The Pawn and the Puppet - Brandi Elise Szeker - ebook
NOWOŚĆ

The Pawn and the Puppet ebook

Brandi Elise Szeker

5,0

209 osób interesuje się tą książką

Opis

Szpital Psychiatryczny Emerald Lake nie jest miejscem, do którego ktokolwiek chciałby trafić, jednak Skylenna złożyła obietnicę, której musi dotrzymać. Gdy zdobywa zatrudnienie w szpitalu, przyświeca jej tylko jeden cel – udowodnić radzie, że barbarzyńskie metody leczenia nie są już rozwiązaniem. Wszystko to jednak schodzi na dalszy plan, kiedy Sky staje twarzą w twarz z pacjentem o rozdwojonej jaźni ‒ aktualnie krwiożerczym geniuszem o imieniu Dessin, którego druga osobowość została pogrzebana głęboko w podświadomości.

Dessin zostaje przyłapany na próbie ucieczki, przez co grozi mu egzekucja. Jedyną szansą na jego ratunek okazuje się Skylenna, która musi wydobyć na powierzchnię prawdziwą tożsamość mężczyzny. Dziewczyna ma dziewięćdziesiąt dni na uratowanie mu życia. Aby tego dokonać, jest zmuszona dać się wciągnąć do jego świata pełnego kontrataków i mistrzowskiej manipulacji.

Z każdym mijającym dniem ich więź się zacieśnia i pojawia się między nimi zakazane przyciąganie. Krok po kroku Sky odkrywa mroczne sekrety z przeszłości pacjenta, które zmieniły go w potwora budzącego powszechny strach. I choć Dessin prezentuje światu przerażające, niezniszczalne oblicze, okazuje się mieć jedną słabość: ją.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 415

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
winezuella

Nie oderwiesz się od lektury

jedna z lepszych książek jakie czytałam w tym roku!!!
00



The Pawnand the Puppet

Brandi Elise Szeker

Przełożył Łukasz Budnik

1

Pętla marionetki

Zaciskam zęby na cienkim klocku tak mocno, że drewno pęka, a drzazgi kłują mnie w język.

I gotowe, pierwszy narysowany sznurek połączył się z drewnianym nadgarstkiem.

Oddychaj.

Kolejny ruch i nadgarstek łączy się z drewnianymi palcami. Zaostrzony kawałek węgla sunie gładko po pergaminie.

Łzy wzbierają pod dolnymi powiekami, napierając na nie niczym fala na tamę.

Rysuję następny sznurek – przypominający płynącą na wietrze nić pajęczyny – tak by wyglądał na zawiązany wokół drugiego drewnianego nadgarstka. Z piersi wydobywa mi się szloch, a wtedy jeszcze mocniej wbijam zęby w klocek.

Nie przestawaj.

Kolejne drewniane palce. Dwie nogi. Dwie kostki.

Rozmazując węgiel, dodaję cienie.

Widziałam, co zrobiła z nią praca w tym ośrodku. Z płaczem opowiadała mi o strasznych rzeczach, których była świadkiem.

Oddychaj.

Rysuję drewnianą szyję, głowę, ramiona.

Skończ marionetkę.

Idę tam dziś na rozmowę w sprawie pracy, mimo że słyszałam opowieści o pacjentach, którymi się zajmowała, i o ich krzykach wywołujących drżenie ścian. Zrobię to, by dotrzymać złożonej jej obietnicy.

Dorysowuję rękę i palce kontrolujące sznurki. Potem paznokcie i zagięcia na kostkach.

Opanuj panikę.

– Delphine będzie tu za kilka minut, żeby pomóc ci się przygotować. – Zza progu dobiega stłumiony głos Auricka. – Wszystko w porządku?

Przestaję rysować i jeszcze mocniej zaciskam zęby na drewnie.

Nic ci nie jest.

Przed oczami przelatuje mi wspomnienie siostry wymiotującej do zlewu po tym, co widziała w Szpitalu Psychiatrycznym Emerald Lake. Trzymali pod wodą głowę dziecka. Nie mogło oddychać, a oni nazywali to leczeniem!

Gorące mdłości przetaczają się przez mój żołądek jak oceaniczna fala.

Wyciągam drewno z ust.

– Tak, w porządku – mówię bez tchu w kierunku łazienki.

Ale to nieprawda. Siedzę skulona w wannie, gdzie rysuję marionetkę, w domku, który nie jest mój, czekając, aż minie burza paniki, a strach, oplatający szyję niczym pętla, przestanie mi spinać ramiona.

Za kilka godzin powitają mnie w drzwiach osławionego Szpitala Psychiatrycznego Emerald Lake. Wejdę do tego więzienia, poznam pacjentów i ich złożone psychiczne dolegliwości, a co gorsza – ludzi, którzy tam pracują.

– Nie brzmisz, jakby było w porządku – odzywa się Aurick zza drzwi. – Mogę wejść?

– Nie! – odpowiadam szybko.

Nie może mnie zobaczyć w takim stanie.

Aurick to mój jedyny przyjaciel, odkąd kilka tygodni temu zmarła moja siostra Scarlett. Znalazł mnie w lesie North ­Saphrine, samotną, wyziębioną, z dłońmi pokrytymi popiołem. Pozwolił zatrzymać się w swoim zimowym domku. Nakarmił. Dał ciepłe miejsce do przeżywania smutku. Był dla mnie taki miły, nie zadawał żadnych pytań. Jak mogę prosić o to, żeby był świadkiem mojego paraliżującego strachu? To ja błagałam go o pomoc w zorganizowaniu rozmowy kwalifikacyjnej w placówce. Jeśli zobaczy mnie w takim stanie, wszystko odwoła.

– Skylenna. – Brzmi podobnie do ojca upominającego dziecko. – Jeśli się boisz, nie musisz tego robić.

Ależ tak. Muszę. To była misja Scarlett. Ona nienawidziła pracy w tym szpitalu, bała się każdego momentu, lecz nie mogła zostawić tych biednych, zranionych umysłów samym sobie.

Jeśli odwrócę wzrok, będę dokładnie taka jak ludzie, którzy rozkoszują się zadawaniem tortur.

Dlatego siostra ułożyła plan, by zmienić ich metody. Zmienić sposób leczenia. Pokazać, że istnieje lepsza droga.

Umarła, zanim zrealizowała ten cel.

I to była moja wina.

Ściskam kawałek węgla, wbijając w niego paznokcie. Walczę ze strachem. Co, jeśli nie będę w stanie patrzeć na pacjentów karanych za samo istnienie? Co, jeśli oszaleję, tak jak Scarlett? Co, jeśli sama skończę w tym szpitalu jako pacjentka?

– Nie boję się – burczę w odpowiedzi do Auricka, który wciąż stoi pod drzwiami. – Zaraz wyjdę.

Oddychaj. Ocieram oczy z ciepłych łez. Drżenie w nogach zaczyna słabnąć, tak jak maleje prędkość kamyka opadającego na dno stawu. Już. Dodaję ostatnie detale do marionetki. Martwy uśmiech. Puste, paciorkowate oczy. Uniesione w smutku brwi.

Zmęczona wypuszczam powietrze. Czuję się niczym wykręcony ręcznik rzucony w kąt łazienki, by obrastał pleśnią.

Dam radę. Skoro Scarlett potrafiła to znieść, przynajmniej tyle mogę zrobić. Mówiła, czego można się spodziewać. Opowiedziała o podtapianiu, wrzących kąpielach, przywiązywaniu do krzesła. Byłam przy niej za każdym razem, gdy rozpadała się z rozpaczy po wyjściu z tych sal terapeutycznych.

Chwytam za krawędzie wanny i wychodzę z tego uspokajającego porcelanowego kokonu. Chowam rysunek pod umywalką, choć pewnie nigdy więcej na niego nie spojrzę. Stworzyłam już setki takich. Obmywając twarz chłodną wodą, unikam patrzenia na swoje odbicie w lustrze. Nie chcę widzieć tych zimnych, zielonych oczu. Oczu Scarlett.

Tych samych, w które się wpatrywałam, podpalając jej dom.

2

Śliczna laleczka

Zanim wyszłam z łazienki, Aurick zdążył wyruszyć do miastasta.

Jestem pewna, że nie chce być świadkiem tego, co nastąpi.

Z automobilu wysiada odziana w czerń starsza kobieta, która ma popielate włosy upięte w ciasny kok i zaciśnięte usta. Aurick przysłał ją, żeby mnie przygotowała. Ubiór. Makijaż. Wszystko zgodnie z motywem przewodnim, tak subtelnie narzuconym tej jakże doskonałej metropolii otaczającej szpital.

Żyję pod kloszem na skrawku ziemi przy granicy siedmiu lasów. Mieszkam w Bear Traps, na obrzeżach Chandelier City. Nigdy nie musiałam się podporządkowywać zasadom tego dziwnego i wyjątkowo próżnego kraju, w którym żyjemy. Naszym małym państwem, Dementią, rządzi wykreowana wizja idealnego społeczeństwa. Perfekcyjnie zbudowane posiadłości i zamki, doskonali ludzie… „Ach, ludzie są olśniewający”, mawiała Scarlett. Kobiety chude jak starcy, których pochowano. Ich wygląd jest tu ewangelią. Wszystkie podlegają Rygorowi Porcelanowej Lalki. To długa nocna rutyna – godziny moczenia w ziołowych naparach, intensywna pielęgnacja skóry i włosów połączona z przestrzeganiem najsurowszych zasad dietetycznych. „Jedz tylko wtedy, gdy czujesz, że zaraz zemdlejesz”, powtarzała siostra. A do tego stroje, czyli suknie na każdą okazję i porę dnia: na herbatę, do obowiązków domowych i na wieczór.

Praca mojego ojca polegała na cięciu drewna i dostarczaniu go do miasta. Taki zawód automatycznie zwalnia z przestrzegania społecznego rygoru. Jeśli nie jesteś widziany ani słyszany w granicach miasta, równie dobrze możesz być duchem. Tak stanowią prawa spisane podczas pierwszego osadnictwa, i zawsze wydawało się to sprawiedliwe wobec ciężko pracujących rodzin.

Słuchanie o tym od Scarlett przypominało zaglądanie przez okno do alternatywnego wszechświata. Po naszych narodzinach matka z nią uciekła, by mieszkać bliżej Chandelier City, zostawiając mnie z ojcem w Bear Traps.

Wracam do rzeczywistości, w której przysłana przez ­Auricka starucha bezceremonialnie rozgościła się w domku, po czym urządziła sobie stanowisko w salonie.

Gwałtownie naciąga mi przez głowę suknię w kolorze grafitowym. Rękawy kończą się nad łokciami, a środkowa część zebrana jest pod biustem i ciasno opina biodra. Wsuwam ramiona w wełniany zimowy płaszcz z wąską talią i puszystym, czarnym kołnierzem z futra okrywającym ramiona i dekolt. Na końcu wkładam stopy w czarne, skórzane czółenka.

Kobieta metalowymi szczypcami wyrywa mi pojedyncze włoski z brwi, parskając i kręcąc głową z niemym potępieniem. Reszta zlewa się w jedno, gdy modlę się w duchu, aby rozmowa kwalifikacyjna przebiegła pomyślnie.

– Nigdy nie byłaś w mieście – stwierdza. To nie pytanie, ale i tak kiwam głową. – Będziesz musiała przywyknąć do rezygnowania z regularnych posiłków. – Szczypie skórę na mojej talii. – Albo przynajmniej do przeczyszczania się, jeśli pokusa okaże się zbyt silna.

Mrugam gwałtownie.

– Przeczyszczania?

– Tak, dziewczyno. Biust masz pełny, a biodra okrągłe. Celem jest skóra tak cienka, by naciągała się na kościach. – Ocenia moje paznokcie i cmoka językiem. – Do tego masz brudne dłonie. Jeśli zamierzasz tam mieszkać, musisz wdrożyć Rygor Porcelanowej Lalki w chwili, gdy dotrzesz do posiadłości Auricka. W przeciwnym razie zapewne usłyszę o przeniesieniu cię do żeńskiej części szpitala w charakterze pacjentki.

Ma rację. Scarlett mówiła, że jeśli Demechnef – nasz rząd tak obsesyjnie dbający o nienaganną prezencję – dostrzeże u kogoś choćby cień zaniedbania, jak przybranie paru kilogramów czy, nie daj Boże, wysyp nieestetycznych krost, to taka osoba jest dyskretnie usuwana z codziennego życia. Trzymana z dala od rodzin i przyjaciół. Według powszechnej wiedzy po prostu znika, żeby w końcu wrócić z sękatymi stawami, przerzedzonymi włosami, wystającymi żebrami i zapadniętymi policzkami.

– Nie martw się, dziecko. Pomiary ciała zwykle wykonuje mąż, a jeśli kobieta jest niezamężna, przybywa urzędowy przedstawiciel Demechnefu, żeby nadzorować procedurę. Jednak jestem pewna, że twój nowy przyjaciel chętnie ci w tym pomoże. – Poklepuje mnie po czubku głowy, wsuwając ostatni lok za ucho.

Przełykam dławiący strach. Przecież tego chciałam. Sama o to prosiłam. Dobrowolnie wsiadam do automobilu, który zawiezie mnie prosto do jedynego świata, jaki znała kiedyś Scarlett. Do miejsca, w którym – jak przysięgałam – miałam nigdy nie postawić stopy.

Do Szpitala Emerald Lake.

3

Szpital Psychiatryczny Emerald Lake

Do miasta prowadzi wyboista droga, a siedzenia nieustannie drżą od jazdy po nierównym żwirze. Jestem ubrana ­nienagannie – ­gotowa, by wkroczyć w to nowe społeczeństwo.

W głowie słyszę słowa Scarlett. Jej chrapliwy głos przywodzi na myśl grzechotanie drobnych monet w bębnie suszarki, gdy opowiada o okropnościach, krzykach i błaganiach o litość rozbrzmiewających za tamtymi murami. Jedną z rzeczy, których się bała bardziej niż samych krzyków, było to, że niemal wszyscy pracujący w tym budynku wydawali się całkowicie znieczuleni na ból, który zadawali. Porównywała pustkę w ich oczach do lustra weneckiego – nie widzisz stojącej po drugiej stronie istoty zła, ale ją czujesz. Czujesz, jak rozpiera ją duma z zadawanego cierpienia, jak się nim delektuje.

Myśl o spotkaniu takich ludzi sprawia, że skręca mnie w żołądku.

Gdy resztki lasu zaczynają rzednieć niczym linia włosów na skroniach, korony drzew znikają, a niebo ukazuje swoje spuchnięte oblicze zasnute kłębami dymnych chmur. Nasz automobil toczy się po drodze ku Chandelier City. Opieram głowę o szybę i zanim docieram do tego nowego świata, zamykam oczy, próbując odpocząć przed czekającą mnie rozmową.

***

– Jesteśmy na miejscu – budzi mnie kierowca.

Przecieram powieki i przykładam czoło do okna, by spojrzeć na źródło większości koszmarów Scarlett.

U stóp gór Emerald Lake wyrasta niewielki zamek. Gdy wjeżdżamy na długi, szeroki podjazd wysypany żwirem, mogę przyjrzeć się budynkowi z bliska. Wieża zegarowa, kilka kominów i wysokie wykuszowe okna, zasłonięte od środka ciężkimi kotarami. Wschodnie i zachodnie skrzydła sprawiają, że całość przypomina wystawną rezydencję. Do wejścia prowadzą dwustronne schody, na których w karnym szyku pręży się kilka kobiet. Ramiona cofnięte, podbródki uniesione, wszystkie w identycznych, dopasowanych, granatowych sukniach do kolan. W drzwiach stoi mężczyzna górujący nad nimi wzrostem, ubrany w czarny garnitur. Ich nieustępliwe spojrzenia skupiają się na naszym automobilu, co sprawia, że na chwilę zamieram.

Mijamy ściany bujnej zieleni po obu stronach drogi. Szmaragdowe tuje stoją niczym żołnierze piechoty zaczajeni na froncie posiadłości. Poranna rosa lśni w słońcu, które oblewa blaskiem każdy zakamarek małego zamku.

Nie wiem, czy wystarczy mi odwagi, by tam wejść. Nie jestem pewna, czy mam taki hart ducha jak moja siostra. Nie pozwoliłam sobie na żałobę po jej śmierci i nie sądzę, abym kiedykolwiek to zrobiła. Pamiętam jedną z naszych ostatnich rozmów. Noc przed pożarem siedziałyśmy z podciągniętymi nogami na jej łóżku. Scarlett czesała swoje długie, proste włosy i po raz pierwszy, odkąd w wieku piętnastu lat się odnalazłyśmy, przyznała się do gorzkiego, surowego uczucia, które w sobie dusiła.

Kiedy rozmawiałyśmy o Violet Ambrose, naszej matce, siostra wybuchała gniewem i nienawiścią. Mówiła, że nie powinno się jej nazywać matką i że gdyby znów spotkała Violet, zapewne by ją zabiła.

Jak matka mogła pozwolić, żeby obcy mężczyźni dotykali jej córki? Jak mogła słuchać moich krzyków i zgarniać monety, kiedy ja cierpiałam katusze?

Jednak tamtej nocy Scarlett nie płakała ani nie zanosiła się krzykiem. Spojrzała na mnie ze smutkiem i wyznała: „To była moja matka, Sky. To była moja matka i chciałam jedynie, by mnie kochała. A ja poczułam przez nią, że nie zasługuję na miłość. To nie jej nienawidzę. Nienawidzę siebie”.

Tamtej nocy siostra ujęła moje dłonie i dodała: „Jesteśmy tylko my. Musimy sobie obiecać, że nigdy siebie nie opuścimy”.

Następnej nocy jej wiecznie potargane złote włosy i chude nogi spłonęły w ogniu. Miała dziewiętnaście lat.

Wiem, że istnieje wyłącznie jeden sposób, żeby dotrzymać obietnicy i nie opuścić siostry. Mimo strachu, jaki odczuwam przed wejściem do tej krypty żywych trupów i spotkaniem okrutnych ludzi, którzy powoli ich wykańczają, nie mam wyboru. Muszę zetrzeć z twarzy lęk i wysiąść z automobilu.

Właśnie tak dotrzymuję słowa.

4

Rozmowa kwalifikacyjna

Słyszę chrzęst, gdy przy pierwszych krokach moje obcasy wbijają się w żwir, a z ust ulatuje oddech w postaci małego obłoku pary, który stopniowo się rozwiewa w porannym wietrze.

Nade mną góruje pięć kobiet ustawionych na schodach niczym pomniki – ikony historii Szpitala Psychiatrycznego Emerald Lake. Surowe spojrzenia osądu widnieją na ich lalkowatych twarzach z pokrytymi różową szminką ustami, zarumienionymi policzkami, brązowymi lub dymnoszarymi powiekami oraz narysowanymi brwiami, jakby pociągniętymi piórem kaligrafa.

Po chwili przenoszę wzrok na czekającego w progu mężczyznę. Mierzy nieco ponad metr osiemdziesiąt, jest szczupły niczym górska osika i ma gładko zaczesane do tyłu, czarne jak węgiel włosy z siwymi pasmami po bokach.

Najwyższa kobieta, stojąca najbliżej drzwi, z wdziękiem skłania głowę, uważając, aby żaden luźny blond lok nie opadł jej na oczy. Jest starsza od pozostałych, choć trudno to zauważyć. Gdyby nie zmarszczki wokół cienkich ust, które zapewne setki razy zaciskały się na papierosie podczas wciągania codziennej dawki nikotyny, pewnie bym tego nie dostrzegła. Poza tym jej makijaż jest precyzyjny i stosowny, maskujący wszelkie inne oznaki starzenia. Stoją za tym lata praktyki. Po białym kołnierzyku i rękawiczkach wnioskuję, że to ona tu rządzi. To na niej muszę zrobić wrażenie.

– Pani musi być Sky Ambrose. – Obdarza mnie napiętym uśmiechem. Jej głos przywodzi na myśl miękkie dźwięki fletu.

Skylenna.

Nie poprawiaj jej.

Kiwam głową.

– Przyszłam na rozmowę kwalifikacyjną.

Kobieta o krótkich, czarnych włosach, stojąca na szczycie schodów, przewraca oczami. Tak szybko, że od razu zaczynam wątpić, czy w ogóle to widziałam.

– Właśnie. I to ja ją przeprowadzę. – Schodzi ostrożnie po stopniach, pozwalając, żeby obcasy uderzały o nie delikatnie. – Nazywam się Suseas Parlomon. Jestem główną konformistką i jednym z sześciu członków rady szpitala.

Suseas nie znajduje się już na podwyższeniu, a mimo to wciąż jest ode mnie o dobre siedem centymetrów wyższa. Stoi tak bardzo wyprostowana, że nie mam wątpliwości co do istnienia prętów utrzymujących jej postawę. Chwyta moją prawą dłoń i ściska ją lekko między swoimi.

– Kiedy otrzymaliśmy telefon od pana Auricka Dawsona, który zaproponował to spotkanie, zapewniliśmy go, że czas, jaki pani tutaj spędzi, będzie wyjątkowy. Dostać rekomendację od tak imponującej osoby to nie byle co. Traktujemy jego opinię bardzo poważnie.

Powinnam była zapytać Auricka, czym zajmuje się zawodowo.

Bezwiednie unoszę w zdziwieniu brwi. Otwieram usta, by odpowiedzieć, lecz wydobywają się z nich jedynie dźwięki towarzyszące kurczącej się krtani, gdy przełykam ślinę.

– Mam nadzieję, że uzna pani to powitanie za stosowne – dodaje Suseas, wpatrująca się we mnie uporczywie.

– Och. – Spoglądam z powrotem na wyprostowane kobiety stojące w idealnym szyku przy podwójnych schodach. To wszystko było po to, aby zrobić na mnie wrażenie? – Tak, oczywiście. Jest wspaniałe.

Parlomon uśmiecha się do siebie, przymknąwszy na chwilę oczy. Zadowolona patrzy na zgromadzone kobiety i uspokajająco kiwa głową.

– Proszę dołączyć do nas w głównej hali. Musi pani być przemarznięta do szpiku kości.

Idę za nimi po schodach i przechodzę przez szerokie podwójne drzwi. Mężczyzna znika w momencie, kiedy przekraczam próg.

Podeszwy moich butów stukają o kremową, marmurową posadzkę. Podnoszę wzrok, by sprawdzić, skąd to echo, i onieśmielają mnie katedralne sufity. Nad naszymi głowami roz­ciągają się kamienne łuki. Dostrzegam też złoty żyrandol, który nie do końca pasuje do antycznego wystroju. Ściany są z kamienia, a w każdym rogu sali przeznaczonej na hol ustawiono kolumny.

Ciepłe powietrze otula moją twarz, ogrzewając czubek nosa i palce. Niesie ze sobą intensywny zapach drewna i skóry oraz rześkie wrażenie luksusu. Pod nim jednak skryte, jak pod pokrywą śmietnika, czają się uporczywa woń nieświeżego moczu i stęchły zapach ciała starszej kobiety.

Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona tym pierwszym wrażeniem. Scarlett kiedyś powiedziała mi, że to miejsce zbudowano na oszustwie.

Suseas kieruje nas ku brązowym, skórzanym kanapom po prawej stronie holu. Zostaję zaprowadzona do fotela o mahoniowym wykończeniu i siadam na poduszce obitej elegancką żakardową tkaniną. Między kobietami na kanapach a mną stoi stolik do herbaty. Meble skrzypią, gdy wszystkie szukają wygodnej pozycji. Prostują się, opierając pokusie, żeby się rozluźnić i opaść plecami na skórzane oparcie.

Suseas macha ręką przez ramię, na co młodsza kobieta w szarej sukience i białych rajstopach ostrożnie stawia na blacie tacę z delikatnym porcelanowym serwisem do herbaty, w tym z parującym czajnikiem. Zanim zdążę jej odpowiednio podziękować, odchodzi cicho, jakby unikała właśnie rozprzestrzeniającego się w powietrzu fetoru.

Instynktownie naśladuję postawę pozostałych kobiet. Plecy proste, podbródek uniesiony, nogi skrzyżowane w kostkach. Niższa z nich, na samym końcu po prawej, klęka, by nalać herbatę, i rozdaje filiżanki. Staram się nie pozwolić, aby ciekawość wzięła nade mną górę, lecz policzki tej kobiety z łatwością przyciągają mój wzrok. Są zapadnięte, wciągnięte wokół kości policzkowych, jakby próżnia wessała wszystko dookoła jej oczu i ust. Barki odznaczają się pod skórą jak u wygłodzonego zwierzęcia, u którego między kośćmi tworzą się zagłębienia. Nawet dłonie ma kruche – na ich wierzchu wystają niebieskie i nabrzmiałe żyły.

Parlomon odchrząkuje, czym na nowo skupia na sobie moją uwagę.

– Więc… – Dmucha lekko na herbatę, co uwydatnia charakterystyczne dla palaczy bruzdy wokół jej ust. – Ten szpital nie jest zwykle pożądanym miejscem przez młode kobiety szukające swojej profesji. Co panią tu sprowadza?

Jakże proste, a zarazem straszliwie skomplikowane pytanie. Waham się, wykorzystując tę chwilę, żeby sięgnąć po ­swoją filiżankę.

– Wierzę, że mogłabym się tu całkiem nieźle rozwinąć, gdyby dano mi szansę.

Patrzą na mnie drapieżnie.

– Od zawsze marzyłam, by zostać konformistką.

To kłamstwo. Kiedyś modliłam się o to, abym nigdy nie musiała postawić nogi w tym gloryfikowanym więzieniu.

Suseas kiwa głową, mrużąc przy tym głęboko osadzone piwne oczy. Staram się nie spoglądać na jej towarzyszki. Gdyby osąd był czymś namacalnym, wypływałby z nich powoli niczym para, sącząc się ze wszystkich porów w ich ciałach. Kobieta jednak chichocze, w sposób być może sugerujący, że wszyscy zdają sobie sprawę, iż skłamałam.

– Cóż, jak już wspomniałam, referencje od pana Auricka Dawsona są wyjątkowe. Czy wolno mi spytać, kim dla siebie jesteście?

Teraz to już rzuca granatami.

– Starymi przyjaciółmi rodziny.

Zabawne, że pani pyta. Właśnie patrzyłam na moją siostrę płonącą w pożarze swojego domu rodzinnego, a Aurick z litości wyciągnął pomocną dłoń do dziewczyny, która straciła wszystko. Wie o mnie niewiele, tak samo jak ja o nim.

– Doskonale. – Siedząca na lewo od Parlomon kobieta mar­szczy nos i posyła mi przesłodzony uśmieszek. Zakłada za ucho pasmo krótkich, czarnych włosów i patrzy na mnie wyczekująco, tak jakbym miała wiedzieć, kim jest.

Suseas odkłada herbatę, czując się wyraźnie niekomfortowo. Zaciska wargi i wciąż wpatruje się w podłogę.

– Zanim omówimy szczegóły tej posady i charakter szpitala, chciałabym poruszyć pewną kwestię, jeśli pani pozwoli. – Kładzie dłonie na kolanach w uprzejmym geście i cofa ramiona.

Ostrożnie kiwam głową. Napięcie, którym podszyta jest ta rozmowa, wyczuwam już w klatce piersiowej i szyi. Spirala zaciska się pod mostkiem, skręcając zgodnie z ruchem wskazówek zegara, aż moje ramiona zaczynają opadać do przodu, by złagodzić nacisk.

– Pani… siostra bliźniaczka była asystentką konformistki. Moje kondolencje. Obawiam się jednak, że do pracowników dotarła plotka o okolicznościach jej śmierci. O tym, że to pani spaliła ją żywcem w domu, w którym mieszkałyście. Przyjrzałam się raportowi z wypadku i nie uważam, żeby to była prawda. Ale wie pani, jak to bywa z ludźmi. Lubią sobie przekazywać historie z potencjałem na film. Mimo to muszę spytać: czy w tej opowieści jest ziarno prawdy? Powinnam się niepokoić?

Zostawiłam jej ciało w szafie.

Tym razem nie potrafię się powstrzymać od zerknięcia na inne kobiety. Ta o kruczoczarnych włosach, która mówiła wcześniej, podnosi brew, a kącik jej ust unosi się w zadowolonym uśmieszku. Pozostałe wlepiają we mnie wzrok.

Otwieram usta, by odpowiedzieć, ale opuszcza je tylko podszyte nerwami westchnienie. Nie wiem, co odrzec.

Po prostu zaprzecz.

Nie, ta historia jest nieprawdziwa.

– Miała na imię Scarlett, prawda? – dopytuje zadowolona z siebie czarnowłosa.

Zaciskam szczęki, a w gardle czuję gulę. Kobieta wymówiła imię mojej siostry tak, jakby to nic nie znaczyło. Jakby była nieistotnym trybikiem w tej maszynie.

Scarlett.

Spotkałyśmy się ponownie w wieku piętnastu lat. Nie miałam nikogo. Wyłącznie ją.

Nie wiedziałyśmy o swoim istnieniu, dopóki nie znalazła mnie w izbie przyjęć za miastem. Złamane kości, zakrwawiona twarz, a to wszystko z rąk Jacka, mojego ojca. Nie zawsze był zły. Przez pierwszych pięć lat mojego życia był miły i delikatny. Dopiero gdy skończyłam sześć, miał załamanie, które zmieniło go w podstępnego brutala. Bestię, potwora, wcielonego diabła, który wysysał ze mnie wszelkie szczęście.

Odnalazła mnie. Tak, miała na imię Scarlett.

– Nie, to nieprawdziwa historia, proszę pani – zwracam się do Suseas. – Tak, właśnie tak miała na imię – odpowiadam tej wścibskiej babie, rozciągając usta w sztywnym, napiętym uśmiechu, który może się zmienić w grymas.

– Była osobliwą dziewczyną, prawda? Zawsze siedziała sama, nie miała przyjaciół, nosiła stare sukienki i mało makijażu.

Osobliwa. Sama. Bez przyjaciół.

Oczami wyobraźni widzę szkic. Sznurki. Drewniane kończyny. Śledzę wzrokiem pergamin, rysując po nim w myślach.

Muszę wstrzymać oddech. Zaciskać usta tak mocno, jakby spinały je szpilki, powstrzymując się tym samym od krzyku.

– Meridei, nietaktownie jest mówić źle o zmarłych – stwierdza Suseas z cmoknięciem.

Patrzę w zimne, ciemne, migdałowe oczy Meridei. Jej niewzruszone spojrzenie sugeruje, że ze mnie drwi. Mam rozpalone czoło, a moje ramiona przechodzi dreszcz społecznego dyskomfortu.

– Powiedziałabym, że była intrygująca i wyjątkowa – zwracam się do dziewczyny. – Niech spoczywa w pokoju.

– Oczywiście, moja droga – wtrąca Suseas. – Moje panie, chciałabym oprowadzić pannę Ambrose po placówce. Wróćcie, proszę, do swoich porannych obowiązków.

Dziękuję.

Cztery konformistki zmierzają gęsiego do klatki schodowej, a moja krew stygnie do rozsądnej temperatury. Podnoszę filiżankę i zdmuchuję parę, udając, że to napięcie wywołane nietaktownymi komentarzami Meridei. Obłok ulatnia się jak mgiełka opadającego do laguny wodospadu.

– Panno Ambrose, czuję moralny obowiązek poinformować, że to zajęcie nie jest dla każdego. Praca tutaj wymaga pewnego… dystansu. – Pochyla głowę i utrzymując owalną twarz na wysokości moich oczu, spogląda na mnie, jakby próbowała się porozumiewać telepatycznie. – Chodzi mi o to, że jeśli ma pani silne poczucie empatii… lub nawet słaby żołądek, nie powinna pani podążać tą ścieżką.

Lodowate mrowienie oblewa moje nogi i górną część pleców. Mgliste migawki opowieści Scarlett przelatują mi przez umysł, co przypomina kartkowanie albumu ze zdjęciami, a przecież nie byłam tam, by widzieć to na własne oczy.

– Myślę, że wobec tego przekona się pani, iż nadaję się do tej pracy idealnie – oznajmiam z pewnością w głosie.

Staram się zachować naturalny wyraz twarzy. Siostra wspominała kiedyś, że podczas rozmów kwalifikacyjnych obserwują mowę ciała w poszukiwaniu oznak słabości. Jeśli mrugasz zbyt szybko, poprawiasz postawę, drapiesz się po głowie albo dotykasz nosa – to twoje ciało w pewnym sensie szczerze odpowiada na ich podprogowe pytania. Dlatego nie wykonuję najmniejszego ruchu. Oddech mam równy i kontrolowany, a nogi nawet nie drgnęły, odkąd skrzyżowałam je w kostkach. Jestem nieruchoma niczym trup, przez co boli mnie dolna część pleców, szyja i nogi.

– Bardzo dobrze. – Skłania głowę i podnosi się z kanapy. – Zrobimy krótką wycieczkę po części specjalistycznej, aby przybliżyć codzienne życie i proces leczenia naszych pacjentów.

5

Symulowane topienie

Idę za Suseas w górę kamiennej klatki schodowej, na której ścianach zamontowano oliwne lampy. Przeciąg niesie za sobą ledwo wyczuwalny zapach wilgotnych ręczników leżących w kącie od tygodni. Schody spiralnie pną się w górę, a przy każdym okrążeniu odsłaniają się kolejne drzwi. Mijamy troje z nich, zanim wchodzimy do sekcji szczegółowej. Marmurowa posadzka poczekalni przechodzi tu w biało-czarną szachownicę płytek. Suseas wyjaśnia, że mniej więcej w połowie korytarza natrafimy na skrzyżowanie. Idąc w lewo, dotrzemy do jadalni, na wprost znajdują się sale zabiegowe, a po prawej stronie – kwatery pacjentów. Jest ich dokładnie trzynaście.

– Rano zostanie pani przydzielony podopieczny, za którego będzie pani danego dnia odpowiedzialna, oraz harmonogram zabiegów, którym go poddamy. Pani zadaniem będzie dopilnować, żeby został nakarmiony, przeszedł wszystkie interwencje, a także by przed nimi i po nich podać jego parametry życiowe oraz sporządzić ogólne notatki z wizyty. Brzmi to dość prosto, ale zabiegi potrafią być bardzo długie i bolesne dla pacjenta. Każda sesja ma swój cel: czasem religijny, czasem naukowy. Człon­kowie rady będą analizować pani raporty i na ich podstawie zdecydują o kolejnych krokach, dlatego ważne jest, aby konformistki przeprowadzały szczegółowe badania dotyczące ich podopiecznych.

– Jaki jest wasz wskaźnik skuteczności? – przerywam jej.

– Słucham?

– Wskaźnik skuteczności. Ilu pacjentów zostaje faktycznie wyleczonych i wraca do swoich rodzin i zwykłego życia?

Mruga, rozchylając usta.

– Cóż, odnotowaliśmy niezliczone poprawy w zakresie poważnych problemów behawioralnych, lecz ogólny stan psychiczny pacjentów pozostaje bez zmian. Tak naprawdę ­ostatecznym celem nie jest wyleczenie ich, choć są księża, którzy by się z tym nie zgodzili. Chodzi o to, żeby trzymać te osoby z dala od cywilizacji. Chronić przed nimi społeczeństwo. To urodzeni mordercy. Wielu twierdzi, że nie mają dusz.

Wyobrażam sobie, że dwa haki wbite po bokach utrzymują w ryzach mięśnie mojej twarzy. Myślałam, że łatwiej będzie kontrolować ciało, aby mnie nie zdradziło.

– A jaki jest wasz wskaźnik śmiertelności?

Kobieta z irytacji wysuwa szczękę.

– Nie prowadzimy takich statystyk, jednak są tacy, którzy umierają podczas prób bardziej brutalnych niż inne. – Spogląda na podłogę, świadoma, że te praktyki nie przynoszą prawdziwych postępów. – Ale właśnie temu służy ta rozmowa: by się upewnić, że rozumie pani koszty.

– Opowie mi pani o różnych metodach leczenia?

– Naturalnie. Proszę pamiętać, że celem tych zabiegów nie jest okrucieństwo ani czyjakolwiek rozrywka. To po prostu obowiązujące od dekad prawa tego szpitala.

Przenoszę ciężar ciała na drugą nogę. Brzmi to tak, jakby Suseas starała się przekonać samą siebie, że ich praktyki wcale nie są takie złe. Takie okrutne.

– W zależności od tego, jak ciężki jest przypadek, kuracja zaczyna się od hydroterapii. Wielu przyjmowanych pacjentów cierpi na psychozę maniakalno-depresyjną. Zabieg dodaje im energii dzięki temperaturze dziewięciu stopni Celsjusza.

Prycham i mówię:

– Tak, polewanie lodowatą wodą potrafi rozbudzić każdego.

Przygryzam policzek od środka. Nie robię dobrego wrażenia. Nie potrafię ukryć swoich odczuć na temat tego miejsca.

Jakby jej w ogóle nie przerwano, kobieta kontynuuje:

– Krępowanie na krześle to kolejna metoda, którą stosujemy wobec osób z nadpobudliwą osobowością lub nerwicą religijną. Pasy się zaciska tak mocno, że spowalniają krążenie, co uspokaja pacjentów na około osiem godzin. – Przerywa na chwilę. – Stosujemy również symulowane topienie, terapię elektrowstrząsową, wywoływane chemicznie napady padaczkowe, a w ostateczności, wobec najbardziej niekontrolowanych pacjentów… lobotomię. To interwencja chirurgiczna na mózgu, której celem jest usunięcie fragmentów odpowiedzialnych za wypaczone zachowania. – Wzdycha. Stuka palcami o siebie, zamyślona. Szybko zerka na zegarek. – Skoro omówiłyśmy już podstawy, chcę, żeby na własne oczy obejrzała pani niektóre zabiegi. To dla większości wyjątkowo trudny do zniesienia widok, nie mówiąc już o ich przeprowadzaniu. Chciałabym zobaczyć pani reakcję i upewnić się, że jest pani wystarczająco odporna.

Silny lodowaty dreszcz przebiega mi wzdłuż karku aż do czubka głowy, kłując mieszki włosowe jak szczecina szczotki.

Nie odwiedzimy jadalni ani kwater pacjentów. Zamierza mnie sprawdzić. To pewnie na tym etapie większość kandydatek zawala rozmowę. Na szczęście Scarlett opowiadała ze szczegółami, co się dzieje podczas tych terapii. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o kuracji wrzącą kąpielą, przez parę dni miałam po tym koszmary. Trzęsłam się, gdy siostra mówiła, co dokładnie widziała. Po kilku latach bycia jej zaufaną, nocną powiernicą nabrałam odporności i nauczyłam się odsuwać chorobliwe wizje, tak misternie przez nią malowane opowieści.

Podążam środkowym korytarzem za idącą sprężystym krokiem Suseas. Kobieta sunie po płytkach, jakby pod podeszwami miała maleńkie kółka. Sufity są złowieszczo wysokie, z żebrowymi sklepieniami i mosiężnymi żyrandolami wiszącymi nisko nad głową. Wszystkie drzwi mają ten sam ciemnomiedziany kolor co oprawy świateł i w każdych znajduje się okienko na wysokości oczu. Za pierwszymi widzę małe, białe kafelki i pięć wodnych dysz wychodzących ze ścian. Potężne ciśnienie lo­dowatego strumienia miota nagą kobietą, a jej krzyki są chrapliwe i rwane, gdy woda wpada jej do ust.

Hydroterapia.

W drugim pomieszczeniu po lewej stronie znajduje się starszy mężczyzna przypięty pasami do stołu. Ramiona, głowę i nogi ma unieruchomione, do skroni przymocowano mu dwie białe elektrody, a ciało się wygina w konwulsjach i miota. Z tej sali nie dochodzi żaden dźwięk.

Terapia elektrowstrząsowa.

Suseas zatrzymuje się przed trzecimi drzwiami.

– Symulowane topienie to dla nowicjuszy szczególnie trudny do zniesienia widok. Naszym odruchem jest oddychanie, by przeżyć. Odebranie komuś tej możliwości ułatwia poskromienie jego nieprzyzwoitych skłonności i nauczenie umysłu posłuszeństwa wobec poprawy zachowania. To jednak dla obu stron długi i wyczerpujący proces. Przez pół minuty trzymamy głowę pacjenta pod wodą. Choć w pełni zdrowy człowiek może wstrzymać oddech na około dwie, panika i adrenalina sprawiają, że zwiększa się potrzeba tlenu. Sam strach przed utonięciem jest na tyle bolesny, że czyni terapię wyjątkowo skuteczną.

Parlomon opuszkami palców dotyka klamki, gładząc ją w taki sposób, że odnoszę wrażenie, iż samo to pomieszczenie ma szczególne miejsce w jej sercu.

– Faktycznie, brzmi skutecznie. – Ściskam złączone dłonie, żeby się nie trzęsły.

– Proszę wziąć głęboki oddech. Na początku może się to wydawać szokujące, ale po kilku próbach da się do tego przyzwyczaić, a wreszcie całkowicie uodpornić.

Idę za jej radą i biorę głęboki, nierówny oddech. Kobieta pociąga za przymocowaną do drzwi dźwignię, po czym obraca ją zgodnie z ruchem wskazówek zegara, aż rozbrzmiewa kliknięcie, a ze środka wydostaje się fala lodowatego powietrza.

– Temperatura wewnątrz wynosi niecałe dwanaście stopni. Dla mokrego pacjenta to dodatkowy dyskomfort – informuje, wchodząc do sali.

Zimne powietrze omiata moją twarz, zdradzając, że właśnie to pomieszczenie jest źródłem zapachu pleśni i wilgotnych ręczników, wzmocnionego mieszaniną śliny i potu.

Na środku stoi wanna, przed którą klęczy starszy mężczyzna. Meridei siedzi na stołku z podkładką w dłoni. Do jasnobrązowej skóry pacjenta przylega biały kombinezon, przesiąknięty zimną wodą spływającą po karku i drżących ramionach. Przymocowane do długich boków wanny metalowe obejmy są zaciśnięte wokół szyi mężczyzny i zabezpieczone z tyłu głowy.

– Przypominam panu, Chekiss, że to pan decyduje, kiedy to się skończy. Wyobrażam sobie, że naprawdę trudno to znieść, zwłaszcza przy obolałych, podrażnionych płucach i wrażliwych na dotyk mięśniach szyi. Jedno słowo i może pan zakończyć sesję w tym momencie.

Szydercza czarnowłosa Meridei wpatruje się w niego ciemnymi oczami. Jest niewzruszona. Zupełnie nie przejmuje się tym, co zamierza mu zrobić. Staram się utrzymać równy oddech, skupiając na powolnych wdechach i wydechach.

– Meridei pracuje jako konformistka od pięciu i pół roku. Symulowane topienie to jej specjalność. Potrafi zadawać ­pytania, a także przemawiać płynnie i rzeczowo, aby ułatwić przebieg zabiegu. – Suseas uśmiecha się ciepło do kobiety.

Ułatwić, tak? Czy wszyscy tutaj są kompletnie szaleni?

– Chekiss już dawno został pacjentem oddziału zamkniętego. Przyjęto go, kiedy zamordował żonę i córkę. Jest niemy i nie współpracuje z żadną z konformistek. Przez pierwszy rok stosowałyśmy w jego przypadku hydroterapię i terapię elektrowstrząsową. Nie działały, więc spróbowałyśmy tego zabiegu. Doszłyśmy bowiem do wniosku, że milczy z wyboru i celowo nie współpracuje.

Wpatruję się w mężczyznę, który tkwi nieruchomo i ma ręce skrępowane za plecami. Nie trzęsie się z zimna i nie jęczy z bólu. Jest niczym tafla wody przed nadejściem burzy.

– Panno Ambrose, czy może to pani podpisać? To umowa o zachowaniu poufności. Nikomu nie może pani zdradzić, co widziała na tym oddziale.

To nie powstrzymało Scarlett.

Szybko składam podpis, mocno ściskając podkładkę, by opanować drżenie rąk.

– Kontynuuj, Meridei. – Kobieta macha ręką w jej kierunku, a mój żołądek skręca się we wszystkie strony.

Konformistka pochyla się nad lśniącą, czarną skrzynką. Naciska przycisk, by opuścić uchwyt wokół głowy mężczyzny do lodowatej wody. Chekiss nie stawia oporu, nie dostaje drgawek. Spodziewałam się furii, niekontrolowanego szarpania. Tymczasem on wygląda na mentalnie przygotowanego. Jego ciało pozostaje rozluźnione, gdy głowa znika pod wodą.

Zaciskam dłoń w pięść tak mocno, że paznokcie wbijają się w skórę. Czuję impuls do walki lub ucieczki. Chcę uwolnić Chekissa, i to teraz.

Meridei odlicza trzydzieści sekund z zegarkiem w dłoni.

Z czystej empatii wstrzymuję oddech.

Po dwudziestu pięciu sekundach dłonie pacjenta się napinają. Ciało sztywnieje, a on zaczyna się szarpać. Jego kolana uderzają o mokrą posadzkę. Moje płuca płoną dla niego, ściskając się jak przy bolesnym skurczu mięśnia.

Jeszcze trzy sekundy.

Spod wody dobiega stłumiony, bulgoczący jęk, a kruchemu ciału udaje się poluzować kilka śrub od obejmy podczas szarpaniny. Meridei naciska przycisk i uchwyt się unosi, wyciągając górną część ciała pacjenta z lodowatej kąpieli. Ten łapie powietrze, oddychając przy tym chrapliwie, i kaszle po niewielkim, nieśmiertelnym zachłyśnięciu wodą.

Konformistka ponownie wciska guzik i z powrotem opuszcza mężczyznę do zbiornika śmierci. Tym razem Chekiss nie jest w stanie wstrzymać oddechu na tak długo. Zmęczyła go poprzednia runda, ale wciąż pozostaje nieruchomy.

Z niecierpliwością czekam, aż kobieta znów naciśnie przycisk. Serce wibruje mi jak wiertarka udarowa, a mięśnie brzucha twardnieją, jakbym miała tam pancerz. Teraz konwulsje dopadają pacjenta po piętnastu sekundach. Jego ciało zaczyna się obijać o zbiornik i metalowe zabezpieczenia. Trzydzieści sekund. Coraz rozpaczliwiej próbuje zaczerpnąć powietrza.

Ręce trzymam sztywno przyciśnięte do boków. Nie mogę pokazać żadnych oznak słabości, nawet jeśli wiję się z ­pragnienia, by zepchnąć Meridei ze stołka i uwolnić tego mężczyznę. Dobija mnie, że nie mogę mu pomóc. Jednak to nic, dopóki nie widać tego na zewnątrz.

– Jeszcze raz – zarządza konformistka.

Jeszcze raz?! Spójrz na niego! On już cierpi!

Uderzenie gorąca zalewa moją twarz, wywołując mrowienie czoła i palenie tkanek za oczami.

Jak mam na to patrzeć każdego dnia?

Uchwyt znów opuszcza Chekissa i słyszę stęknięcia mężczyzny próbującego wstrzymać oddech. Tym razem wytrzymuje pięć sekund, zanim zaczyna się szarpać. Łapię się na tym, że sama przestaję oddychać. Czuję na sobie spojrzenie Suseas, wbijające się we mnie niczym zęby pytona. Meridei podnosi pacjenta po dwudziestu sekundach, gdy ten wygląda już, jakby miał się zachłysnąć. Kaszle gwałtownie nad krawędzią zbiornika, a z ust zwisają mu długie, lepkie strużki śliny.

– Opowiedz mi o swojej żonie, Chekiss.

Cisza.

Jej palec dociska przycisk. Mężczyzna krótko krzyczy przed zanurzeniem. Tym razem Meridei podnosi go po dziesięciu sekundach.

– Jak miała na imię twoja matka? – dodaje głośniej, aby zagłuszyć jego dyszenie.

Po chwili pada kolejne pytanie:

– Miałeś rodzeństwo?

Słyszę nawet więcej ciężkiego oddechu.

Nie mogę tego znieść.

Serce nabrzmiewa mi w klatce piersiowej tak, że zaraz może eksplodować.

Pacjent znów jest pod wodą. Teraz konformistka trzyma go tam przez pełne trzydzieści sekund. Mam pewność, że nie przetrwa, ale jednak się wynurza. To starszy człowiek, lecz po tych ostatnich rundach widać, że jest wojownikiem. A jeśli naprawdę potrafi mówić, jak podejrzewają, to musi być znacznie bardziej uparty ode mnie. Podziwiam go za to.

Meridei brutalnie wyciąga mężczyznę, który zwisa bezwładnie niczym szmaciana lalka. Oczy ma wybałuszone i przekrwione, nozdrza rozdęte, usta rozwarte. Wyje jak konające zwierzę.

– Dlaczego skrzywdziłeś swoją córkę? – naciska dalej kobieta.

Zgodnie z przypuszczeniem pacjent nie odpowiada.

Trwa to niemal godzinę. Walczę z narastającym uciskiem w gardle i nasilającymi się mdłościami.

Gdy jest już jasne, że Chekiss nie przetrwa kolejnej rundy, Meridei zeskakuje ze stołka, odkłada podkładkę i uwalnia go z maszyny. Drgające ciało mężczyzny upada bezwładnie na podłogę. Z nosa sączy się krew. Walczę z pragnieniem, by podnieść tego człowieka i powiedzieć, że wszystko będzie w porządku. Że go stąd wydostanę.

Suseas jednak uparcie wpatruje się w moją twarz i sztywną mowę ciała.

Konformistka staje przed pacjentem, a dwóch strażników podnosi go z podłogi. Kiedy obracają się w stronę drzwi, jego spojrzenie spoczywa na mnie. Choć oczy ma pełne łez i popękanych czerwonych naczynek, dostrzegam ich intensywny zielony kolor, przywodzący na myśl śliską algę zbierającą się na dnie stawu. To spokojne, niewinne oczy, mimo powodu, dla którego mężczyzna tu trafił, i potwornego traktowania, jakiego właśnie doświadczył.

Suseas odwraca się do mnie z pełnym satysfakcji uśmieszkiem.

– Jestem pod wrażeniem. Niemal wszystkie dziewczyny, które tu przyprowadzałam, wychodziły stąd ze łzami w oczach. – Przerywa, obserwując uważnie moją pustą twarz. – Mogłabym pani pokazać inne pomieszczenia zabiegowe, ale to byłaby raczej strata czasu.

– Dlaczego?

Już prawie koniec. Już koniec.

– Potrzeba specyficznego rodzaju człowieka, żeby móc na takie coś patrzeć bez mrugnięcia okiem – stwierdza wprost.

Czyli sadysty? Potwora? Dobrze wiedzieć.

– Chciałabym zapoznać panią z kilkorgiem innych pacjentów. Zgoda?

6

Sala trzynasta

Podążam za Suseas do prawego korytarza, którego długość zdaje się wprost proporcjonalna do czasu, który się w nim spędza.

Zostaję przedstawiona dwojgu pacjentom.

W pierwszej sali przebywa kobieta odczuwająca lęk przed bakteriami i zarazkami. Jej ręce wyglądają niczym kawał surowej wołowiny od szorowania ich wybielaczem, a paznokcie wyrwała, żeby pozbyć się ewentualnych drobnoustrojów. Ma ogoloną głowę w ochronie przed wszami. Brakuje jej też brwi i rzęs. Nieustannie zrywa skórę z ust, by je także utrzymać w czystości. Jest pod stałym nadzorem, żeby nie mogła siebie dalej krzywdzić.

W kolejnej sali znajduje się spanikowany mężczyzna po czterdziestce. Jego przypadek może być najbardziej przerażający – myśli, że znajduje się w dziewiątym kręgu piekła. Widzi ogień, a w nim dusze płonące w agonii. Dowiaduję się, że próbował wydrapać sobie oczy, aby się ustrzec przed okropnościami, które obserwował. Teraz musi nosić rękawiczki jak noworodek.

Suseas zatrzymuje się przy przedostatnim pomieszczeniem w korytarzu. Stoi w miejscu, jakby niewidzialna bariera powstrzymywała ją od zrobienia kroku do przodu. Przez chwilę patrzy przed siebie z rozchylonymi cienkimi, różowymi ustami, a po jej wargach przemyka cień grymasu pełnego lęku.

– Panno Ambrose, z radością stwierdzam, że jestem pod ogromnym wrażeniem, dokładnie tak, jak zapewniał pan Aurick. – Ociera twarz grzbietem dłoni, pozbywając się błyszczącej warstwy potu. – Czy naprawdę widzi pani dla siebie takie życie?

Przypominam sobie, jak pewnej nocy zadałam to samo pytanie Scarlett. Siedziałyśmy na dachu jej podniszczonego domu, błądząc wzrokiem po tysiącach gwiazd na niebie. Opowiedziała mi wtedy o wypadku, do którego doszło podczas terapii. Utonął młody chłopak, a konformista wpatrywał się beznamiętnie w jego zimne, błękitne ciało. Moja siostra próbowała resuscytować pacjenta. Przez czterdzieści pięć minut uciskała mu nagą klatkę piersiową, obijając sobie przy tym kolana i nadwyrężając nadgarstki. Chłopiec miał tylko dwanaście lat.

Nie rozumiałam, czemu się naraziła na takie cierpienie. Dlaczego po prostu nie odeszła? Wówczas Scarlett spojrzała na mnie tak, jak ja teraz patrzę na Suseas, i rzekła: „Gdyby więcej pełnych współczucia ludzi wybierało patrzenie na brzydotę świata, zamiast odwracać wzrok, może byłby on lepszy”.

– Tu jest moje miejsce – stwierdzam.

Wierzę, że to prawda, nawet pomimo zła, które widziałam. Sama nie potrafię tego zrozumieć, ale gdy idę tym korytarzem i wodzę palcami po chropowatych ścianach, czuję kosmiczne przyciąganie, które wiąże moją duszę z tym miejscem. To w pewnym sensie wir wciągający mnie coraz głębiej.

Suseas unosi podbródek z wyraźną dumą.

– To wspaniale. Jestem zaszczycona, mogąc zaoferować funkcję konformistki. Mogłaby pani zacząć już jutro?

Biorę głęboki oddech i kiwam głową. Przełykam gorzki smak strachu i stresu, który zbiera się na języku niczym kwas żołądkowy. Kobieta odsuwa się od ostatnich drzwi i rusza z powrotem ku początkowi korytarza. Nie idę za nią, tylko podnoszę dłoń, aby ją zatrzymać.

– Nie pokaże mi pani ostatniej sali?

To jedyne pomieszczenie bez tabliczki z profilem i okienka.

– Nie – odpowiada ostro, przechylając głowę i mrużąc oczy, mam wrażenie, że moje pytanie było kompletnie nie na miejscu.

– Dlaczego nie?

– Nikt nie wchodzi do tej sali – mówi głosem równie lodowatym co temperatura powodująca śmierć zimą i zupełnie do niej niepasującym.

Powinnam odpuścić, jednak ta kwestia jest niczym swędzące miejsce, które muszę podrapać.

– Może pani wyjaśnić dlaczego?

Gwałtownie odwraca głowę w moją stronę.

– Panno Ambrose, po raz pierwszy i ostatni odnoszę się do tego pytania. Nie będę tolerować wścibstwa i skłonności do poruszania tematów, które pani nie przystoją. Czy to jasne?

Kiwam głową zastygła w miejscu.

Jaką strunę poruszyłam?

– O tej sali nie mówi żadna osoba w tym ośrodku. Nikt nie zbliża się do tych drzwi. Nikt nie wchodzi do pomieszczenia z wyjątkiem członków rady. Może się pani poruszać po całej placówce, pracować z każdym pacjentem i otwierać wszystkie drzwi, oprócz tych. – Jej niewzruszone spojrzenie sprawia, że muszę ­odwrócić wzrok. – Jeśli ceni pani swoje życie i zdrowie psychiczne i woli zostać pracownikiem tego szpitala, a nie jego pacjentką, to uszanuje pani moje polecenie, odpuści i nigdy więcej do tego nie wróci.

Zerkam na największe drzwi na końcu korytarza.

Sala trzynasta.

7

Dom

W drodze ze szpitala do rezydencji Auricka pozwalam sobie na rozluźnienie ramion i szyi.

Dotąd mieszkaliśmy w jego domku w lesie North Saphrine, z dala od miasta, ludzi i odpowiedzialności. Teraz przyszedł czas, bym poznała zwyczaje tutejszych kobiet. Na szczęście moja przyjaźń z Dawsonem rozwinęła się na tyle, żeby pozwolił mi zamieszkać w swojej posiadłości.

Opieram się o szybę i chłonę nowe otoczenie.

Najpierw mijamy Zamek Dellilian. Ma ponad trzysta pokoi, liczne wieże, iglice oraz szczyty w kolorze fusów po kawie. Mógłby zdobić okładkę książki dla dzieci, gdyby nie pokryty martwym bluszczem zniszczony kamień – jakby poplamiony ciemnym olejem – i otaczające go nagie dęby. Jednak nawet w tej wersji dominuje nad okolicą. Przyćmiewa inne posiadłości, sprawiając, że stają się one mniej znaczące.

Droga przechodzi w szarą, lśniącą kostkę brukową. Na każdym rogu stoją gazowe latarnie, za nimi zaś ciągną się sklepy, których okna są wypełnione wystawnymi przedmiotami, jak: butelki wina, biżuteria, długie suknie i smokingi. Na zewnątrz jest mnóstwo osób. Mój wzrok przyciąga grupa kobiet wychodzących z butiku. Mają zimowe, wełniane płaszcze, podobne do tego, który noszę, i futrzane mufki, trzymają parasolki nad głowami. Na początku unikam patrzenia na ich twarze – historie, które słyszałam, sprawiają, że kobiety wydają się fikcyjnymi postaciami, gotowymi zniknąć w efektownym podmuchu wiatru, jeśli tylko spojrzę zbyt uważnie.

Ale one nie są wymyślone.

Są prawdziwe i olśniewająco eleganckie, począwszy od delikatnych białych cer kojarzących się z porcelanowymi lalka­mi, a skończywszy na jedwabistych, upiętych lokach i smukłych, wiotkich sylwetkach. Niepewność ściska mnie w piersi, kiedy patrzę na ich śnieżnobiałe uśmiechy wyglądające jak przygotowane na występ przed tłumem.

Czy muszę się stać taka sama?

Przed następnym zakrętem mój wzrok pada na kobietę śpiącą na szezlongu ustawionym na środku ulicy. Jej ręka jest wyciągnięta w kierunku bruku. Po drugiej stronie drogi leży kolejna. Otwieram usta, żeby zapytać, co…

– Nazywają je sofami omdleń – mruczy kierowca przez ramię.

Nie doczekuję się dalszych wyjaśnień, lecz nagle to do mnie dociera – Rygor Porcelanowej Lalki. Głodzenie się w połączeniu z trwającymi godziny zakupami musi doprowadzać do częstych omdleń. Przechodzi mnie dreszcz, gdy wspominam rozchylone usta kobiety wyglądającej, jakby spokojnie spała.

Automobil mija to zbiorowisko czarujących cywilów i zwalnia, kiedy docieramy do celu.

Z nieba zaczynają spadać drobne płatki śniegu. Ostry wiatr unosi mi włosy, gdy wysiadam z pojazdu i stawiam kroki na liczącej jedenaście akrów ziemi Auricka. Jest tu świeżo przycięty trawnik, asfaltowy podjazd okalający granitową fontannę na dziedzińcu oraz licząca trzy kondygnacje rezydencja z niebieskoszarego kamienia. Jej ściany porasta bluszcz, sięgający zaledwie do dolnej krawędzi dachu.

Rubinowoczerwone drzwi frontowe otwierają się bezszelestnie, Aurick uśmiecha się do mnie, odziany w białą koszulę i dwurzędową kamizelkę. Wychodzi z domu lekkim krokiem, z gracją tancerza. Wysoki i szczupły, o twarzy młodego profesora i oczach marzyciela. Tęczówki mężczyzny przypominają kolorem zamarznięty staw przy domku na północy. Wygląda na odświeżonego – w pewnym sensie luksus jego posiadłości z powrotem tchnął w niego wyrafinowanie. Przeczesuje dłonią kruczoczarne włosy i długimi palcami daje mi znak, żebym podeszła bliżej.

Śnieg na moich policzkach topnieje, gdy wspinam się po stopniach na ganek, by powitać Auricka. Ten teatralnie wyciąga ręce w stronę rezydencji, prezentując ją jak wiwatującej publiczności.

Unoszę brwi i kiwam głową.

– Całkiem nieźle.

Wow. Naprawdę wow.

Z uśmiechem zaprasza mnie do środka. Wprowadza przez frontowe drzwi, przy czym czuję uderzenie fali ciepłego powietrza. Dom przyjaciela jest wręcz onieśmielający. Ciemne drewniane ściany i wszechobecne złote zdobienia sprawiają wrażenie, jakbym wchodziła do gotyckiej baśni. Zauważam nakryty do uczty stół w jadalni i ustawiony w centrum bukiet czerwonych róż.

Stoję, wpatrując się w każdy detal i starając nie otwierać ust. Dwór idealnie pasuje do usposobienia mojego przyjaciela. Jest piękny i samotny, wydaje się otulony kaszmirowym kocem.

– Ładnie tu pachnie – stwierdzam. – Jak potpourri i cygara.

Aurick pomaga mi ściągnąć płaszcz i podaje ramię, żebym się przytrzymała, zdejmując buty z obolałych stóp. Nie przywykłam do noszenia eleganckich rzeczy. Jestem przyzwyczajona do biegania boso po błocie i pływania w brudnych strumieniach.

– Witaj w domu – ogłasza przyjaciel, rozkładając ramiona.

Dom.

To słowo niesie ze sobą ciepło, ale atmosfera do niego nie pasuje. Pod nagimi stopami czuję zimną posadzkę, z każdego kąta i szczeliny wyłaniają się cienie, a gazowe żyrandole i kinkiety rzucają przytłumione, migoczące światło. Widać w nim to samo nawiedzone przygnębienie, którego doświadczyłam dziś w Szpitalu Psychiatrycznym Emerald Lake.

– Wolisz najpierw zjeść czy pozwiedzać? – Aurick otwiera szafę po swojej lewej, by odwiesić mój płaszcz i odłożyć buty.

– Umieram z głodu.

Nie jadłam cały dzień. Co prawda, gdy obserwowałam pacjentów, Suseas zaoferowała mi posiłek z wielkiej jadalni, jednak podziękowałam, twierdząc, że nadal jestem pełna po śniadaniu. Skinęła z aprobatą głową. Jakiś czas temu dowiedziałam się, że kobiety odmawiające jedzenia zasługują na pochwałę, ponieważ utrzymując szczupłą i delikatną figurę, postępują zgodnie z obowiązującym Rygorem Porcelanowej Lalki. Suseas nie miała pojęcia, że nie to było moim motywem. Zrezygnowałam z posiłku w obawie przed tym, że okazałby się on zdradliwy i wyszłoby na jaw, iż jestem empatyczną oszustką. Na samo wspomnienie wciąż podtapianego Chekissa jedzenie wróciłoby do moich ust i wystrzeliło mi między palcami.

Mężczyzna kiwa ze zrozumieniem głową i prowadzi mnie w stronę uczty. Po kilku krokach zaczynam wyczuwać bogaty aromat gorącego, roztopionego masła, świeżego chleba i pieczonego indyka.

Przyjaciel sadza mnie na końcu stołu, gdzie do kielicha leje białe wino. Skupia uwagę na pustym kieliszku przede mną.

– Wody czy wina? – pyta z uniesioną brwią.

– Nigdy nie piłam wina – odpowiadam ze wzruszeniem ramion, wpatrując się w jego napój. – Ale po tym dniu…

Ze śmiechem kiwa głową i napełnia mój kieliszek do połowy.

Nie czekam, aż zacznie jeść, tylko wbijam zęby w indyczą nogę ociekającą glazurą z bourbona. Soki spływają mi po dolnej wardze i brodzie. Zalewa mnie fala smakowitych aromatów wydobywających się z delikatnego mięsa.

Nadziewam na widelec kilka plasterków sera z deski z przekąskami, a palcami wyłuskuję rozmarynowe ziemniaki z drugiej strony talerza. Wszystko ląduje w moich ustach jednocześnie. Lepkość ziemniaków utrudnia przełykanie, więc sięgam po miskę gorącej zupy i piję powoli, żeby połknąć resztę.

– Zawsze mruczysz przy jedzeniu? – Aurick przerywa błogi trans, w który wprowadziły mnie te wytrawne potrawy.

Uśmiecham się nieśmiało, wycierając dłonią brodę i szyję ubrudzone sokami.

– Tylko wtedy, gdy jest ono naprawdę dobre.

– Byłabyś ciekawą partnerką na jednej z tych politycznych kolacji, w których co miesiąc biorę udział. – Kręci głową, po czym unosi brwi na widok mojego zastygłego wyrazu twarzy.

„Partnerka. Mężczyzna. Kochanek. Interesuje ich tylko śliskość między twoimi nogami”.

Scarlett.

Aurick krzywi się, jakbym miała myśli wypisane na czole.

– Wypadałoby poruszyć ten niewygodny temat, prawda?

Tak. Nie chcę tego robić, ale lepiej tego nie odkładać.

– Powinienem był od razu określić swoje intencje, gdy się poznaliśmy – przyznaje, odkładając na stół widelec i nóż. – Nie będę zgadywać, co ty czujesz w tej kwestii, ale ja niedawno straciłem narzeczoną w tragicznym wypadku. Moje serce jest zamknięte. W relacji z tobą zależy mi tylko na przyjaźni.

Zalewa mnie fala ciepłej, słodko pachnącej ulgi.

– To dobrze – odpowiadam, kiedy przełykam ostatni kęs. – Przyjaźń mi się podoba. Doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłeś.

Uśmiecha się i wzrusza ramionami, a potem bierze pierwszy gryz.

– Jak poszła rozmowa? Spędziłaś tam cały dzień.

– Zaproponowali mi posadę – oznajmiam chwilę przed wzięciem kolejnego solidnego kęsa indyczej nogi. Żuję szybciej, żeby kontynuować: – Wszystko dzięki tobie. Nigdy nie dostałabym takiej szansy, gdyby nie ty.

Przerywam i patrzę na niego. Właściwie to czemu ma takie wpływy w tym szpitalu?

– Jestem biurokratą Survivah. Członkiem zarządu – wyjaśnia szybko, jakby pytanie, które powstało w mojej głowie, pojawiło się też na twarzy.

Wiem na ten temat jedynie tyle, że Survivah jest powiązany z tym, co można by nazwać izbami chorych. Odpowiada za finansowanie lekarzy i szpitala. Miejsca, w którym obudziłam się po pobiciu.

Mój ojciec. Pałka uderzająca mnie w tył głowy.

– To odpowiednik Demechnefu. Survivah zajmuje się zdrowiem, ogólnym żywieniem, chorobami psychicznymi i wymogami religijnymi. W przeciwieństwie do Demechnefu, który odpowiada za społeczne standardy estetyczne, dyscyplinę, porządek i… wojnę.

Kiwam głową i powoli przeżuwam. To dlatego pracownicy próbowali zrobić na mnie wrażenie. Chcieli, żebym zdała mu raport. To on jest w radzie, która zarządza ich zarobkami.

– Widziałaś pacjentów? Stosowane tam metody? – pyta i upija łyk wina.

Marszczę brwi.

– Podpisałam umowę, że nie będę mówić o tym, co widziałam.

Kolejny długi wydech.

– Doprawdy? – Precyzyjnie umieszcza mały kawałek steku między zębami i powoli wyciąga widelec z ust. – Czyli nie masz zamiaru opowiedzieć mi o niczym, co zobaczyłaś?

– Jeśli cię to pocieszy, oszczędzam ci okropnych szczegółów.

W jego oczach dostrzegam błysk irytacji – ulotny jak iskra zapałki, która nie chce zapłonąć. Aurick pociąga kolejny łyk wina i się uśmiecha.

– W porządku. W takim razie może omówimy twoje standardy na przyszłość?

Słowo standardy jest dla mnie tak nieprzyjemne jak dźwięk sztućców skrobiących o talerz. Przestaję jeść i odkładam widelec, a następnie prostuję ramiona.

– Nie wiem, co masz na myśli.

Wyciera usta chusteczką.

– W mieście obowiązują pewne standardy społeczne. Podejrzewam, że nie nauczyłaś się ich w okresie dorastania, co oczywiście jest w porządku, ale i tak musisz je poznać i się dostosować.

Wiem, dokąd to zmierza. Głodzenie się. Długie nocne rytuały. Kąpiele w wodzie różanej. Nacieranie się olejkami i unikanie słońca. Rygor Porcelanowej Lalki.

Nawet Scarlett musiała włożyć wysiłek w poddawanie się tej pielęgnacji. Może nie moczyła się godzinami w wannie z ciepłą wodą pełną suszonych ziół i olejków eterycznych, lecz nigdy nie szła spać, nie posmarowawszy ciała odpowiednimi miksturami, które sama przygotowywała. Unikała słońca, pilnując, by skóra nie ciemniała. A jej posiłki były małe i ściśle odmierzane.

– Wypełniłem twoją garderobę i toaletkę niezbędnymi rzeczami. Jednak będziesz musiała przywyknąć do cotygodniowych pomiarów, dni bez kolacji, jak również do intensywnego oczyszczania i przygotowywania się każdej nocy. – Nadziewa na widelec dwie jagody i czeka z jedzeniem na moją odpowiedź.

Splatam dłonie na kolanach. Przechodzi mi ochota, żeby się rozkoszować kolejnymi kęsami obfitych dań. Do głowy napływają następne myśli. Aurick zorganizował tę ucztę, aby pożegnać moje dawne nawyki. Ostatnia syta kolacja. Teraz wizja bycia głodną w nocy pęcznieje w rozpędzonym umyśle. A te dotyczące depilowania zbłąkanych włosków i noszenia wszędzie parasolki w celu uniknięcia kojącego ciepła promieni słońca kłują niczym nagłe poczucie straty.

– A co, jeśli odmówię? – pytam ostrożnie.

Przyjaciel wraca do jedzenia, po czym wzrusza ramionami.

– Wtedy nie będziesz mogła mieszkać i pracować w mieście. Nie muszę ci przypominać, co się dzieje, gdy ktoś nie spełnia standardów społeczeństwa. Wygląd jest tu wszystkim. Albo się do tego dostosowujesz, albo możesz żyć swobodnie poza miastem.

Ma rację. Nie znoszę tego, że nie mogę go winić za naciskanie w tej sprawie. Rzeczywiście, kobiety, które przytyją choćby pół kilograma ponad normę, osadzane są w zachodnim skrzydle Szpitala Emerald Lake jako pacjentki. Czasem spędzają tam kilka miesięcy. Zdarza się, że nigdy nie wracają. Kobiety są zabierane, gdy ich twarze pokryją się niechcianymi skazami. Kiedy przyciągają niepożądaną uwagę.

Czy spełnianie pragnienia Scarlett o zmianach w funkcjonowaniu szpitala jest tego warte? Już teraz ryzykuję, że mnie zamkną. Nie z powodu wagi, bo dorastanie w niedożywieniu i głodzie ukształtowało dość delikatną sylwetkę. Jestem jednak zagrożona przez złocisty odcień skóry, długie, falujące, złote włosy i brak makijażu.

Ale jestem też powodem, dla którego siostra sama nie może walczyć o osiągnięcie tego celu.

Upijam pierwszy duży łyk wina i wzdrygam się, czując gorzki smak.

– Zrobię wszystko, o co mnie poproszą.

Dziękujemy za przeczytanie fragmentu naszej książki.

Jeśli Ci się spodobała i chcesz poznać ciąg dalszy, koniecznie zajrzyj na stronę

https://wydawnictwokdw.com,

gdzie znajdziesz tę i wiele innych wspaniałych historii.