Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
413 osoby interesują się tą książką
Miłość, która dojrzewa powoli jak bourbon… i wybucha, gdy najmniej się tego spodziewasz.
W miasteczku Fiasco w Kentucky legenda miesza się z zapachem dębowych beczek, a rodzina znaczy wszystko. Gdy po tragicznej śmierci ukochanej były oficer K-9 Grant Foxx porzuca służbę i wraca do rodzinnej destylarni bourbonu, nie przypuszcza, że pozorny spokój rodzinnej miejscowości okaże się tylko złudzeniem. Pod jego opiekę trafia tajemnicza Laney Young – kobieta z niejasną tożsamością i przeszłością, która nie pozwoli o sobie zapomnieć.
Laney uciekła z Nowego Jorku po tym, jak zdemaskowała seryjnego mordercę chronionego przez program WITSEC. Ukryta u braci Foxx próbuje zacząć od nowa, gdy między nią a Grantem rodzi się uczucie, którego oboje się boją. Ludzie mówią, że na rodzinie Foxxów ciąży bowiem klątwa, która nie pozwala na szczęśliwe zakończenia.
Gdy zagrożenie dociera do Fiasco, miłość miesza się z prochem strzelniczym, a Grant jest gotów spalić cały świat, by chronić tę, do której zaczął coś czuć. Nawet jeśli oznacza to zmierzenie się z wieloma demonami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 496
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:
The Bourbon Boys. Bourbon & Lies
Wydawczyni: Olga Gorczyca-Popławska
Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska
Korekta: Olek Zawisza
Ilustracja na okładce: Loni Carr, The Whiskey Ginger
Projekt okładki: Echo Grayce, Wildheart Graphics
Adaptacja okładki: Wojciech Bryda
Grafiki w środku: © Konstiantyn, © Julisart / Stock.Adobe.com
Copyright © 2023 by Victoria WilderDTP
All rights reserved.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Ewa Rosa, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-501-9
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Rek
Dedykuję tę powieść kobietom, które są na tyle odważne, by ocalić same siebie. Nieważne, czy w sytuacji zmieniającej życie, czy przed czymś drobnym, co może się wydawać znaczące. Nie musiałyście czekać na kowboja,
który was uratuje. Poradziłyście sobie same.
Jednakże, jeśli wciąż macie nadzieję,
że seksowny „kowboj” was za to nagrodzi, pozwólcie,
by Grant Foxx chwilowo go zastąpił…
Zanim rozpoczniesz lekturę, powinnaś być świadoma, że chociaż to fikcyjna opowieść, porusza trudne tematy.
Spora jej część skupia się wokół amerykańskiego federalnego programu ochrony świadków (WITSEC), jednak ani ja, ani nikt, kogo znam, nigdy do niego nie należał, więc pozwoliłam sobie na dowolną interpretację szczegółów związanych z tym tematem.
Oto lista potencjalnie niepokojących treści, przed którymi chciałabym cię ostrzec, na wypadek gdyby mogły wzbudzić u ciebie negatywne emocje: przemoc i śmierć, drastyczne opisy krwawych scen, dyskusje na temat trzymania ofiary w niewoli, przemoc wobec kobiet, przemoc z użyciem broni palnej, przemoc wobec zwierząt, dyskusje na temat zmarłych rodziców i innych członków rodziny, aluzje do napaści na tle seksualnym, dyskusje o kanibalizmie i zabójstwach, zmagania głównych bohaterów z zespołem stresu pourazowego, wulgarny język i dosadne opisy scen seksu.
Każdy bourbon to whiskey, jednak nie każda whiskey jest bourbonem. Aby mogła nosić to miano, w trakcie produkcji muszą zostać spełnione konkretne warunki:
1. Whiskey musi być produkowana na terenie Stanów Zjednoczonych.
2. Zacier musi się składać co najmniej w 51% z kukurydzy.
3. Whiskey musi dojrzewać przynajmniej dwa lata w nowej, wypalonej od środka, dębowej beczce.
4. Zawartość alkoholu w świeżym destylacie wlewanym do beczek nie może przekroczyć 62,5% (125 proof).
5. Do whiskey nie wolno dodawać żadnych substancji smakowych ani koloryzujących, a wodę można dolewać tylko po to, by w razie konieczności rozcieńczyć destylat i obniżyć stężenie alkoholu.
W miasteczku Fiasco, w stanie Kentucky, obowiązuje jeszcze jedna zasada luźno związana z produkcją tamtejszego bourbona:
Lepiej nie zakochaj się w żadnym z braci Foxxów.
Grant
– Nie rób tego – cedzę przez zęby.
I przez moment myślę, że mnie posłucha. Gdy jednak tylko dostaliśmy to zgłoszenie, wiedziałem, że ona pierwsza pojawi się na miejscu. Nieważne, że zaczęła zmianę niecałą godzinę temu. Znałem ją lepiej niż ktokolwiek tutaj. Ruszyła w drogę, gdy tylko centrala udostępniła lokalizację. Wezwanie zgadzało się z informacjami wywiadowczymi, którymi dysponowaliśmy. Zgromadzone dowody wskazywały na działania gangu narkotykowego zaangażowanego w handel ludźmi. Konkretnie kobietami.
Sąsiad mieszkający dwie mile na północ od starej fabryki tytoniu zadzwonił z informacją, że przez cały weekend coś się tam działo, chociaż nie pamiętał, aby nieruchomość została sprzedana na aukcji. Podejrzana aktywność sprawiła, że jego konie wystraszyły się i zaczęły unikać pastwiska graniczącego z terenem fabryki, chociaż było ich ulubionym.
Krótkofalówka trzeszczy, podczas gdy stoję przy biurku i czekam na odpowiedź.
– Ja nie pytam o pozwolenie, Foxx. Ja cię informuję, że wkraczam do akcji. Zauważyłam jakiś ruch, a przed chwilą słyszałam krzyk albo błaganie. Mam uzasadnione podstawy do interwencji.
– Jasna cholera – warczę. – To kurewsko lekkomyślne z twojej strony!
Z sapnięciem wybiegam ze swojego biura i pędzę w stronę wyjścia.
– Del, kurwa, natychmiast wyślij zespół na tę farmę – krzyczę do zwierzchnika. – Jak to możliwe, że w pobliżu nie ma innych patroli?
Wszyscy na posterunku są świadomi tego wezwania. Fiasco to niewielkie miasteczko, jeśli chodzi o populację, ale położone na rozległym terenie. Rzadko dzieje się tu coś, co wymagałoby natychmiastowego przyjazdu kilku radiowozów jednocześnie na miejsce zdarzenia. Ale ja nie zastanawiam się nad tym, co mówię. Reaguję instynktownie i próbuję działać. Szybko.
– Fiona i jakiś pieprzony żółtodziób są tam zupełnie sami.
Del wysoko unosi brwi. Schrzaniłem sprawę, gdy tylko wymówiłem jej imię. Fiona. Powinienem był powiedzieć „oficer Delaney”. Nieważne, że znam ją od podstawówki, a ponad połowa kolesi tutaj chodziła do szkoły razem z nami. Powinienem zachować profesjonalizm. Ale będę się tym przejmował później. Jestem wkurzony, że mnie tam nie ma. We wszelkich sprawach związanych z narkotykami jako szef jednostki K-9 mam obowiązek stawić się z Julep na miejscu zdarzenia jako pierwszy, przed jakimkolwiek patrolem. Oni potrzebują wsparcia. Jeśli członkowie gangu naprawdę zaszyli się na terenie tej fabryki, to Fiona i jej partner pakują się w coś, nad czym mogą nie zapanować.
Biegnę przez garaż w stronę swojego radiowozu i gwizdnięciem przywołuję Julep. Suczka pojawia się u mego boku po kilku sekundach, stukając pazurami o betonową posadzkę.
– Czeka nas robota, Julep.
Otwieram tylne drzwi od strony pasażera, a ona wskakuje na siedzenie. Głaszczę ją po ciemnobrązowym łbie, wpinam jej kamizelkę w szelki samochodowe i ruszam w drogę. Jesteśmy jakąś milę od posterunku, gdy z radia zaczynają płynąć komunikaty od innych patroli zmierzających na miejsce zdarzenia.
– Centrala, jesteśmy w odległości ośmiu minut od celu.
To za długo. A ja nie mam żadnych wieści od Fiony. Zerkam na godzinę na tablicy rozdzielczej. Minęły cztery minuty, od kiedy po raz ostatni się meldowała. Potem zamilkła. Kurwa.
– Centrala. – Jej głos płynie z radia, a ja rozluźniam palce zaciśnięte na kierownicy. – W fabryce tytoniu panuje cisza jak makiem zasiał.
Ale zanim zdołam odetchnąć, znowu się odzywa.
– Centrala… – Jej ochrypły szept, zagłuszany przez trzaski, szarga mi nerwy.
Julep krótko szczeka z tylnego siedzenia.
– Jedziemy po nią, dziewczynko.
Tego ranka Fiona zaserwowała Julep dobre dwadzieścia minut głaskania po brzuchu. Robiła tak od sześciu miesięcy, a miałem przeczucie, że i wcześniej potajemnie obdarzała suczkę pieszczotami, gdy wykradała się ode mnie każdej nocy.
Widzę farmę tytoniu w oddali. Światła pozostawiam włączone, zwłaszcza że zapada zmierzch, ale wyłączam syreny, bo nie wiem, w co się pakuję, i nie chcę, by hałas pogorszył sytuację.
– Oficer Delaney, słyszycie mnie? – powtarza dyspozytor. – Trzy patrole znajdują się pięć minut drogi stąd. Jednostka K-9 będzie na miejscu za niecałe dwie minuty.
– Padły strzały. Powtarzam, padły strzały – informuje centrala po chwili, a ja wciskam gaz do dechy.
Serce bije mi jak oszalałe.
Dyspozytor wzywa wszystkie dostępne patrole do opuszczonej fabryki tytoniu, na której teren właśnie skręcam. Gaszę silnik i wyskakuję z auta. Zostawiam Julep na tylnym siedzeniu. Skoro padły strzały, pies policyjny nie może wkroczyć do akcji, dopóki sytuacja nie zostanie opanowana. Tylko by przeszkadzał w czasie strzelaniny. Ale Julep wyczuwa moje zdenerwowanie, a przed chwilą słyszała Fionę przez radio, więc warczy z tylnego siedzenia, gdy zostawiam ją w aucie. Cicho wyjmuję broń i latarkę, po czym podchodzę do budynku fabryki. Drzwi są otwarte na oścież, a pozostałości suszonych liści tytoniu wciąż zwisają z krokwi w niektórych miejscach. Zapomniane maszyny, stare i zardzewiałe, zajmują środek hali, jednak poza tym pomieszczenie jest puste.
Nagle słyszę stłumione okrzyki i kolejne dwa wystrzały, dochodzące z ogromnej szopy położonej na skraju pola, jakieś trzydzieści metrów ode mnie. Dwa radiowozy na sygnale nadjeżdżają główną drogą i z piskiem opon skręcają na podjazd. Po kilku sekundach jeden z nich mija mnie, kierując się bezpośrednio w stronę szopy.
Podała swoją lokalizację. To znaczy, że jest cała i zdrowa, powtarzam sobie raz po raz, biegnąc za autem. Nie mam przy sobie radia, ale oni na pewno znają jej dokładne położenie. Nic jej nie będzie. Jest wyszkoloną, doświadczoną policjantką.
Gdy docieram do drzwi szopy, z trudem łapiąc oddech, i unoszę latarkę, przytrzymując odbezpieczony pistolet tuż pod nią, widzę, że sytuacja zupełnie wymknęła się im spod kontroli.
– Jezu Chryste – mruczę, patrząc, jak nasz najnowszy żółtodziób, Lee, wykrwawia się na posadzce, a jeden z oficerów, którzy właśnie przyjechali, próbuje zrobić opaskę uciskową ze swojego paska.
Nie zatrzymuję się, żeby mu pomóc.
Fiona.
– Mills, gdzie jest Delaney? – krzyczę, ruszając w stronę podwójnych drzwi po drugiej stronie szopy.
Widzę blask latarki migającej w oddali i smugi krwi na podłodze.
– Del ruszył po śladach – woła za mną Mills. – Gdy podjechaliśmy, nie było tu nikogo innego.
I to wtedy słyszę głos Dela płynący z krótkofalówki Millsa. Kontaktuje się z centralą.
– Mamy jeszcze jedną ranną policjantkę. Potrzebuję tu ratowników medycznych. Natychmiast.
Nie myślę. Zapominam o całym moim treningu, o ostrożności, o konieczności tłumienia odruchowych reakcji, o tym, że nie powinienem działać pod wpływem emocji. Rzucam się do biegu. Podążam za blaskiem latarki, która przestała się poruszać. Skręcam przy połamanym płocie i to wtedy dostrzegam ich zarysy.
Del kuca nad nieruchomym ciałem leżącym na trawie. Mrużę oczy i ból przeszywa mi pierś.
– Nie.
Mijam Dela, przysiadam przy niej z drugiej strony i wyrywam ją z jego ramion. Obejmuję ją i nagle dociera do mnie, że łzy płyną mi po twarzy, podczas gdy krzyczę do jej nieruchomego ciała.
– Nie, kochanie, co się stało? Kurwa. Kurwa. Nie!
Mam gdzieś to, że właśnie odebrałem ją ojcu. Nie obchodzi mnie to, że właśnie ujawniłem, iż z Fioną Delaney łączyło mnie coś więcej niż wspólna praca, przyjaźń czy choćby seks bez zobowiązań, mimo że oboje tak długo to sobie wmawialiśmy. Nie obchodzi mnie, że wciąż powtarzam te same słowa, raz za razem.
– Kocham cię. Nie możesz umrzeć, słyszysz?
Odsuwam się, żeby zobaczyć, gdzie została ranna, i widzę niewielkie nacięcie na szyi, ledwie już pulsujące. Krew pokrywa moje ramiona i ziemię pod jej ciałem. Dociskam dłoń do rany, próbując powstrzymać krwawienie. Ma rozpiętą koszulę od munduru i gdy przyciągam ją do siebie, zapłakany Del krzywi się i mamrocze:
– Jezu Chryste, Fiona. Moje dziecko.
Obaj spuszczamy wzrok na jej bok, odarty ze skóry, jakby zaplątała się w drut kolczasty.
Jej ciało staje się coraz cięższe w moich ramionach, a ja przytulam ją jeszcze mocniej.
– Trzymaj się, Fi. Trzymaj się.
Wiem, że nie oddycha, ale nie potrafię odpuścić.
– Ona odeszła, Grant.
Laney
5 lat później…
– Kłam tylko wtedy, gdy to będzie konieczne.
Spuszczam wzrok na dłonie. Paznokcie mam pomalowane bladoróżowym lakierem, który zdążyłam znienawidzić. Stan moich skórek jest rezultatem nerwów – są świeżo obgryzione i oskubane. Od miesięcy ignorowałam to, co „słuszne”.
– Równie dobrze mogę zostać i kłamczuchą – mamroczę, kręcąc głową.
Jestem sfrustrowana i reaguję gniewem oraz sarkazmem. Zwycięska kombinacja. Nie wiem, dokąd zmierzamy ani ile czasu będę musiała tam spędzić. Jedyne, co jest pewne, to bałagan, jaki za sobą zostawiłam. Biorę głęboki wdech. Potrafisz robić trudne rzeczy.
Szum opuszczanej szyby zagłusza cichy śpiew Johnny’ego Casha płynący z radia.
– Twój ojciec byłby z ciebie dumny – mówi ona na wydechu i czuję, że życzliwe słowa rzadko opuszczają jej usta, chociaż można by pomyśleć, iż dodawanie otuchy „informatorom” to coś naturalnego w jej zawodzie.
Ale może to nie jest jej mocna strona. W szoferce furgonetki jest zbyt ciemno, bym mogła stwierdzić, czy to, jak mocno ściska kierownicę i drapie się po twarzy, świadczy o jej skrępowaniu. Nie wiem, czy wciska mi kit, żebym nie wpadła w panikę, czy może po prostu nie przywykła do pocieszania ludzi. Wprawdzie znała mojego tatę na gruncie zawodowym, ale z pewnością nie miała pojęcia, jakim był ojcem.
Tata powtarzał mi regularnie, że jest ze mnie dumny. Ona nie musi mi o tym przypominać. Wspierał mnie nawet wtedy, gdy robiłam rzeczy, które przyprawiały go o wrzody żołądka. Nieważne, ile razy zmieniałam pracę, zawsze twierdził: „W końcu znajdziesz coś, co będzie dla ciebie odpowiednie, dzieciaku”. A gdy wracałam do domu z płaczem i nie chciałam mu wyjaśnić dlaczego, kwitował to słowami: „Ten chłopak nigdy na ciebie nie zasługiwał”. Niezależnie od sytuacji zapewniał mnie, że wszystko będzie dobrze. „Potrafisz robić trudne rzeczy, Laney. Nigdy o tym nie zapominaj. W końcu nosisz nazwisko Shaw”.
Jednak w tej chwili tata byłby mną rozczarowany. I wściekły. Wkurzony, że potwór stanął na mojej drodze. Jeden z takich, których on przez całe życie próbował powstrzymać przed krzywdzeniem ludzi – zwłaszcza mu najbliższych. Mrugam, walcząc ze łzami, które zamazują mi wzrok.
– Agentko…
– Nazywaj mnie po prostu Bea – przerywa mi. – Przyzwyczaj się do tego.
– W porządku. Bea. Nie musisz mi mówić, co mój ojciec pomyślałby o tej sytuacji. Nie musisz mi się przypochlebiać. Już masz mnie po swojej stronie. Ale jestem wkurzona na siebie… – dodaję odrobinę zbyt ostro. – A nawet nie tylko na siebie. Wiesz co? W tej chwili jestem wkurzona na wiele rzeczy. Na siebie, bo… – Kręcę głową, myśląc o tym, dlaczego w ogóle przebywałam w tamtym miejscu do tak późna. – Jestem wściekła na tego potwora, że istnieje, że krzywdzi ludzi i wywrócił moje życie do góry nogami. Ale wiem dokładnie, co czułby mój ojciec, gdyby tu był.
Bea posyła mi wymuszony uśmiech.
– Wiem, że nie prosiłaś o to, co się stało, i że zostawiłaś za sobą całe swoje życie…
Opieram głowę z powrotem o zagłówek z cichym śmiechem, który powstrzymuje ją przed dokończeniem tego zdania. Bo właśnie zaliczyłam największy upadek w całym swoim życiu. Zbudowałam coś, z czego byłam dumna, a potem to zbrukałam. Może spotkanie z tym potworem to była kara? Wzdrygam się na myśl o tym, że wszechświat mógłby być aż tak okrutny. Owszem, podjęłam kilka naprawdę złych decyzji, ale nie zasłużyłam na coś takiego. Jego ofiara na to nie zasłużyła. Zamykam powieki i zaciskam palce na grzbiecie nosa. Tępe pulsowanie z tyłu głowy przerodziło się w przeszywający ból tuż za prawym okiem. Świetnie, żeby było zabawniej, dostałam migreny.
Jestem na nogach od ponad dwudziestu czterech godzin, nie myślę logicznie i daję się ponosić emocjom. Adrenalina, która pomogła mi przetrwać ten koszmar, opadła, i teraz potrzebuję tylko snu.
– Zawsze kierowałam się intuicją, Laney. A intuicja podpowiada mi, że musimy zachować twoją relokację w tajemnicy i przeprowadzić ją poza oficjalnymi kanałami.
Znowu na nią zerkam. Powinnam czuć ulgę na widok znajomej twarzy, jednak wcale tak nie jest. Chciałabym, żeby to mój tata mógł mi teraz pomóc.
– Kobieta, którą uratowałaś, nigdy nie zapomni, przez co przeszła. Pamiętaj o tym.
– Wiem. – Dostaję gęsiej skórki na myśl o tym, jak krzyczała i biegła prosto na mnie, błagając o pomoc.
W ogóle nie powinno mnie być w tamtym magazynie. Nigdy nie chciałam zostać bohaterką. Poszłam tam, by poprzeglądać pamiątki, bo chciałam się poczuć blisko ojca. Zostałam dłużej, bo chciałam zostać wybrana… Ale słowa Bei wzbudzają moją ciekawość.
– Dlaczego uważasz, że coś jest nie tak?
– Bo minęły ponad siedemdziesiąt dwie godziny i nic się nie wydarzyło. Ktoś miał na tyle oleju w głowie, żeby zaangażować w sprawę U.S. Marshals Service, bo coś jest ewidentnie nie tak. – Zerka na mnie i kręci głową, a ja studiuję jej profil i próbuję czytać między wierszami, by zrozumieć, czego mi nie mówi. – Biorąc pod uwagę dowody, które znaleźli w tym magazynie, ty i jego ofiara nie powinnyście wymagać relokacji. – Milknie na moment i głośno przełyka ślinę. – Nie udało im się go zmusić do podania nazwiska i nie mogą go znaleźć w systemie.
Na myśl o tym człowieku jeżą mi się włoski na karku. Wciąż pamiętam, jak płuca płonęły mi z bólu, gdy uciekałam przed nim, dźwigając ciężar ciała tej drugiej kobiety.
– Żadnego nazwiska. Tylko częściowe odciski palców.
Koleś nie ma historii kredytowej ani kartoteki policyjnej. Ale to, w jaki sposób okalecza swoje ofiary, jest… – Urywa. – Muszę cię umieścić w bezpiecznym miejscu, dopóki się nie upewnię, że nic ci nie grozi. Przynajmniej tyle jestem winna twojemu ojcu.
Zapala goździkowego papierosa, a ja sięgam po torebkę kwaśnych żelków w kształcie misiów.
Nie znam szczegółów relacji łączącej ją z moim tatą, ale ojciec był szanowanym agentem federalnym i podejrzewam, że wiele osób było mu winnych przysługę. To akurat mnie nie dziwi. Bardziej niepokoi mnie, że ona nie chce, aby istniały jakiekolwiek dokumenty poświadczające to, w które miejsce mnie przenosi. Do licha, sama nawet nie wiem, dokąd zmierzamy.
Czuję ucisk w piersi, jakbym nie mogła głębiej zaczerpnąć powietrza. Mam ochotę na nią wrzasnąć, powiedzieć jej, że to nie w porządku, że to niesprawiedliwe. Że nie powinnam ponosić kary za to, że postąpiłam słusznie. Z ulgą myślę o tym, że nie będę musiała stawić czoła bałaganowi, jaki po sobie zostawiłam, ale jednocześnie nie chcę znikać z powierzchni ziemi.
Trudniej mi będzie pamiętać o ojcu z dala od miejsc, które przywoływały wspomnienia wspólnie spędzanych dni – pikników w parku Bryant, spacerów po High Line, posiłków jedzonych we wszystkich możliwych knajpkach w Chinatown. Nie mogłam nawet zabrać ze sobą swoich rzeczy.
– Ten kolor ci pasuje – zauważa Bea, wyrywając mnie z zamyślenia.
Opuszczam osłonę przeciwsłoneczną i zerkam w lusterko. Wyglądam… inaczej. Wciąż jestem sobą, ale czuję się starsza. Mniej przypominam kobietę, która próbowała upodabniać się do innych, dopasowywać do otoczenia, która zabiegała o uwagę mężczyzn. Wyglądam jak ktoś, kto czuje się pewnie w swojej skórze. Podoba mi się to. Miedzianym blond zastąpiłam platynowy, na który farbowałam włosy przez większość dorosłego życia.
Jestem kimś nowym i jeszcze nie rozpoznaję tej kobiety, ale z czasem zacznę. Jeśli mam być szczera, w ostatnich latach w ogóle nie poznawałam osoby, którą się stałam. Takie wrażenie towarzyszyło mi od dawna, chyba nawet zanim straciłam tatę.
– Możesz zachować swoje imię. – Bea wtyka papierosa między wargi i pochyla się ku mnie, żeby wyciągnąć ze schowka materiałową saszetkę zapinaną na suwak. – Tu masz nowy numer ubezpieczenia społecznego, prawo jazdy i paszport…
Przestaję jej słuchać, bo myślę o swoim imieniu. Tata nazywał mnie Laney, ale od lat nie używałam tego zdrobnienia. Poza nim tylko jedna osoba tak się do mnie zwracała. Ta, której nie chcę już nigdy więcej zobaczyć.
Zamykam oczy i biorę głęboki wdech, walcząc z obrzydzeniem, które ogarnia mnie na myśl o tym, co robiłam z Phillipem. Poświęciłam tyle czasu na próby wymazania Laney z Coney Island i wpasowania się w rolę Eleanor Shaw z Manhattanu. Nie jestem już żadną z tych osób. Ekskluzywne imprezy i śluby, które organizowałam dla zamożnej klienteli z wyższych sfer, pozwoliły mi zbudować styl życia, o jakim marzyłam, jednak nie czułam, by to było moje życie. Byłam materialistką, rzucałam nazwiskami znanych osób przy każdej możliwej okazji i w którymś momencie zaczęłam mylić ciężką pracę ze szczęściem.
Przeglądam laminowane dokumenty i ogarnia mnie poczucie ulgi. Wciąż nie przetrawiłam wszystkiego, co się wydarzyło, i wiem, że gdy w końcu to do mnie dotrze, ta świadomość uderzy mnie z siłą pociągu towarowego. Jestem w emocjonalnej rozsypce i zdaję sobie sprawę, że to wina braku snu i głębokiej traumy. Mimo wszystko, gdy obserwuję ciemną autostradę przemykającą za oknem, mam wrażenie, jakby ta podróż wymazywała moje gówniane decyzje i przygotowywała mnie do tego, co ma nadejść. Skoro muszę kłamać i udawać Laney Young z Colorado, zamierzam to zaakceptować.
Przysypiam dopiero w Wirginii Zachodniej, a gdy budzą mnie odgłosy kłótni, mam wrażenie, że minęło zaledwie pięć minut. Trę powieki, zerkam na deskę rozdzielczą i odkrywam, że spałam sześć godzin. W samochodzie jest gorąco, a powietrze wydaje się niemal lepkie, jakby klimatyzacja została wyłączona już jakiś czas temu. Gdzie jest agentka Harper?
Odpinam pas i wyglądam przez szybę. Nie ma tu gór ani oceanu. Wszystko wygląda płasko. Całe życie spędziłam w dużym mieście, w pobliżu wody, ale tutaj brak wielkomiejskiej panoramy, wieżowców i zanieczyszczenia światłem. Widzę tylko ogromny wiejski dom, przed którym zaparkowała Bea.
Gdy otwieram drzwi furgonetki, wilgotne powietrze uderza mnie, jakbym wpadła na drzwi z moskitierą, i czuję, jak warstwa potu pokrywa moją skórę, zwłaszcza tuż pod gumką sportowego stanika i na karku.
Pogoda na Wschodnim Wybrzeżu potrafi być brutalna w sierpniu, ale przecież jest dopiero pierwszy tydzień czerwca. Mam wrażenie, jakby ta dwunastogodzinna jazda przeniosła mnie w sam środek upalnego lata.
Przeciągam się i unoszę włosy, by uwolnić uwięzione pod nimi ciepło. Biorę głęboki wdech, próbując uspokoić gonitwę myśli. Wciąż zastanawiam się nerwowo, gdzie jestem i jakie to irytujące, że jest tu tak gorąco w środku nocy, gdy nagle uderza mnie ten zapach. Lekka bryza przynosi ze sobą aromat przywodzący na myśl piekarnię. Czuję coś jakby drożdże do pieczenia chleba, z nutą czekolady i cierpką słodyczą. Nie jest to rozkoszny zapach słonego morskiego powietrza ani ostra woń moczarów podczas odpływu. To coś znacznie lepszego. Może jednak nie będę tęskniła tu za oceanem.
Cokolwiek wydziela tak wspaniały zapach w środku nocy, za dnia musi pachnieć jeszcze pyszniej.
– Do licha – mruczę pod nosem, spoglądając na dom, przed którym się zatrzymałyśmy.
Myślałam, że taki przepych można zobaczyć tylko na bogatych przedmieściach Nowego Jorku albo w East Hampton. Trawnik jest wypielęgnowany, a krzewy i drzewa podświetlone, jakby każde z nich zasługiwało na to, by je uhonorować i wyeksponować. Okna w czarnych ramach kontrastują z białym sidingiem, a czarny metalowy dach jest utrzymany w stylu nowoczesnej wiejskiej rezydencji. Dom wydaje się prosty, ale ja doskonale zdaję sobie sprawę, jak kosztowna potrafi być taka „prostota”. To nie jest zwykły wiejski dom na farmie. Został zaprojektowany w ten sposób celowo. Nie poznałam jeszcze jego właścicieli, a już wiem, że nie mieszkają tu farmerzy.
Jest cicho i spokojnie, nie słychać nawet świerszczy ani szumu wiatru wśród drzew. To późnonocny albo raczej wczesnoporanny spokój, który z łatwością można pomylić z bezpieczeństwem. Czy będę tu bezpieczna? Nie widzę w pobliżu ani jednej ulicznej latarni, żadnych sąsiadów, których oświetlone ganki mogłyby rozpraszać mrok. Nad horyzontem nie ciągnie się typowa dla miast różowawa smuga. Niebo jest całkowicie czarne i nakrapiane gwiazdami w różnych rozmiarach.
Jakiś mężczyzna podnosi głos, a ja obracam głowę w jego stronę. Przemawia takim tonem, że obchodzę zaparkowaną furgonetkę i ruszam w stronę frontowych drzwi.
– Bea, słyszysz tylko to, co chcesz usłyszeć. Powiedziałem „nie”. Dlaczego zapukałaś do moich drzwi, zamiast zgłosić się do Granta?
Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyślić, że kłócą się o mnie. Bea powiedziała, że zamierza przeprowadzić wszystko po swojemu i umieścić mnie gdzieś nieoficjalnie, ale myślałam, że zadzwoni z wyprzedzeniem do gospodarzy, by się upewnić, iż będę tam mile widziana.
– Dobrze wiesz dlaczego. I ja nie proszę, Ace – odpowiada agentka Harper ochrypłym głosem.
Staję jak wryta u podnóża schodków prowadzących na ganek. Kim jest ten mężczyzna?
– A więc mi grozisz? – pyta on i właśnie w tej chwili mnie zauważa.
Zamiera i wbija we mnie wzrok. Ciemne włosy z pasmami siwizny ma krótko przycięte i zaczesane do tyłu. Ale to nie jego przyprószony siwizną zarost ani wyprostowana postawa przykuwają moją uwagę, lecz fakt, że jest środek nocy, a on ma na sobie spodnie od garnituru i białą koszulę z kołnierzykiem i rękawami podwiniętymi do łokci. Zdecydowanie nie jest farmerem. Wspiera dłonie na wąskich biodrach, spogląda w górę, wydyma policzki i wzdycha ciężko. Gdy znowu opuszcza głowę, patrzy mi w oczy i mówi do niej:
– Jezu, Bea. Przecież to jeszcze dziecko.
Może dla niego wyglądam jak dziecko, ale doświadczyłam już wystarczająco wiele w ciągu dwudziestu dziewięciu lat spędzonych na tej planecie.
Bea zerka na mnie z uśmiechem i wyciąga paczkę papierosów z kieszeni. Zapala jednego, zaciąga się, po czym wypuszcza z ust pióropusz dymu, który po chwili zostaje porwany przez ciepłą bryzę.
– Ona dopiero co powstrzymała potwora, Ace. Nie jest dzieckiem, tego możesz być pewien.
Po raz pierwszy odczuwam satysfakcję z tego, co zrobiłam. Po raz pierwszy od dwóch dni nie mam wrażenia, jakbym tonęła w niepewności.
Mężczyzna posyła mi współczujący uśmiech. Podobnie uśmiechał się mój tata, gdy wiedział, że zaraz przekażę mu niezbyt dobre wieści.
Zerka z ukosa na dym unoszący się z ust agentki Harper.
– Musisz rzucić to gówno, Beo.
– Przymknij się, Ace – odpowiada ona warknięciem. – Dogadaliśmy się?
– Del wie, że tu jesteś?
Kobieta nieznacznie kręci głową.
Ace robi głęboki wdech i przez moment wstrzymuje powietrze.
– Na jak długo?
– W ostatecznym rozrachunku to będzie zależało od niej. Ale chciałabym, żeby została tu dopóty, dopóki nie będę mogła zagwarantować, że jest już bezpieczna.
Mężczyzna nie odrywa ode mnie wzroku, gdy pyta:
– A czy nam grozi jakieś niebezpieczeństwo w związku z tym, że będziemy ją tu gościć? Dobrze wiesz, że przytrafiło nam się już wystarczająco wiele złych rzeczy…
– Muszę ją umieścić pod opieką kogoś, komu ufam, i z dala od ludzi, którym nie ufam – przerywa mu Bea.
Mojej uwagi nie uchodzi, że nie odpowiedziała wprost na jego pytanie dotyczące zagrożenia.
Mężczyzna posyła jej ironiczny uśmiech.
– A więc nagle znalazłem się w tej drugiej kategorii? W kręgu ludzi zaufanych?
– To kurewsko wąski krąg, Ace. Wiesz o tym – mówi ona. A potem dodaje niechętnie: – Poza tym to oznacza, że teraz to ja będę winna przysługę tobie. Wiesz, jak bardzo uwielbiam ten rodzaj waluty.
– Naprawdę myślisz, że Fiasco to dobra kryjówka?
– Jakie fiasko? – wtrącam.
Mam nadzieję, że nie przywiozła mnie do miejsca gorszego niż to, które właśnie musiałam szybko opuścić – o ile to w ogóle możliwe.
– Nie pierwszy raz będziesz gościł w swoim domu kobietę późną nocą. – Bea znacząco unosi brew i klepie go po ramieniu. – Zrób, co możesz, żeby nikt nie dowiedział się prawdy na jej temat. Wiem, jak działają tu plotki.
– W takim razie zakładam, że ja też nie poznam prawdy?
Kobieta przenosi wzrok na mnie.
– To ona zadecyduje, jaką wersję prawdy ci poda – odpowiada i puszcza do mnie oko.
Mężczyzna mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów, jakby oceniał, co ze mną zrobić. Przenoszę ciężar ciała z nogi na nogę i prostuję plecy, bez słowa dając mu do zrozumienia, że nie czuję się onieśmielona jego spojrzeniem. On uśmiecha się znowu, kręci głową i wyciąga do mnie rękę.
– Atticus Foxx. Możesz mi mówić Ace.
Dopiero po kilku sekundach przypominam sobie o kłamstwie.
– Laney. Young. Laney Young – przedstawiam się, ściskając jego dłoń.
Unosi brew, słysząc, jak się jąkam.
Ta, będę musiała nad tym popracować. Problem polega na tym, że nie jestem kłamczuchą. Byłam oportunistką, beznadziejną romantyczką, uczestniczyłam w zdradzie – ale nigdy nie byłam kłamczuchą.
Aż do teraz.
– W porządku, Laney Young. Witaj w Fiasco, w stanie Kentucky.
Laney
Dalsza część dostępna w wersji pełnej
