Szkoła czarownic. - Thomas Dylan - ebook

Szkoła czarownic. ebook

Thomas Dylan

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kwidzynie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 160

Rok wydania: 1976

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Dylan Thomas

SZKOŁA CZAROWNIC

 

Tytuł oryginału:

Adventures in the Skin Trade

© 1952, 1953 by Dylan Thomas

Nieprzyjaciele

Był poranek na zielonych polach doliny Jarvis. Pan Owen plewił chwasty po bokach ogrodowej ścieżki. Gwałtowny wicher szarpał go za brodę, roślinny świat krzyczał u jego stóp. Zabłąkany na niebie kruk nawoływał swą towarzyszkę, ona jednak nie powróciła i kruk odleciał na zachód unosząc w dziobie cierpienie. Pan Owen wstał, by wyprostować ramiona i popatrzeć na niebo; dostrzegł czerń bijących skrzydeł na tle czerwonego słońca. W pełnej przeciągów kuchni pani Owen pełna niepokoju przygotowywała zupę. Kiedyś, w dalekiej przeszłości, dolina dawała schronienie tylko bydłu; parobcy folwarczni przybywali ze wzgórz, by nawoływać bydło i spędzać je do dojenia; stopa obcego nie postała wówczas w dolinie. Pan Owen, przechadzając się samotnie po okolicy, dotarł do niej u kresu późnego letniego wieczoru, gdy bydło jeszcze spoczywało, a strumień przecinający dolinę szemrał po kamieniach. Tu, w samym środku doliny, pomyślał pan Owen, wybuduję mały jednopiętrowy dom otoczony ogrodem. I przypominając sobie dokładnie drogę, po której dotarł tu wzdłuż wijących się wzgórz, powrócił do swej wioski i do pytań pani Owen. I tak został wybudowany jednopiętrowy dom wśród zielonych pól; ogród przekopano i zasadzono; otoczono go niskim ogrodzeniem, by utrzymać krowy z dala od jarzyn.

Zdarzyło się to z początkiem roku. Teraz lato i jesień przeminęły; ogród rozkwitł i obumarł, na chwastach legł szron. Pan Owen znów schylił się, by uporządkować ścieżkę. Wiatr odchylił kłosy pobliskich traw i każde zielone usta zamienił w wyrocznię. Pan Owen cierpliwie tarmosił zielska; korzenie wyszły rujnując wokół ziemię, owady poruszały się żywo w jamkach, z których wyrosły chwasty i obumierając między jego palcami nie pozostawiały śladów. Znużył go widok ich śmierci, a jeszcze bardziej zamieranie chwastów. W górę wydobywały się korzenie, na dół opadały nędzne, zielone głowy chwastów.

Pani Owen wpatrując się w głąb kryształowej kuli pozostawiła gotującą się zupę jej losowi. Kula ściemniała, a potem pojaśniała, jakby poruszyła się w niej tęcza. Rozgrzewając się niczym słońce, to znów stygnąc jak arktyczna gwiazda, świeciła w fałdach jej sukni, gdzie pani Owen trzymała ją miłośnie. Przy śniadaniu herbaciane listki w jej filiżance zapowiedziały ciemnego przybysza. Cóż powie jej kryształ?, dumała pani Owen.

Korzenie wydobyły się na wierzch, a skręcony robak, niepokojony sondującymi placami, wił się oślepiony w słońcu. Raptem dolina napełniła wszystkie swoje zagłębienia wichrem, głosem korzeni, oddechem nisko pochylonego nieba. Nie tylko mandragora krzyczy; wyrywane korzenie też obdarzone są głosem, każdy chwast wydarty z ziemi przez pana Owena krzyczał jak niemowlę. We wsi za wzgórzem być może szaleje wiatr, być może dziwnie pląsa odzienie na sznurach ogrodowych. A kobiety o łonach wypełnionych kształtami znów poczują kopanie, gdy pochylą się nad parującymi baliami. Życie potoczy się dalej w żyłach, w kościach, w wiążącym je ciele, posłusznym porom roku i pogodom, jak w dolinie wiążącej dom z miąższem zielonych traw.

Kula, jak otwarty grób, wydała swoich zmarłych pani Owen. Spoglądała na wargi kobiet i włosy mężczyzn układające się w pewien wzór na ściance kryształowego świata. Lecz nagle wzory te zniknęły i pani Owen mogła dostrzec jedynie zarys wzgórz Jarvis. Mężczyzna w czarnym kapeluszu zstępował ścieżką ku niewidzialnej dolinie w dole. Jeśliby podszedł nieco bliżej, znalazłby się na jej podołku. — Jakiś mężczyzna w czarnym kapeluszu chodzi po wzgórzach — zawołała przez okno. Pan Owen uśmiechnął się i dalej plewił chwasty.

Działo się to w tym czasie, gdy wielebny pastor Davies zabłądził; błąkał się już od samego rana, lecz teraz całkiem stracił rozeznanie i, zaniepokojony, przystanął pod drzewem na skraju wzgórz Jarvis. Porywisty wicher wiał skroś gałęzi drzew, a wielka szarozielona ziemia poruszała się pod nim niepewnie, gdziekolwiek spojrzał, piętrzyły się aż pod niebo szalejące na wietrze wzgórza, a gdziekolwiek szukał schronienia przed wichrem, przerażała go ciemność. Im dalej szedł, tym dziwniejsze wydawało mu się otoczenie: raz urastało do niepojętej wielkości, to znów zapadało się w dolinę nie większą od jego dłoni. Drzewa przechadzały się jak ludzie. Za sprawą opatrznościowego zbiegu okoliczności dotarł na skraj wzgórz w momencie, gdy słońce wzbiło się na środek nieba. W tym rozległym świecie rozkołysanym od jednego horyzontu po drugi, stał pod drzewem i spoglądał w dolinę. Wśród pól wznosił się domek z ogrodem. Dolina szalała wokół domku, wicher doskakiwał do niego jak bokser, lecz on stał spokojnie. Panu Daviesowi wydawało się, że jakiś wielki ptak uniósł ów dom z wioski i umieścił w samym środku wzburzonego świata.

Lecz kiedy tak wspinał się po urwistych krawędziach i zstępował po stoku wzgórza, pan Davies zniknął z kryształu pani Owen. Chmura przesunęła jego czarny kapelusz, a pod chmurą stąpało pradawne widmo, zwiewna postać z półksiężycem uśmiechu i gwiazdami zakrzepłymi na brodzie. Pan Davies nie zdawał sobie z tego wszystkiego sprawy, gdy kamienie drapały go po rękach. Był stary, był pijany winem poranku, lecz z jego ran spływała ludzka krew.

Pan Owen, z twarzą przy ziemi i rękami na karkach krzyczących chwastów, także nic nie wiedział o przemianie w kryształowej kuli. Słyszał przepowiednię pani Owen o zbliżaniu się czarnego kapelusza i śmiał się jak zwykle z jej wiary w moce ciemności. Gdy zawołała, spojrzał w górę, lecz znów powrócił z uśmiechem do potężniejszego wołania ziemi. — Mnóżcie się, mnóżcie — mówił do robaków wypłaszanych z ich kanalików. Przecinał brązowe robaki na pół, by połówki mogły się dalej rozmnażać, rozprzestrzeniać życie po ogrodzie i wyjść zeń zarażając pola i brzuchy bydła.

Pan Davies nic o tym nie wiedział. Zobaczył młodego, brodatego mężczyznę pracowicie pochylonego nad ziemią w ogrodzie. Zauważył, że dom i blada twarz młodej kobiety przyciśnięta do szyby tworzą ładny obrazek. I uchylając swojego czarnego kapelusza przedstawił się jako proboszcz oddalonej stąd o jakieś dziesięć mil wioski.

— Pan krwawi — rzekł pan Owen.

Ręce pana Daviesa rzeczywiście były powalane krwią.

Kiedy pani Owen opatrzyła skaleczenia proboszcza, usadowiła go w fotelu w pobliżu okna i nalała mu filiżankę mocnej herbaty.

— Widziałam pana na wzgórzu — rzekła, a on z kolei zapytał ją, w jaki sposób go dostrzegła, skoro wzgórza są wysokie i położone daleko.
— Mam dobry wzrok — odpowiedziała.

Nie wątpił w to. Miała najdziwniejsze oczy, jakie kiedykolwiek oglądał.

— Tu jest spokojnie — rzekł pan Davies.
— Nie mamy zegara — odrzekła i nakryła stół dla trzech osób.
— Pani jest bardzo uprzejma.
— Jesteśmy uprzejmi dla tych, którzy do nas przychodzą.

Zastanawiał się, ilu ludzi przychodziło do samotnego domu w dolinie, lecz nie spytał o to, obawiając się jej odpowiedzi. Domyślał się, że była niesamowitą kobietą lubiącą ciemność dla samej ciemności. Był zbyt stary, by pytać o tajemnice ciemności, a teraz w czarnym przemoczonym i potarganym ubraniu, mając ręce obwiązane bandażami obcej kobiety, czuł się starszy niż kiedykolwiek. Wiatry poranne mogłyby go zwiać w dół, a nagłe zapadnięcie ciemności oślepić. Deszcz mógłby przeniknąć jego ciało jak ciało ducha. Zmęczony, siwowłosy, stary człowiek usiadł pod oknem, prawie niewidoczny na tle szyb i białego pokrycia krzesła.

Wkrótce posiłek był gotów i pan Owen wszedł nie umyty, wprost z ogrodu.

— Czy mam zmówić modlitwę? — zapytał pan Davies, gdy wszyscy troje zasiedli wokół stołu.

Pani Owen skinęła głową.

— Panie Boże Wszechmocny, pobłogosław ten nasz posiłek — rzekł pan Davies. Spojrzawszy podczas modlitwy dostrzegł, że pan i pani Owen mieli zamknięte oczy. — Dziękujemy Ci za obfitość, jaką nas obdarzyłeś. — Dostrzegł, że wargi państwa Owen poruszyły się lekko. Nie mógł usłyszeć, co mówią, lecz wiedział, że modlitwy, które odmawiają, różnią się od jego modlitw.

 

 

— Amen — powiedzieli wszyscy troje naraz.

Pan Owen jadł z godnością, pochyliwszy się nad talerzem tak jak uprzednio nad skarżącymi się chwastami. Za oknem rozciągało się brunatne cielsko ziemi, zielona skóra trawy i piersi wzgórz Jarvis; wiatr mroził zwierzęcość ziemi i słońce spijające rosę z pól; cały świat pocił się porami drzew, ziarnka piasku na dalekich wybrzeżach mnożyły się, gdy morze przetaczało się ponad nimi. Pan Owen poczuł proste jedzenie na języku; skórka na mięsie miała swoje znaczenie, była też celowość w podnoszeniu jedzenia do ust. Napełnił go nagłym zadowoleniem widok obnażonej szyi pani Owen.

Ona, choć także pochylona nad swym talerzem, uderzała jedynie zębami widelca o jego brzegi. Nie jadła, gdyż zawładnęły nią pradawne moce i nie śmiała podnieść oczu, by nie zdradzić ich zieloności. Rozpoznawała po odgłosach, z której strony wieje wiatr w dolinie; rozpoznawała położenie słońca po zaokrągleniu cieni na obrusie. Och, żeby mogła wziąć swój kryształ i zobaczyć w nim rozległe przestrzenie ciemności okrywającej to zimowe światło. Lecz ciemność gęstniała w jej umyśle pochłaniając światło wokół niej. Po jej lewej stronie znajdował się duch; ze wszystkich sił przyćmiła poruszające się wokół niego nieuchwytne światło i wymieszała je w swym ciemnym mózgu.

Pan Davies, jak człowiek wyssany przez ptaka, poczuł pustkę w żyłach. Pogrążony w błogim oszołomieniu opowiedział o swych przygodach na wzgórzach, jak tam było chłodno i wietrzno i jak falowały wzgórza. Powiedział, że zabłądził i znalazł ciemną kryjówkę, aby schronić się przed wiatrem szaleńcem, lecz ciemność przeraziła go i znów powędrował po górach, gdzie poranek miotał nim jak statkiem na morzu. Gdziekolwiek szedł, przewiewało go na wskroś na otwartej przestrzeni lub porażał go lęk wśród stłoczonych cieni.

— Nigdzie nie ma miejsca dla starego człowieka — rzekł żałośnie. Kochając swą parafię, kochał też okoliczną ziemię, lecz wzgórza zapadały się pod jego stopami lub wyrzucały go w powietrze. A kochając swego Boga, kochał ciemność, w której ludzie dawnych czasów czcili bóstwa mroczne i nieprzeniknione. Lecz teraz jaskinie wzgórz pełne były widm i głosów, które szydziły z niego, gdyż był stary.

Boi się ciemności, pomyślała pani Owen, przyjemnej ciemności.

Pan Owen z uśmiechem rozmyślał: on boi się robaka w ziemi, kopulacji w drzewie, żyjącej tłustości w glebie.

Popatrzyli na starego człowieka i spostrzegli, że stał się bardziej niż kiedykolwiek widmowy. Okno poza nim rzucało wystrzępiony krąg światła wokół jego głowy.

Nagle pan Davies klęknął do modlitwy. Nie pojmował chłodu w swym sercu ani lęku, który przejął go zdumieniem w momencie, gdy klęknął. I odmawiając modlitwę na intencję wybawienia, patrzył w ocienione oczy pani Owen i roześmiane oczy jej męża. Klękając na dywanie u szczytu stołu, patrzył z podziwem na ciemny umysł i wielkie ciemne cielsko. Patrzył i modlił się jak pradawny bóg oblegany przez swych nieprzyjaciół.

Drzewo

Ponad domem, zwróconym ku odległym wzgórzom Jarvis, wznosiła się wieża, gdzie gnieździły się dzienne ptaki, nocą zaś krążyły sowy. Widoczne ze wsi światło w oknie wieży świeciło przez szyby jak robaczek świętojański, lecz pokój znajdujący się pod gniazdem wróbli rzadko kiedy był oświetlony. Pajęczyny snuły się po jego brudnym sklepieniu. Za oknem, w obrębie dwudziestu mil rozciągała się pagórkowata okolica, a kąty pokoju przechowywały tajemnicę szponiastych śladów odciśniętych w kurzu., Dziecko znało dom od strychu po piwnicę; znało nieporządne trawniki i budkę ogrodnika, gdzie kwiaty bujnie rozkwitały w doniczkach. Nie mogło jednak znaleźć klucza do drzwi wieży.

Dom zmieniał się w zależności od nastrojów dziecka, a trawnik stawał się morzem, brzegiem, niebem lub czymkolwiek, zgodnie z jego życzeniem. Kiedy trawnik był posępnym obszarem morza, po którego falach chłopiec żeglował na złamanym kwiecie, ogrodnik wychodził ze swej budki w pobliżu wyspy krzewów. On również zrywał łodygę i płynął na niej. Siadając okrakiem na miotle ogrodowej leciał, gdziekolwiek życzył sobie tego chłopiec. Znał wszystkie opowieści od początku świata.

— Na początku — mawiał — było drzewo.
— Jakie drzewo?
— Drzewo, na którym gwiżdże ten kos.
— Jastrząb, jastrząb — wołało dziecko.

Ogrodnik spoglądał wtedy na drzewo i widział olbrzymiego jastrzębia siedzącego na gałęzi czy też orła, który kołysał się na wietrze.

Ogrodnik ogromnie lubił Biblię. Gdy słońce zachodziło, a ogród napełniał się ludźmi, siadał zwykle przy świecy w swej budce i czytał o pierwszej miłości albo legendę o jabłkach i wężach. Lecz najwięcej lubił opowieść o śmierci Chrystusa na drzewie. Drzewa otaczały ogrodnika płotem, zmiany pór roku poznawał po barwie kory i przepływie soków w ukrytych korzeniach. Jego świat poruszał się i zmieniał, tak jak wiosna poruszała się w gałęziach, odmieniając ich nagość. Jego Bóg wyrastał jak drzewo z ziemi okrągłej jak jabłko, drzewo pączkujące Jego dziećmi, którym pozwalał opuszczać swoje miejsca pod tchnieniem zimy; zimę i śmierć poruszał ten sam wiatr. Ogrodnik nieraz siadywał w swej budce i czytał o ukrzyżowaniu, spoglądając, ponad doniczkami na parapecie okiennym, w zimowe noce. Myślał wówczas, że w takie noce miłość zawodzi i że wiele dzieci zostanie wyciętych w pień.

Dziecko podczas swojej zabawy przeistaczało zaniedbane trawniki. Ogrodnik nazywał malca nazwiskiem jego matki, sadzał go sobie na kolanach i opowiadał mu o cudach w Jerozolimie i o narodzinach w stajence.

— Na samym początku było miasteczko Betlejem — szeptał do dziecka, zanim w zapadającym mroku zadźwięczał dzwonek na herbatę.
— Gdzie jest Betlejem?
— Daleko — rzekł ogrodnik — na wschodzie.

Ku wschodowi, przysłaniając słońce, ciągnęły się wzgórza Jar vis, a drzewa ich wyławiały księżyc z traw.

Dziecko leżało w łóżku. Patrząc na konia na biegunach zapragnęło, aby mu wyrosły skrzydła, żeby mogło go dosiąść i wzbić się w arabskie niebo. Lecz walijskie wiatry dęły w zasłony, a świerszcze hałasowały na zaniedbanym skrawku ziemi pod oknem. Zabawki były martwe. Dziecko zaczęło płakać, lecz szybko przestało nie znajdując powodu do płaczu. Noc była wietrzna i zimna, lecz jemu było ciepło w pościeli. Noc była wyniosła jak wzgórza, a on był małym chłopcem leżącym w łóżku.

Zamknął oczy i wpatrywał się w wirującą jaskinię, głębszą niż ciemność ogrodu, gdzie pierwsze drzewo, do którego przywarły nierzeczywiste ptaki, stało samotnie, rozjarzone płomieniem. Łzy napływały mu pod powieki, gdy myślał o pierwszym drzewie posadzonym tak blisko niego. To drzewo było jak przyjaciel w ogrodzie. Wyśliznął się z łóżka i na palcach zbliżył do drzwi. Koń na biegunach podskoczył na sprężynach do przodu, a dziecko z przestrachem umknęło bezgłośnie z powrotem do łóżka. Patrzyło na konia, który stał spokojnie, potem przeszło na palcach wzdłuż dywanu, dotarło do drzwi, przekręciło gałkę i wybiegło na podest schodów. Macając przed sobą na oślep chłopiec doszedł na szczyt schodów; spojrzał w dół na czarne schody prowadzące do holu i zobaczył tłum cieni wypełzających z kątów; słysząc ich falujące głosy wyobrażał sobie jamy ich oczu i chude ramiona. Być może cienie były niepozorne, dyskretne i bezkrwiste, nie zakute w niewidzialną zbroję, lecz spowite w cienkie jak pajęczyna szaty; usłyszałby może szepty, a mijając je, poczułby dotyk na plecach i przeciągłe „s” w uchu. Zszedł po schodach, ani jeden cień nie drgnął w holu, kąty były puste. Wysunął rękę i pogłaskał ciemność sądząc, że pod palcami poczuje czyjąś suchą i aksamitną głowę, wślizgującą się jak mgła pod paznokcie. Nic tam jednak nie było. Otworzył frontowe drzwi i cienie pierzchły do ogrodu.

Kiedy znalazł się na ścieżce, opuścił go lęk. Księżyc spoczywał na nie plewionych grządkach i jego szron rozpościerał się na trawie. Wreszcie chłopiec doszedł do rozjarzonego drzewa przy końcu długiej, pokrytej żwirem ścieżki — drzewa starszego nawet od przedziwnego światła, ze stonogą uśpioną pod korą i gałęźmi sterczącymi z pnia jak zmarznięte ramiona kobiety. Dziecko dotknęło drzewa które pochyliło się jakby pod jego dotykiem. Zobaczył gwiazdę jaśniejszą niż inne gwiazdy na niebie; płonęła równym blaskiem nad pierwszą wieżą ptaków, oświetlając tylko bezlistne gałęzie, pień i wędrujące korzenie.

Dziecko nie zwątpiło w drzewo. Modliło się po swojemu do niego, klęcząc na sczerniałych gałązkach, które nocny wiatr przeginał ku ziemi. Potem, drżąc z miłości i chłodu, pobiegło przez trawnik z powrotem do domu.

We wschodniej części tej okolicy żył idiota, wędrowny żebrak. Raz na farmie, to znów w chatce wdowy żebrał o jałmużnę. Pastor podarował mu swoje ubranie, które zwisało na wygłodzonych żebrach i ramionach biedaka i trzepotało na wietrze, gdy powłócząc nogami szedł przez pola. Lecz oczy miał tak szeroko otwarte, a szyję nie tkniętą wiejskim brudem, że nikt mu nie odmawiał tego, o co prosił. A gdy prosił o wodę, dawano mu mleko.

— Skąd przychodzisz?
— Ze wschodu — odpowiadał.

Tak więc poznawali, że jest idiotą, i dawali mu jeść za posprzątanie podwórka.

Gdy pochylał się z grabiami nad gnojem i wymłóconym zbożem, słyszał głos rozlegający się w swym sercu. Wkładał rękę do siana dla bydła, chwytał mysz, pocierał dłonią o jej pyszczek, po czym puszczał ją wolno.

Przez cały dzień myśl o drzewie towarzyszyła dziecku; przez całą noc tkwiła w jego snach jak gwiazda jaśniejąca nad skrawkiem ziemi. Pewnego ranka około połowy grudnia, gdy wiatr z najdalszych wzgórz pędził wokół domu, a śnieg o zmierzchu nie stopniał jeszcze na murawie i dachach, chłopiec pobiegł do budki ogrodnika. Ogrodnik naprawiał właśnie połamane grabie. Bez jednego słowa dziecko usiadło na skrzynce na nasiona u jego stóp i patrząc, jak przywiązywał zęby grabi, zdało sobie sprawę, że drut nie utrzyma ich razem. Chłopiec spoglądał na buty ogrodnika mokre od śniegu, spodnie połatane na kolanach, rozpięte guziki u kurtki i fałdy brzucha pod flanelową łataną koszulą. Patrzył na jego ręce zadzierzgające złote supły drutu; były to ciężkie brunatne ręce, ze śladami ziemi pod połamanymi paznokciami i z plamami tytoniu na czubkach palców. Rysy twarzy ogrodnika miały zdecydowany charakter, kiedy raz po raz przywiązywał żelazne zęby czując, jak niepewnie są osadzone na kiju. Chłopca przerażała siła i niechlujność starego człowieka, lecz wkrótce uspokoił się patrząc na jego długą, gęstą brodę, czystą i białą jak runo. Była to broda apostoła.

— Modliłem się do drzewa — rzekło dziecko.
— Módl się zawsze do drzewa — rzekł ogrodnik myśląc o Kalwarii i o raju.
— Modlę się do tego drzewa co noc.
— Módl się do drzewa.

Drut ześliznął się z zębów grabi.

— Modlę się do tego drzewa.

Drut trzasnął.

Dziecko wskazało na drzewo za kwiatami cieplarni, które jedyne ze wszystkich drzew w ogrodzie nie było ośnieżone.

— Czarny bez — rzekł ogrodnik, lecz chłopiec wstał ze skrzynki i krzyknął tak głośno, że nie naprawione grabie spadły z łoskotem na ziemię.
— To jest pierwsze drzewo. Pierwsze drzewo, o którym mi mówiłeś. Na początku było drzewo, powiedziałeś. Słyszałem cię — wołało dziecko.
— Czarny bez jest tak samo dobry jak każde inne drzewo — rzekł ogrodnik zniżając swój głos, by dostosować się do nastroju dziecka.
— Pierwsze ze wszystkich drzew — powiedziało dziecko szeptem.

Uspokojony na nowo głosem ogrodnika, chłopiec uśmiechał się przez okno do drzewa, a drut ponownie oplatał złamane grabie.

— Bóg wyrasta z niezwykłych drzew — rzekł stary człowiek — a Jego drzewa przystają w niezwykłych miejscach.

Kiedy snuł opowieść o dwunastu stacjach drogi krzyżowej, drzewo pomachało gałęźmi do dziecka. Głos apostoła wydobywał się z zasmolonych płuc.

Więc dźwignęli Go na drzewo i gwoździami przebili Jego brzuch i stopy.

Krew słońca w zenicie pokazała się na pniu czarnego bzu zabarwiając korę.

Idiota stał na wzgórzach Jarvis, patrząc na nieskalaną dolinę; z jej wód i traw poranne mgły unosiły się i znikały. Zobaczył, jak rosa parowała, jak bydło spoglądało w strumienie, a ciemne chmury ulatywały na wieść o słońcu. Słońce obracało się na krańcach rozrzedzonego i wyblakłego nieba jak słodycz w szklance wody. Pożądał światła, kiedy pierwszy i prawie niedostrzegalny deszcz spadł na jego wargi; zerwał trawę i skosztował jej, smakując zieleń na języku. Światło wypełniło mu usta i światło dźwięczało w jego uszach wraz z całym władczym światłem w dolinie, która miała tak ciekawą nazwę. Znał wzgórza Jarvis, zarys ich grzbietów wznosił się nad stokami okolicy, widoczny na wiele mil wokoło, lecz nikt nie wspomniał mu o dolinie leżącej u stóp wzgórza. Betlejem, wyrzekł idiota w stronę doliny, zastanawiając się nad dźwiękiem tego słowa i obdarzając je całą wspaniałością walijskiego poranka. Bratał się z całym światem wokoło, ssąc powietrze tak, jak nowo narodzone dziecię ssie i brata się ze światłem. Życie doliny Jarvis parujące z traw i z drzew, i z długiego ramienia strumyka użyczało mu świeżej krwi. Noc opróżniła żyły idioty, lecz poranek w dolinie napełnił je ponownie.

— Betlejem — powiedział idiota w stronę doliny.

Nim zapadł zmrok, ogrodnik i chłopiec weszli po schodach do wieży, klucz obrócił się w zamku i drzwi otwarły się jak pokrywka skrzynki, wpuszczając ich do środka. Pokój był pusty.

— Gdzie są te tajemnice? — spytało dziecko spoglądając na zmatowiałe belki i kąty pokryte pajęczynami i rozglądając się po ołowianych framugach okiennych.
— Wystarczy, że dałem ci klucz — odparł ogrodnik, który wierzył, że wraz z ptasimi piórami i nasionami kwiatów ukrywa w swej kieszeni klucz do wszechświata.

Dziecko zaczęło płakać, gdyż nie było żadnych tajemnic. Wciąż od nowa przeglądało pusty pokój strącając kurz, aby odszukać niepozorne drzwi zapadowe. Opukiwało nie pokryte boazerią ściany, by usłyszeć głuchy ton dający znać, że jakiś inny pokój znajduje się poza obrębem wieży. Chłopiec zmiótł pajęczyny z okna i przez zwały kurzu patrzył w ośnieżoną Noc Wigilijną. Świat pagórków rozciągał się w dali pod skrawkiem nieba, a szczyty wzgórz, których nigdy nie widział, wznosiły się na tle opadających płatków śnieżnych. Przed nim rozpościerały się lasy i skały, bezmierne oceany jałowego lądu i świeży przypływ górskiego nieba omiatającego czarne brzegi. Na wschodzie widniały zarysy bezimiennych stworzeń żyjących na wzgórzu oraz ustronie drzew.

— Czym one są? Czym one są?
— To są wzgórza Jarvis — rzekł ogrodnik — które istnieją od początku świata.

Wziął dziecko za rękę i odwiódł je od okna. Klucz przekręcił się w zamku.

Tej nocy dziecko dobrze spało; ze śniegu i z ciemności promieniowała potęga, niezmienna muzyka dobywała się z milczenia gwiazd; milczenie było w porywistym wichrze. A Betlejem znajdowało się bliżej, niż chłopiec przypuszczał.