając nawet dlaczego – wieczorem zaśpiewa półgłosem tę samą piosenkę swojemu jedenastoletniemu synowi, który śpi już od dwóch godzin i który wczoraj odkrył, ku swojemu zaskoczeniu i zażenowaniu, co to takiego okres u kobiet.
– O matko, biedaku, nie nudzisz się w weekendy? – wraca do tematu Sara, nie chcąc urywać rozmowy.
– Niespecjalnie. Denerwuje mnie natomiast szukanie emocji za wszelką cenę.
– W sensie, wymuszona dobra zabawa i tak dalej?
– Właśnie tak.
Obydwoje zastygają w bezruchu przed stacją Shibuya. Wokół panuje harmider, a bramki obrotowe w kontakcie z ciałami przechodzących kręcą się nieustannie w kółko. Gładki metal ociera się o dżinsy, spódnice i inne ubrania, niektóre poprzecierane ze starości, inne podarte celowo. Niektórzy obracają bramki dłońmi. Inni nie zwracają na nie uwagi, jakby stanowiły nieuniknioną przeszkodę na ich drodze. Sara zawsze doświadcza pewnego rodzaju zawstydzenia pomieszanego z intensywnym podnieceniem, kiedy uderza wzgórkiem łonowym o drążek. Grzeszna przyjemność, w pewien sposób pornograficzna, nieprzyzwoita.
[...]
W tym nawiasie kwadratowym i w każdej z trzech kropek, siedzących wygodnie na kanapie, znajduje się Hiroshi, który przypomina sobie dowcip, usłyszany od kolegi w biurze, jest też Sara, która w pierwszej chwili interpretuje ten ledwie dostrzegalny uśmiech jako „jest mi tu z tobą dobrze”, ale zaraz zaczyna myśleć, że Hiroshi pewnie śmieje się z jej zbyt dużego nosa. Mieści się tu cały tłum w Shibuyi: twarze w pełnym makijażu i modelki powracające z sesji, pojawia się gwiazda telewizji, która próbuje nie zwracać na siebie uwagi, a kiedy jej się to udaje, doświadcza pewnego rodzaju zawodu. Zawiera się w nim również fakt, że Sara i Hiroshi dotarli już do stacji metra, a cisza między nimi zaczyna puchnąć, jak rozgotowujący się makaron.
W powietrzu czuć, że zaraz coś się wydarzy.
– To moja wizytówka. Jeśli miałabyś ochotę ... – odzywa się Hiroshi, wyciągając z kieszeni swój Prostokątny Bilecik.
Ozdobny nadruk zawiera jego imię i nazwisko, informację o zajmowanym stanowisku „kierownika działu PR” oraz nazwę firmy kosmetycznej, z którą Sara spotkała się już dwa dni wcześniej w drogerii, odwiedzonej w poszukiwaniu szminki pasującej kolorem do jej sukienki.
Hiroshi podaje jej wizytówkę prawą ręką. Sara wie, że powinna ująć ją palcami obu dłoni, by wydać się obyta z zasadami obowiązującymi w japońskim społeczeństwie. Jest też jednak świadoma tego, że ten gest to fałsz.
– W środę zaprosiłam do siebie kilkoro znajomych na kolację. Jeśli masz ochotę…
Sara jest przekonana, że nigdy nie myli się co do ludzi.
– W środę? Z wielką przyjemnością… tylko że wychodzę z pracy o siódmej. Jeśli to nie za późno… – urywa w pół zdania Hiroshi, zastanawiając się, jak można być tak ufnym w stosunku do ludzi, żeby zapraszać nieznajomych do siebie do domu.
– Nie no, spokojnie. Wszyscy pracują i umawiamy się zawsze trochę później.
– Mniej więcej o której?
– Około ósmej albo dziewiątej.
Sara nie organizuje żadnej kolacji i próbuje na szybko wymyślić, o której godzinie on – i tylko on – mógłby do niej przyjść, jeśli przyjmie zaproszenie.
– Idealnie w takim razie. Zdążyłbym nawet skoczyć do domu i się przebrać.
– Cudownie! – Powietrze jest gęste od euforii.
– W takim razie dziękuję – mówi z naciskiem Hiroshi, kłaniając się tę odrobinę, która wystarcza, żeby Sara gdzieś głęboko w środku jeszcze raz uświadomiła sobie, że mimo wszystko, pomimo pocałunków oraz wzajemnego naśladowania gestów rąk i dłoni, on koniec końców pozostaje Japończykiem.
Uśmiecha się.
– Gdzie mieszkasz?
– W Kichijōji, kojarzysz?
Chłopak potakuje.
– To ładna dzielnica – dodaje.
– Dobra, to zaczekaj, napiszę ci, jak dotrzeć do mnie ze stacji.
I tak wiem, że nie przyjdzie, myśli Sara, sięgając po kartkę i długopis i zapisując nazwę stacji. Szkicuje z grubsza sylwetki sklepów, wyraźnie skręcające równoległe uliczki, które… Do cholery, Sara, nie jest powiedziane, że się nie odezwie. Nie jest wcale powiedziane. Na litość boską, odrobinę pewności siebie! Później rysuje warzywniak na rogu. Dodaje strzałkę wskazującą jej dom. Oraz buźkę, żeby wszystko było bardziej kawaii i podaje mu kartkę z uśmiechem równie kawaii.
Nie patrzy mu w oczy. Trochę się wstydzi.
On ujmuje kartkę w dłoń, dziękując.
Ona się uśmiecha (wymuszenie).
I klamka zapada.
Godzina 00.23
Supeł w żołądku i posmak ostatniej nocy w ustach. To właśnie czuje Sara, przepełniona euforią wylewającą się ze wszystkich porów, kiedy ściska w dłoni wizytówkę Hiroshiego, ukrytą głęboko w kieszeni. Umówione spotkanie, ich kolejna randka, znajduje się tam, między palcem wskazującym a kciukiem jej prawej dłoni. Nie w dłoni laski stojącej przed jej siedzeniem w pociągu na trasie linii Yamanote w kierunku Shinjuku. Ani w pomalowanych pazurach dziewczyny o twarzy dziwki i w kowbojskim kapeluszu na głowie. Nie, ten kartonik trzyma mocno właśnie Sara.
Z głową wciśniętą między ramionami i tułowiem upchniętym ciasno pomiędzy ciała dwóch siedzących obok niej osób Sara spogląda na godzinę wyświetlającą się na ekranie zawieszonym nad automatycznymi drzwiami wagonu. Wzrok chłopaka siedzącego po jej prawej stronie (to Hiro, w tym momencie student Uniwersytetu Waseda, w przyszłości obiecujący pisarz, który jako dziewięćdziesięciolatek zginie zmiażdżony pod kołami ciężarówki) przekracza przyjęte granice dystansu społecznego i zatrzymuje się na dłoniach Sary w chwili, kiedy ta otwiera kalendarz i odnajduje tam imię, na widok którego aż podskakuje.
Już jutro, myśli. To już jutro. Zostało tak niewiele czasu.
Ostatnie pociągi w Tokio, w najróżniejszych godzinach tutejszego szczytu, są nieustannym falowaniem bioder i ramion, zbiorem ciał kołyszących się jak glony morskie. Ciał pozbawionych solidnego kośćca. Co jakiś czas dostają się w szpony snu, a jadący obok (nie ma znaczenia, czy siedząc, czy stojąc) za pomocą twardych łokci i uderzeń płetwy grzbietowej próbują przywrócić między sobą należytą odległość.
Dla Sary to jak unoszenie się w akwarium. Leciutkie podskakiwanie kół na łączeniach torów marszczy powierzchnię. Wydaje jej się, że widzi dookoła siebie wodę; wodę otulającą istoty żywe, które wydają się zawieszone w stanie pewnego zamętu. Gdyby nie obowiązywało prawo powszechnego ciążenia, nie zdziwiłaby się, jeśli wszyscy unosiliby się poodwracani, głową w dół, nogami do góry. Glony i ryby. Piasek i pokarm.
Na kolanach Sary leży otwarty szeroko kalendarz, przypominając o tym, co umysł chciałby zostawić już za sobą.
Jutro.
Dziewiętnasta trzydzieści.
Lotnisko w Naricie.
Nie ma odwrotu.
Nie ma odwrotu.
„Dziś wieczorem poznałam fajnego gościa. Świetnie całuje i nie chciał zaciągnąć mnie do łóżka. W środę przyjdzie na kolację. Ale się cieszę!” Sara wyciąga z torebki komórkę i pisze wiadomość do swojej najlepszej przyjaciółki. Po trzydziestu sekundach przychodzi odpowiedź.
„. W(°o°)w. Jesteś wielka! Gdzie go poznałaś? Co robi? OPOWIADAJ. Carmelita”.
I tak rusza partyjka ping-ponga.
„Jest wysoki i ma lekko kręcone włosy. Ani gruby, ani chudy… w sam raz! Pracuje na wysokim stanowisku w jakiejś firmie kosmetycznej. Uwielbia Włochy i świetnie mówi po angielsku. W szkole grał w piłkę nożną. Poznałam go w Shibuyi. Za dużo by pisać, później pogadamy”.
Pociąg zatrzymuje się w Harajuku. Powolne, flegmatyczne napływanie i odpływanie ludzi.
„Wydaje się super!!! W Shibuyi? O_o, jak ci się udało? Ja tam zawsze trafiałam na samych nanpa i tym podobnych. No nie wiem, może miałam pecha. Dobra, musimy się dobrze przygotować do środy. Może zrobimy to jutro? A czy jutro przypadkiem nie przyjeżdża Żandarm? Carmelita”.
Chociaż wie doskonale, że Sara ma ją w kontaktach i że jej imię wyświetla się automatycznie na komórce przyjaciółki, Carmelita uwielbia podpisywać się na końcu każdej wiadomości. Czasem idzie na ustępstwo i wstawia coś krótszego, w rodzaju Carmen albo C., ale nigdy do końca nie rezygnuje z podpisu.
„Tak, i już się denerwuję. Nie chcę zarwać nocy, zamartwiając się tym”.
Pociąg rozciąga się wzdłuż peronu w Yoyogi.
„Jasne. Zostawmy ten temat. εε┌(; ·_·)┘ha,ha,ha! Nic prócz całowania? Carmen”.
„Nie, nic więcej. Aż miałam ciarki. Pociąg jest spóźniony. Zaraz przesiadam się w Shinjuku. Jak chcesz, to pogadamy na Skypie, kiedy wrócę do domu”.
„Nie, nie dam rady. Już mam worki pod oczami. Nie chcę, żeby było gorzej. Zobaczymy się jutro za dnia. Buziaki. C.”
„Cmok. Śpij dobrze (0__0)zzZz”.
Kiedy Carmelita myśli o wszystkim, co ona chciałaby opowiedzieć przyjaciółce, Sara dojeżdża do Shinjuku. Wysiada z pociągu, przeciskając się między ludźmi.
Spocony tłum kieruje się w stronę schodów. Sara czeka na pociąg linii Chūo w kierunku Tachikawy po drugiej stronie peronu.
W powietrzu pojawia się silny zapach deszczu. W Shinjuku, w drodze do taksówki, jakaś kobieta ściska w dłoni rączkę rozkładanego parasola i myśli, jak rozpaczliwie pragnęła dziecka, które teraz nosi w łonie; studentka Uniwersytetu Tokijskiego, ubrudzona pozostałościami schnących wymiocin, zasypia w objęciach przyjaciółki; na peronie linii Yokohama leży jakiś salaryman, a obok przechodzi chłopak z plecakiem przewieszonym przez ramię, wyciąga z kieszeni komórkę i robi mu zdjęcie, które wstawi na swój blog Tokio w poziomie.
Sara natomiast myśli o jutrzejszym spotkaniu, o dziewiętnastej trzydzieści na Lotnisku w Naricie. Czuje, jak począwszy od żołądka, ogarnia ją fala mdłości. Odruchowo wkłada rękę do kieszeni.
Szuka i znajduje ją. Ściska w dłoni wizytówkę Hiroshiego. Nie pamięta już dokładnie, ile miał lat, ale wydaje jej się, że dostrzegła w nim to, co naprawdę jest ważne.
Wybiła pierwsza, a na zewnątrz rozpętała się potężna burza.
Godzina 01.07
Przemierzając samochodem ulice Roppongi, Hiroshi zapala kolejnego papierosa. Zaciąga się dymem. To jego szósty papieros i dziesiąty raz, jak objeżdża dzielnicę, nie mając ochoty wracać do domu. Koła jego Toyoty Prius błyszczą, mknąc po mokrym asfalcie.
Prowadzi, nie spuszczając oka z neonów i barierek. Jedna dłoń spoczywa na kierownicy, druga obejmuje dźwignię zmiany biegów. Tokio wciąż nie śpi.
Hiroshi mało czego jest tak pewny, jak tego, że samochód prowadzi w sposób nienaganny. Chwalą go wszyscy i od zawsze. Koleżanki z klasy, które odwoził do domu po karaoke; znajomi z klubu piłki nożnej, głośnymi gwizdami komentujący każdy pokonywany z piskiem opon zakręt; jego babcia, która ściszonym, skrzekliwym głosem mówiła: „Dobry chłopak, przy tobie się nie denerwuję”, kiedy wnuk zawoził ją do szpitala na comiesięczne wizyty kontrolne.
Jedna stopa spoczywa na sprzęgle, druga muska pedał hamulca.
Za oknem wieżowiec Roppongi Hills góruje na tle nieba jasnego od świateł jak za dnia. Uliczne latarnie na darmo roztaczają wokół swój blask, a rozświetlone szyldy są wyraźnym dowodem chronicznej i wynaturzonej bezsenności, na którą cierpi Tokio.
Hiroshi jedzie ostrożnie, zdając sobie sprawę, że sygnalizacja świetlna trzyma się zasad jeszcze bardziej nieugięcie niż on. Nie warto z nią dyskutować.
Pomiędzy krawędzią szosy a chodnikiem znajduje się te dwadzieścia centymetrów, których nie można przekraczać. Skraj drogi stanowi granicę, na której kończy się jego bycie senseiem – ksywka, która przylgnęła do niego dawno temu, a którą czasami mamrocze sobie jeszcze pod nosem w przypływie iluzorycznego samouwielbienia.
Horda obcokrajowców migruje powłóczystym krokiem z jednej dyskoteki do drugiej. W dłoniach dzierżą piwo Kirin; szyjki butelek uderzają im o nadgarstki. Jakaś dziewczyna poprawia sobie makijaż w snopie światła padającego z restauracji serwującej dania z Okinawy, podczas gdy inna rozmawia jak najęta przez komórkę.
Hiroshi, który wypił dziś odrobinę za dużo, nie traci czujności. Schodek krawężnika stanowi granicę, kraniec, poza którym staje się zwykłym przeciętniakiem.
A on prze dalej do przodu. Pomimo zmęczenia po kolejnym dniu pracy. Pomimo strachu, że nigdy więcej nie zobaczy już oczu tej cudzoziemki, która zdradziła mu o sobie wszystko to, co można powiedzieć na swój temat komuś obcemu: pobieżne sprawozdanie z dotychczasowych lat życia, projekty in progress i kilka hipotez dotyczących śmierci. A wszystko to w kilka godzin. Ta dziewczyna pozwalała się całować, jak prawdziwa królowa, niemalże w wystudiowanej pozie (być może chciała pokazać swój lepszy profil?), bez żadnego konkretnego powodu. Ot tak, po prostu, w pewien piątkowy wieczór w Shibuyi. Dziewczyna, która zdaje się niczego nie bać. Która uwielbia shake’i i mogłaby pić je bez końca. Która… ale zaraz, jak ona miała na imię? Jak się nazywała, do diabła, jak brzmiało jej imię?
Hiroshi zapomniał imienia Sary. I czuje się przegrany. Silne zdenerwowanie narasta, aż przeszywa mu trzewia, które nie strawiły ani Big Maca, ani dwóch piw, które wlał w siebie tylko po to, żeby móc zostać przy niej jeszcze chwilę dłużej.
Jak zwrócić się do kobiety, jak powiedzieć jej „kocham cię”, jak poprosić ją o pomoc, jak stroić z niej żarty, jak się z nią kochać, kiedy nie wiadomo, co powiedzieć przed -san, czy też -chan. Hanako-san? Mary-chan? Nie, nie, to było jakieś włoskie imię, którego używa się także w Japonii. To akurat pamięta. Zaczynało się na „m” albo może na „r”. Na „n”?
Hiroshi wpada na pewien pomysł: poszuka w internecie spisu włoskich imion żeńskich i być może, przeglądając te najczęściej występujące, coś sobie przypomni. To musi się udać. Tak, tak właśnie zrobi. Bo jeśli nie odszuka jej imienia, nie będzie w stanie więcej się do niej odezwać, czuje wyraźnie, że tak się stanie. Nie zdobędzie się na odwagę i nie podejdzie śpiesznym krokiem pod jej bramę. A nawet jeśli tam pójdzie, to zrobi to, powłócząc nogami. Będzie stał na dole, jak bohater tragiczny w oczekiwaniu na sąd ostateczny, a następnie, nie dzwoniąc do drzwi, odejdzie, rozpamiętując własną porażkę. Tak właśnie się stanie.
Hiroshi lubi wyobrażać sobie przyszłość. A robi to, mając nadzieję, że uda mu się w ten sposób zmienić, choć trochę, koleje swojego losu.
Kiedy cztery godziny wcześniej Sara poznała go na Inokashira-dōri, pomyślała, że Hiroshi jest nieskomplikowaną istotą, jednym z tych mężczyzn, którzy rozłożeni na czynniki pierwsze, nawet jeśli mają jakieś problemy, to nie tworzą ich sobie sami dla zabawy. Ot, dobrze wychowany chłopak, pochodzący z klasy średniej, bez żadnego trupa w szafie.
Jeśli już o trupach mowa, to Hiroshi jak najbardziej takiego ma, i to całkiem pokaźnych rozmiarów; wychyla się z szafy za każdym razem, gdy Hiroshi traci czujność, i gdyby tylko Sara – chwilkę zanim się upiła, kiedy dystans między nimi był jeszcze wystarczający, żeby mogła przypatrzeć się jego twarzy – zawiesiła wzrok na jego uśmiechu, wówczas by to zauważyła. Dokładnie tam, wypisane pomiędzy jego ustami a oczyma.
Uśmiech Hiroshiego jest spłowiały. Już dawno wywietrzało z niego jakiekolwiek podwójne znaczenie. Każdy ślad głębszego przekazu czy choćby wątłego ostrzeżenia – dawno zniknęły. Pozostały tylko napięte usta i zmarszczki okalające oczy, mimowolny grymas, nerwowy odruch, który uruchamia się za każdym razem, gdy Hiroshi dostrzega, że ktoś obok się śmieje, i czuje, że on powinien zrobić to samo. Jednak ożywia się tylko jego twarz. Serce pozostaje niewzruszone. Z każdym pominiętym uderzeniem gubi rytm.
To, co było w jego uśmiechu, który i tak zawsze był zdawkowy, odeszło dwa lata temu, uczepiwszy się czerwonego sznura – Hiroshi dobrze go pamięta i pamięta, że zastanowił go przede wszystkim jego kolor – owiniętego wokół bezwładnej szyi jego ojca.
Hiroshi wzdycha, wydymając wargi. Samochód, niepomny na wszystko, mknie dalej, a chłopak prowadzi automatycznie. Światło sygnalizatora wybucha czerwienią. Hiroshi się zatrzymuje. Na ulicy nie ma nikogo, jednak on ani drgnie. Jest przecież świetnym kierowcą i nie może pozwolić sobie na łamanie zasad. Bo w gruncie rzeczy łamanie zasad nie jest wcale takie zabawne. Okres buntu melancholijnie odszedł w niepamięć wraz z pojawieniem się nowej fryzury, ciśnięciem w kąt ciuchów w krzykliwych kolorach i porzuceniem pomysłu na kolczyki, których groźba przez chwilę wisiała nad gładkim odbiciem jego siedemnastoletniej twarzy, ale których w końcu nigdy nie miał odwagi sobie zrobić.
Całymi miesiącami Hiroshi głowił się, czemu akurat czerwony. Sam czyn pojmuje, ale skąd ta czerwień? Sznury są przeważnie szare, czarne, brązowe. Nie czerwone. Wszystko to wydawało mu się tak groteskowe, że nie był w stanie płakać. Nie wstrząsnął nim widok ojca wiszącego na zastygłym w bezruchu, milczącym wentylatorze, dokładnie pośrodku hotelowego pokoju. Był całkowicie pochłonięty ową czerwienią. I odliczaniem. Liczbami, krótko mówiąc.
Ponieważ jego ojciec umarł w hotelu znajdującym się w odległości dwudziestu kroków od domu. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Po przekroczeniu progu domu Hiroshi liczył kroki, jeden za drugim. Sześć, siedem, osiem (cóż to za krągła cyfra – osiem – podwójna i doskonała, pomyślał). Jakieś auto wtoczyło się na ulicę, a on wstrzymał oddech i przestał liczyć. Jesteśmy przy ósemce, nie zapomnij, powtórzył w myślach. Kiedy samochód go minął, Hiroshi powrócił do odliczania. Dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście, trzynaście, czternaście. Cholera, jestem prawie na miejscu. Ale czemu tak blisko? Piętnaście, szesnaście, siedemnaście. Postawił stopę tuż przy wejściu do hotelu. Osiemnaście, dziewiętnaście, i już był w środku.
Tylko cyfry posiadają namacalność, jakiej wymaga wielkie cierpienie. Tylko liczby są w stanie pokazać, jak naprawdę wygląda sytuacja, bez opowiadania bzdur na pocieszenie, bez wytartych frazesów dla nastolatków w stylu: „takie jest życie”, „naucz się akceptować rzeczywistość”, „życie jest tym, co się wydarza, kiedy jesteś zajęty robieniem innych rzeczy”, „żyj pełnią życia”; tanie filozofie, które nie pozwalają niczego do końca przetrawić. Jedynie cyfry potrafią ocalić prawdziwy ból, obnażając z bezpardonową konsekwencją prawdę, która ukazuje się wyraźnie, jeśli tylko przyjrzeć się jej z bardzo bliska.
Jego ojciec odebrał sobie życie praktycznie naprzeciwko domu. Taka jest prawda. Prawda, za którą stoją liczby: druga trzydzieści dwie w nocy, krzyk kobiety (pokojówki) i jego echo, które niespodziewanie rozległo się dwukrotnie w ciągu jednej sekundy; długie zawodzenie karetki porozrywane na dwadzieścia osiem jękliwych sygnałów jej syreny; a także dwieście klawiszy fortepianu, po których błądzą palce jego matki, kiedy nie może zasnąć. Spać nie dają jej jazgoczące na zewnątrz syreny. I wygląda na to, że dziś w nocy ktoś umarł w hotelu naprzeciwko. Pewnie jeden z tych, którym nie starczyło przyzwoitości, żeby pożegnać się z życiem we własnym domu. Więc bazgrzą bohomazy na cudzych murach, jakby to były płótna. Pistoletami i daremnymi próbami uczepienia się życia, które odpuszcza, kiedy ciężar jest nie do udźwignięcia, a ten, kto powinien, nie chce już współpracować.
„Przegrani, tym właśnie są”. Mamrocze pod nosem jego matka, która nie potrafi wybaczać. „Złodziejami okradającymi ze snu, nikim więcej”, smaga jednym ze swoich barwnych epitetów. I dalej: trzecia czterdzieści pięć oraz dwa rozbrzmiewające w domu dzwonki telefonu, trzy osoby, które wstają z łóżka, sześćdziesiąt cztery schody, po których zbiegają w dół, wysłuchawszy trzydziestu słów komisarza, w których wstępnie zarysował sytuację, odtworzył przebieg wydarzeń i sformułował ostateczną konkluzję.
Wybiła druga zero zero. Roppongi łagodnie przeszło w Setagaya. Hiroshi siedzi wciąż za kierownicą swojej Toyoty Prius. Koła rozprostowują powierzchnię szosy, wygładzają ją, polerują. Skręca w prawo i jedzie wzdłuż wąskiego wylotu kolejnej bezimiennej ulicy. Drzewa wyciągają się ku górze. Jak szew marynarki zniszczonej oponami kół jego samochodu.
