Tajemnica doktora Honigbergera - Mircea Eliade - ebook

Tajemnica doktora Honigbergera ebook

Mircea Eliade

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kwidzynie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 91

Rok wydania: 1983

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Mircea Eliade TAJEMNICA DOKTORA HONIGBERGERA

 

Tytuł oryginału:

Secretul doctorului Honigberger

w: Antologia de proza scurta romaneasci de la Constantln Negruzzi La Pavel Dan, Editura Minerva, Bucuresti, 1979

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983

ISBN 83-08-00988-3

 

Einem gelang es — er hob den

Schleier der Göttin zu Said...

Novalis

1

Pewnego jesiennego ranka 1934 roku posłaniec przyniósł mi dosyć dziwny list, mówiąc, że oczekuje natychmiastowej odpowiedzi. Pisała do mnie pani, której nazwiska — Zerlendi — nigdy przedtem nie słyszałem, zapraszała mnie do siebie na popołudnie, jeszcze tego samego dnia. Był to list bardzo poprawny, nadzwyczaj uprzejmy, taki, jakie w czasach naszych rodziców zwykła pisać kobieta, gdy zwracała się do nieznajomego mężczyzny. „Dowiedziałam się, że niedawno powrócił pan ze Wschodu, i sądzę, że z zainteresowaniem zbadałby pan zbiory zgromadzone przez mego męża” — pisała między innymi. Wyznaję, że bardzo mało obchodziły mnie podówczas znajomości, do jakich zawierania nakłaniano mnie z tego oto powodu, że kilka lat przemieszkałem na Wschodzie. Niejeden raz musiałem rezygnować z przyjaźni, zapowiadającej się skądinąd bardzo miło, tylko dlatego, że nie godziłem się na wygłaszanie banałów na temat „tajemnic Azji”, fakirów, cudów lub perypetii w dżunglach — sensacyjne szczegóły, których komentowania oczekiwał ode mnie mój towarzysz czy towarzyszka. List Pani Zerlendi wspominał atoli o jakichś zbiorach orientalnych, nie określając dokładnie ich rodzaju ani rozmiarów; wystarczyło to, aby obudzić moją ciekawość.

Tak naprawdę interesowało mnie życie Rumunów, którzy ulegli namiętności do Orientu. Aby być szczerym, muszę powiedzieć, że na wiele lat przed tym zdarzeniem u jednego z antykwariuszy na bulwarze nad Dymbowicą odkryłem skrzynię pełną książek odnoszących się do Chin; widać było, że ktoś je przez długi czas dokładnie studiował, nosiły bowiem adnotacje, a niekiedy nawet ołówkowe poprawki poczynione przez człowieka, który je był kupił i którego podpis — Radu C. — odnalazłem na wyklejkach większości spośród nich. Ów Radu C. nie był przecież amatorem. Książki jego, obecnie w moim posiadaniu, świadczyły, że oddawał się on poważnym i systematycznym studiom nad językiem chińskim. W samej rzeczy opatrzył uwagami sześć tomów Memoires historiques Sy-Ma Ts'iena w tłumaczeniu Edouarda Chavannesa, korygując wszystkie błędy drukarskie chińskich tekstów, znał klasyków chińskich w wydaniu Couvreura, prenumerował czasopismo „T'oung Pao” i kupił wszystkie tomy Varietes sinologiques, jakie ukazały się w Szanghaju do chwili wybuchu wojny. Zaciekawił mnie ten człowiek; w części odtworzyłem go sobie z jego biblioteki, choć przez długi czas nie mogłem natrafić na jego pełne nazwisko. Tych paręset tomów antykwariusz nabył około 1920 roku i poza kilkoma książkami ilustrowanymi, które sprzedał od razu, nie znalazł amatorów na ową kolekcję tekstów i studiów sinologicznych. Wówczas zadałem sobie pytanie: kim mógł być ów Rumun, który tak poważnie zabrał się do języka chińskiego i po którym nie zostało nic, nawet pełne nazwisko? Cóż za tajemnicza pasja pchnęła go ku odległym obszarom, do jakich wszakże nie pragnął zbliżyć się po amatorsku, lecz ucząc się ich języka i zgłębiając mozolnie historię? Czy udało mu się kiedykolwiek wyjechać do Chin, czy też może zginął przedwcześnie w jakiejś frontowej jamie?

Na niektóre spośród tych pytań, zadawanych sobie z niedowierzaniem i melancholią, przerzucając tam, u antykwariusza, na bulwarze kartki książek, odpowiedź miałem otrzymać znacznie później. Zresztą odpowiedź, która też uwikłana była w nieoczekiwane tajemnice. Ale to już całkiem inna historia, nie mająca związku z wydarzeniami, jakie teraz zaczynam opisywać. Wspominając jednak owego Radu C., jak i kilku innych orientalistów-amatorów i miłośników spraw wschodnich, działających niegdyś anonimowo tu, w Rumunii, postanowiłem przyjąć zaproszenie nieznajomej.

Owego popołudnia byłem przed domem na ulicy S. Zatrzymawszy się naprzeciwko numeru 17 rozpoznałem w nim jeden z tych domów, obok których nie potrafiłem nigdy przejść nie zwolniwszy kroku, aby go szpiegować, ożywiony pragnieniem odgadnięcia, co dzieje się za leciwymi murami, kto tam bytuje i z jakim przeznaczeniem się zmaga. Ulica S. znajduje się w samym centrum Bukaresztu, bardzo blisko Calea Victoriei. Jaki to cud sprawił, że ostał się nietknięty bojarski dom pod numerem 17, z żelaznym ogrodzeniem, z wyżwirowanym dziedzińcem i wybujałymi swobodnie wierzbami oraz kasztanowcami, których cień przytłaczał część fasady? Furta otwierała się ciężko; po czym idąc pomiędzy rabatami z pysznymi kwiatami jesieni, natrafiało się na sadzawkę, w której woda dawno wyschła, oraz na dwa krasnoludki w wypłowiałych czapeczkach. Panował tu jakby inny klimat. Świat, który z wolna zgasł w innych pięknych dzielnicach Stolicy, tu przetrwał — godny, nie podlegając agonii, upadkowi i nędzy. Był to dom z dawnych czasów, ale dobrze utrzymany. Tylko wilgoć drzew przedwcześnie okryła plamami fasadę. Główne wejście osłonięte było, stosownie do zwyczaju sprzed czterdziestu lat, wachlarzem z przydymionego szkła. Parę kamiennych schodów pozieleniałych od mchów i opatrzonych po bokach olbrzymimi donicami z kwiatami wiodło do markizy o kolorowych górnych szybkach. Obok dzwonka nie było nawet wizytówki.

Oczekiwano mnie. Stara, utykająca gosposia otworzyła mi natychmiast i poprosiła do ogromnego salonu. Zaledwie miałem czas rozejrzeć się po meblach i obrazach, gdy spoza dębowych drzwi ukazała się pani Zerlendi. Była to kobieta po pięćdziesiątce, której nie można było zapomnieć, nawet jeśli spotkało się ją jeden jedyny raz. Pani ta nie starzała się jak wszyscy. Albo może starzała się podobnie jak kobiety z przeszłych stuleci — tajemnym jakimś sposobem rozumiejąc, że poprzez śmierć przybliży się do wielkiego rozświetlenia wszystkich znaczeń, nie zaś do końca ziemskiego życia, stopniowego uwiądu i ostatecznego stopienia się ciała z ziemią. Zawsze dzieliłem ludzi na dwie kategorie — tych, którzy pojmują śmierć jako kres życia i ciała, oraz tych, którzy widzą w niej początek nowej egzystencji duchowej. I nie usiłuję wyrabiać sobie zdania o nowo spotkanym człowieku, nim nie dowiem się, co naprawdę sądzi on o śmierci. Zresztą może mnie wprowadzić w błąd największa inteligencja i najbardziej niepokojący urok.

Pani Zerlendi usiadła w fotelu i wskazała mi gestem, w jakim nie dostrzegłem zwykłej dla kobiet w pewnym wieku poufałości, drewniane krzesło z wysokim oparciem.

— Dziękuję, że pan przyszedł — rzekła. — Mój mąż bardzo byłby rad z poznania pana. On także kochał Indie, może bardziej, niż pozwalał mu na to jego zawód lekarza...

Szykowałem się do wysłuchania długiej opowieści, uradowany jednocześnie tym, że będę mógł uważnie, ale nie niegrzecznie, przypatrywać się dziwnej twarzy pani Zerlendi. Pani domu umilkła jednak na chwilę, potem zaś spytała, pochylając z lekka czoło w moją stronę:

— Czy zna pan życie i pisma doktora Honigbergera? Mąż mój powziął miłość do Indii za pośrednictwem książek tego niemieckiego lekarza z Braszowa. Zainteresowanie historią chyba odziedziczył — była ona namiętnością całej rodziny — jednak po odkryciu prac Honigbergera zaczął zajmować się Indiami. W istocie przez kilka lat zbierał tylko materiały, nawet rozpoczął monografię o niemieckim doktorze. Sam był lekarzem i sądził, że potrafi napisać coś takiego.

Wyznaję, że bardzo mało wiedziałem podówczas o doktorze Johanie Honigbergerze. Przypomniałem sobie, że wiele lat przedtem czytałem jego główną książkę Thirty-five years in the East, w angielskim przekładzie, jedynym, jakim dysponowałem w Kalkucie. W owym czasie zajmowałem się filozofią i technikami Jogi i książkę Honigbergera studiowałem przede wszystkim z punktu widzenia szczegółów dotyczących tych praktyk tajemnych, które doktor, jak się wydaje, znał z własnego doświadczenia. Ponieważ jednak książka ukazała się w połowie ubiegłego wieku, podejrzewałem autora o niejaki brak postawy krytycznej. Ale nie wiedziałem, że ów doktor, cieszący się wielką famą jako orientalista, pochodzi ze starej braszowskiej rodziny. Otóż teraz zaciekawił mnie właśnie ten szczegół.

— Mąż mój prowadził obfitą korespondencję z różnymi lekarzami i uczonymi, którzy znali Honigbergera, bo chociaż umarł on w Braszowie w 1869 roku, wkrótce po swoim powrocie z ostatniej podróży do Indii, żyło jeszcze dość dużo ludzi, którzy się z nim zetknęli. Jeden z jego synów osiągnął stanowisko sędziego w Jassach; było to dziecko z pierwszego małżeństwa doktora, ale mężowi nie udało się go poznać, choć często jeździł do Jass tropem jakichś papierów...

Mimowiednie zacząłem się uśmiechać. Zdumiewała mnie precyzja szczegółów z biografii Honigbergera, jakie znała pani Zerlendii. Odgadła snadź moją myśl, dodała bowiem: — Rzeczy te tak bardzo go zajmowały, że na zawsze utkwiły w moim umyśle. Te, a także wiele innych...

Nagle umilkła, zamyślona. W późniejszym czasie miałem okazję przekonać się, jak wiele i jak dokładnie wiedziała pani Zerlendi o doktorze Honigbergerze. Przez cały wieczór opowiadała mi tylko o pierwszym jego pobycie w Indiach, po którym spędził około czterech lat w Małej Azji, rok w Egipcie i siedem lat w Syrii. Łatwo było pojąć, że pani Zerlendi wielokrotnie studiowała książki i rękopisy męża, jak gdyby niegdyś sama żywiła pragnienie doprowadzenia do szczęśliwego końca rozpoczętej przez niego pracy.

Prawdą jest, że niełatwo można się było otrząsnąć z tajemniczego uroku owego saskiego doktora — doktora z własnego mianowania, bo oficjalnie miał tylko dyplom farmaceuty. Więcej niż połowę swego długiego życia Honigberger spędził na Wschodzie. Osiągał kolejno godności: lekarza nadwornego, farmaceuty, dyrektora Arsenału i admirała maharadży Randżit-Singha z Lahore. Wielokrotnie dochodził do poważnej fortuny i tracił ją. Honigberger, awanturnik wielkiego formatu, nie był jednak nigdy szarlatanem. Był człowiekiem biegłym w bardzo wielu naukach — jawnych i tajemnych, jego zaś zbiory etnograficzne, botaniczne, numizmatyczne i dzieł sztuki wzbogaciły wiele świetnych muzeów. Łatwo było zrozumieć, dlaczego doktor Zerlendi, pasjonujący się przeszłością naszego narodu i historią medycyny, tyle lat życia poświęcił odtworzeniu i odszyfrowaniu prawdziwej biografii Honigbergera.

— Otóż doszedł on właśnie do wniosku — zwierzała mi się pewnego razu pani Zerlendi — że życie Honigbergera kryje bardzo wiele tajemnic, pomimo iż napisano o nim tyle książek. Na przykład nie można było wyjaśnić jego ostatniej podróży do Indii w 1858 roku, kiedy to ciężko chory wrócił z wyprawy do Afryki tropikalnej i życie już ledwo się w nim tliło. Dlaczego Honigberger raz jeszcze, choć taki zmaltretowany, powrócił do Indii i dlaczego zmarł, gdy tylko znalazł się w Braszowie? — to pytanie często zadawał sobie mój mąż. Podobnie tak zwane badania naukowe doktora w Kaszmirze, prowadzone o wiele wcześniej, wydawały mu się podejrzane. Miał powody sądzić, że naprawdę Honigberger przebywał nie tylko w Kaszmirze, ale że był też w Tybecie albo w każdym razie zgłębiał wiedzę o farmakopei tajemnej w jednym z owych klasztorów himalajskich, i że ankiety botaniczne były jedynie pretekstem. Zresztą pan sam lepiej osądzi te sprawy — dodała pani Zerlendi.

Muszę wyznać, że gdy przesunęły się przed moimi oczami książki i dokumenty odnoszące się do Honigbergera, zgromadzone z taką pieczołowitością przez małżonka pani Zerlendi, sam zacząłem utwierdzać się w przekonaniu, że żywot saskiego doktora spowija woal tajemnicy. To jednak, co nastąpiło po mojej pierwszej wizycie w domu przy ulicy S., przerosło znacznie tajemnicę Honigbergera.

— Pomyślałam wtedy — podjęła pani Zerlendi po długiej pauzie — że byłoby szkoda, gdyby tyle pracy poszło na marne. Usłyszałam o panu, przeczytałam kilka pańskich prac, szczególnie tych odnoszących się do Indii i filozofii indyjskiej. Nie mogę powiedzieć, abym w pełni je zrozumiała, zrozumiałam przecież jedno: że z całym zaufaniem mogę zwrócić się do pana...

Próbowałem powiedzieć, że to mi pochlebia, itd., lecz pani Zerlendi ciągnęła tym samym tonem:

— Od wielu już lat niemal nikt nie przestępuje progu tego domu, chyba tylko paru przyjaciół, nie mających specjalnego przygotowania, jakie zdobył mój mąż. Tak że od 1910 roku jego gabinet i biblioteka stoją nietknięte. Mnie też nie było w kraju przez wiele lat, a gdy powróciłam, wystrzegałam się zbyt wyraźnego wspominania imienia mego męża. W owym czasie jego koledzy lekarze uważali go za maniaka. Bibliotekę, którą zaraz panu pokażę, oglądała — spośród ludzi potrafiących ją ocenić — jedna jedyna osoba: Bucura Dumbrava. Napisałam do niej, tak jak napisałam do pana, że posiadam bogate zbiory wschodnie, i przyjechała, ale po długiej zwłoce. Sądzę, że bardzo ją zainteresowała. Powiedziała mi, że znalazła w niej książki, o które prosiła niegdyś British Museum. Ale nie miała czasu na dokładniejsze ich zbadanie. Odnotowała sobie niektóre i obiecała, że zjawi się znów po powrocie z Indii. Jak pan może wie, jechała tam na kongres teozoficzny. Ale nigdy nie postawiła już stopy na ziemi rumuńskiej. Umarła w Port Saidzie...

Nie wiem, czy pani Zerlendi przypisywała jakikolwiek ukryty sens owej śmierci w przeddzień powrotu. Znów zamilkła, patrząc na mnie ze szczególną uwagą. Czułem, że i ja powinienem coś powiedzieć. I powiedziałem, że tajemnica gra w naszej egzystencji tak aktywną rolę, że nawet nie trzeba jej szukać bardzo daleko, w Adyar lub na przykład w Port Saidzie. Pani Zerlendi nie odpowiedziała. Uniosła się z fotela

1