Thirty one days - Patrycja Drywa - ebook

Thirty one days ebook

Patrycja Drywa

4,3

Opis

Milczy od trzech lat. Jego ostatnią nadzieją jest... dawna nemezis.

Oskarżony o zamordowanie rodziców Nox Whittaker ma tylko trzydzieści jeden dni, by udowodnić, że nie zasługuje na śmierć. Dwunastu psychiatrów bezskutecznie próbowało nakłonić młodego arystokratę do złożenia zeznań, ale Whittaker milczy jak zaklęty. Nikt nie potrafi do niego dotrzeć. Ludzie się go boją – w końcu włada magią, o której oni mogą tylko śnić.

Gulliana Clare, znienawidzona przez Whittakera znajoma z czasów akademii Blackmore, nie zamierza jednak odpuścić tak łatwo jak jej poprzednicy. Terapeutka ma doskonałą okazję, by zemścić się na Noxie, ale zamiast tego próbuje mu pomóc. Co kieruje jej działaniami?

Brutalna zbrodnia, pożądanie, przemoc, problemy psychiczne – najbliższe trzydzieści jeden dni ujawnią tajemnice, które nigdy nie miały wyjść na światło dzienne. A więź, jaka narodzi się między Noxem a jego nemezis, zaważy na życiu ich obojga.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 772

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (3 oceny)
1
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
BenekBooksinski

Dobrze spędzony czas

"Thirty One Days" Patrycji Drywy to debiut, który szczerze mnie zaskoczył. Trzymał w niepewności ale też pozwolił na chwilę relaksu. W książce są obecne subtelne wątki magiczne-za którymi nie przepadam-a jednak nie przeszkadzały mi w opowiadaniu. Historia przepełniona jest bólem. Bólem psychicznym i fizycznym. Bohaterowie doznają cierpienia od osób najbliższych. Współczułam im całą sobą. Czułam przerażenie i szczery smutek. Nox Ernest Whittaker trafił do aresztu z zaburzoną duszą tzw. psychopatią, brakiem empatii i wysoką skłonnością do użycia telepatii. Został oskarżony o brutalne morderstwo jakiego dopuścił się na swoich rodzicach. Trzy lata milczał. Ma tylko 31 dni na obronę. Potem czeka go śmierć. Zastrzyk śmierci odbierze mu na zawsze duszę- wspomnienia, emocje, chęć woli. Wszystko. Nie tak miało potoczyć się jego arystokratyczne życie. Chciał się odciąć od apodyktycznego ojca i założyć swoją rodzinę. Co poszło nie tak? Wszystko wskazuje na to, że Nox swoim zachowaniem chce dop...
00
mikunciek

Dobrze spędzony czas

całkiem przyjemna książka
00

Popularność




Patrycja Drywa

Thirty one days

Dla wszystkich tych, którzy mają marzenia,

ale w nie nie wierzą.

Ta książka to jedno z takich marzeń…

Playlista

Piosenka przewodnia: Sia, Unstoppable

JVKE, Golden Hour

Lucas & Steve feat. Alida, Careful What You Wish For

Imagine Dragons x JID, Enemy

alper6nen, Big Boy

Metro Boomin feat. 21 Savage & The Weekend, Creepin’

Post Malone, Hollywood’s Bleeding

James Blunt, You’re Beautiful

The Weekend & Kendrick Lamar, Pray For Me

JRY feat. RuthAnne, Pray

Teddy Swims, Lose Control

Jack Harlow, Lovin On Me

League of Legends & NewJeans, GODS

Filip Rudan, He’s Not The One

Filip Rudan, 2am Sex

Kristin Husøy, Killing Me Softly [wykonanie z programu The Voice]

Jackie Foster, Toxic [wykonanie z programu The Voice]

Adam Martin, Apologise [wykonanie z programu The Voice]

Maya Gamzu, I See Red

Mario, Let Me Love You

Katy Perry, Harleys In Hawaii

Prolog

Kiedyś więzienie Askavill napawało go strachem. Po głębszym przemyśleniu musiał jednak przyznać, że nie był to strach, a obrzydzenie, bo przecież on się nie bał, nigdy i niczego. A Askavill było przerażające, wyglądające niczym stare zamczysko, w dodatku osadzone na niewielkiej wysepce, do której prowadziła jedynie droga morska. Cele były mokre i zimne, wykute w prawdziwym kamieniu. Tu wszystko było z kamienia, od nędznej pryczy po umywalkę i kibel. Pamiętał dzień, w którym kilku największym zwyrodnialcom reżimu udało się uciec z tego przeklętego miejsca. Miał wtedy trzynaście lat i ukończył trzeci rok w Akademii Blackmore, która była kolejnym starym zamczyskiem, choć o wiele przyjemniejszym niż Askavill.

Akademia miała w sobie urok, historię wartą opowiedzenia. Założona jeszcze w średniowieczu, gdy czarownice palono na stosach, miała być miejscem bezpiecznym dla osób władających magią, której inni nie znali. To właśnie w tym miejscu dzieciaki od najmłodszych lat rozwijały swoje umiejętności magiczne i uczyły się nad nimi panować – czytanie w myślach, blokowanie umysłu, wpływanie na wolę innych osób czy przenoszenie przedmiotów wolą umysłu to tylko kilka z umiejętności, które zaobserwowano u kadetów. Do akademii nie mógł trafić każdy, to nie była typowa prywatna szkoła, za którą zapłacisz niebotyczne pieniądze i dostaniesz w niej miejsce. Blackmore było wyjątkowe i dla wyjątkowych osób. On miał zaszczyt do niej trafić. Trafił też do Askavill, z czego akurat dumny nie był.

Dzisiaj miał już dwadzieścia siedem lat i sam zajmował jedną z obskurnych cel, gdzie zakuty w łańcuchy codziennie miał nieprzyjemność spotkania z klawiszami. Jednak bardziej niż klawiszy nie znosił JEJ obecności. Od miesiąca zatruwała każdy jego dzień. Raczyła go nic nieznaczącymi sentencjami, próbowała dotrzeć do najgłębiej skrywanych emocji, jednak zamiast dotrzeć do prawdy, której pożądała jak dwunastu jej poprzedników, coraz bardziej go wkurwiała. Teraz, gdy pogrążał się w swoich myślach, i tak słyszał jej głos, który dochodził niczym spod wodnych otchłani. Zniekształcony, cichszy niż zazwyczaj, nadal jednak bełkoczący bez sensu.

– Myślisz, że wyprowadzisz mnie z równowagi? Nie uda ci się. Zrozum w końcu, ja nie odejdę, nie poddam się jak inni. Wiesz, jaki mamy dzisiaj dzień? – Oczywiście pytanie było retoryczne, więc po głębokim wdechu kontynuowała: – Dzisiaj mija miesiąc, dokładnie trzydziesty pierwszy dzień, od kiedy przychodzę do twojej celi. Przez te dni nie wypowiedziałeś do mnie choćby słowa. Do kogokolwiek nie odezwałeś się od trzech lat – podkreśliła dobitnie, a po chwili pewnie kontynuowała: – Oczywiście, że mogłabym wedrzeć się do twojej głowy i zabrać te wspomnienia, bo jestem silniejsza niż dwunastu poprzednich. Poradziłabym sobie z twoją barierą, choć jesteś dobry w zamykaniu umysłu. Ja jestem za to dobra w jego otwieraniu. Wiesz o tym doskonale, tak jak ja o tym wiem, jednak nie chcę, rozumiesz? Nie chcę. Chcę to usłyszeć od ciebie. Pragnę, byś mi zaufał i dobrowolnie wyznał, co wydarzyło się tamtego feralnego dnia, co popchnęło cię do tak okrutnych czynów, co czułeś wtedy i co czujesz teraz. Chcę poznać twoje prawdziwe emocje, uczucia, nie chore, zatrute wspomnienia. Nie chcę dorabiać im swojej idei, rozmyślać, co autor miał na myśli.

Przerwała na chwilę swój wywód i spoglądała na niego smutno. Cały czas miała w głowie obraz przyjaciółki, która niemal codziennie pytała, jak ma się jego sprawa. Jednak on tego nie doceniał. Nie rozumiał, że są ludzie, dla których warto żyć, dlatego chciała mu to dobitnie pokazać.

– Masz kolejnych trzydzieści jeden dni, by w końcu się odezwać. By powiedzieć do mnie cokolwiek. Może to być to twoje słynne „plugawa dziwka” albo „pieprz się, Clare”. Cokolwiek. Masz trzydzieści jeden dni, aby wrócić do realnego świata. Jeśli tego nie zrobisz, jeśli nie otworzysz się przede mną, nie powstrzymasz swojej chorej dumy, blokady czy co tam tobą kieruje… w trzydziestym drugim dniu zostaniesz skazany na śmierć, trzydziestego trzeciego wykonają twoją ostatnią wolę, w trzydziestym czwartym pozwolą odwiedzić cię bliskim. Przyjdzie Colton, by powiedzieć „żegnaj, stary”, przyjdzie Daisy, by uronić kilka łez nad twoim losem, i Radcliff, który będzie ją pocieszać, patrząc na ciebie błagalnie, jakby miało to jeszcze cokolwiek zmienić, a jako ostatnia przyjdę ja. Przyjdę, by powiedzieć, że cię nie winię. Powiem, że to moja wina. Wygarnę sobie, że być może nie nadaję się do tego. Że to nie był dobry pomysł, bo prawdopodobnie sama zmagam się ze zbyt wieloma demonami. Będę wylewać gorzkie łzy nad twoim losem; nad tym, że nie byłam w stanie cię ocalić. A w dniu trzydziestym piątym otrzymasz coś gorszego od fizycznej śmierci. Nikt z wcześniej wspominanych osób nie będzie mógł cię pochować, położyć kwiatów na eleganckim marmurze. Będziesz żyć jak pusta muszla porzucona przez ślimaka szukającego nowego domu. Twoja dusza na zawsze zostanie ci odebrana. Nie będziesz miał już tych wspomnień, którymi nie chcesz się podzielić, które tak skrzętnie kryjesz przede mną i dwunastką moich poprzedników. Nie będziesz miał swojej woli, emocji, uczuć. Nie będziesz mógł uderzyć pięścią w ścianę i poharatać arystokratycznych knykci do krwi, bo nie będziesz znał uczucia złości, a z twoich stalowych oczu, tak chłodnych i obojętnych, nigdy nie polecą łzy, nie będzie w nich już tego zimna, nawet obojętności, będzie jedynie nieprzenikniona pustka, z której nigdy nie powrócisz. Będziesz rośliną zdaną na łaskę innych, czekającą, aż w końcu uschnie. Nikt nigdy więcej nie przyjdzie. Ani Colton, ani Daisy z Radcliffem, i ja też już się nie pojawię. Zastrzyk śmierci będzie ostatnim w twoim życiu, który zniszczy cię doszczętnie. Zniszczy w tobie ostatnie cząstki człowieczeństwa, nie będziesz mógł ruszyć rękami, nogami ani głową. Twoje usta, choćby chciały, już nigdy nic nie wypowiedzą, jedynie oczy będą nieprzytomnie wodzić za otoczeniem.

Wszystko to mówiła niemal na jednym wdechu, jakby ktoś ją pospieszał, ganił za każde słowo, które wypowiedziała. Dopiero kończąc wypowiedź, powoli ochłonęła, wzięła kilka głębokich wdechów i wydechów, by już spokojniej kontynuować:

– A teraz się zamknę i sobie pójdę, bo pewnie tego oczekujesz, ale nie powiem ci „Żegnaj”, jeszcze nie teraz. Powiem „Do zobaczenia jutro, Whittaker”. Bo przez kolejnych trzydzieści jeden dni będę tu przychodzić, tak jak przychodziłam do tej pory. Nie poddam się, mimo że najwyraźniej ty już to zrobiłeś.

Przez cały swój monolog patrzyła w jego nieprzeniknione, stalowe tęczówki. Chwilę odczekała, gdyż w sercu tliła się głupia nadzieja, że jej słowa tym razem go poruszą. Mijały sekundy, które zmieniały się w minuty, a on milczał jak przez ostatnie trzy lata. W końcu podniosła się z niewygodnego krzesła, które zawsze tu na nią czekało, podeszła do drzwi i sięgnęła do klamki.

– Dlaczego?

Niespodziewany dźwięk za nią sprawił, że zamarła z ręką w powietrzu. Początkowo obawiała się, że to tylko umysł płata jej figla; że to wyobraźnia tak bardzo pragnie przełomu. Odwróciła się do mężczyzny. Jego blada cera i jasne włosy odznaczały się na tle ciemnych, kamiennych ścian celi, a głos zabrzmiał niczym zgrzyt łańcuchów, choć do tej pory miała w głowie wspomnienia, jak brzmiał na szkolnych korytarzach. Ten zgrzyt, ochrypły, cichy, ostry, pozbawiony ironii i arogancji, wyniosłości tak charakterystycznej dla jego osoby, był daleki od tego, co pamiętała. Z drugiej strony był niczym śpiew ptaka, szum wodospadu, cichy szept.

Początkowo nawet nie wiedziała, co ma mu odpowiedzieć, nie przygotowała się na to. Nie dzisiaj, nie teraz. Być może cały czas marzyła o tym, by w końcu się odezwał, nie spodziewała się jednak, że jego pierwszym po trzech latach dźwiękiem będzie pytanie w jej stronę. Nie miała przygotowanej kolejnej przemowy, nie znała odpowiedzi albo raczej odpowiedź nie była tak prosta.

Bo dlaczego? Dlaczego tak usilnie walczyła o wolność Noxa Ernesta Whittakera, po tym jak z zimną krwią zasztyletował swojego ojca w komnatach Whittaker’s Garden, a wcześniej przez kilka godzin maltretował go najokrutniejszymi torturami, wykorzystując całą swoją potężną moc? Dlaczego uważała, że zasługuje na powrót do normalności, po tym jak udał się do komnaty swojej matki, którą przecież podobno tak bardzo kochał, i wbił jej sztylet prosto w serce, bez mrugnięcia okiem? Czy była to wyłącznie jej chora potrzeba wygranej? Satysfakcji? Czy chodziło o niego? Spojrzała w te szare oczy, już tak puste i obojętne, bez cienia żalu, nim zdecydowała się odpowiedzieć.

– Bo po wojnie każde życie jest cenne.

Jej odpowiedź była prawdą. Wojna domowa pomiędzy arystokracją a klasą najniższą, którą wywołał reżim Cavendisha, zabrała już zbyt wiele żyć. Zarówno tych, którzy opowiadali się przeciwko niemu, jak i jego żołnierzy, którymi nie zawsze zostawali z wyboru. Urodzili się w rodach, które od pokoleń opowiadały się za jedyną w ich mniemaniu prawdą objawioną. Ich dzieci nie miały więc wyboru. Takim dzieckiem był też Nox Whittaker. Zepsuty na wiele różnych sposobów, okrutny i arogancki. Lubił sprawiać ból, lecz nie był zły, nie z natury. Takim się stał, bo by przeżyć w reżimie, trzeba było być niczym skała – twardym i nie do skruszenia.

Po jej słowach ponownie zapadła cisza. Gulliana nie oczekiwała, że Whittaker nagle zacznie mówić niczym nakręcona pozytywka. Wiedziała, że to będzie powolny proces, jednak dla niej to jedno słowo i tak było krokiem milowym. Mając niemal pewność, że już się nie odezwie, odwróciła się, by chwycić klamkę i otworzyć drzwi. Ponownie zatrzymał ją jego głos.

– Clare.

Odwróciła się zaskoczona i spojrzała na mężczyznę.

– Pieprz się – dodał pewnym, aroganckim tonem, patrząc jej prosto w oczy.

Teraz brzmiał jak Nox Whittaker, którego zapamiętała. Pokręciła przecząco głową, uśmiechnęła się pod nosem, po czym opuściła obskurną celę.

– Przenieść więźnia do instytutu – rzuciła twardo do strażnika, który również słyszał jego słowa, i w asyście drugiego klawisza wyszła z dumnie uniesioną głową z najbardziej strzeżonego więzienia w Anglii, a może i na świecie.

Żegnaj, Askavill – pomyślał Whittaker. Witaj, Reso-cjalizacyjny Instytucie Psychiatrii. Co za ironia losu…

1

Do rzeczywistości w Askavill był już przyzwyczajony. Tam rutyna była prosta – dnie i noce spędzał w swojej celi, gdzie jedynymi towarzyszącymi mu dźwiękami były spływająca po ścianach woda i zgrzyt łańcuchów, gdy postanowił zmienić pozycję. Nierzadko też majaki, jęki i krzyki innych współwięźniów. Nieraz słyszał o niemieckich obozach koncentracyjnych czy rosyjskich gułagach. Askavill było wszystkim po trochu.

Resocjalizacyjny Instytut Psychiatrii to zupełnie inna bajka. Ciemne, skaliste ściany więziennej celi zmieniły się w biel, zewsząd bijącą w oczy. Jego nowe miejsce zamieszkania wyglądało niczym białe pudełko. Po jednej stronie stało białe łóżko, z pościelą, ciepłą, wygodną i wypraną, której nie miał od niemal trzech lat. W Askavill nie mógł liczyć na taki luksus. Uznał więc, że to diametralna zmiana, w tym przypadku na plus. Sam przed sobą musiał przyznać, że naprawdę tęsknił za tak prozaiczną rzeczą jak czysty materiał do okrycia się.

Jego ciężkie kajdany zmieniły się w równie biały jak wszystko inne kaftan bezpieczeństwa, który bardzo skutecznie krępował mu ruchy. Świata nadal nie widział, bo pudełko, tak jak jego cela, nie miało okien. Uznał to za paranoję. Nie rozumiał, jak w takim miejscu można wyzdrowieć czy choćby poczuć się lepiej. Był tu ledwie dobę, a już czuł, jak otoczenie go przytłacza. Na boga, nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek choćby tak pomyśli, ale już chyba wolał więzienną celę niż tę dziwną przestrzeń bez okien i klamek, ze ścianami miększymi niż jego prycza w Askavill. Przecież w tej wszędobylskiej bieli można było zwariować.

A może właśnie o to im chodziło? By zrobić z niego wariata jeszcze większego, niż już był? Bo sam nie wątpił, że jest zdrowo popieprzony. Coraz częściej zastanawiał się nad tym, kim był i kim jest obecnie. Kim stał się przez rygorystyczne wychowanie, kim przez więzienie, a kim stanie się tutaj? Czy pozostał sobą? Co to w ogóle znaczy być sobą w jego przypadku? Czy był w ogóle taki czas w jego życiu, gdy nie udawał, nie kłamał, nie ukrywał się za pustymi maskami? A może tak naprawdę już dawno oszalał?

O zgrozo, Askavill nie napawało go takimi myślami jak ta cholerna klitka. Zdążył wejść w myśli jednego z klawiszy, dzięki czemu dowiedział się w sumie mało odkrywczej rzeczy – znajdował się w pokoju bez klamek. Z tego miejsca mógł trafić do dwóch kolejnych – albo do regularnego pokoju, albo do celi śmierci. Nie wiedział, co gorsze, lecz musiał przyznać, że ciekawe mieli tu podziały. Niczym niebo, piekło i czyściec. W Askavill nie było żadnych podziałów, jeśli tam trafiłeś, z góry byłeś skazany na śmierć, pytaniem było tylko, czy prędzej sam zdechniesz z głodu i zimna, czy wykończą cię zastrzykiem śmierci, który zrobi z ciebie bezwładną roślinkę na resztę twoich dni. Clare miała rację, to niemal jak utrata duszy, gorsze niż fizyczna śmierć.

Tutaj chcieli uzdrawiać, choć nadal nie rozumiał, jak ta wszędobylska biel miała się do tego przyczynić. Z bezsilności próbował uderzyć głową w ścianę, która okazała się miękka niczym marshmallow. Był świadom, że to pomieszczenie nie uchroni go przed NIĄ. Ona i tak tu przyjdzie. Pewnie przytacha sobie niewygodne, drewniane krzesło i będzie siedzieć, wgapiając się w niego niczym w najpiękniejsze dzieło sztuki albo najciekawszy okaz w zoo. Będzie wyrzucać z siebie pytanie za pytaniem niczym karabin maszynowy, z tą szczerością w oczach i troską w głosie.

Co za gówno! Co za pieprzone gówno. Nigdy nie przypuszczał, że jego życie arystokraty skończy się w taki sposób. Nie tak miało być. Miał odciąć się od rodzinnej tradycji, miał nie przejmować imperium ojca ani giełdy na Wall Street. Miał po prostu ożenić się z Glorią i kupić jakiś skromniejszy dworek, gdzie wychowywaliby syna lub córkę, a może nawet dwójkę. Miał budować szczęśliwe, rodzinne życie oparte na szacunku, zrozumieniu i miłości. Miał nauczyć się od niej wszystkiego, co najlepsze, a czego sam nigdy nie zaznał jako syn Ernesta Alberta Whittakera II.

Jego syn miał przyjaźnić się z dziećmi Coltona i Daisy, mieli razem uczęszczać do Blackmore. Być może byłby członkiem nowej złotej paczki? Może przyjaźniłby się z dziećmi Northwooda i Clare? Miałby na to wszystko szanse. Wychowany w miłości, bez podziałów na lepszych i gorszych, bez reżimu nad głową. Otworzyłoby mu to wiele możliwości i nowych dróg, które dla Noxa nigdy nie były dostępne. Niestety to wszystko na zawsze pozostanie w sferze rozważań i marzeń. Nigdy nie usłyszy płaczu swojego syna, za to uroczy śmiech Glorii na zawsze wyrył się w jego umyśle i będzie go prześladować do końca życia. Na jawie i we śnie.

– Cześć, Nox.

Jej słodki głos wyrwał go z transu. Ta cholernie irytująca słodycz. Lukier, który oblepiał cały jego umysł. Nie zareagował na jej przywitanie. Nawet na nią nie spojrzał. W ogóle nie okazywał, że zauważył jej przybycie, choć był świadom jej obecności jak niczego innego. Wypełniała całą przestrzeń, gdy tylko się pojawiła.

Siedział na swoim nowym łóżku, oparty o ścianę, z nogami ugiętymi w kolanach i rękami uwięzionymi w tym cholernym kaftanie. Nie mógł więc objąć się ramionami, co bardzo go irytowało.

– Na dworze strasznie pada – oświadczyła, jakby mogło go to interesować.

Tak naprawdę nie było nic, co obchodziłoby go mniej. Tutaj przecież nie zmoknie…

Zajęła swoje stałe miejsce na krześle, które przytargała za sobą.

Och, Nox, jaki się z ciebie zrobił jasnowidz… Panna Clearwater byłaby dumna. W końcu zawsze uważała, że masz piękny umysł. Cokolwiek w jej mniemaniu to oznacza… – ironizował w duchu. Miał ochotę uśmiechnąć się pod nosem na to, jak przewidywalna stała się Gulliana Clare, powstrzymał jednak ten odruch. W końcu uniósł głowę, by na nią spojrzeć. Rzeczywiście jej na ogół bujna szopa teraz była przyklapnięta, a z długich do pasa kosmyków spływały krople wody; przemoczony płaszcz zawiesiła na oparciu krzesła.

Miał ochotę prychnąć. Czyżby wszechwiedząca Clare nie znała czegoś takiego jak prognoza pogody i parasolka? Co za ironia. Albo chociaż zaklęcie tarczy? Przecież była na tyle potężna, by władać tak prymitywną magią. Nie bez powodu znalazła się w Blackmore. Wbrew pozorom, mimo pochodzenia, była dokładnie taka sama jak on. Inna, niezwykła, wyjątkowa. Miała coś, czego nie miały miliony obywateli tego kraju – magię w swoich rękach.

Nie wydał z siebie nawet głębszego westchnienia. Zignorował jej słowa i próbę nawiązania konwersacji. Znał bowiem jej techniki postępowania niemal na pamięć. Teraz przez bitą godzinę będzie siedzieć w ciszy z zegarkiem w ręku i go obserwować. Każdy jebany ruch. Nie spuści z niego wzroku na dłużej niż mrugnięcie oka. Jakby fakt, że ona się nie odzywa, miałby go zmusić do tego, by to on nawiązał konwersację.

Zła droga, moja słodka Clare. Tą samą bowiem podążało dwunastu poprzedników. Chyba nie bez powodu stali się poprzednikami?

Jednak ona nie mogła tego wiedzieć. Ta dwunastka matołów nie pozostawiła po sobie wiele materiałów naukowych. Brak notatek i obserwacji, brak nagrań z sesji, taśm wideo, wyciągniętych wprost z jego umysłu wspomnień. Nic. Pod tym względem ona była inna, zawsze przygotowana i zaopatrzona w notatnik i naostrzony ołówek. Przez najbliższą godzinę dźwięk poruszającego się po pergaminie rysika będzie jedynym, co oboje będą słyszeć. Czasami Nox zastanawiał się, co ona tam takiego skrobie; co może wywnioskować ze wszędobylskiej ciszy i braku jakichkolwiek gestów.

Obserwował ją kątem oka bez większego zainteresowania. Chcąc nie chcąc, musiał przyznać, że była najciekawszym obiektem w tej klitce. Sam nie wiedział, czy dlatego, że praktycznie jedynym, czy z powodu zmian, jakie w niej zaszły od czasów wojny. Widział je, był doskonałym obserwatorem.

Jej włosy stały się długimi i sprężystymi lokami zamiast zbitej szopy od mopa, którą zapamiętał ze szkolnych korytarzy. Jej rysy się wyostrzyły, nabrały szlachetnego kształtu, a oczy nadal były koloru ciemnej, niemal gorzkiej czekolady z przebłyskami bursztynu, choć, co również dostrzegł, bez blasku. Spojrzenie stało się matowe, nijakie. Wyłapał sińce pod oczami, które tak skrzętnie chciała ukryć warstwą makijażu. Zauważył kształt siniaka na policzku kobiety, który próbowała zamaskować podkładem, bronzerem, różem i jeszcze grubą warstwą pudru. Tego, że zainteresował go jej wygląd, nie mógł ukryć. Wyglądała jak worek treningowy Mike’a Tysona, czuł się więc usprawiedliwiony.

Zaczął rozmyślać, co mogło się wydarzyć, że została tak sponiewierana. Ktoś ją napadł? Pobiła się na imprezie z przypadkową laską? Nie, to kompletnie nie było w jej stylu. A może poprztykała się ze swoją rudą przyjaciółką? Bo chyba nie zrobił jej tego Cassiani? Musiałby być skończonym kutasem. Choć to akurat w jego wypadku nie było trudnością. Od zawsze zachowywał się jak kutas.

Nox nie śmiał jednak zapytać. Wygląd Gulliany Clare nie był tak istotną kwestią, która zasługiwała na kilka słów z jego ust po trzech latach milczenia. Wolał więc kontemplować go w dalszej ciszy.

– Dzisiaj pada, ale to w sumie już ci mówiłam. Przepraszam, jestem troszkę rozkojarzona. Dlatego pewnie zapomniałam parasolki i nie sprawdziłam, że cały dzień zapowiadał się na iście angielską pogodę – zaczęła w końcu Gullie, odpowiadając na niezadane przez niego pytania.

Trochę nie rozumiał tego, jak Gulliana „Ja Wiem Wszystko” Clare mogła o czymś zapomnieć. Mógłby ją o to zapytać, była godną partnerką do rozmowy. Inteligentna, oczytana w wielu tematach, ogólnie mądra, czasem nawet bywała zabawna. Tak, to była osoba warta kilku słów. Niestety dwunastu jej kolegów po fachu nie wykazywało się taką skrupulatnością i pasją w zawodzie. Każdy z nich znikał z jego celi po maksymalnie dwóch dniach. Rekordzista wytrzymał z nim cztery, póki nie pojawiła się Clare i nie pobiła tego wyczynu. Jak zawsze najlepsza.

Każdy z nich pojawiał się przed jego celą niepostrzeżenie. Nigdy nie wchodzili do środka, tak jak ona. Stawiali krzesło przed kratami i cicho witali się z Noxem, by siedzieć bite dwie godziny, wsłuchując się w płynącą po ścianach wodę lub krzyki współwięźniów, od których dreszcze przechodziły im po całym ciele. Oczywiście dla Noxa nie było to niczym nowym, toteż ledwo to zauważał. Siedzieli tak, czekając na zbawienie, niczym zahukana sówka na gzymsie.

Nox nigdy nie zrozumiał, czego tak naprawdę oczekiwali. To on miał rozpocząć z nimi wciągającą polemikę? Każdy odliczał sekundy, minuty, godziny na zegarze. Oczekiwali bowiem wybicia tej jednej, by mogli wstać z krzesła niczym poparzeni i po prostu zwiać sprzed krat, najlepiej jak najdalej, może nawet na drugi koniec Anglii. Albo najlepiej z Europy, bo po takiej porażce w zawodzie psychiatry nie mieli już czego szukać na tym kontynencie. Co odważniejsi wracali kolejnego dnia, powtarzali rytuał, a potem zapisywali w swoim raporcie, że pacjent nie jest skłonny do współpracy, i więcej się nie pojawiali.

Ona była inna. Zresztą jak zawsze. Przychodziła od trzydziestu dwóch dni i nie tylko odsiadywała swoje godziny. Ona próbowała. Naprawdę próbowała. Czy nie powinien w końcu jej docenić? Spróbować pogadać z nią na te niewymagające tematy jak pogoda, nauka czy świat zewnętrzny, którego tak dawno nie widział, a który na pewno znacząco się zmienił? Myślał o tym bezustannie.

– Ponieważ dzisiaj pada, jak już zdążyliśmy to ustalić, nie będę cię stąd wyciągać. Aura nie sprzyja długim spacerom, a nawet tym krótkim. Jutro jednak ma być lepiej, przejaśni się. Wobec tego chciałbyś się ze mną wybrać na spacer?

Usłyszał jej głos, choć był pewny, że będzie milczeć do końca wizyty. Zdecydowanie miała dzisiaj gorszy dzień. Na ogół częściej przerywała swoje milczenie nic nieznaczącymi dla niego wstawkami o życiu i świecie. Nadal jednak pozostawała sprytną bestią. Za to pochwaliłby ją każdy, tylko nie on.

Wiedział, że powinien to zrobić, a przynajmniej odpowiedzieć na pytanie. Sęk w tym, że sam nie wiedział, czy chce opuścić te cztery ściany. Wkurwiała go wszędobylska biel, a brak lepszych perspektyw nie napawał optymizmem. Jednak nie był pewny, czy jest gotów, by pokazać się światu zewnętrznemu i stawić mu czoła po tylu latach zamknięcia. Bał się, że otwarta przestrzeń go przytłoczy.

Po długiej chwili milczenia, w której Clare niewątpliwie oczekiwała jego odpowiedzi, Nox postanowił być tak sprytny jak ona, może nawet lekko ironiczny. Uśmiechnął się cwanie i zwyczajnie pokręcił głową.

Odpowiedziała mu tym samym. Lekko uśmiechnęła się z niedowierzaniem i pokręciła głową.

Jeden do jednego.

*

Gdy szybkim marszem przemierzała ulice Londynu, deszcz nadal nieprzyjemnie zacinał w twarz. Dreszcz chłodu przeszył jej kark, wilgotny od zmoczonych włosów, które w całej okazałości się do niego przykleiły. Że też musiała zapomnieć parasolki, a jej lekki prochowiec niespecjalnie nadawał się na taką ulewę. Jednym ruchem ręki odgarnęła mokrą grzywkę z oczu, by ujrzeć przed sobą zakręt i po kilku metrach niemal wbiec przez furtkę prowadzącą do pięknego ogrodu. Kamienna ścieżka prowadziła wprost do błękitnych drzwi skromnego domku jednorodzinnego. Zapukała w malowane drewno, a po chwili zginęła w niedźwiedzim uścisku swojego przyjaciela. Radcliff wpuścił ją do środka i zabrał od niej przemoczony płaszcz.

– Wchodź, Gullie, zrobię herbaty, cała przemokłaś. – Cliff zabrał jej płaszcz i pokierował do salonu. Sam skręcił do kuchni, by nastawić wodę na napoje.

W pokoju czekała już na nią spragniona informacji przyjaciółka.

– Opowiadaj – poprosiła.

Spoglądała na nią z nadzieją, tak jak niemal każdego wieczoru od trzydziestu dwóch dni. To ona miała największe nadzieje na przełom. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że Noxa naprawdę bezpowrotnie zabraknie wśród nich. Gulliana to rozumiała. Sama nie wyobrażała sobie stracić Cliffa, był jej niczym brat i doskonale wiedziała, że dla Daisy tym samym był Nox.

– Nic – odparła cicho i z wdzięcznością przyjęła kubek ciepłej herbaty, która na chwilę odwróciła jej myśli od dzisiejszej porażki.

– Jak to nic? Przecież wczoraj mówiłaś o wielkim przełomie! – Daisy się wzburzyła. W jej stanie było to normalne, bardzo szybko przechodziła od złości do radości, a nawet smutku.

– Bo tak było. Wczoraj w końcu się do mnie odezwał, nie uroiłam sobie tego. Przenieśliśmy go zgodnie z procedurą i ustaleniami i znowu zamilkł – wyjaśniła zmęczona Gullie.

Złapała się za skroń, by lekko pomasować miejsce pulsujące bólem. Widziała zawód na twarzy Daisy, jak każdego dnia, jednak coraz trudniej było jej sobie z tym poradzić. Wiedziała, jak ogromną presję na siebie wzięła. Ile wymagań i oczekiwań wszystkich wokoło i jej samej. Wiedziała, że niemal każda wizyta była dla Harrington nadzieją, ale i coraz większym rozczarowaniem. Clare bała się coraz bardziej, że nie podoła i Nox i tak zostanie skazany na zastrzyk śmierci, a ona o to obwiniona. Bo nie dała rady.

– Nie rozumiem jego zachowania… Jest tak kompletnie bez sensu – odpowiedziała dziewczyna. Odnotowała, że Gulliana kiwa twierdząco głową.

– To prawda. Zachowuje się, jakby nie chciał opuścić więzienia. Jakby chciał doprowadzić swoim zachowaniem do skazania na śmierć. – Clare potwierdziła obserwacje przyjaciółki. Nie potrafiła jej okłamywać. Nie chciała dawać jej złudnej nadziei na coś, co może się nigdy nie wydarzyć.

– Ale Gullie, czy gdyby chciał umrzeć, to już dawno nie zakończyłby swego życia?

Daisy się zawahała. Widać było, że głęboko myślała o tym, co wypowiedziała na głos. Czy Nox rzeczywiście potrafiłby popełnić samobójstwo? Skoro był w stanie zabić rodzinę, to czy samego siebie również?

– Być może jest za silny, by odebrać sobie życie, lecz za słaby, by nim żyć – odpowiedziała zamyślona Gulliana.

– Zabił matkę i ojca, a nie byłby w stanie zabić siebie? – Daisy podniosła ton. Jej głos stał się bardziej piskliwy. Zawsze tak reagowała, gdy była oburzona, zdziwiona lub nie rozumiała sytuacji. Burzyła się i podnosiła głos o oktawę, co sprawiało, że brzmiała niczym mała dziewczynka.

– To zupełnie inne emocje: zabić kogoś a siebie. Mógł to zrobić w afekcie, a sobie życia tak nie odbierze. – Gullie zawsze starała się wszystko wytłumaczyć nauką, bo to ona była jej siłą napędową i rozwiązaniem na wszystko. Wszystko prócz Noxa Ernesta Whittakera.

– No tak, pewnie masz rację. W końcu się na tym znasz. – Przyjaciółka odpowiedziała z większym spokojem, choć nadal była zamyślona.

– Jak się czujesz, Daisy? – Gulliana zręcznie zmieniła temat. Była mistrzynią, która gładko przechodziła od sprawy do sprawy i odwracała uwagę od tego, co niewygodne. Wolała posłuchać o ciąży przyjaciółki, w końcu była już niemal w siódmym miesiącu.

– Dobrze, Radcliff ciągle nie pozwala mi wiele robić, więc czuję się naprawdę wypoczęta, momentami już nawet znudzona – odparła z szerokim, szczerym uśmiechem.

Daisy spodziewała się swojego pierwszego dziecka. Z Radcliffem wyglądali na najszczęśliwszych na świecie, choć ich drogi były bardzo wyboiste i kręte. Nie od razu się pokochali. Byli niemal na dwóch różnych krańcach tej samej ścieżki. Ona po stronie nieugiętego reżimu, on przeciwko niemu. Naturalni wrogowie, którzy odnaleźli siebie i stworzyli coś naprawdę niesamowitego. Do pełni szczęścia kobiecie brakowało jedynie blond arystokraty, który obecnie zajmował jedną z izolatek w instytucie. Gulliana miała już mniej niż miesiąc, by wyciągnąć go z bagna, w którym się znalazł, a on nadal nie chciał współpracować.

– Naprawdę się cieszę, że z dzieckiem wszystko w porządku. Dbaj o siebie, kochana, niebawem znowu was odwiedzę, lecz teraz będę się już zbierać. Xander nie lubi, jak wracam za późno.

Tak naprawdę najchętniej w ogóle nie opuszczałaby wygodnej kanapy w domu przyjaciół. Jednak wiedziała, że jeśli sama nie wróci na czas i nie wykona swoich obowiązków, to Alexander ją do tego skutecznie przekona. Miała świadomość, że od dłuższego czasu ucieka od problemu, jakim stał się jej mąż. Nie potrafiła inaczej. Nie chciała stanąć z nim twarzą w twarz i głupio było jej to przyznać, lecz kierował nią strach przed osobą, którą niegdyś kochała całym sercem, za którą walczyła z reżimem i którą chroniła od złego. Jednak to on stał się tym złem, a przed nim samym nie była w stanie go ochronić.

To była czysta ironia losu. Ona, jedna z największych przeciwniczek reżimu, twarz całej antypropagandy, walcząca z największymi okrutnikami, zawsze stawiająca czoła problemom, wykwalifikowana psychiatra i psychoterapeutka jednego z największych morderców ich pokolenia, boi się… własnego męża. Czasami miała ochotę śmiać się sama z siebie, a po chwili rozpłakać jak małe dziecko.

Być może bała się go, gdyż już go nie poznawała. To nie był Alexander Cassiani, za którego wyszła pięć lat temu. Wtedy Xander ją kochał, nosił na rękach i prawił komplementy. Teraz tę rękę podnosił coraz częściej, a zamiast komplementów słyszała puste obelgi. Nie potrafiła zrozumieć, jak mógł się tak zmienić i dlaczego. To jedno słowo padło z ust Noxa Whittakera jako wielki przełom w jego sprawie i mimo że sprawiło jej trudność, to znalazła na nie odpowiedź. W przypadku swojego męża nie miała odpowiedzi od kilku lat. Nox był zły od zawsze, Xander nie. Był przecież dobrym człowiekiem. Co się zmieniło?

Nadal naiwnie wierzyła, że Alexander nie był zły i okrutny, po prostu się zagubił. A może to ona? Wolała jak zawsze udawać. Grać w grę, którą sama wykreowała. Jej życie było niczym deski teatru, a ona była naprawdę dobrą aktorką. Gdyby za życiowe role dawali Oscara, zgarnęłaby statuetki we wszystkich kategoriach. To dlatego jej ciało coraz częściej zdobiły sińce i rany, dlatego jej dusza płakała, a psychika podupadała. Wiedziała jednak, że musi być silna; że nie może pozwolić sobie na rozpacz i upadek, bo wtedy odsuną ją od pacjentów. No bo jak psychiatra, która nie radzi sobie z własnymi problemami, miałaby pomóc innym? Haniebna zawodowa porażka.

Za wszelką cenę nie mogła dopuścić do tego, by ją odsunęli. Na początku błagała, by nie musiała leczyć Noxa Whittakera, teraz jednak zrobi wszystko, by to ona go uzdrowiła. Nie mogła pozwolić na odsunięcie od tej sprawy. Obiecała Daisy, że postara się, by Nox wrócił do normalności. Miała zamiar dotrzymać słowa. Wiedziała bowiem, jak ważne było to dla przyjaciółki.

Tymczasem musiała wrócić do szarej rzeczywistości i roli idealnej żony, ofiary swojego kata. Udała się więc do przedpokoju państwa Harringtonów, by zabrać już osuszony płaszcz i buty. Ubrała się, zapięła szczelnie, by choć trochę ochronić się przed porywistym wiatrem. Przytuliła jeszcze przyjaciół na pożegnanie i obiecała, że odwiedzi ich możliwie jak najszybciej, a następnie wyszła w strugi deszczu, by szybkim tempem dotrzeć do autobusu, który zawiezie ją do jej życiowego teatru na Share Point Street, gdzie w salonie, przed okazałym kominkiem, czekał już jej wściekły mąż, by wyładować swoją furię na niej.

2

Zrobienie makijażu było trudniejsze jak zawsze „dzień po”. Wczoraj siniaki były mniej widoczne. Fioletowo-żółte kolory zanikały z jej twarzy, ustępując miejsca opuchliźnie, z którą potrafiła sobie poradzić. Niestety dzisiaj wszystko wróciło. Sięgnęła po najbardziej kryjące kosmetyki, dokładnie nakładając je na twarz i rozprowadzając tak, by dość gruba warstwa pokrywała ślady jej małżeńskiej porażki. Pod zmęczone oczy nałożyła sporą ilość korektora i utrwaliła wszystko za pomocą pudru. Pozostała jej zabawa w konturowanie, by jeszcze bardziej odwrócić uwagę od dramatu, który krył się pod maską.

Starała się być silna. Jako psychiatra miała świadomość, że jej mąż znęca się nad nią fizycznie i psychicznie, ale wiedziała też, że w stu procentach uzależnił ją od siebie. To on dzierżył w rękach niemal cały ich majątek. Zaraz po wojnie, gdy odebrali wszystkie nagrody za zasługi, a zainteresowanie mediów nimi nie malało, Xander stwierdził, że to on chciałby zarządzać ich majątkiem jak prawdziwa głowa rodziny. Zgodziła się, wiedziała, że do tej pory nie przelewało się w jego rodzinie i nigdy nie miał czym zarządzać, więc chciała spełnić każde jego marzenie. Nie przypuszczała, że niebawem odwróci się to przeciwko niej i to ona zostanie bez centa przy duszy.

Nawet teraz, tyle lat po wojnie, media nadal interesowały się nimi częściej niż innymi weteranami. Każdy prawnik w kraju trząsł tyłkiem przed wzięciem ich sprawy rozwodowej, bo dla jednego byłoby to wygranie kariery, a dla drugiego jej zrujnowanie. Była uziemiona. Gdzie by nie poszła, i tak by ją znalazł. Nie raz uciekała do Daisy i Radcliffa czy nawet do Coltona i Rianny. Wiedziała więc, że jej ucieczka od męża musi być skrzętnie przemyślana i zaplanowana, bo będzie miała tylko jedną próbę. Gdy już podejmie decyzję, będzie musiała zniknąć na zawsze, tak by nikt nigdy jej nie odnalazł. Wyjedzie z kraju.

Formalnie mogła być jego żoną, miała to głęboko w poważaniu, bo jedyne, o czym marzyła Gulliana Clare, to święty spokój i twarz bez siniaków. Skrzętnie ukrywała każdy cent, łapała się każdego funta, który jej skapnął, bo to przybliżało ją do wolności. Nieraz podkradała drobne z reszty w sklepie, tłumacząc, że kasjerka musiała się pomylić. Najwięcej jednak zyskiwała, gdy Xander wracał po nocnych libacjach, pijany, ledwo dotaczając się do sypialni. Wtedy rzucał spodnie i resztę ubrań, gdzie popadnie, a rano nawet nie pamiętał, co w nich miał, więc mogła swobodnie zabrać wszystko, czego nie zdążył przewalić na dziwki.

Bo to, że ją zdradzał, było dla niej oczywiste jak deszcz w niemal każdy dzień tygodnia. Pieniądze ukrywała w instytucie, nawet nie w swoim gabinecie, a u osoby, której jej mąż nigdy nie posądziłby o pomoc. Dzięki temu już niebawem będzie mogła uciec z piekła, które miało być jej niebem.

Jednak teraz wróciła do rzeczywistości. Skończyła makijaż, by szybko się przebrać w elegancką, skromną sukienkę do kolan. Zabrała w pośpiechu płaszcz i lekki szal oraz nałożyła szpilki. Z szafki przy wyjściu zabrała torebkę i zamykając drzwi, pognała na autobus.

Wysiadła kilka przystanków dalej, w spokojnej okolicy, gdzie po obu stronach jednopasmowej jezdni można było dostrzec sporo roślin. Co prawda drzewa już zrzucały swoje pomarańczowe liście, lecz Gulliana uważała to za prawdziwą magię barw. Uwielbiała wczesną jesień, gdy wszystko mieniło się od kolorów.

Przeszła na drugą stronę, by od razu wejść na teren przyległy do instytutu. Mieścił się on w eleganckim dworku otoczonym dużą ilością trawy i drzew, które tworzyły swoisty park. Weszła do budynku, powitała portiera i od razu przyłożyła kartę dostępu do szklano-drewnianych drzwi, by dostać się do części dla personelu. Minęła pomieszczenia dla lekarzy, psychologów i strażników w drodze do pokoju, na którego drzwiach zdążyła zawisnąć metalowa tabliczka „N.E. Whittaker – podwójne zabójstwo, wysoce niebezpieczny”.

Nim weszła, zapukała, choć wiedziała, że nie dostanie słów zaproszenia. Mimo to uważała, że Noxowi należy się choć trochę prywatności i ostrzeżenie, że wchodzi do jego przestrzeni.

Mężczyzna siedział na swoim łóżku. Został już pozbawiony kajdan z dłoni oraz kaftana bezpieczeństwa, więc mógł swobodnie trzymać książkę. Czytał ją z zainteresowaniem. Była to jedyna rozrywka, którą zyskał dzięki Gullianie, zostawiła mu bowiem ostatnio kilka egzemplarzy, mając nadzieję, że po nie sięgnie. Poskutkowało, bo dosyć miał już wgapiania się w biel pomieszczenia, a leki i zastrzyki, które mu podawano, przyprawiały go o mdłości i otępiały. Starał się więc robić wszystko, by o tym nie myśleć, i skupić swoją uwagę na czymkolwiek innym. Na książki rzucił się niczym Clare na Akademię Blackmore – potęgę magii po każdym powrocie w jej mury.

– Cześć, Nox.

Mężczyzna wyczuł, że ton jej głosu był inny niż zwykle. Bardziej zmęczony, z nutą zmartwienia. Nie brzmiał słodyczą i determinacją, co nieznacznie przykuło jego uwagę. Zerknął na Gullianę znad kartek. Dziś Clare wyglądała nędznie, jakby sama potrzebowała pomocy. Mimo iż ubrana schludnie i elegancko, z klasą godną arystokratki z prawdziwych wyższych sfer, coś w jej postawie niemal krzyczało i sprawiało, że przypominała mu tę zahukaną jedenastolatkę, którą pierwszy raz zwyzywał od plugawych dziwek, a nie poważną psychiatrę.

Zagiął lekko róg strony, na co Gullie ewidentnie drgnęła. Ach, cóż za barbarzyństwo wobec literatury. Miał ochotę uśmiechnąć się z rozkoszy, jaką przynosiło mu jej irytowanie, jednak dzisiaj postanowił odpuścić. Widząc ją w takim stanie, nie miał ochoty przyczyniać się do jeszcze większego popadania w głąb czarnych myśli. Sam miał ich zbyt wiele i wiedział, jak łatwo w nich utonąć. Usiadł na skraju łóżka, zamkniętą książkę odłożył na szafkę nocną i opuścił nogi na podłogę. Przyglądał jej się z uwagą, obserwował najmniejszy ruch jej mięśni. Ona zaś obserwowała jego. Byli niczym dzika zwierzyna na polowaniu, przygotowana do ataku, choć pozornie uśpiona.

– Nie próbuj, nie uda ci się, a jedynie się poranisz. – Jej głos tym razem zabrzmiał troskliwie, gdy ręką wskazała na jego kostki. Zauważyła, że ma na nogach zaschniętą krew, więc musiał się siłować z kajdanami.

Noxowi nie spodobało się, że używa tonu, który niósł w sobie pouczenie, jakby rozmawiała z małym chłopcem, a nie byłym sługą reżimu i mordercą własnej rodziny. Stanowiła dla niego naprawdę interesującą zagadkę, dlatego zaczął obserwować ją z jeszcze większą intensywnością. To pozwoliło mu dostrzec wszystko to, czego nie było widać na pierwszy rzut oka.

Miała na twarzy świeże rany, które próbowała zakryć starannym makijażem. Nie miał już złudzeń, Cassiani ją katował. Dlaczego na to pozwalała? Przecież od zawsze była silna, uparta i mądra. Dlaczego więc nie pokona go bronią, której on nie miał? Dlaczego nie użyje nawet najprostszej magii, by się obronić, albo najzwyczajniej w świecie się z nim nie rozwiedzie?

Nox nie byłby sobą, gdyby nie spróbował. Niczym wąż, podstępnie, lecz po cichu i powoli, niezauważenie, krok po kroku przenikał za pomocą telepatii jej umysł. Był w tym niezaprzeczalnym mistrzem. Czytanie w myślach, telepatia, telekineza, hipnoza nie miały przed nim żadnych tajemnic. Już od szóstego roku w Blackmore często to wykorzystywał, nawet do tak prozaicznych rzeczy jak odpowiedzi na egzaminach – wyciągał te poprawne z umysłu nauczyciela, a czasami nawet i z Clare, w końcu była najmądrzejsza w ich roczniku.

Chwała ci, Beatrice, za tę jedyną lekcję, która była coś warta w życiu – pomyślał gorzko.

Nadal pamiętał nauki z szurniętą ciotką. Były najgorszą rzeczą, jaką musiał w tamtym czasie przechodzić. Bea nie była subtelna i cierpliwa, a sposób przekazywania przez nią wiedzy pozostawiał wiele do życzenia. Kobieta po prostu bez ostrzeżenia, gwałtownie wbijała się do głowy, niczym wirus pustoszyła myśli i wspomnienia, przyprawiała o nieznane do tej pory emocje, a później zostawiała na minutę czy dwie, by rozpocząć swoje tortury od początku. W kółko i w kółko, póki młody dziedzic sam nie nauczył się blokować jej ataków. Zajęło mu to czternaście dni. Czternaście dni tortur.

Błąd Clare był ewidentny. Nie spodziewała się, że Whittaker będzie stosować jakiekolwiek sztuczki. Nie przewidziała, że jej pacjent jest aż tak biegły w przenikaniu myśli.

– Xander, spokojnie, byłam u Daisy i Radcliffa, przecież wiesz, że często ją odwiedzam po pracy.

Automatycznie zakrywała twarz rękami jak osoba, która chce się obronić przed atakiem.

– Gówno mnie to interesuje, masz być na czas. Mam mieć zrobiony obiad i posprzątany ten burdel! – ryknął na nią Cassiani, aż mimowolnie skuliła się w sobie jeszcze bardziej.

Poczuła rękę męża na głowie. Szarpnął mocno, wyrywając jej włosy z cebulkami, aż pisnęła z bólu.

– Zrozumiałaś?! – wysyczał tuż przy jej twarzy.

Mogła poczuć maleńkie kropelki jego śliny opadające na jej twarz, tak blisko był. Gdy pierwszy raz jego pięść zderzyła się z jej policzkiem, była zbyt zaskoczona, by zareagować. Za drugim razem była już po prostu zamroczona.

*

Usłyszała hałas w holu. Na początku zrywała się z łóżka i wychodziła mu naprzeciw z chęcią pomocy, teraz już wiedziała, że nie powinna wchodzić mu w drogę. Dlatego skuliła się jeszcze bardziej na brzegu łóżka, uspokoiła oddech i spłyciła go, by udawać, że głęboko śpi. Czekała, aż Xander sam wtoczy się do sypialni. Dźwięki dochodziły już ze schodów, obijał się od ściany do ściany, był coraz bliżej. W końcu stanął chwiejnie w drzwiach, próbując złapać ostrość widzenia.

Stał w samych bokserkach i skarpetkach, których już nie próbował ściągać, po wielokrotnym przywaleniu głową w ścianę czy podłogę. Zasnął w ciągu pięciu minut. Ona jednak dla pewności odczekała kolejne trzy, nim wymknęła się najciszej, jak potrafiła. Wiedziała, że zaraz znajdzie resztę rzeczy rozrzucone na schodach, dlatego jak najszybciej ruszyła w ich stronę. W bałaganie odnalazła spodnie i marynarkę. Sprawdziła kieszenie, zabierając wszystkie pieniądze, które w tej chwili stanowiły dla niej małą fortunę. Zwinęła banknoty, zostawiając same drobniaki w kieszeniach. Poskładała ubrania, bo za to również mogła zostać pobita rano. Xander nienawidził oglądać efektów swoich nocnych eskapad.

Pieniądze, które zabrała, ukryła pod jedną z obluzowanych desek w przedpokoju. Do łóżka wracała z nieznaczną ulgą i spokojem w sercu. Była jakby trochę szczęśliwa.

W pomieszczeniu zapanowała głucha cisza. Nox miał wrażenie, że powietrze ochłodziło się o kilka dobrych stopni, choć nie było tu okien. Spoglądał w jej ciemne oczy, a ona nie odrywała zlęknionego wzroku od niego. Teraz już rozumiał. Ona nie była wcale bierna, lecz jak zawsze mądrze i przebiegle przygotowywała swój plan i odnajdowała się w sytuacji. Musiał przyznać, przede wszystkim sam przed sobą, że mu zaimponowała. Nabrał do niej szacunku, którego brakowało mu przez wiele lat.

W końcu Nox bez słowa wstał ze swojego miejsca i stanął tuż przed nią. Zauważył, że oczy Gulliany robią się coraz większe ze strachu, jakby miał ją zaraz skrzywdzić, i ku jego zaskoczeniu ubodło to jego ego. Wskazał głową na drzwi, a kobieta dopiero teraz przypomniała sobie o wczorajszym zapewnieniu.

– Pamiętaj, jeden twój nieodpowiedni ruch, a to się źle skończy dla nas wszystkich. Jednym kliknięciem mogę uruchomić chip, który masz pod skórą. Gdy się rozpadnie, twoje ciało zostanie opanowane przez toksynę, która uśpi cię na długi czas. Masz również nadajnik GPS tuż pod karkiem, więc nie radzę sztuczek, Whittaker.

Mówiąc, rozkuła mu kajdany na kostkach.

– Mhm, może po prostu od razu nałóż mi obrożę, smycz i kaganiec. Taniej wyjdzie, a efekt ten sam – wymamrotał niemal bezdźwięcznie, nie mogąc się powstrzymać.

Nox ruszył do drzwi, czując jej obecność za plecami. Otworzył je i, jak na gentlemana przystało, przepuścił ją przodem. Ruszyli korytarzem ramię w ramię do ogrodu różanego, który ona tak bardzo lubiła, a jemu przypominał zmarłą matkę. Spędzili tam kolejne dwie godziny w głębokiej ciszy. Dla niej w spokoju, dla niego w melancholii.

Pierwszy raz od trzech lat miał okazję, by dłużej przebywać na powietrzu, doświadczyć ciepłego słońca na skórze i powiewu wiatru we włosach. Mógł obserwować, napawać się naturą, jak robił to przed laty. Wyjścia z celi, by przejść do samochodu i z niego do instytutu, nie mógł nazwać pełnoprawnym pobytem na zewnątrz, były to bowiem jedynie minuty, w których ciągle był kontrolowany i popychany z miejsca do miejsca, przy akompaniamencie konkretnych rozkazów.

*

Do domu wracała niechętnie, już w autobusie myślała o tym, by może jednak zmienić kurs i pojechać do Daisy albo do tej małej kawiarenki w centrum i dać sobie jeszcze trochę czasu. Była nawet gotowa wziąć nadgodziny, jednak gdy uświadomiła sobie, jaki jest dzisiaj dzień, uśmiechnęła się. Piątek. Xander być może nawet nie wróci do domu, od razu pójdzie na miasto jak co weekend. Będzie odwiedzał klub za klubem, by rano skończyć w hotelowym pokoju z kolejną przypadkową blondynką. To zawsze były blondynki, chyba dlatego, że brunetki i szatynki za bardzo przypominały mu o żonie. Wróci dopiero w niedzielę nad ranem, tłumacząc się, że Radcliff dał mu nocną akcję w innym mieście, albo nie powie nic.

Gulliana z zadowoleniem sięgnęła po telefon, by zadzwonić do jednej z najlepszych przyjaciółek. Choć była siostrą jej męża, nie stała po jego stronie. Przeciwnie, mocno wspierała i kibicowała Clare, by w końcu uwolniła się od tego potwora. Choć wydawać by się mogło, że Gullie codziennie spotyka potwory na swojej drodze, to jednak ten największy był zawsze obok niej, spał w jej łóżku i mieszkał w jej domu. Wiedziała również, że Augusta, jej teściowa, potrafiła płakać po nocach nad głupotą swojego syna. Zawsze powtarzała, że jakby miała rozstać się z Alexandrem, to bardziej tęskniłaby za jego rodziną, która tak ciepło przyjęła ją w swoich progach, niż za nim samym.

– Gullie? Coś się stało? – usłyszała w słuchawce zdyszany i zmartwiony głos Riny.

– Cześć, Rina, nie, nic się nie stało. Po prostu dzisiaj jest piątek i pomyślałam, że dawno się nie widziałyśmy. Może miałabyś wolny wieczór, by do mnie wpaść? – odpowiedziała pogodnie, bo naprawdę cieszyła ją perspektywa spędzenia wieczoru z przyjaciółką.

– Och! Tak, oczywiście. Colton ma dzisiaj nockę, więc wróci jutro styrany i będzie spać – odpowiedź padła dość szybko. – Przyjadę po osiemnastej i wezmę ze sobą Lunę i Daisy, co ty na to? – dodała po chwili zastanowienia.

Clare cieszyła się, że po wojnie Radcliff i Rina rozstali się w zgodzie i naprawdę w dojrzałych relacjach, bo dzięki temu nie straciła niczyjej przyjaźni, ba, zyskała ich kilka, między innymi właśnie z Daisy. Bała się, że między dziewczynami może panować ciężka atmosfera i będą unikać siebie jak ognia, jednak nic takiego nie miało miejsca.

Rina zakochała się w Coltonie, z którym od zawsze trzymali się Daisy i Nox. I tak ich paczka się powiększyła, z czego Gullie bardzo się cieszyła. Potrzebowała tych drobnych gestów i małych sytuacji, by jakoś przetrwać w codziennym koszmarze. Z perspektywy lekarki widziała, że jej przyjaciół wyróżnia duża dojrzałość emocjonalna, co pozwoliło im na wybaczenie i podtrzymanie relacji. Dzięki temu Daisy była już szczęśliwą panią Harrington, Rina niebawem wyjdzie za Coltona i zostanie panią Hayes, zaś ona przy dobrych wiatrach się rozwiedzie.

– Kupię więcej wina i przygotuję przekąski. – Uśmiech poszerzył się na twarzy Gulliany i postanowiła wysiąść z autobusu dwa przystanki wcześniej, by zajrzeć jeszcze do pobliskiego marketu.

– Do zobaczenia!

Gulliana schowała telefon i z pogodą ducha ruszyła na zakupy. Chodząc między półkami i wybierając produkty, myślami wróciła do dzisiejszej sesji z Noxem. Cały czas analizowała jeden punkt, moment, w którym miała wrażenie, że się wyłączyła i przestała panować nad swoimi myślami, wpadła w ich wir i widziała wspomnienia, których nawet nie przywoływała z pamięci. Czyżby Whittaker… Nie, to niemożliwe. Ne śmiałby przecież użyć na niej swoich zdolności telepatycznych. A może jednak? Przecież nie zależało mu na współpracy z nią i opiniach w papierkach, które tak skrupulatnie codziennie wypełniała.

Nox był dla niej chodzącą zagadką. Ze szczegółami pamiętała dzień, w którym ta sprawa została jej przydzielona. Siedzieli w gabinecie narad, praktycznie wszyscy psychologowie, psychoterapeuci i psychiatrzy. To nie zdarzało się często, toteż już ten fakt wszystkich mocno zaintrygował, a gdy sam ordynator wszedł do sali, wiedzieli, że sytuacja jest poważna. Był niczym wykuty z kamienia, wyglądał na spiętego, co raczej mu się nie zdarzało.

To była „sprawa życia” – ten, komu się powiedzie, zostanie ustawiony do końca swoich dni. Będzie szanowany w środowisku i zapraszany na wszelkie konferencje naukowe w roli eksperta, by wyjaśniać każdemu, kto zechce słuchać, o tym niesamowitym przypadku.

O dziwo Gulliana modliła się, by ta sprawa nie trafiła do niej. Choć od kiedy tylko zdała studia i otrzymała tytuł magistra, potem doktora, a następnie robiła kolejne specjalizacje z najlepszymi wynikami w dziejach akademii, wiedziała, że będzie dążyć do tego, by zająć się naprawdę istotnym przypadkiem – tak trudnym, że niemal nie do rozwiązania. Chciała dostać szansę, która pozwoli jej udowodnić, że jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Jednak nie teraz, nie w tym momencie – gdy jej życie wali się w doszczętne ruiny, a ona nie potrafi się jeszcze z nich wygrzebać.

To dlatego siedziała ukryta gdzieś z tyłu sali, skulona na niewygodnym krzesełku jak jeszcze nigdy wcześniej. Zmęczona, niewyspana, z twarzą pokrytą grubą warstwą makijażu. Xander znowu ją pobił tej nocy. Tym razem jednak przekroczył wszelkie granice, niemal zatłukł ją na śmierć, gdy dowiedział się, że jest w ciąży. Głupia, zapomniała wyrzucić ten cholerny test albo jakoś bardziej go ukryć. Bił ją, póki nie zobaczył pod nią kałuży krwi; tak długo i mocno, aż w końcu był pewny, że poroni.

Wtedy jej szef przeszedł po sali, podając każdemu białą teczkę. Bała się ją otworzyć, gdy widziała reakcję kolegów, którzy zdążyli zerknąć do jej zawartości. Jedni wyglądali na zaintrygowanych, inni wręcz na przerażonych, niektórzy, gdy tylko zobaczyli dane pacjenta, odrzucili ją od siebie. Clare chciała być jedną z nich, jednak jej wrodzona ciekawość na to nie pozwoliła.

Imiona i nazwisko: Nox Ernest Whittaker.

Data narodzin: 5 czerwca 1994.

Miejsce: Wiltshire.

Imiona rodziców: Ernest Albert i Eleonora Rosalie.

Rodzeństwo: brak.

Status społeczny: arystokrata, długa historia rodowa, przynależny do gwardii w reżimie Doriana Cavendisha – reżimowiec.

Rozpoznanie psychiatryczne: zaburzona dusza (psychopatia), brak empatii, manipulacja, wysokie skłonności do użycia telepatii i odczytywania myśli, silne przekonanie o swojej wyższości. Włada magią zaawansowaną.

Przestępstwo: podwójne zabójstwo najbliższej rodziny – matka, ojciec.

Kilkukrotnie czytała krótką metrykę, nie zagłębiała się jednak bardziej, nie chciała czytać, jak do tego doszło, choć słyszała wiele faktów i plotek na temat tej sprawy, więc chcąc nie chcąc, coś wiedziała. Była w szoku. Whittaker ze szkolnych korytarzy jawił się jej jako wredny, cyniczny i ironiczny, strachliwy i przekonany o swojej wyższości, smarkacz z bogatego rodu. Dlaczego miałby zabić Eleonorę, którą przecież naprawdę bardzo kochał? Ona go chroniła. Postawienie tych wszystkich pytań nie pasowało jej do rozpoznania. Nox Whittaker nie był psychopatą, miał uczucia i emocje, choć niewykluczone, że był poważnie zaburzony.

– Niestety Whittakera od razu możemy wsadzić do celi śmierci – wyszeptał Theodor.

Spojrzała zdumiona na Northwooda. Przecież kiedyś się przyjaźnili… Na pewno wiedział o nim więcej niż ktokolwiek w tej sali. Dlaczego chciał go od razu skazywać na śmierć bez głębszego rozpoznania?

– Dlaczego? – zapytała. – Przecież powinien go ktoś dogłębnie zdiagnozować – dodała, przerzucając kartki w teczce, jednak nie skupiając się na nich dłużej.

– Próbowało już dwunastu. Żaden nie ma na niego pomysłu, więc odesłali go nam. Niestety do Noxa nikt nie potrafi dotrzeć. Milczy jak zaklęty – odpowiedział spokojnie Theodor, choć w jego głosie było słychać nutę żalu.

– To znaczy? – Clare nadal nie rozumiała problemu.

– Pan Whittaker nie odzywa się od dnia aresztowania, czyli już trzy lata, panno Clare – padła odpowiedź ordynatora, który słysząc ich szepty, na dłużej zatrzymał się za ich plecami.

Gulliana zwróciła uwagę na fakt, że ordynator nadal zwracał się do niej panieńskim nazwiskiem. Dla niego już chyba na zawsze zostanie panienką z Blackmore. Tą wygadaną, mającą komentarz na wszystkie okazje i piekielnie inteligentną, której ręka zawsze była w górze, znała bowiem odpowiedź na wszystko. Czuła rozczulenie, gdy o tym myślała. Chciała taka być, chciała powrócić do swojej wersji sprzed małżeństwa. Teraz bowiem nie czuła się sobą choćby w jednym procencie.

– Ciekawy przypadek… – mruknęła pod nosem, spuszczając wzrok.

Jeszcze mocniej zaczęła się modlić, by nie padło na nią. Naprawdę ostatnie, czego potrzebowała, to szkolna nemezis, która została określona jako psychopata. Dla niej ta sprawa z góry byłaby przegrana. Whittaker choćby dla samej satysfakcji i złośliwości w jej stronę nie odezwałby się ani słowem. Podejrzewała, że jej porażka byłaby dla niego najlepszą nagrodą przed śmiercią.

– Dlatego zajmie się pani tym przypadkiem. Mamy trzydzieści jeden dni, by pan Whittaker wyjaśnił nam tok swoich działań. Jeśli nie poczynimy w tym czasie znaczącego progresu, zostanie skazany na śmierć. – Ordynator wrócił na swoje miejsce u szczytu stołu, przy którym się zgromadzili.

Dla Gulliany czas się zatrzymał, niczym w komedii, w której główny bohater to cholerny życiowy przegryw, który trafia na wszystko, czego nie chce. Miała ochotę walnąć głową o stół i rozpłakać się jak mała dziewczynka. Tupać nogami i krzyczeć, że nie chce tej sprawy, a jednocześnie głośno przeklinać i uderzać, w co popadnie. Gdyby jednak tak się zachowała, to mogłaby wylądować w celi obok Whittakera, a nie go leczyć. Wariatka. Z ordynatorem nie było dyskusji, dlatego uśmiechnęła się niemrawo na oklaski kolegów i przyjęła życzenia powodzenia.

Wróciła do rzeczywistości, w momencie gdy stanęła przed drzwiami swojego domu. W holu zdjęła buty i odwiesiła płaszcz, by od razu udać się do kuchni i odłożyć małe zakupy na blat. Umyła ręce i przygotowała składniki, z których miała zamiar ugotować obiad.

Zawsze gotowała samodzielnie, nie używając gotowców czy półproduktów. Magii tym bardziej. Uważała, że dania przygotowane od serca były po prostu smaczniejsze niż te, które zostały wcześniej przygotowane przez kogoś innego lub ze wspomaganiem magicznym. Choć dla jej męża nie miało to większego znaczenia – ważne, by obiad był na czas podany na stół, i tyle. Miała nadzieję, że Xander nie wróci na kolację, tak jak to miał w zwyczaju co piątek. Jednak nie mogła tego założyć na sto procent. Musiała być przygotowana na każdą ewentualność.

Właśnie kończyła przygotowywanie nakrycia, gdy usłyszała szmer w przedpokoju. Szybko sięgnęła po wok, w którym przygotowała makaron z krewetkami, i rozłożyła danie na oba talerze.

– Dobrze, że jesteś, kochanie, obiad już czeka. – Gulliana przybrała maskę szczęśliwej i potulnej żony.

Xander spojrzał na nią jakby z zaskoczeniem. Czyżby nie spodziewał się, że jego żona przygotuje mu obiad jak co dzień od pięciu lat?

– Jakaś okazja? – Podejrzliwie łypał na makaron z krewetkami w sosie maślanym.

– Nie, Xander, po prostu miałam ochotę na krewetki – odpowiedziała Gullie, siadając z nim do stołu, jednak najdalej, jak się dało, by nie mógł w razie czego szybko jej złapać lub trafić ręką w i tak już poranioną twarz.

Nieraz miała ochotę zmyć cały makijaż, po tym jak przyszła do domu, by przy stole musiał patrzeć na swoje dzieło. On jednak nie lubił, gdy chodziła nieumalowana.

– Masz jakieś plany na dziś? – zapytała niby niezobowiązująco, modląc się, by spokojnie odpowiedział, najlepiej twierdząco.

Bardzo chciała spędzić ten wieczór z dziewczynami, planowała nawet poprosić go o zgodę, by czuł się ważny i niepominięty. Och tak, oto prawdziwy psychopata pod jej dachem. Nie zagubiony Whittaker w białej celi. Jej mąż.

– Ta, idę z chłopakami do klubu. Nie czekaj na mnie – odpowiedział, wpychając sobie dużą porcję makaronu do buzi.

– Kochanie, a czy mogłabym spędzić wieczór z dziewczynami? Chciałabym zaprosić Rinę, Lunę i Daisy, bo dawno nie miałyśmy okazji spokojnie pogadać – przymilała się, jak tylko mogła, by usłyszeć twierdzącą odpowiedź.

Nawet gdyby się nie zgodził, nie wycofałaby się ze swoich planów, jednak wolała upraszczać sobie swoje i tak już trudne życie.

– Ta – padło między kęsami.

Ucieszyła się niemal jak mała dziewczynka, jej entuzjazm był szczery, gdy dziękowała mu za pozwolenie. Ona naprawdę żyła z osobą z poważnie zaburzoną osobowością. I właśnie tutaj, siedząc w swoim domu z własnym mężem przy makaronie z krewetkami, doszła do wniosku, że psychopatą niekoniecznie musi być ten, który popełnił okropną zbrodnię, co być może da się wytłumaczyć w jakiś logiczny sposób; niekoniecznie wybaczyć czy zapomnieć, ale zrozumieć. Psychopatą może być ten pozornie spokojny, kochający chłopak, z którym niefortunnie dzielisz łóżko.

3

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Spis treści:

Okładka
Strona tytułowa
Playlista
Prolog
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3
Dzień 4
Dzień 5
Dzień 6
Dzień 7
Dzień 8
Dzień 9
Dzień 10
Dzień 11
Dzień 12
Dzień 13
Dzień 14
Dzień 15
Dzień 16
Dzień 17
Dzień 18
Dzień 19
Dzień 20
Dzień 21
Dzień 22
Dzień 23
Dzień 24
Dzień 25
Dzień 26
Dzień 27
Dzień 28

Thirty one days

ISBN: 978-83-8373-392-0

© Patrycja Drywa i Wydawnictwo Novae Res 2024

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Jędrzej Szulga

KOREKTA: Emilia Kapłan

OKŁADKA: Magdalena Czmochowska

GRAFIKA: Patrycja Drywa

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek