Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
107 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 172
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projektant okładkiŹródło zdjęcia: Pixabay.com
© J. Black, 2026
© Źródło zdjęcia: Pixabay.com, projekt okładki, 2026
Byliśmy po prostu dziećmi, które próbowały odnaleźć swoje miejsce w świecie, który nie miał dla nas litości. Rosewood House uczyło jednego: żeby przetrwać, trzeba się zamknąć w sobie, zamknąć serce i nie ufać nikomu. Każdy dzień był testem. Każdy szept w korytarzu mógł zranić bardziej niż uderzenie. Nie istniało nic pewnego, poza strachem i samotnością.
A jednak, w tym zimnym miejscu, znalazł się ktoś, kto sprawił, że moje serce zaczęło bić szybciej, nawet jeśli rozum krzyczał: „Nie ufaj mu”.
Noah Reed nie był bohaterem z bajki. Nie był tym, kto przynosił pocieszenie słowami ani gestami. Był… obecny. I to wystarczyło. Bo czasem najważniejsze rzeczy nie potrzebują słów. Czasem wystarczy, że ktoś jest po prostu obok, żywy i prawdziwy. Nawet jeśli świat wydawał się krzyczeć, że nie mamy prawa do szczęścia, że musimy cierpieć i uciekać.
Nie wiedziałam wtedy, że te drobne momenty, które wydawały się nic nie znaczyć — przypadkowe spojrzenia, krótkie uśmiechy, wspólne milczenie w pustym pokoju — ukształtują naszą historię na zawsze. Nie wiedziałam, że przez te chwile, wśród lęku, bólu i samotności, rodzi się coś, czego nie da się już zatrzymać. Cisza między nami mówiła wszystko. Nie było słów, które mogłyby oddać ulgi, strachu, radości i tęsknoty zamkniętej w sercach. Wystarczyło spojrzenie, lekki dotyk, obecność obok siebie, żeby poczuć, że wszystko, co trudne, minęło. Że można zacząć od nowa.
Bo czasem historia zaczyna się nie od słów ani czynów, ale od milczenia, które mówi więcej niż tysiąc słów. I tak zaczęła się nasza. Historia dziewczyny, której włosy były jak iskry i chłopaka, który zostawiał za sobą spustoszenie niczym burza.
Nie znosiłam Noaha od pierwszego dnia. Może dlatego, że był jedyną osobą, która widziała, jak bardzo się boję.A przynajmniej tak sobie powtarzałam. Był zbyt cyniczny, zbyt pewny siebie, zawsze zajmował za dużo miejsca; w stołówce, w korytarzu. Miał ten irytujący sposób spoglądania na ludzi, jakby wiedział o nich coś, czego oni sami jeszcze nie odkryli.
— Nie patrz tak — warknęłam, pakując książki do plecaka.
— Gdybyś nie była takim rudzielcem, nie byłoby na co — odparł.
Zawsze tak było. Słowo za słowo, iskra za iskrą. Opiekunowie mówili, że powinni nas trzymać osobno i że „wydobywamy z siebie to, co najgorsze”. Prawda była prostsza, byliśmy tak naprawdę zbyt podobni do siebie, oboje chcieliśmy się stąd wyrwać, oboje skrycie marzyliśmy o tym, że znajdziemy swoje miejsca na ziemi. Różnica była taka, że ja mówiłam o potrzebach otwarcie, a on ukrywał wszystko pod maską pozorów. Twardy, nieustępliwy. Pozostałe dzieciaki patrzyły na niego z lękiem, nie dopuszczał do siebie nikogo, choć miałam wrażenie, że bardzo chciał, by ktoś skruszył ten mur obojętności.
— Słyszałam, że znowu składają dla ciebie papiery — rzuciłam, nie patrząc na niego. — Tym razem do tej rodziny z Bristolu? Wrócisz po miesiącu, czy wytrzymają z tobą dłużej?
Noah parsknął.
— A ty znowu udajesz, że cię to nie obchodzi? Co zrobisz, jak wreszcie odejdę na zawsze? Zostaniesz sama z bandą gówniaków. I jeszcze za mną zatęsknisz, Iskro.
Skrzywiłam się. Nie lubiłam, kiedy mówił w ten sposób, bo doskonale wiedziałam, że to odnosi się do moich miedzianych włosów. On jako jedyny używał tego określenia.
— Będę mieć wreszcie spokój od twoich docinek — oznajmiłam. — Nie obchodzi mnie, dokąd pójdziesz.
— To świetnie się składa, bo uciekam stąd już dziś — powiedział nagle.
— Co takiego?
Przerażający ścisk rozlał się po moim wnętrzu.
— Ogłuchłaś?
Jego twarz zrobiła się dziwnie pochmurna, ciemne oczy patrzyły na mnie uważnie, jak gdyby szukał w mojej twarzy czegoś, co go zatrzyma.
— Niedługo nie będziesz musiała znosić moich “docinek” — ironizował.
— Jasne. Jak zawsze — odezwałam się, choć głos był zupełnie niepodobny do mojego. — Wielkie plany, zerowe wykonanie. Cały ty. Wrócisz za dzień albo dwa i to z policją.
— Tym razem serio. Nie dam się nikomu złapać. — Założył ręce za siebie. — Mam dość Rosewood House.
Spojrzałam na niego. I pierwszy raz zobaczyłam w jego oczach nie bunt, a determinację. Co w niego wstąpiło? Przecież takich decyzji nie podejmowało się ot tak. Czy to efekt ciągłego trafiania pod złe skrzydła?
Noah był już u trzech rodzin i zawsze odsyłali go do naszego Rosewood House, bo nie wpasowywał się w schematy idealnego syna. Za każdym razem, gdy tu wracał, zmieniał się i zamykał w sobie coraz bardziej. Wiedziałam, że to trudne, w końcu zawsze z odejściem wiązała się nadzieja na życie poza tymi murami. Każde z nas chciało stąd uciec, zostawić za sobą dawne życie i nie być tym dzieckiem, które ktoś wytykał palcami w szkole, bo nie miało rodziców albo rodzice go po prostu oddali. Noah nigdy swoich nie poznał, zostawili go jak tylko się urodził, więc nie mógł nikogo zapamiętać. Ja miałam rodzinę przez trzy lata. Po czym z niewiadomych mi powodów wylądowałam tutaj. Nie pamiętałam jednak twarzy mamy… Jaka była? Jaki miała kolor oczu? Czy to po niej mam te piegi? A mój tata? Czy kochali się?
— Nie biorę cię ze sobą. — Usłyszałam nagle.
To było jak policzek, choć przecież niczego nie proponowałam. Nie mogłam jednak uwierzyć, że naprawdę się na to zdecydował.
— Nawet bym nie chciała — odpowiedziałam za szybko.
Czułam, że to kłamstwo. W Rosewood House było nas dwanaścioro. Siedem chłopców i pięcioro dziewczyn, ale to my, jako jedyni, byliśmy w zbliżonym wieku. I to ze mną rozmawiał, mimo że większość tych rozmów kończyła się sprzeczką.
Noah wzruszył ramionami, ale jego szczęka była napięta.
— Jasne. Ty zawsze zostajesz. Grzeczna Iskra. Dziewczyna, która czeka, aż ktoś ją wybierze i jakoś nikt się po nią nie zgłasza. Nigdy — zaakcentował, żeby zabolało mnie jeszcze bardziej. Miałam wrażenie, jakby był zły, że nagle nie rzuciłam się w jego ramiona i nie poprosiłam o zabranie mnie ze sobą.
— Przynajmniej nie uciekam, jak tchórz — syknęłam, choć miał rację. Przez wiele lat łudziłam się, że ktoś mnie wybierze, ustawiałam się w kolejce, gdy rodziny oglądały nas jak zwierzęta w klatce i wdzięczyłam się, byleby stąd odejść. Wszystko na marne. Rude włosy i zielone oczy, piegi na nosie, to nie było to, czego chcieli. Nie liczył się charakter, tylko wygląd aniołka, którym nigdy nie byłam.
— Tchórzem jest ten, który daje się gnębić wszystkim naokoło i nic z tym nie robi — odbił piłeczkę.
Zagryzłam wargi z wściekłości. Dlaczego o tym wspomniał? Panna… A raczej stara panna Wilson od zawsze miała ze mną problem, choć nie sprawiałam opiekunkom kłopotów. Wciąż miała pretensje o różne rzeczy. A to źle posprzątany pokój, a to brudne sztućce, nawet moje włosy i śmiech zaczęły jej przeszkadzać. Miałam wrażenie, że niedługo nie będę mogła nawet przy niej oddychać.
— Nie musiałeś tego mówić.
— A ty nie musiałaś tu przychodzić. Zjeżdżaj stąd. — Wskazał na drzwi.
— Nie rób tego.
— Bo?
— Bo… — zamarłam na chwilę. Nie znosiłam go za to, że moje serce zaczęło walić jak szalone na myśl, że rzeczywiście zrobi to, o czym ja też od dawna myślałam. Ucieknie stąd. Na zawsze. A jeśli Noah wyjedzie beze mnie — zostawi po sobie pustkę, której nie da się zagłuszyć żadną ciszą nocną. Nie cierpiałam go. I to właśnie w tym wszystkim było najgorsze, bo nienawiść była za blisko innych, cieplejszych uczuć.
Zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie pewną letnią noc, kiedy zastałam go w bawialni w dzień jego szesnastych urodzin. Siedział przy stole. Łokcie miał oparte o blat, głowę lekko pochyloną. Ostre linie jego fryzury kontrastowały z miękkością spojrzenia, które, kiedy nie było czujne, potrafiło sprawiać wrażenie niemal spokojnego. W dłoni trzymał coś czarnego. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to nożyk. Powinnam była przywyknąć do jego obecności, ale za każdym razem odczuwałam jakieś napięcie. Oboje lubiliśmy wymykać się z pokoju i wpadać na siebie bez zapowiedzi, w kuchni, na schodach, w wąskim korytarzu.
— O tej godzinie powinnaś spać. Znowu mnie śledzisz? — odezwał się chłodno.
Jego głos, przecięty ciszą nocy, przeszedł po moich plecach chłodnym dreszczem. Byliśmy tylko nastolatkami, a mimo to było w nim coś niepokojąco dojrzałego. Coś zbyt świadomego. Urok, który nie był zwyczajną atrakcyjnością, raczej czymś ostrzejszym, jak ostrze ukryte pod jedwabiem, jak nóż, który ściskał.
Noah zdawał się stworzony do wpływania na innych. Do modelowania ich reakcji, testowania granic, naginania woli. To mnie przerażało, bo też się temu poddawałam, mimowolnie podążałam za jego spojrzeniem. Próbowałam wyobrazić go sobie za kilka lat. Dorosłego. W pełni świadomego własnej siły. Mój umysł cofnął się przed obrazem mężczyzny o hipnotyzującym, niebezpiecznym spojrzeniu i uśmiechu, który mógłby zranić bardziej niż słowa.
— Zamierzasz tak stać? — zapytał z lekką kpiną.
Przyciskał nożyk do kciuka, ale wydawał rozluźniony.
— Dlaczego?
Uniósł brew.
— To mało precyzyjne pytanie.
— Dlaczego powiedziałeś, że nie chcesz przyjęcia?
Przez chwilę milczał.
— A co mam świętować? — zapytał spokojnie.
— Urodziny są raz w roku — rzuciłam, jakby to miało cokolwiek wyjaśnić.
Kącik jego ust drgnął, ale w oczach nie pojawiło się nic, co przypominałoby rozbawienie.
— To tylko głupia data — odpowiedział. — Niczego nie zmienia.
Przesunął ostrzem delikatnie po kciuku. Za mocno, cienka linia czerwieni pojawiła się niemal natychmiast. Patrzyłam, jak kropla krwi zbiera się powoli, ciężko, jakby nie była pewna, czy powinna spaść.
— Większość ludzi lubi mieć powód, żeby choć przez jeden dzień poczuć się kimś ważnym — powiedziałam jeszcze ciszej.
— Większość ludzi — powtórzył, jakby smakował te słowa. — To brzmi jak coś, czym nigdy nie byłem. Nie jestem jak reszta. Nie potrzebuję, żeby ktoś mi śpiewał “sto lat” i mówił o życzeniach.
Zrobiłam krok w jego stronę, zanim zdążyłam się powstrzymać.
— Iskro — ostrzegł miękko.
Nie podniosłam wzroku z jego dłoni, sięgnęłam po papierowy ręcznik leżący na parapecie i podałam mu go.
— Nie potrzebowałem tego — rzucił, patrząc mi prosto w oczy.
— Może nie w samym przyjęciu tkwi sens — szepnęłam.
— Więc o co chodzi?
Zawahałam się. O to, że żyjesz. O to, że przetrwałeś. O to, że jesteś tu, a nie gdzieś indziej. Tam, gdzie trafiają ci, których nie ma kto przyjąć.
— O to, żeby ktoś się cieszył, że jesteś — odpowiedziałam w końcu.
— To niebezpieczne.
— Co?
— Cieszyć się z mojej obecności. To łatwa droga do zniszczenia.
W pomieszczeniu znów zapadła cisza.
— Nowa opiekunka się stara, jest młoda, ma jakieś pomysły — powiedziałam po chwili. — Widać, że chce, żeby to był normalny dom.
— To nigdy nie będzie normalny dom, tylko przechowalnia — mruknął ze złością. — I my też nie jesteśmy jedną wielką rodziną, tylko grupą obcych sobie osób. Myślisz, że kogokolwiek obchodzą moje urodziny?
Nie zaprzeczyłam, chociaż to nieprawda. Podświadomie mnie obchodziły.
— Idź spać — powiedział ciszej. — To jest tylko kolejny parszywy dzień w moim życiu. Ty, ja i reszta dzieciaków nie mamy się z czego cieszyć. Mamy być tylko grzeczni, ułożeni i słuchać ich we wszystkim, bo…
— …wylądujemy na ulicy — dodałam. Znałam tę śpiewkę na pamięć.
— Jak tylko będę mieć osiemnaście lat, wtedy będzie mi wesoło. A wiesz, dlaczego? Bo zostawię za sobą Rosewood House. Zostawię te przeklęte drzwi, stół, plac i… — Spojrzał na mnie przenikliwie. Przełknęłam ślinę, bo na końcu języka krążyła mi dalsza część zdania.
I mnie. Zostawisz także i mnie.
— I wszystko, co wiąże się z tym cholernym domem. Cieszyłbym się, nie widząc już żadnego z was — dopowiedział.
Gdyby to zależało tylko od mojego rozumu, odeszłabym stąd w tej chwili, ale coś zagłuszyło go, zupełnie przesłaniając mi słowa, które właśnie wypowiedział. Byłam skupiona tylko na tym ważnym dniu, na tym, po co tutaj przyszłam.
Ścisnęłam w ręce brązową, rzemykową bransoletkę z małym oczkiem. Noah nosił podobne. Na tej była jednak mała srebrna błyskawica. Coś, co kojarzyło mi się z burzą, z chaosem, z nim. Noah był chłopakiem, który miał w sobie wszystko to, co gwałtowne, całe to napięcie, które momentami wyładowywał na innych było jak błysk. Nie raz widziałam, jak się bił, jak gwałtownie reagował na zaczepki, jak próbował wszystkiego, co poza granicą. Nie planowałam mu niczego kupować, ale kiedy zobaczyłam ją na jednej z wystaw małego sklepiku, od razu pomyślałam o nim.
— Wszystkiego najlepszego, Noah. Niech się spełnią twoje marzenia. — Czułam jak głos mi drży, gdy kładłam prezent obok niego. Podniósł na mnie wzrok, a potem skupił go na bransoletce.
— Błyskawica — szepnął. I kiedy już wydawało mi się, że weźmie ją, odwrócił się znów plecami. — Zabierz to.
— To dla ciebie. Z okazji urodzin.
— Nie potrzebuję od was niczego. Zwłaszcza od takich jak ty.
— Dlaczego zwłaszcza?
— Po prostu idź już sobie! Zostaw mnie w spokoju — warknął.
Byłam przyzwyczajona do wybuchów, ale chyba tym razem miałam cichą nadzieję na inny obrót sprawy. Wyciągnęłam rękę przed siebie i lekko dotknęłam jego ramienia.
— Noah…
— Nigdy więcej mnie nie dotykaj. Powiedziałem, że niczego od ciebie nie chcę. Nie potrzebuję litości.
Cofnęłam dłoń.
— To nie litość. To życzliwość, znasz takie słowo?
— Znam inne. — Wstał i spojrzał na mnie uważnie. Mimowolnie się cofnęłam i zderzyłam ze ścianą. Noah oparł jedną rękę nad moją głową. Był o wiele wyższy, ale to nie to sprawiało, że czułam się słabsza. To jego tęczówki, przed którymi nigdy nie umiałam być obojętna. Obecność tego chłopaka wlewała we mnie niepokój, ale jej brak wywoływał jeszcze większy. Nasza relacja to był sarkazm, ironia, wieczne docinanie sobie i wiele niedopowiedzeń, czułam, że to zbyt wybuchowa mieszanka, ale za tą niechęcią kryło się coś głębszego. Tylko co?
— Jakie? — Rozchyliłam lekko usta. Był zbyt pewny siebie.
— Wychodzą ci rumieńce. Nie możesz znieść, że jesteśmy tak blisko?
Wzięłam głęboki wdech. Coś w tym było, kiedy stał tuż obok, nie miałam na tyle sił, by zamienić wszystko w soczyste żarty jak zawsze.
— Jakie słowo, Noah?
— Irytacja — odpowiedział. — Właśnie to we mnie wywołujesz, Iskro. Ty i twoje pomysły. Więc… — Nachylił się do mojego ucha. Niemal czułam, jak jeżą mi się mikroskopijne włoski na szyi, a jego głos ślizgał się po niej jak szpikulec po atłasowym materiale. — Zjeżdżaj stąd, ale już. — Wbił we mnie spojrzenie, które miało mnie skłonić do wyjścia, ale nie mogłam oderwać wzroku od jego tęczówek.
— Nie dajesz mi przejść — oznajmiłam.
Zmrużył lekko oczy. Ciemny kosmyk opadł mu na twarz.
— Nie przychodź tu, kiedy jestem sam.
— Zawsze będziemy na siebie wpadać. Rosewood jest niewielkie.
— Wystarczająco duże, by nie mijać się co chwilę. — Odsunął się ode mnie i tak po prostu wyszedł. Jego zapach drażnił mój nos, mieszanka perfum z czymś, co przypominało miętowy odświeżacz do ust, sprawiła, że jeszcze długo patrzyłam w stronę, w którą poszedł.
Nagle poczułam, że kolejne urodziny Noaha zbliżały nas nieuchronnie do tego, że jako pierwszy opuści mury tego domu. W kącikach oczu zapiekły mnie łzy. Łzy niezrozumienia, bezsilności i niewiedzy o tym, czego tak naprawdę oczekiwałam. Nie wiem na co liczyłam, na radosne pojednanie? Na to, że gest życzliwości zostanie doceniony? Nic z tych rzeczy się nie wydarzyło. Noah był tym samym chłopakiem co zawsze, a urodzinowy prezent potraktował jako gest z litości. Mimo wszystko, kiedy rano zeszłam do bawialni, prezent zniknął. Nie było go w koszu, ani pod drzwiami pokoju dziewczyn, więc Noah musiał go jednak zabrać. Wziąć jedyny prezent, który kiedykolwiek komuś podarowałam.
Kiedy Anna Wilson oznajmiła, że Reed nie zje z nami kolacji, bo źle się czuje, nie uwierzyłam jej. Wiedziałam, że specjalnie skłamał, by zostać w pokoju, ale kiedy ruszyłam do siebie, kątem oka dostrzegłam go na dole. Drzwi były uchylone.
— Spakowałeś się — powiedziałam, stając w drzwiach pralni. — Nawet się z tym nie kryjesz.
Noah zamarł na sekundę, trzymając plecak. Grzywka lekko opadła mu na czoło, przeczesał włosy i spojrzał przez okno. Słońce już dawno zaszło, plac przed Rosewood House, na którym bawiliśmy się jeszcze jako dzieciaki, spowijał mrok. Zdewaluowane huśtawki i zjeżdżalnie, o które nikt nie dbał, straszyły teraz swoim wyglądem. Przypomniałam sobie, jak pewnego wieczoru wpadliśmy tam na siebie. To było tuż przed kolejną wyprowadzką Noaha. On chyba nadal miał nadzieję, że to będzie jedna z ostatnich, a ja nie byłam przekonana, że nie sprawi rodzinie problemów. Mimo wszystko nie miałam pojęcia, na jak długo tam trafi i ta myśl sprawiała, że czułam dziwny ucisk w klatce. Teraz jednak było inaczej. Uciekał. Naprawdę uciekał.
— Nie wiesz, co robisz — rzuciłam bez namysłu.
— Idź sobie już, nie będę się tłumaczyć. — Odwrócił się gwałtownie. — Od kiedy to ciebie obchodzi, co robię? Zajmij się swoim nudnym życiem.
— Uciekasz jak tchórz — powtórzyłam to, co wcześniej, jak zdarta płyta. Jedyny argument, który miałam, to wejść mu na ambicję i sprawić, by jednak został.
Zapadła cisza. Noah zrobił krok w moją stronę.
— Nie mów mi, kim jestem — powiedział cicho. — Ty nawet nie próbujesz w pełni żyć. Siedzisz tu i liczysz dni, jakby ktoś miał po ciebie przyjść, a to się nigdy nie stanie. Nikt nas nie chce, nie rozumiesz? Nastolatków się nie adoptuje, bo są już ukształtowani, dorośli potrzebują wrzeszczących niemowlaków do swoich pięknych albumów. My jesteśmy im niepotrzebni, jak pieprzone ogryzki rzucone koło śmietnika.
— Nieprawda, nie mów tak — odpowiedziałam smutno.
— Wiesz, co jest tchórzostwem? Udawać, że tu czeka cię cokolwiek dobrego. Wierzyć w jakieś baśnie o tym, że trafisz do dobrego domu. Rudzielec? Masz z nas wszystkich najmniejsze szanse. — Wzruszył ramionami. Z jego głosu sączyła się trucizna, był zły i tą złością nasączał każde słowo, powodując, że jad powoli rozlewał się w moich trzewiach.
Dotknęłam mimowolnie swoich włosów, nie lubiłam ich, to prawda, były gęste i lśniące, ale marchewkowe, a to w połączeniu z piegami nie dawało zbyt dobrego wrażenia. Czasem miałam przeświadczenie, że wszyscy widzieli mnie tylko przez pryzmat koloru, a nie tego jaka jestem. Dlaczego Noah miałby sądzić inaczej?
— Myślisz, że jesteś jedyną osobą, która tu utknęła? — wybuchłam. — Że tylko ty masz prawo chcieć więcej? Że tylko ty marzysz? Mam cię gdzieś — odparowałam. Czułam, że jeśli teraz czegoś nie powiem, będę żałowała, ale jak mogłam mówić cokolwiek, skoro sama siebie nie rozumiałam? Byliśmy teraz tak blisko, że czułam jego oddech.
— Kłamczucha.
— O czym ty mówisz?
— O tym, że zawsze tak gniewnie patrzysz, kiedy odchodzę. O tym, że zawsze spotykam cię pierwszą, jak tylko odsyłają mnie z kolejnego domu. O tym, że jako jedyna składasz mi życzenia.
Moje nogi stały się tak ciężkie, że nie mogłam się poruszyć. Przejrzał mnie. Wpadaliśmy na siebie przypadkiem, ale tak naprawdę mimowolnie szukałam jego towarzystwa. Byleby coś poczuć. Nawet drobna iskra, drobne spięcie między nami były lepsze niż głupkowate rozmowy z młodszymi dziewczynami. Noah wydawał się mądry. Arogancki, ale inteligentny i kiedy przerzucaliśmy się sarkastycznymi żartami, było to zupełnie inne uczucie. Co mogłam odpowiedzieć? Nie miałam na to żadnych słów, mogłam się jedynie wyprzeć, zamienić wszystko w żart.
— Już mówiłam, wielokrotnie, że Rosewood jest małe. Ciężko mi cię omijać.
— Więc teraz będzie ci łatwiej. Mówiłem ci już, żebyś nie wchodziła tam, gdzie jestem sam.
— To część wspólna.
— I w jakim celu przyszłaś do części wspólnej? — ironizował.
Nie miałam odpowiedzi. Miałam tylko wściekłość i strach, które mieszały się w sercu. Strach, że zostanę tu sama i wściekłość, bo nigdy nie miałam na tyle odwagi, by zrobić to samo. Zawsze czekałam. Na piękne zakończenie brzydkiej bajki, w której utknęłam. Na słowa: “adoptują cię”, na dom, na rodziców, na bycie czyjąś.
— Nie odpowiesz?
— Ktoś musi pilnować, żebyś nie wpadł znowu w kłopoty i nie pociągnął nas za sobą — syknęłam. — Dlatego uważam, że to nie jest najlepszy pomysł. Właściwie to najgłupszy z twoich.
— Nie. — Pokręcił głową. — Kłopoty to ty. Poza tym… — Przysunął się bliżej. — Boisz się, że jeśli wyjadę bez ciebie… zostaniesz sama. Prawda?
Niemal stykaliśmy się czołami. Jego ciemne oczy świdrowały moje wnętrze, pokój znów zrobił się zbyt ciasny. Byliśmy tylko my i nasze oddechy. Chciałam go zatrzymać. Chciałam, żeby powiedział, że to żart, ale w nim już coś wybuchło, coś sprzeciwiło się tym wszystkim zasadom z naszego domu. Chciał wolności, prawdziwej wolności, a nie tylko takiej, która była chwilowa.
— Nieprawda — wyszeptałam.
— Kłamiesz, Iskro. Weszłaś tu po to, żeby wygłosić te swoje morały. Nie zbliżaj się już do mnie więcej, bo igrasz z ogniem.
— Z burzą — poprawiłam.
Uniósł brew.
— Co?
— Jesteś jak burza. Jak ta bransoletka. Ciągle wybuchasz, ciągle parzysz.
Spojrzał na mnie tak, jakby wiedział, że to do niego należy ostatnie słowo. Złapał mnie za nadgarstek, ale zaraz puścił, jakby rzeczywiście się sparzył. Jego uścisk był tak mocny, że aż syknęłam. Miałam wrażenie, że chciał mnie skrzywdzić, odepchnąć, ale jego oczy mówiły coś zupełnie innego. Mówiły: jeśli teraz odejdę, musisz wiedzieć, że nigdy się już nie zobaczymy, że Iskra i Burza nie mogły być w pobliżu siebie, zbyt mocno to wszystko kontrastowało.
— Wyjdź, bo inaczej się nie powstrzymam — powiedział tuż przy moich ustach, niemal wbijając jad w moje wargi. Przełknęłam ślinę, pokój nagle zrobił się mały, ściany kurczyły się, a mną wstrząsnął straszny ścisk. Nie znosiłam w sobie tej myśli, że chciałabym, żeby został, że obchodził mnie, że odkąd skończyłam sześć lat, Noah był tym, którego obecność… była jak powietrze — niewidzialna, a jednak niezbędna. Zacisnęłam palce na materiale jego bluzy, choć rozsądek krzyczał, żebym go odepchnęła, że ta nienawiść powinna rozlewać się po moim wnętrzu i nie pozwalać na żadne odstępstwo. Że wreszcie powinnam przestać tańczyć na krawędzi czegoś, co od lat groziło upadkiem.
— Zawsze tak dziwnie na mnie patrzysz — wyszeptałam drżąco.
Jego oddech musnął mój policzek. Pachniał deszczem i czymś ostrym, jakby burzą, która dopiero zbierała siły.
— Jak? — zapytał cicho.
Jakbyś mnie znał lepiej niż ja sama. Jakbyś wiedział, że całe moje „nienawidzę” jest tylko cienką warstwą lodu nad czymś o wiele głębszym.
Odsunęłam się o krok, ale on zrobił to samo w moją stronę. Zawsze tak było. Dwa bieguny przyciągające się wbrew wszelkim prawom, wbrew zdrowemu rozsądkowi.
— Powinniśmy przestać — powiedziałam, choć głos miałam słaby.
Te słowa zawisły między nami ciężkie jak ołów. Czułam, jak serce wali mi w piersi, jakby próbowało się wyrwać, uciec, zanim zrobię coś, czego nie będę mogła cofnąć. Jego dłoń znów odnalazła mój nadgarstek — tym razem delikatniej. Palce przesunęły się wyżej.
— Burza? Tak na mnie mówisz? — mruknął. — Świat z nami musiałby płonąć.
Nie chciałam być słaba. Nie przy nim. A jednak w tej jednej chwili zrozumiałam coś przerażającego — że największą słabością nie było to, co zrobiłam. To, że go dotknęłam. Było nią pozwolenie mu odejść. Mimo wszystko zrobiłam krok w stronę drzwi. Potem drugi. A potem odwróciłam się, bo serce, głupie i uparte, nigdy nie słuchało rozumu. Zagryzłam wargi i już miałam powędrować w stronę pokoju, kiedy natknęłam się na pannę Wilson.
