To jej wina - Mara	 Andrea - ebook + książka
NOWOŚĆ

To jej wina ebook

Mara Andrea

4,5

266 osób interesuje się tą książką

Opis

Książka nominowana do nagrody An Post Irish Book Award za rok 2021 w kategorii Kryminał Roku

Jeden zaginiony chłopiec

Cztery winne kobiety

Kto jest tak naprawdę winny, skoro każdy skrywa jakieś sekrety?
 

Marissa Irvine dociera pod adres Tudor Grove 14, żeby odebrać swojego synka Milo z pierwszego spotkania z kolegą z nowej szkoły. Lecz kobieta, która jej otwiera, nie jest znajomą mamą. Nie jest też opiekunką. Nie ma u niej Milo. Tak zaczyna się najgorszy koszmar każdego rodzica.

Wieści o zniknięciu chłopca krążą po cichym dublińskim przedmieściu. Kiedy pojawia się nazwisko podejrzanej osoby, rozchodzą się plotki o kobietach związanych z tym wstrząsającym zdarzeniem. Choć tylko jedna z nich mogła porwać Milo, to obwiniać można je wszystkie…
 

Wciąga natychmiast. To jej wina bazuje na największym koszmarze każdej matki i zręcznie przeplata oryginalne zwroty akcji.

Phoebe Morgan, autorka Idealnej opiekunki

Dziecko Marissy zostało porwane. Rozpracowywanie, kto to mógł być, to największa frajda z lektury tej pełnej przebiegłych zwrotów akcji opowieści.

„Irish Independent”

Ostre, wyrafinowane i pełne napięcia.

Cara Hunter, autorka "Kto porwał Daisy Mason?"

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 389

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (44 oceny)
30
11
0
1
2
Sortuj według:
Marzenalesiak55

Nie oderwiesz się od lektury

Super warto przeczytać
20
Kamila1090

Dobrze spędzony czas

Lubicie thrillery gdzie dużo się dzieje? W powieści " To jej wina" akcje dostajemy dosłownie od pierwszych stron. Od samego początku byłam zaintrygowana pomysłem na wątki i akcją nabierającą tempa. Cóż.. Tak było na początku. Zostałam "zawalona" dużą ilością bohaterów, którzy mylili mi się praktycznie do końca książki. Mamy książkę podzieloną na części jak również na czas taraźniejszy i przeszły. Mogło musiałam zaangażować się w tą historię, mimo że mnie ciekawiła. Od dłuższego czasu czytam kilka książek jednocześnie lecz tutaj musiałam zrobić przerwę na inne by nie zgubić się w książce. Wielowątkowość i opis przeszłości bohaterów jest mocno ukazany przez co miałam problem nad odbiorem tej lektury. Nie mogę zarzucić tej książce nudy, zdecydowanie akcja nabiera tempa od początku, mamy wiele sekretów i nie domówień. Zakończenie było dla mnie średnie. Uważam je za mocno naciągane i nie mogłam poskładać tego na całokształt historii. Nie zgadzały mi się pewnie kwestie. Nie uważam ...
20
Malwi68

Nie oderwiesz się od lektury

"Hej, Marisso. Tu Jenny, mama Jacoba. Może Milo chciałby przyjść do nas pobawić się po szkole w następny piątek?” Marissa dostając tego SMS-a od nie dawno poznanej, matki kolegi z klasy jej syna, nie przypuszcza, że będzie to początek tragedii rodzinnej. Czemu? Otóż w chwili, gdy pod koniec dnia kobieta przyszła pod podany jej wcześniej adres, nie tylko nie zastała własnego, czteroletniego, dziecka, ale również, Jenny. Pod tym adresem mieszkają, bowiem, obcy ludzie, a na dodatek Jenny zaprzeczyła jakoby zapraszała na ten wieczór jej syna. Od tej chwili wszystko stało się jasne, doszło do porwania. Powiadomiona policja, po przesłuchaniu świadków, doszła do pewnych niepokojących ustaleń. Rozpoczęła się walka z czasem, aby chłopiec został odnaleziony cały i zdrowy. Z racji, że rodzice Milo są bardzo bogaci mają jeszcze nadzieję, że porywacze zażądają okupu. Prawda okazała się niezwykle skomplikowana i upłynie dużo czasu, zanim czytelnik ją pozna. Rewelacyjny thriller typu domestic, pełe...
20
Macans

Nie oderwiesz się od lektury

genialna, jednym tchem
20
alixana_a

Nie oderwiesz się od lektury

Co za historia! Myślałam, że w temacie zaginionych dzieci trudno już wymyślić coś oryginalnego. Ale autorka mnie kompletnie zaskoczyła. Książka nieodkładalna. Naprawdę bardzo mi się podobało!
20



Tytuł oryginału: All Her Fault

Projekt okładki: Black Sheep

Redakcja: Anna Poinc-Chrabąszcz/Chat Blanche

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska

Fotografia wykorzystana na okładce

© Claire Walsh/Arcangel

© Andrea Mara, 2021

First published as All Her Fault in 2021 by Bantam Press, an imprint of Transworld Publishers. Transworld Publishers is part of the Penguin Random House group of companies.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2022

© for the Polish translation by Daria Kuczyńska-Szymala

ISBN 978-83-287-2241-5

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2022

– fragment –

Dla Nicoli, z miłością

CZĘŚĆ I listopad 2018

1

MARISSA

piątek

Dom wyglądał jak każdy inny dom, a drzwi – jak każde inne drzwi. Normalnie. Nic szczególnego. Marissa spodziewała się czegoś innego. Nacisnęła dzwonek i się cofnęła. Czego oczekiwała? Chyba czegoś bardziej imponującego. Jenny wyglądała tak elegancko na przyjęciu dla rodziców. Marissa zdała sobie sprawę, że w jej głowie powstał pewien obraz, który nie do końca pasował do tego bardzo zwyczajnego domu i bardzo zwyczajnych drzwi.

Czekając, myślała o wszystkim tym, co zaplanowali na ten weekend. Będzie musiała zajrzeć do biura – audyt już za kilka tygodni, więc powinna jeszcze raz przejrzeć dokumenty dotyczące spadku Fenelonów. Poza tym mecz tenisa, spotkanie klubu książki… Cholera, wciąż nie dokończyła zadanej lektury.

Usłyszała kroki. W szybie drzwi pojawił się cień, gdy Jenny do nich podeszła. Lecz kiedy drzwi się otwarły, okazało się, że to nie Jenny. Niska kobieta z masą niesfornych ciemnych loków trzymała w ręce ścierkę kuchenną. Może to niania? Choć nie wyglądała jak niania czy opiekunka au pair, które Marissa widywała co rano, kiedy podrzucała Milo do szkoły.

– Dzień dobry, jestem Marissa. Chciałam odebrać mojego syna, Milo – powiedziała.

– Och, musiała pani pomylić domy, bo tu nie ma żadnego Milo.

– Ojej! – westchnęła Marissa i zaczęła szukać telefonu w torbie. – Bardzo przepraszam, już sprawdzam… – Otworzyła wiadomość od Jenny i przeczytała ją na głos.

– Tudor Grove czternaście… – Spojrzała na kobietę. – A jaki tu jest numer?

– Czternaście, ale tu nie ma żadnego Milo. Jestem tylko ja.

Marissa potrząsnęła głową i ponownie spojrzała na wiadomość, jakby coś mogło się w niej przez tych parę sekund zmienić. Podsunęła telefon kobiecie.

– Chyba nie zwariowałam. Proszę spojrzeć, czy tu nie jest napisane Tudor Grove czternaście?

Kobieta potwierdziła.

– Ktoś musiał pani podać zły adres. Może niech pani do tej osoby zadzwoni?

Zaczęła zamykać drzwi i wtedy Marissa poczuła pierwsze ukłucie niepokoju. Zupełnie jak w zeszły weekend, kiedy nie mogła znaleźć Milo na placu zabaw – był tam gdzieś, oczywiście, że był, ale wiedziała, że się nie uspokoi, dopóki go nie zobaczy. I zaraz potem go dostrzegła. Teraz jednak było inaczej. Stała pod domem Jenny, a kobieta, która nie była Jenny, właśnie zamykała drzwi.

– Chwileczkę! Przepraszam, czy mogłaby pani poczekać, aż zadzwonię, bo może zaszło jakieś nieporozumienie?

W łagodnych brązowych oczach kobiety widać było, że nie ma pojęcia, o jakie nieporozumienie chodzi Marissie, ale nie domknęła drzwi. Marissa kliknęła symbol słuchawki pod wiadomością od Jenny i czekała na sygnał łączenia. Ale go nie było. Tylko automatyczny komunikat.

Nie ma takiego numeru.

Niepokój zmienił się w lekką panikę.

– Nie ma takiego numeru – powtórzyła ochrypłym głosem Marissa.

– Proszę wejść – odpowiedziała kobieta, otwierając szerzej drzwi. – Wyjaśnimy to. Pewnie jakieś problemy techniczne operatora.

Mówiła coś, gdy Marissa szła za nią do kuchni, cały czas próbując dodzwonić się do Jenny. Ale za każdym razem słyszała ten sam komunikat.

Nie ma takiego numeru.

– A ta osoba, do której pani dzwoni, to kto to jest?

– Jenny. Mama ze szkoły. Mój syn Milo umówił się z jej synkiem, Jacobem. Pod tym adresem miałam go odebrać.

Wyrzucała z siebie te słowa gwałtownie i bez tchu.

Pokazała kobiecie wiadomość od Jenny.

Nasz adres to Tudor Grove 14. Jeśli nie wrócę z pracy przed Twoim przyjazdem, to z chłopcami będzie nasza niania, Carrie.

Kobieta przechyliła głowę, wyraźnie zaskoczona.

– To nie ma sensu – mówiła dalej Marissa. – Skoro to jej adres, to dlaczego jej tu nie ma? – Zaczęła oddychać szybciej i płycej. – Dlaczego nie ma tu Milo?

– Nigdy wcześniej pani u niej nie była?

– Nie, nie. Milo zaczął szkołę dopiero w tym roku i pierwszy raz umówił się z Jacobem. – Gwałtownie przełknęła ślinę, a przy okazji haust powietrza, i spróbowała uspokoić oddech. – Poznałam Jenny na przyjęciu dla rodziców i była bardzo miła. Nie rozumiem, co się dzieje. Jak mogła pomylić się we własnym adresie?

– A ma pani numery do innych rodziców z klasy? Może mogłaby pani spytać kogoś o jej właściwy adres.

Oczywiście. To właśnie powinna zrobić. Sarah Rayburn na pewno będzie miała kontakt do Jenny, Sarah zna wszystkich. To musi być jakaś pomyłka. Marissa znalazła numer Sarah i wybrała go. Sarah odebrała, zaskoczona.

– Marisso, jak się masz? – powiedziała głosem, który sugerował: Dlaczego dzwonisz do mnie w piątek o wpół do piątej?

– Sarah, masz może numer telefonu do Jenny Kennedy? Milo umówił się z Jacobem, ale Jenny chyba przysłała mi zły adres i teraz nie wiem, skąd go odebrać! – Marissa roześmiała się, ale zabrzmiało to histerycznie.

– Marisso, to chyba jakieś nieporozumienie. Nie pomyliły ci się daty?

– Co masz na myśli?

– Milo nie mógł umówić się z Jacobem. Jacob jest teraz u nas w domu.

W tym momencie Marissa zasłabła. Upuściła telefon, oparła się o ścianę i spojrzała na gospodynię.

– Nie wiem, gdzie jest mój syn – szepnęła i osunęła się na podłogę obcego domu.

2

MARISSA

piątek

Miała na imię Esther – ta kobieta, która mieszkała w do­mu, który miał być domem Jenny. Marissa usłyszała, jak się przedstawia, gdy Esther podniosła jej komórkę z podłogi i przejęła rozmowę z Sarah.

– Jestem z pani znajomą, ona zasłabła. – Esther rozmawiała przez telefon, przykucając przy Marissie. – Sarah, tak? Czy ma pani dobry numer telefonu do tej Jenny?

Podeszła do stołu i przytrzymując telefon ramieniem przy uchu, zapisała coś na kopercie.

– Wspaniale. Zadzwonimy do niej. Czyli synek Jenny jest u pani w domu? Jest pani pewna? Oczywiście, rozumiem. Tak, damy znać. Tak. Do usłyszenia.

Esther rozłączyła się i spojrzała na Marissę.

– Zadzwonić w pani imieniu? Do tej pani przyjaciółki Jenny?

Marissa pokiwała głową. Tylko że Jenny nie była jej przyjaciółką. Spotkały się raz, tamtego wieczoru na przyjęciu dla rodziców. Zaiskrzyło między nimi, gdy zobaczyły, że włożyły takie same sukienki. „Albo będziemy się unikać cały wieczór, albo pośmiejemy się z tego i zrobimy wspólne selfie” – powiedziała wtedy do Jenny, nieśmiałej kobiety z Cork, która pomimo pewnego wycofania wydawała się lubić dobrą zabawę. Kiedy Jenny napisała wiadomość z zaproszeniem dla Milo do Jacoba, Marissa nawet się nie zastanawiała. Przecież się poznały, na litość boską, przecież nie wysłała dziecka do obcej osoby. A może jednak tak? Jezu Chryste, tak?

Dostrzegała coś w oczach Esther, która czekała z telefonem przy uchu wpatrzona w Marissę. Nagle wyraz jej twarzy się zmienił.

– Halo, Jenny? Nie zna mnie pani, ale jest obok mnie pani przyjaciółka Marissa. Ze szkoły syna? Tak. Chyba zaszło jakieś nieporozumienie, bo myślała, że jej syn jest dziś u pani w domu. Włączę panią na głośnomówiący. – Esther położyła komórkę na stole.

– Hej, przepraszam, jestem w pracy. Na delegacji we Francji – oznajmił głos w telefonie. – Nie zapraszałam nikogo na dzisiaj do domu. Jacob jest u Sarah Rayburn.

– Ale wysłałaś mi wiadomość? – powiedziała Marissa. – Wiadomość z zaproszeniem?

– Nie, nie wysyłałam żadnego zaproszenia… Nie wiem, co się stało. Ale w klasie jest przecież drugi Jacob, może o niego chodzi?

Esther uniosła brwi, patrząc na Marissę. Czy to możliwe?

Oczywiście. Jacob… Wilcox? To musi być to. Boże, ależ z niej idiotka, wywołać takie zamieszanie. Marissa zaczęła wstawać z podłogi, ale nagle się zawahała. To miałoby sens tylko wtedy, gdyby tamta druga mama też miała na imię Jenny. I nadal nie wyjaśniało, dlaczego podała zły adres.

Marissa wstała i podniosła telefon ze stołu.

– Jenny, czy mogłabyś przesłać mi numer telefonu mamy Jacoba Wilcoxa?

Gdy kilka sekund później doszła wiadomość z numerem, Esther i Marissa spojrzały na nią bez słowa. Mama drugiego Jacoba nie miała na imię Jenny, oczywiście, że nie. Ale to na pewno da się jakoś wyjaśnić, dowiedzą się czegoś, kiedy z nią porozmawiają.

Esther wcisnęła „połącz” i ponownie włączyła tryb głośno­mówiący.

Po ciągnącej się w nieskończoność chwili ktoś odebrał.

– Halo? Przepraszam, wyskoczę na chwilę – rozległ się brzęczący głos. – Tu w barze nic nie słychać. Halo?

Esther spojrzała na Marissę i odezwała się:

– Dzień dobry, jestem znajomą Marissy. Jej synek Milo chodzi do klasy z pani Jacobem i chciałybyśmy się dowiedzieć, czy Milo jest dziś u pani w domu.

– Nie, Jacob jest u mojej teściowej. Przepraszam, jestem na imprezie firmowej i kiepsko słyszę. Skąd pomysł, że miałby być u nas w domu?

– To chyba jakieś nieporozumienie, dziękuję. – Esther się rozłączyła. Popatrzyła na Marissę. – A może to tata Milo odebrał go ze szkoły i zapomniał powiedzieć?

Peter. Może rzeczywiście. Przedwczesna ulga ogarnęła Marissę, która wybrała numer do męża.

– Wiem, wiem, wieczór z pizzą – rzucił od razu do słuchawki. – Jeszcze tylko jeden plik dokumentów do wysłania i ruszam do domu. Czy Miś Milo dobrze się bawił u kolegi?

– Peter, on nie jest z tobą?

– Milo? Nie, jestem jeszcze w pracy. Czy coś się stało? Nie jest z tobą?

– Miał być u kolegi, ale kiedy przyjechałam go odebrać, to go nie było. Tylko że to był nie ten dom, mama kolegi musiała mi podać zły adres – odpowiedziała Marissa na jednym nerwowym wydechu.

– To zadzwoń do niej po adres – zaproponował Peter.

– Dzwoniłam, ale to nie ona. – Marissa wiedziała, że to nie ma sensu. – Osoba, z którą umówiłam Milo, podpisywała się jako Jenny, ale to nie była ta Jenny, którą znam. I tamten numer nie działa.

– Ale chyba dzwoniłaś do tej mamy, żeby potwierdzić spotkanie?

– Nie, ustaliłyśmy wszystko esemesami. – O Boże, powinna była zadzwonić. Dlaczego tego nie zrobiła?

– Okej, wychodzę z biura. Musimy zawiadomić policję. Możesz to zrobić? I zadzwoń po kolei do wszystkich rodziców z klasy. Spotkamy się w domu.

Marissa rozłączyła się i wybrała 112.

Ostatecznie to Esther odwiozła Marissę do domu, żeby ta mogła rozmawiać przez telefon. Marissa chyba i tak nie byłaby w stanie prowadzić auta. Dłonie jej się trzęsły, gdy wybierała kolejne numery i za każdym razem otrzymywała tę samą odpowiedź. „Nie, nie ma go tutaj. Mogę jakoś pomóc? To na pewno nieporozumienie”. W pełnych troski głosach brzmiała ulga, pod każdym „Dajcie koniecznie znać” kryło się „Bogu dzięki, że to nie moje dziecko”.

Kiedy Esther wjechała na podjazd, Marissa wyskoczyła z samochodu, nagle przekonana, że Milo będzie w domu. Będzie siedział na progu, trafiwszy jakoś samodzielnie ze szkoły. Zawołała go raz i drugi, sprawdziła dom z obu stron, zastanawiając się, czy dałby radę otworzyć boczną furtkę i dostać się do ogrodu. Już w domu podbiegła do tylnych drzwi, otworzyła je roztrzęsionymi rękami i wypadła do ogrodu, cały czas wołając imię syna. Nic. Nikogo tam nie było.

Esther szła za nią i teraz przystanęła w kuchni.

– Na zewnątrz stoi radiowóz garda[1] i właśnie wysiada z niego dwoje policjantów. Oni się tym zajmą, proszę się nie martwić. Niech pani tu usiądzie – powiedziała, kładąc dłoń na stołku przy barku.

Marissa jednak nie usiadła. Wyjęła telefon z kieszeni i wybrała kolejny numer, ale tam już wcześniej dzwoniła. Pogubiła się już i nie mogła sobie przypomnieć kolejnych nazwisk. Czy byli jeszcze jacyś rodzice, których telefonów nie miała? Czy Ana będzie wiedzieć? Zaraz, może ona ma z tym coś wspólnego, może wcale nie wyjechała?

Zadzwonił dzwonek, choć drzwi frontowe były otwarte. Marissa zobaczyła dwoje policjantów na progu i dała im znak, by weszli.

– Muszę zadzwonić do Any, naszej au pair – stwierdziła, zanim którekolwiek z nich się odezwało. – Wyjechała na weekend i wzięła dzień wolny, ale może pomyliły mi się weekendy, może to ona odebrała Milo…

Wcisnęła numer do Any i czekała na sygnał, przyciskając telefon do ucha tak mocno, że aż bolało. Ana nie odbierała. Marissa spróbowała ponownie. Znowu nic.

– Pani Irvine – powiedziała policjantka, blondynka po trzydziestce, która sprawiała wrażenie poważnej, ale sympatycznej – jestem sierżant McConville, a to garda Breen. – Skinęła głową w stronę kolegi, wysokiego i szczupłego mężczyzny o nieco znudzonym wyrazie twarzy. – Czy może nam pani wyjaśnić, co się stało?

Marissa opisała sytuację, a Esther w tym czasie przygotowała herbatę. Breen robił notatki. Marissa przerywała co chwilę, by znów zadzwonić do Any, ale nadal nikt nie odbierał. Próbowała też połączyć się z nadawcą wiadomości od „Jenny”, a potem pokazała komórkę policjantom.

– Nie ma takiego numeru, ale nie wiem, co to znaczy.

Policjanci nie wymienili spojrzenia, jednak Marissa wyczuła między nimi jakieś porozumienie. Cokolwiek by o tym myśleć, nieistniejący numer to nic dobrego.

– Ile lat ma pani syn, pani Irvine?

– Cztery – odrzekła Marissa łamiącym się głosem i znów spróbowała się połączyć z Aną.

Dźwięk klucza w drzwiach sprawił, że podskoczyła i wybiegła na korytarz. Do domu wszedł Peter, ale sam. Milo za nim nie dreptał. Czuła, że wszystko zaczyna wymykać jej się z rąk.

– Peter, gdzie on jest? – zapytała, przywierając do jego piersi. Mąż objął ją, wtulając twarz w jej włosy.

– Nic mu nie będzie, obiecuję, znajdziemy go. Czy policjanci są w kuchni?

Pokiwała głową i zaprowadziła go do McConville i Breena oraz Esther i wyjaśniła, że to tak naprawdę ona mieszka przy Tudor Grove 14.

Breen, który z jasnymi włosami i rumianą twarzą wyglądał, jakby dopiero co skończył szkołę policyjną, wycofał się do kąta, żeby zadzwonić. Może sprawdzał, do kogo należy numer „Jenny”? Marissa starała się podsłuchać, lecz mówił za cicho.

– Może Ana coś wie? – zapytał Peter.

– Nie mogę się do niej dodzwonić. Powinna być w Galway[2] ze swoim chłopakiem, ale z jakiegoś powodu nie odbiera.

Popatrzyli na siebie, nie wiedząc, co powiedzieć.

McConville odchrząknęła i spojrzała na nich swoimi dużymi szarymi oczami. Była w nich powaga, ale też współczucie.

– Czy mogliby mi państwo dać zdjęcie Milo?

W tym momencie Marissa poczuła ciężar rzeczywistości niczym kamień młyński na piersi. To nie było już jakieś nieporozumienie. Jej syn oficjalnie zaginął.

3

MARISSA

piątek

Od tego momentu sprawy toczyły się błyskawicznie, jednak Marissa obserwowała wszystko jak w zwolnionym tempie. Oniemiała, tarła jedynie co chwila bliznę na podbródku. Peter siedział przy stole i przeglądał zdjęcia w telefonie, szukając fotografii Milo. Esther dorobiła herbaty. McConville rozmawiała przez telefon, próbując zdobyć numer do nauczyciela Milo, pana Williamsa. Przecież z pewnością będzie wiedział, kto odebrał Milo ze szkoły. Marissa usiłowała sobie wyobrazić kolejkę rodziców odbierających dzieci – nauczyciel przechodził przez boisko do oczekujących rodziców i przekazywał im zerówkowiczów z młodszej grupy jednego po drugim[3]. Musieli podnosić rękę, gdy widzieli swoich rodziców albo opiekunkę. Nauczyciel nigdy nie wypuszczał ich bez sprawdzenia. Ale mnóstwo dzieci odbierały w różne dni różne osoby: rodzice, nianie, dziadkowie. Jeśli dziecko podniosło rękę, to czy nauczyciel faktycznie weryfikował, kto je odbiera?

Breen zerkał na zdjęcie Milo w telefonie Petera i robił notatki.

– W co był dzisiaj ubrany?

– W szkolny mundurek. Och, i swój ulubiony płaszcz przeciwdeszczowy. Jaskrawozielony w srebrne dinozaury. Uwielbia go.

– A czy Milo ma jakieś cechy szczególne? – zapytał policjant.

Ma? Czy pieprzyk na stopie się liczy? Albo dołek w brodzie? Marissę znów obezwładniły szok i strach, kiedy pomyś­lała o jego małych stopach i jasnowłosej główce.

– Nie, nie ma – odpowiedział Peter. – Choć jego włosy zwracają uwagę. Są trochę dłuższe niż u większości chłopców i bardzo jasne. Jest też dość mały na swój wiek.

– Jakieś choroby?

– Nietolerancja laktozy – szepnęła Marissa. – I nie jada skorupiaków, bo obawiamy się, że jest na nie uczulony, ale nie mamy pewności.

Breen wydawał się zdezorientowany, więc Marissa zaczęła wyjaśniać.

– Peter ma alergię na skorupiaki, więc nigdy ich nie jadamy. Chcemy zrobić Milo testy, żeby mieć pewność. Kiedyś dziwnie zareagował na paracetamol, więc też mu go nie podajemy. Na zwykłe mydło też ma uczulenie, dostaje wysypki.

Breen popatrzył na nią sceptycznie. Może nie wierzył w nietolerancje i alergie.

– Okej. Jeszcze coś nietypowego?

– Jest niezwykle bystry jak na swój wiek. Świetnie radzi sobie z liczbami i ma obsesję na punkcie kolorów. Zawsze mówi o barwach różnych rzeczy, takich, których my nawet nie dostrzegamy, jak kolory liter czy liczb. Na pewno ktoś by go zauważył, gdyby go posłuchał… – Marissa umilkła, speszona uniesionymi brwiami Breena. Nie takich informacji potrzebował, to w niczym nie pomoże.

McConville podeszła do nich z telefonem przy uchu.

– Mam już numer do pana Williamsa, właśnie do niego dzwonię – oznajmiła.

Peter wziął Marissę za rękę.

– Na pewno by zadzwonił, gdyby nikt nie zgłosił się po Milo. Nauczyciele nie zabierają dzieci do domów w takich sytuacjach.

– Wiem, wiem – odezwała się Marissa niskim, pełnym napięcia głosem. Oczywiście, że nauczyciele nie zabierają uczniów do domów. Chyba że są jakimiś szaleńcami. A pan Williams – mężczyzna w średnim wieku z brzuszkiem i miłym uśmiechem – na takiego nie wyglądał. Ale w sumie to jak niby wyglądają szaleńcy?

– Pan Williams? Mówi sierżant McConville z posterunku policji w Blackrock. Dzwonię w sprawie ucznia z pańskiej klasy. Czy pamięta pan, kto odebrał dzisiaj ze szkoły Milo Irvine’a?

Marissa i Peter nachylili się jednocześnie, żeby lepiej słyszeć.

– Rozumiem. Jest pan pewien? – powiedziała McConville, zerkając na nich. – I nic nie zwróciło pana uwagi? Dobrze. Prawdopodobnie będziemy chcieli porozmawiać z panem jeszcze dziś wieczorem. Zadzwonimy wcześniej, żeby się upewnić, czy jest pan już w domu.

– O co chodzi? Kto to był? – zapytała Marissa, zanim McConville zdążyła się rozłączyć.

– Powiedział, że Milo odebrała opiekunka. Czy możecie dać mi jej numer i nazwisko?

Marissa poczuła ulgę.

– Ana Garcia. Może spotkanie Milo z kolegą odwołano albo ona się zorientowała, że to jakieś nieporozumienie. Spróbuję znowu zadzwonić.

Marissa wybrała numer, ale ponownie nikt nie odebrał. Podała swój telefon McConville, a ta zapisała numer na swojej komórce i ponownie połączyła się z posterunkiem. Żeby porozmawiać, wyszła na korytarz.

Peter wstał i przeczesał palcami włosy.

– Ale czy ona nie miała mieć wolnego? I wyjechać do Galway?

Marissa rozłożyła ręce.

– Nie wiem, Peter! Staram się to jakoś poskładać. Jak tylko się do niej dodzwonimy, dowiemy się, co się stało. Najważniejsze, że to ona go odebrała.

McConville wróciła do kuchni i popatrzyła na nich.

– Od dawna znacie opiekunkę Milo?

– O mój Boże, co się stało? – zapytała Marissa, a Peter opadł na krzesło.

– Po prostu musimy wszystko sprawdzić. Czy dobrze ją znacie?

– Oczywiście! – zapewniła Marissa. – Opiekuje się Milo od ponad roku i doskonale sobie radzi.

– A ma tutaj jakieś kontakty, jakąś rodzinę w Irlandii?

– Nie, wszyscy są w Peru, ale ma chłopaka. On też jest Peruwiańczykiem i pracuje w call center w Dublinie albo może w Sandyford[4], nie pamiętam.

– Gdzie mieszkają?

– Ona wynajmuje pokój w Dún Laoghaire[5], nie mieszkają razem.

W tym momencie wtrącił się Peter.

– Ależ tak, mieszkają. On wynajmował pokój w tym samym domu, tak się poznali.

Marissa spojrzała na niego. Dlaczego Ana nigdy o tym nie wspomniała? Ale przecież nie rozmawiały zbyt wiele o jej życiu osobistym – głównie o Milo i o tym, co robił danego dnia.

– W każdym razie mamy do niej całkowite zaufanie. Jeśli to ona odebrała dziś Milo, to wszystko w porządku.

Breen spojrzał na McConville i przesunął notes i długopis po stole w stronę Marissy.

– Możecie zapisać jej adres? Wyślemy tam kogoś, skoro nie odbiera telefonu.

Marissa wzięła długopis drżącą dłonią.

– Właściwie to nie znam jej adresu… – Spojrzała na męża. – A ty znasz? Gdzieś przy Tivoli Road, prawda?

– A nie koło ronda Glenageary? Poczekaj… – poprosił. – Powinienem mieć jeszcze jej CV w mailach.

Kiedy klikał i przesuwał wiadomości na komórce, obserwowały go w ciszy cztery pary oczu.

– Cholera – mruknął po chwili pod nosem. Podniósł wzrok. – Mam adres, który podała, kiedy aplikowała o pracę. To mieszkanie w centrum. Ale przeprowadziła się do Dún Laoghaire, gdy ją zatrudniliśmy. Tego nowego adresu nie mam.

– W porządku – uspokoił go Breen, choć to najwyraźniej wcale w porządku nie było. – A macie może nazwisko jej chłopaka? Spróbowalibyśmy zlokalizować jego.

– Seb – powiedziała Marissa. – Seb… Nie znam nazwiska. Ludzie przecież nie przedstawiają się dziś sobie nazwiskami, prawda? – Zwróciła się do Petera i Ester, szukając poparcia.

– Ja też go nie znam – stwierdził Peter. – Niezbyt często widywałem Anę, to była głównie działka Marissy.

Marissa podniosła komórkę i ponownie spróbowała się dodzwonić do Any.

– A nie możecie znaleźć jej przez GPS czy coś? – zapytała, gdy znowu jej się nie udało.

McConville pokiwała głową.

– Skoro telefon nie jest wyłączony, to dobry znak – zauważyła.

Te słowa pociechy sprawiły, że Marissa poczuła zimny ucisk w żołądku. Dobry znak czego? Że niania nie zniknęła w niewyjaśniony sposób razem z jej dzieckiem? Marissa potrząsnęła głową. To nie miało sensu. Ana była przemiła, taka dobra dla Milo i taka bezkonfliktowa – od razu się wpasowała, gdy tylko ją zatrudnili. To musiało być jakieś nieporozumienie.

– Macie zdjęcie Any? – zapytała McConville.

– Tak, proszę poczekać – odpowiedziała Marissa, przeglądając zdjęcia w telefonie. Ana zawsze przysyłała jej zdjęcia w ciągu dnia – Milo na placu zabaw, Milo w ogródku, uśmiechnięte selfie ich dwojga na nabrzeżu w Dún Laoghaire. Znalazła jedno sprzed kilku tygodni – długie ciemne włosy Any lśniły w słońcu, ona szeroko się uśmiechała, a brązowe oczy kryły się za okularami słonecznymi. Milo był obok niej. Przysunęli głowy do siebie, uśmiechał się równie szeroko, a sięgające ramion jasne włoski wydawały się w słońcu jeszcze jaśniejsze. Marissa podała komórkę Breenowi.

To było takie nierealne. Przed godziną jechała, żeby odebrać syna od kolegi, a teraz policja prosiła ją o zdjęcie niani.

– Dziękuję. Wyślę je na swoją komórkę i przekażę na posterunek.

Zadzwonił telefon McConville, więc wstała, by odebrać go w korytarzu. Marissa też się podniosła.

Breen pokręcił głową.

– Musicie tu zostać, na wypadek gdyby Ana się pojawiła. I powinniśmy wszystko z wami jeszcze raz omówić, żeby zyskać jak najwięcej szczegółów. Inni policjanci już ich szukają. Tutaj przydacie się o wiele bardziej.

I wtedy nadeszły łzy: pełen paniki szloch, który powstrzymywała przez ostatnią godzinę. Peter wstał i mocno ją objął.

– Wszystko będzie dobrze. Ana uwielbia Milo, sama tak mówiłaś. Na pewno zaraz wróci i będzie przerażona kłopotami, jakie wywołała. A tobie będzie głupio, że w nią zwątpiłaś, prawda? – Odchylił się i ujął żonę za podbródek, starając się uśmiechnąć. – Tymczasem zadzwońmy jeszcze raz do rodziców. Może ktoś rozmawiał dzisiaj z Aną przy odbieraniu dzieci.

Marissa skinęła głową i usiadła.

– Macie numery do wszystkich rodziców? – zapytał Breen.

– Tak, w którymś mailu powinnam mieć taką tabelkę w Excelu… – Marissa szukała w telefonie, aż znalazła. – Jest tu około dwudziestu numerów, parę osób się nie wpisało.

– Okej, podzielmy się i zacznijmy dzwonić – powiedział Peter, pochylając się nad jej ramieniem.

Breen pokiwał głową. Może dlatego, że to był dobry pomysł, a może dlatego, że mieli coś do zrobienia. Marissie było wszystko jedno, nie mogła tak siedzieć i czekać.

– Ja też pomogę – odezwała się Esther, wyjmując komórkę.

I gdy policjanci co chwila wstawali i wychodzili, by zadzwonić czy odebrać telefon, ona, Marissa i Peter łączyli się z wszystkimi po kolei rodzicami zerówkowiczów z młodszej grupy w szkole podstawowej w Kerryglen, by zapytać, czy ktokolwiek z nich widział Milo Irvine’a.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Garda Siochána (irl. straż pokoju) – policja w Irlandii, policjant to garda (w liczbie mnogiej: gardaí). Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.

[2] Galway – miasto w zachodniej Irlandii, słynące z silnych tradycji celtyckich, w którym odbywa się wiele różnych imprez.

[3] W Irlandii do szkoły idą dzieci cztero- lub pięcioletnie, odpowiednio do młodszej i starszej grupy zerówkowej (junior infants i senior infants).

[4] Sandyford – przedmieście Dublina, którego znaczną część stanowi strefa przemysłowa Sandyford Industrial Estate.

[5] Dún Laoghaire – miejscowość we wschodniej Irlandii, ok. 12 km na południe od centrum Dublina.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz