Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ta historia może uratować czyjeś życie.
Inspiracją do jej powstania była prawdziwa historia przyjaciółki autorki, która pod presją destrukcyjnej religii została zmuszona do porzucenia mężczyzny, którego kochała. Wmówiono jej, że to uczucie jest „złe”. Że „Bóg tego nie akceptuje”. Że jeśli naprawdę kocha Boga, musi odejść od człowieka, którego kocha całym sercem.
To poruszająca, uzależniająca opowieść łącząca namiętność rodem z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, psychologiczne napięcie na miarę „Dziewczyny z pociągu” i tragizm porównywalny do „Romea i Julii”… oraz coś, czego nie da się opisać słowami — to trzeba przeżyć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 213
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 5 godz. 17 min
Rok wydania: 2025
WIOLETA PRZYSTARZ
Sznur potrójny
Copyright for Polish Edition © 2025 Wioleta PrzystarzCopyright for text © 2025 Wioleta Przystarz
Niniejsza publikacja, w tym tekst, projekt okładki oraz wszelkie elementy graficzne, stanowią przedmiot ochrony prawnoautorskiej. Żadne jej części nie mogą być kopiowane, reprodukowane, publiko-wane, przetwarzane, rozpowszechniane ani w jakikolwiek sposób wykorzystywane bez wyraźnej zgody autora.
Wszelkie prawa do tej książki są zastrzeżone przez autora.
Redakcja: Wioleta Przystarz
Korekta: Wioleta Przystarz
Skład i łamanie: Wioleta Przystarz
Projekt graficzny okładki: Wioleta Przystarz
Na okładce wykorzystano obraz wygenerowany przy użyciu sztucz-nej inteligencji w programie Canva na podstawie opisu autorki.
Tytuły wymienione na okładce są użyte jedynie w celu porównania tematyki i stylu. Powieść nie jest w żaden sposób powiązana, za-twierdzona ani autoryzowana przez autorów lub właścicieli praw do tych książek.
Czeladź 2025. Wydanie I
ISBN: 978-83-974970-3-0
Chcesz samodzielnie wydać książkę, ebook lub audiobook? Załóż konto w strefie autora na selfpublishing.empik.com i sprzedawaj swoją książkę w Empik.com
ONI TWORZĄ TĘ HISTORIĘ
MATEO ROSSI– 30-letni brunet o hipnotyzującym spojrze-niu i szlachetnych rysach twarzy. Jego sylwetka, wyrzeźbiona przez lata ciężkiej fizycznej pracy, budzi podziw, choć sam nigdy nie uważał się za ideał. A jednak – seksowny, troskliwy, empatyczny, skromny i wolny od nałogów – zdaje się uciele-śniać marzenie każdej kobiety.
Po kilku latach spędzonych we Włoszech, próbując uciec od przeszłości, wraca do rodzinnego miasta na pogrzeb ojca. Jego powrót okazuje się bolesną podróżą do miejsc i wspomnień, które tak usilnie starał się wymazać.
Wychowany w surowych zasadach religijnej grupy, nigdy nie zaznał prawdziwej wolności. Jego życie podporządkowa-ne było pokorze, wyrzeczeniom i rygorystycznym nakazom. Wpojono mu, że powinien dążyć do niemal ascetycznego życia, oddania Bogu i odrzucenia wszelkich przyjemności.
Wszystko zmienia się, gdy poznaje Mię Carter – kobietę, która burzy jego dotychczasowy świat. Zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia, a myśli o niej stają się obsesją, od której nie potrafi się uwolnić.
Mateo staje przed wewnętrznym konfliktem. Z jednej strony wpojono mu, że miłość przedmałżeńska, a tym bardziej uczu-cie do kobiety spoza jego wiary, to grzech. Z drugiej – Mia obudziła w nim namiętność, jakiej nigdy wcześniej nie do-świadczył.
Czy zostanie wierny zasadom, które dotąd go definiowały? Czy odważy się na miłość pełną pożądania, ale i nadziei na nowe życie? Każdy wybór wiąże się z cierpieniem. Złamanie zasad grozi odrzuceniem przez rodzinę, przyjaciół i wyklucze-niem ze wspólnoty. Odrzucenie Mii oznacza zaś zaprzeczenie wszystkiemu, czego pragnie w głębi duszy. Co wybierze?
MIA CARTER, 28-letnia elegancka i urokliwa blondynka o przenikliwych oczach, które zdają się dostrzegać więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. Jej uroda idzie w parze z niezwy-kłym intelektem i magnetyczną osobowością. Ciepła i empa-tyczna, ale jednocześnie pewna siebie i zdeterminowana – to kobieta sukcesu, założycielka międzynarodowej marki eksklu-zywnej mody, symbolizującej luksus i ponadczasową klasę.
Jako członkini Chambre Syndicale de la Haute Couture, re-prezentuje najwyższy poziom rzemiosła w świecie mody, a jej projekty zdobywają uznanie na wybiegach w najważniejszych stolicach świata. Pomimo ogromnego bogactwa pozostaje skromna, wierząc, że pieniądze mają wartość jedynie wtedy, gdy służą zmianie na lepsze. Właśnie dlatego prowadzi funda-cję wspierającą zarówno ludzi, jak i zwierzęta.
Mia wprowadza Mateo w świat luksusu, lecz sama skrywa bo-lesną tajemnicę z przeszłości – dorastała w cieniu surowego oj-ca-gangstera, który nauczył ją, że miłość to słabość, a zaufanie prowadzi do zguby. Te przekonania ukształtowały jej podejście do relacji, które traktuje raczej jak grę niż prawdziwe uczucie.
Spotkanie z Mateo staje się dla niej wyzwaniem. Relacja z nim zmusza ją do konfrontacji z własnymi lękami i przekonaniami, których trzymała się przez całe życie. Mimo swojej otwartości Mia skrywa jeszcze jeden sekret – tajemniczy pokój na swoim luksusowym jachcie. Miejsce to, choć piękne, pełne jest mroku i niedopowiedzianych historii, odzwierciedlając skomplikowaną naturę jego właścicielki.
BEZ WAS TA HISTORIA BY NIE POWSTAŁA
Chciałabym z całego serca podziękować:
Mojej niezastąpionej mamie– kobiecie o niezwykłej sile i sercu pełnym miłości. Nie tylko słowami, ale przede wszystkim czynami pokazywałaś mi, że warto dążyć do swoich marzeń. Twoja wiara we mnie była bezwarunkowa, a Twoja miłość i mądrość stały się fundamentem, na którym buduję swoją siłę. Dziękuję Ci za każdy dzień, w którym dodawałaś mi otuchy i przypominałaś, że mogę osiągnąć wszystko, jeśli tylko wystar-czająco w to wierzę.
Moim wspaniałym przyjaciółkom – Oli K. i Gosi O. – które nie tylko wiernie towarzyszyły mi w tej podróży, ale także zadawały pytania, dzieliły się cennymi uwagami i szczerze zachwycały się każdym kolejnym fragmentem tej książki. Wa-sza obecność i wsparcie były dla mnie nieocenionym źródłem motywacji i inspiracji. Dziękuję Bogu za to, że pojawiłyście się na mojej drodze.
I wreszcie, mojemu mężowi, Pawłowi– najważniejszej osobie w moim życiu. Jesteś moją opoką, moim najwierniejszym kibi-cem, wsparciem i największą inspiracją. Wierzysz we mnie bar-dziej, niż ja sama, i to właśnie Twoja miłość daje mi odwagę, by marzyć, stawiać czoła wyzwaniom i nigdy się nie poddawać. Byłeś, jesteś i – mam nadzieję – już zawsze będziesz jedynym mężczyzną w moim życiu. Kocham Cię i dziękuję za wszystko.
ROZDZIAŁ 1
Jego dłoń brutalnie chwyciła mnie za włosy, szarpiąc do tyłu i przyciskając do chłodnej powierzchni drzwi samo-chodu. Ciało, które na mnie naparło, unieruchomiło mnie całkowicie. Jego oddech był ciężki, niemal zwierzęcy. Poczułam jego język, który leniwie przesunął się po moim policzku. Jego głos, niski i pełen nieznoszącego sprzeci-wu, wdarł się w moją świadomość.
– Jesteś moja. Nie broń się przed tym.
Ciepło, które rozlało się po moim ciele, było nie do opa-nowania. Serce waliło mi jak oszalałe, a nogi stały się miękkie. Strach i podniecenie mieszały się w elektryzu-jącym tańcu. Zanim zdążyłam zareagować, rozległ się głośny huk, który odebrał mi zdolność do logicznego myślenia. Ten, który mnie dopadł, upadł na ziemię, a krew spływała po jego policzkach. Przede mną stanął on – niebezpiecznie przystojny mężczyzna, którego obecność wywołała we mnie równie silny dreszcz, co wcześniejsze wydarzenie.
– Nic ci nie jest? – Zapytał, patrząc mi prosto w oczy.
Nie byłam w stanie odpowiedzieć, więc tylko skinęłam głową. Mieszanina ulgi i fascynacji niemal mnie paraliżo-wała – ten mężczyzna był jak ucieleśnienie moich naj-skrytszych fantazji. Niesamowicie przystojny, o rzeźbio-nych rysach i spojrzeniu tak intensywnym, że zdawało się przenikać mnie na wskroś.
– Kluczyki – zażądał. Jego głos był jednocześnie miękki i pełen rozkazu.
Wciąż oszołomiona, sięgnęłam do torebki. Moje palce le-dwie musnęły jego dłoń, a przeszył mnie dreszcz, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Podałam mu je.
– Wsiadaj – polecił, otwierając drzwi.
Ruszył z piskiem opon, zostawiając za nami jęki leżącego mężczyzny i chaotyczne emocje, które wciąż kotłowały się we mnie. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Jego dłoń pewnie spoczywała na kierownicy, a napinające się pod koszulą mięśnie emanowały surową siłą. Każdy jego ruch był przemyślany, kontrolowany, a ja nie potrafiłam zignorować tego, co działo się wewnątrz mnie – mieszan-ka strachu, fascynacji i czegoś niebezpiecznie bliskiego pożądaniu.
– Kim jesteś? – Zapytałam cicho, łamiąc ciszę, która zda-
9
SZNUR POTRÓJNY
wała się gęstnieć z każdą sekundą.
Nie odpowiedział. Jego spojrzenie było skupione na dro-dze, jakby chciał upewnić się, że jestem bezpieczna.
Nagle samochód zwolnił, a moje serce zaczęło bić coraz szybciej z każdą sekundą spowalniania. Zjechaliśmy na pobocze – miejsce było odludne, otoczone ciszą, ale jedno-cześnie emanowało dziwnym poczuciem bezpieczeństwa. Silnik ucichł.
Otworzył drzwi kierowcy i wysiadł. Jego ruchy były wolne, kontrolowane, niemal hipnotyzujące. Obszedł samochód i otworzył moje drzwi. Jego spojrzenie było głębokie, nieugięte, niemal władcze. Poczułam, jakbym była w pełni pod jego kontrolą - to uczucie paliło mnie od środka. Serce biło mi coraz mocniej i coraz szybciej. Nie potrafiłam rozgryźć jego zamiarów.
Wysiadłam z samochodu, a on podszedł bliżej. Jego spoj-rzenie – intensywne, przeszywające – zdawało się wbijać we mnie niewidzialne igły napięcia. Palcami musnął kra-wędź mojej bluzki, a czas zatrzymał się w miejscu. Od-dech uwiązł mi w gardle, kiedy jednym zdecydowanym ruchem rozerwał materiał, odkrywając moje piersi. Moje ciało zadrżało, gdy jego dłonie, ciepłe i pewne, zaczęły powoli wędrować po mojej skórze.
Stanowczym, niemal bezwzględnym ruchem uniósł mnie
10
WIOLETA PRZYSTARZ
i posadził na masce samochodu. Metal chłodził moje uda, tworząc kontrast z palącym ciepłem, które wypełniało mnie od środka. Jego oddech, niespokojny, mieszał się z moim. Pochylił się nade mną, jego dłonie pewnie sunęły wzdłuż moich bioder, aż sięgnęły krawędzi majtek. Jed-nym ruchem zsunął je, a ja bezwiednie rozchyliłam uda, poddając się jego woli. Rozpiął rozporek z niemal prowo-kacyjną powolnością, a jego spojrzenie mówiło więcej niż słowa kiedykolwiek mogłyby wyrazić…
– Halo! Mówię do ciebie – jego głos, niski i pełen troski, przerwał ten intensywny moment.
Mrugnęłam zdezorientowana, a ciepły rumieniec wypły-nął na policzki. Przez kilka chwil nie mogłam pojąć, co się dzieje, aż rzeczywistość uderzyła we mnie z pełną mocą.
Stał przede mną, a jego twarz przepełniona była niepoko-jem.
– Wszystko w porządku? – Powtórzył.
– Tak… tak, nic mi nie jest – wymamrotałam, czując, jak gorąco rozlewa się po całym moim ciele.
Nie zdawał sobie sprawy, że moje milczenie nie wynikało z szoku po tym, co się wydarzyło, lecz z intensywności wyobrażeń, które przed chwilą wypełniały moją głowę. Wstyd splatał się z ekscytacją.
11
SZNUR POTRÓJNY
– Dziękuję – wyszeptałam, czując, jak drżę z nadmiaru emocji.
Ku mojemu zaskoczeniu zbliżył się jeszcze bardziej. Cie-pło jego ciała otulało mnie jak niewidzialny kokon. Uniósł rękę, a jego palce z delikatnością, której się po nim nie spodziewałam, musnęły moje włosy. Odsunął niesforny kosmyk z mojego policzka, a ja poczułam, jak świat wo-kół nas na chwilę przestaje istnieć.
Spojrzał mi w oczy. W jego spojrzeniu było coś więcej niż tylko troska. Coś, co wydawało się głębokie, niemal rozdzierające. Jakby w jednej chwili odnajdywał w sobie uczucia, których dawno nie czuł. Jakby to, co było między nami, było niespodziewane, ale jednocześnie nieuniknio-ne.
– Jestem Mateo. Zdradzisz mi swoje imię? – Zapytał, a jego głos, niski i aksamitny, zdawał się pieścić moje zmy-sły.
Zaskoczona, niemal automatycznie otworzyłam usta, ale dźwięk, który z siebie wydobyłam, był bardziej szeptem niż słowem:
– Mia.
– Mia – powtórzył, jakby smakował to imię na języku, sprawiając, że rumieniec ponownie zagościł na moich
12
WIOLETA PRZYSTARZ
policzkach.
Patrzył na mnie intensywnie, jakby próbował odczytać każdą myśl, która przemykała przez moją głowę. Jego bli-skość była niemal przytłaczająca – czułam ciepło bijące od jego ciała, jego zapach, który zawładnął moimi zmysłami. Wszystko we mnie krzyczało, że muszę zaryzykować.
Moje oczy przesunęły się na jego usta. Były pełne, wy-raźnie zarysowane, jakby stworzone do grzechu, jakby czekały, aż zbliżę się jeszcze bardziej.
– Mateo... – wyszeptałam, a moje własne słowa brzmiały zaskakująco miękko, niemal błagalnie.
Uniosłam dłoń, lekko dotykając jego ramienia. Nie zare-agował, a to milczące przyzwolenie dodało mi odwagi. Powoli, niemal niepewnie, zbliżyłam się do niego, chcąc złożyć delikatny pocałunek na jego wargach.
Ale zanim zdążyłam, jego dłonie stanowczo spoczęły na moich ramionach. Nie był szorstki, ale jego dotyk jasno dawał do zrozumienia, że nie pozwoli mi na więcej. Jego spojrzenie stało się twarde, jakby walczył ze sobą bardziej niż ze mną.
– Fiorellino velenoso– wyszeptał. Jego głos był głęboki, niemal aksamitny, a każde słowo przeszywało mnie na wskroś.
13
SZNUR POTRÓJNY
Zamarłam. Te dwa słowa – niespodziewane, a jednocze-śnie pełne znaczenia – zbiły mnie z tropu. Patrzyłam na niego, szukając w jego oczach odpowiedzi, choć serce już wiedziało, że to, co próbuję zrobić, było błędem w jego świecie.
– Co oznaczają te słowa? – Zapytałam cicho, nie mogąc zapanować nad drżeniem w głosie.
Jego spojrzenie zmiękło na ułamek sekundy, a potem znów nabrało tej stalowej determinacji, którą widziałam już wcześniej. Jego usta wykrzywiły się w ledwie widocz-nym uśmiechu – smutnym i pełnym emocji, których nie rozumiałam.
– Trujący kwiatuszek – odpowiedział, a w jego głosie brzmiała zarówno fascynacja, jak i ostrzeżenie.
Zrobił krok w tył, jakby zerwanie tej bliskości było jedy-nym ratunkiem. Moje ciało krzyczało, żeby go zatrzymać, ale on odwrócił wzrok, jakby nie chciał dopuścić, by jego uczucia przejęły kontrolę.
– Wracaj bezpiecznie do domu – powiedział po chwili, a jego ton był zarówno rozkazem, jak i troską.
Patrzyłam, jak odchodzi, znikając w mroku nocy, a jego słowa wciąż rozbrzmiewały w mojej głowie. Czułam na skórze żar jego dotyku, który zdawał się nie znikać.
14
WIOLETA PRZYSTARZ
„Fiorellino velenoso - trujący kwiatuszek”. Byłam pew-na, że w tej jednej chwili wyznał mi coś, czego nie potrafił powiedzieć inaczej. Coś, co sprawiło, że moje serce waliło jak oszalałe, a oddech ledwo mógł znaleźć drogę do płuc.
ROZDZIAŁ 2
Idąc poboczem drogi, Mateo czuł, jak jego myśli wracają do dziewczyny – Mii. Było w niej coś, co poruszyło w nim strunę milczącą od dawna. Mieszanka delikatności i od-wagi, niewinności i magnetyzmu. Nie był pewien, czy to impuls, czy coś głębszego, ale po raz pierwszy od dawna poczuł, że ktoś może go dotknąć – nie fizycznie, lecz tam, gdzie nikomu nie pozwalał sięgać.
W końcu dotarł do swojego rodzinnego domu, miejsca pełnego wspomnień, które przez lata starał się unikać. Drewniana furtka zaskrzypiała znajomo. Schody pod jego stopami wydały ten sam charakterystyczny dźwięk, co zawsze. Wchodząc do środka, poczuł, jak przeszłość za-czyna na niego napierać. Zsunął z siebie lekko naderwaną koszulę, odsłaniając ciało, które kształtowały lata cięż-kiej pracy i włoskie słońce. Zmęczone, ale silne mięśnie, blizny jak ciche opowieści o trudach życia – każda z nich było częścią jego historii. Zatrzymał się na moment przed lustrem. Patrzył na swoje odbicie, szukając odpowiedzi,
16
WIOLETA PRZYSTARZ
których sam nie rozumiał. Jego spojrzenie było pełne sprzeczności – zmęczenia, które niosło ze sobą ciężar codzienności, ale też czegoś innego. Nowego. Subtelnej iskry, która tliła się pod powierzchnią, nieznanej, ale nie-wątpliwie obecnej.
To była Mia.
Choć był przekonany, że nigdy więcej jej nie spotka, obraz Mii wciąż tlił się w jego myślach – nieproszony, a jednak dziwnie... pożądany.
– Czy to ty, synku? – z przedsionka dobiegł głos matki. Był znajomy, ciepły, ale podszyty suchym dystansem, jak-by każde słowo niosło w sobie ukrytą nutę surowej oceny.
– Tak, mamo. To ja – odpowiedziałem, czując, jak emocje kotłują się we mnie. Nie widziałem jej od lat, a mimo to wciąż potrafiła jednym słowem przywołać we mnie tę dziwną mieszankę obowiązku, tęsknoty i nieuchwytnego poczucia winy.
Przekroczyłem próg domu, który wydawał się mniejszy, niż zapamiętałem. Ściany, wciąż białe, zdawały się jak-by jeszcze bardziej ascetyczne. Proste, drewniane meble wyglądały na wyblakłe, a jednak wszystko było uporząd-kowane z niemal religijną precyzją. Żaden przedmiot nie wychodził poza swoją granicę, każdy zdawał się przypo-minać o zasadach, które tutaj panowały. Nawet zapach –
17
SZNUR POTRÓJNY
mieszanka starego drewna i delikatnej nuty lawendy – nie zmienił się ani odrobinę.
Matka stała w drzwiach salonu. Patrzyłem na nią przez chwilę, analizując każdy szczegół. Jej twarz – niemal taka sama jak w moich wspomnieniach – wydawała się jedno-cześnie zmęczona i niezłomna. Kilka głębszych zmarsz-czek pojawiło się wokół jej oczu, ale wciąż nosiła w sobie tę trudną do opisania surowość. Surowość, która nigdy mnie nie opuszczała, nawet w myślach.
– Podróż była męcząca? – Zapytała. Jej głos brzmiał ła-godnie, ale wyczułem w nim chłód. Pytanie nie miało w sobie prawdziwego zainteresowania – bardziej przypomi-nało formalność niż troskę.
– Nie, mamo. Nie była – skłamałem bez zastanowienia, nie chcąc dodawać kolejnych ciężarów do i tak napiętej atmosfery.
Wpatrywałem się w nią, a ona we mnie. Zapanowała nie-zręczna cisza, jakby każde z nas bało się powiedzieć coś, co mogłoby wywołać lawinę słów, których ani ja, ani ona nie byliśmy gotowi usłyszeć. Czułem, jak napięcie rośnie z każdą sekundą, a wspomnienia, które przez lata stara-łem się wypierać, powoli wypływały na powierzchnię.
– Wejdź – powiedziała w końcu, odwracając się na pięcie i kierując do salonu. Jej głos był jak zawsze spokojny, a
18
WIOLETA PRZYSTARZ
jednak wciąż niosący tę samą nutę, która sprawiała, że moje serce zaczynało bić szybciej. Wciąż byłem jej synem. Wciąż jej dzieckiem. I wciąż czułem, że nie jestem w sta-nie sprostać jej oczekiwaniom.
Wszedłem za nią, starając się zapanować nad chaosem w mojej głowie.
Rozejrzałem się po salonie, jakbym widział to miejsce po raz pierwszy. Na jednej ze ścian wisiało zdjęcie rodzinne – uchwycony w kadrze moment, który teraz wydawał się tak odległy, jakby należał do innego życia. Moja siostra, Olivia,uśmiechała się na nim szeroko, trzymając w dłoni bukiet polnych kwiatów. Była szczęśliwa. Żywa.
Pamięć nie pyta o zgodę, kiedy wraca. Wspomnienie jej pogrzebu uderzyło we mnie jak zimny wiatr. Tłum ludzi, o wiele większy, niż mogłem się spodziewać. Członkowie zboru – grupy religijnej, złożonej z około osiemdziesięciu osób, regularnie dzielących się swoimi wierzeniami z in-nymi - sąsiedzi, znajomi, wszyscy tam byli. Twarze pełne łez, ciche szepty, modlitwy. Mimo tej obecności czułem się samotny, jakby każdy z tych ludzi był odległy o całe lata świetlne. Szukałem odpowiedzi w myślach, ale nigdy ich nie znalazłem. „Dlaczego? Jak? Co naprawdę się sta-ło?” – Pytania te, choć bez odpowiedzi, wciąż tkwiły we mnie, jak zadra.
19
SZNUR POTRÓJNY
Ponownie spojrzałem na zdjęcie. Ciężar żalu, który na-uczyłem się ignorować, znów ścisnął moje serce. W tam-tym czasie próbowałem znaleźć pocieszenie w wierze. Słowa powtarzane przez wszystkich wokół brzmiały jak obietnica: „Już niedługo spotkacie się w raju na ziemi. Armagedon przywróci harmonię, uwalniając świat od grzechu i cierpienia”. Ale żadne z tych słów nie mogło uciszyć bólu, który rozdzierał mnie od środka. Żadna modlitwa nie była wystarczająca, by zapełnić pustkę, jaką po sobie zostawiła.
Olivia była moją starszą siostrą. Moją latarnią w ciemno-ści, wzorem, który zawsze starałem się dogonić. Odważ-niejsza, mądrzejsza, bardziej pewna siebie i swoich prze-konań. Razem głosiliśmy, czyli opowiadaliśmy o naszej wierze ludziom, wierząc, że niesiemy im coś prawdzi-wego i dobrego. Była dla mnie wszystkim – przyjaciółką, nauczycielką i jedyną osobą, która potrafiła mnie rozśmie-szyć, gdy życie przytłaczało.
Jej brak zostawił we mnie dziurę, której nic nie mogło wy-pełnić. Często łapałem się na tym, że wciąż chcę zadzwo-nić, żeby opowiedzieć jej o czymś, co mnie spotkało, jak kiedyś. A potem brutalna prawda wbiłasię we mnie jak nóż – ona już nigdy nie odbierze. Nigdy nie odpowie.
W ciszy moich myśli rozbrzmiał głos matki. Był spokojny, ale każda sylaba niosła w sobie niepodważalny autorytet.
20
WIOLETA PRZYSTARZ
– Odpocznij przed jutrzejszym pogrzebem ojca. To będzie ważny dzień – powiedziała, jakby mówiła o czymś zwy-czajnym.
– Dobrze, mamo – odpowiedziałem automatycznie, czu-jąc znajome ukłucie poddania. W tym domu nigdy nie było miejsca na sprzeciw.
Wszedłem do swojego pokoju, zamykając za sobą drzwi. Czas zdawał się tu stać w miejscu. Te same zielone ściany, z których farba łuszczyła się w tych samych miejscach co kiedyś. Te same stare meble, ledwo trzymające się na nogach, pamiętające jeszcze czasy mojego dzieciństwa. Pokój był prosty, skromny – dokładnie taki, jaki powi-nien być. Żadnych zbędnych ozdób, żadnych elementów mogących odwrócić uwagę od tego, co najważniejsze – od wielbienia prawdziwego Boga.
Przez chwilę stałem nieruchomo, pozwalając wspomnie-niom zalać mój umysł. Łóżko pod oknem, na którym spę-dzałem godziny, czytając Biblię w szarej okładce. Biurko w kącie, gdzie skrupulatnie podkreślałem wersety i ana-lizowałem artykuły z czasopism opartych na Biblii. Szafa, skromnie wyposażona, ale mieszcząca to, co niezbędne: koszulę, krawat i garnitur – mundur mojej wiary. Wszyst-ko wydawało się tak znajome, a jednocześnie dziwnie obce, jakbym patrzył na swój świat z perspektywy kogoś zupełnie innego.
21
SZNUR POTRÓJNY
Podszedłem do biurka. Szuflada zaskrzypiała podczas otwierania, odsłaniając drobiazgi z przeszłości – przed-mioty, które kiedyś uznawałem za nieważne, a teraz wydawały się niemal relikwiami innego życia. Moje palce natrafiły na coś ukrytego na dnie – coś twardszego, co przyciągnęło moją uwagę. Wyjąłem to, a czas na moment się zatrzymał.
Zdjęcie. Pola.
Jej uśmiech zatrzymał mnie w miejscu. Na fotografii trzy-mała w ręku talerz z jej ulubionym ciastem, a na palcu błyszczał pierścionek zaręczynowy, który jej podarowa-łem. Przez chwilę nie mogłem oderwać wzroku. Obrazy tamtego dnia wróciły z pełną mocą – dzień, w którym byliśmy zakochani, a każdy krok wydawał się prowadzić nas ku wspólnej przyszłości.
A potem wszystko się skończyło.
Wspomnienia uderzyły mnie jak fala, która nie daje chwili na zaczerpnięcie oddechu. Nasz ostatni wieczór... Gra-nica, której mieliśmy nigdy nie przekraczać, a jednak to zrobiliśmy. Pierwszy raz, który miał być symbolem naszej miłości, stał się początkiem końca. Złamaliśmy zasady, zawiedliśmy zbór, jej rodzinę, moich rodziców i nas sa-mych.
Zniknęła z dnia na dzień.
22
WIOLETA PRZYSTARZ
Żadnych pożegnań, żadnych wyjaśnień. Tylko pustka, która zdawała się rosnąć z każdymmijającym dniem i trwała do dziś.
Patrzyłem na jej twarz na zdjęciu – pełną życia, uśmiech-niętą, taką, jaką chciałem pamiętać. Była wszystkim, cze-go kiedykolwiek pragnąłem. Wszystkim, co straciłem.
Usiadłem na łóżku, trzymając zdjęcie w ręku. Jej oczy, tak znajome, tak pełne miłości, były teraz wspomnieniem, które jednocześnie koiło i rozdzierało na strzępy.
Położyłem się, kurczowo trzymając fotografię. Była jak talizman, który mimo wszystko dawał mi namiastkę jej obecności. Jej twarz, pełna obietnicy i radości, była ostat-nim obrazem, który zatonął w moich myślach, zanim zmęczenie wzięło górę i pociągnęło mnie w ciemność snu.
ROZDZIAŁ 3
Następnego ranka wybudził mnie dźwięk rozmowy i rozchodzący się po domu zapach świeżo parzonej kawy. Otworzyłem oczy. Melodyjne głosy dochodzące z dołu przywróciły mnie z ciężkiego snu i sprowadziły do rze-czywistości. Claudia. Rozpoznałem jej głos od razu, choć nie słyszałem go od lat. Zawsze była obecna w moim życiu – bardziej niż chciałem, bardziej niż potrafiłem odwzajemnić. Kochała mnie od zawsze, a ja widziałem w niej jedynie młodszą siostrę, która za wszelką cenę próbo-wała być częścią mojego świata.
Zwlokłem się z łóżka i zszedłem po schodach. Zastałem ją przy stole w kuchni z moją matką. Claudia, jak zwykle, wyglądała nienagannie – jej włosy, perfekcyjnie ułożone, lśniły w porannym świetle. Ubrana w subtelnie dopaso-waną sukienkę, emanowała elegancją, której nie sposób było nie zauważyć. Jej delikatny zapach – mieszanka wanilii i czegoś kwiatowego – natychmiast przywołał wspomnienie Mii.
24
WIOLETA PRZYSTARZ
Matka siedziała obok, z uśmiechem, który znałem aż za dobrze – wymuszonym, a jednocześnie pełnym ukrytych znaczeń. Było w nim coś więcej niż zwykła gościnność - subtelna nuta zadowolenia z tego, że Claudia tu jest.
– Mateo, nareszcie – odezwała się Claudia, podnosząc na mnie swoje błyszczące, pełne nadziei oczy. Jej głos, mięk-ki i melodyjny, zdawał się koić, choć jednocześnie budził we mnie niepokój. – Twoja mama mówiła, że potrzebujesz kogoś, kto pomoże ci odnaleźć się w tym trudnym czasie.
Jej ciepły uśmiech miał w sobie coś obliczonego, coś, co sprawiło, że poczułem chłód w piersi. W jej spojrzeniu kryła się nuta zbyt dużej pewności siebie, jakby była przekonana, że zdoła zapełnić pustkę, której nawet ja nie potrafiłem zrozumieć.
– Claudia była tak miła, że postanowiła cię odwiedzić – dodała matka, zerkając na mnie znacząco, jakby jej wzrok miał mi powiedzieć: „Oto kobieta, z którą powinieneś ułożyć sobie życie. Nie ma na co czekać, Mateo.”
Jej słowa zawisły w powietrzu, a ja starałem się zapano-wać nad emocjami. Claudia była piękna, to prawda, ale wszystko w niej wydawało się aż nazbyt dokładne, zbyt zaplanowane. Każdy jej gest, każdy ruch zdawał się ele-mentem większego planu, którego celem byłem ja.
– Dziękuję, Claudia, ale dam sobie radę – powiedziałem,
25
SZNUR POTRÓJNY
starając się zachować uprzejmy ton, choć czułem, jak mięśnie mojej szczęki się napinają. Napięcie zawisło w powietrzu. Spojrzenie matki nabrało surowości – jej oczy wyrażały dezaprobatę, jakby moje słowa właśnie podwa-żyły cały misternie utkany scenariusz.
Claudia zmieszała się. Jej usta lekko drgnęły, ale szybko odzyskała kontrolę.
– Mateo, wiem, że to trudne – powiedziała cicho, nachyla-jąc się lekko w moją stronę. Jej dłoń delikatnie spoczęła na mojej. – Chciałam tylko, żebyś wiedział, że nie musisz być w tym sam.
Jej dotyk był ciepły, niemal troskliwy, ale nie przynosił ulgi. Zamiast tego wywoływał we mnie frustrację, której nie potrafiłem opanować. Jej spojrzenie – pełne troski, a jednocześnie oczekiwań – zdawało się wbijać we mnie, jakby próbowała przekonać mnie do czegoś, czego nie potrafiłem ani zignorować, ani odwzajemnić.
Nie mogła wiedzieć, że teraz w mojej głowie była tylko Mia. Jej twarz, jej zapach, sposób, w jaki patrzyła, jakby potrafiła zatrzymać świat... Wszystko wciąż było ze mną, wypierając jakiekolwiek miejsce na kogokolwiek innego.
Matka przerwała napiętą ciszę, upijając łyk kawy z wy-raźnym zadowoleniem. W jej spojrzeniu dostrzegłem coś na kształt triumfu, jakby była dumna, że wszystko idzie
26
WIOLETA PRZYSTARZ
po jej myśli.
Claudia w końcu odezwała się, próbując przerwać ciszę, która zawisła nad stołem: – Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. Tak dawno cię nie widziałam, Mateo – powiedzia-ła, siadając naprzeciwko mnie. Jej uśmiech był delikatny, a spojrzenie pełne ciepła. Wyciągnęła rękę, muskając moją dłoń. – Cieszę się, że wróciłeś, choć żałuję, że w takich okolicznościach.
Skinąłem głową, unikając jej wzroku. Wszyscy starali się zachowywać normalnie, choć nad każdą rozmową unosił się cień zbliżającego się pogrzebu ojca.
– Mateo, moglibyśmy... porozmawiać na osobności? – Zapytała Claudia, pochylając się lekko, jakby próbowała dodać swoim słowom intymności. Jej ton sugerował, że to coś ważnego.
Wstałem bez słowa i ruszyłem za nią do salonu. Claudia usiadła na skraju kanapy, prostując sukienkę, jakby ten gest miał dodać jej pewności siebie. Stałem na środku pokoju, z rękami skrzyżowanymi na piersi, czekając, aż powie, po co mnie tu przyprowadziła.
– Twoja mama... – zaczęła, a jej głos delikatnie zadrżał. – Nie wiem, czy powiedziała ci wszystko. Jest poważnie chora, Mateo. Nie chciałam, żebyś dowiedział się tego w taki sposób i w takich okolicznościach, ale uważam, że
27
SZNUR POTRÓJNY
powinieneś wiedzieć.
Te słowa, choć wypowiedziane łagodnym tonem, wwier-cały się we mnie jak igły. Myśli wirujące w głowie stawały się nie do zniesienia – ojciec, siostra, Pola... a teraz matka. Wszystko to nakładało się na siebie, tworząc ciężar, który zaczynał mnie dusić.
Claudia podeszła bliżej. Położyła dłoń na moim ramieniu. Jej dotyk był ciepły, niemal kojący, ale nie mogłem go odwzajemnić.
– Obiecaj, że się nią zaopiekujesz – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. Jej spojrzenie było pełne troski, ale i oczekiwań.
Skinąłem głową, choć słowa utknęły mi w gardle. Nie mogłem jej odmówić – nie w takiej chwili.
– Mateo, wiem, to musi być dla ciebie trudne – powie-działa miękkim głosem. Zrobiła krok bliżej, aż w końcu mnie objęła. Jej zapach, subtelny, kwiatowy, otulił mnie jak ciepły koc.
Nie odwzajemniłem jej gestu. Stałem nieruchomo, jak-by moje ciało odmówiło współpracy. Nie miałem siły ani ochoty się odsunąć, choć każda część mnie pragnęła uciec. Claudia była ciepła i troskliwa… Ale jej dotyk nie koił – przypominał, jak zamknięte pozostaje moje serce.
28
WIOLETA PRZYSTARZ
– Musimy się zbierać – przerwała matka stanowczym tonem, który nie pozostawiał miejsca na dyskusję. Jej głos, jak zawsze, brzmiał jak rozkaz, choć podtą pewnością siebie kryło się coś trudniejszego do uchwycenia. Może żal. Może wyrzuty sumienia.
Claudia cofnęła się z lekkim, niemal matczynym uśmie-chem, pozostawiając ciepło swojego dotyku. Spojrzała na matkę, potem na mnie, jakby chciała jeszcze coś dodać, ale w końcu tylko poprawiła sukienkę i skierowała się w stronę drzwi.
Podążyłem za nimi w milczeniu. Droga do miejsca ce-remonii była długa i cicha, naznaczona wyczuwalnym napięciem. Matka usiadła na przednim siedzeniu, sztyw-na, wpatrzona prosto przed siebie. Ścisnęła torebkę na kolanach, jakby ten mały przedmiot mógł dodać jej siły. Claudia na tylnym siedzeniu, zerkała na mnie ukradkiem, a ja wpatrywałem się przez okno, pozwalając myślom błądzić w przeszłości.
Sala była pełna ludzi. Tłum wypełniał pomieszczenie, jakby każdy chciał pożegnać człowieka, który odegrał w ich życiu jakąś rolę. Obecność tych wszystkich osób była przytłaczająca, a jednocześnie pozbawiona znaczenia. To była nasza historia, nasz ból – ich obecność niczego nie zmieniała.
29
SZNUR POTRÓJNY
Matka siedziała tuż obok zdjęcia ojca ustawionego na podium w otoczeniu białych kwiatów. Patrzyła na jego twarz z intensywnością, jakby próbowała odnaleźć w niej coś, co dawno zgubiła.
Wspomnienia, które próbowała zakopać głęboko, wyła-niały się teraz na powierzchnię jak duchy.
Olivia. Ich pierwsze dziecko. Była taka pewna siebie, zawsze o krok przed wszystkimi… Ale ta pewność siebie przerodziła się w coś, czego nie mogli kontrolować. Za-częła kwestionować zasady, które przez całe życie wpajali jej zborowi nauczyciele. Mówili jej, że grzeszy. Że oddala się od prawdy, od Boga. Nie słuchała.
A potem ten dzień na klifie...
Wspomnienie uderzyło ją z siłą, od której poczuła, jak oddech grzęźnie w piersi. Obraz był ostry i wyraźny: Olivia na krawędzi, wiatr rozwiewający jej włosy, ostatnie słowa...
Niespokojnie spojrzała na swoje dłonie, zaciśnięte jakby same z siebie. Próbowała zmyć z nich winę, choć wie-działa, że to niemożliwe. Kolejno, w jej głowie pojawiła się Pola – świeża, młoda, pełna życia. Mogła być idealna. Mogła być wszystkim, czym chciałaby, żeby była. Mogła być idealną żoną dla Mateo, gdyby nie ich błąd. Razem z mężem musieli działać szybko. Rodzina, zbór, reputacja –
30
WIOLETA PRZYSTARZ
wszystko to wisiało na włosku.
Oddech matki przyśpieszył. Wiedziała, że nie zmieni przeszłości, ale przekonanie, że zawsze działała dla dobra rodziny, przynosiło jej chwilowe ukojenie.
– Mamo? – Głos Mateo wyrwał ją z zamyślenia. Jego ton był cichy, ale pełen troski, jakby wyczuwał napięcie w jej postawie.
Spojrzała na niego, zdezorientowana, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, gdzie jest.
– Tak? – Zapytała, starając się, by jej głos zabrzmiał spo-kojnie.
– Czy jesteś gotowa, żeby jechać? – Jego spojrzenie było poważne, uważne. Było w nim coś, czego nie potrafiła zignorować.
– Oczywiście, synku – odpowiedziała, ściskając torebkę tak mocno, jakby w tym drobnym geście chciała odnaleźć odwagę, która zdawała się jej umykać.
ROZDZIAŁ 4
Powietrze było gęste od emocji. Pogrzeb. Miejsce, którego nikt z nas nie wybiera dobrowolnie, a jednak czasem los prowadzi nas w takie zakamarki życia. Stałem z boku, wpatrując się w tłum, który powoli się rozpraszał. Moje ciało było napięte, jakby każda komórka walczyła ze sobą. Pogrzeb miał zamknąć ten rozdział – położyć kres bólowi. Zamiast tego obudził we mnie wszystkie skrywane emo-cje, odsłaniając niewygodne wspomnienia i wewnętrzne rozterki.
Odwróciłem głowę i zobaczyłem… JĄ.
Najpierw uchwyciłem ruch. Jej sylwetka wyłoniła się z cienia, czarna sukienka delikatnie opinała jej ciało, ema-nując elegancją i czymś trudnym do opisania. Jedwab gładko przylegał do jej skóry, podkreślając każdy detal, a asymetryczne ramiączko odsłaniało smukłe ramię. Jej obecność była jak uderzenie pioruna – nagła, niespodzie-wana, oszałamiająca, nie do zignorowania.
32
WIOLETA PRZYSTARZ
To była Mia.
Nie mogłem oderwać od niej wzroku, choć wiedziałem, że powinienem. Moje serce przyspieszyło, przypominając sobie noc, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Wtedy też czułem to samo – mieszankę fascynacji i poczucia zagro-żenia. Nie dla niej, ale dla siebie.
Jej oczy znalazły mnie w tłumie, a czas jakby się zatrzy-mał. Było w nich coś magnetycznego, coś, co nie pozwa-lało mi się odwrócić. Moje serce biło coraz mocniej. Całe ciało zdawało się reagować na jej obecność. W jednej chwili zrozumiałem, że to, co czułem tamtej nocy, było niczym w porównaniu z tym, co działo się teraz.
Podeszła bliżej. Moje ciało zareagowało szybciej niż umysł. Nie potrafiłem nad tym zapanować.
– Mateo – powiedziała cicho, jej głos był ledwie szeptem, ale wystarczył, by przeszył mnie na wskroś.
– Co ty tutaj robisz? – Zapytałem, starając się, by mój ton brzmiał neutralnie, choć moje wnętrze płonęło sprzeczno-ściami.
– Przyszłam pomóc przyjaciółce – odpowiedziała mięk-kim, ale pewnym głosem. – Zajmuje się organizacją takich uroczystości. Poprosiła mnie o wsparcie.
Chciałem coś powiedzieć, ale jej spojrzenie zamroziło
33
SZNUR POTRÓJNY
mnie w pół kroku. Czułem, jak moje ciało zdradza rozum, jak każda cząstka mnie błaga o jedno – dotknąć jej, poczuć choć chwilę jej bliskości. W mojej głowie niczym surowy chór, rozbrzmiewały jednak inne głosy. Głos matki, pełen nieugiętego nakazu, głos wiary, twardy i nieubłagany, słowa jak stalowe gwoździe wbijane w duszę: „Ona nie jest z twojej wiary. Jest dla ciebie złym towarzystwem. A złe towarzystwo psuje pożyteczne zwyczaje.”
– Moje kondolencje – dodała. Jej głos był cichy, pełen współczucia.
Skinąłem głową, choć każdy ruch zdradzał mnie bardziej, niż chciałbym przyznać. Moje ciało, napięte jak struna, niemal krzyczało to, co starałem się ukryć.
Wyciągnęła dłoń, delikatnie, niemal nieśmiało. Nie mu-siała tego robić, ale to zrobiła. Gdy nasze palce się zetknę-ły, poczułem ciepło, które przeszyło mnie na wskroś. Był to dotyk, który trwał zbyt krótko, by ukoić, a jednocześnie wystarczająco długo, by zostawić po sobie ślad.
– Może... może dasz się zaprosić na kawę? Chciałabym ci się odwdzięczyć za tamtą noc – zapytała nagle, a ja po-czułem, jak moje serce zatrzymuje się na ułamek sekundy.
Kawa. Taka zwyczajna rzecz, codzienność dla wielu, a dla mnie – zakazany owoc. To było wbrew zasadom. Nie mo-głem pozwolić sobie na relacje z kimkolwiek spoza zboru,
34
WIOLETA PRZYSTARZ
z nikim, kto nie należał do mojej religii. To była granica, której nie mogłem przekroczyć.
– Nie mogę – odpowiedziałem, a moje własne słowa brzmiały jak wyrok.
W jej oczach zobaczyłem rozczarowanie, choć próbowała to ukryć. Chciałem dodać coś jeszcze, wyjaśnić, ale zanim zdążyłem, obok nas pojawiła się Claudia.
– Mateo ma inne zobowiązania – powiedziała. Jej głos był spokojny, niemal kojący, ale ja znałem jej intencje.
Spojrzałem na Mię po raz ostatni. W jej oczach dostrze-głem żal, smutek, ale też coś więcej – coś, co nie dawało spokoju. Było tam niewypowiedziane pożegnanie. Cicha świadomość, że właśnie tracę jedyną szansę, jaka mogła się kiedykolwiek zdarzyć. Stałem nieruchomo, pozwala-jąc, by ten moment minął, jakby to było jedyne, do czego byłem zdolny.
ROZDZIAŁ 5
– Mia. Mia! Co z tobą?! – Głos Madison wypełnił wnętrze samochodu, przerywając gęstą ciszę. Jej spojrzenie, jak zawsze przenikliwe, wwiercało się w Mię.
Mia oderwała wzrok od zamglonego okna samochodu. Powoli odwróciła głowę w stronę przyjaciółki. – Nic. Wszystko w porządku – odparła, próbując brzmieć obo-jętnie. Drżenie w jej głosie zdradziło jednak więcej, niż chciałaby przyznać.
Madison zmrużyła oczy, nie spuszczając z niej wzroku. – Taaa, jasne, wszystko w porządku – powtórzyła z prze-kąsem. – Znam cię jak własną kieszeń, Mia. „Wszystko w porządku” to twoje: „nie pytaj, bo zaraz się rozkleję”.
Mia westchnęła, opierając czoło o szybę. Wiedziała, że Madison nie odpuści. Nigdy nie odpuszczała, zwłasz-cza gdy wyczuwała, że coś jest nie tak. Była jak wulkan – pełna energii, szczera do bólu i zawsze gotowa podjąć wyzwanie. Ale właśnie to czyniło z niej jedyną osobę,
36
WIOLETA PRZYSTARZ
której Mia mogła zaufać, nawet jeśli czasem chciała, by po prostu dała jej spokój.
– Naprawdę nic się nie dzieje – skłamała Mia, choć nawet dla niej samej jej słowa brzmiały pusto.
Madison uniosła brew, odchylając się na siedzeniu. Zało-żyła nogę na nogę i spojrzała na Mię z niedowierzaniem. – Dobra, udawaj sobie dalej, ale widzę twoje zafiksowa-nie. Masz minę jak ktoś, kto właśnie przegrał największy zakład swojego życia. Co się dzieje? – Jej głos zmiękł, a w oczach pojawiła się autentyczna troska. – To przez niego, prawda? Tego faceta z pogrzebu?
Mia posłała jej gniewne spojrzenie, ale to tylko utwierdzi-ło Madison w przekonaniu, że trafiła w sedno.
– Madi, skończ. To nic takiego – powiedziała ostro, pró-bując zakończyć rozmowę.
– Nic takiego? – Madison wybuchła śmiechem pełnym ironii. – Ty? Kobieta, która buduje imperium, dyktuje trendy, których słuchają największe domy mody i finan-suje schroniska, które ratują setki zwierząt. I teraz jeden facet, który wygląda jak wyjęty z kampanii Diora, odma-wia ci kawy, a ty zwieszasz głowę? Serio, Mia? – Zrobiła krótką pauzę, a potem dodała ciszej, niemal z niedowie-rzaniem: – Co takiego w nim jest, że aż tak cię to zabola-ło?
37
SZNUR POTRÓJNY
Mia milczała. Przesunęła dłonią po szybie, wpatrując się w mijane budynki, jakby były bardziej interesujące niż pytania Madison. Po chwili westchnęła i cicho, niemal szeptem, zapytała:– Możemy pojechać do schroniska? Teraz?
– Schroniska? – Madison obróciła się w jej stronę z szero-ko otwartymi oczami. – Okej, teraz już na pewno coś jest nie tak. Zawsze tam uciekasz, kiedy coś cię gryzie.
– Nie uciekam.
– No jasne – parsknęła Madison. – Mia, jesteśmy przyja-ciółkami, więc przynajmniej nie próbuj mnie ściemniać. Co się stało? Czego mi nie mówisz?
Mia wzruszyła ramionami. Jej głos brzmiał cicho, niemal niepewnie.
– On… on jest inny, Madi. Jakby... był częścią czegoś, co od zawsze było mi pisane.
Madison spojrzała na nią z wyrazem skupienia, próbując zrozumieć sens jej słów.
– Więc dlatego jedziemy do schroniska? – Zapytała po chwili. – Nic już z tego nie rozumiem.
Mia spojrzała na nią z ukosa i uśmiechnęła się lekko.
– Psy nigdy nie zawodzą – rzuciła z nutą goryczy w gło-
38
WIOLETA PRZYSTARZ
sie.
Madison zaśmiała się, ale w jej głosie brzmiała troska.
– No dobra, jedźmy do tych twoich futrzaków… Ale wiedz, że nie odpuszczę tego tematu. Jeśli to naprawdę coś poważnego, prędzej czy później o tym pogadamy.
Mia skinęła głową, wdzięczna, że Madison, choć dociekli-wa, wiedziała, kiedy przystopować.
Samochód skręcił w stronę schroniska, a Mia poczuła, jak napięcie w jej ciele powoli ustępuje. Psy zawsze były jej bezpieczną przystanią. Z nimi nie musiała niczego udawać – one akceptowały ją bez pytań, bez oczekiwań. Właśnie tego teraz potrzebowała.
Szofer Mii zatrzymał się przed niepozornym budynkiem schroniska. Mia i Madison wysiadły, ubrane w eleganckie czarne sukienki i szpilki, które bardziej nadawały się na czerwony dywan niż na spacer z psami. Nie miały czasu na przebranie, a Mia – jak zawsze – podjęła decyzję w biegu.
– Serio? Idziemy wyprowadzać psy w tych ciuchach? – Rzuciła Madison, patrząc z niedowierzaniem na swoje szpilki. – Jeszcze chwila, a poczuję się jak na pokazie mody w psim parku.
Mia poprawiła ramiączko sukienki i uśmiechnęła się,
39
SZNUR POTRÓJNY
jakby właśnie otrzymała owacje na stojąco. – No proszę cię, Madi. Psy zasługują na to, żeby zobaczyć odrobinę glamour.
– Jasne, Mia. Tylko nie płacz, jak jeden z nich odbije „dzieło sztuki” na twojej nowej kreacji wartej miliony. – Madison przewróciła oczami, ale ruszyła za przyjaciółką, choć widać było, że w duchu modli się o cud.
Pracownik schroniska, wyraźnie poruszony widokiem Mii, prowadził je z uśmiechem pełnym uznania i szacun-ku. Mia od lat wspierała to miejsce, a jej obecność zawsze była traktowana z szacunkiem graniczącym z uwielbie-niem.
Na spacerze z psami wyglądały, jakby pomyliły miejski chodnik z wybiegiem na paryskim pokazie mody. Ich eleganckie stroje, perfekcyjnie ułożone włosy i pewny krok tworzyły absurdalny kontrast z szarą, popękaną nawierzchnią chodnika. Madison usiłowała utrzymać dużego owczarka, który z pasją eksploratora zmieniał kierunek co pięć sekund, ciągnąc ją jak latawiec na wie-trze. Tymczasem Mia, z nienaruszoną gracją, spacerowała z maleńkim kundelkiem, który tak idealnie stapiał się z jej nogami, że chwilami wyglądał jak jej ekstrawagancka ozdoba do butów.
– Mia, zatrzymaj się! – Jęknęła Madison, desperacko
40
WIOLETA PRZYSTARZ
balansując na wysokich obcasach, które zupełnie nie nadawały się na nierówny chodnik. – Twój pies robi... no, wiesz co!
Mia zatrzymała się z gracją, spojrzała na swojego kun-delka i uniosła brew w udawanym zdziwieniu. Rzeczy-wiście, „misja” dobiegła końca. Wyciągnęła z eleganckiej torebki plastikowy woreczek i ostrożnie kucnęła. Jej ruchy były tak ostrożne, że wyglądała, jakby prowadziła balet na polu minowym.
– O mój Boże! – Madison wybuchnęła śmiechem, wska-zując na przyjaciółkę, która w szpilkach i designerskiej sukni pochylała się nad psią kupą. – To najbardziej gro-teskowy widok w moim życiu. Należy ci się Oscar, bez dwóch zdań!
Mia, z wyrazem godności królowej, wyprostowała się, unikając jakiegokolwiek kontaktu z czymkolwiek nie-pożądanym. – Wiesz, nie każdy potrafi to zrobić z taką klasą.
– Na pewno żaden milioner by tego nie zrobił – rzuciła Madison, śmiejąc się tak, że jej pies zaczął kręcić się wo-kół, jakby chciał dołączyć do zabawy. – Ale serio, Mia, może następnym razem przemyślisz wybór stroju przed kolejną taką... ekhem, eskapadą?
– I przegapić okazję do takich wspomnień? – Mia uniosła
41
SZNUR POTRÓJNY
głowę, ruszając dalej z kundelkiem, który dumnie dreptał przy jej boku. – Nigdy w życiu!
Na moment zapanowała cisza, wypełniona odgłosami szczekania i trzaskaniem obcasów o nierówny asfalt. Ma-dison, choć wyraźnie próbowała trzymać język za zębami, nie wytrzymała.
– No dobra, bądź ze mną szczera. Co to właściwie było na tym pogrzebie? Ten facet... – zaczęła, a jej głos zmiękł. – Kim on jest? O co z nim chodzi?
Mia wzruszyła ramionami, starając się sprawiać wraże-nie obojętnej, choć czuła, jak jej serce przyspiesza. – Nic takiego. To tylko facet, którego ostatnio poznałam. No i, jak widać, nie jest fanem kawy.
– Nic? – Madison zmrużyła oczy, mierząc ją spojrzeniem pełnym niedowierzania. – Daj spokój, Mia. Widziałam coś zupełnie innego. Wyglądał, jakby coś go od środka rozdzierało, a potem... bum! Pojawiła się ta jego „księż-niczka”.
Mia milczała przez chwilę, próbując zachować spokój, ale w końcu westchnęła. – To jego sprawa. Może faktycznie mają jakieś wspólne zobowiązania.
Madison prychnęła. Jej oczy zalśniły czystym, niepoha-mowanym sarkazmem. – Zobowiązania? Mia, proszę cię!
42
WIOLETA PRZYSTARZ
Ta kobieta wygląda jak twoja tania podróbka z bazaru – zero klasy, zero stylu, i nawet opakowania brak. To jak kupić perfumy w plastikowej butelce po płynie do na-czyń!
Mia nie zdołała powstrzymać się przed lekkim uśmie-chem, choć wciąż milczała.
– Posłuchaj – kontynuowała Madison. – Jesteś Mia. MIA CARTER! Rozumiesz? Bogini seksu, trendów i wszyst-kiego, co najlepsze. Wracaj do swojego pałacu, zadzwoń do George’a, a potem... nie wiem, zorganizuj kolejną galę charytatywną. Zapomnij o tym dziwaku.
Mia zerknęła na przyjaciółkę z uśmiechem, który ledwie musnął jej usta. Mateo jednak nie opuszczał jej myśli – było w nim coś, co wydawało się zbyt ważne, by mogła to zignorować, jakby ich ścieżki splótł sam los.
ROZDZIAŁ 6
Mia wróciła do swojego przestronnego, pełnego klasy domu. Jej kroki odbijały się echem w przestronnym holu, a cisza była niemal namacalna, jakby to miejsce wstrzy-mało oddech razem z nią. Odłożyła klucze na złotą kon-solę. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i westchnęła głęboko. Wyglądała nieskazitelnie – jak zawsze – lecz w środku czuła się jak delikatna porcelanowa lalka, na kra-wędzi pęknięcia przy najlżejszym dotyku.
Po chwili sięgnęła po telefon. Jej palce zawisły nad ekra-nem, wahając się przed ostatecznym ruchem. W jej głowie trwała zaciekła bitwa. „Nie powinnam tego robić. George to tylko wygodna ucieczka”, powtarzała sobie w myślach. Jednak samotność, która wypełniała jej wnętrze niczym gęsta, mroczna woda, była nie do zniesienia.
– Do diabła z tym! – Mruknęła pod nosem, wybierając numer.
44
WIOLETA PRZYSTARZ
George odebrał po pierwszym sygnale. Jego niski, pewny głos rozległ się w słuchawce, pełen specyficznego uroku, który Mia znała aż za dobrze.
– Mia. Jak miło cię słyszeć.
– Przyjedź – powiedziała krótko, nie tłumacząc niczego.
– Już jadę – odpowiedział. W jego tonie było słychać za-dowolenie.
Mia opadła na kanapę w salonie. Jej wzrok utknął na ogromnych oknach, za którymi rozciągało się rozgwież-dżone niebo. Wiedziała, że to, co robi, jest dalekie od właściwego, ale nie potrafiła przestać. Pragnęła uciec od myśli, od ciężaru wspomnień. George zawsze potrafił jej to dać – bez zbędnych pytań i zobowiązań.
Chwilę później usłyszała głęboki, niemal groźny ryk sil-nika dobiegający z podjazdu. Wstała powoli, wygładzając sukienkę. Jej dłonie drżały nieznacznie. George, jak za-wsze, nie spóźnił się ani o sekundę. Drzwi się otworzyły. Jego sylwetka wypełniła przestrzeń z pewnością siebie, która niemal przytłaczała. Skórzana kurtka ciasno opinała jego umięśnione ramiona, a na szyi lśnił gruby, złoty łań-cuch. Wyzywający uśmiech igrał na jego ustach, dodając mu jeszcze bardziej prowokacyjnego wyglądu. Doskonale wiedział po co przyszedł.
45
SZNUR POTRÓJNY
– Mia – powiedział. Jego głos niski, niemal mruczący. – Wyglądasz pięknie jak zawsze.
Nie odpowiedziała. Skinęła głową. Odwróciła się, pro-wadząc go do salonu. George zamknął za sobą drzwi. Ich głuchy trzask zabrzmiał jak pieczęć oddzielająca ich od wszystkiego, co pozostało na zewnątrz.
– Jesteś spięta – zauważył, podchodząc bliżej. Jego dłoń delikatnie spoczęła na jej karku. Mia poczuła, jak napięcie w jej ciele powoli ustępuje miejsca znajomemu ciepłu.
„To nie jest miłość,” przypomniała sobie, jakby te słowa miały uchronić ją przed złudzeniem. George był niczym plaster na ranę – przynosił chwilową ulgę, ale nie mógł wyleczyć głębokich blizn, które w niej pozostawały. Jego obecność nie koiła jej bólu, a jedynie pozwalała na mo-ment uciszyć wewnętrzny chaos. Był narzędziem, środ-kiem do tego, by na chwilę zapomnieć o tym, co nieustan-nie w niej krzyczało.
– Wiesz, dlaczego cię wezwałam – oznajmiła zimno, nie zadając sobie trudu, by spojrzeć na niego od razu. W koń-cu obróciła się w jego stronę. Jej spojrzenie było surowe i pełne dominacji, jakby przypominała mu, kto tu napraw-dę rządzi.
George uśmiechnął się z pewnym siebie zadowoleniem. – Wiem. I właśnie dlatego tu jestem.
46
WIOLETA PRZYSTARZ
Wszystko w salonie Mii było dopracowane do perfekcji – od starannie dobranych mebli po abstrakcyjne obrazy zdobiące ściany. Ta idealna harmonia wyraźnie jednak kontrastowała z napięciem, które unosiło się w powietrzu między nimi. George zdjął kurtkę. Niedbale rzucił ją na oparcie fotela, celowo łamiąctę nienaganną estetykę. Mia obserwowała go uważnie. Wjej spojrzeniu mieszały się oczekiwanie i niepokój.
– Gdzie? – Zapytał.
– W sypialni – poleciła chłodno, wskazując schody gestem pełnym kontroli. Jej głos, choć niemal szeptany, niósł w sobie niepodważalną władzę.
George sięgnął do szuflady i wyciągnął przedmioty, które wiedział, że Mia lubi – cienki, skórzany pas i delikatne, ale solidne kajdanki. Była w tym rutyna, ale i coś pierwot-nego, co budziło w niej jednocześnie strach i podniecenie.
Jej dłonie drżały, kiedy zapinał kajdanki na jej nadgarst-kach. Ich chłód przylegał do skóry niczym stalowy szept. George spojrzał na nią, unosząc pytająco brwi. Mia skinę-ła głową, czując, jak bicie jej serca przyspiesza.
Pas przeciął powietrze i uderzył jej skórę – nie za mocno, ale wystarczająco, by jej ciało odpowiedziało na to impul-sem, który czuła aż w głębi siebie.
47
SZNUR POTRÓJNY
To był Mii rytuał – jedyny w swoim rodzaju, niczym forma katharsis, swoiste oczyszczenie. Za każdym razem, gdy ból przeszywał jej ciało, czuła, jak tłumione przez lata emocje w końcu znajdują ujście. Lęki, gniew, wszystko, co w niej tkwiło od dzieciństwa - odpływało, pozostawiając po sobie ciszę i pustkę, którą przyjmowała z ulgą. George rozumiał to jak nikt inny. Wiedział, jak daleko może się posunąć, umiejętnie balansując na cienkiej granicy, której Mia potrzebowała, by osiągnąć to, czego szukała.
Kiedy było po wszystkim, Mia oparła się o krawędź łóżka, próbując złapać oddech. George usiadł obok niej, spokojny, niemal triumfujący. Na jej skórze wciąż wid-niały ślady ich intensywnego, pełnego dominacji współ-życia. Jego palce, ledwie zauważalnie przesunęły się po jej włosach. W jego spojrzeniu błyszczała satysfakcja, bo wiedział, że dał jej dokładnie to, czego potrzebowała.
– Wiesz, że mógłbym być dla ciebie kimś więcej – powie-dział, nachylając się bliżej.
– George... – Mia spojrzała na niego z wyraźnym zmęcze-niem. – Dobrze wiesz, że to się nie uda.
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się z lekka, jakby jej słowa w ogóle do niego nie dotarły. Mia odwróciła wzrok, czując ciężar własnych myśli. Wiedziała, że to powinna być ostatnia noc, w której pozwoliła mu wrócić.
48
WIOLETA PRZYSTARZ
- „Muszę to zakończyć. Muszę!”, przyrzekła sobie w my-ślach.
Wsunęła się pod kołdrę. Cisza w pokoju wydawała się cięższa niż zwykle. Zamknęła oczy. Obrazy z przeszłości zalały jej umysł, otwierając drzwi, za którymi latami skry-wały się bolesne wspomnienia.
Miała może osiem lat. Siedziała na zimnej podłodze w swoim dziecięcym pokoju, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Drzwi otworzyły się gwałtownie. W progu stanął jej ojciec. Jego masywna sylwetka rzucała cień, któ-ry zdawał się pochłaniać całe pomieszczenie. Był wściekły – coś poszło nie tak w jego interesach. Mia była najłatwiej-szym celem, na którym mógł wyładować frustrację.
– Musisz być silna, Mia – powiedział, zanim podniósł na nią głos. Jego słowa były jak wyrok. – Świat nie jest dla słabych. A już na pewno nie dla mojej córki.
Chwycił ją za ramiona. Potrząsnął, aż jej małe ciało za-chwiało się pod jego ciężką ręką. Pamiętała, jak każda emocja wewnątrz niej – strach, gniew, żal – mieszały się w jedno, jakby tworząc zalążek zbroi, którą później nosiła przez całe życie.
– Przestań płakać! – Warknął, widząc łzy spływające po jej policzkach. – Płacz niczego nie zmieni. Jeśli chcesz prze-trwać, musisz nauczyć się być silna, nawet gdy boli.
49
SZNUR POTRÓJNY
Tamte słowa, tamten głos, echo jego krzyków... Wszystko to wyryło się w niej na zawsze, jak nieusuwalna blizna. Nauczyła się tłumić emocje i skrywać ból za maską obo-jętności. Przez lata wierzyła, że ojciec w ten sposób ją hartował. Z czasem jednak zrozumiała, że to było jego usprawiedliwienie dla własnej brutalności.
Mia otworzyła oczy. Wpatrzyła się w sufit. Była silna, ale to nie była ta siła, którą naprawdę pragnęła. Była to siła zbudowana na krzywdzie, na odrzuceniu wszystkiego, co ludzkie. Ból stał się dla niej lekarstwem, jedynym sposo-bem na chwilowe uwolnienie od tego, co nagromadziło się w jej wnętrzu. Dlatego potrzebowała takich momen-tów jak ten z George’m – chwil, które pozwalały jej wy-rzucić z siebie to, co przez lata tłumiła.
Wstała z łóżka, czując, jak wspomnienia przygniatają jej klatkę piersiową, jak ciężar. Ruszyła do łazienki. Stąpa-ła ciężko, jakby chłodna podłoga mogła choć na chwilę przynieść jej ulgę. Zamknęła za sobą drzwi. Spojrzała w lustro nad umywalką. W oczach zobaczyła odbicie tego, co od zawsze ją dręczyło. Ujrzała małą dziewczynkę, któ-ra nigdy nie przestała szukać ukojenia.
Łza spłynęła jej po policzku. Otarła ją szybko, przestra-szona, że ktoś mógłby ją zobaczyć. „Nie jestem już tą dziewczynką”, szepnęła do siebie, próbując uwierzyć w te słowa.
50
WIOLETA PRZYSTARZ
Ojciec Mii wciąż żył. Był obecny w jej życiu jak cień, który nigdy nie pozwalał o sobie zapomnieć. Choć nie widywali się często, jego wpływ przenikał wszystko – jej decyzje, lęki, relacje. Nawet teraz, w chwili samotności, czuła, że trzymał nad nią władzę. Nie potrafiła się od niej uwolnić.
Spojrzała w lustro, jakby chciała przeniknąć głębiej – od-kryć coś, co od dawna pozostawało poza jej zasięgiem. Coś utraconego, choć może nigdy w pełni nie jej. Ode-tchnęła, drżąc. Sięgnęła po ręcznik. Starannie osuszyła twarz, próbując wygładzić zarówno skórę, jak i kłębiące się w niej emocje. Musiała wrócić – do rzeczywistości, do starannie ułożonego świata, w którym każda rysa była skrzętnie maskowana. Wiedziała, że to napięcie w niej, ta nieodparta obecność wspomnień, trzymała ją w żelaznym uścisku. Nie pozwoli jej tak łatwo odejść – nie teraz, może nawet nigdy.
Mia wróciła do łóżka. Zamknęła oczy, próbując ode-pchnąć wspomnienia, które nie chciały zniknąć. Tkwiły w niej jak ciernie, przypominając jej boleśnie, dlaczego była taka, jaka była. Każde wspomnienie ojca – jego zimne spojrzenie, słowa, które raniły głębiej niż ciosy, i przeko-nanie, że słabość to grzech – uformowało kobietę, która potrafiła być wszystkim dla innych, ale niczym dla siebie.
Te ciernie przypominały jej, dlaczego, mimo wszystko, nie potrafiła pozwolić sobie na prawdziwą miłość. Bo
51
SZNUR POTRÓJNY
miłość oznaczała odsłonięcie się, a odsłonięcie – ryzyko, że znów zostanie zraniona.
ROZDZIAŁ 7
Ranek przyszedł zbyt szybko. Mia otworzyła oczy, czując w ciele ciężar wczorajszego dnia. George spał obok niej, jego dłoń luźno spoczywała na jej biodrze. Nagle cichy dźwięk dzwonka do drzwi przerwał ten moment.
– Kto to może być o tej porze? – Mruknęła, niechętnie zrzucając z siebie kołdrę. Narzuciła szlafrok, nie zawraca-jąc sobie głowy poprawieniem włosów, i ruszyła w stronę drzwi.
To, co zobaczyła po otwarciu drzwi sprawiło, że na chwi-lę zapomniała, jak się oddycha. U progu jej drzwi stał Mateo. M-A-T-E-O!
Jego twarz zdradzała zaskoczenie, które szybko zastąpiło coś bardziej stonowanego – emocje zamknięte w masce profesjonalizmu. Mia jednak zdążyła to dostrzec.
– Fiorellino velenoso – powiedział cicho, jakby słowa same wyrwały się z jego ust.
53
SZNUR POTRÓJNY
Mia poczuła, jak jej serce przyspiesza. Zmusiła się jednak, by zachować kamienną twarz. Nie spuszczając z niego wzroku, oparła się o framugę drzwi.
– Dzień dobry, Mateo Rossi – przedstawił się, wyciągając rękę z wyuczonym profesjonalizmem. Jego głos brzmiał nienaturalnie chłodno.
Mia skinęła głową, ignorując wyciągniętą dłoń. – W czym mogę pomóc?
- Przyjechaliśmy zrobić pomiary działki pod budowę basenu. Za jego plecami pojawił się drugi mężczyzna – właściciel firmy budowlanej, który uprzejmie się z Mią przywitał. Mateo odsunął się, pozwalając szefowi przejąć rozmowę. Mia poprowadziła ich do salonu, gdzie ogrom-ne okna wpuszczały poranne światło.
Atmosfera była napięta, niemal duszna. Rozmowy o projekcie były techniczne, a każde spojrzenie wymienio-ne między Mią a Mateo kipiało od niewypowiedzianych słów. Ich obecność w tej samej przestrzeni była jak mie-szanka ognia i lodu – niewidoczna walka, która zdawała się toczyć w powietrzu między nimi. Oboje wiedzieli, że to spotkanie jest czymś, czego żadne z nich się nie spo-dziewało, a zarazem czymś, czego każde z nich pragnęło.
Wyszli na taras, by omówić szczegóły projektu. Ciężkie kroki rozbrzmiały za nimi. Mia instynktownie zamarła,
54
WIOLETA PRZYSTARZ
odwracając się w stronę drzwi. George. Jego obecność za-wsze wprowadzała chaos, a dziś była bardziej niechciana niż kiedykolwiek.
– Mia, kto to? – Zapytał George ostrym tonem, zatrzymu-jąc wzrok na Mateo. W jego oczach czaiła się zazdrość, która z miejsca podniosła napięcie w powietrzu.
– George, nie teraz – zaczęła Mia, ale on ją zignorował.
– To on, prawda? Ten, który wtedy mnie uderzył – po-wiedział, patrząc na Mateo z jawną wrogością. – Skąd się znacie?
Mateo, choć widocznie spięty, zachował spokój. Jego spoj-rzenie było chłodne, a ciało wyprostowane.
– Przyjechałem tu do pracy – odpowiedział krótko, nie wchodząc w szczegóły.
George zacisnął pięści, a jego ciało napięło się w wyraź-nym wyzwaniu. Był wychowany w brutalnym świecie, gdzie konflikt zawsze rozwiązywano siłą. Nie znał innego sposobu. Pracował dla ojca Mii, bezwzględnego gan-gstera, który nauczył go, że władza i kontrola rodzą się z agresji. Ten świat, pełen przemocy i zasad wyznaczanych pięścią, był wszystkim, co znał.
– Może wytłumaczysz, dlaczego wtedy na parkingu na-padłeś na mnie i odjechałeś z Mią? – Syknął.
55
SZNUR POTRÓJNY
Mateo nie zareagował od razu. Spokojnie uniósł brew, jakby oceniając, czy George jest wart jego uwagi.
– George, przestań! – Mia próbowała interweniować, ale George jednym ruchem ręki odepchnął ją na bok.
W następnej chwili jego pięść wystrzeliła w stronę Mateo. Cios był szybki i brutalny, odrzucając Mateo w tył. Mia krzyknęła, widząc, jak Mateo chwyta się za nos, z którego zaczęła sączyć się krew.
– Dość! – Jej głos zabrzmiał jak rozkaz, niosąc się echem. – George, wynoś się stąd! Natychmiast!
George spojrzał na nią z furią. Widząc determinację w jej oczach, odwrócił się i odszedł, mrucząc pod nosem prze-kleństwa.
Mia od razu podbiegła do Mateo, który trzymał się za twarz. Jego wzrok był zamglony.
– Musimy jechać do szpitala – powiedziała, próbując oce-nić jego stan.
– Nic mi nie jest – protestował, ale Mia była nieugięta.
– Zabieram cię do szpitala – powiedziała, ignorując jego próbę zaprzeczenia.
Mateo, wciąż wstrząśnięty, pozwolił jej prowadzić. W milczeniu opuścili posiadłość. Atmosfera w samochodzie
56
WIOLETA PRZYSTARZ
była naładowana emocjami, których żadne z nich nie po-trafiło nazwać.
Mia trzymała dłonie na kierownicy, ale czuła, jakby cała jej uwaga skupiała się na mężczyźnie siedzącym obok. Mateo był cichy, zbyt cichy. Siedział sztywno, trzymając dłoń przy nosie, patrząc przez okno, ale wyglądało na to, że wcale nie dostrzega mijanych świateł.
Mia zerknęła na niego ukradkiem. Jej wzrok zatrzymał się na jego profilu. Był jak wyrzeźbiony z kamienia – linia jego szczęki napięta, brwi ściągnięte w skupieniu, a twarz idealna jak z rzeźby, która mogłaby zachwycać bez koń-ca. Mimo opuchniętego nosa, jego aura nie straciła nic ze swojej mocy. Poczuła, jak ciepło rozchodzi się po jej ciele. Nie mogła oderwać od niego wzroku.
Mateo również zerkał na nią, choć jego spojrzenia były szybkie i nieśmiałe. Miała na sobie elegancką, kremową sukienkę, która teraz wydawała się absurdalnie niepa-sująca do sytuacji. Ale to nie sukienka go rozpraszała. Jej zapach – delikatny, słodki, niemal hipnotyzujący – wypeł-niał ciasne wnętrze samochodu, oszałamiając go z każdą chwilą coraz bardziej.
Nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie mógł oderwać od niej myśli. Każdy wspólny moment wydawał się być próbą jego woli. A teraz, po wszystkim, co się wydarzyło,
57
SZNUR POTRÓJNY
emocje wrzały w nim jak niekontrolowany ogień.
W szpitalu. Mateo wyszedł z gabinetu z tamponem wy-stającym z nosa i bandażem, który nadawał mu nieco komiczny wygląd. Mimo to, nawet ten widok nie potrafił rozładować napięcia, które narastało między nim a Mią za każdym razem, gdy ich spojrzenia się spotykały. Mia stanowczo nalegała, żeby poczekali, aż lekarz upewni się, że wszystko jest w porządku. Ostatecznie znaleźli cichą poczekalnię na uboczu, gdzie mogli usiąść z dala od cie-kawskich oczu.
Mateo opadł na jedno z krzeseł i przetarł twarz dłonią. Westchnął ciężko, zamykając oczy, jakby chciał odciąć się od wszystkiego, co go otaczało. Mia usiadła obok, starając się zachować dystans, ale jej wzrok ciągle uciekał w jego stronę. Coś w jego obecności wywoływało w niej zamęt, który jednocześnie przerażał ją i fascynował. Był jak nar-kotyk – nie mogła się od niego uwolnić.
– Jak się czujesz? – zapytała cicho, niepewna, czy przery-wać ciszę.
Mateo uchylił powieki, a jego spojrzenie, pełne intensyw-ności, niemal ją sparaliżowało.
– Boli. Bardzo boli – powiedział z udawaną skargą. – Ale chyba przeżyję.
58
WIOLETA PRZYSTARZ
Mia uniosła brwi, gotowa odpowiedzieć coś neutralnego, by zachować resztki kontroli, ale zanim zdążyła otworzyć usta, Mateo niespodziewanie pochylił się w jej stronę. W jednej chwili przyciągnął ją do siebie. Jego usta znalazły jej wargi w gwałtownym, głęboko namiętnym pocałunku.
Zaskoczenie sparaliżowało ją na moment, ale zaraz poczuła, jak jej ciało samo odpowiada. Jej dłonie powę-drowały na jego kark, delikatnie zaciskając się na jego włosach. Świat wokół zniknął – wszystko, co istniało, to Mateo: jego zapach, smak, dotyk, który wywoływał eks-plozję zmysłów, jakby każda komórka jej ciała ożyła.
Oderwał się od niej, tak nagle, jak ją pocałował. Jego oddech przyspieszył. W oczach tliło się coś więcej niż namiętność. Była tam walka – rozdarcie, które niemal emanowało z jego spojrzenia.
– To… to nie może się więcej powtórzyć – wyszeptał. Jego głos drżał, choć próbował brzmieć stanowczo.
Mia patrzyła na niego, zaskoczona nie tylko jego słowami, ale i własnymi emocjami. W jej wnętrzu ścierały się gniew i tęsknota, potrzeba, która nie dawała się zignorować. Nie zastanawiając się, co robi, tym razem ona go pocałowała.
Jej ruch był pewny, stanowczy, jakby chciała przejąć kon-trolę nad sytuacją, która wymykała się spod jej władzy. Jej dłonie wsunęły się w jego włosy, a pocałunek był pełen
59
SZNUR POTRÓJNY
pasji, która wylewała się z niej jak długo tłumiony krzyk.
Mateo zamarł, zaskoczony jej działaniem. Po chwili jego ciało odpowiedziało, jakby wbrew jego woli. Przyciągnął ją bliżej. Jego dłonie spoczęły na jej talii, zaciskając się mocniej, jakby bał się, że to wszystko zaraz się skończy. Ich pocałunek nabrał intensywności – był pełen emocji, które przez długi czas były tłumione.
Każdy gest, każdy dotyk był eksplozją wszystkiego, czego nie potrafili wyrazić słowami. Jego dłonie przesu-wały się po jej plecach, aż zatrzymały się na jej karku. Mia czuła, jak każdy cal jej ciała odpowiada na jego dotyk. Ich oddechy mieszały się w chaotycznym rytmie, który zda-wał się odzwierciedlać napięcie między nimi.
To była walka – starcie pragnienia z rozsądkiem, pożąda-nia z koniecznością powstrzymania się. W pocałunku tym było wszystko, co do tej pory próbowali ignorować.
ROZDZIAŁ 8
Mia odwiozła Mateo pod jego dom. Silnik samochodu zgasł. Oboje siedzieli w środku, wypełnieni ciszą, która zdawała się jeszcze bardziej obnażać napięcie między nimi. Mia zerknęła na niego, starając się wyczytać coś z jego twarzy, ale Mateo unikał jej wzroku.
– Dziękuję, że mnie odwiozłaś – powiedział cicho, przesu-wając palcami po krawędzi bandaża na nosie.
Mia wpatrywała się w niego przez chwilę, jakby chciała coś powiedzieć, coś ważnego, co ugrzęzło jej w gardle. W końcu skinęła tylko głową. Mateo otworzył drzwi i wy-siadł.
Obserwowała, jak odchodzi. Każdy jego krok wydawał się cięższy niż poprzedni. Coś w jego postawie sprawiło, że czuła, jakby zostawiał za sobą nie tylko samochód, ale i jej nadzieje.
Nagle, pod wpływem impulsu, otworzyła drzwi i wysia-dła.
61
SZNUR POTRÓJNY
– Mateo! – Zawołała. Jej głos odbił się echem w cichej ulicy.
Mateo zatrzymał się i powoli odwrócił w jej stronę. W jego spojrzeniu mieszało się zaskoczenie z emocją, której Mia nie potrafiła odczytać.
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Mia pośpiesznie do niego podeszła. Złapała go za koszulę, przyciągając do siebie. Ich usta złączyły się w desperackim, pełnym tęsknoty pocałunku.
Mateo przez chwilę odwzajemniał pocałunek. Jego dłonie delikatnie spoczęły na jej szyi. Po chwili jednak odsunął się, jakby
