Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Han wydaje się zwykłą dziewczynką, skrywa jednak przed rówieśnikami sekret: należy do rodziny czarodziejów i nie może ujawniać przed ludźmi swojego pochodzenia. Jest bardzo szczęśliwa, ale też i lekko wystraszona, kiedy rozpoczyna naukę w Szkole Magii Panny Preston, kształcącej młode czarownice z całego świata.
Zgodnie z poleceniem nauczycieli uczennice tworzą grupę badawczą. W jej skład wchodzą cztery dziewczęta i Adrien, chłopiec z zaprzyjaźnionej męskiej szkoły magii, bo okazuje się, że ich pierwsze zadanie, odnalezienie Pegaza, wymaga podążania po śladach zostawionych dawno temu przez ich przodków. Młodzież mogłaby potraktować te poszukiwania jak świetną zabawę, gdyby od ich wyników nie zależały losy świata.
Piątkę przyjaciół zbliżą do siebie niebezpieczeństwa, którym zmuszeni będą stawić czoło. Tym bardziej że odnalezienie Pegaza nie zakończy ich działań. Przypadek sprawi, że jedna z dziewcząt, Barbe, odkryje zaginionego księcia elfów, Mediana. To doprowadzi do dramatycznych wydarzeń, ale żeby się przekonać, co z tego wyniknie, musisz sięgnąć po tę książkę.
Niesamowita historia grupy przyjaciół z magicznymi mocami, którzy próbują odnaleźć zaginionego od stuleci Pegaza. Intrygująca, zabawna, ciekawa i wciągająca już od pierwszych stron. Polecam! Zosia z books_bylove
"Szkoła Magii Panny Preston" to historia, która - mówiąc wprost - Was zaczaruje. Pozwólcie wciągnąć się do świata magii, prawdziwej przyjaźń i mrocznych zagadek z Pegazem w tle! Po prostu nie da się oderwać od tej powieści! Ta książka uzależnia lepiej niż czekolada! Anita, owl_bookcase
Zachwycająca, otulająca, pełna ciepła, magii i przyjaźni historia, która wciągnie Was bez reszty i nie pozwoli o sobie zapomnieć. Gabriela Feliksik zabiera nas w niezwykłą podróż na miotle do Szkoły magii panny Preston, gdzie poznajemy Han, Barbe, Cleo i Mel. Piękne historie miłosne, niezwykłe przyjaźnie, tajemnice, klątwy, elfy, skrzaty i pełne niebezpieczeństw przygody tylko czekają na Wasze odkrycie! 𝓝𝓪𝓽𝓱𝓪𝓵𝓲𝓮 𝓚𝓲𝓷𝓰
Czarodziejskie zaklęcia, nieznane mikstury, miejsce dostępne tylko dla niezwykłych osób. Zapraszam do magicznej szkoły, w której nie sposób się nudzić. Fantastyczna opowieść o grupie przyjaciół odkrywających sekrety mitycznych postaci, doprawiona odrobiną historii. Cudowna, ciepła, pełna tajemnic powieść dla młodszych i starszych czytelników. Gorąco polecam. Ewa z czytajac_wsrod_kwiatow
Jeśli szukacie książki, w której magia przeplata się z codziennością, a szkoła staje się bramą do niezwykłych światów – ta lektura jest dla Was. Spotkacie w niej nie tylko ludzi, elfy i skrzaty, ale też lojalnych przyjaciół, ujrzycie rodzinne sekrety i tajemnice, które zmieniają wszystko. To opowieść o nauce czarów, o podróżach między światami, które choć tak różne, w dziwny sposób się łączą.
W samym sercu tej niezwykłej historii znajduje się Pegaz – magiczne stworzenie uwięzione przez zaklęcie, które odebrało mu skrzydła. Bohaterowie wyruszają w podróż, by go odnaleźć i uratować, kompletując składniki i przepis na antidotum, które cofnie działanie eliksiru... Czy im się to uda?
Idealna książka dla tych, którzy kochają przygodę, przyjaźń i magię ukrytą tuż pod powierzchnią zwyczajności. Karolina z SemenAmoris
Dzięki tej historii przeniesiecie się do świata magii, czarodziejów, elfów i krasnoludów. Jeśli lubicie Harrego Pottera, to polubicie też Henriette i jej przyjaciół. Przyjaźnie, pierwsze miłości, dużo zagadek i tajemnic do rozwiązania oraz ciekawostki historyczne. A to dopiero początek magicznej przygody! W końcu w każdym z nas jest coś z dziecka. Ania z zycnieumieracania
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 422
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tej autorki w Wydawnictwie WasPos
Zosia i porucznik
Emilia i Tatar
Karolina
Szkoła magii Panny Preston
W PRZYGOTOWANIU
Czarodziejki od Panny Preston
Nie bój się miłości
Cykl Dziedzictwo Templariusza
Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka
Copyright © by Gabriela Feliksik, 2025Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2025All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Barbara Wiśniewska
Korekta I: Agnieszka Szczygieł
Korekta II: Adriana Rak
Projekt okładki: Magdalena Czmochowska
Zdjęcie na okładce oraz na drugiej stronie: AI
Ilustracje wewnątrz książki: pngtree.com
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
E-book zgodny z dyrektywą o dostępności cyfrowej WCAG 2.2
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8290-919-7
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Część 1
Han i poszukiwanie Pegaza
PROLOG
Są na świecie miejsca, które muszą zostać ukryte przed zwykłymi śmiertelnikami. Ochrania je magia, a Czarodziejska Rada pilnuje, by nikt niepowołany ich nie odnalazł. Jedno z takich miejsc stało się moim domem, azylem i dało mi wiele prawdziwych przyjaźni, a nawet miłość…
Z czułością spojrzałam na stojącą na biurku fotografię męża i rozejrzałam się po swoim gabinecie. Naprawdę cudownie było móc nazwać go „swoim”. Na ścianach były zawieszone fotografie z moich czasów szkolnych. Ja, Barbe, Mel i Cleo obejmujące się, śmiejące do obiektywu albo uważnie studiujące książki. Nasza nierozerwalna czwórka, której relacja nawiązała się w tych murach. I przyjaźń, która przetrwała lata. Nie spodziewałam się jako młoda dziewczyna, tak silnej więzi i tego, że będzie ona trwać latami. Ale w dzieciństwie człowiek ogólnie niewiele myśli o przyszłości. Raczej chciałam po prostu nauczyć się dobrze czarować i coś tam w życiu robić, nawet niekoniecznie jako czarodziejka, ale może jako lekarz czy policjantka. Dorosłam i teraz ja zarządzam szkołą, w której kiedyś się uczyłyśmy. Barbe i jej mąż przewodniczą Czarodziejskiej Radzie i są uznawani za jednych z najlepszych przewodniczących w dziejach. Mel jest nadwornym opiekunem istot magicznych, zna się na każdym stworzeniu i posiada ogromną wiedzę na temat ich życia, ale też umie leczyć. A Cleo odniosła ogromny sukces jako piosenkarka, zarówno w świecie czarodziei, jak i śmiertelników. Plakaty z jej podobizną wiszą właściwie wszędzie, a muzyka rozbrzmiewa w co drugim domu. Czasami Cleo przebiera się w nauczycielski strój i prowadzi zajęcia z zielarstwa w szkole, jest znakomitą specjalistką w tej dziedzinie. Chociaż nigdy jej o to nie podejrzewałyśmy w czasach, kiedy byłyśmy uczennicami. Odnoszę nawet wrażenie, że wykłady na temat ziół sprawiają jej więcej frajdy niż kariera piosenkarki. Ja też nie zamierzałam uczyć, ale chęć zostania nauczycielem odkryłam w sobie w momencie rozdawania dyplomów, kiedy miałam na zawsze opuścić mury szkoły. I wtedy postanowiłam, że wrócę tu jako wykładowca. Nie marzyłam wcale o zasiadaniu w fotelu dyrektorskim. Ale jakoś tak samo wyszło, że zajęłam miejsce osoby, którą podziwiałam. Kochałam to miejsce. Gabinet był jasny, przytulny. Lubiłam go, gdy należał do panny Preston, dlatego też chciałam, żeby mi przypominał okres jej królowania w szkole. Siedziałam więc przy biurku należącym do poprzedniej dyrektorki, a otaczały mnie regały uginające się od woluminów zbieranych przez lata. A wśród nich było najwięcej ksiąg zgromadzonych przez moją poprzedniczkę, kochała książki, tak samo jak ja. Jedynym moim wkładem w wystrój gabinetu był wygodny fotel przy kominku. Panna Preston miała kanapę, ja jednak zdecydowałam się ją usunąć. Była dla mnie za duża, zbyt toporna, nigdy za nią nie przepadałam. Chciałam usiąść wygodnie przy palących się polanach z dobrą opowieścią w ręce. Uwielbiałam czasami robić sobie przerwy, by poczytać jakąś dobrą książkę lub po prostu w ciszy delektować się magią tego miejsca. A najlepiej mi się odpoczywało właśnie w fotelu, pamiątce po mojej ukochanej ciotce Adelajdzie. Poza tym fotelem i kilkoma zdjęciami gabinet wyglądał jak wtedy, kiedy urzędowała w nim panna Preston. Było w nim coś takiego, co sprawiało, że naprawdę cudownie się czułam. Może to resztki energii poprzedniczek zostały w jego ścianach? W ciągu lat mojego dyrektorowania miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, a nawet wspiera. No i było to na pewno realne, bo przecież w świecie magii wszystko jest możliwe. Mój mąż również pracował jako nauczyciel w szkole. Uczył młodych czarodziei, jak porozumiewać się ze zwierzętami. Do tego został zatrudniony w Czarodziejskiej Radzie, gdzie odpowiadał za tajne misje zlecane mu przez przełożonych. Oboje uwielbialiśmy więc szkołę, ale mieliśmy też nasze drugie miejsce na ziemi, zamek w pobliżu Pas-de-Calais – kolejny spadek po mojej cudownej Adelajdzie. Lubiliśmy tam przebywać w czasie wolnym od zajęć. A czasami uciekaliśmy tam nawet i w tygodniu, żeby tylko w jego murach naładować się pozytywną energią. To miejsce było świadkiem różnych historii, a ja czułam, że wielu z nich jeszcze nie zdołaliśmy poznać. Jakby zamek odkrywał swoje sekrety przed mieszkańcami stopniowo, niespiesznie.
Co tu dużo mówić, wszyscy byliśmy szczęśliwi i spełnieni, aczkolwiek nigdy bym się nie spodziewała, że gabinet panny Preston będzie kiedyś należał do mnie. Kiedy wylądowałam z mamą na miotle na dziedzińcu szkoły prawie trzydzieści lat temu, kompletnie nie myślałam o swojej przyszłości. Trudno jednak wymagać od nastoletniej dziewczyny, żeby miała już plany na dorosłe życie. Jedyne, co pamiętam, to przerażenie, ale też ogromną ciekawość i szczęście, że mogę rozpocząć długo wyczekiwaną naukę. Dużo później zamarzyłam o uczeniu i nieskromnie przyznam, naprawdę nieźle sobie radziłam. Pewnie więc dlatego teraz, mając czterdziestkę na karku, zostałam wybrana dyrektorem Szkoły Magii Panny Preston. Coś niebywałego, ale kiedy panna Preston postanowiła udać się na zasłużoną emeryturę, to mnie wskazała jako swoją następczynię. Owszem, przez lata dobrze przygotowywałam kolejne pokolenia młodzieży do życia w świecie czarodziei, wykładając im historię magii, a czasami prowadziłam lekcje o stworzeniach magicznych, mogłam wszak nawet się pochwalić znajomością z kilkoma z nich. Nie liczyłam jednak nigdy na to, że zostanę uznana za godną następczynię samej Priscilli Preston. To był dla mnie prawdziwy zaszczyt. Zwłaszcza że w murach tej szkoły tak wiele przeżyłam. Otarłam łzy wzruszenia spływające mi po policzkach, usiadłam w ulubionym fotelu, upiłam łyk gorącej herbaty, zamknęłam oczy i wróciłam pamięcią do tych dni, które ukształtowały moje przyszłe życie. Znowu byłam dziewczynką, wkraczającą w nastoletni wiek, lekko zestresowaną, ale też pełną wiary i podekscytowaną czekającymi ją zmianami. Magia wspomnień zadziałała…
Rozdział 1
Nie ma chyba nic bardziej ekscytującego niż rozpoczęcie nowego rozdziału w życiu, a tym niewątpliwie jest pójście do szkoły. Każde dziecko wyczekuje tego dnia, czasami z lekką obawą, ale w większości przypadków z podekscytowaniem. I ja też nie mogłam się już doczekać, bałam się też trochę, tylko postanowiłam nie przyznawać się do tego strachu. Wprawdzie miałam już za sobą rozpoczęcie roku w mojej zwykłej szkole, ale skończyłam piętnaście lat, a to w naszym świecie oznaczało, że jestem już gotowa na zgłębianie tajników magii. Osoba rodząca się z darem magii, musiała nauczyć się nią posługiwać, więc konieczne było pójście do odpowiedniej placówki edukacyjnej. Dotyczyło to wszystkich czarodziei. Niektórzy z nas się izolowali, tworząc magiczne enklawy, niewidoczne dla ludzi bez daru, inni natomiast wtapiali się w społeczeństwo i wiedli życie jak każdy zwyczajny człowiek. Cieszyli się kontaktami ze śmiertelnikami, ale nie dzielili się z nimi swoimi wyjątkowymi zdolnościami. Zwyczajni ludzie bowiem nigdy magii nie rozumieli. Dlatego nie wolno nam się było ujawniać. Czarodziejska Rada czuwała nad zapewnieniem równowagi w świecie, dlatego chociaż dawali nam wybór, co do miejsca zamieszkania, to uczęszczanie do magicznej szkoły stanowiło wymóg konieczny. Członkowie Rady wierzyli, że tylko w ten sposób wychwycą osoby z predyspozycjami do czynienia zła, mogącymi zaszkodzić ludzkości. Oczywiście nie zawsze się to udawało, wielu skrzętnie potrafiło takowe skłonności ukrywać, ale jeżeli już taka sztuka się udała, można było spróbować naprowadzić danego osobnika na właściwą drogę albo pozbawić magicznej mocy. Rzucano wtedy na taką osobę zaklęcie zapomnienia i odbierano dar.
Przynajmniej tak nam mówiono.
Ponieważ moi rodzice zdecydowali się żyć w świecie ludzi, to od kilku lat uczęszczałam do zwykłej „ludzkiej” podstawówki w Paryżu, przy 20 Rue Cardinal i bardzo lubiłam swoją szkołę. Miałam fajne koleżanki, ale musiałam uważać, żeby się przed nimi nie zdradzić. I czasami to mnie męczyło. Każde dziecko chce się chwalić swoimi talentami przed rówieśnikami, więc i ja tego pragnęłam. Nie mogłam jednak tego zrobić. Codziennie mi o tym przypominano. Jak powszechnie wiadomo, ludzie od wieków nie przepadają za czarownicami czy czarownikami. Mama opowiadała mi o prześladowaniach naszych przodków. Wiedziałam dostatecznie dużo o polowaniu na czarownice, paleniu na stosie kobiet i mężczyzn, żeby przeszła mi ochota, by ujawniać swoje zdolności magiczne. Wprawdzie czasy się zmieniły, nikt nikogo nie palił już na stosie, ale kto wie, lepiej być ostrożnym i uważnym, niż płacić potem za głupotę i niepotrzebne popisywanie się magią.
Ojej, bo z tego wszystkiego się nie przedstawiłam. Wybaczcie. Nazywam się Henriette Lescote i w dzień Święta Mabon, znanego jako święto plonów lub święto równonocy jesiennej, jakże ważna data dla nas czarownic, miałam zacząć naukę w szkole magii panny Priscilli Preston, w najbardziej znanej i w najstarszej magicznej szkole na całym świecie.
Nie dziwcie się więc mojemu podekscytowaniu. Znałam parę zaklęć, rodzice czegoś tam mnie nauczyli, ale prawdziwa magia była dla mnie jak nieznana księga, nie mogłam się więc doczekać, aż dane mi będzie odkrywanie jej kart. Kochałam książki od małego, lubiłam się uczyć w szkole ludzkiej, oceny miałam dobre, ale to nauka magii fascynowała mnie najbardziej, dlatego bywałam niecierpliwa. Chciałam już być prawdziwą czarownicą.
– Mamo, ile jeszcze dni zostało do dwudziestego trzeciego września? – ciągle pytałam swoją rodzicielkę, a ona ze stoickim spokojem odpowiadała mi, żebym sobie zerknęła na kalendarz w kuchni i policzyła. I tak mijał mi ten czas w oczekiwaniu na jesienne przesilenie.
Zastanawiałam się też, jakim cudem pogodzę naukę w szkole podstawowej i w szkole magii, ale mama powiedziała, żebym się nie martwiła. U panny Preston zajęcia miały się odbywać tylko w weekendy, więc w tygodniu powinnam znaleźć czas na normalną podstawówkę. Uspokoiła mnie tym trochę, ale z drugiej strony trochę przerażał mnie brak wolnego czasu. Jednakże stwierdziłam, że wszystko okaże się już wkrótce, teraz najważniejsze były dla mnie przygotowania związane z gromadzeniem pomocy szkolnych, garderobą czy podręcznikami.
Najważniejsze, co musiałyśmy zrobić, to zorganizować moją wyprawkę. Czarownice nie noszą przecież plecaków, nie używają długopisów ani nie chodzą na zajęcia w dżinsach. Oczywiście dowiedziałam się tego dopiero od mamy, wydawało mi się wcześniej, że szkoła magii nie różni się zbytnio od szkoły zwykłej, ale jak się okazało, myliłam się trochę.
Wreszcie nadszedł moment na kompletowanie rzeczy.
– Dzisiaj przygotujemy twoją wyprawkę – oznajmiła mama pewnego niedzielnego poranka, a ja skakałam z radości.
– Ale dzisiaj sklepy są zamknięte – przypomniałam sobie szybko, mama wskazała jednak laptopa, przy którym usiadła.
– W dobie Internetu sprawa jest znacznie prostsza niż kiedyś. – Uśmiechnęła się i wpisała adres sklepiku, znany tylko czarodziejom.
Patrzyłam na nią zafascynowana, niecierpliwie czekając, co chce mi pokazać.
– Ta strona zabezpieczona jest specjalnymi magicznymi zaklęciami – powiedziała mama, kiedy uruchomiła się witryna. – Więc zwykły śmiertelnik nigdy na nią nie trafi – dodała, a moim oczom ukazało się cudne logo firmy Czarownicy, to coś dla was. Stronka była przepiękna, pełna kolorów, migoczących, zdobionych czcionek różnej wielkości, z wyskakującymi zakładkami, na których można było odczytać, czego należy tam szukać: przedmioty magiczne, księgi, przepisy na eliksiry i mikstury, miotły itp. Każdy z napisów tworzyły piękne litery układające się w zawijasy, których absolutnie nie umiałabym skopiować, no ale muszę się przyznać, talent plastyczny nigdy się u mnie jakoś szczególnie nie rozwinął. Nie lubiłam też malować czy rysować, a na zajęcia plastyczne chodziłam z dużą niechęcią. Rodzice byli jednak zdania, że nie muszę być najlepsza we wszystkim, więc nie przejmowałam się jakoś szczególnie swoim beztalenciem. No i stronka przybierała taki kolor, o jakim sobie w danym momencie pomyślałam. Odkryłam to przez przypadek i skakałam po różnych barwach, by sprawdzić, czy faktycznie zdoła trafić w to, co sobie wykoncypowałam.
– Ależ to jest fajne! – wykrzyknęłam podekscytowana do mamy.
– Ja widzę jeden kolor – odparła moja rodzicielka – ale znam jej właściwości. Głowa by mnie rozbolała od ciągłych zmian, więc pamiętam o tym, by myśleć o jednym kolorze. Zwłaszcza że często z niej korzystam, bo w tym sklepie możesz kupić naprawdę wszystko, nie tylko rzeczy do szkoły.
– Wszystko? To co na przykład?
– No wiesz, zioła, kociołki, mapy, czegokolwiek czarodziej potrzebuje, to znajdzie w tym sklepie. Jak będziesz starsza, to sama się o tym przekonasz. No ale skupmy się na naszych zakupach. Najważniejsze to dobrze zaopatrzyć się na początek. Panna Preston nie lubi uczniów nieprzygotowanych, więc jeżeli czegoś ci zabraknie na lekcjach, to może się denerwować. Masz, kochanie, tę listę?
Oczywiście, że miałam. Jak tylko ją dostałam, to zaglądałam do niej codziennie, aż kartka wyglądała, jakby ją ktoś przeżuł. Tak naprawdę to znałam ją na pamięć, ale posłusznie rozłożyłam ją po raz kolejny. Kiwnęłam głową, więc mama weszła w zakładkę „wyprawka szkolna” i zaczęła wrzucać do wirtualnego koszyka wszystkie potrzebne przedmioty. Kurczę, jakie to było proste. Ja tylko od czasu do czasu podpowiadałam jej, jaki kolor lubię albo jaki kształt naczyń magicznych czy słoiczków przeznaczonych do przechowywani magicznych eliksirów podoba mi się najbardziej.
Worek dla czarownicy wybrałyśmy taki piękny, kolorowy, z fikuśnymi sznureczkami i frędzelkami, w końcu jako dziewczynka lubiłam ozdoby. Do tego dorzuciłam parę gęsich piór do pisania, atrament w różnych kolorach, kałamarze, różnego rodzaju małe woreczki i słoiczki do przetrzymywania ziół, bruliony do zapisywania zaklęć i robienia notatek, flakoniki na mikstury, no i książki rekomendowane przez szkołę panny Preston. Podręczniki także były wyszczególnione na liście. Sprawdziłam, czy rzeczywiście mama wrzuciła do koszyka Przegląd zwierząt magicznych, Historię czarodziejów z Północy i z Południa, Jak uwarzyć czarowne napoje i mikstury, Pierwsi czarodzieje i czarodziejki i jeszcze kilka innych, zapisanych w starodawnym języku magów. Na sam koniec zostawiłyśmy sobie różdżkę. Dopóki nie znalazła właściciela, była normalnym kijkiem, ładnie przyozdobionym i wyprofilowanym. Dopiero kiedy trafiła w ręce czarodzieja, stawała się jakby jego przedłużeniem i nikt inny nie mógł jej użyć, chyba że na prośbę albo za jego zgodą.
– Został nam jeszcze strój szkolny – powiedziała mama z powagą w głosie. – Strój czarodziejki jest niezbędny, dzięki niemu poczujesz jedność z pozostałymi czarownicami i czarodziejami. Noś go dumnie, zakładaj nie tylko na specjalne okazje, ale także na co dzień, kochanie. Nauczyciele to docenią.
Skinęłam głową, udając, że rozumiem, dlaczego strój jest taki ważny i zaczęłyśmy przeglądać propozycje w sklepie. Ależ oni mieli wybór! Nie mogłam się zdecydować, przebierając w różnych stylistykach.
Każda młoda czarownica powinna mieć długą szatę w stonowanym kolorze, najlepiej w szarym albo brązie, prostą i skromną. To powinno zdecydowanie ograniczyć wybór, jednak nie w tym sklepie. Okazało się, że jest tu mnóstwo różnych fasonów do wyboru, a od zróżnicowania odcieni szarości, brązu czy czerni aż kręciło się w głowie. W końcu znalazłyśmy całkiem ładną szatę odpowiadającą wymogom szkoły. I od razu mama wrzuciła do koszyka trzy wersje.
– Pod nią zakładasz już, co chcesz – dodała, co mnie ucieszyło, bo nikt nie chce paradować w samym worku, nie oszukujmy się. Odetchnęłam więc z ulgą, że będę mogła nosić swoją ulubioną garderobę, do której należały ukochane dżinsy i podkoszulek.
– No i nakrycie głowy, zaraz coś dopasujemy – oznajmiła moja rodzicielka, a ja widziałam jej radość z naszych wirtualnych zakupów, więc pozwoliłam jej dobrać kapelusz pasujący do wizerunku małej czarownicy. Mnie nakrycie głowy było zupełnie obojętne, zwłaszcza że lubiłam, jak moje długie blond włosy powiewały rozpuszczone, ewentualnie zaplecione w warkocz. Nieskromnie uważałam, że są naprawdę ładne i dbałam o nie, codziennie je wyczesując po pół godziny i nakładając różnego rodzaju maski i odżywki, by lśniły i błyszczały. Nie malowałam się, nie używałam zbyt często kremów ani balsamów na poprawienie wyglądu skóry twarzy czy ciała, ale na włosy zawsze miałam czas. Od razu postanowiłam, że nie będę tego nakrycia głowy zakładać, jeżeli nie będzie to konieczne.
– Kurier wieczorem wszystko dostarczy – powiedziała mama na sam koniec, wciskając przycisk „dostarcz” i zamknęła laptopa.
Podziękowałam jej bardzo za pomoc i pobiegłam do swojego pokoju, żeby sobie coś poczytać i odwrócić myśli od rozpoczęcia roku szkolnego. Nawet mi się to udało, bo zrobiło się już ciemno na dworze, nastał wieczór, a ja usłyszałam wołającą mamę:
– Henriette, paczka przyszła! Twoja wyprawka dotarła, chcesz zobaczyć?
– Dziwne – pomyślałam schodząc, bo nie słyszałam dzwonka do drzwi, ale posłusznie zeszłam do salonu. Często, kiedy czytałam, odpływałam w inny świat, tracąc kontakt z rzeczywistością.
– Wszystko jest w kominku – powiedziała mama.
Faktycznie leżała w nim paczka. A ja doznałam olśnienia i przypomniałam sobie, że przecież przesyłki kurierskie dla czarodziei odbywały się przez kominki. Rodzice jednak z reguły korzystali ze standardowych firm, więc zwykle były dostarczane albo pod drzwi, albo do paczkomatów. Jednak wiedziałam, że każdy czarodziej powinien mieć kominek w domu, a więc i u nas takowy się znajdował. Tata lubił w nim rozpalać ogień w chłodniejsze wieczory i wtedy siadywaliśmy wspólnie w salonie, grając w karty czy w scrabble, grę, którą uwielbialiśmy. Kiedy zobaczyłam ten pakunek, to od razu pomyślałam sobie, że dobrze, że nikt nie rozpalił ognia, bo byłoby po mojej wyprawce.
Uradowana zabrałam paczkę do swojego pokoju i do późnego wieczora przeglądałam rzeczy. Wszystko mi się podobało. Nawet szata założona na koszulkę i dżinsy prezentowała się wytwornie. Dzięki niej poczułam się jak prawdziwa czarownica. Jedynie ten kapelusz kiepsko wypadł w mojej ocenie, ale wiedziałam, że będę go musiała zakładać tylko przy wyjątkowych uroczystościach, więc było to do przeżycia.
W końcu się umyłam, założyłam piżamę i zasnęłam, myśląc o tym, jak bardzo nie mogę się doczekać kolejnej soboty. Śniłam, że zapomniałam swoich rzeczy i wszyscy w szkole się ze mnie śmiali, ale nawet ten koszmar nie przeraził mnie zbytnio i nie zmniejszył mojej radości. Odliczałam dni do wielkiego wydarzenia.
Rozdział 2
Nadszedł wreszcie długo wyczekiwany moment. Obudziłam się rankiem, spojrzałam na zegar wiszący nad łóżkiem, a że był magiczny, to wskazówki same się układały codziennie na właściwej dacie. I zobaczyłam, że wskazują właśnie dwudziesty trzeci września. Wyskoczyłam więc z łóżka i pobiegłam do łazienki, by się jak najlepiej przygotować na ten pierwszy dzień. Muszę przyznać, że cały tydzień minął mi niesamowicie szybko i właściwie nie pamiętałam, co robiłam. Nie mogłam się skupić, lekcje w mojej ludzkiej szkole podstawowej wydawały mi się nudne, mało istotne. Miało to oczywiście swoje odzwierciedlenie w złapaniu kilku niezbyt dobrych ocen, ale nie przejmowałam się tym jakoś szczególnie. Może i nie przepadałam za gorszymi stopniami, ale wyjątkowo usprawiedliwiałam się sama przed sobą. I obiecywałam, że w szkole panny Preston będę najpilniejszą uczennicą i nie zapomnę o żadnym zadaniu domowym.
Sobotni poranek zaczęłam z lekkim bólem brzucha, bo jednak stres był, ale też szybko sobie z nim poradziłam, wyobrażając sobie, że zostaję słynną czarodziejką. Zjadłam śniadanie i mama oznajmiła, że ruszamy na rozpoczęcie roku szkolnego. Założyłam więc strój galowy, czyli długą, granatową i bardzo nudną szatę, bez żadnych ozdób. Włosy splotłam w dwa warkocze, przewiązałam ich końcówki czerwonymi wstążkami, wcisnęłam kapelusz na głowę i zarzuciłam na plecy worek ze swoimi przyborami i ciuchami na zmianę. Ponieważ nasze worki były magiczne, to bez względu na rozmiar wszystko można było w nich upchać. Miałam więc na plecach cały ekwipunek potrzebny na weekend i nie czułam żadnego ciężaru.
– Moja mała córeczka – wyszeptał wzruszony tata, który wyszedł ze swojego gabinetu, by mnie pożegnać. – Tak się cieszę, kochanie, że zaczniesz naukę magii. Pojechałbym z wami, ale… muszę skończyć książkę – dodał głosem przepełnionym wyrzutami sumienia.
Ojciec był znanym pisarzem. Całymi dniami, a czasami i nocami przesiadywał w swoim gabinecie i tworzył. Ludzie i czarodzieje go uwielbiali. Zwłaszcza że tworzył i dla jednych, i dla drugich. Zawsze zastanawiałam się, jak mu się nie myli takie pisanie, ale radził sobie całkiem nieźle, przede wszystkim dlatego, że matka nad nim czuwała. To ona była bardziej poukładana z nich dwojga.
Uśmiechnęłam się do ojca i pozwoliłam się przytulić.
– Pisz, tato, spokojnie, wrócę, to wszystko ci opowiem.
Usiadłyśmy na miotle, po czym mama ustawiła w nawigacji właściwy adres i wystrzeliłyśmy w niebo. Mama musiała oczywiście wcześniej rzucić zaklęcie, żeby przypadkiem nie zauważyli nas sąsiedzi. W końcu mieszkaliśmy w Paryżu, w zwyczajnej dzielnicy, więc trzeba było o tym pamiętać przed taką nietypową podróżą.
Ponieważ miotły były naprawdę szybkie, już po jakichś dwudziestu minutach dostrzegłam piękny zamek. Usytuowany na wzgórzu, był jakby schowany we mgle, która oczywiście miała właściwości zabezpieczające przed niepożądanym wzrokiem. Żaden zwykły śmiertelnik nie mógł go zauważyć. Tylko nieliczni, ci bardziej wrażliwi na naturę, wyczuwali „coś”, ale nie byli w stanie nic zobaczyć. Zamczysko okalał pas zieleni, który tworzyły liczne drzewa rosnące na wzgórzu, dodatkowo otoczony był wodą, która miała utrudniać dostanie się do warowni niepożądanych gości. Krasnoludy, wielkoludy, złośliwe irlandzkie skrzaty czy czarodzieje parający się czarną magią, zawsze jakiś zły się znalazł, chętny na przejęcie szkoły i poznanie jej sekretów. Bo według krążących opowieści, w zakamarkach budynku zostało ukrytych mnóstwo tajemnic dotyczących świata magii i świata śmiertelników. Dlatego nikt niepowołany nie powinien dostać się do wnętrza, więc magiczne zabezpieczenia ciągle sprawdzano i ulepszano. Wierzyliśmy, że chronią one szkołę i przez stulecia faktycznie nikt jej nie zdobył, pomimo licznych prób.
– Jesteśmy na miejscu – powiedziała mama, zgrabnie parkując na placu dla mioteł, znajdującym się zaraz przed okazałym budynkiem.
Mama była zdecydowanie lepszym kierowcą niż tata. Zarówno jeżeli chodziło o miotłę, jak i o samochód. Była dokładniejsza, z gracją potrafiła lądować, a jak prowadziła auto, to pozostawała skupiona i dostosowywała się do warunków i tempa innych użytkowników drogi. Tata zaś lubił szarżować, wyprzedzać inne pojazdy, denerwował się na innych kierowców i zdarzało mu się używać brzydkich słów. A miotła też nie słuchała go tak, jak powinna. Jakby wyczuwała jego nerwowość.
Cieszyłam się więc, że to mama mnie przywiozła. Miałam jeden stres z głowy.
Rozejrzałam się z zaciekawieniem, a wszystko wokół mnie wydawało się takie piękne! Nawet parking dla mioteł połyskiwał kolorową kostką, a jej nierówne ułożenie powodowało wrażenie lekkiego chaosu, ale dawało też poczucie luzu, który był potrzebny takiej młodej uczennicy jak ja, więc od razu uśmiechnęłam się, dotknąwszy niezwykłego bruku. I usłyszałam, jak kamienie pod moimi stopami lekko grają. Nie dane mi było jednak wysłuchiwać się w ich melodię za długo, bo ciekawość sprawiła, że uniosłam wzrok. Obiecałam sobie, że posłucham ich kiedy indziej.
Moja uwaga skupiła się na najbliższym otoczeniu. Przede mną rozwijała się krótka alejka, wzdłuż której rosły nieznane mi krzewy z kwiatami przypominającymi róże, ale mającymi wielobarwne płatki. Na końcu dróżki znajdował się budynek z czerwonej cegły, wysoki, z ogromnymi oknami, obrośnięty zielonym bluszczem. Ta zieleń zaglądała do okien, okalała główne drzwi i falowała zachęcająco, wydając przy tych delikatnych ruchach dźwięki, które wraz z tymi unoszącymi się nad parkingiem, tworzyły ciekawą melodię. Na tle zieleni wyróżniał się duży, wykonany na żółtej tablicy czarny napis: Szkoła Magii Panny Preston. Drzwi zaś były ogromne, musiały mieć ze trzy metry wysokości, zastanawiałam się, czy dam radę je otworzyć, bo nigdzie nie widziałam klamki. Zbliżyłam się do budynku, trzymając mamę za rękę. Dość dawno już tego nie robiłam, ale poczułam się pewniej, kiedy mnie uścisnęła, więc jej nie puściłam.
Alejka wybrukowana była również na kolorowo i przy każdym kroku dochodziły do mnie dźwięki, a miałam nawet wrażenie, że i pojedyncze słowa. Udało mi się rozróżnić auć, uważaj,ciamajda, a nawet chyba i patrz, jak chodzisz. Starałam się więc stąpać ostrożnie po tych kamieniach i zastanawiałam, czemu nie można nad nimi przelecieć na miotle, skoro zwykłe chodzenie tak im przeszkadzało. Po lewej stronie szkoły znajdował się park, bo dostrzegłam wiele ławek i foteli ukrytych wśród zieleni i różanych krzewów, zachęcały do odpoczynku i kontemplacji. Zresztą gdzieniegdzie zajmowały je jakieś uczennice, które chichotały, spoglądając z zaciekawieniem na alejkę i na parking, gdzie pojawiało się coraz więcej pierwszaków takich jak ja. Łatwo nas było rozpoznać. Byliśmy zagubieni, odrobinę przestraszeni, ale rozglądaliśmy się po okolicy z ogromną ciekawością, chłonąc obrazy i dźwięki. Z oddali dochodziły głosy zwierząt. Nie widziałam ich, więc trudno mi było zidentyfikować gatunek. Pomimo strachu przed tym, co mnie czeka, czułam jakiś taki wewnętrzny spokój. Tak jakby z murów szkoły i otaczającego ją parku płynęło ukojenie, sprawiające, że człowiek czuł radość, mogąc przebywać w tym miejscu. Nawet przystanęłam na chwilkę, kontemplując z zachwytem park, budynek szkoły i upajając się docierającymi do mnie zapachami i dźwiękami. Mama musiała mnie lekko pociągnąć, żebym wreszcie się ruszyła, a ja zauważyłam, że pojawia się coraz więcej osób na parkingu miotłowym. Niektóre starsze czarownice przylatywały bez rodziców, ale jak zapowiedziała mi mama, było to możliwe dopiero od szesnastego roku. Przez pierwsze dwa lata jakiś dorosły zawsze miał mi towarzyszyć w podróży, zawożąc w soboty rano i odbierając w niedziele wieczorem. Nie mogłam się więc doczekać, kiedy będę mogła samodzielnie latać do szkoły. To prawie był znak wkraczania w dorosłość. Prawo jazdy na miotłę. Oczywiście wiedziałam, że będę musiała jeszcze zdać egzamin, ale czułam, że odziedziczyłam talent do miotły po mamie i absolutnie się tego nie obawiałam. Raczej tego, że tata zechce mnie uczyć, co mogłoby się okazać prawdziwą katastrofą. Nie umiałabym mu odmówić, ale znając jego umiejętności, zapewne w trakcie tej nauki na pewno poobijałabym się bardzo, dodatkowo przejmując od niego negatywne nawyki.
Nie będę też ukrywać, że trochę mnie to nocowanie weekendowe w szkole przerażało, ale nie przyznawałam się do tego nikomu. Owszem, zdarzało mi się spać poza domem, ale zawsze były to wakacje czy wyjazdy wspólnie z rodzicami, samej nigdzie mnie jeszcze na noc nie wysyłali. Nie miałam też na tyle dobrych koleżanek w świecie ludzi, żeby urządzać sobie piżama party, chociaż wiedziałam, że moje znajome ze szkoły w Paryżu często takie wieczorne zabawy organizują. Początkowo nawet mnie zapraszano, ale zawsze odmawiałam. Bałam się, że się zachowam jakoś niewłaściwie i wyda się moja tajemnica. Mogłam na przykład zacząć unosić się we śnie w powietrzu, co często mi się zdarzało, zwłaszcza kiedy miałam jakiś ekscytujący sen albo zapomniałabym użyć rąk przy myciu zębów. Więc na nocki nie chodziłam i sama też nie czułam potrzeby organizowania podobnych imprez.
Kiedy podeszłyśmy do budynku, ogromne drzwi wejściowe same się otworzyły i usłyszałam miły głosik:
– Witamy, witamy – krzyczała od progu zabawnie wyglądająca, lekko pulchna i niska kobieta. Miała całkiem przyjemną twarz, której nawet nie szpecił haczykowaty nos, wręcz przeciwnie, dodawał jej uroku. Nosiła długą, czerwoną szatę, a na głowie czarny, spiczasty kapelusz. Była jednak na tyle niziutka, że właściwie ginęła przy tych ogromnych wierzejach bez klamki. Potem, jak już zostałam wpisana na listę, otwierały się same, ale tylko przed uczniami i nauczycielami szkoły. Obcy nie mieli do niej wstępu i drzwi bardzo tego pilnowały.
– Pierwszaki na lewo, pozostali na prawo – mówiła do każdego nowo przybyłego, kierując go do wspólnej sali. Poszłam z mamą we wskazanym kierunku. I faktycznie po jednej stronie siedziało kilka wystraszonych dziewczynek. Niektóre przyklejały się do boku rodzica, inne nerwowo się rozglądały. Wydawało mi się, że nawet dostrzegłam u paru osób łzy.
Szukając miejsca, mama co jakiś czas zamieniała z kimś parę słów albo uśmiechała się do niektórych czarodziei. Ja, choć zestresowana, próbowałam przybierać obojętny wyraz twarzy. Nie byłam przekonana jednak, czy dobrze mi to wychodziło, bo odnosiłam wrażenie, że i tak niektórzy patrzą się na mnie z lekkim i niekoniecznie miłym uśmieszkiem.
Po prawej stronie sali siedziało zdecydowanie więcej uczennic. Niektórym towarzyszyli jeszcze rodzice, jednak wiele z nich przybyło na rozpoczęcie roku samodzielnie. U tych dziewczynek nie widziałam żadnej niepewności. Wszystkie uśmiechnięte, zrelaksowane, widać, że czekały z niecierpliwością na rozpoczęcie lekcji. To właśnie była różnica pomiędzy zwyczajną a magiczną szkołą. W tej pierwszej miałam kolegów i koleżanki, natomiast tutaj kształcenie odbywało się osobno dla dziewcząt i chłopców. Nie przeszkadzało mi, że będę mieć tylko koleżanki czarownice, wiedziałam, że możemy się spotykać z uczniami z pobliskiej męskiej szkoły.
Zajęłyśmy wreszcie miejsca i zobaczyłam, że na podium wchodzi kobieta. Była piękna, wysoka i emanowała aurą serdeczności, od razu poczułam spokój. Nosiła długą szatę w kolorze głębokiej zieleni, zakończoną piękną białą koronką, a płomiennorude loki niesfornie wysuwały jej się spod czarnego kapelusza. Miała je zresztą rozpuszczone, co mnie zaskoczyło, bo wydawało mi się, że nauczycielki powinny mieć włosy upięte w jakiś skromny kok czy splecione w ciasne warkocze. Wpatrywałam się w nią z ogromnym zachwytem. Nie potrafiłabym powiedzieć, ile ma lat, ale nie przeszkadzało mi to zupełnie. Czułam, że nie będę się przy niej nudzić i to było dla mnie najważniejsze.
– Witajcie, moi drodzy – odezwała się wreszcie donośnym głosem kobieta. – Ogłaszam uroczyście rozpoczęcie nowego roku szkolnego! Nie bójcie się, każdy weekend będzie magiczny, przepełniony nie tylko nauką, ale też odrobiną zabawy i radości. – I gdy tak mówiła, to z każdym jej słowem strach ze mnie ulatywał. Zaczynałam wierzyć, że to naprawdę będzie cudowna przygoda, wsłuchiwałam się więc w jej przemowę jak urzeczona. – Nazywam się Priscilla Preston i mam ogromny zaszczyt być dyrektorką tej cudownej szkoły, pozwólcie jednak, że zanim powiem coś o sobie, to najpierw przedstawię naszą kadrę nauczycielską. Oczywiście drugo- i trzecioklasistki świetnie znają swoich nauczycieli, ale pierwszakom przyda się wyjaśnienie, kogo będą widywać na szkolnych korytarzach i z kim będą mieć zajęcia.
I panna Preston zaczęła prezentację nauczycieli.
– Proszę państwa, moje drogie uczennice, oto pan Nizioł. Będzie on uczył nasze młode czarownice historii magicznych stworzeń, takich jak elfy, skrzaty, smoki i jednorożce i wielu innych, których nie sposób w tej chwili wymienić. Jak państwo wiecie, mamy to szczęście, że większość z nich przebywa w lasach i ogrodach naszej irlandzkiej szkoły. Ewentualnie w lesie szkoły maga Beniamina, jednak oni mają zdecydowanie mniej okazów, którymi się opiekują. Klimat panujący w Islandii nie sprzyja wszystkim stworzeniom, a nasz irlandzki owszem. Zwierzęta były zbierane przez wieki przez naszych przodków, by uchronić je od zła wynikłego z ludzkiego niezrozumienia ich natury, ale o tym więcej poopowiada już profesor w czasie swoich lekcji. Profesorze, proszę się nam pokazać!
Wspomniany nauczyciel wstał i lekko ukłonił się wszystkim. Wydawał się sympatyczny. Ani szczupły, ani gruby, ubrany w niebieską szatę, która na pierwszy rzut oka wydawała się ciut za krótka, bo spod niej wystawały kolorowe skarpetki i śmieszne buty z kokardką na czubku. Cerę miał lekko czerwonawą, małą brodawkę na nosie, ale uśmiechem nadrabiał wszelkie niedoskonałości wyglądu. Miałam ochotę jak najszybciej rozpocząć z nim lekcje. I im dłużej się w niego wpatrywałam, tym mniejsza wydawała się ta szpecąca brodawka na nosie, po paru minutach miałam wrażenie, że zniknęła całkowicie, ale kiedy próbowałam rozwikłać tę zagadkę, wstał kolejny nauczyciel i to on, a właściwie ona, przykuła mój wzrok.
– A oto – kontynuowała pani dyrektor – pani Zielnik, która będzie wprowadzać was w tajniki zielarstwa.
Spojrzałam w kierunku wskazywanym przez pannę Preston.
Nauczycielka była dość wysoka, ubrana cała na biało, z wyjątkiem czerwonych bucików, które idealnie uzupełniały jej garderobę, sugerując osobę otwartą i zabawną. Uśmiechała się do nas, bacznie jednak lustrując każdą z uczennic. Jako jedyna nie miała na głowie kapelusza, tylko wianek założony na długie, bo sięgające aż do ziemi włosy. Wyglądała jak jakaś nimfa albo boginka, których portrety często widywałam w muzeach odwiedzanych wraz z rodzicami, zarówno tych ludzkich, jak i tych muzeach prowadzonych przez czarodziei. Jednakże jej spojrzenie było surowe, przeczuwałam więc, że może być bardzo wymagająca.
– Panna Mikseliks – ciągnęła dyrektorka – pokaże wam, jak tworzyć mikstury i eliksiry. I to właśnie ona poprowadzi zajęcia, na których zgłębicie wszelkie tajemnice roślin.
Nie zauważyłam żadnego wstającego nauczyciela, więc się lekko zdziwiłam. Nagle jakaś postać wskoczyła na stół. Była to niziutka kobieta, okrąglutka, z zawadiackim kapeluszem przysłaniającym jej twarz i długą, szarą szatą zakrywającą nawet jej stopy. Nie było widać butów, za to włosy, zaplecione w gruby warkocz, sięgały prawie do podłogi. Ukłoniła się zgrabnie i odezwała:
– Może i jestem mała, ale znam się na mieszaniu, jak mało kto!
Głos miała donośny, zupełnie nie pasował do jej postury, ale czułam, że ją bardzo polubię.
– Pan Magizok – wskazała dyrektorka kolejnego nauczyciela – nauczy was przemiany w zwierzęta i inne stwory, czyli będziecie mieć z nim zajęcia z transmutacji, a ja zajmę się waszą ogólną edukacją magiczną! Razem zgłębimy historię magii, wprowadzenie do językoznawstwa magicznego i podstawy czarowiny. I gwarantuję wam, że nie będziecie się nudzić z żadnym z nauczycieli.
Wiedziałam, że czarowina to starożytny język, którym posługiwali się kiedyś czarownicy na całym świecie, nie sądziłam jednak, że ktoś go jeszcze naucza. Obiecałam sobie, że zapytam o to mamę, na razie jednak skupiłam się na nauczycielu od stworzeń magicznych. Nie wiem dlaczego, ale to on ze wszystkich nauczycieli najbardziej przyciągał mój wzrok, no i, jak udało mi się zauważyć, wielu uczennic i mam. Pan Magizok był przystojnym czarodziejem. Miał lekko kręcone czarne włosy, smukłą sylwetkę i niezwykle ciemne oczy. Oprócz urody wydawał się też bardzo sympatyczny. Biła od niego taka szczerość, no i zdecydowanie górował nad pozostałymi nauczycielami wzrostem. Od razu zaczęłam się zastanawiać, jak taki wielkolud może zmienić się w malutką myszkę czy mrówkę. Postanowiłam, że na pewno go o to zapytam. Byłam też bardzo ciekawa, co się kryje pod hasłem „ogólna edukacja magiczna”, ale musiałam wytrzymać do pierwszej lekcji, żeby zaspokoić ciekawość. Nie znalazłam w sobie odwagi, by zapytać pani dyrektor o to na auli, na której zgromadzone było tak wiele osób.
– Mamy obecnie trzy pomieszczenia osobne dla każdego rocznika – kontynuowała pani dyrektor. – Żebyście się lepiej czuły, sale podzielono na dwuosobowe pokoje. Każda dostanie również szafkę na swoje osobiste rzeczy. Ale wszystko wam zaraz pokażemy. Pożegnajcie teraz rodziców, powinniście już zostać same, a oni niech wracają do swoich obowiązków. Nie martwice się, dzisiaj uczyć się nie będziecie! – dodała wesoło. – Daję wam czas na zapoznanie się ze szkołą i z koleżankami, dlatego pierwsze zajęcia odbędą się dopiero po obiedzie, poznamy się na nich wzajemnie, poopowiadacie o sobie, swoich planach i marzeniach. A od jutra czeka nas już prawdziwa nauka. Pamiętajcie, że należy się przykładać do nauki, niestety, na magię mamy tylko dwa dni…
Usłyszałam w jej głosie nutkę zawodu, ale zaraz panna Preston uśmiechnęła się ponownie i dokończyła swoje wystąpienie:
– Jeszcze raz witam was serdecznie w murach naszej szkoły, a za chwilkę wasze opiekunki zajmą się wami.
Pożegnałam się z mamą i stanęłam w korytarzu z innymi dziewczynkami. Byłam tak oszołomiona tymi wiadomościami, że aż podskoczyłam lekko przestraszona, kiedy usłyszałam cieniutki głosik:
– Witaj, jestem Elfirka.
Zaraz się jednak uspokoiłam, bo ujrzałam malutką elfią panienkę, uśmiechającą się do mnie. Była wielkości mojej ulubionej lalki Barbie i wyglądała jak człowiek. Jedynie jej posrebrzane, nieustannie trzepoczące skrzydełka i lekko odstające uszy wskazywały, że jest elfem.
Zaraz też wyjaśniła, dlaczego tak wiele elfich panienek fruwa w korytarzu, szukając swoich podopiecznych.
Okazało się, że w pierwszej klasie każda uczennica dostaje elfiego opiekuna.
Jego zadaniem jest pilnowanie, by dziewczęta trafiły na właściwe zajęcia, miały ze sobą potrzebne przybory, no i nie zgubiły się w korytarzach ogromnej szkoły. A przede wszystkim, żeby nie wchodziły do pomieszczeń zakazanych, a takich też znajdowało się kilka w budynku, czego również dowiedziałam się od mojej towarzyszki.
Otarłam szybko łezkę, która pojawiła się w oku przy pożegnaniu z mamą i podążyłam za Elfirką do dość sporej kolejki dziewcząt. Czekałyśmy wszystkie na przydział pokoju. To również wyjaśniła mi elfia panienka.
Odebrałam swój numerek – piętnaście – i pokazałam Elfirce.
– Chodź, Han, za mną – powiedziała i poleciała w kierunku najbliższych schodów.
Jaka Han?, pomyślałam, ale nie zapytałam mojej przewodniczki, o co chodzi, tylko grzecznie za nią podreptałam. Weszłyśmy na pierwsze piętro lekko skrzypiącymi schodami. I znowu miałam wrażenie, że dochodzą mnie jakieś ich szepty, dlatego starałam się stawiać stopy delikatnie, by nie być dla nich ciężarem ani ich nie uszkodzić.
– Na tym piętrze są wszystkie trzy sypialnie. Na samej górze znajdują się pokoje nauczycieli. Każda klasa ma swoją salę, w której znajdują się mniejsze, dwuosobowe pokoiki. Oczywiście możecie się odwiedzać wzajemnie, jeżeli ktoś będzie miał ochotę zamieszkać w innej sypialni, też nie robimy problemu. Zdarza się tak czasami przy siostrach czy kuzynkach, że chcą mieć wspólny pokój. Wszystko po prostu trzeba zgłosić do mnie lub do panny Amelii – powiedziała moja mała towarzyszka, a ja już chciałam spytać, kim jest owa panna Amelia, ale się wstydziłam. Podejrzewałam jednak, że mogła to być ta sympatyczna pulchna kobieta, która witała nas przy wejściu do szkoły.
– Tutaj, za zielonymi drzwiami śpią trzecioklasistki. – Elfirka wskazała drzwi ozdobione malutkimi rzeźbami różnych kwiatów i wyglądały niczym łąka.
– Dziewczęta z tej sypialni nazywane są „Kwiatynkami”. A tuż obok – wskazała drzwi koloru niebieskiego – znajduje się sypialnia drugoklasistek.
Tym razem drzwi ozdobiono pięknymi, rzeźbionymi motylkami.
– To „Motylki”. – Usłyszałam, aczkolwiek zdążyłam się już domyślić, że to będzie taka właśnie nazwa.
Stanęłyśmy wreszcie przed drzwiami z napisem „Sypialnie Skrzatynek”, żółte niczym słońce, a na ich powierzchni znajdowało się mnóstwo malutkich, rzeźbionych skrzatów. Każda z tych rzeźb była inna, a całość wyglądała niesamowicie.
– Oczywiście ta sypialnia będzie ci służyć przez kolejne lata, więc zapraszam, moja droga, do środka. Przez cały czas trwania nauki nie zmieniacie dormitorium. I jak wspominałam, na górze są kwatery nauczycieli, ale nie wolno wam tam wchodzić, chyba że dostaniecie specjalne zaproszenie. Nie ma co próbować ich zwiedzać na własną rękę, bo nikt was nie wpuści – zakończyła tajemniczo, ale nie drążyłam, dlaczego tak jest, skupiłam się na swoim pokoiku.
Zerknęłam na Elfirkę i lekko pchnęłam drzwi. Sypialnia okazała się dużym pomieszczeniem z wydzielonymi pokoikami, oznaczonymi dwoma numerami. Natomiast w części wspólnej znalazło się parę foteli, trochę wygodnych kanap, poduszek porozrzucanych po podłodze, regały z książkami i dwa duże kominki. Nigdzie nie zlokalizowałam telewizora, ale to nie powinno mnie chyba dziwić. No bo na co komu telewizor w magicznej szkole? Sama zresztą niewiele oglądałam telewizji, byłam dzieckiem od małego otoczonym książkami, więc każdą wolną chwilę wolałam spędzać na czytaniu niż oglądaniu seriali czy filmów. Chociaż nawet czarodzieje mieli swoje wytwórnie i kręcili filmy, które można było oglądać w kinach tylko dla czarodziei lub na kanałach przeznaczonych dla nas.
– To jest Han – powiedziała Elfirka do zgromadzonych już w głównym saloniku paru dziewczynek i ich opiekunek, i popchnęła mnie delikatnie w stronę wolnej pufy.
– Moje drogie – na środek wyleciała mała elfka ubrana w srebrną sukieneczkę – witamy w Skrzatynce. Jak widzicie, nasza sypialnia ma salonik i małe pokoiki, gdzie będziecie nocować. Poszukajcie swoich numerków na drzwiach i wchodźcie śmiało. Jeszcze jedno, każda z nas, elfich opiekunek, nadała swoim podopiecznym imiona, taki mamy zwyczaj, że tutaj posługujemy się wyłącznie magicznymi, najczęściej są to skróty waszych prawdziwych imion, więc nie musicie się obawiać, że któraś z was nie zapamięta tego nowego – skończyła przemowę, ukłoniła się i zniknęła.
Zerkałam nieśmiało po twarzach nowych koleżanek. Każda z nas powoli podnosiła się ze swoich siedzeń. Podeszłam do pokoiku z widniejącą piętnastką i trzynastką na drzwiach. Siedziała w nim już jakaś dziewczyna. Z lekką obawą weszłam do środka. Ale uśmiech mojej współlokatorki ośmielił mnie i sprawił, że poczułam się prawie jak w domu.
– Cześć, jestem Henriette, to znaczy Han – przywitałam się, a ona podeszła i energicznie uścisnęła moją dłoń.
– A ja jestem Barbara, od dzisiaj Barbe – powiedziała. – I nie wiem, które wolisz łóżko, bo mnie to jest zupełnie obojętne, także wybierz to, które bardziej ci pasuje.
– Jasne, ale mnie też nie zależy na konkretnym łóżku. Ale lubię różowy, a jedno ma różową narzutę, więc może to?
– Pewnie, moja droga, akurat różowy nie jest moim ulubionym kolorem, chętnie wezmę to z zieloną narzutą. – Barbe wskazała łóżko, które miało być jej i usiadła na nim.
– Wygodny materac, a twój?
Skoczyłam na swoje łóżko i odbiłam się w górę.
– Wygląda na to, że też miękkie i wygodne. – Uśmiechnęłam się.
Przy każdym łóżku stały pięknie zdobione drewniane szafy, takie, które widywałam do tej pory jedynie na zamku ciotki Adelajdy, ale zachwyciłam się nimi od razu. W moim domu rodzice postawili na proste, białe meble kupowane w Ikea, popularnym sklepie dla ludzi i tata nawet czasami próbował sam je składać. Poddawał się dość szybko, twierdząc, że ludzkie instrukcje nie są precyzyjne i finalnie machnięciem różdżki powoływał do życia mebel. Raz nawet zamiast szafy stworzył stół do salonu, na szczęście mama szybko to zauważyła i naprawiła jego błąd.
Ułożyłyśmy z Barbe w szafkach rzeczy i nieśmiało zaczęłyśmy się wzajemnie obserwować, przy okazji rozglądając się z ciekawością po naszym małym królestwie. Było ono naprawdę przytulne. Pomieszczenie pomalowane na szary kolor, rozświetlały jasnofioletowe dodatki wokół okien i piękne namalowane wrzosy na jednej ze ścian. Jak się okazało, nasz pokoik był pokoikiem wrzosowym. Potem dowiedziałyśmy się o tulipanowym, pistacjowym, turkusowym, ananasowym i wielu innych, których nazw nie dane mi było zapamiętać w tym pierwszym dniu pobytu.
Każda z nas mówiła po francusku, językiem szkoły i oficjalnym językiem czarownic i czarodziei, który wyparł czarowinę jakieś trzysta lat temu. Nie wiedziałam czemu, ale postanowiłam się dowiedzieć, co sprawiło, że czarowiny przestano używać i zastąpioną ją francuskim.
– Ja jestem z Polski – powiedziała Barbe i faktycznie, chociaż jej francuski był prawie bezbłędny, to dało się w nim wyczuć akcent charakterystyczny dla krajów słowiańskich. Mówiła dość twardo, bez miękkiego „r”. Poza tym drobnym niuansem nie mogłam się przyczepić do jej znajomości języka.
– A ja… – chciałam zacząć, ale Barbe mi przerwała.
– Tak, wiem, jesteś Francuzką, słyszę to w sposobie mówienia. Aczkolwiek nie mam jeszcze na tyle wyczucia językowego, żeby wskazać dokładnie region, w którym mieszkasz, ale mam podejrzenia, że to Paryż.
Uśmiechnęłam się zaskoczona jej przenikliwością i zastanawiałam, co mogło mnie zdradzić, ale postanowiłam zapytać o to kiedy indziej. Na razie skupiłyśmy się na ogólnym poznawaniu siebie.
– Popatrz sobie na mnie, ciekawość to normalna sprawa. – Zaśmiała się Barbe i sama wnikliwie mnie obserwowała.
Moja towarzyszka była mniej więcej mojego wzrostu i podobnej budowy ciała. Nawet oczy miałyśmy w odcieniu zieleni, choć jej były mocno zielone, moje czasami wpadały w niebieski. Jedyną różnicę stanowiły nasze włosy. Ja miałam blond, natomiast Barbe była posiadaczką pięknych, kręconych, rudych włosów. Widać było, że próbowała je ujarzmić, związując w kucyk, nie udało jej się to jednak, bo sporo loków wysuwało się z tej fryzury, ale właścicielka nic sobie z tego nie robiła.
– No, bywa z nimi ciężko. – Śmiała się do mnie. – Ale ani kucyk, ani warkocz na długo nie działają, więc po prostu puszczam je luzem i wszyscy są zadowoleni. Daleko mi do twojego idealnie zaplecionego warkocza. Jak ty to robisz, że cały dzień są tak porządnie uczesane?
– Czasami też noszę rozpuszczone, to zależy od mojego nastroju. Ty za to nie musisz chodzić w okularach, ja noszę je od dziecka, ale w sumie lubię mieć coś na nosie. Zdradzę ci, że mam chyba z dziesięć par, ale wszystkie w innym kolorze i w innym kształcie.
– Super! Musimy nauczyć się jakiegoś zaklęcia, które będzie zmieniało oprawki. Będziesz mogła trochę zaoszczędzić. No i naprawdę świetnie ci w okularach!
Podziękowałam jej nieśmiało za ten komplement i zapytałam o jej elfią opiekunkę. Okazało się, że Barbe opiekowała się siostra Elfirki – Gwiazdirka, więc obie elfie panienki były bardzo szczęśliwie, jak zobaczyły, że mogą się często spotykać. Jak się nam potem zwierzyły, w czasie pracy w szkole nie mogły opuszczać swoich podopiecznych, a w tygodniu pomagały w opiece nad magicznymi zwierzętami, więc nie miały czasu dla siebie.
Spędziłyśmy razem miło czas na poznawaniu się wzajemnie. Barbe opowiadała trochę o Polsce, o małej wiosce Chłapowo, w której się urodziła i o pięknych plażach Bałtyku, po których uwielbiała spacerować. Nad morzem została jej ukochana babcia, a ona z rodzicami przeniosła się niedawno w okolice Krakowa.
Nazwa miejscowości, gdzie zamieszkała, była trudna do wypowiedzenia.
– Han, please, lepiej już nie ćwicz tego słowa, bo zaraz pęknę ze śmiechu.
– No dobrze, dobrze, ale kiedyś się nauczę – powiedziałam i pokazałam jej język. Przez ten niekontrolowany gest zrozumiałam, że czuję się przy niej swobodnie.
Barbe przyznała się, że nigdy nie jechała TGV, obiecałam więc sobie zaprosić ją do siebie i zorganizować przejażdżkę tym szybkim pociągiem.
Opowiadałam jej o życiu w Paryżu i trudnościach wynikających z liczby turystów napływających do miasta. Jej rodzice pracowali w tajemnym muzeum w Krakowie, które znajdowało się na Wawelu.
Oczywiście od świata niemagicznego oddzielało je magiczne przejście. Tata zajmował się restauracją i konserwacją obrazów, natomiast mama oprowadzała wycieczki czarodziei przybywających z całego świata, by podziwiać zgromadzone przez lata liczne eksponaty.
Ja opowiedziałam jej o swojej mamie lekarce i tacie tworzącym popularne we Francji kryminały z gatunku domestic noir. To wspólne przedpołudnie zleciało nam niesamowicie szybko.
***
O dwunastej zabrzmiał gong, co oznaczało wezwanie na obiad, więc nasze elfie opiekunki zaprowadziły nas do jadalni. Wydawało mi się, że znajdowała się w tym samym miejscu, co aula, w której mieliśmy rozpoczęcie roku szkolnego, jednak nie byłam pewna w stu procentach. Przez pierwsze tygodnie trudno się było połapać w topografii szkoły. Miałam wrażenie, że była ogromna i ciągle odkrywam jakieś nowe zakamarki. Teraz w sali zobaczyłam cztery stoły, przykryte białymi obrusami. Na każdym z nich ustawiono ogromne świeczniki z palącymi się świecami, a jeden stół, na podium, został dodatkowo udekorowany świeżymi kwiatami w trzech wazonach.
Szybko się zorientowałyśmy, że każda klasa dysponuje jednym stołem. Usiadłyśmy z Barbe obok siebie. I poczułam, że robię się głodna, z niecierpliwością czekałam więc na pierwsze danie.
Co to był za obiad! Prawdziwie magiczny. W domu mama unikała używania czarów przy codziennych czynnościach, więc byłam lekko zdziwiona widokiem latających waz, chochelek nalewających zupę i talerzy z drugim daniem wylatujących z kuchni i krzyczących:
– Dla wegetarian!
– Dla mięsożerców!
– Dla makaronowców!
– Dla kaszowców!
I nie wiedziałam, czy to talerze krzyczały, czy te głosy dobiegały z kuchni.
Nigdy jednak nie było nam dane poznać kucharzy ani obsługi pracującej przy posiłkach.
Dopiero jako nauczycielka, wiele lat później, poznałam krasnoludki zajmujące się szkolną kuchnią.
W każdym razie wystarczyło pomyśleć, na co się ma ochotę i talerz lądował przed tobą.
Na swój pierwszy obiad wybrałam danie dla wegetarian. Dostałam dużo zielonego ryżu, udało mi się też rozpoznać kotleta z marchewki, który został fantastycznie przyprawiony, lepszego nie jadłam, więc szybko zaspokoiłam swój głód.
Podczas deseru pani dyrektor powiedziała, że każda z nas dostanie tabliczkę z planem lekcji i wykazem sal, w których będą się one odbywać. Jeżeli nastąpią jakieś zmiany, to zostaną automatycznie wyświetlone na naszych tablicach. Kiedy tylko skończyła mówić, na stołach wylądował nasz plan. Dostałyśmy godzinę na odpoczynek po obiedzie i miał to też być czas na zapoznanie się z programem zajęć.
Wzięłyśmy tabliczki, udałyśmy się na krótką sjestę do swoich sypialni i starałyśmy się spakować na lekcje, co wcale nie było takie łatwe. Podekscytowanie sprawiło, że trudno było się skupić.
– Chyba mam wszystko – powiedziałam gorączkowo do Barbe leżącej spokojnie na łóżku. – A ty się nie pakujesz?
– Na razie muszę odpocząć po tym cudownym posiłku. Poza tym… jesteśmy w szkole magii, więc nawet jeżeli czegoś nam zabraknie, to sobie możemy wyczarować, no nie?
Nie byłam tego taka pewna i jak się okazało, miałam rację. Nasi nauczyciele powtarzali, że spóźnialstwo i zapominalstwo nie są tolerowane. Nie wolno nam było wyczarowywać sobie pióra czy pojemników na mikstury, wszystko musiało być wcześniej spakowane. Dość szybko nauczyłam się więc, że muszę się pakować podwójnie i pożyczać ukradkiem Barbe pióro czy kałamarz, a nawet brulion, bo zawsze czegoś zapominała, chociaż wszystko miała poukładane w szafkach w naszym pokoju.
***
Pierwsza lekcja miała się odbyć w sali zielonkawej z profesorem Niziołem. Z przerażeniem zastanawiałam się, jak mamy tam trafić i wyraziłam głośno swoje obawy. Zwłaszcza że nigdzie nie zauważałam Elfirki, która miała być moją przewodniczką.
– Barbe! – wykrzyknęłam. – Dokąd my mamy iść? I gdzie nasze towarzyszki?
– Nie panikuj, moja droga – odezwała się Barbe. – Zerknij lepiej na tabliczkę.
Posłuchałam jej i ku ogromnemu zdziwieniu zauważyłam, że wyświetla się na niej coś w rodzaju mapy. Strzałki wskazywały, w którą stronę mamy się udać, a czerwony migający punkcik sygnalizował nasze położenie. Odetchnęłam z ulgą i nieśmiało uśmiechnęłam się do mojej współlokatorki. Znałyśmy się zaledwie parę godzin, a ja zaczynałam ją naprawdę lubić. Wydawała się taka opanowana i wyluzowana, moje zupełne przeciwieństwo. Ja lubiłam porządek, zawsze miałam plan i panikowałam, jeżeli czegoś nie wiedziałam wcześniej.
Barbe odwzajemniła uśmiech i ruszyłyśmy za strzałkami. Dwie czerwone kropki, symbolizujące mnie i moją towarzyszkę, również się ruszyły.
– Faktycznie, ależ to jest proste – powiedziałam. – To po co nam w takim razie elfie opiekunki, skoro mamy te tabliczki?
Chyba zostałam usłyszana, bo zaraz pojawiła się koło mnie Elfirka.
– My, moja droga Han, pomagamy wam w pierwszych tygodniach, nie będziemy was przecież niańczyć ciągle, nie uważasz? Potem oczywiście też jesteśmy do waszej dyspozycji, ale z reguły dwa tygodnie wystarczą, żeby uczennice zadomowiły się w szkole. Po tym okresie służymy radą, co do ubioru na uroczystości szkolne, sugerujemy, jak się przygotować do danej lekcji, a czasami po prostu wysłuchujemy was czy rozmawiamy o waszych problemach. Owszem, możemy wskazać drogę do jakiejś klasy, wytłumaczyć, gdzie jest biblioteka, czy jak trafić do sali relaksu, ale wy też musicie same odnaleźć się w szkole.
Kiwnęłam tylko głową na znak, że zrozumiałam i już po chwili zatrzymałyśmy się przed salą, której drzwi pomalowane zostały soczystym zielonym kolorem.
– Ha, to już przynajmniej wiem, skąd nazwa – powiedziała do mnie Barbe i pchnęła drzwi.
Nie zaskoczyły mnie zielone ściany w środku, chyba się podświadomie spodziewałam tego koloru wewnątrz, tutaj miały jednak zdecydowanie jaśniejszy odcień. Ławki zaś barwą przypominały prawdziwą trawę. Dużo dziewcząt zajęło już miejsca, pozostały nam więc pierwsze ławki. Ja lubiłam siadać z przodu, nie stanowiło to dla mnie problemu, lepiej mi się wtedy pracowało na lekcjach, po minie Barbe poznałam jednak, że ona niekoniecznie to lubiła.
– Chodź, będzie fajnie! – Próbowałam dodać jej odwagi i wybrałam pierwszą ławkę w środkowym rzędzie. Z oporami, ale usiadła koło mnie i wtedy do klasy wszedł profesor Nizioł.
– Witajcie, moje drogie – powitał nas ten niepozorny, ale wzbudzający sympatię nauczyciel. Miał na sobie długą, czarną szatę, ale wystawała spod niej czerwona koszula. Co mogło oznaczać, że profesor wcale nie jest taki surowy, na jakiego próbuje wyglądać. Czułam, że te lekcje będą naprawdę interesujące, nie tylko ze względu na tematykę, ale też dzięki jego osobowości.
Nauczyciel zaczął od razu sprawdzać naszą znajomość magicznych stworzeń, a ponieważ dużo czytałam na ten temat, to i sporo miałam do powiedzenia. Wprawdzie oprócz Elfirki i Gwiazdirki nigdy nie poznałam żadnego, ale wydawało mi się, że wiedza teoretyczna wystarczy. Na każde zadane pytanie podnosiłam rękę, gotowa do udzielenia odpowiedzi. Nie zawsze byłam wybierana przez profesora, co momentami wywoływało u mnie lekką irytację. Musiała być ona widoczna na twarzy. Dlatego pewnie w połowie lekcji zwrócił się on bezpośrednio do mnie.
– Moja droga Han – jakim cudem znał nasze nowe imiona, tego nie dowiedziałyśmy się nigdy – wiedza jest potrzebna, ale tylko praktyka nas uczy. Cieszy mnie, że dużo czytasz, to znaczy, że interesujesz się otaczającym nas światem. Nie zapominaj jednak o tym, że poza przeczytaniem o jakimś stworzeniu, trzeba też spróbować go poznać.
Zarumieniłam się lekko, a profesor uśmiechnął się do mnie ponownie i kontynuował wypowiedź, kierując ją już do całej klasy:
– Waszym pierwszym zadaniem będzie rozmowa z waszymi elfimi opiekunkami. Zależy mi, byście lepiej je poznały. Możecie zadawać pytania, one na pewno nie będą miały nic przeciwko, mogę wam nawet zdradzić, że bardzo to lubią. A na przyszły tydzień proszę napisać wypracowanie będące podsumowaniem tej rozmowy. Styl zupełnie dowolny, może to być napisane w formie opowiadania, wywiadu, a nawet rozprawki! Liczę tutaj na waszą pomysłowość. Oczywiście najlepsze prace zostaną nagrodzone! Chcę wiedzieć wszystko na temat życia i zwyczajów waszych elfich opiekunek.
Uczennice skinęły głowami, przejęte swoim pierwszym zadaniem, ja zaś się zamyśliłam. Mama wspominała kiedyś, że elfy ogólnie były dość zamknięte i nieufne wobec ludzi, nawet czarodziei, ale właściwie nigdy nie umiała mi wytłumaczyć dlaczego. Wykładowca zaś powiedział, że chętnie podzielą się z nami opowieściami o sobie. Elfirka i Gwiazdirka wydawały się bardzo chętne i otwarte, więc uznałam, że albo mama się myli, albo w szkole elfy są zdecydowanie przyjaźniej nastawione do ludzi, jak zasugerował to profesor Nizioł. Zanotowałam w swoim czystym jeszcze brulionie zadanie, a profesor pisał w tym czasie coś na tablicy. A właściwie stał obok tablicy i mamrotał coś w stronę kredy, która sama poruszała się, zapisując wypowiadane przez niego słowa.
– Moje drogie – zwrócił się do nas po chwili. – Zapiszcie, proszę, temat dzisiejszej lekcji: O magicznych stworzeniach ogólnie i szczególnie.
Temat wydał mi się dziwaczny, ale zapisałam go szybciutko i spojrzałam na nauczyciela, ciekawa, co też chce nam powiedzieć. Ten pogładził się po brodzie i wykrzyknął:
– Byłbym zapomniał! Mam dla chętnych kolejne ciekawe zadanie, do zrealizowania w ciągu całego roku. Będziecie więc miały na nie sporo czasu. Jak zapewne wiecie, najbardziej tajemniczym stworzeniem magicznym jest Pegaz. – Profesor umilkł i rozejrzał się uważnie po klasie, jakby sprawdzając, czy faktycznie każda z nas o tym wie. – To gatunek w zasadzie wymarły, nikt od wieków nie widział tego zwierzęcia. Chciałbym, żebyście popracowały wspólnie, spróbowały stworzyć małe grupy, najlepiej czteroosobowe, w których zbadacie wszelkie ślady w literaturze, zbierzecie wysłuchane od znanych wam czarodziejów informacje i przedstawicie to wszystko w formie referatu. Napiszcie, co to za zwierzę, skąd pochodzi, jakie legendy krążą na jego temat i dlaczego zniknął tak nagle z oczu całego świata magii. Nie spieszcie się jednak, dajcie sobie czas na poznanie się nawzajem, bo tylko jako drużyna będziecie w stanie zrealizować to zadanie w stu procentach. A im lepiej się dopasujecie jako team, tym łatwiej pójdzie wam z przygotowaniem referatu. Na razie jednak skupcie się na samodzielnych rozmowach z waszymi elfimi opiekunkami. Sprawdzę to w przyszłym tygodniu. A teraz otwórzcie, proszę, podręczniki na stronie siódmej i przeczytajcie cały rozdział.
Od razu otworzyłam książkę i zagłębiłam się w lekturze, aż w końcu odezwał się nasz nauczyciel:
– No, moje drogie, na dzisiaj wystarczy! Do widzenia i do zobaczenia na kolejnej lekcji – oznajmił, uśmiechnął się do nas i po prostu zniknął.
– O co może chodzić z tym Pegazem? – zapytałam Barbe i inne dziewczyny, ale wszystkie wzruszyły ramionami. Odezwała się tylko jedna, kojarzyłam, że ma na imię Cleo.
– Pegaz to nie tylko magiczne zwierzę, ale jakaś zagadka do rozwiązania, związana z jego zniknięciem, a może porwaniem? Teraz nie do końca pamiętam… Mama mi kiedyś opowiadała. Muszę się jej zapytać, bo naprawdę nie potrafię sobie przypomnieć tej jej opowieści…
Patrzyłam na dziewczynę w oczekiwaniu, licząc, że sobie coś przypomni, ale milczała.
Zerknęłam więc na tabliczkę: kolejną lekcję miałyśmy w sali różankowej z profesor Mikseliks. Zajrzałam tylko do worka, czy mam brulion do notowania i flakoniki na mikstury, chwyciłam Barbe za rękę i ujrzałam Elfirkę, pobiegłyśmy więc za nią.
– Pomogłyśmy wam trafić do właściwej sali – zaczęła Gwiazdirka – tylko dlatego, że uwielbiamy zapach unoszący się w jej okolicy i wykorzystujemy każdą okazję, żeby pobyć w pobliżu.
Obie elfie panienki pofruwały trochę przy sali różankowej, a po chwili zniknęły.
Faktycznie dało się wyczuć delikatny zapach jakichś kwiatów, no a sala różankowa była cała różowa, tak jak wskazywała jej nazwa. Dawno nie widziałam tylu odcieni tego koloru w jednym miejscu. Ławki były w malinowe, ściany pudrowe, framugi okienne przypominały mi landrynki, a biurko pani profesor wyglądało niczym rubin w pierścionku mojej ciotki.
– Zaraz zwariuję od tego różu – wyszeptała Barbe i ku mojemu zdziwieniu usiadła w pierwszej ławce, pomimo wolnych dalej miejsc.
– Damy radę, przecież dziewczyny lubią ten kolor.
