The Christmas Tree Farm - Laurie Gilmore - ebook

The Christmas Tree Farm ebook

Laurie Gilmore

0,0

Opis

Kira North nie znosi Bożego Narodzenia.

 

Co nie jest najlepszą wiadomością, biorąc pod uwagę, że właśnie kupiła farmę choinek w miasteczku tak uroczym, że aż trudno w to uwierzyć.

 

Bennett Ellis przyjeżdża do Dream Harbor na urlop, próbując choć na chwilę uciec od swojego życia i nieustannej potrzeby naprawiania wszystkiego wokół.

 

Los jednak ma wobec niego inne plany. Gdy śnieżna zawieja zatrzymuje Bena na farmie Kiry, a wśród drzew migoczą świąteczne światełka, a w powietrzu unosi się obietnica gorącej czekolady, nawet jej najbardziej „grinchowe” pierwsze wrażenie zaczyna tracić na znaczeniu.

 

 

I może, tylko może, te dwie zagubione dusze przeżyją Boże Narodzenie, którego nigdy nie zapomną…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 304

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla wszystkich, którzy kiedykolwiek marzyli, żeby świąteczne filmy Hallmarku były bardziej pikantne – ta historia może spełnić wasze oczekiwania.

Playlista

Christmas Tree Farm – Taylor Swift

Linger – The Cranberries

BIRDS OF A FEATHER – Billie Eilish

Memories – Conan Gray

White Christmas – Taylor Swift

hate to be lame – Lizzy McAlpine, FINNEAS

A Nonsense Christmas – Sabrina Carpenter

21 – Gracie Abrams

the boy is mine – Ariana Grande

Light On – Maggie Rogers

Go – Livingston

Back To December – Taylor Swift

This Town – Niall Horan

Bags – Clairo

From the Dining Table – Harry Styles

I Look in People’s Windows – Taylor Swift

Close To You – Gracie Abrams

because i liked a boy – Sabrina Carpenter

Santa Tell Me – Ariana Grande

mirrorball – Taylor Swift

Until I Found You – Stephen Sanchez

All My Love – Noah Kahan

Landslide – Fleetwood Mac

Rozdział pierwszy

Kira North nienawidziła świąt Bożego Narodzenia. Co było dość niefortunne, biorąc pod uwagę, że obecnie była dumną właścicielką farmy choinek w miasteczku aż nazbyt uroczym, zamieszkanym przez ludzi, którzy nie potrafili zrozumieć subtelnych wskazówek i zostawić jej, do jasnej cholery, w spokoju.

Westchnęła sfrustrowana, zamykając drzwi przed najnowszym gościem. Jakiś facet imieniem George przyniósł jej darmową próbkę pierniczków z piekarni znajdującej się w miasteczku – wraz ze swoją wizytówką oraz więcej niż kilkoma aluzjami dotyczącymi planu współpracy biznesowej. Był już trzecim w ten weekend!

Wczoraj zastępczyni burmistrza, Mindy Walsh, wpadła w imieniu rady miejskiej, żeby wręczyć jej ulotkę o dorocznej iluminacji choinki, mającej się odbyć w przyszłym tygodniu. Jakby Kira nie widziała oblepionego informacjami miasta za każdym razem, gdy jechała po jedzenie. A dziś rano pojawiła się cała rodzina z dziećmi ubranymi w podobne świąteczne sweterki, pytając, czy mogą ściąć drzewko. Udawała, że nie widzi łez w oczach dzieci, kiedy im odmawiała.

Tego wszystkiego było zdecydowanie za dużo. Osunęła się na podłogę, opierając plecy o drzwi, i zerwała czerwono-zieloną celofanową folię z ciasteczek. Wzięła jedno w kształcie mikołaja i odgryzła mu głowę. Niestety, było absolutnie przepyszne – pełne gałki muszkatołowej i cynamonu. Cholera!

Chłód przenikał przez jej plecy, gdy pożerała ciasteczko jednym rozpustnym kęsem za drugim. Drzwi były lodowate. Podłoga była lodowata. Cały ten stary, beznadziejny dom, do którego wprowadziła się trzy miesiące temu, był lodowaty. Oparła głowę o drzwi z cichym stuknięciem, udając, że wszystko jest w porządku. Bo było w porządku. Po prostu założy jeszcze jeden sweter, mimo że miała już na sobie dwa. Założy cieplejsze skarpety. Ludzie czasem nosili czapki w domu, prawda?

Zabytkowy kaloryfer obok drzwi jęknął w geście porażki.

Dobra. Trzeba wstać. Trzeba wstać i wrócić do pracy, bo „urokliwy wiejski domek”, który kupiła w ciemno, okazał się zdezelowaną starą chałupą z niedziałającym systemem grzewczym, a „hektary malowniczych pól” okazały się ukochaną, lecz kompletnie zrujnowaną farmą choinek. I mimo że przysięgała, że jej nie otworzy, teraz musiała to zrobić, żeby zarobić trochę pieniędzy i doprowadzić to miejsce do porządku – biorąc pod uwagę, że wydała wszystkie oszczędności na jej zakup.

Jeśli chciała przetrwać zimę i nie zostać znaleziona zamarznięta na śmierć przez wścibskiego, ale pełnego dobrych intencji sąsiada, musiała uruchomić biznes. I to szybko. Była już niedziela po Święcie Dziękczynienia, a sądząc po rodzinie, którą dziś rano doprowadziła do rozpaczy, ludzie z niecierpliwością wyczekiwali swoich świątecznych drzewek.

Zabrała koc z kanapy i pomaszerowała w stronę laptopa leżącego w jadalni na staroświeckim, drewnianym stole, który zostawili poprzedni właściciele. W ogóle zostawili mnóstwo śmieci. Ciągle znajdowała gdzieś wciśniętą starą korespondencję, ale nie miała zamiaru jej otwierać. Stół był za to ładny. Pasował do jej wizji rustykalnego domu.

Otworzyła komputer. Wciąż brak Wi-Fi. Przestało działać po zeszłotygodniowej awarii prądu.

Cholera!

Jak niby miała zatrudnić ludzi, założyć stronę internetową i stworzyć media społecznościowe dla tego miejsca bez Wi-Fi i przy skrajnie niestabilnym zasięgu telefonicznym? Do tego, dajmy na to, w ciągu dwóch dni ? Opadła na najbliższe krzesło i próbowała nie płakać. Łzy pewnie zamarzłyby jej na twarzy. Pociągnęła nosem i starała się nie myśleć o tym, jak żałośnie musiała wyglądać – owinięta w wysłużony koc, ubrana w zbyt wiele warstw, z nosem czerwonym od zimna i płaczu.

To nie tak miało wyglądać!

Po pierwsze – nie powinna być sama. Jej siostra powinna tu być. Jej druga połowa. Dużo bardziej kompetentna, rozsądna, zrównoważona połowa. Jej bliźniaczka i najlepsza przyjaciółka od urodzenia. Chloe nigdy nie kupiłaby tego miejsca pod wpływem impulsu. Chloe nie zgodziłaby się na zakup bez oględzin i przynajmniej podstawowego przeglądu. Chloe zadawałaby pytania typu: „Dlaczego chcesz mieszkać na farmie w Nowej Anglii, skoro nie masz pojęcia o uprawie, gotowaniu ani o robieniu czegokolwiek sama?”. Pytania, na które Kira absolutnie nie chciała odpowiadać.

Bo ten cały plan nie tyle był impulsem, co ostatnią, desperacką próbą zaczęcia wszystkiego od nowa. Ucieczką jak najdalej od dawnego życia, dawnej siebie. Nie impulsem, a radykalnym przemyśleniem, kim chce być.

Ale Chloe ją porzuciła. Uciekła i wyszła ZA MĄŻ. Przeprowadziła się do Danii. DANII! Ze wszystkich możliwych miejsc wybrała właśnie to. I co niby ma zrobić człowiek, kiedy jego bratnia dusza, druga połowa, znajduje nową drugą połowę? Cóż, najwyraźniej pochłonąć zbyt dużo treści z mediów społecznościowych o wiejskim życiu; stwierdzić: „dokładnie to powinnam robić”; wykorzystać pieniądze z funduszu powierniczego; kupić farmę i zasadniczo zrujnować sobie życie. Okej, może ten konkretny plan był jednak trochę impulsem…

Ale oto była. Nieszczęśliwa i sama. I naprawdę cholernie zmarznięta.

Kira wytarła policzki wierzchem dłoni. To było niedorzeczne. Musiała coś zrobić, bo inaczej wizja siebie znalezionej martwej w łóżku z powodu wychłodzenia stanie się rzeczywistością. Wcisnęła do ust kolejne ciasteczko mające dodać jej siły. Chwyciła telefon. Mocniej owinęła się kocem i ruszyła do tylnych drzwi. Wsunęła stopy w nowe buty i wyszła na zewnątrz. Na dworze wydawało się cieplej niż w jej domu. Słońce, choć słabe pod koniec listopada, zdecydowanie robiło swoje.

Jeśli chciała to przetrwać, musiała się przyzwyczaić do północnych zim. Nawet nie padał jeszcze śnieg, a ona już czuła się kompletnie nieprzygotowana. W Georgii temperatura rzadko spadała poniżej dziesięciu stopni – i na pewno nie w środku dnia. Dziś musiało być lekko na minusie.

Miała totalnie przechlapane.

Żadnych łez! Nie teraz. Może później, jak będzie mogła się zaszyć pod kołdrą, w swoim łóżku…, ale nie stojąc tutaj, na tyłach domu, gdzie każdy wałęsający się mieszkaniec Dream Harbor mógł wyskoczyć zza rogu niczym koszmarny diabełek z pudełka, roznosząc te ich radosne wieści.

Podniosła rękę z telefonem wysoko i zaczęła błądzić między rzędami drzewek tuż za swoim mikroskopijnym podwórkiem. Może, jeśli przejdzie wystarczająco daleko, złapie jakiś zasięg. Mogłaby pojechać do miasta i popracować w bibliotece albo w kawiarni, którą wszyscy uwielbiali, ale to oznaczało bycie wśród ludzi – a na to w swoim obecnym stanie psychicznego rozkładu nie była gotowa. Zatem… włóczenie się po polu we flanelowych spodniach od piżamy, starych swetrach i puchowym pledzie musiało wystarczyć.

Drzewka rosły w równych rzędach przed nią, od wysokości do pasa po takie przewyższające ją o kilkadziesiąt centymetrów. Na szczęście radziły sobie świetnie bez właściciela przez kilka ostatnich lat. Przydałoby się je nieco przyciąć i uformować, ale ogólnie jej uprawa była w niezłym stanie. Za to stodoła prawie się waliła, a dom wymagał poważnych remontów.

Ale najpierw pieniądze.

A zanim one – pracownicy i realny biznes. Coś, czego Kira w całym swoim życiu nigdy nie robiła i nie chciała robić.

Nie miała jednak czasu tego roztrząsać, ponieważ ogromna czarna smuga przecięła jej drogę, a tuż za nią podążały dwie mniejsze.

Kira pisnęła.

Psy zaszczekały.

Idący za nimi mężczyzna zatrzymał się gwałtownie.

– Elizabeth, do nogi.

Jego głos był stanowczy i twardy, a największy pies potulnie podreptał do jego boku.

– Dobry pies. – Poklepał go po głowie.

– Odie, Pudgy, do nogi.

Próbował skupić uwagę dwóch pozostałych psów tym samym stanowczym tonem, ale było za późno. Kira już kucała, żeby pogłaskać te dwa rozmerdane ciałka u swoich stóp.

– A co to za słodziaki – zaszczebiotała. – Małe aniołki.

Najmniejszy pies z szorstką białą sierścią, jakaś mieszanka z westie, wcisnął zimny nos w jej dłoń i dyszał z ekscytacji. Drugi, który musiał mieć ze sto lat w psich latach, czekał cierpliwie na drapanie między oklapniętymi uszami, z wywieszonym językiem.

– Jakie z was grzeczne pieski, takie słodkie – zachwycała się Kira, głaszcząc je i drapiąc.

Była tak zachwycona ich obecnością, że prawie zapomniała o mężczyźnie, dopóki nie stanął tuż nad nią.

– Eee, przepraszam za to – odezwał się. – Nie wiedziałem… To znaczy, myślałem, że to miejsce jest opuszczone. W innym przypadku trzymałbym psy na smyczy.

– W porządku – odparła Kira wciąż w kuckach, ale teraz poświęcając uwagę Elizabeth, która zaczęła popiskiwać na widok sesji miziania. – Tylko spójrz na siebie! Jaka z ciebie piękna dziewczynka – powiedziała i wydawało się jej, że większy pies się do niej uśmiecha. Kira uśmiechnęła się w odpowiedzi – po raz pierwszy od wielu dni.

To było miłe.

Do chwili, gdy podniosła wzrok i spojrzała na mężczyznę, który przyprowadził pieski na jej farmę. Uśmiech zniknął jej z twarzy. Facet patrzył na nią z mieszaniną konsternacji i przerażenia.

I wtedy Kira przypomniała sobie o swoich nieumytych włosach, czerwonych oczach i o „pledzie w roli okrycia wierzchniego”. Ech. Ten dzień, to miasteczko, ci ludzie! Byli wszędzie!

– Tak, właściwie to jestem właścicielką tej farmy – oznajmiła, wstając. – Więc wchodzisz tu bez pozwolenia.

Elizabeth pisnęła, a Kira podrapała ją za uchem.

– Nie ty, kochanie. Ty nie mogłaś wiedzieć.

– Szczerze mówiąc, ja też nie wiedziałem – przyznał mężczyzna z lekkim uśmieszkiem na twarzy.

– Jak to możliwe? Wszyscy w tym wścibskim miasteczku o tym wiedzą.

Wzruszył ramionami.

– Nie mieszkam w tym wścibskim miasteczku.

Kira zmarszczyła brwi.

– To co tutaj robisz?

– Odwiedzam.

Nie spodobał jej się ten ton. Ani jego twarz. Była zbyt… zbyt… przystojna. Tyle że w taki obrzydliwie konwencjonalny sposób. Za dużo symetrii. Za dużo idealnie ciemnych włosów. To było irytujące. I całkowicie nieinteresujące.

Zbyt wzorcowe.

– Cóż, ktokolwiek udziela ci gościny, powinien był cię powiadomić, że teraz ja jestem właścicielką tego terenu, więc nie możesz sobie tak po prostu wędrować po mojej ziemi podczas swoich małych wycieczek czy cokolwiek tam robisz.

Jego irytująco prosty uśmiech się poszerzył.

– Mała wycieczka czy cokolwiek…?

– Nie wiem! Bo co to za kamizelka? Wyglądasz jakbyś wybierał się na wyprawę.

Spojrzał na swoją puchową kamizelkę, ciemne dżinsy i trekkingi, a potem przeniósł wzrok na jej „stylizację”.

– Masz na sobie puchowe pledy – zauważył.

– Tak.

– I czepiasz się mojej kamizelki?

– Tak.

Skrzyżowała ramiona na piersi, choć nie mógł ich zobaczyć, bo były schowane pod kołdrą, ale jednak. Jej postawa była buntownicza. Była całkiem pewna, że dało się to wyczuć. Nie podobał się jej ten facet i jego drażniący uśmiech. Ani jego jasne oczy z ciemnymi rzęsami. Doprawdy? Ugh, czyż mogłoby być coś bardziej oczywistego!?

Kira interesowała się wyłącznie mężczyznami, którzy mieli wypisane na czole „zły pomysł” (czasami dosłownie), a ten wyglądał jak model z katalogu „idealny chłopak, którego twoja mama chce zaprosić do domu, aby sączyć świąteczną gorącą czekoladę przy choince w pasujących do siebie piżamach”. Wybitnie nieatrakcyjny wybór. Absolutnie nie w jej typie pod każdym względem.

No… może poza udami wypełniającymi te dżinsy.

Ale to nie miało w tej chwili żadnego znaczenia!

– Jeszcze raz przepraszam za nieporozumienie. Już sobie idziemy.

Racja! Odchodząc, zabierze psy!

Cholera. Polubiła te zwierzaki. Spojrzała na trzy słodkie mordki i mogłaby przysiąc, że słyszy ich myśli.

– Możecie w sumie dokończyć spacer – wypaliła, ignorując jego uniesione brwi. – Skoro już tu jesteście, a psy potrzebują ruchu, nie mogłabym im tego odebrać.

– Widzę, że jesteś wielką miłośniczką psów.

– Są lepsze od ludzi pod każdym względem.

Zaśmiał się cicho, głęboko. Oczywiście nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia.

– Zgadzam się.

Skinęła szybko głową w jego kierunku, oczekując, że odejdzie, ale patrzył na nią tak, jakby próbował rozwiązać zagadkę.

– Coś jeszcze? – warknęła.

– Po prostu… czy wszystko w porządku?

Czy wszystko w porządku?! Jak on śmiał?! Jak śmiał zakładać, że skoro łazi na zewnątrz owinięta pledami i macha telefonem w powietrzu, jakby wierzyła, że jest napędzany siłami magicznymi, to coś z nią nie tak?!

Wygładziła swoje okrycie dłonią niczym wieczorową suknię.

– W porządku, dziękuję.

Między jego idealnie równymi brwiami pojawiła się mała zmarszczka wyrażająca zmartwienie i Kira miała ochotę czymś w niego rzucić, żeby sprawdzić, czy trafi w sam środek.

– Po prostu… chodzisz w kółko z telefonem nad głową. Pomyślałem, że może masz problem z zasięgiem. Pracuję w branży technologicznej, więc…

Typek z branży IT? Oto czego jej brakowało! Zawsze ufaj pierwszemu przeczuciu – a jej było trafne. Nie potrzebowała żadnych geniuszy z Doliny Krzemowej, co to chodzą na wędrówkę, gdzie im się, cholera, podoba, bo przecież „cały świat należy do nas”. Sobowtór Clarka Kenta przybył ją wybawić! Nie dziś, koleś!

– Nie, dzięki, Elon. Radzę sobie doskonale.

– Elon?

Teraz wyglądał na urażonego. Hmm… TO się jej spodobało.

– Rany! Próbowałem tylko pomóc.

– Nikt cię o to nie prosił.

Uniósł ręce.

– Dobrze. Masz rację. Już… ee… znikam ci z oczu.

– Dziękuję.

Nie spojrzała na niego. Ten zraniony wyraz twarzy zepsuł jej część satysfakcji. Zamiast tego przykucnęła jeszcze raz, żeby się pożegnać z nowymi przyjaciółmi.

– Pa, słodziaki. Miłego spaceru.

Dała im tyle głasków, aby wystarczyły na długo, a kiedy znów się podniosła, mężczyzna szedł już w dół rzędów drzewek, gwizdem przywołując do siebie psy.

A one niestety pobiegły za nim.

Rozdział drugi

– Zostaniesz ze mną na kilka minut, prawda? – zapytała go siostra, już odsuwając krzesło przy najbliższym stoliku i wskazując na to stojące naprzeciwko. – Póki jest tu cicho? I tak potrzebuję przerwy.

Bennett rozejrzał się po chwilowo pustej kawiarni Pumpkin Spice Café, a potem spojrzał na swoją siostrę, Jeanie. Posłała mu najsłodszy uśmiech.

– Proszę.

– Wiesz, ja naprawdę muszę pracować w trakcie mojego pobytu – mruknął, ale i tak usiadł.

Spędzał miesiąc w Dream Harbor, zatrzymując się nad kawiarnią w mieszkaniu siostry, podczas gdy ona zadomawiała się u swojego nowego narzeczonego, i został też, żeby wspólnie świętować Boże Narodzenie. Ale mimo wszystko musiał pracować. Ustawił wszystko tak, żeby przez następne kilka tygodni pracować zdalnie, tak jak wielu jego współpracowników robiło regularnie. Jeanie jednak się wydawało, że przyjechał na przedłużony urlop.

– To tylko kilka minut! Serio, w tej twojej pracy nie pozwalają ci na przerwy na kawę?

– Pozwalają, ale to tydzień po Święcie Dziękczynienia. Muszę nadrobić zaległości.

– Jasne. Masz do zrobienia jakieś tam „komputerowe rzeczy”.

Już prawie otworzył usta, żeby po raz tysięczny wyjaśnić siostrze, że jest inżynierem oprogramowania i napisał kody dla wielu sklepów internetowych, ale dawno temu dał sobie spokój. Prawdopodobnie w momencie, gdy zaczęła wszystkim mówić, że pracuje jako ktoś w rodzaju osobistego kupca online, bo nie potrafiła tego lepiej opisać. „Komputerowe rzeczy” było wystarczająco dobre.

– Więc co robiłeś wczoraj? – zapytała Jeanie, sącząc kawę.

Na dłoni obejmującej kubek błysnął nowy pierścionek. Zaręczynowy. Logan oświadczył się jej tuż przed Świętem Dziękczynienia, a Bennett musiał znosić ich pełne miłości spojrzenia przez całą siedmiogodzinną podróż z Buffalo, gdzie spędzali Święta z rodzicami. Był naprawdę wdzięczny, że po przyjeździe do Dream Harbor miał wreszcie własną przestrzeń i przerwę od tych gruchających gołąbków.

Logan był w porządku i Bennett cieszył się ich szczęściem, ale pierścionek był kolejnym drobnym przypomnieniem o tym, jak fatalnie jemu układało się ostatnio w miłości. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić drugiej randki z większością poznanych kobiet, nie mówiąc już o budowaniu wspólnego życia. Czy długoterminowe związki w ogóle jeszcze istniały? Ludzie to wciąż robili?

– Pospałem, wyprowadziłem psy. – Wzruszył ramionami. – Nic szczególnego.

– Gdzie zabrałeś psy?

– Na stare gospodarstwo z choinkami, tam na Spruce.

Oczy Jeanie się rozszerzyły.

– Och.

– Tak. Miło by było, gdybyś wspomniała o nowej właścicielce.

– Przepraszam! Zupełnie zapomniałam.

Bennett odchylił się na krześle, przypominając sobie kobietę, którą spotkał wczoraj na polu. Kobietę, która jednocześnie przywitała jego psy ciepło i czule, a jego samego potraktowała chłodno i nie chciała z nim rozmawiać. Wyglądała, jakby przechodziła jakiś kryzys, ale zachowywała się tak, jakby była od niego lepsza. A gdy zaoferował jej pomoc, wyśmiała go.

Tak, nowa właścicielka farmy choinek zdecydowanie nie przypadła mu do gustu. Mimo że wyglądała uroczo zawinięta w koce i miała niezwykle piękny uśmiech, gdy głaskała jego psy.

Ben znał wiele uroczych kobiet i wiedział, że urok nie był wart zachodu. Tak naprawdę cały ten urok sprawił w ostatnich miesiącach tylko tyle, że dał się wciągnąć w pomoc dopiero co poznanej kobiecie w wyprowadzce z mieszkania jej byłego, podczas gdy ów błagał o wybaczenie, stojąc na werandzie; doszło do drugiej randki z kobietą poznaną w aplikacji randkowej, a polegało to na szybkim drinku i poproszeniu go o podwiezienie na lotnisko, co oczywiście wykonał, bo niby co miał zrobić; poznał trzy kolejne kobiety, które nie lubiły psów, a jedna wręcz nie znosiła zwierząt w ogóle. Widział, jak skrzywiła się na widok ptaka.

Ostatnie, czego potrzebował, to kolejna urocza kobieta.

Skończył z uroczymi kobietami.

– Spotkałeś Kirę? – zapytała Jeanie z uśmieszkiem wykrzywionym poczuciem winy.

Bennett otrząsnął się z ponurych myśli krążących mu po głowie i skupił się z powrotem na Jeanie.

– Jeśli Kira to ta wrogo nastawiona nowa właścicielka, to tak, poznałem Kirę.

– Ona jest... – Jeanie się zawahała, szukając łagodniejszego słowa do opisania Kiry. Nie znalazła żadnego. – No tak, jest trochę wrogo nastawiona, ale pewnie ma gdzieś w sobie czuły punkt. Trzeba go tylko znaleźć.

– Ja niczego nie muszę szukać. Muszę wracać do pracy – powiedział, wstając.

Zresztą już wiedział, co jest słabością Kiry, wrogiej właścicielki plantacji choinek. Słyszał, jak słodko i śpiewnie zwracała się do jego psów, jak jej ciemne oczy rozbłysły na ich widok. Gdyby mieszkańcy Dream Harbor chcieli zaskarbić sobie jej sympatię, wystarczyłby koszyk szczeniąt, a Kira całkowicie by im uległa.

On jednak nie miał najmniejszego zamiaru mieszać się w lokalne dramaty, o których wiedział już za dużo dzięki Jeanie, a już na pewno nie chciał mieć nic wspólnego z Kirą.

– Za dużo pracujesz. – Zmarszczyła brwi Jeanie.

– Ha! – prychnął Bennett. – Mówi to kobieta, która prowadzi własny biznes i siedzi tu non stop. Z czego jestem zresztą bardzo dumny.

– Dzięki, Ben – odparła Jeanie, machając ręką i jednocześnie wstając. – Och! Mam świetny pomysł. – Jej oczy rozbłysły w sposób, który Bennett uznał za bardzo złowieszczy. – Powinieneś pójść dziś ze mną na zebranie miejskie!

– Dziękuję, ale odpuszczę sobie lokalną politykę.

– Nie, serio, to niezła zabawa! Poznasz moich przyjaciół, a potem pójdziemy na drinka. No weź, Ben.

– Nie patrz tak na mnie, Jean Marie.

– Jak?

Bennett westchnął. Nigdy nie był dobry w odmawianiu, stąd przeprowadzki i podwózki na lotnisko, ale siostrze szczególnie trudno było mu odmówić.

– Tymi wielkimi oczami. Doskonale wiesz, co robisz.

– Będzie fajnie, obiecuję. Poza tym jesteś tu, żeby spędzić czas ze mną, swoją kochaną siostrą, którą porzuciłeś, żeby żyć po drugiej stronie kraju.

– Przepraszam bardzo, to ty wyprowadziłaś się z Buffalo pierwsza.

Wciąż nie znała prawdziwego powodu jego wyjazdu do San Francisco po studiach i nie zamierzał jej go zdradzać.

Jeanie zamrugała.

– Och, racja. Zapomniałam. Nieważne. Po prostu chodź ze mną, dobrze? Zaczyna się o siódmej.

Musnęła jego policzek ustami i wróciła za ladę akurat wtedy, gdy przez drzwi weszła grupka emerytów w sportowych strojach.

– Jak tam spacer? Zimno dziś! – Usłyszał, jak jego siostra rozmawia wesoło z klientami, gdy on wymykał się po schodach na górę do mieszkania.

Tam przywitały go trzy merdające ogony i kupa pracy.

A do tego, jak się okazało, dzisiejszego wieczoru czekało go zebranie miejskie.

To zdecydowanie nie były wakacje. Wbrew temu, co sądziła jego siostra.

***

Bennett nie wiedział, czego się spodziewać po zebraniu w Dream Harbor, ale z pewnością nie hałaśliwego śmiechu i podniesionych głosów, które przywitały go, gdy wszedł do środka. Przecisnął się obok grupki osób kłócących się o to, kiedy wypada zacząć słuchać świątecznej muzyki. O mało nie został znokautowany przez kobietę w garsonce niosącą ogromną metalową menorę. I był już gotów zawrócić i się wycofać, gdy ktoś złapał go za ramię i wciągnął w rząd krzeseł.

– Bennett! Jesteś!

Twarz, którą znał tylko z ekranu telefonu, rozpromieniła się na jego widok. Jacob, członek klubu książki, do którego należała jego siostra, uściskał go serdecznie.

– Hej, stary. Tak, jestem. – W tym dziwnym miasteczku, czując się, jakbym wpadł do króliczej nory i trafił do innego świata. A przecież to San Francisco uważał za ekscentryczne. – Dobrze cię widzieć.

Jacob nieco się odsunął, ale nadal trzymał go mocno za ramiona.

– Nie wierzę, że Jeanie wyciągnęła cię na jedno z tych spotkań. Idziesz potem z nami na drinka?

– Uh… tak… najwyraźniej.

– Świetnie! – Jacob uścisnął go jeszcze raz, po czym puścił.

Bennett rozejrzał się po wciąż gwarnym tłumie. Chociaż ludzie zaczęli już zajmować miejsca siedzące, wcale nie przełożyło się to na mniejszy hałas.

– Czy to zawsze wygląda tak…

– Szalenie? Tak. Ale przynajmniej można się pośmiać.

Ben skinął głową w odpowiedzi, zerkając na kobietę w garsonce, która siłowała się z przedłużaczem, rozciągając jego długi kabel, aby podłączyć ogromną menorę. Może powinien jej pomóc?

– To zastępczyni burmistrza – wyjaśnił Jacob, podążając za jego spojrzeniem. – Pewnie testuje to stare ustrojstwo przed przyszłotygodniowym festynem iluminacji choinki.

– O, tutaj jesteś!

Jeanie podeszła do niego od tyłu, zanim zdołał wyplątać się z uścisku Jacoba na tyle, żeby pójść pomóc przy menorze.

– No jestem.

– Przepraszam, że się spóźniliśmy – powiedziała, odplątując z szyi gigantyczny szalik.

Za nią stał Logan, wyglądający, jakby prowadzono go na egzekucję.

– Hej, Logan.

– Bennett.

Narzeczony siostry skinął głową z wymuszonym uśmiechem, po czym wsunął się w rząd krzeseł i usiadł.

– A to Hazel i Noah – dodała Jeanie, wskazując na kolejną dwójkę próbującą wcisnąć się do ich już i tak zapchanego rzędu.

– Miło cię poznać – powiedział Noah, wyciągając rękę, którą Bennett uścisnął ponad ramieniem Jeanie. Noah uśmiechnął się szeroko. – Pierwsze zebranie? Spodoba ci się.

Bennett zaczynał mieć poważne wątpliwości.

Mała kobieta z burzą kręconych loków u boku Noah to musiała być Hazel, o której siostra tyle mu opowiadała. Pomachała mu z uśmiechem, po czym usiadła między Noah a Jeanie. Bennett zajął jedyne wolne miejsce obok siostry i Jacoba. Loganowi udało się przesunąć na tył rzędu i teraz czytał książkę, opierając się o ścianę, wyraźnie ignorując chaos wokół siebie.

– Proszę wszystkich o spokój, żebyśmy mogli zacząć – zawołał z podium mężczyzna w okularach i okropnym świątecznym krawacie, próbując zwrócić na siebie uwagę tłumu.

– To burmistrz, prywatnie tata Hazel – szepnęła Jeanie. – O, a tu idzie Annie.

Wysoka blondynka wsunęła się do rzędu przed nimi.

– Co przegapiłam? – zapytała, odwracając się do Jeanie, jak tylko usiadła.

– Jeszcze nic. Och, to mój brat, Bennett.

– Miło cię poznać – powiedział, wyciągając rękę, lecz Annie ją zignorowała.

– Ben! Cześć! Tyle o tobie słyszałam. – Jej wzrok przeskakiwał z Jeanie na Bena i z powrotem. – Jeanie, czemu nie powiedziałaś, że twój brat to gorąca męska wersja ciebie?

– Bo zazwyczaj nie myślę o nim jako „gorącym”, wiesz?

Annie spojrzała na niego znowu. Była obiektywnie piękna i ewidentnie potrafiła narobić zamieszania, ale to nie miało znaczenia, bo jej wzrok już uciekł – gdzieś za jego prawe ramię.

Bennett odwrócił się w samą porę i ujrzał ciemnowłosego mężczyznę machającego palcami w stronę Annie. Kiedy znowu spojrzał przed siebie, Annie mierzyła go lodowatym spojrzeniem.

– Znowu tu jest. Myślałam, że przestał przychodzić na te spotkania – mruknęła.

– To Mac – szepnęła Jeanie, mimo że Annie doskonale ją słyszała. – Arcywróg Annie. Wszyscy czekamy, aż wreszcie się ze sobą prześpią i zakończą nasze wspólne męki.

– Jak śmiesz! – oburzyła się Annie.

Jeanie tylko się roześmiała i wzruszyła ramionami. Ben wiedział, kiedy najlepiej trzymać język za zębami, a teraz, gdy nie miał absolutnie pojęcia, co, do cholery, się dzieje, uznał, że to właśnie taki moment.

– Uwaga, proszę państwa – spróbował ponownie burmistrz, ale przerwano mu przenikliwym gwizdem. Wszyscy drgnęli. – Uh… dziękuję, Mindy – powiedział, a kobieta w garsonce i z menorą skinęła poważnie głową i usiadła w pierwszym rzędzie.

– Mamy dziś sporo do omówienia: zbliża się uroczystość iluminacji choinki, za dwa tygodnie jasełka dziecięce, a wczoraj ruszyła zbiórka zabawek. Zaczynajmy.

Reszta zebrania minęła Bennetowi w mgnieniu oka – logistyka, wolontariusze, kłótnie i absurdalne głosowanie dotyczące tego, czy Szklana pułapka to film świąteczny. Bennett starał się za wszystkim nadążyć, ale okazało się to niemożliwe. Zamiast tego obserwował ludzi, próbując dopasować twarze do opowieści, które słyszał od Jeanie w ciągu ostatniego roku. Bez trudu rozpoznał klub książki, ponieważ widział ich i słyszał w tle rozmów z siostrą. Nawet zostawili egzemplarz swojej ostatniej lektury na jego progu jako prezent powitalny i subtelną wskazówkę, że chcieliby, żeby wziął udział w ich grudniowym spotkaniu.

Wystarczyło jedno spojrzenie na okładkę Daddy December, aby wiedział, że w dniu ich spotkania będzie bardzo zajęty. Ostatnie, czego mu trzeba, to czytanie o seksie, kiedy sam nie uprawiał go od miesięcy. Przydałoby mu się coś o mnichach, medytacji, cierpieniu, coś w tym rodzaju, a nie o świętym mikołaju w wersji erotycznej.

I dlaczego na myśl o pikantnych książkach stanęła mu przed oczami właścicielka tamtej plantacji choinek? Była przecież dla niego tak… opryskliwa. Nie uroczo złośliwa – po prostu nieprzyjemna. No i… w sumie… faktycznie wtarg­nął na jej teren, ale nie wiedział o tym, a nawet zaoferował pomoc w kwestiach technicznych, bo widział, że ewidentnie ma problem – a ona go po prostu spławiła.

To było… cóż… to naprawdę go dotknęło.

Jak drzazga.

Drzazga, której nie mógł się pozbyć.

O co jej chodziło? Dlaczego była tam zupełnie sama? Dlaczego miała na sobie grube pledy zamiast porządnego płaszcza? Czy było jej zimno? Czy chciała, żeby ktoś ją ogrzał…

Nie. Zły kierunek. Nie będzie o niej tak myślał. Nie o tej kobiecie. Nie znał jej i nie zamierzał pozwolić, żeby jego nadmierna chęć naprawiania przeszkodziła mu w pobycie tutaj. Przecież nawet tu nie mieszkał.

Kira North była tylko dziwaczną postacią, która miała dopełnić to, co wiedział o Dream Harbor. Niczym więcej. Zdecydowanie przestaje myśleć o tym, żeby ją rozgrzać.

Wokół niego zapadła cisza. Chyba pozwolił swoim myślom wędrować zbyt daleko, bo w pewnym momencie spotkanie przybrało nieoczekiwany obrót i nagle znalazł się w centrum uwagi.

– Eee…

– Właśnie wspominałam, że spotkałeś Kirę wczoraj – powiedziała Jeanie, uśmiechając się w sposób, który przyprawił go o dreszcze.

Gdyby miał znowu osiem lat, a ona dziesięć, ponownie spuściłby głowę jej Barbie w toalecie.

– Wspaniale! – ucieszył się burmistrz, zupełnie nieświadomy fantazji Bennetta o zemście. – Naprawdę przydałby nam się ktoś neutralny, kto poszedłby tam i sprawdził, jak się ma.

– Neutralny? – powtórzył Bennett. – Zaraz, zaraz. Sprawdzić, jak się ma?

– Miasto starało się powitać pannę North – kontynuował burmistrz. – Tyle że ona była… oporna na nasze starania. Ale ty… ty jesteś tu tylko przejazdem. Jesteś neutralny! Nie podważyłaby twoich motywów.

Cóż, to zdecydowanie nie było prawdą.

– A po co właściwie trzeba sprawdzić, co u niej?

– Eee… cóż… – Twarz burmistrza się zarumieniła.

– Na wypadek, gdyby tam były jakieś martwe ciała – wtrącił ktoś z tyłu sali.

– Martwe ciała?! – Co się tutaj, do cholery, dzieje?

Jeanie się skrzywiła.

– Nie jest tak źle, jak się wydaje – wyszeptała.

– Nie mamy dowodów na to, że jest tam jakieś martwe ciało – powiedział burmistrz.

– Ale też nie mamy dowodów na to, że go nie ma – wtrącił pomocnie Noah, za co Hazel uderzyła go w udo.

On tylko się zaśmiał i pocałował ją w policzek.

– Alex opowie to najlepiej. Gdzie ono jest?

Burmistrz rozejrzał się po tłumie, aż ktoś z lawendowymi włosami wstał.

– Cześć wszystkim. – Pomachało lekko, zanim zaczęło opowiadać. – Dla przypomnienia, rodzina Connorsów prowadziła tę farmę przez pokolenia, a kiedy najmłodszy z nich, Edwin, przejął ją w latach osiemdziesiątych, otworzył ją dla rodzin, które chciały samodzielnie ścinać choinki na Boże Narodzenie. Od tego czasu biznes się rozwijał w formie, którą wielu z was znało przez lata. Edwin i jego żona, Ellen, nie mieli dzieci, ale prowadzili razem farmę przez około czterdzieści lat. Cóż, Edwin był dość ekscentryczny i… nieprzewidywalny.

– Straszny, chcesz powiedzieć – krzyknął ktoś z publiczności.

– Naprawdę przyprawiał mnie o dreszcze.

– Mnie też!

Odezwały się głosy z różnych stron sali.

– W każdym razie – kontynuowało Alex, odchrząkując – po śmierci jego żony ludzie widywali Edwina coraz rzadziej, a farma zaczęła podupadać. Kiedy kilka lat później umarł, w domu znaleziono list.

– Teraz ta najlepsza część – szepnął Noah głośno, tak że wszyscy usłyszeli.

Alex uśmiechnęło się do niego.

– Zgadza się, więc w liście twierdził, że zakopał coś ważnego, coś dla niego cennego na farmie, ale nie mówił co ani gdzie. Wielu z nas chciało tego poszukać, ale ziemia przeszła na jakiegoś kuzyna, który był bardzo stanowczy, jeśli chodzi o wpuszczenie nas tam, aby powęszyć. Bardzo podejrzane, jeśli mnie pytacie. – Wzruszyło ramionami Alex.

– Legenda pozostała więc bez zakończenia.

Bennett pokręcił głową.

– I wszyscy myślicie, że to, co zakopał… to ciało?

– Jego zamordowanej żony, konkretnie – wtrącił Jacob.

– Co?!

– Po prostu pewnego dnia zniknęła! Myślę, że na pewno to ją zakopał.

– Nie ma mowy, ja wciąż uważam, że to coś innego. Jakiś skarb – sprzeczał się Noah.

– Skarb? Śnij dalej, marynarzu – krzyknął stary mężczyzna kilka rzędów przed nimi, co rozbawiło Noah.

– Może to pieniądze. Nie miał żadnej rodziny. Może ukrył całą swoją gotówkę, zamiast lokować ją w banku – zasugerowała Kaori.

– Trochę szalona teoria.

– Bardziej szalona niż zamordowana żona i jej ciało? Proszę cię.

– Myślę, że…

– Ale co z…

– Chwila! – Bennett podniósł głos ponad kakofonię snutych teorii. Wszyscy zamilkli, zaskoczeni. – Co, do cholery, ma to wszystko wspólnego z Kirą?

Usłyszał parsknięcie na końcu rzędu.

– Raczej nie chcesz wiedzieć – mruknął Logan.

– Nie chcielibyśmy, aby nasza nowa mieszkanka doświadczyła traumy przez przypadkowe natknięcie się na makabryczne znalezisko – wyjaśnił burmistrz, jakby wszystko to było całkiem normalne. – Dlatego pomyśleliśmy…

– Pomyśleliście, że ja mogę się na to natknąć zamiast niej!? – krzyknął Bennett, unosząc jedną brew.

Burmistrz się skrzywił.

– Po prostu pomyśleliśmy, że mógłbyś ją odwiedzić kilka razy i pomóc załagodzić sytuację. Ona otwiera ponownie farmę i bardzo nas to cieszy. Po prostu nie chcemy żadnych niespodzianek. – Splótł dłonie przed sobą. – A ona nie wpuści żadnego z nas dalej niż na ganek. – Twarz burmistrza pojaśniała. – Ale ty… ty dałeś radę wejść prosto do środka! Jeanie powiedziała nam, że prowadziłeś psy przez pola i rozmawiałeś z nią, więc… wydajesz się idealnym kandydatem do tego zadania!

Bennett ucisnął grzbiet nosa i wyobraził sobie, że szuka informacji o pierwszym locie powrotnym do San Francisco.

– Nie mogę. Muszę pracować.

Burmistrz i wszyscy zebrani patrzyli na niego mocno sceptycznie.

– Praca zdalna to też praca.

– Ale jest elastyczna, prawda? – zapytała Jeanie. – Możesz po prostu wpaść tam kilka razy, zanim farma się otworzy? Tylko po to, żeby się upewnić, że nie leżą gdzieś czaszki czy coś w tym stylu?

Bennett spojrzał na siostrę, próbując dać jej do zrozumienia, jak bardzo chciałby teraz zakopać JEJ ciało, ale ona mówiła całkiem serio. A kiedy rozejrzał się po sali, wszyscy inni również zachowywali powagę. Całe miasteczko zwerbowało go, żeby poszedł do ukochanej farmy choinek i co? Szukał martwych ciał? Odnalazł sekretną fortunę? Rozwiązał lokalną zagadkę? A co śmieszniejsze, byli przekonani, że Kira naprawdę go wpuści! Ha! Wolne żarty. Sądząc po tym, jak spojrzała na niego wczoraj, nie mógł raczej liczyć na zaproszenie na herbatę i rozwiązywanie zagadek morderstwa w najbliższym czasie.

Niemniej wszyscy patrzyli na niego, jakby naprawdę potrzebowali, żeby to zrobił. A Bennett nienawidził odmawiać. Nawet szalonym mieszkańcom małego miasteczka, których ledwo znał.

– Mogę spróbować, ale…

– Wspaniale! – przerwał mu burmistrz, przechodząc do kolejnego punktu. – Bennett pomoże przy otwarciu farmy choinek. Dobrze, co dalej?

„Mogę spróbować, ale to nie ma szans na powodzenie” – zamierzał powiedzieć. Nieważne. Nie zdołał już dojść do głosu, nie miał możliwości sprzeciwu i zamiast jechać na lotnisko, najwyraźniej powinien teraz otwierać farmę choinek, pracować nad niewyjaśnioną sprawą kryminalną albo szukać skarbu…

Najprawdopodobniej jednak po prostu dostać po tyłku od najnowszej przerażającej właścicielki farmy choinek.

Tytuł oryginalny: The Christmas Tree Farm

Tłumaczenie: Agnieszka Moore

Redakcja: Maryla Błońska

Korekta: Agnieszka Śliz

Cover illustration © Kelley McMorris/Shannon Associates

Cover design by Lucy Bennett © HarperCollinsPublishers Ltd 2024

Adaptacja okładki polskiego wydania i skład: Amadeusz Targoński | targonski.pl

Opracowanie wersji elektronicznej: Karolina Kaiser |

Copyright © 2024 Laurie Gilmore

All rights reserved.

Laurie Gilmore asserts the moral right to be identified as the author of this work.

First published by Harper Collins Publishers Ltd 2024

Copyright © 2026 for this Polish edition by MT Biznes Ltd.

All rights reserved.

Copyright © 2026 for this Polish translation by MT Biznes Ltd.

All rights reserved.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

Ta książka jest dziełem fikcji. Imiona, postacie, miejsca i zdarzenia są albo wytworem wyobraźni autora, albo są użyte fikcyjnie. Każdy podobieństwo do rzeczywistych osób, żyjących lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują.

Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło.

A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl.

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

MT Biznes Sp. z o.o.

www.wydawnictwoendorfina.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8231-775-6 (epub)

ISBN 978-83-8231-776-3 (mobi)