Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zakazana baśń wykradziona z gabinetu matki miała być tylko urodzinowym prezentem dla młodszej siostry, drobnym sekretem, który zniknie przed świtem. Zamiast niego znika jednak Aveline.
Gdy budzi się w Elarith, królestwie utkanym ze śniegu, zaklęć i czarno-białych ulic przypominających szachownicę, jest pewna, że to tylko sen. Piękny, zachwycający i odrobinę niepokojący. Trafia do rezydencji tajemniczego Sylasa Nyxa, poznaje jego sekretarkę o spojrzeniu ostrym jak nóż i słyszy głos maga uwięzionego w szklanej kuli.
Aveline nie zna jego twarzy. Nie wie, czy może ufać jego słowom. Wie tylko, że całe królestwo każe się go bać, a on jako jedyny zdaje się dostrzegać skazy ukryte pod urokiem Elarith.
Tajemniczy mag twierdzi, że Aveline nie trafiła tutaj przypadkiem.
Uwięziony, wymazany z opowieści i uznany za zagrożenie dla całego królestwa, składa jej propozycję: ona pomoże mu odzyskać wolność, a on pokaże jej drogę do domu.
Im dłużej Aveline pozostaje w Elarith, tym trudniej odróżnić prawdę od iluzji. Bo pod warstwą magii i piękna kryje się coś, czego mieszkańcy za wszelką cenę nie chcą dostrzec.
„Szklany urok” to nastrojowa nowelka romantasy pełna magii, tajemnic i baśniowego klimatu. Historia o świecie ukrytym na kartach książki, sekretach zamkniętych pod warstwą uroku i uczuciach, które potrafią odmienić nawet najbardziej niezwykłą opowieść.
Nowelka z Kolekcji cosy romantasy Inanny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 141
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Szklany urok
Maria Magdalena
Wydawnictwo Inanna
1
Copyright
📖 Informacja o wersji demo
Aveline nie wierzyła w magię, a magia lubiła cierpieć na nieodwzajemnioną miłość.
Być może gdyby w jej sercu tliło się nieco więcej wiary we własną moc, nie popełniłaby błędu, jakim było zakradnięcie się do gabinetu mamy, którego ta tylko czasami, przez roztargnienie, nie zamykała na klucz.
Tego dnia przypadały urodziny jej młodszej siostry, a Aveline wiedziała doskonale, że tym, czego dziewczynka pragnęła najbardziej, było przeczytanie chociaż jednej baśni z pilnie strzeżonej kolekcji mamy. Aveline za młodu nie dzieliła podobnych fantazji, ale jej siostrzyczka uparła się, że skoro mama chowa przed nimi te książki, to muszą być one magiczne, w co Aveline oczywiście nie wierzyła – podejrzewała raczej, że chowała tam starą kolekcję drogich woluminów, które miały dla niej sentymentalną wartość, a może i treść nie nadawała się dla jej młodych córek. Aveline była jednak dorosła i jeśli tylko zobaczyłaby coś nieodpowiedniego dla swojej młodszej siostry, na pewno by jej tego nie pokazała. Poza tym, czuła też w sobie niebezpieczną dozę ekscytacji. Zazwyczaj była zbyt poważna i rozsądna, by w ogóle myśleć o zrobieniu czegoś wbrew woli swojej mamy, ale rzadko kiedy potrafiła odmówić siostrze. A tym bardziej w dniu jej urodzin. Kiedy więc zobaczyła niezakluczone drzwi, natychmiast po nią pobiegła i obie, po cichu, wstąpiły do gabinetu.
Nie interesowały ich biurko ani otwarte zeszyty, bo nie były aż tak ciekawskie – zależało im wyłącznie na książkach.
– Wybierz jedną – powiedziała szeptem Aveline, a jej siostra, z rozpalonym od emocji wzrokiem, przestudiowała po kolei każdą półkę.
– Sprawdź tę! – pisnęła nieco zbyt głośno i wskazała na leżący najwyżej tom w kolorze ciemnego ametystu.
Regał piął się do samego sufitu, a Aveline, nawet po wejściu na drabinkę, ledwo sięgnęła po wybraną przez jej siostrę książkę, ale wreszcie jej palce dotknęły twardej oprawy i pociągnęły ją ostrożnie.
Następnie obie uciekły do swoich pokoi. Aveline odwiedziła siostrę dopiero późną nocą, gdzie przy drżącej jak ich serca świecy zaczęły czytać baśń o zaklętym w szachownicę królestwie.
– W królestwie Elarith nie zawsze gościł balans – przeczytała cicho Aveline i rzuciła okiem na siostrę, której usta rozświetlił radosny uśmiech. – Zanim ulice się ugięły, pęknięcia naprawiły, a królestwo wybrało swoje ukochane barwy, panowały tu zapomniane dziś odcienie.
Głos Aveline nieprzerwanie rozpraszał głęboką ciszę, która próbowała z nim wygrać, ilekroć dziewczyna nabierała tchu. A po kilku godzinach naprawdę jej go brakowało. Nie potrafiła jednak przestać czytać. Nie mogła – lub nawet nie chciała – odłożyć książki, mimo że jej siostra już dawno usnęła, a słowa stały się zawiłe i niezrozumiałe. Jej skóra piekła ją i to nie od wszechobecnego chłodu, a ona sama nie spoczęła, dopóki nie przeczytała ostatniego rozdziału. Nie potrafiła postąpić inaczej. Książka, którą ściskała w dłoni, kierowała nią w ten niepokojąco romantyczny sposób, jak gdyby była ręką utęsknionego kochanka. Dopiero gdy wreszcie przeczytała na głos ostatnie zdanie, mogła odpocząć. Zamykając zmęczone oczy, nie wiedziała, że popełniła kolejny tej nocy błąd.
Najpierw poczuła zapach grzanego wina, magii i nierozważnych decyzji, lecz to nie zaalarmowało jej zmysłów. Nie uczynił też tego śnieg, który z jakichś przyczyn pogłaskał jej policzek, ani nawet powiew mroźnego wiatru, a chęć przekręcenia się we śnie na drugi bok, czego Aveline omal nie przypłaciła upadkiem.
Otworzyła szeroko oczy, nabierając gwałtownie w płuca kłującego chłodem powietrza. Serce podeszło jej do gardła, bo początkowo nie wiedziała, gdzie się znajduje, ale gdy tylko spojrzała na okolicę, nieco się uspokoiła. Wiedziała, że śniła.
Znalazła się bowiem na ogromnej szachownicy, zupełnie jak w czytanej przed chwilą książce. Wszystko w zasięgu wzroku jawiło się wyłącznie w dwóch barwach i było nieskończenie śliczne. Śnieg osiadał gwałtownie na jej liliowych włosach i płaszczu, a wiatr przynosił do jej nozdrzy powabne zapachy. Z ust Aveline wyleciała drobna chmurka pary, gdy je rozchyliła w zdziwieniu, próbując objąć spojrzeniem wszystkie te wspaniałości.
Nigdy jeszcze nie miała tak realistycznego snu. Zazwyczaj były one albo bardzo miałkie, albo po prostu ich nie pamiętała, lecz teraz, patrząc na wyśnione królestwo Elarith, była pewna, że nie mogła go zapomnieć. Czuła się tak, jakby sięgnęła najgłębszych części swojej wyobraźni i osiedliła się w nich. Być może częściej powinna czytać baśnie.
Popatrzyła w dół, na ametystową, lśniącą jedwabiem suknię, ale mimo tego, że była piękna, nie przykuła jej uwagi – uczyniły to jej odziane w jasne rękawiczki ręce, w których spoczywał roziskrzony na krawędziach list.
Natychmiast go rozwinęła.
Droga Aveline!
Dziękuję za Twoją dyspozycję. Oczekuję naszego spotkania i zrobię, co w mojej mocy, aby Twoje bagaże zostały dostarczone przed Twoim przybyciem.
SylasNyx
Sylas Nyx.
To nazwisko obudziło w niej pamięć o czytanej przed snem historii. Znała tego mężczyznę. Nie pamiętała, jak wyglądał, bo nie był jeszcze przedstawiony głównej bohaterce, ale wiedziała, że obydwoje mieli wejść w związek małżeński z nakazu króla.
Aveline poczuła ekscytację buzującą w jej żyłach. Już wcześniej zauważyła podobieństwo w wyglądzie między sobą a główną bohaterką, lecz teraz jej umysł najwyraźniej wrzucił ją w dalszy bieg wydarzeń. Bo chyba właśnie tutaj skończyła się książka – w momencie, w którym główna bohaterka miała poznać przyszłego męża.
Dlatego właśnie Aveline ruszyła wreszcie naprzód, pokonując niepewnie deptak, który oczywiście zrobiony był na wzór szachownicy. Budynki, zarówno te mieszkalne, jak i sklepy, przypominały pionki lub figury szachowe, dostrzegła też, że w większości wybudowano je na planie koła. Jeśli zaś były bardziej standardowe, to ich kolumny, zdobienia oraz gzymsy i tak nie pozostawiały wątpliwości co do pobudek, jakimi kierował się architekt. Wszystko albo lśniło alabastrem, albo ciemniało obsydianem, a nocne niebo, z którego mimo padającego śniegu zerkały na nią gwiazdy, odbijało się głębokim fioletem na wszystkich powierzchniach. Jedynie ludzie byli kolorowi, jakby doklejono ich do tej baśni nieco później.
Śnieżyca wzmogła się, a chłodny powiew wiatru ucałował jej zarumieniony policzek, więc Aveline przyspieszyła i otuliła się mocniej białym futrem, choć nie wiedziała, w którym kierunku powinna iść. Z któregoś rozdziału pamiętała ulicę, na której znajdowała się posiadłość Nyxa, ale nie znała do niej drogi. Zatrzymała się więc przy błyszczącym w świetle lamp czarnym drogowskazie i przez kilka długich chwil sądziła, że doświadcza problemów ze wzrokiem.
Na strzałkach nie było bowiem żadnych nazw. Ani jednej. Tak jakby ktoś postawił tutaj ten drogowskaz dopiero wczoraj i jeszcze nie zdecydował, co powinien wyryć na gładkiej powierzchni.
Buty przechodniów chrupały przyjemnie w gromadzącym się śniegu, a Aveline mogłaby stać tutaj jeszcze długo, dopóki ten całkowicie by jej nie przykrył, gdyby nie podeszła do niej dziewczyna, odziana w żółtą pelerynę. Również patrzyła na drogowskaz, jednak nie była tak zaskoczona, jak Aveline.
– Ulica Róży Skoczkowej – powiedziała głośno, a drogowskaz rozświetlił nagle jedną ze swoich strzałek i ukazał na niej tę nazwę.
Aveline powiodła wzrokiem za nieznajomą i odchrząknęła, gdy ta znalazła się poza zasięgiem słuchu.
– Promenada Niezakończonej Partii – wymówiła na głos, co było chyba najbardziej absurdalną rzeczą, jaka wyszła kiedykolwiek z jej ust.
Co za bzdurna nazwa!
Dla drogowskazu nie była jednak bzdurna, bo natychmiast otoczył przyjemnym blaskiem strzałkę, mówiącą jej, że powinna kierować się do przodu, ale lekko w lewo. I naprawdę ukazała się na niej nazwa tej promenady.
Aveline wyminęła drogowskaz z dreszczem ekscytacji. Może i nie wierzyła w magię, ale wierzyła w sny, a ten był wyjątkowo czarujący.
Im dalej w Elarith się zagłębiała, tym mocniej rozumiała, że wszystko wkoło naprawdę wyglądało jak z najpiękniejszego marzenia i nie było przed tym ucieczki. Już jednak podczas wcześniejszej lektury Aveline doszła do wniosku, że wszystko, co perfekcyjne, kryło nieperfekcyjną prawdę. W tym wypadku stanowił ją fakt, iż królestwo z książki nie istniało fizycznie w świecie. Było tylko murem otaczającym gdzieś puste pola. Legendą, którą szeptano dzieciom przed snem. Śnieżną kulą skrytą przed ludzkim wzrokiem.
Mijała kolejne drogowskazy i pytała ich, dokąd powinna pójść, tak długo, aż jej nos i policzki zrobiły się czerwone z zimna, a futro zaczęło przemakać od śniegu. Widziała sklepy z zaklęciami w butelce, dopasowującymi się sukniami i herbatami w ulubionym smaku danego klienta. Napotkała też plakaty, reklamujące nowe występy, koncerty, kabarety, a także takie informujące o magu, którego należało znaleźć. Aveline niestety nie wczytała się w ich treść i nie miała pojęcia, czy naprawdę było to istotne. W końcu jednak, po zejściu z głównej drogi, którą podążała już przeszło pół godziny, dotarła na Promenadę Niezakończonej Partii, a tam odnalazła ogromną posiadłość, której kolumny – a jakże – przypominały figury szachowe.
Liście posadzonych wkoło drzew zdawały się nieco zbyt zielone, ale ich soczystość była oszałamiająca. Starannie przystrzyżone krzewy poprowadziły ją szeroką ścieżką pod samą marmurową werandę. Nim Aveline zdążyła wejść po schodach, drzwi otworzyło jej dwóch kamerdynerów, a ciepło domu napłynęło do niej zapraszająco.
Skinęła do starszych mężczyzn głową z pełnym szacunkiem, ale nie potrafiła ukryć zawahania, które ją nagle ogarnęło. Czy naprawdę miała tam wejść i poznać przyszłego męża głównej bohaterki? Ten sen był taki… taki rzeczywisty, że Aveline czuła się tak, jakby sama miała niebawem wyjść za obcego mężczyznę.
Jej zwątpienia rozpierzchły się jednak całkiem szybko, gdyż w środku nie zastała Sylasa.
Zamiast niego u podnóża obszernych schodów czekała na nią młoda kobieta, może nawet niestarsza od niej samej, której czarne włosy opadały równymi falami na jedno z ramion. Kaskadowa suknia w kolorze szmaragdów zawijała się nienagannie na podłodze, a dekolt częściowo przykrywały czarne pióra, przytrzymywane półprzezroczystymi woalami, które sięgały aż ciemnych rękawiczek. Piękna w swojej surowości twarz tej dziewczyny wyglądała jak tysiąc złamanych obietnic.
I właśnie ta dziewczyna również na nią patrzyła. Być może nawet oceniała lub szukała słabości. A może to tylko świece, iluminujące nad nimi w żyrandolu, dawały takie złudne wrażenie.
– Witaj, Aveline – powiedziała aksamitnym głosem, ale się nie uśmiechnęła. – Żywię nadzieję, że nie zmarzłaś zbytnio? – Nie brzmiała na zatroskaną i nawet nie poczekała na odpowiedź, zbliżając się do niej powoli. – Mam na imię Vesper. – Wyciągnęła do niej szczupłą dłoń, którą Aveline uścisnęła.
Przeszedł ją dreszcz. Znała przecież tę dziewczynę. Ona również była bohaterką czytanej baśni.
– Moje imię znasz – odparła niestety dosyć sztywno i aby to zakryć, pozwoliła, aby jeden z kamerdynerów zabrał od niej futro.
– Oczywiście – odpowiedziała szybko i zmrużyła kocie oczy. – Twoje osiągnięcia także. Sir Nyx na pewno chciałby powitać cię osobiście, ale niestety nie ma go w domu, wróci dopiero pojutrze. Jak wiesz, jestem sekretarzem i z miłą chęcią cię oprowadzę. Ale może najpierw zaproponuję herbatę na rozgrzanie? – Spojrzała ponad jej ramieniem na kamerdynera. – Przygotujcie dla nas podwieczorek i pokażcie pannie Aveline drogę do toalety i salonu. – Wzrok jej twardych oczu znów spoczął na Aveline. – Ja wrócę do ciebie za kwadrans. Oderwałam się od obowiązków, bo nie chciałam, abyś weszła do pustego domu.
– Doceniam to – odparła, siląc się na naturalność. Coś w całej tej rozmowie było tak sztuczne, że Aveline aż się spięła. Nie powinna się tym przejmować, jeżeli tylko śniła, ale wszystko trafiało w nią tak, jakby było rzeczywiste.
Vesper skinęła do niej głową i odwróciła się ku schodom. Odeszła, jakby powitanie Aveline było codziennością, a Aveline zastanowiła się, czy dla głównej bohaterki ta interakcja również nie powinna nią być.
Wypuściła wstrzymywany dotąd oddech i rozejrzała się po posiadłości. Cóż, przynajmniej wnętrze domu nie było czarno-białe, a wykonane z raczej przyjemnego, ciemnego drewna. Odwróciła się do kamerdynera, który kulturalnie na nią czekał, i uśmiechnęła się do niego. Cokolwiek przygotował dla niej ten sen, chciała za tym podążać. Po raz pierwszy czuła bowiem, że miała w nim nad sobą pełną władzę.
– Proszę, prowadź.
Kamerdyner skłonił się i zakręcił do korytarza, który przyozdobiono skrytymi za miękkimi kurtynami portretami i krajobrazami, a także kamiennymi popiersiami, których czujne oczy śledziły każdy krok Aveline. Łazienka zaś, do której ją zaprowadzono, była cicha i skąpana w odcieniach beżu, a w powietrzu unosił się zapach jabłek oraz malin, który skojarzył jej się z domem, a przede wszystkim jej mamą. Oraz jej zakazaną kolekcją.
Aveline poczuła ukłucie winy. Nie żałowała tego, że tak bardzo wciągnęła się w czytaną baśń, ale nigdy nie chciała wykradać niczego z gabinetu swojej rodzicielki. Zrobiła to wyłącznie dla siostry i zamierzała zwrócić tom z samego rana, jeszcze nim ich mama się obudzi.
W łazience przed lustrem Aveline ułożyła potargane przez wiatr jasne włosy. Poprawiła też ułożenie biżuterii i wygładziła opływającą suknię w kolorze ametystu, przypominający jej teraz nocne niebo, które wisiało gdzieś nad nią, szczycąc się swoim nienaturalnym odcieniem. Wiedziała, że niebo nie powinno być fioletowe, podobnie jak królestwa nie powinny być budowane na wzór szachów, ale chyba właśnie to najbardziej urzekło ją w tej książce.
Salon, do którego zaprowadził ją kamerdyner, stanowił dlań kolejne zaskoczenie, ponieważ w przeciwieństwie do reszty pomieszczeń był oszklony, z oknami wychodzącymi na posadzony w ogrodzie za rezydencją lasek. Przez szklaną kopułę wpadał do środka blask tysiąca gwiazd, lecz śnieg nie osiadał na nim tak jak na pobliskich drzewach. Podłogę wypolerowano na błysk, dzięki czemu odbijała sklepienie i spody mebli, a także długie nogi Vesper, która siedziała po drugiej stronie salonu z uniesionym kącikiem ust.
Aveline nie dostrzegła jej od razu. Sądziła, że dołączy do niej później, ale z czytanej historii wiedziała, że była ona typem osoby, która nie tylko nie znosiła sprzeciwu, lecz lubiła również mieć kontrolę nad sytuacją.
– Czy podoba ci się twój przyszły dom? – spytała znad trzymanego leniwie kieliszka, na którym odcisnęła się jej ciemna szminka.
– Jest przepiękny – odpowiedziała Aveline zgodnie z prawdą, znowu czując tę nieco dziecinną radość, jaka ją ogarnęła na myśl, że mogła to wszystko przeżywać. Historię, która nie została jeszcze spisana. W prawdziwym świecie nie była nikim specjalnym – po prostu dziewczyną z całkiem zamożnej rodziny, jednak tutaj miała stać się żoną możnowładcy.
Aveline po cichu marzyła o takim życiu, ale wiedziała, że to prawdziwe było znacznie mniej czarujące – nie miało w sobie magii ani urokliwych królestw. Z tego zaś miała się niebawem obudzić, czego naprawdę nie chciała jeszcze robić. Tym bardziej nie teraz, gdy zobaczyła salon tak okazały, że brakowało mu jedynie niebiańskich istot dryfujących pod mrugającymi gwiazdami.
Aveline oparła się dłońmi o ramę fotela, a Vesper rozchyliła usta, ale to jej rozmówczyni przemówiła pierwsza.
– Czy mogłabyś mnie najpierw po nim oprowadzić? – spytała, co sprawiło, że cienkie brwi Vesper uniosły się nieznacznie.
– Herbata wystygnie.
Aveline spojrzała przelotnie na dzbanek i uśmiechnęła się ostrożnie. Nie chciała teraz siadać i pogrążać się w rozmowie, bo nie wiedziała, kiedy się przebudzi. Pragnęła zwiedzić to całe miejsce, dopóki było w niej tak piękne i żywe.
– Po prostu ogromnie na to czekałam.
Vesper nie upierała się przy zjedzeniu podwieczorku, choć obdarzyła ją spojrzeniem sugerującym, że Aveline postradała zmysły.
Rezydencja Nyxa była zadbana, a meble okazały się nienadgryzione ani trochę zębem czasu. Mimo to jej mury i podłogi korytarzy, których siatkę Aveline dopiero odkrywała, zdawały się stare jak zapomniane historie. W sercu domostwa wybudowano salę balową, która była tak piękna i perfekcyjna, że Aveline nie zdziwiłoby, gdyby zewsząd rozległ się dźwięk harf. Utrzymano ją w tonacjach bladego różu, a każdą kolumnę pokrywały kwiaty w podobnych odcieniach. Na suficie namalowano złotem sceny, prawdopodobnie z teatralnych sztuk, a parkiet przypominał szachownicę – choć nie tak ogromną, jak ta, na której wybudowano Elarith. Vesper pokazała jej również dwa gabinety: swój i Sylasa, które były większe od jej sypialni w rodzinnym domu. Biuro Vesper utrzymano w szmaragdowych barwach, które najwyraźniej sobie umiłowała. Jedyny kontrast stanowiła leżąca na jej biurku książka ze wściekle różową okładką. Vesper zgarnęła ją niby od niechcenia, ale zamknięcie jej na klucz w biurkowej szufladzie już takim nie było. Aveline udała, że tego nie zauważyła, choć chyba mniej interesowałby ją ten tom, gdyby Vesper po prostu pozwoliła mu zostać na blacie.
Nie zwiedziły wszystkich pokoi. Vesper mówiła jej, że nie ma na co patrzeć, bo większość z nich miała być przeznaczona dla gości, ale Aveline mogłaby przysiąc, że niektóre klamki szeptały do niej z prośbą, aby je nacisnęła. Okazały ogród, stanowiący raczej wypielęgnowany las, obejrzały jedynie z balkonu, z którego Aveline dostrzegła migoczące pośród igieł sople lodu.
Po drodze odwiedziły jej własną komnatę, a ostatnim punktem ich krótkiej wycieczki była piwnica.
Vesper zdjęła z haczyka lampę i rozpaliła ją, bo schody, jak i dalszy korytarz, nie były oświetlone. Korytarz ten wybudowano z białego kamienia, który wyglądał jednak na nieco przykurzony – poza tym utrzymano to miejsce w naprawdę dobrym stanie. Ze swoimi złotymi zdobieniami na suficie i niższej części ścian przypominał raczej pogrzebaną przypadkiem baśń, aniżeli nieużywaną piwnicę.
Vesper wykrzywiła usta.
– Czujesz to?
– Co takiego? – spytała Aveline, zerkając na nią przelotnie. Zbliżały się do otwartych drzwi w kolorze ciemnego różu, nieco podobnego do tego, w który oprawiono książkę Vesper.
– Brak magii – odparła cierpko Vesper, a Aveline przygryzła wargę.
Zupełnie o tym zapomniała. Faktycznie czytała przecież, że czar utrzymujący Elarith w perfekcyjnym stanie nie działał pod ziemią. Nie wyczuła tego od razu, choć definitywnie czuła coś. Coś nostalgicznego i zapomnianego, co nie było tak słodkie jak magia na powierzchni.
Vesper wyminęła ją, aby wstąpić do pomieszczenia za różowymi drzwiami. Aveline stanęła tuż za nią, obserwując, jak płomienie z jej lampy rozświetlają jego wnętrze.
– Stara pracownia alchemiczna. Obecnie używamy jej jako magazynu na niepotrzebne rzeczy. – Ruchem brody wskazała na stojącą nieopodal ramę obrazu, krzesło bez jednej nogi oraz puste skrzynie. Obrzuciła jeszcze wzrokiem cały pokój, podobnie jak to uczyniła Aveline, ale w przeciwieństwie do niej Vesper się wzdrygnęła. – Nie mam nawet serca wysyłać tutaj służących. Paskudne miejsce.
Choć miejsce wcale nie wydawało się paskudne. Stare, owszem, ale nie paskudne. Aveline mogłaby nawet rzec, że było przytulne. Fioletowe ściany komponowały się z odcieniem nie tylko jej włosów, ale też błyszczącej sukni, a białe płachty, przykrywające nieużywane przedmioty, wręcz prosiły się o strzepnięcie z nich kurzu. Aveline określiłaby to miejsce jako całkiem przyjemne.
Na pobliskiej wieży zabiły dzwony.
– Chodźmy już stąd – oznajmiła nagle Vesper, po czym odwróciła się na pięcie i przestąpiła przez próg.
Aveline podążyłaby za nią, gdyby nie usłyszała dobiegającego skądś cichego głosu, mówiącego dwa słowa.
– Wróć tutaj.
Po jej skórze przebiegł dreszcz. Rozejrzała się pospiesznie, choć wiedziała, że nie było tutaj nikogo poza nimi. Ale głos wydawał się tak rzeczywisty…
– Jest tu ktoś? – spytała cicho, niepewna, czy powinna dołączyć do Vesper, czy może odpowiedzieć temu, co do niej przemówiło.
Szklany urok
Copyright © Maria Magdalena
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-667-8
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Paulina Kalinowska
Korekta: Anna Nowak | proAutor.pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl
Skład i typografia: Bookiatryk.pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
www.inanna.pl
Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
