Szyja żyrafy - Judith Schalansky - ebook + książka

Szyja żyrafy ebook

Judith Schalansky

4,0

Opis

[O KSIĄŻCE]

 

Miasto się wyludnia, w gimnazjum brakuje uczniów, lecz ona się stąd nie rusza – biolożka starego pokroju, ostatnia z gatunku.

 

Aby poradzić sobie w życiu, trzeba umieć się dostosować. Kto jak kto, ale Inge Lohmark wie o tym dobrze. W końcu od przeszło trzydziestu lat uczy biologii w małym pomorskim mieście na zapomnianej wschodnioniemieckiej prowincji. W gimnazjum, które za cztery lata zostanie zlikwidowane. Na to nie ma rady – ludzi coraz mniej, wkrótce zabraknie uczniów. Mimo to nauczycielka wciąż z uporem odgania od siebie natrętne myśli i fakty. Gdy niespodziewanie zapała uczuciem do jednej z uczennic, a jej wizja świata zachwieje się w posadach, zacznie podejmować coraz to bardziej desperackie próby ratowania tego, czego uratować się nie da.

 

„Psychologiczne i językowe arcydzieło.”

 

Alexander Cammann, Die Zeit

 

„Wredna, dowcipna, poruszająca. Najlepsza powieść roku.”

 

Hubert Winkels, Deutschlandfunk

 

Judith Schalansky, ur. w 1980 r. w Greifswaldzie. Studiowała historię sztuki i projektowanie komunikacji. Autorka międzynarodowego bestsellera Atlas wysp odległych, wyróżnionego m.in. nagrodą dla najpiękniejszej książki roku w konkursie Stiftung Buchkunst. Jej ostatnia książka, Spis paru strat, została przetłumaczona na ponad dwadzieścia języków. Szyja żyrafy, powieść o kształceniu i kształtowaniu się, ukazała się po raz pierwszy w 2011 roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 209

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (46 ocen)
17
16
11
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
nina1956

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała powieść. Właściwie to najlepszy z możliwych wykład na temat natury, człowieka. I nauczycielka, złośliwa, bezkompromisowa, o inteligencji jak brzytwa i ogromnej wiedzy. Jej sposób bycia powoduje jednak,że jest samotna,choć z mężem, zajętym swoimi sprawami,i z córką za oceanem. Warto ją przeczytać.
10
maciejkwiat

Dobrze spędzony czas

interesująca bohaterka, schodzi ze sceny życia i pokazuje czytelnikowi, czego owo życie ją nauczyło, jest wymagająca, surowa. Dobra proza.
10
Skomoroszko

Dobrze spędzony czas

zadziwiająca i otwierająca oczy na wydawałoby się oczywiste fakty. niby wiadomo że przemiany w wielu krajach spowodowały określone, często negatywne skutki. ale czytanie o tym na przykładzie jednej osoby to zupełnie co innego. i ten beznamiętny ton i język. zero emocji. a to tylko pozory. ta książka to jest czytanie o sobie w konieczności dostosowania się do nowego. nowy styl pisania. dla mnie bardzo na tak.
10
moliczka

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa, złośliwe poczucie humoru głównej bohaterki. Zaskakujące zakończenie.
00
martynal555

Nie polecam

Sfrustrowana baba, która nienawidzi nikogo i niczego, gardzi wszystkim przez całą książkę. Koszmarnie się to czyta.
01

Popularność




Ju­dith Scha­lan­sky, Szyja ży­rafy tłum. Ka­mil Idzi­kow­ski, Kra­ków 2024
© Suhr­kamp Ver­lag Ber­lin 2011 All ri­ghts re­se­rved by and con­trol­led thro­ugh Suhr­kamp Ver­lag Ber­lin Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Ka­mil Idzi­kow­ski, 2024 Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Ha!art, 2024
Re­dak­tor pro­wa­dzący · Piotr Ma­recki
Re­dak­cja · Ju­styna Ada­mus
Ko­rekta · Ze­spół
Pro­jekt okładki · Mi­cha­lina Jur­czyk
Skład i ła­ma­nie · By Mo­use | www.by­mo­use.pl
Książka uka­zuje się w Se­rii Prze­kła­dów
The trans­la­tion of this work was sup­por­ted by a grant from the Go­ethe-In­sti­tut.
Wy­dano z fi­nan­so­wym wspar­ciem Fun­da­cji Współ­pracy Pol­sko-Nie­miec­kiej
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-67713-53-5
546. pu­bli­ka­cja wy­daw­nic­twa
Wy­daw­nic­two Ha!art ul. Ko­nar­skiego 35/8, 30-049 Kra­ków tel. 795 124 207wy­daw­nic­[email protected]
Wy­daw­nic­two Ha!art
@wy­daw­nic­two­ha­art
@wy­dha­art
@wy­dha­art
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Aby po­ra­dzić so­bie w ży­ciu, trzeba umieć się do­sto­so­wać. Kto jak kto, ale Inge Loh­mark wie o tym do­brze. W końcu od prze­szło trzy­dzie­stu lat uczy bio­lo­gii w ma­łym po­mor­skim mie­ście na za­po­mnia­nej wschod­nio­nie­miec­kiej pro­win­cji. W gim­na­zjum, które za cztery lata zo­sta­nie zli­kwi­do­wane. Na to nie ma rady – lu­dzi co­raz mniej, wkrótce za­brak­nie uczniów. Mimo to na­uczy­cielka wciąż z upo­rem od­ga­nia od sie­bie na­trętne my­śli i fakty. Gdy nie­spo­dzie­wa­nie za­pała uczu­ciem do jed­nej z uczen­nic, a jej wi­zja świata za­chwieje się w po­sa­dach, za­cznie po­dej­mo­wać co­raz to bar­dziej de­spe­rac­kie próby ra­to­wa­nia tego, czego ura­to­wać się nie da.

Ju­dith Scha­lan­sky, ur. w 1980 r. w Gre­ifswal­dzie. Stu­dio­wała hi­sto­rię sztuki i pro­jek­to­wa­nie ko­mu­ni­ka­cji. Au­torka mię­dzy­na­ro­do­wego be­st­sel­lera , wy­róż­nio­nego m.in. na­grodą dla naj­pięk­niej­szej książki roku w kon­kur­sie Sti­ftung Buch­kunst. Jej ostat­nia książka, , zo­stała prze­tłu­ma­czona na po­nad dwa­dzie­ścia ję­zy­ków. , po­wieść o kształ­ce­niu i kształ­to­wa­niu się, uka­zała się po raz pierw­szy w 2011 roku.

Bio­top i bio­ce­noza

– Usiądź­cie – po­wie­działa Inge Loh­mark i ucznio­wie usie­dli. – Otwórz­cie pod­ręcz­nik na stro­nie siód­mej – po­le­ciła, a wtedy wszy­scy otwo­rzyli pod­ręcz­nik na stro­nie siód­mej i tak po­to­czyła się lek­cja o eko­sys­te­mach, od­dzia­ły­wa­niach mię­dzy bio­to­pem a bio­ce­nozą, za­leż­no­ściach i in­te­rak­cjach mię­dzy­ga­tun­ko­wych, ukła­dzie or­ga­nizm – śro­do­wi­sko, związ­kach po­pu­la­cji z prze­strze­nią.

Po omó­wie­niu sieci tro­ficz­nej lasu mie­sza­nego przyj­rzeli się łań­cu­chowi po­kar­mo­wemu łąki, od eko­sys­te­mów rzecz­nych prze­szli do je­zior, aby w końcu do­trzeć do pu­styń i osuch.

– Sami pań­stwo wi­dzą, że nikt, a więc żadne zwie­rzę ani ża­den czło­wiek, nie może ist­nieć w próżni. Or­ga­ni­zmy żywe ry­wa­li­zują ze sobą. Cza­sem za­cho­dzi też mię­dzy nimi coś na kształt współ­pracy. To jed­nak dość rzad­kie przy­padki. Dwie pod­sta­wowe formy współ­ist­nie­nia to kon­ku­ren­cja oraz dra­pież­nic­two.

Inge Loh­mark po­pro­wa­dziła strzałki od mchów, po­ro­stów i grzy­bów do dżdżow­nicy i je­lonka ro­ga­cza, da­lej do jeża i ry­jówki, si­kory bo­gatki, sarny i ja­strzę­bia, a na sa­mym końcu do wilka, stop­niowo kre­śląc pi­ra­midę, na któ­rej szczy­cie, obok kilku zwie­rząt dra­pież­nych, usa­do­wił się czło­wiek.

– Fak­tem jest, że orły i lwy nie służą za po­ży­wie­nie żad­nemu zwie­rzę­ciu.

Ko­bieta zro­biła krok do tyłu, żeby spoj­rzeć na go­towy ry­su­nek wy­peł­nia­jący znaczną część ta­blicy. Strzałki spa­jały pro­du­cen­tów z kon­su­men­tami pierw­szego, dru­giego i trze­ciego rzędu, wio­dły od or­ga­ni­zmów zło­żo­nych do nie­unik­nio­nych drob­nych re­du­cen­tów; struk­tura po­łą­czona przez od­dy­cha­nie, utratę cie­pła i przy­rost bio­masy. W przy­ro­dzie wszystko ma swoje miej­sce i – choć być może nie każdy osob­nik, to już z pew­no­ścią każdy ga­tu­nek – swoje prze­zna­cze­nie: po­że­rać i być po­że­ra­nym. Wprost cu­dow­nie.

– Prze­ry­suj­cie ten sche­mat do ze­szytu.

Ro­bili, co im ka­zała.

Był po­czą­tek roku. Dawno mi­nęło czerw­cowe roz­przę­że­nie, pora strasz­li­wych upa­łów i od­sło­nię­tych ra­mion, kiedy ostre pro­mie­nie słońca wpa­dały do środka przez prze­szkloną fa­sadę i zmie­niały klasę w cie­plar­nię. A w pu­stych gło­wach kieł­ko­wały ma­rze­nia o le­cie. Sama per­spek­tywa próż­no­wa­nia od rana do wie­czora odzie­rała uczniów z resz­tek kon­cen­tra­cji. Sie­dzieli w ław­kach nie­dbale, z oczami po­draż­nio­nymi od wody w ba­se­nie, z na­tłusz­czoną skórą i prze­po­co­nym pra­gnie­niem wol­no­ści, wy­bie­ga­jąc sen­nymi my­ślami ku wa­ka­cjom. Jedni ro­bili się roz­ko­ja­rzeni i nie­obli­czalni. Inni na krótko przed wy­sta­wia­niem ocen za­kła­dali ma­skę gor­liwca i pod­su­wali na­uczy­cielce na biurko swoje prace kon­tro­lne tak, jak koty kładą na dy­wa­nie upo­lo­wane my­szy. Tylko po to, żeby przy naj­bliż­szej oka­zji spy­tać o wy­nik z kal­ku­la­to­rem na po­do­rę­dziu i z eks­cy­ta­cją ob­li­czyć po­prawę śred­niej z do­kład­no­ścią do trzech miejsc po prze­cinku.

Inge Loh­mark nie na­le­żała jed­nak do na­uczy­cieli, któ­rzy pod ko­niec roku rej­te­rują tylko z tego względu, że po dru­giej stro­nie ka­te­dry za­raz zrobi się pu­sto. Per­spek­tywa, że bę­dzie zo­sta­wiona sama so­bie i sto­czy się w za­po­mnie­nie, nie bu­dziła w niej lęku. Nie­któ­rych ko­le­gów po fa­chu, zwłasz­cza tuż przed wa­ka­cjami, do­pa­dała tkliwa wręcz ustę­pli­wość. Ich za­ję­cia zmie­niały się w farsę kum­pel­stwa. Tu za­my­ślone spoj­rze­nie, tam po­kle­pa­nie po ra­mie­niu, cała ta gadka pod ha­słem „głowa do góry”, no i ża­ło­sne po­ka­zy­wa­nie fil­mów na lek­cjach. In­fla­cja wy­so­kich ocen, de­frau­do­wa­nie stop­nia bar­dzo do­bry. Nie mó­wiąc już o na­gan­nej prak­tyce za­okrą­gla­nia w górę ce­lem prze­pchnię­cia do na­stęp­nej klasy kilku bez­na­dziej­nych przy­pad­ków. Jakby miało to ko­mu­kol­wiek po­móc. Na­uczy­ciele po pro­stu nie po­tra­fią po­jąć, że idąc pod­opiecz­nym na rękę, je­dy­nie psują so­bie zdro­wie. Ucznio­wie to zwy­kli krwio­pijcy, któ­rzy wy­sy­sają z czło­wieka całą ener­gię. Kar­mią się cia­łem pe­da­go­gicz­nym, że­rują na jego od­po­wie­dzial­no­ści i tro­sce o na­le­żyte spra­wo­wa­nie opieki. Na­cie­rają wy­trwale. Głu­pimi py­ta­niami, wąt­pli­wymi olśnie­niami, nie­smaczną przy­mil­no­ścią. Wam­pi­ryzm w naj­czyst­szej po­staci.

Inge Loh­mark nie da­wała już so­bie wcho­dzić na głowę. Sły­nęła z tego, że trzyma uczniów krótko, i to bez ucie­ka­nia się do wy­bu­chów fu­rii czy ci­ska­nia pę­kiem klu­czy. I była z tego dumna. W końcu za­wsze można tro­chę po­fol­go­wać. Ni stąd, ni zo­wąd po­ma­chać mar­chewką przed no­sem.

Grunt to wska­zać uczniom wła­ściwy kie­ru­nek i za­ło­żyć klapki na oczy, żeby ła­twiej im było się sku­pić. A je­śli mimo wszystko za­czy­nał pa­no­wać roz­gar­diasz, wy­star­czyło prze­je­chać pa­znok­ciami po ta­blicy albo opo­wie­dzieć o bą­blowcu pa­so­ży­tu­ją­cym w je­li­tach pso­wa­tych. W końcu tym le­piej dla uczniów, je­śli ani na chwilę nie da im za­po­mnieć, że są zdani na jej ła­skę. Za­miast ich łu­dzić, że mają tu coś do po­wie­dze­nia. Na jej za­ję­ciach uczniom nie przy­słu­gi­wało prawo głosu ani moż­li­wość wy­boru. Nikt nie ma wy­boru. Jest tylko do­bór, i tyle.

Był po­czą­tek roku. Na­wet je­śli dla wielu trwał już trzeci kwar­tał. Dla Inge Loh­mark rok za­czy­nał się pierw­szego wrze­śnia, który tym ra­zem wy­padł w po­nie­dzia­łek. Wła­śnie tego dnia po­dej­mo­wała po­sta­no­wie­nia no­wo­roczne – pod ko­niec więd­ną­cego lata, a nie w ja­skrawą noc syl­we­strową. Za­wsze cie­szyło ją, że dzięki ter­mi­na­rzowi na­uczy­ciela wcho­dzi bez po­tknię­cia w ko­lejny rok ka­len­da­rzowy. Zwy­kłe prze­wró­ce­nie kartki, bez żad­nego od­li­cza­nia ani strze­la­nia szam­pa­nem.

Inge Loh­mark zlu­stro­wała trzy rzędy ła­wek, nie ob­ra­ca­jąc głowy ani o cen­ty­metr. Z bie­giem lat opa­no­wała to do per­fek­cji – wszech­mocne, nie­ru­chome spoj­rze­nie. Sta­ty­stycz­nie rzecz bio­rąc, w każ­dej kla­sie jest przy­naj­mniej dwoje ta­kich, co na­prawdę chcą się cze­goś na­uczyć. Lecz naj­wy­raź­niej sta­ty­styka za­wo­dzi. Rze­czy­wi­stość nie przej­muje się krzywą Gaussa. Dziwne, że ci ucznio­wie do­tarli aż tu­taj.

Wi­dać było po nich te sześć ty­go­dni le­ni­stwa. Do pod­ręcz­ni­ków to na­wet nie zaj­rzeli. Let­nie wa­ka­cje. Już nie tak dłu­gie jak kie­dyś. Ale i tak zbyt dłu­gie! Mi­nie z górą mie­siąc, nim z po­wro­tem wejdą w szkolny bio­rytm. Do­brze cho­ciaż, że nie musi wy­słu­chi­wać ich opo­wie­ści. Niech się wy­ga­dają tej ca­łej Schwan­neke, która za­wsze or­ga­ni­zuje rundkę za­po­znaw­czą dla no­wego rocz­nika. Po upły­wie pół go­dziny wszy­scy są za­plą­tani w pa­ję­czynę z czer­wo­nej włóczki, a każdy uczeń po­trafi wy­re­cy­to­wać imiona oraz za­in­te­re­so­wa­nia ko­le­ża­nek i ko­le­gów.

Ławki świe­ciły pust­kami. To do­piero po­ka­zy­wało, jak ich nie­wielu. Jej przy­rod­ni­czy mo­no­dram oglą­dała tylko garstka – dwa­na­ścioro uczniów: pię­ciu chłop­ców, sie­dem dziew­cząt. Trzy­na­sty wró­cił do szkoły re­al­nej, cho­ciaż Schwan­neke ro­biła, co mo­gła, żeby do tego nie do­pu­ścić. Wiele go­dzin ko­re­pe­ty­cji, wi­zyty do­mowe, za­świad­cze­nie od psy­cho­loga. Że niby de­fi­cyty uwagi. Czego to lu­dzie nie wy­my­ślą! Za­bu­rzeń jak grzy­bów po desz­czu. Wpierw była dys­lek­sja, po­tem dys­kal­ku­lia. Co da­lej? Bio­lo­gio­fo­bia? Kie­dyś zda­rzali się tylko nie­ru­chawi i nie­mu­zy­kalni. A i ci nie mieli co li­czyć na zwol­nie­nie z WF-u albo z próby chóru. To tylko kwe­stia woli.

Nie ma sensu cią­gnąć ta­kich siłą, skoro sami nie na­dą­żają. Są tylko zbęd­nym ba­la­stem, który spo­wal­nia resztę. Uro­dzeni re­pe­tenci i re­cy­dy­wi­ści. Pa­so­żyty na zdro­wym ciele uczniow­skim. Prę­dzej czy póź­niej po­jawi się na dro­dze prze­szkoda, któ­rej te nie­loty i tak nie prze­fruną. Trzeba jak naj­szyb­ciej skon­fron­to­wać ich z prawdą, za­miast da­wać ko­lejną szansę po każ­dej po­rażce. A prawda jest taka, że zwy­czaj­nie nie speł­niają wy­mo­gów sta­wia­nych peł­no­war­to­ścio­wym, czyli uży­tecz­nym człon­kom spo­łe­czeń­stwa. Po co ta hi­po­kry­zja? Nie wszy­scy dają radę. Bo i czemu mie­liby da­wać? Za­wsze tra­fiają się nie­udacz­nicy. W nie­któ­rych przy­pad­kach suk­ce­sem jest wpoić ta­kiemu choć kilka pod­sta­wo­wych cnót. Uprzej­mość, punk­tu­al­ność, czy­stość. To wprost ża­ło­sne, że dziś oce­nia się już tylko wie­dzę. Kie­dyś było ina­czej. Dys­cy­plina. Pil­ność. Współ­praca. Spra­wo­wa­nie. Obecny sys­tem oświaty wy­sta­wia so­bie naj­gor­sze świa­dec­two.

Im dłu­żej trzyma się ta­kie nie­dojdy, tym więk­sze za­gro­że­nie z ich strony. Za­czy­nają so­bie wy­obra­żać nie wia­domo co i żą­dać rze­czy, na które nie za­słu­gują: przy­zwo­itego świa­dec­twa, po­zy­tyw­nych ocen, ba, może na­wet do­brze płat­nej pracy i szczę­śli­wego ży­cia. Tak się koń­czy dłu­go­trwałe wspie­ra­nie, krót­ko­wzroczna życz­li­wość, nie­fra­so­bli­wie do­bre serce. Je­śli ktoś wma­wia tym nie­zgu­łom, że są tak samo ważni jak inni, to niech się po­tem nie dziwi, gdy któ­re­goś dnia wpa­rują do szkoły uzbro­jeni w bomby ru­rowe i ka­ra­binki, aby się ode­grać za wszyst­kie złudne obiet­nice, któ­rymi ich przez lata kar­miono. I niech so­bie od razu przy­go­tuje zni­cze.

Ostat­nio wszyst­kim za­częło tak strasz­nie za­le­żeć na sa­mo­re­ali­za­cji. Prze­cież to śmieszne. Nie ma spra­wie­dli­wo­ści. A już na pewno nie na­leży jej ocze­ki­wać od spo­łe­czeń­stwa. Może od przy­rody, je­żeli w ogóle. Nie na darmo se­lek­cja na­tu­ralna uczy­niła nas tym, czym je­ste­śmy: or­ga­ni­zmami o naj­głęb­szych bruz­dach w mó­zgu.

Ale Schwan­neke ze swoją ma­nią in­te­gra­cji jak zwy­kle nie chciała dać za wy­graną. Zresztą czego się spo­dzie­wać po kimś, kto usta­wia ławki w li­tery al­fa­betu, a krze­sła w pół­kola: przez długi czas jej biurko ota­czało wiel­kie U. Nie­dawno zro­biła na­wet gra­nia­ste O, żeby ze­spo­lić się z uczniami – bez po­czątku ani końca, tylko w okrą­głym tu i te­raz, jak to ob­wie­ściła w po­koju na­uczy­ciel­skim. Je­de­na­sto­kla­si­stom po­zwala zwra­cać się do sie­bie na ty. „Mamy do niej mó­wić Ka­rola”, usły­szała raz Inge Loh­mark z ust któ­rejś uczen­nicy. Ka­rola? Toż to nie sa­lon fry­zjer­ski!

Inge Loh­mark zwra­cała się do uczniów per pań­stwo od dzie­wią­tej klasy. Na­wyk z cza­sów, kiedy w wieku czter­na­stu lat ofi­cjal­nie wcho­dziło się w okres mło­dzień­czy pod­czas świec­kiej ce­re­mo­nii , ślu­bo­wa­nia mło­dzieży. Z książką pod pa­chą i so­cja­li­stycz­nym bu­kie­tem goź­dzi­ków w ręku. Trudno o lep­szy spo­sób na przy­po­mnie­nie mło­dym lu­dziom, że na­dal są nie­doj­rzali i nie po­winni się spo­ufa­lać.

W re­la­cjach za­wo­do­wych nie ma miej­sca na za­ży­łość, na zro­zu­mie­nie. Sta­ra­nia uczniów o na­uczy­ciel­skie względy to rzecz godna po­li­to­wa­nia, ale nie dziwna. Zwy­kłe płasz­cze­nie się przed sil­niej­szym. Nie­wy­ba­czalne na­to­miast jest to bel­fer­skie nad­ska­ki­wa­nie ma­ło­let­nim. Pół­dup­kiem na ka­te­drze. Pod­pa­trzony styl, pod­słu­chany slang. Pstro­kate chustki na szyi. Pa­semka. Wszystko, byle być za pan brat z tą ha­ła­strą. Wstydu nie mają. Żeby wy­zby­wać się resz­tek przy­zwo­ito­ści w za­mian za chwi­lową ilu­zję wspól­noty. Przo­duje w tym Schwan­neke, bo któż by inny, no i te jej pu­pilki: roz­pa­plane smar­kule wcią­gane w po­ga­wędki na prze­rwach oraz ofiary mu­ta­cji, dla któ­rych ko­bieta od­sta­wia tan­detną po­ka­zówkę ob­li­czoną na ele­men­tarne bodźce: wy­ba­łu­szone gały, uma­lo­wane usta. Cie­kawe, kiedy ostatni raz pa­trzyła w lu­stro.

Inge Loh­mark nie miała i ni­gdy nie bę­dzie mieć pu­pilka. Tego ro­dzaju ckli­wo­ści to chy­biony wy­lew nie­doj­rza­łych uczuć, uwa­run­ko­wana hor­mo­nal­nie eg­zal­ta­cja, cho­roba wieku na­sto­let­niego. Od­cze­pieni od ma­mi­nej spód­nicy, ale jesz­cze nie­go­towi, żeby za­in­te­re­so­wać się płcią prze­ciwną. W tej sy­tu­acji przed­mio­tem szcze­niac­kich wzdy­chań staje się przed­sta­wi­ciel tej sa­mej płci lub nie­do­stępny do­ro­sły. Prysz­czate po­liczki. Ma­ślane oczy. Roz­pa­lone nerwy. Że­nu­jąca przy­pa­dłość, która w nor­mal­nym wy­padku prze­staje być pro­ble­mem, gdy go­nady osią­gają doj­rza­łość. Ale cóż, wo­bec braku kom­pe­ten­cji za­wo­do­wych na­uczy­cie­lom po­zo­staje wy­sy­łać sy­gnały ero­tyczne, bo ina­czej nie sprzeda się tre­ści kształ­ce­nia. Umi­zgi prak­ty­kan­tek. Tak zwani ulu­bieni na­uczy­ciele. Ta cała Schwan­neke.

A ta jej pe­rora na ra­dzie pe­da­go­gicz­nej, że niby słusz­nie sta­nęła w obro­nie tam­tego ma­toła z ósmej. Z groź­nym mar­sem na czole i czer­woną po­madką na ustach ape­lo­wała do zgro­ma­dzo­nych: „Każdy uczeń jest nam po­trzebny!”. Jesz­cze by tylko bra­ko­wało, żeby wła­śnie bez­dzietna Schwan­neke, którą na do­kładkę ja­kiś czas temu zo­sta­wił fa­cet, wy­je­chała z ha­słem, że dzieci to na­sza przy­szłość.

Przy­szłość, do­bre so­bie. Ta mło­dzież to by­naj­mniej nie przy­szłość. Już bli­żej jej do prze­szło­ści – na­prze­ciw na­uczy­cielki sie­działa te­raz dzie­wiąta klasa. Ostat­nia, która roz­po­częła na­ukę w Gim­na­zjum im. Ka­rola Dar­wina i za cztery lata przy­stąpi do ma­tury. A Inge Loh­mark miała się wcie­lić w rolę wy­cho­waw­czyni. Po pro­stu dzie­wiąta. Bez żad­nych do­cze­pia­nych li­te­rek, któ­rych swego czasu roz­da­wano od A do G. Każdy rocz­nik po­tężny jak kom­pa­nia pie­choty, przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o li­czeb­ność. Te­raz zaś le­d­wie skom­bi­no­wali jedną klasę. I to nie­mal cu­dem, bo z rocz­nika naj­głęb­szego niżu de­mo­gra­ficz­nego w hi­sto­rii landu. Żad­nej ko­lej­nej nie udało się już skle­cić. A prze­cież po­szła na­wet fama, że Dar­win stoi na skraju prze­pa­ści, wo­bec czego ko­le­żanki i ko­le­dzy na­uczy­ciele z trzech miej­sco­wych szkół re­gio­nal­nych po­sta­no­wili przy­my­kać oko i wy­sta­wiać opi­nie na wy­rost. Osta­tecz­nie każde na wpół pi­śmienne dziecko pod­no­szono do rangi gim­na­zja­li­sty.

Za­wsze zda­rzali się ro­dzice, któ­rzy wbrew re­ko­men­da­cjom rady pe­da­go­gicz­nej wie­rzyli, że ich po­cie­chy na­dają się do gim­na­zjum. Te­raz jed­nak w mia­steczku za­częło bra­ko­wać ro­dzi­ców.

Kto jak kto, ale te dzie­ciaki z pew­no­ścią nie wy­glą­dały na klej­not w ko­ro­nie ewo­lu­cji. Roz­wój to nie to samo co wzrost. Inge Loh­mark miała przed sobą po­wa­la­jąco do­bitny do­wód na to, że w ogrom­nej więk­szo­ści przy­pad­ków zmiany ja­ko­ściowe i ilo­ściowe nie idą w pa­rze. Na tym chwiej­nym po­gra­ni­czu mię­dzy dzie­ciń­stwem a ado­le­scen­cją na­tura nie pre­zen­tuje się od pięk­nej strony. Faza roz­woju. Ro­snące czwo­ro­nogi. Szkolne małe zoo. Za­czyna się trudny okres, wie­trze­nie klasy prze­sy­co­nej wo­nią na­sto­lat­ków, piżmo i uwol­nione fe­ro­mony, cia­snota, ospała trans­mu­ta­cja, kro­ple potu w zgię­ciach koń­czyn, ło­jo­to­kowa cera, mętne spoj­rze­nie, nie­po­wstrzy­many wzrost i wy­bu­ja­łość. Dużo ła­twiej jest uczyć tych, któ­rzy nie osią­gnęli jesz­cze doj­rza­ło­ści płcio­wej. To do­piero wy­zwa­nie – od­gad­nąć, co skry­wają te fa­cjaty bez wy­razu: kto wy­sfo­ro­wał się do przodu, a kto wle­cze się na sza­rym końcu z po­wodu grun­tow­nej prze­bu­dowy.

Zu­peł­nie nie uświa­da­miają so­bie, w ja­kim sta­nie się znaj­dują, lecz jesz­cze bar­dziej bra­kuje im dys­cy­pliny, dzięki któ­rej mo­gliby ten stan prze­zwy­cię­żyć. Pa­trzą tępo przed sie­bie. Apa­tyczni, prze­mę­czeni, za­jęci wy­łącz­nie sobą. Bez oporu pod­dają się swo­jej bez­wład­no­ści. Jakby gra­wi­ta­cja dzia­łała na nich z po­trójną siłą. Wszystko przy­cho­dzi im z naj­więk­szym tru­dem. Każda iskierka ener­gii, jaką dys­po­nują te or­ga­ni­zmy, jest zu­ży­wana przez żmudną me­ta­mor­fozę, nie mniej skom­pli­ko­waną niż prze­miana po­czwarki w imago. Acz­kol­wiek z tych ko­ko­nów ra­czej nie wy­fruną mo­tyle.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki