Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Spójrzcie na Zolę: atrakcyjna, pewna siebie, 38-letnia kobieta sukcesu, która ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia, a samotność to jej świadomy wybór. Ale czy na pewno? Dopiero psychoterapia uświadamia jej, jak bardzo jest zablokowana emocjonalnie i jak wiele traum w sobie nosi. Udział w kontrowersyjnym projekcie pod nazwą „Szkoła Uczuć” ma jej pomóc w przełamaniu lęku przed bliskością. Sześciotygodniowy turnus w pensjonacie nad morzem wydaje się ostatnią deską ratunku dla Zoli, która pragnie otworzyć się na prawdziwe, szczere uczucie. Ale gdy w końcu spotyka odpowiedniego mężczyznę, surowy regulamin terapii zabrania jej się do niego zbliżać… Czy mimo to uda jej się znaleźć sposób, by dać szansę miłości?
Miłość może pojawiać się wielokrotnie w naszym życiu, ale każda z nich jest inna. Nie ma dwóch takich samych miłości. Każda pozostawia jakiś ślad w naszym sercu, żłobi w nim głębokie bruzdy już na zawsze. Myślę jednak, że tylko jedna może być tą prawdziwą. Sądzę, że niekoniecznie jest to ta pierwsza. Czasami może się zdarzyć, że tą prawdziwą miłością będzie ta ostatnia.
Tatiana Żak
Nauczycielka, pedagog szkolny, doradca zawodowy. Absolwentka filologii polskiej. Od lat prowadzi szkolne koła teatralne i kabaretowe, organizuje konkurs recytatorski „Poeci Regionu Częstochowskiego”. Interesuje się psychologią, w wolnych chwilach uwielbia gotować i robić amatorskie zdjęcia przyrody, a jej ukochanymi miejscami wypoczynku są miejscowości nadmorskie. Jest miłośniczką polskiego kina i książek polskich autorek. Tuż przed czterdziestką zaczęła żyć na nowo, w zgodzie z maksymą carpe diem. Wcześniej pisała do szuflady – głównie wiersze i powieści. W swoich utworach porusza kwestie uczuć, wartości i relacji międzyludzkich. Pisze o kobietach i dla kobiet.
„Szkoła uczuć” jest jej debiutem literackim.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 190
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Szablowanie i krzyk skowronka
– Wakacje! – zawołała Marcysia.
Wybiegła z domu i zatrzymała się na środku podwórka. W głębi sadu dostrzegła wielkiego, kudłatego psa.
– Figiel, chodź tu, piesku!
Pies uniósł wielki łeb, wstał i podbiegł do dziewczynki.
– Dobry pies! Dobry pies – pochwaliła go Marcysia.
Był wczesny ranek, ale słońce już nieźle przygrzewało. Dziewczynka zrobiła kilka obrotów, żeby sprawdzić, czy sukienka dobrze się kręci. Bo dobrze uszyta sukienka powinna mocno się kręcić, czyli układać w kielich lub parasolkę. Tę sukienkę Marcysia dostała od babci Augusty w nagrodę za dobre wyniki w nauce. Sukienka była niebieska, bo Marcysia uwielbiała ten kolor. Pasował do jej błękitnych oczu i jasnych włosów. I teraz Marcysia sprawdzała, czy sukienka dobrze się kręci. I kręciła się! Jeszcze jak się kręciła! W końcu się zatrzymała.
– Co tu dzisiaj robić? – zapytała, patrząc na ogromnego indyka, który puszył się pod porzeczką. Indyk łypnął oczkiem i głośno zagulgotał.
– Co, bo nie dosłyszałam? – Marcysia się zaśmiała.
Indyk znowu zagulgotał i skrył się w porzeczkach.
– OK, pójdę na łąkę, tam zawsze dużo się dzieje. Ale najpierw… ale najpierw…
Rozejrzała się po podwórku.
– Ale najpierw do studni! – zawołała i pognała przed siebie.
Po chwili stała przy cembrowanej studni przykrytej drewnianym daszkiem. W daszku była ogromna klapa i żeby dostać się do wody, trzeba było ją podnieść. Marcysia wspięła się na palcach, złapała za uchwyt klapy i z całej siły szarpnęła. Klapa niechętnie uniosła się kilka centymetrów, a potem z hukiem opadła. Dziewczynka się nie poddawała. Jeszcze mocniej chwyciła uchwyt i jeszcze silniej szarpnęła. Tym razem klapa się uniosła. Marcysia obejrzała się za siebie. Dobrze wiedziała, że nie wolno jej było zbliżać się do studni, a co dopiero do niej zaglądać! Upewniła się, że nikt jej nie widzi, chwyciła za brzeg cembrowiny, podskoczyła i zawisła na granicy czarnej otchłani.
– Hu, hu! – zahuczała do studni.
– Uu, uuu… – odpowiedziała jej woda.
– Zrobię wianek z maków!
– Aków, ków…
– Szklanka!
– Lanka, anka…
– Komoda!
– Moda, oda…
– Stonoga!
– Noga, oga…
Przez całą „rozmowę” dziewczynka patrzyła w dół czarnej otchłani. Czuła na twarzy chłód zimnej wody. Te rozmowy były jej największą tajemnicą. Nikt na całym świecie nie wiedział o tym, że Marcysia umie rozmawiać z wodą. I nikt nie zdawał sobie sprawy, że woda jej odpowiada. No może tylko indyki, które zazwyczaj siedziały w przystudziennych porzeczkach. Marcysia zeskoczyła z cembrowiny i otrzepała ręce.
– A teraz na łąkę! – zawołała i popędziła w stronę ogromnej stodoły.
Stodoła była tak wielka i tajemnicza, że może tylko zamek w Opatowie był większy i jeszcze bardziej tajemniczy. No i w stodole była maszynownia – kolejne ulubione miejsce Marcysi. Dziewczynka wbiegła w cień, który rzucał budynek. Piasek w tym miejscu był wyraźnie chłodniejszy. Zwolniła i spojrzała daleko przed siebie. Kiedyś, kiedy była jeszcze bardzo mała, wolno jej było chodzić tylko do końca tego cienia. To była niewidzialna, choć rzeczywista granica Siedmiu Leszczyn, gospodarstwa, w którym mieszkała. Teraz mogła już przekraczać tę granicę i trzeba przyznać, że robiła to często i z wielką ochotą. Bo tam, za tym wielkim cieniem, zaczynał się inny świat – większy i ciekawszy od tego, w którym żyła na co dzień. To tam, za tym wielkim cieniem, rozciągały się cudownie zielone łąki, seledynowe pola zbóż, w których mieszkały ptaki, koniki polne, mrówki, biedronki i mnóstwo, mnóstwo innych przewspaniałych stworków. I także z nimi Marcysia umiała rozmawiać. To za wielkim cieniem był srebrny staw z rozkumkanymi żabami, sprytnymi rybami i gadatliwym tatarakiem. I to wreszcie tam, za wielkim cieniem, rósł tajemniczy, ciemny las. Malachitowy las. I wystarczyło tylko przekroczyć tę granicę, aby to wszystko poznać i poczuć. Dziewczynka stała teraz na ścieżce i patrzyła na las.
– Ten las kończy wszystkie moje widoki. Potem jest już tylko niebo – powiedziała do siebie. – Pierwsza, druga, trzecia, czwarta… – Szła ścieżką i liczyła leszczyny, które rosły wzdłuż cienia. – Szósta i siódma – ostatnia!
Za siódmą leszczyną cień się kończył. Poczuła na plecach przyjemne ciepło. Wysunęła nogę i postawiła bosą stopę w miejscu, gdzie zaczynało się słońce.
– Właśnie przekroczyłam granicę Siedmiu Leszczyn – wyszeptała i tylko ścieżka usłyszała jej szept.
Całe przedpołudnie spędziła na łące. Śpiewała, zrywała maki, wiła z nich wianki, biegała za motylami i wspominała zimę. Bo Marcysia całą zimę czytała książki, które dostała od Świętego Mikołaja. Uwielbiała czytać i teraz siedziała na skraju ścieżki, rozgarniała palcami rozgrzany piasek i wspominała przeczytane zimą historie. I kiedy tak sobie w najlepsze wspominała, na łąkę wpadł Marcel.
– Cześć, Marcycha! – zawołał, wymachując długim kijem. – Co dziś robisz?
– Ja?!
– A co, ja?
– Nie mów do mnie Marcycha!
– A jak mam mówić, przecież jesteś Marcycha.
– Przestań, bo cię pacnę!
– Ta… ale się wystraszyłem. Poszablujemy się?
I Marcel z większą mocą zaczął wywijać kijem.
– Co znaczy „poszablujemy się”?
Marcel spojrzał na Marcysię z wyższością.
– No, powalczymy na szable – wyjaśnił i zaraz dodał: – a, zapomniałem, dziewczynki nie szablują.
– A kto ci powiedział, że dziewczynki nie szablują? Właśnie, że szablują!
Marcysia włożyła na głowę wianek z maków, dmuchnęła zawadiacko w grzywkę i podbiegła do Marcela.
– Dawaj ten kij! – krzyknęła i wyrwała go chłopcu z ręki. A zrobiła to tak nieoczekiwanie, że Marcel nie zdążył zareagować.
– I co, dalej uważasz, że dziewczynki nie szablują?! – zawołała, wymachując kijem na oślep.
I tak się zapamiętała w tym wymachiwaniu, że nie zauważyła, kiedy przekroczyła granicę łąki, przeszablowała powietrze nad ścieżką i zanurzyła się w dojrzewającym zbożu. Marcel stał jak wryty, a Marcysia szablowała. Za każdym szablnięciem na ziemię spadały młodziutkie kłoski żyta. W powietrzu unosił się słodki zapach łamanych roślin.
– Przestań! – zawołał Marcel.
Ale dziewczynka ani myślała przestać. I nie zmusił jej do tego nawet krzyk skowronka. Ptak wyskoczył ze zboża i wzbił się wysoko, wysoko. A Marcysia? Marcysia z całych sił starała się udowodnić Marcelowi, że dziewczynki też szablują. Tak bardzo się starała, że zatrzymała się dopiero wtedy, gdy wyszablowała w zbożu spore kółko. I nie dlatego się zatrzymała, że zobaczyła, co zrobiła, tylko dlatego, że się zmęczyła. Odrzuciła na plecy warkoczyki, poprawiła na głowie wianek i wytarła zakurzoną dłonią pot z twarzy. Na policzku od razu pojawiły się brunatne zygzaki.
– I co, nie szablują? – wycedziła zdyszana.
– Może i szablują, ale nie zostają bohaterami – odpowiedział spokojnie chłopiec.
Marcysia zrobiła się czerwona.
– Wiesz co, Marcel, przestań się kompromitować! Dziewczynki też zostają bohaterami!
– Jeśli już, to raczej bohaterkami – nie odpuszczał Marcel.
– A właśnie, że bohaterami zostają, wiesz? – Marcysia tupnęła nogą, wzbijając obłoczek kurzu.
– Tylko chłopcy mogą być bohaterami. Dziewczynki mogą być co najwyżej bohaterkami – upierał się Marcel.
– Nie wytrzymam! A jaka to różnica?! – chrypiała Marcysia.
– A taka, że…
Marcel nie bardzo wiedział, na czym polega różnica. Bohaterstwo to bohaterstwo – nie ma różnicy, czy „bohateruje” dziewczynka, czy chłopiec. A ponieważ nie chciał się przyznać do tego, że nie wie, na czym polega różnica, natychmiast zmienił temat.
– Oddaj mi kij! – powiedział ostro.
– A masz!
Marcysia rzuciła kij na ziemię.
Ach ten Marcel, wkurza mnie – pomyślała i weszła na piaszczystą ścieżkę prowadzącą do Siedmiu Leszczyn.
– Muszę wracać do domu! – rzuciła w powietrze i tyle ją widziano.
Marcel przez chwilę obserwował oddalające się plecy dziewczynki, a potem odwrócił się i ruszył w stronę swojego domu.
Indyk w studni, czyli niezła klapa
Marcysia biegła, przytrzymując ręką wianek na głowie. Słyszała szum wiatru w kwiatach i czuła pod stopami rozgrzany piasek. Uwielbiała słyszeć ten szum i czuć ciepło rozgrzanego piasku. Uśmiechnęła się na widok ogromnego cienia stodoły. Wpadła w ten cień, a potem w sam środek niewielkiego stada indyków. Ptaki z krzykiem rozbiegły się i schowały w pobliskich leszczynach. Marcysia już była na podwórku i rozkręcała sukienkowego bączka. Kurczaki, które spokojnie chodziły za Czubatką, na widok rozkręconej Marcysi także z krzykiem się rozbiegły. Krzyk kurczaków zatrzymał dziewczynkę. Ostatni raz zakręciła sukienką, spojrzała na studnię i stanęła jak wryta. Zapomniała, że rano rozmawiała z wodą.
– A to co? Otwarta klapa? Klapa nie może być otwarta! Kto zapomniał zamknąć klapę? Tata zawsze powtarza, że klapa ma być zamknięta. A tu proszę – otwarta na oścież, jak latem drzwi do domu.
Marcysia rozejrzała się po podwórku w nadziei, że może zobaczy kogoś z wiadrem. Nikogo jednak nie zobaczyła.
Kto zostawił otwartą klapę? Klapa musi być zamknięta, żeby do studni nic nie wpadło. Bo gdyby, na przykład, wpadły liście albo te… no… patyki, to woda mogłaby się popsuć i nie byłaby już taka smaczna – myślała.
Oczywiście, w domu Marcysi była bieżąca woda – ciepła, zimna, chłodna, jaką sobie kto zażyczył. Był superowy prysznic i w ogóle przeróżne urządzenia. Do niektórych nie wolno się było Marcysi zbliżać. Bo kiedyś dziewczynka podeszła do młockarni. Wprawdzie młockarnia nie była w domu, ale Marcysia i tak się do niej zbliżyła. Mało tego, wdrapała się na nią. Co to się wtedy działo! Wszyscy krzyczeli, a ona wspinała się na maszynę wyżej i wyżej. Myślała, że te okrzyki to wyraz podziwu. I młockarnia to już nie była młockarnia, tylko wielka, wspaniała i groźna góra, której szczyt zaraz zdobędzie. I wydawało się Marcysi, że nie jest dziewięcioletnią dziewczynką, ale słynną, odważną alpinistką. Niestety, dość szybko okazało się, że góra nie jest górą, Marcysia nie jest słynną alpinistką, a krzyki nie są wcale wyrazem podziwu. Maszyna bowiem nagle podskoczyła i zaczęła potwornie ryczeć. Marcysia zamknęła oczy i zatkała uszy. Ryk był coraz głośniejszy i głośniejszy. Dziewczynka otworzyła oczy. Stała na szczycie żelaznego potwora, który trząsł się i ryczał, gotów w każdej chwili ją pożreć. Nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie tata. Otóż tata najpierw wyłączył maszynę, potem na nią wszedł, wziął Marcysię na ręce i zszedł z nią na ziemię. Okrzyki ucichły. Marcysia do dziś pamięta tę ciszę i zapłakaną mamę.
A woda ze studni? Woda ze studni, to była woda ze studni! Źródlana – zimna, czysta i zdrowa. Babcia Augusta, czyli mama mamy Marcysi, bardzo ją lubiła i kiedy przyjeżdżała do Siedmiu Leszczyn, piła wyłącznie wodę ze studni. Studnię wykopał pradziadek Marcysi, czyli tata babci Augusty. Także pradziadek wybudował nad nią mały, śliczny daszek z klapą. Studnia z daleka wyglądała więc jak mały, drewniany domek. Przez lata deski w daszku zmurszały i trzeba je było wymienić. Do dzisiaj z tamtych pradziadkowych desek zostały tylko dwie. Klapa też jest odnowiona – ma nowe zawiasy i nieco inny uchwyt. Tamten, pradziadkowy, był mosiężny, a ten jest chyba z żelaza.
Babcia Augusta często powtarzała, że ta studnia jest łącznikiem czasów – tych dawnych z tymi obecnymi – i że jest miłą pamiątką po pradziadku. Dlatego kiedy we wsi budowano wodociąg, tata Marcysi postanowił, że studnia zostanie i będzie służyć do czasu, aż zniknie z niej woda.
Marcysia podeszła do studni, wspięła się na palce i zajrzała do środka.
– Nic nie widać, czarna otchłań! – rzuciła w głębinę.
– Chłań, łań… – odpowiedziała jej woda.
I już Marcysia miała zamknąć klapę, gdy usłyszała tubalny gulgot indyka.
– Indyk? Skąd tu nagle indyk? Przecież wszystkie są w leszczynach.
Dla pewności obeszła studnię dookoła, zajrzała pod porzeczki i do sadu. Na trawie pod wiśniami słońce malowało cieniem śliczne wzorki. Marcysia potrafiła godzinami je obserwować, bo z każdym powiewem wiatru wzorki się zmieniały – raz tańczyły na boki, to znowu wirowały rzucane w górę i w dół. I nigdy nie spały. Teraz jednak nie miała czasu na cienie.
– Chyba się przesłyszałam – mruknęła pod nosem i odgarnęła z czoła grzywkę.
Stanęła znowu przed studnią, wspięła się na palce i sięgnęła do klapy. Brakowało jej ze dwóch centymetrów. Zacisnęła usta, zmarszczyła czoło i tak się naprężyła, tak się wyciągnęła, że w końcu złapała za uchwyt i szarpnęła. Klapa z hukiem opadła. Marcysia przez chwilę obserwowała, jak wzbity przez klapę kurz wiruje i mieni się w promieniach południowego słońca.
– Dobra robota – powiedziała, otrzepując dłonie.
Tak robili dorośli po dobrze wykonanej pracy – otrzepywali dłonie. I już miała odejść, gdy znowu usłyszała gulgot. Tym razem był on jeszcze bardziej tubalny i dziewczynka ze zdumieniem stwierdziła, że jak nic dochodzi ze studni.
To niemożliwe! – pomyślała i ponownie wspięła się na palce. Szarpnęła klapę.
Klapa zaskrzypiała, trochę się uniosła i z hukiem opadła. Marcysia nie rezygnowała. Poprawiła na głowie wianek i ponowiła próbę. Tym razem jej się udało. Chwyciła za brzeg cembrowiny, podskoczyła i zawisła nad przepaścią. Gdyby teraz tędy ktoś przechodził, ujrzałby wystające ze studni bose nogi dziecka. Może nawet nazwałby jakoś to zjawisko, ale nikt nie przechodził i zjawisko nie zostało nazwane. Marcysia przechyliła się jeszcze bardziej. Makowy wianek zsunął jej się z głowy. Marcysia widziała przez moment wirujące czerwone płatki kwiatów, a potem usłyszała cichutki plusk.
– Ojej, szkoda.
Wtedy w studni coś załomotało. Dziewczynka wytężyła wzrok i mocniej wyciągnęła szyję. Krew napłynęła jej do twarzy.
– O jeny!
Bujnęła się ostatni raz, odbiła się od cembrowiny i runęła na ziemię.
– To niemożliwe! – krzyknęła, wycierając ręce w sukienkę. – Jak to się mogło stać?! Jak to się mogło stać?!
Zerwała się z ziemi i popędziła do domu. Co robić? Co robić? – huczało w jej małej główce. Wpadła do sieni, przebiegła trzy schodki i stanęła na środku kuchni.
– Indyk w studni! – wrzasnęła.
Mama akurat mieszała coś w wielkim garnku. Krzyk Marcysi tak ją przestraszył, że podskoczyła, wypuszczając z ręki łyżkę. Łyżka poszybowała, uderzyła w lampę, a potem z brzękiem spadła na podłogę.
– Gdzie? Co?! – zawołała mama.
– No przecież mówię, że indyk! Indyk w studni! I wianek!
– O matko przenajświętsza, który?
– Ten z maków, co go sobie rano uplotłam!
– Indyka z maków uplotłaś?
– Nie indyka, tylko wianek!
Mama złapała Marcysię za ramiona i potrząsnęła nią tak, jak jesienią trzęsie się śliwką.
– Marcysiu, proszę cię, mów spokojnie, co się stało.
– Przecież jestem spokojna! – zachrypiała Marcysia. – Indyk wpadł do studni!
– Który?
– O matko, nie wiem który – szary, z koralami?
– Mój indyk? Do naszej studni? – Mama nadal nic nie rozumiała.
– Tak, twój indyk, do naszej studni! – Marcysia traciła cierpliwość.
– Jak? Po co?
– Jeny, nie wiem, wpadł i jest. Może nawet pływa, chociaż nie liczyłabym na to!
Marcysia zauważyła, że coraz częściej traci cierpliwość. I to do wszystkiego – do rodziców, do Marcela. A teraz jeszcze do indyków. I coraz częściej denerwowało ją to, że traci cierpliwość.
Znowu się denerwuję – pomyślała. Już wolę czkawkę. Ale bo też ta moja mama nigdy nic nie rozumie. Zawsze jej trzeba wszystko powtarzać piętnaście razy, a i piętnaście to za mało. Kiedyś nie wytrzymam, na pewno nie wytrzymam! A jak nie wytrzymam, to pęknę i będę taka pęknięta!
– A co to za wrzaski? – zapytał tata, który do tej pory siedział w pokoju i czytał gazetę.
– Indyk wpadł do studni – wycedziła Marcysia.
– Do naszej studni? A jak to się mogło stać? Przecież studnia zawsze jest zamknięta. To na pewno Marcel. Nie wytrzymam z tym chłopakiem!
Tata rzucił gazetę na stół i wybiegł z domu.
Mama zdjęła fartuszek, rzuciła go na krzesło i też wybiegła z domu. Marcysia również chciała wybiec, ale w tym samym momencie wszystko sobie przypomniała.
– To ja, to przecież ja rano rozmawiałam z wodą. Zapomniałam zamknąć klapę. To ja… – szeptała gorączkowo.
– To nie Marcel! – krzyknęła.
Nikt jej jednak nie słyszał. Tak się przynajmniej Marcysi wydawało. Dziewczynka nie wiedziała, co ma robić – biec za rodzicami i wszystko wyjaśnić, czy zostać w kuchni i nie robić nic.
– To nie Marcel… – powtórzyła szeptem.
Tymczasem na podwórku szalało tornado. Tata pobiegł po drabinę do maszynowni, bo tam przechowywane były wszystkie potrzebne w gospodarstwie narzędzia. Mama natomiast biegała od studni do sieni, przynosząc co i rusz inny przedmiot. Przed studnią piętrzyły się już: gruba lina, wiadro, bosak, trzonek od starej łopaty i grabie. Figiel, który zazwyczaj leżał w swojej budzie, latał teraz wokół studni, niemożliwie ujadając. Brakowało już tylko kotka Kicusia, ale Kicuś nigdy nie interesował się tym, czym akurat interesowali się ludzie. Chyba że chodziło o jedzenie.
Marcysia tymczasem schowała się w niezamieszkałej części domu, czyli w pustej chałupie. Okno wychodziło akurat na studnię, a że szyba w oknie była zbita, dziewczynka słyszała każde słowo. Próbowała w myślach opracować jakiś sensowny plan działania. Przypomniała sobie, że rano, zanim poszła na łąkę, otworzyła klapę studni, żeby porozmawiać z wodą. Wprawdzie nigdy nie widziała jej tafli, ale zawsze z przyjemnością słuchała, jak woda jej odpowiada swoim tubalnym, głębinowym głosem. Tylko raz sprawdziła, czy w studni jest woda. Znalazła na podwórku mały kamyk i wrzuciła go w czarną otchłań. Minęła chwila, zanim usłyszała plusk. W studni z całą pewnością była woda i nie było do niej bardzo daleko.
Co robić, co robić? – myślała, przyciskając buzię do szyby. Widziała całą studnię i biegającą mamę. Muszę się przyznać, bo inaczej wszystko będzie na Marcela.
Tymczasem tata wyszedł z maszynowni, taszcząc na ramieniu długaśną, drewnianą drabinę. Ta drabina zawsze stała w maszynowni i czekała na odlot boćków. I właściwie tylko wtedy była używana – gdy po odlocie boćków tata wchodził po niej na dach stodoły i poprawiał gniazdo, żeby wiosną ptaki miały do czego wrócić. Do pracy w sadzie tata używał innej – lżejszej i krótszej drabiny. Marcysia patrzyła, jak tata idzie z tą drabiną.
– Widzisz go?! – krzyknął do mamy, która do połowy zniknęła w studni.
Oto zjawisko wystających ze studni pięt – pomyślała Marcysia, widząc bujające się w powietrzu nogi mamy.
– Tak! Żyje! Wskoczył na tę półkę!
– To dobrze, dobrze! – dyszał tata.
Na półkę? – Marcysia zmarszczyła czoło. Na jaką półkę?
Nie miała jednak czasu zastanawiać się nad tym dłużej, bo przy studni zrobił się harmider. Tata zdejmując z ramienia drabinę, zahaczył nią o grabie, grabie walnęły w trzonek, który z kolei z dźwięcznym brzdękiem wpadł do miski.
– Jak rany, zrób coś z tym! – zdenerwował się tata.
Pięty mamy zeskoczyły na ziemię. I wtedy na podwórko, jak gdyby nigdy nic, wkroczyła babcia Augusta.
– Co robicie? – zapytała, stawiając na ziemi wielką, żółtą walizkę.
– Mama? – zdziwił się tata. – Co mama tu robi?!
– Jak to co? Przyjechałam do mojej wnusi na wakacje. Przecież mnie zaprosiliście. Miałeś po mnie wyjechać na dworzec. Czekałam i czekałam, ale się nie doczekałam. Jak zwykle zresztą.
Tata złapał się za głowę.
– Na śmierć zapomniałem! – krzyknął i spojrzał na porozrzucane przy studni narzędzia. – Pyta mama, co robimy? Nic nie robimy, my tylko… bo ten Marcel, łobuz jeden, wie mama, o kim mówię? No to ten Marcel zostawił otwartą klapę i…
W tym samym momencie ze studni wydobył się przeraźliwy gulgot indyka.
– Tylko mi nie mówcie, że wam indyk wpadł do studni – powiedziała ostro babcia.
– No, wpadł – przyznała się od razu mama.
– No to nie ta drabina! Chcecie się potopić? Ta jest za krótka!
– O rany, mamo, pierwszy raz indyk nam wpadł do studni, to skąd mamy wiedzieć, która drabina! To mama jest fachowcem od indyków w studni! – powiedział złośliwie tata.
– Nie krzycz na mnie, tylko leć po drabinę, która stoi w pustej chałupie! – zdecydowała babcia.
– W pustej chałupie? Przecież ja jestem w pustej chałupie! – zawołała Marcysia i odskoczyła od okna. – Muszę się schować, muszę się schować… jeny… ale gdzie?
Dziewczynka rozpaczliwie szukała kryjówki. I wtedy jej wzrok padł na koryto.
– Pod koryto! – zawołała i rzuciła się na ziemię.
Tymczasem tata już był w sieni. Przeskoczył trzy schodki, przeleciał przez kuchnię i wpadł do pustej chałupy. Wtedy, nie wiadomo skąd, wprost pod jego nogi wybiegł Kicuś.
– Kicol, z drogi!
Tata się zachwiał, ale nie upadł. Złapał za framugę, spojrzał na odwrócone do góry dnem koryto i wystający spod niego skrawek niebieskiego materiału. Od razu przypomniał sobie, jak Marcysia zawołała, że to nie Marcel. Jeszcze raz spojrzał na koryto, uśmiechnął się i ruszył w stronę opartej o ścianę drabiny.
Tymczasem Marcysia leżała pod korytem z buzią przyciśniętą do ziemi. Przez szparę między korytem a klepiskiem próbowała dostrzec tatę. Prawie nie oddychała. Bała się, że dostanie czkawki i wszystko się wyda. Ale czkawka nie nadchodziła. Tymczasem tata złapał drabinę i ruszył do wyjścia. Nie zmieścił się jednak w drzwiach. Drabina niebezpiecznie zatrzeszczała.
– Marcysiu, pomóż mi! – krzyknął.
Marcysia wyskoczyła spod koryta i natychmiast zrobiła się czerwona. Nienawidziła tego! Nienawidziła tego czerwienienia się. Cały świat od razu wiedział, że się wstydzi. A teraz Marcysia wstydziła się całą sobą.
– Pomóż mi z tą drabiną, bo sam nie dam rady – powiedział spokojnie tata. – Chwyć z tyłu i przejdź pod ścianę, a ja przodem do kuchni.
I tak krok po kroku tata z Marcysią wydostali się na podwórko. Potem już poszło gładko. Tata wpuścił drabinę do studni i zszedł na dół.
– Widzę go! – krzyknął.
– Tatusiu, wianek! Weź też wianek! – zawołała Marcysia.
Tata zdjął indyka z półki, która znajdowała się tuż nad lustrem wody, wyłowił wianek, włożył go sobie na głowę i zaczął wdrapywać się na górę. Po chwili ze studni wyłoniła się jego głowa z przyklejonymi do czoła płatkami maków.
– Nic z niego nie będzie – powiedziała dziewczynka, zdejmując wianek z głowy taty. – Ale dziękuję, że go uratowałeś.
Tata znowu się uśmiechnął i podał mamie przemoczonego indyka. Ptak był tak ciężki, że mamę aż zgięło. Rozejrzała się w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogłaby położyć ptaka.
– Leć po ręcznik, Marcysiu – zwróciła się do córki.
Dziewczynka pobiegła do domu, a mama postawiła indyka na trawie pod wiśnią. Ptak był teraz podobny do wianka – przemoczony, przerażony i oklapły.
– Dajmy mu trochę czasu. Potwornie się zmęczył, ale będzie dobrze, będzie dobrze… – powtarzał tata, jakby chciał przekonać do swoich słów i siebie, i mamę, i indyka. Tymczasem indyk rozpostarł słabe skrzydła i rymsnął jak długi w trawę.
Marcysia wróciła z ręcznikiem.
– Jak ty wyglądasz?! – zawołała babcia Augusta na widok swojej jedynej wnuczki.
– No co? Trochę się… A czemu ty, babuniu, jesteś fachowcem od indyków w studni? – Marcysia natychmiast zmieniła temat.
Babcia tylko wzruszyła ramionami, chwyciła żółtą walizę i weszła do domu. Indyk powoli wracał do siebie. Stał teraz na środku podwórka, raz po raz otrzepując pióra. Widać było, że ma dość. Marcysia też miała dość.
Co za dzień! Niech już się skończy. I skąd tata wiedział, że jestem pod korytem? No skąd? Ale wstyd! I jeszcze ta klapa… Muszę się do wszystkiego przyznać, bo inaczej będzie mnie to męczyć i dręczyć. I jeszcze ta babcia… Ciekawe, co to znaczy, że jest fachowcem od indyków w studni? – pomyślała Marcysia.
Tajemnica babci Augusty
Przy obiedzie było dziwnie. Nikt nie wspominał o indyku. Nikt też nie próbował rozwikłać zagadki otwartej klapy. Marcysia wiedziała, że jeśli nic nie powie, cała wina spadnie na Marcela. I chociaż miała go serdecznie dość, wiedziała, że nie może mu tego zrobić. Był przecież jej przyjacielem. Cokolwiek miało to znaczyć.
