Szepty przyszłości. Tom 1. Część 2 - Cara D. Wyler - ebook
NOWOŚĆ

Szepty przyszłości. Tom 1. Część 2 ebook

Cara D. Wyler

5,0

811 osób interesuje się tą książką

Opis

Zakończenie historii Elijaha i Cornelii!

Stracił wszystko.

Miłość. Nadzieję. Sens życia.

Elijah nauczył się funkcjonować jak maszyna – bez emocji, bez planów, skupiony wyłącznie na przetrwaniu.

Aż los zmusza go, by stanął twarzą w twarz z przeszłością, nawet gdy rodzinna wojna nabiera rozpędu, a władza ojca wciąż sięgają dalej, niż powinna.

Spotkanie w siedzibie Ballmer Defense Inc. miało być jedynie grą wpływów. Zamiast tego staje się początkiem chaosu. Bo właśnie tam Elijah widzi Cornelię – kobietę, którą kocha… i którą zostawił. U jej boku stoi Keanu, brat, który nie zapomniał i na pewno nie wybaczył.

Nel nie jest już tą samą dziewczyną. A sekret, który próbowała mu wyznać w dniu jego odejścia, teraz jednocześnie ich dzieli… i wiąże mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Elijah przekroczył granice, których nie powinien. Złamał zaufanie. Zranił kobietę, która jest jego całym światem. A teraz musi zrobić coś niemożliwego – odzyskać ją.

Bo jedno wie na pewno: ona była, jest i zawsze będzie jego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 394

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (6 ocen)
6
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
SunaiConte
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam ❤️❤️❤️ Polecam z całego serca.
30
egrambor

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo liczę na kolejny tom i szczęśliwe zakończenie Keano
10
Angelika9315

Nie oderwiesz się od lektury

wow 🩷to bylo genialne🥰
10
aleksandrawitaszek

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam! 🥰
10
madzialegmi

Nie oderwiesz się od lektury

płakałam, śmiałam się i zakochałam, zwłaszcza w roxemianie Elijaha.A koniec książki.... oj
10



Baby I know you are hur­ting

Ri­ght now you feel like

You co­uld ne­ver love aga­in

Now all I ask is for a chan­ce

To pro­ve that I love you

Back­stre­et Boys – I’ll Ne­ver Bre­ak Your He­art

Prolog

Szczęście to pu­łap­ka.

Na po­cząt­ku czu­jesz ulgę. Jak­by ktoś wresz­cie zga­sił po­żar, któ­ry tlił się w to­bie od lat. Wszyst­ko na­gle sta­je się cie­płe, lek­kie, pra­wie nie­re­al­ne. Śmiech brzmi gło­śniej. Czas zwal­nia. Twa­rze się roz­ja­śnia­ją. I my­ślisz, że to już. Że do­ta­rłeś.

Po­zna­jesz mi­ło­ść ży­cia.

Po­ja­wia się znie­nac­ka, często wte­dy, kie­dy już prze­sta­łeś wie­rzyć.

Spoj­rze­nie. Dłoń. Ci­chy gest. Wszyst­ko na­gle ma sens.

A po­tem – pe­szek. Bo tak to się ko­ńczy.

Nie­wa­żne, jak moc­no się trzy­ma­cie, ży­cie za­wsze znaj­du­je spo­sób, żeby roz­dzie­lić dło­nie.

Nie­unik­nio­ne.

Cza­sem dzie­je się na­gle – cho­ro­ba, któ­ra nie pyta, czy je­steś go­tów.

Cza­sem zu­pe­łnie przy­pad­kiem – lu­źny ka­mień na szla­ku, któ­ry w jed­nej se­kun­dzie prze­sta­wia cały świat. Albo coś gro­te­sko­we­go – jak ka­ta­stro­fa jach­tu, na któ­rym byli twój brat i ro­dzi­ce.

A cza­sem po­wo­li – sło­wa­mi wy­po­wia­da­ny­mi z co­raz wi­ęk­szą nie­obec­no­ścią:

– Ko­cham cię. Ale mam obo­wi­ąz­ki wo­bec ro­dzi­ny, któ­re mu­szę spe­łnić, tak jak mój brat.

– Ja je­stem two­ją ro­dzi­ną.

– Praw­dzi­wej ro­dzi­ny.

I wte­dy ro­zu­miesz.

Szczęście nie jest na­gro­dą. Jest złu­dze­niem. Czy­mś, co przy­cho­dzi tyl­ko po to, że­byś bar­dziej cier­piał, kie­dy zo­sta­je ode­bra­ne.

Naj­lep­sze, co może się zda­rzyć?

Umrzeć ra­zem. W tej sa­mej chwi­li. Ra­mię w ra­mię.

Bez żalu. Bez cza­su na tęsk­no­tę.

Ale ani ja, ani Ke­anu nie mie­li­śmy tego luk­su­su.

Rozdział 1

Elijah

Spo­tka­nie Ke­anu i Nel w sie­dzi­bie Bal­l­mer De­fen­se w San­ta Cla­ra było jak cios obu­chem pro­sto w twarz. Taki, któ­ry nie tyl­ko roz­ci­na skó­rę, ale też ude­rza głębo­ko – w su­mie­nie, w ser­ce, w du­szę. Przez wie­le ty­go­dni ży­łem jak w stud­ni, do któ­rej nikt nie spusz­czał liny. Wszyst­ko było sza­re, mar­twe, bez punk­tu za­cze­pie­nia. Do­pie­ro ich wi­dok przy­po­mniał mi, co zna­czą od­dech, bi­cie ser­ca i ból, któ­re­go nie da się za­głu­szyć.

A prze­cież ktoś pró­bo­wał mnie z tej stud­ni wy­ci­ągnąć wcze­śniej. Mój brat. Wpa­dł nie­spo­dzie­wa­nie do mo­je­go miesz­ka­nia i za­nim zdąży­łem za­re­ago­wać na jego nie­co­dzien­ne za­cho­wa­nie, już grzmiał jak bu­rza. Jego sło­wa bo­la­ły bar­dziej, niż my­śla­łem, że po­tra­fią. Ka­żde zda­nie wbi­ja­ło się w mój umy­sł jak gwó­źdź, a na ko­niec do­bił mnie czy­mś w ro­dza­ju mo­ty­wa­cyj­nej mowy. Po­trze­bo­wa­łem ty­go­dnia, żeby się po­zbie­rać, żeby zno­wu sta­nąć przed lu­strem i nie od­wró­cić wzro­ku z obrzy­dze­niem. Żeby scho­wać dumę, od­su­nąć strach i przy­znać sam przed sobą, że kon­cer­to­wo schrza­ni­łem wszyst­ko, co mia­ło dla mnie zna­cze­nie.

Tęsk­nię. Nie tyl­ko tak „tro­chę”, nie z przy­zwy­cza­je­nia. Tęsk­nię do bólu, do łez. Za nią, moją du­szą, któ­rej sądzi­łem, że nie po­sia­dam – za Nel. Za jej cie­płem, za za­pa­chem skó­ry, za tym, jak o po­ran­ku, kie­dy świat jesz­cze się nie obu­dził, z uśmie­chem wy­ma­wia­ła moje imię. Tęsk­nię za tym, żeby wi­dzieć ją obok, za­spa­ną i praw­dzi­wą, ni­cze­go nie­uda­jącą. Za tym, żeby za­sy­piać z jej dło­ńmi na klat­ce pier­sio­wej. Tęsk­nię też za Ke­anu, któ­ry mimo wszyst­ko był gło­wą ro­dzi­ny, prze­wod­ni­kiem i mu­rem. I moim przy­ja­cie­lem, cho­ciaż nie sądzi­łem, że kie­dy­kol­wiek go tak na­zwę.

Wiem, że za­słu­ży­łem na wszyst­ko, co naj­gor­sze. Gdy­by Wal­ters chciał mi wy­mie­rzyć spra­wie­dli­wo­ść pi­ęścią, nad­sta­wi­łbym twarz bez sło­wa. W su­mie na­wet na to cze­kam. Tak samo Nel – ma pra­wo mnie znie­na­wi­dzić. Ale mimo wszyst­ko chcia­łem wte­dy spró­bo­wać, chcia­łem od­zy­skać to, co znisz­czy­łem. Ro­dzi­nę.

Dla­te­go po­je­cha­łem tam, do Har­bor­bro­ok. Na­sze­go domu. I za­sta­łem… pust­kę. Nie było Nel. Nie było Ke­anu. Psy znik­nęły. Ich rze­czy też. Jak­by wszy­scy wy­pa­ro­wa­li. Na­wet hor­ten­sja – nad któ­rą Nel trzęsła się jak nad dziec­kiem – prze­pa­dła bez śla­du. Zo­sta­ły tyl­ko moje rze­czy. Nie­ru­szo­ne. Le­ża­ły tak, jak je zo­sta­wi­łem.

Za­la­ła mnie fala wście­kło­ści i roz­pa­czy. Do sie­bie. Do świa­ta. Do ojca. Nie­moc. To uczu­cie, kie­dy masz wra­że­nie, że cały świat wali ci się na gło­wę, a ty na­wet nie po­tra­fisz się pod­nie­ść z ko­lan.

W środ­ku krzy­czę, wrzesz­czę, gry­zę wła­sne wnętrze, ale na ze­wnątrz… je­stem pu­sty. Jak sko­ru­pa.

Nie wró­ci­łem już do swo­je­go miesz­ka­nia. Zo­sta­łem w ich – nie na­szym – domu. Nikt mnie nie wy­rzu­cił. Choć może po­wi­nien. Ale nie. Kie­dy nie uda­wa­łem, że pra­cu­ję, to szu­ka­łem Nel w ka­żdy zna­ny mi spo­sób. Albo dzwo­ni­łem, wpa­tru­jąc się w kon­takt opa­trzo­ny na­zwą „Świ­ęta Kro­wa” i jej zdjęciem. Albo le­ża­łem w na­szym łó­żku oto­czo­ny jej za­pa­chem. Przy­ja­cie­le, na­sza pacz­ka… trak­to­wa­li mnie jak swo­je­go i sta­ra­li wy­ci­ągnąć z ma­ra­zmu. Theo i Levi nie od­wró­ci­li się ode mnie. Dziew­czy­ny też nie.

A Jo­sie… Jo­sie jest jak la­tar­nia mor­ska, kie­dy błądzisz. Spo­ty­kam się z nią re­gu­lar­nie. Jest ci­cha, spo­koj­na i za­czy­na mó­wić pierw­sze sło­wa. Prze­ze mnie stra­ci­ła bli­skich – cio­cię i wuj­ka, z któ­ry­mi łączy­ła ją głębo­ka więź. Wiem, że na­dal mają kon­takt, że roz­ma­wia­ją. Ale ni­g­dy nie py­tam. Nie na­ci­skam. Nie chcę zmu­szać ko­go­kol­wiek do wy­bo­ru, do sta­wa­nia po czy­je­jś stro­nie.

Za­mie­rzam sam ich od­na­le­źć. Prze­pro­sić. Na­pra­wić.

Co cie­ka­we, to nie Ke­anu spu­ścił mi ło­mot. To Levi. Za te ban­kie­ty, te wszyst­kie wy­staw­ne im­pre­zy, na któ­rych mu­sia­łem być… z Zarą Page. Tak, z nią. Na­wet jej nie do­tknąłem, ale to nie mia­ło zna­cze­nia. Plot­ki, zdjęcia, por­ta­le – stwo­rzy­ły al­ter­na­tyw­ną wer­sję rze­czy­wi­sto­ści.

A pie­rścio­nek? Tak, był. Śmiesz­ne za­ręczy­ny – o ile mo­żna tym sło­wem na­zwać mo­ment, w któ­rym rzu­ci­łem jej w twarz klej­not ku­pio­ny przez mo­je­go ojca. Żad­nych oświad­czyn. Żad­nej mi­ło­ści. Tyl­ko te­atrzyk dla me­diów.

Je­stem na jego smy­czy. A wła­ści­wie na pi­ęciu. Ka­żda za­ci­ska się co­raz moc­niej. Pró­bu­ję się z nich ze­rwać, szu­kam wy­jścia, ale od­bi­jam się od ścian.

Więc tak – Levi mnie ude­rzył. Ta­rza­li­śmy się po jego po­dwór­ku jak ja­cyś pie­prze­ni wa­ria­ci, ale w tam­tej chwi­li to było po­trzeb­ne. Pó­źniej usie­dli­śmy i spił mnie pi­wem pra­wie do od­cin­ki. Po­wie­dzia­łem mu wszyst­ko, co mo­głem, nie na­ra­ża­jąc ni­ko­go, kogo ko­cham.

W mi­ędzy­cza­sie nie prze­sta­łem szu­kać ro­dze­ństwa Wal­ter­sów. Ani mo­jej sio­stry, któ­rą oj­ciec ukrył nie wia­do­mo gdzie.

Zack prze­jął pro­wa­dze­nie fir­my, bo ja… Ja nie nada­wa­łem się wte­dy do ni­cze­go. A ra­czej – nada­wa­łem się tyl­ko do jed­ne­go: do od­na­le­zie­nia Nel. Do ob­se­syj­ne­go pla­no­wa­nia ka­żde­go kro­ku, któ­ry miał do­pro­wa­dzić mnie z po­wro­tem do niej i Ke­anu. I do ze­msty.

Nie cho­dzi­ło mi o ze­mstę w sty­lu mo­je­go ojca – spek­ta­ku­lar­ną, gło­śną, z hu­kiem i roz­pry­skiem. Nie. Ja pla­no­wa­łem ci­cho, pre­cy­zyj­nie. Chcia­łem, żeby było już za pó­źno, kie­dy się zo­rien­tu­je. Żeby nie miał nic. Ani wpły­wów. Ani pie­ni­ędzy. Ani lu­dzi. Żeby zo­stał sam, w ci­szy, któ­rej tak bar­dzo się boi.

To pole mi­no­we. Je­den błąd, je­den fa­łszy­wy ruch i któ­ryś z jego wier­nych pie­sków do­nie­sie, że coś się dzie­je. Dla­te­go dzia­ła­łem jak sa­per – krok po kro­ku, uwa­żnie, bez emo­cji, choć w środ­ku go­to­wa­łem się ze zło­ści.

I wte­dy przy­szło za­pro­sze­nie.

Bal­l­mer De­fen­se.

Po mie­si­ącach mo­ich sta­rań, ma­ili, roz­mów na oko­ło, wy­pusz­cza­nia kon­tro­lo­wa­nych sy­gna­łów i cze­ka­nia na ich ruch – od­pi­sa­li. Za­pro­si­li nas z ofer­tą…

Wła­śnie wte­dy, gdy oj­ciec wy­mu­sił na mnie coś, cze­go ni­g­dy so­bie nie wy­ba­czę. Coś, przez co skrzyw­dzi­łem tych, któ­rych ko­cham naj­bar­dziej.

Wa­ha­łem się. Ka­żda cząst­ka mnie krzy­cza­ła, żeby to zi­gno­ro­wać, bo to już nie mia­ło sen­su, sko­ro umo­wa z Page zo­sta­ła pod­pi­sa­na. Ale Lo­uis na­le­gał. Po­wie­dział, że mu­szę się ru­szyć. Że mam nie tyl­ko my­śleć o ze­mście, ale też dzia­łać. Że on mnie po­trze­bu­je. Że musi mieć moje ple­cy i ko­goś, komu ufa.

Jemu za­le­ża­ło na fir­mie ojca – tej ofi­cjal­nej, le­gal­nej twa­rzy im­pe­rium, któ­rą jesz­cze dało się ura­to­wać. A mnie? Mnie ob­cho­dzi­ła tyl­ko moja fir­ma de­tek­ty­wi­stycz­no-ochro­niar­ska. Za­le­żna od tam­tej. Jesz­cze. Bo wci­ąż for­mal­nie na­le­ża­ła do ojca.

Po­je­cha­łem. Nie li­czy­łem na nic wiel­kie­go. Nie prze­czu­wa­łem, co nas tam cze­ka.

Do­pie­ro gdy zna­le­źli­śmy się w sali kon­fe­ren­cyj­nej, wszyst­ko ude­rzy­ło we mnie z siłą bu­rzy. To, co tam zo­ba­czy­li­śmy… roz­wa­li­ło mózg ka­żde­mu, kto tam był.

Zna­la­złem ich.

Nie.

Po­zwo­lo­no mi ich zna­le­źć.

Nel. Ke­anu.

Wal­ters Bal­l­mer.

B. Wal­ters.

„B”, o któ­re ni­g­dy nie za­py­ta­łem.

I… moja cór­ka.

Tak, moja cór­ka. Ma­lut­kie szczęście w brzu­chu mo­jej Nel.

Świat sta­nął w miej­scu. I choć ser­ce wa­li­ło mi wte­dy jak mło­tem, to wie­dzia­łem jed­no – nie po­zwo­lę, by ktoś jesz­cze mi ich ode­brał.

Dwie smy­cze wła­śnie się ze­rwa­ły. Oj­ciec ni­g­dy nie od­wa­ży się wy­ko­nać żad­ne­go ru­chu w ich stro­nę – nie jest głu­pi. Do­sko­na­le zda­je so­bie spra­wę, że jako wła­ści­cie­le jed­nej z naj­po­tężniej­szych firm zbro­je­nio­wych na świe­cie od lat żyją w nie­ro­ze­rwal­nej sym­bio­zie z wła­dzą i słu­żba­mi spe­cjal­ny­mi. Są zło­ty­mi dzie­ćmi rządu, ka­żde­go, nie­za­le­żnie od opcji po­li­tycz­nej, trak­to­wa­ny­mi z naj­wy­ższą ostro­żno­ścią. To wła­śnie ich fir­ma za­opa­tru­je Sta­ny Zjed­no­czo­ne w broń – no­wo­cze­sną, nie­za­wod­ną, bez­piecz­ną.

Dla pa­ństwa są bez­cen­ni. I nie­ty­kal­ni.

Dla­te­go od za­wsze byli tak do­brze ukry­ci. Ka­żdy ich ruch, ka­żdy ad­res, ka­żde po­ja­wie­nie się w ja­kiej­kol­wiek ba­zie było jak cień – wi­docz­ne tyl­ko wte­dy, kie­dy sami tego chcie­li.

A te­raz po­ja­wi­ła się jesz­cze moja cór­ka.

To już nie jest tyl­ko kwe­stia bez­pie­cze­ństwa – to spra­wa ży­cia i śmier­ci. Nikt, ab­so­lut­nie nikt nie może się o niej do­wie­dzieć. A przede wszyst­kim – nie może wie­dzieć mój oj­ciec.

Mam pew­no­ść, że Lo­uis, Zack i nasi przy­ja­cie­le nas nie zdra­dzą. Są lo­jal­ni. Są ro­dzi­ną. Ale na­wet przy naj­wi­ęk­szym za­ufa­niu trze­ba za­cho­wać zim­ną krew.

Mała musi być chro­nio­na tak samo, jak przez lata chro­nio­na była Nel. A wła­ści­wie – jak wci­ąż jest. Nie może wy­ciec ani jed­no zdjęcie. Ani je­den ślad. Żad­na po­szla­ka, żad­ne po­dej­rze­nie, żad­na plot­ka. Dla świa­ta Cor­ne­lia Wal­ters Bal­l­mer po­zo­sta­je za­gi­nio­ną dzie­dzicz­ką im­pe­rium. Ta­jem­ni­cą owia­ną mil­cze­niem.

I tak musi po­zo­stać.

Ale nie tyl­ko to może mi je ode­brać. Praw­dzi­wym za­gro­że­niem jest coś, cze­go nikt z nas nie po­tra­fi kon­tro­lo­wać.

Cia­ło. Or­ga­nizm. Ner­ka, któ­ra była pod na­szą ob­se­syj­ną ob­ser­wa­cją. Trzy­ma­li­śmy ją pod kon­tro­lą, ana­li­zo­wa­li­śmy ka­żdy wy­nik, ka­żdą zmia­nę pa­ra­me­trów, ka­żdy sy­gnał. Ale te­raz ta ner­ka nie wal­czy już tyl­ko dla jed­nej oso­by. Te­raz musi utrzy­mać przy ży­ciu dwie. Moje wszyst­ko. Moją ko­bie­tę i na­szą cór­kę.

I nie daje rady.

A ja nie mogę być przy nich. Z wła­snej winy.

W za­mian mam te­le­fon w dło­ni i strzępy in­for­ma­cji. Szu­ka­łem le­ka­rzy. Naj­lep­szych. Pry­wat­nych. Mi­ędzy­na­ro­do­wych. Zwi­ąza­łem się z ka­żdą mo­żli­wą kli­ni­ką, prze­gląda­łem me­dycz­ne fora. Ale wci­ąż nie wie­dzia­łem do ko­ńca, co się dzie­je. Ra­port, któ­ry uda­ło nam się zo­ba­czyć, był ubo­gi, le­d­wie za­ry­so­wa­ny. Nic kon­kret­ne­go. To było jak cząstecz­ka tle­nu w pró­żni. Liść ga­łąz­ki oliw­nej od mo­je­go szwa­gra.

Po po­wro­cie do No­we­go Jor­ku nie mia­łem już wąt­pli­wo­ści. Ze­rwa­łem umo­wę po­mi­ędzy ro­dzi­na­mi. Tę, któ­ra mia­ła ce­men­to­wać układ sił, za­le­żno­ści, for­tu­ny.

Page… Cóż. Przy­jął to bez wi­ęk­sze­go po­ru­sze­nia. Jak­by do­kład­nie wie­dział, że ten dzień na­dej­dzie. Że mimo wszyst­ko się wy­co­fam. Nel na tam­tej ko­la­cji zro­bi­ła na nim wiel­kie wra­że­nie.

Mój oj­ciec z ko­lei… wpa­dł w fu­rię.

Naj­pierw był szok – nie­do­wie­rza­nie, że jego wła­sny syn wy­ci­ął go z ukła­du. A po­tem przy­szła zło­ść. Wrzesz­czał przez te­le­fon, wy­sy­łał swo­ich lu­dzi, pró­bo­wał gro­zić, szan­ta­żo­wać tym, co mu zo­sta­ło. Ude­rzył we wszyst­ko, co jesz­cze po­sia­dał.

My­ślał, że wy­bio­rę ro­dzi­nę.

I wy­bra­łem. Ale swo­ją. Nie jego.

Wy­bra­łem Nel. Moje dziec­ko. Ży­cie, któ­re po­wsta­ło z mi­ło­ści, a nie z kon­trak­tu pod­pi­sa­ne­go krwią i am­bi­cją.

W fir­mie po­ja­wiam się po raz ostat­ni na kil­ka dni przed wy­lo­tem do Ka­li­for­nii.

– Jak ci się sie­dzi w fo­te­lu? – py­tam z po­zor­nym spo­ko­jem, sta­jąc na­prze­ciw Za­cka.

Uno­si gło­wę znad do­ku­men­tów i z iro­nicz­nym uśmie­chem od­chy­la się w fo­te­lu, pusz­cza­jąc jed­no­cze­śnie dym pa­pie­ro­so­wy w po­wie­trze.

– Czu­ję się jak pre­zes, któ­rym te­raz je­stem, praw­da? – rzu­ca non­sza­lanc­ko.

– Nie przy­zwy­cza­jaj dupy – od­po­wia­dam su­cho, wy­ci­ąga­jąc faj­kę i sia­da­jąc na­prze­ciw­ko. Ro­lu­ję ją w pal­cach, wal­cząc z chęcią za­pa­le­nia.

– Chy­ba mu­szę, bo nie sądzę, że­byś tak szyb­ko wró­cił – mru­czy. – Klęcze­nie przy mu­rach Ka­nos­sy to roz­ryw­ka w po­rów­na­niu z tym, co cię cze­ka.

– Wiem. – Prze­ły­kam gorz­ką śli­nę. – I przyj­mu­ję to na kla­tę.

Zack wzdy­cha, wy­ci­ąga ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa, od­pa­la i za­rzu­ca swo­je tre­py na moje lśni­ące biur­ko. Spo­glądam na nie wy­mow­nie, ale du­pek nie zwra­ca na to na­wet naj­mniej­szej uwa­gi.

– Jak nasz nowy tre­ner? Daje radę?

– Tra­fił się jak śle­pej ku­rze ziar­no – od­po­wia­da lek­ko, ale wi­dzę w nim tro­chę za­zdro­ści.

Wy­pusz­cza dym, spo­gląda w su­fit i z lek­kim pó­łu­śmie­chem mówi:

– Mu­szę po­dzi­ęko­wać two­jej ko­bie­cie. Po­sta­wi­ła ci się mimo wszyst­ko. – Milk­nie na chwi­lę, a po­tem do­da­je z wy­ra­źnym za­do­wo­le­niem, któ­re oka­zu­je, kie­dy chce mi do­ko­pać: – Cho­ciaż… to już chy­ba nie jest two­ja ko­bie­ta, co?

Za­ci­skam zęby. Ostat­nio tak często to ro­bię, że cze­ka mnie wi­zy­ta u sto­ma­to­lo­ga. Na bank.

– Jest – mó­wię z całą siłą prze­ko­na­nia, jaką jesz­cze mam. – Za­wsze będzie. Ale tak, to dzi­ęki niej.

Mie­rzy­my się wzro­kiem. On do­sko­na­le wie, ja­kie emo­cje we mnie wy­wo­łu­je. I mimo że wy­gląda to na gnębie­nie mnie, Zack daje mi kopa do dzia­ła­nia. Bo tak wła­śnie funk­cjo­nu­je mój mózg.

Przez mo­ment w ga­bi­ne­cie sły­chać tyl­ko ty­ka­nie ze­ga­ra i ci­che trza­ski pa­pie­ro­sa ża­rzące­go się na ko­ńcu.

Bez­dom­ny, o któ­re­go się wte­dy po­kłó­ci­li­śmy z Nel, oka­zał się by­łym żo­łnie­rzem. Ge­rard Gar­cía. Wró­cił z mi­sji, ale sys­tem nie miał dla nie­go miej­sca. PTSD, brak wspar­cia, zero te­ra­pii. Wszyst­ko stra­cił. Nie chciał li­to­ści, pra­gnął tyl­ko prze­trwać. Za­miesz­kał na uli­cy, z dala od lu­dzi, któ­rzy mo­gli­by go roz­po­znać. A Nel wy­ci­ągnęła do nie­go rękę. Dała po­jem­nik z je­dze­niem. Tak po pro­stu. Jak­by to było oczy­wi­ste. Jak­by ka­żdy na świe­cie za­słu­gi­wał na dru­gą szan­sę. Ja chcia­łem, żeby to ola­ła. Bo nie war­to. Wła­śnie tak, jak ja już raz ola­łem. Na skrzy­żo­wa­niu, wte­dy w dro­dze na obiad do ro­dzi­ców, pod­sze­dł do mnie taki sam fa­cet, spoj­rzał mi pro­sto w oczy, a ja od­wró­ci­łem wzrok. Z obrzy­dze­niem.

Na moją pro­śbę chło­pa­cy spraw­dzi­li Ge­rar­da – do­kład­nie i bez zbęd­nych py­tań. Prze­szło­ść, kar­to­te­ki, gdzie no­cu­je i jak żyje, wszyst­ko, co mo­gli zna­le­źć. A po­tem… Po­tem za­bra­li go do na­szej fir­my.

Dali mu je­den z po­koi go­ścin­nych, tych, któ­re trzy­ma­my „na wszel­ki wy­pa­dek”. Po­kój z ła­zien­ką, cie­płym łó­żkiem, pry­wat­no­ścią. Do­stał świe­że ubra­nia, go­rący po­si­łek. I – co naj­wa­żniej­sze – nie usły­szał żad­nych pre­ten­sji ani li­to­ści.

To wszyst­ko wy­da­rzy­ło się, za­nim zdąży­łem po­wie­dzieć cho­ćby sło­wo.

Wie­dzie­li. Wie­dzie­li, że sko­ro się nim za­in­te­re­so­wa­łem, to nie bez po­wo­du. A może sami zo­ba­czy­li to, co i Nel – coś wi­ęcej.

Kie­dy przy­sze­dłem do fir­my i go zo­ba­czy­łem… nie po­zna­łem go. Ogo­lo­ny, czy­sty, wy­pro­sto­wa­ny. W oczach miał na­dal cień, ale twarz już nie była tą samą ma­ską znisz­cze­nia i obo­jęt­no­ści. Nie pił. Nie ćpał. Po pro­stu – jego gło­wa wcze­śniej nie da­wa­ła so­bie rady z rze­czy­wi­sto­ścią.

Za­bra­li­śmy go z Za­ckiem na je­den z tre­nin­gów z na­szy­mi chło­pa­ka­mi.

Nie od­sta­wał ani tro­chę.

Ru­chy miał pre­cy­zyj­ne, re­fleks ostry, cia­ło za­pa­mi­ęta­ło wi­ęcej, niż mo­gło­by się wy­da­wać.

Za­trud­ni­łem go nie­mal na­tych­miast.

Jak się oka­za­ło – jest nie tyl­ko świet­nym pra­cow­ni­kiem, ale też zna­ko­mi­tym na­uczy­cie­lem. Tre­ne­rem z praw­dzi­we­go zda­rze­nia. Cier­pli­wym, ale wy­ma­ga­jącym. Bu­dzącym re­spekt bez krzy­ku, tyl­ko samą po­sta­wą.

Jest pra­wie tak do­bry jak Zack. A to już na­praw­dę coś zna­czy.

– Wy­na­jąłem miesz­ka­nie w cen­trum San­ta Cla­ra. Nie­zbyt da­le­ko od sie­dzi­by Bal­l­mer De­fen­se. Że­byś nie mu­siał za ka­żdym ra­zem bie­gać przez pół mia­sta po prze­pust­kę, któ­rą wyda ci bra­ci­szek two­jej damy, Ke­anu. – Zack lek­ko się krzy­wi, gdy wy­po­wia­da imię bra­ta Nel.

Nie ukry­wa, że te­mat Ke­anu nie jest jego ulu­bio­nym. Wła­ści­wie je­dy­ne, co kie­dy­kol­wiek o nim po­wie­dział, to tam­te zdaw­ko­we sło­wa w sa­mo­cho­dzie w dro­dze po­wrot­nej. Te­raz mil­czy jak za­klęty. Ale wi­dzę, że coś go kłu­je w dupę. Jed­nak znam go na tyle, by wie­dzieć, że jak sam nie będzie chciał, to na­wet pół sło­wa nie po­wie.

– Ho­tel by wy­star­czył – mru­czę.

– Miesz­ka­nie jest bez­piecz­niej­sze. Spraw­dzi­łem bu­dy­nek. Ka­me­ry, do­stęp tyl­ko na kod i od­cisk pal­ca. Ide­al­ne miej­sce, żeby nie rzu­cać się w oczy. – Za­kła­da ręce na kla­cie. – Gdy­by jed­nak uda­ło ci się prze­pro­sić Nel i za­brać ją na schadz­kę z da­le­ka od wzro­ku jej bra­ta i oto­cze­nia.

Zack po raz ko­lej­ny po­ka­zu­je, że my­śli nad wie­lo­ma sce­na­riu­sza­mi.

– Wiesz, że jak coś się po­sy­pie, to wsia­dam w sa­mo­lot i lecę?

– Wiem. Ale ogar­nia­łem już wi­ęk­szy bur­del niż ten. Bez prze­sa­dy. Twój brat też trzy­ma się pla­nu i grzecz­nie cho­dzi z ochro­ną, więc dam radę.

To pew­ne, że da. Jest jed­ną z nie­wie­lu osób, któ­rym ufam. Poza tym znam go. Fir­ma jest dla nie­go wa­żna. Cza­sa­mi mam wra­że­nie, że nie wi­dzi in­ne­go sen­su w ży­ciu.

– Dzi­ęki, Zack.

– Nie ma za co – od­po­wia­da bez­na­mi­ęt­nie. Spo­gląda mi pro­sto w oczy i do­da­je: – Od­zy­skaj Nel. I tę małą ksi­ężnicz­kę. One cze­ka­ją. Na­wet je­śli ci tego nie po­wie­dzą.

Rozdział 2

Cornelia

De­li­kat­ne splo­ty we­łnia­ne­go koca przy­jem­nie mu­ska­ją moją skó­rę, otu­la­jąc mnie zna­jo­mym cie­płem. Z ora­nże­rii na da­chu, prze­kszta­łco­nej w moją oso­bi­stą szklar­nię, spo­glądam na roz­ci­ąga­jącą się przede mną pa­no­ra­mę San­ta Cla­ra. Wcze­sny po­ra­nek po­wo­li bu­dzi mia­sto – zza lek­kiej mgły wy­ła­nia­ją się da­chy, uli­ce i drob­ne za­ry­sy sa­mo­cho­dów, prze­su­wa­jących się ospa­le ni­czym mrów­ki po geo­me­trycz­nej siat­ce.

To moje ro­dzin­ne mia­sto. Ale czy na­praw­dę je znam?

Praw­da jest taka, że San­ta Cla­ra za­wsze była dla mnie je­dy­nie tłem – roz­ma­za­nym ob­ra­zem za okna­mi sa­mo­cho­dów, ozdob­ni­kiem opo­wie­ści, któ­rych nie by­łam częścią. Do­ra­sta­łam w za­mkni­ętej en­kla­wie luk­su­su – w po­sia­dło­ści, któ­ra mo­gła z po­wo­dze­niem funk­cjo­no­wać jako od­dziel­ny świat. Było wszyst­ko: pry­wat­ny plac za­baw, kor­ty, bo­iska, ba­sen z pod­grze­wa­ną na­wet zimą wodą. Jed­ne­go tyl­ko bra­ko­wa­ło – lu­dzi.

Na ze­wnątrz wy­cho­dzi­łam tyl­ko wte­dy, gdy mu­sia­łam. W to­wa­rzy­stwie ochro­nia­rzy. Bra­ci. Cza­sem ro­dzi­ców. Ale i tak – za­wsze w cie­niu, za­wsze nie­wi­dzial­na. Pil­no­wa­no, by nikt mnie nie sfo­to­gra­fo­wał, nie roz­po­znał, nie za­pa­mi­ętał. Moje ży­cie było ni­czym sce­na­riusz, któ­ry ktoś inny pi­sał za mnie, pil­nu­jąc, by nie było żad­nych nie­prze­wi­dzia­nych zwro­tów ak­cji.

A jed­nak oto je­stem. W ko­lej­nym pa­ła­cu, w ko­lej­nej klat­ce. Tym ra­zem jed­nak zło­to, z któ­re­go zo­sta­ła zbu­do­wa­na, wy­bra­łam sama.

Pierw­sze kro­ple desz­czu z ci­chym stu­ko­tem spa­da­ją na szkla­ny dach ora­nże­rii, przy­no­sząc ze sobą zna­jo­my, me­lan­cho­lij­ny rytm. Mo­żna by po­my­śleć, że w Ka­li­for­nii za­wsze jest cie­pło, za­wsze po­god­nie. Że sło­ńce to tu­taj sta­ły ele­ment kra­jo­bra­zu. Ale San­ta Cla­ra to nie Los An­ge­les. Tu po­go­da po­tra­fi za­sko­czyć. Wczo­raj sło­ńce pa­li­ło skó­rę przez szy­bę, dziś jest chłod­no i pada deszcz. Czuć wil­goć w po­wie­trzu, a okna po­kry­wa de­li­kat­na mgie­łka, jak­by świat chciał się przede mną skryć jesz­cze bar­dziej.

Pod­kręcam ogrze­wa­nie. Cie­pło na­tych­miast za­czy­na uno­sić się z kra­tek wen­ty­la­cyj­nych, roz­pra­sza­jąc chłód nie tyl­ko w po­miesz­cze­niu, ale też gdzieś głębiej – tam, gdzie kil­ka ty­go­dni temu za­gnie­ździ­ła się nie­pew­no­ść.

W tym miej­scu – choć na chwi­lę – mogę po­czuć się tak, jak­by­śmy znów byli w Har­bor­bro­ok. Ota­cza mnie zna­jo­ma zie­leń: kwia­ty, krze­wy, za­pa­chy. Ku­pi­łam na­wet kil­ka ro­ślin, któ­re mia­ły wy­pe­łnić pust­kę, ale żad­na z nich nie przy­nio­sła ra­do­ści. To było dzia­ła­nie z przy­zwy­cza­je­nia, nie z po­trze­by ser­ca.

Mój wzrok co ja­kiś czas mi­mo­wol­nie za­trzy­mu­je się na hor­ten­sji ukry­tej za in­ny­mi krze­wa­mi. Pa­trze­nie na nią boli – tak samo jak bo­la­ło wte­dy, gdy sta­nęłam twa­rzą w twarz z ro­dzi­ną Wil­liam­so­nów. Twa­rzą w twarz z Eli­ja­hem.

To uczu­cie było jak roz­dar­cie – ktoś chwy­cił moje ser­ce, ro­ze­rwał je, zmia­żdżył, spa­lił, a po­tem roz­sy­pał jak kon­fet­ti, jak­by nie mia­ło już żad­nej war­to­ści. Wi­dok Eli­ja­ha mnie zła­mał. Ale nie mo­głam dać tego po so­bie po­znać. Je­śli on wy­brał swo­ją ro­dzi­nę, to ja mu­sia­łam wy­brać sie­bie. I moją nową rze­czy­wi­sto­ść.

Ni­g­dy nie sądzi­łam, że to, skąd po­cho­dzę, oka­że się aż tak wiel­kim pro­ble­mem. Prze­cież za­pew­niał, że żad­ne jego in­te­re­sy ani ukła­dy ro­dzi­ny nie mają zna­cze­nia. Że sam wy­bie­rze, kto zo­sta­nie jego żoną. Oka­za­ło się, że jed­nak nie. Że na­zwi­sko i po­zy­cja mają wi­ęk­sze zna­cze­nie niż uczu­cie. Więc sko­ro to wła­śnie one są naj­wa­żniej­sze – po­ka­za­łam mu, co na­praw­dę stra­cił.

Czy czu­ję się z tym do­brze?

Oczy­wi­ście, że nie.

To nie je­stem ja. Ale je­stem zra­nio­na. Sa­mot­na. W ci­ąży. Mam w so­bie ogrom wy­rzu­tów su­mie­nia, że nie po­wie­dzia­łam mu wcze­śniej o moim po­cho­dze­niu, o na­zwi­sku, któ­re no­szę. Nie dla­te­go, że chcia­łam coś ukryć. Po pro­stu nie sądzi­łam, że to ma zna­cze­nie. Ni­g­dy tak na­praw­dę nie skła­ma­łam – mó­wi­łam praw­dę o mo­ich ro­dzi­cach, o bra­cie, o tym, czym się zaj­mu­ję. Po pro­stu nie wspo­mnia­łam, że je­stem za­gi­nio­ną dzie­dzicz­ką mi­liar­do­we­go im­pe­rium zbro­je­nio­we­go.

Do li­sty mo­ich wy­rzu­tów su­mie­nia do­łączył ko­lej­ny – mała fa­sol­ka.

Kła­dę dłoń na brzu­chu, któ­ry wy­ra­źnie się za­okrąglił. Nie da się go już po­my­lić z prze­je­dze­niem czy złym uło­że­niem cia­ła – ci­ąża jest wi­docz­na, nie­pod­wa­żal­na. Przy mo­jej drob­nej syl­wet­ce to było nie­unik­nio­ne.

Jesz­cze pod­czas spo­tka­nia z ro­dzi­ną Wil­liam­so­nów uda­ło mi się ukryć ją pod su­kien­ką, ale te­raz… Te­raz by­ło­by to znacz­nie trud­niej­sze. Zresz­tą pier­si rów­nież uro­sły – wresz­cie wy­gląda­ją tak, że mo­gła­bym się nimi po­chwa­lić bez skrępo­wa­nia, gdy­bym tyl­ko mia­ła ku temu po­wód.

De­li­kat­ne, ryt­micz­ne puk­ni­ęcia z wnętrza przy­po­mi­na­ją mi, że ży­cie pod moim ser­cem nie na­le­ży tyl­ko do mnie. Że nie je­stem sama. Że jest ktoś jesz­cze, kto po­wi­nien o niej wie­dzieć.

Jej oj­ciec.

Wie­lo­krot­nie mia­łam w dło­niach swój sta­ry te­le­fon, nie­mal od­pa­la­jąc go tyl­ko po to, by za­dzwo­nić. Za­wsze ko­ńczy­ło się tak samo – za­mie­ra­niem pal­ców nad ekra­nem, ser­cem ści­ska­nym przez nie­pew­no­ść i żal. Ostat­nim ra­zem już pra­wie się uda­ło. Już wpi­sy­wa­łam kod, gdy ekran na lap­to­pie roz­bły­snął po­wia­do­mie­niem z por­ta­lu plot­kar­skie­go.

Zdjęcia. Ich zdjęcia.

Zary i Eli­ja­ha.

Ona pro­mie­nia­ła szczęściem – cała w uśmie­chu, roz­świe­tlo­na, jak­by świat na­le­żał do niej. On na­to­miast… miał tę samą minę, jaką przy­bie­rał za­wsze, gdy był pod ostrza­łem spoj­rzeń. Su­ro­wy, nie­prze­nik­nio­ny. Wy­ku­ty z mar­mu­ru.

Wy­dru­ko­wa­łam ka­żde zdjęcie, ja­kie zna­la­złam. Ka­żde, bez wy­jąt­ku. Prze­gląda­łam jej me­dia spo­łecz­no­ścio­we, szu­ka­łam cze­go­kol­wiek, co mia­ło jego cień. Jego syl­wet­kę. Do­tyk jego dło­ni na jej ta­lii… On swo­je kon­ta za­wie­sił – być może dla­te­go, że nie chciał, by coś z na­szej prze­szło­ści tam zo­sta­ło.

Chcia­łam spraw­dzić, czy na­sze zdjęcia wci­ąż tam są. Nie twa­rze, bo tego pil­no­wa­li­śmy, ale dło­nie, sple­cio­ne pal­ce, nogi sty­ka­jące się pod ko­cem, frag­men­ty wspól­nych chwil za­mkni­ęte w ka­drach.

Te­raz ich zdjęcia leżą w szu­fla­dzie mo­jej sy­pial­ni, po­ukła­da­ne, prze­gląda­ne co wie­czór jak bo­le­sny ry­tu­ał. Tor­tu­ra, do któ­rej wra­cam, gdy Ke­anu już śpi, a apar­ta­ment po­grąża się w ci­szy. Tyl­ko wte­dy mogę pła­kać bez spoj­rze­nia pe­łne­go lęku i tro­ski. Bez ko­niecz­no­ści uda­wa­nia, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

Bo nie jest. I nie je­stem pew­na, czy kie­dy­kol­wiek zno­wu będzie.

Tym bar­dziej, że moje cia­ło co­raz częściej od­ma­wia po­słu­sze­ństwa. I to nie dla­te­go, że ner­ka prze­sta­ła pra­co­wać – sądzę, że w nor­mal­nych wa­run­kach świet­nie by so­bie po­ra­dzi­ła. Ale moja drob­na bu­do­wa znów oka­zu­je się prze­szko­dą. Po­wi­ęk­sza­jąca się ma­ci­ca za­częła uci­skać na­rządy we­wnętrz­ne, pro­wa­dząc do po­sze­rze­nia mied­ni­czek ner­ko­wych i mo­czo­wo­dów.

Nie­ste­ty to szyb­ko prze­ro­dzi­ło się w za­sto­je mo­czu, a po­tem w pierw­sze ob­ja­wy nie­wy­dol­no­ści. Na szczęście za­re­ago­wa­no bły­ska­wicz­nie – de­cy­zja o roz­po­częciu he­mo­dia­liz za­pa­dła na­tych­miast i ura­to­wa­ła sy­tu­ację.

Naj­dziw­niej­sze – a może naj­bar­dziej po­ru­sza­jące – było to, co wte­dy po­my­śla­łam. Gdy le­ka­rze mó­wi­li o za­gro­że­niu i moż­li­wo­ściach le­cze­nia, moja pierw­sza myśl nie do­ty­czy­ła mnie. Tyl­ko jej. Mo­je­go dziec­ka. Mar­twi­łam się, jak to wszyst­ko wpły­nie na roz­wój fa­sol­ki, a nie na moje sa­mo­po­czu­cie czy zdro­wie.

Wte­dy chy­ba po raz pierw­szy uświa­do­mi­łam so­bie, że na­praw­dę my­ślę jak mat­ka.

Le­ka­rze byli świet­ni. Pro­fe­sjo­nal­ni, szyb­cy, uwa­żni. Po ka­żdej dia­li­zie przez kil­ka go­dzin czu­łam się względ­nie do­brze – lek­ka, oczysz­czo­na. Ale pó­źniej, kie­dy or­ga­nizm zno­wu za­czy­nał przyj­mo­wać pły­ny, po­ja­wiał się ból. Ostry, prze­szy­wa­jący, jak­by ka­żdy łyk wody był cio­sem.

Dla­te­go za­częłam ogra­ni­czać pi­cie. Nie­wła­ści­we, wiem. Ale to przy­naj­mniej nie pro­wa­dzi do na­tych­mia­sto­wej fali bólu, nie rzu­ca mnie na ko­la­na w nocy. To wy­bór mi­ędzy złym a gor­szym – a ja pró­bu­ję wy­bie­rać to, co po­zwa­la mi prze­trwać ko­lej­ny dzień.

Na to wszyst­ko – z pa­ni­ką, prze­ra­że­niem i ob­se­syj­ną czuj­no­ścią wi­ęk­szą niż kie­dy­kol­wiek – pa­trzy mój brat. Jego we­wnętrz­ne alar­my opie­ku­ńczo­ści wyją na naj­wy­ższych po­zio­mach, uru­cha­mia­jąc się przy ka­żdym szcze­gó­le z mo­je­go ży­cia.

Pil­nu­je do­słow­nie wszyst­kie­go: mo­je­go je­dze­nia, su­ple­men­tów, le­ków, tem­pe­ra­tu­ry w miesz­ka­niu. Ka­żde­go dnia kon­tro­lu­je, czy ni­cze­go nie po­mi­jam, czy prze­strze­gam za­le­ceń, czy nie ry­zy­ku­ję bar­dziej, niż po­win­nam.

Pen­tho­use z pry­wat­nym ta­ra­sem na da­chu to nasz mały azyl wy­so­ko nad mia­stem. Win­da pro­wa­dzi pro­sto z pod­ziem­ne­go ga­ra­żu do miesz­ka­nia. Prze­strzeń na­le­ży wy­łącz­nie do nas. Ochro­na jest na dole – tam, gdzie po­win­na być. Uda­ło mi się prze­for­so­wać po­my­sł, by nie sta­cjo­no­wa­li rów­nież na na­szym pi­ętrze. Gra­ni­ca była po­trzeb­na. Nie chcia­łam jesz­cze bar­dziej czuć się jak wi­ęzień we wła­snym domu. Nie daj­my się aż tak zwa­rio­wać.

– Jak się dzi­siaj czu­je­cie? – Z chmu­ry my­śli wy­ry­wa mnie zna­jo­my głos. Ke­anu wła­śnie po­ja­wia się w drzwiach z tacą śnia­da­nio­wą w dło­niach.

Mimo że mi­nęło już kil­ka mie­si­ęcy, wci­ąż nie mogę się przy­zwy­cza­ić do jego no­we­go – a wła­ści­wie sta­re­go – wy­glądu. Przed na­szą prze­pro­wadz­ką do Har­bor­bro­ok wy­glądał do­kład­nie tak samo, ale przez lata zdąży­łam o tym za­po­mnieć.

Już nie ku­cyk i bro­da, tyl­ko krót­ko przy­ci­ęte boki, dłu­ższe wło­sy na gó­rze, ide­al­nie ogo­lo­na twarz. Do tego do­sko­na­le skro­jo­ny trzy­częścio­wy gar­ni­tur. Gdy­by ktoś go te­raz zo­ba­czył, ni­g­dy nie po­wie­dzia­łby, że ten ele­ganc­ki Bal­l­mer z San­ta Cla­ra to Ke­anu Wal­ters – chło­pak z ma­łe­go mia­stecz­ka.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – od­po­wia­dam z uśmie­chem. – Nic mnie nie boli, a mała wła­śnie się obu­dzi­ła.

Od­wi­jam się z koca, a Ke­anu jak ka­żde­go ran­ka pod­cho­dzi, kuca i kła­dzie dłoń na moim brzu­chu.

– Dzień do­bry, moja mała ksi­ężnicz­ko – mówi ci­cho, z czu­ło­ścią, któ­rej nie je­stem w sta­nie zi­gno­ro­wać. – Może prze­su­nęła­byś się dziś na dru­gą stro­nę brzu­cha mamy, co? Będziesz grzecz­ną dziew­czyn­ką?

– Nie sądzę, żeby roz­pa­trzy­ła twój wnio­sek – od­po­wia­dam z prze­kąsem, prze­wra­ca­jąc ocza­mi. Chwi­lę pó­źniej czu­ję, jak oczy na­pe­łnia­ją mi się łza­mi.

– Nel…

– Nie – uci­nam, za­nim po­wie wi­ęcej.

Wiem, do cze­go zmie­rza. On też wie. Wie, że gdy mówi do niej, gdy do­ty­ka mo­je­go brzu­cha z taką tro­ską… to mnie roz­bra­ja. Że chcia­ła­bym, żeby ro­bił to Eli­jah.

– Po­wi­nien wie­dzieć – upie­ra się ci­cho. Jak co dzień. Pró­bu­je prze­mó­wić mi do roz­sąd­ku.

– Nie chcę, żeby moje dziec­ko mia­ło ja­ki­kol­wiek kon­takt z tam­tą ro­dzi­ną. Ani z nią – mó­wię ostro.

– Nie musi mieć kon­tak­tu z całą ro­dzi­ną – od­po­wia­da spo­koj­nie Ke­anu, głasz­cząc jesz­cze raz brzuch, a po­tem sia­da przy sto­li­ku. – Ani z jego na­rze­czo­ną, żoną czy kim­kol­wiek ona dla nie­go jest. Ale Eli­jah ma pra­wo wie­dzieć. Mil­cze­nie wo­bec nie­go… to po pro­stu nie fair. Je­śli będzie chciał uczest­ni­czyć w ży­ciu ma­łej, a po tej ca­łej szop­ce pod­czas Świ­ęta Dzi­ęk­czy­nie­nia my­ślę, że będzie chciał, po­sta­wisz wa­run­ki. Ja­sne i kon­kret­ne. Na przy­kład: od­wie­dzi­ny tyl­ko u nas i za­wsze w na­szej obec­no­ści.

– Mu­szę to prze­my­śleć – mó­wię ci­cho, żeby dał mi spo­kój, cho­ciaż na mo­ment.

– Nie sądzę, że­byś mia­ła na to zbyt wie­le cza­su. To już pra­wie po­ło­wa…

– A więc zo­sta­ła jesz­cze dru­ga, praw­da? – rzu­cam z lek­kim uśmie­chem, pró­bu­jąc za­tu­szo­wać na­pi­ęcie.

– Nasi przy­ja­cie­le też po­win­ni się do­wie­dzieć. Przy­la­tu­ją za kil­ka dni, a z cie­bie już zro­bi­ła się ca­łkiem uro­cza ku­lecz­ka – za­uwa­ża z de­li­kat­nym uśmie­chem Ke­anu.

Chcia­łam naj­pierw po­wie­dzieć Eli­ja­ho­wi… Ale wy­szło, jak wy­szło.

– Po­wiem im, gdy przy­le­cą. – Wzdy­cham, kła­dąc dłoń w miej­scu, gdzie zno­wu po­czu­łam puk­ni­ęcie któ­re­jś ko­ńczy­ny ma­łej.

– Mia­łaś inny plan – za­uwa­ża ci­cho, chcąc mnie lek­ko pchnąć w stro­nę de­cy­zji.

Ro­zu­miem punkt wi­dze­nia mo­je­go bra­ta. Jest fa­ce­tem – chcia­łby wie­dzieć i uczest­ni­czyć w ży­ciu swo­je­go dziec­ka, będąc w ta­kiej sy­tu­acji. Co spra­wia, że w mo­jej gło­wie wy­cho­dzę na tok­sycz­ną oso­bę. Nie po­do­ba mi się ta myśl.

– Może nie ma zna­cze­nia, kto się do­wie pierw­szy – od­po­wia­dam mar­kot­nie i wy­mi­ja­jąco.

– Wiesz, że się z nim spo­ty­ka­ją. Któ­raś może po­wie­dzieć coś… przy­pad­kiem.

– Może to na­wet by­ło­by lep­sze. – Wzru­szam ra­mio­na­mi, ale sama nie wie­rzę w swo­je sło­wa.

Ke­anu pa­trzy na mnie uwa­żnie i wi­dzę w jego spoj­rze­niu za­wód.

– Cor­ne­lio… nie je­ste­śmy tchó­rza­mi.

– Prze­ślij mi dziś coś do pra­cy – rzu­cam, od­ci­na­jąc te­mat, za­nim zdo­ła się roz­wi­nąć. – Czu­ję się do­brze, więc mogę tro­chę po­pra­co­wać.

Za­czy­nam sku­bać śnia­da­nie, a mój brat gło­śno wzdy­cha, wie­dząc, co ro­bię. Si­ęga po kawę.

– Nie mu­sisz pra­co­wać – mówi z re­zy­gna­cją.

– Nie prze­rzu­cam prze­cież ton węgla, tyl­ko wkle­pu­ję cy­fer­ki. – Ma­cham ręką. – Moja gło­wa może chwi­lę od­po­cząć od emo­cji, a ja… no cóż, mogę po­uda­wać, że mam ja­kiś wkład w na­szą fir­mę. Gów­nia­ny, bo gów­nia­ny, ale ja­kiś.

Z hu­kiem od­sta­wia ku­bek na stół.

– Je­steś jed­nym z naj­lep­szych ana­li­ty­ków, ja­kich mamy. Sama wiesz. Sam cię tego uczy­łem. Twój wkład nie jest żad­ną atra­pą, jest ogrom­ny. Zwłasz­cza bio­rąc pod uwa­gę, że wca­le nie mu­sisz nic ro­bić. – Pod­no­si się szyb­ko, po­pra­wia ma­ry­nar­kę i otrze­pu­je spodnie. Pod­cho­dzi, po­chy­la się i ca­łu­je mnie w czu­bek gło­wy. – Wi­dzi­my się pó­źniej. Ty i fa­sol­ka od­po­czy­waj­cie.

Pa­trzę, jak wy­cho­dzi, a po­tem zer­kam na ze­ga­rek.

Wci­ąż wcze­śnie.

Naj­pierw po­je­dzie do Ale­xa. Za­wsze naj­pierw je­dzie do Ale­xa.

Rozdział 3

Elijah

Do­stać się do pre­zy­den­ta by­ło­by pro­ściej niż do tego dup­ka. Przy­si­ęgam, cza­sa­mi mam wra­że­nie, że Ke­anu znik­nął z po­wierzch­ni zie­mi albo ukry­wa się w ja­ki­mś bun­krze, chro­nio­ny przed świa­tem gru­by­mi mu­ra­mi i ar­mią ochro­nia­rzy. Nie od­bie­ra te­le­fo­nów. Nie od­pi­su­je na ma­ile. A jego se­kre­tar­ka z aniel­ską cier­pli­wo­ścią i dia­bel­ską sku­tecz­no­ścią od­sy­ła mnie z kwit­kiem przy ka­żdej pró­bie kon­tak­tu.

Usi­ło­wa­łem też po­de­jść go od in­nej stro­ny – przez ich tym­cza­so­we­go pre­ze­sa. Na nic się to jed­nak nie zda­ło. Z uda­wa­ną uprzej­mo­ścią oznaj­mił, że to on na­dal pe­łni funk­cję pre­ze­sa i wszel­kie spra­wy słu­żbo­we mam kie­ro­wać wy­łącz­nie do nie­go. Gdy­by mógł, pew­nie po­sta­wi­łby na ko­ry­ta­rzu ta­blicz­kę: „Bal­l­mer Wal­tres nie­do­stęp­ny. Spró­buj za sto lat”.

Je­śli Ke­anu sądzi, że uda mu się mnie spła­wić, jest w ogrom­nym błędzie.

Po ty­go­dniach nie­ko­ńczącej się fru­stra­cji, od­bi­ja­nia się od za­mkni­ętych drzwi i zde­rza­nia z głu­chą ci­szą w ko­ńcu uda­je mi się prze­do­stać do ich sie­dzi­by – strze­żo­nej jak ja­kaś prze­klęta wie­ża. Wkra­czam tam z pod­nie­sio­ną gło­wą, zde­ter­mi­no­wa­ny, go­tów zmie­rzyć się z ka­żdą ko­lej­ną prze­szko­dą, jaką przede mną po­sta­wią.

Pierw­szą z nich, jesz­cze za­nim wej­dę do środ­ka, oka­zu­je się pie­kiel­ne ka­li­for­nij­skie sło­ńce. Skwar leje się z nie­ba, pró­bu­jąc mnie ugo­to­wać żyw­cem, nim zdążę po­sta­wić cho­ćby krok w kli­ma­ty­zo­wa­nym holu. A kil­ka dni temu lało, jak­by mia­ło mnie uto­pić.

W ko­ńcu do­cie­ram do re­cep­cji. A tam… ona.

Se­kre­tar­ka, któ­rej głos – su­chy, uprzej­my i bez­li­to­sny – śni mi się po no­cach. Sie­dzi za biur­kiem ni­czym Cer­ber pil­nu­jący bram pie­kła, z miną mó­wi­ącą wy­ra­źnie: „Pró­buj, je­śli masz od­wa­gę”. W dło­niach trzy­ma te­le­fon i dłu­go­pis, ale rów­nie do­brze mo­gła­by dzie­rżyć miecz i tar­czę.

– Chcia­łbym roz­ma­wiać z pre­ze­sem – rzu­cam oschle. Nie za­mie­rzam tra­cić cza­su na uprzej­mo­ści wo­bec ko­bie­ty, któ­ra przez wie­le dni kon­se­kwent­nie igno­ro­wa­ła moje te­le­fo­ny i e-ma­ile.

Se­kre­tar­ka po­wo­li od­ry­wa wzrok od mo­ni­to­ra, jak­by spoj­rze­nie na mnie było dla niej nie­by­wa­łym wy­si­łkiem. Mie­rzy mnie wzro­kiem pe­łnym znu­dze­nia, do­kład­nie ta­kim, jaki re­zer­wu­je się dla na­chal­nych, cho­dzących po do­mach sprze­daw­ców od­ku­rza­czy na „pro­mo­cji”.

– A, to pan… – Wzdy­cha prze­ci­ągle. – Sze­fa nie ma. Poza tym nie przyj­mu­je bez wcze­śniej­sze­go umó­wie­nia spo­tka­nia – do­da­je to­nem, któ­ry brzmi nie­mal jak au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka od­twa­rza­jąca do­brze wy­uczo­ną for­mu­łkę.

– Pró­bo­wa­łem się umó­wić – przy­po­mi­nam jej, za­ci­ska­jąc zęby. – Wie­lo­krot­nie.

Pa­trzy na mnie przez chwi­lę z uda­wa­ną uprzej­mo­ścią, a po­tem wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Pan Bal­l­mer jest bar­dzo za­pra­co­wa­nym czło­wie­kiem. Nie dla ka­żde­go znaj­dzie czas – mówi z wy­ra­źną nutą drwi­ny w gło­sie. Jest aż na­zbyt pew­na sie­bie, naj­wy­ra­źniej po­czu­ła się nie­ty­kal­na za biur­kiem w tej swo­jej szkla­nej twier­dzy.

Za­ci­skam pi­ęści, czu­jąc, jak na­ra­sta we mnie fru­stra­cja.

– Nie odej­dę stąd bez…

– Wpu­ść go, Mo­ni­ko, za­nim roz­bi­je tu obóz i za­cznie do­ma­gać się azy­lu po­li­tycz­ne­go. – Prze­ry­wa głos z ko­ry­ta­rza.

Od­wra­cam się. W fu­try­nie stoi on – mój przy­szły-nie­do­szły szwa­gier. Opar­ty non­sza­lanc­ko o fra­mu­gę i z ręka­mi głębo­ko w kie­sze­niach spodni pa­trzy na mnie z obrzy­dze­niem, jak­by zo­ba­czył ka­ra­lu­cha pe­łznące­go po podło­dze.

Jego po­sta­wa i wy­ra­cho­wa­ny uśmiech tyl­ko do­le­wa­ją oli­wy do ognia bu­zu­jącej we mnie wście­kło­ści.

– Nie pro­po­nu­ję kawy. – Ke­anu wzru­sza ra­mio­na­mi, a ja wcho­dzę za nim do środ­ka. – Wąt­pię, żeby zdążył ją pan wy­pić.

Pa­trzę na nie­go z nie­do­wie­rza­niem, a on uśmie­cha się do mnie sze­ro­ko, nie­po­ko­jąco – jak Jo­ker tuż przed ko­lej­nym cha­osem. W tej chwi­li ro­zu­miem już coś istot­ne­go: w tej fir­mie praw­dzi­wą wła­dzę ma se­kre­tar­ka. On jej tyl­ko pil­nu­je.

– Nie wie­rzę, że mu­sia­łem prze­le­cieć ty­si­ące mil, że­byś wresz­cie ra­czył ze mną po­roz­ma­wiać – war­czę, sta­ra­jąc się stłu­mić ro­snącą wście­kło­ść. – Od dwóch ty­go­dni pró­bu­ję się do cie­bie do­bić.

Ke­anu pa­trzy na mnie spo­koj­nie, nie­mal obo­jęt­nie, jak­by ana­li­zo­wał sy­tu­ację ni­czym chłod­ny sędzia. Zero emo­cji, żad­nej re­ak­cji.

– Nie wi­dzia­łem po­wo­du, by się spo­ty­kać – od­pie­ra po chwi­li lo­do­wa­to. – Bo, szcze­rze mó­wi­ąc, nie mamy o czym roz­ma­wiać.

– Na­praw­dę? – Rzu­cam pa­pie­ry na stół z siłą, ja­kiej sam się nie spo­dzie­wa­łem.

On na­wet nie drgnie. Ani jed­nym spoj­rze­niem nie za­szczy­ca do­ku­men­tów, któ­re dla mnie są ci­ęża­rem świa­ta. Uno­si tyl­ko brew i cze­ka w mil­cze­niu.

– Cor­ne­lia jest w ci­ąży! I w trak­cie dia­liz! – wy­bu­cham, uno­sząc ręce w de­spe­rac­kim ge­ście. Ser­ce wali mi mło­tem, a krew pul­su­je w uszach. Ka­żde wy­po­wie­dzia­ne sło­wo boli, jak­bym wbi­jał so­bie kol­ce pod skó­rę.

Po­now­nie brak wi­ęk­szej re­ak­cji. Spo­gląda na mnie je­dy­nie chłod­nym, wy­pra­nym z emo­cji wzro­kiem.

– I? – pyta to­nem ko­goś, kogo in­for­ma­cja o desz­czu w week­end po­ru­szy­ła­by do­kład­nie w ta­kim sa­mym stop­niu.

– I gów­no! – wrzesz­czę, czu­jąc, jak reszt­ki kon­tro­li wy­pa­ro­wu­ją. – Dla­cze­go nikt mi nic nie po­wie­dział?!

Sło­wa wy­strze­li­ły ze mnie jak po­ci­ski. Ale na­prze­ciw­ko sie­dzi mężczy­zna, któ­re­go nic już chy­ba nie jest w sta­nie po­ru­szyć.

– A dla­cze­go mia­łbyś wie­dzieć? – Jego mo­no­ton­ny głos do­pro­wa­dza mnie do pa­sji i chęci mor­der­stwa.

– Bo to moje dziec­ko. I moja ko­bie­ta. – Sta­ram się utrzy­mać kon­tro­lę nad sobą, choć emo­cje za­czy­na­ją mnie przy­tła­czać.

– A na ja­kiej pod­sta­wie tak sądzisz?

– Na­praw­dę po­sta­wi­łeś so­bie za cel wy­ko­ńczyć mnie bez roz­le­wu krwi? – Do­brze wiem, że to py­ta­nie jest bar­dziej wy­rzu­tem niż pró­bą uzy­ska­nia od­po­wie­dzi. Jak nie będzie chciał, to nic nie po­wie.

Wzru­sza lek­ko ra­mio­na­mi, naj­wy­ra­źniej moje cier­pie­nie w ogó­le nie robi na nim wra­że­nia.

– Nie że­bym nie po­tra­fił za­bi­jać bez roz­le­wu krwi. Rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych za­in­we­sto­wał spo­ro cza­su i pie­ni­ędzy, by mnie tego na­uczyć… – za­wie­sza na mo­ment głos, po czym do­da­je jesz­cze chłod­niej: – Nel nie jest two­ją ko­bie­tą. Masz na­rze­czo­ną, z tego, co pa­mi­ętam, a wa­sze słod­kie zdjęcia zdo­bi­ły wszyst­kie bru­kow­ce. A co do dziec­ka… Jaką masz pew­no­ść, że jest two­je?

Jego sło­wa są jak nóż wbi­ty pro­sto w ser­ce.

– To moja cór­ka! – krzy­czę, po­ka­zu­jąc swój ból, a on uno­si brew w ge­ście te­atral­ne­go zdzi­wie­nia. – Tak, ty pie­przo­ny dup­ku, wiem, że to dziew­czyn­ka! I py­tam, cze­mu, do cho­le­ry, nic o niej nie wie­dzia­łem?!

– Sko­ro o niej mó­wisz, to zna­czy, że już wiesz – od­pie­ra to­tal­nie nie­wzru­szo­ny. – Poza tym czy to nie ty po­wta­rza­łeś na pra­wo i lewo, że ni­g­dy nie będziesz miał cór­ki, bo Bóg wie, że so­bie z nią nie po­ra­dzisz?

Wy­po­wie­dź pe­łna kpi­ny tnie mnie jak brzy­twa. Zga­dza się – mó­wi­łem tak, a te sło­wa, mimo że wy­po­wia­da­ne w żar­tach, gry­zą mnie w dupę. Prze­ły­kam go­rycz i wbi­jam w nie­go spoj­rze­nie ostre jak szty­let.

– Po­wta­rzam: dla­cze­go nic nie wie­dzia­łem? – ce­dzę.

– Bo moja sio­stra tak po­sta­no­wi­ła. I ja to sza­nu­ję. Poza tym… kie­dy mia­ła ci po­wie­dzieć, sko­ro ogła­sza­łeś za­ręczy­ny z… gwiaz­dą por­no. A nie, prze­pra­szam, z „mo­del­ką”.

Opa­da mi szczęka. Ude­rza o podło­gę z ta­kim hu­kiem, że nie­mal go sły­szę. Sia­dam na krze­śle przy biur­ku.

Wie. Już wte­dy wie­dzia­ła. A ja… wy­rzu­ci­łem ją ze swo­je­go ży­cia, gdy po­wie­dzia­ła mi, że da­lej ma jed­ną ner­kę.

– Dla­cze­go Nel jest te­raz na dia­li­zach? Jej wy­ni­ki były prze­cież ide­al­ne… – Mój ła­mi­ący się głos le­d­wo wy­brzmie­wa.

Wi­dzę cień bólu, któ­ry prze­my­ka przez twarz Ke­anu. Za­ci­ska pi­ęści tak moc­no, że aż bie­le­ją mu knyk­cie. A po­tem po­wo­li, z wy­ra­źnym wy­si­łkiem, pro­stu­je pal­ce. Jak bar­dzo musi się pil­no­wać, żeby nie po­gru­cho­tać mnie go­ły­mi ręka­mi?

– Ci­ąża kosz­tu­je ją wi­ęcej, niż kto­kol­wiek mógł prze­wi­dzieć – ce­dzi przez za­ci­śni­ęte zęby, a ka­żde jego sło­wo jest jak szty­let wbi­ty w moją klat­kę.

– Chcę się z nią zo­ba­czyć – mó­wię sta­now­czo, igno­ru­jąc wszyst­ko poza my­ślą, że mu­szę być przy niej.

– Za­po­mnij. – Ton jak stal, zim­ny i nie­pod­wa­żal­ny. – Masz wła­sne ży­cie, a ona nie po­trze­bu­je ko­lej­nych pie­przo­nych dra­ma­tów. Stres zja­da ją szyb­ciej niż wszyst­ko inne.

– Czy z moją cór­ką wszyst­ko w po­rząd­ku? – Czu­ję, jak świat za­czy­na wa­lić mi się na gło­wę.

– Na ra­zie… tak – war­czy. – Ale to „na ra­zie” to ty­ka­jąca bom­ba. I szcze­rze? Nie po­wi­nie­nem w ogó­le tra­cić cza­su na tę roz­mo­wę.

– A z kim, do kur­wy nędzy, masz roz­ma­wiać, je­śli nie ze mną?! Ko­cham je! Tak samo jak ty, może bar­dziej!

Wy­krzy­wia usta w czy­mś, co mia­ło być uśmie­chem, ale wy­gląda bar­dziej jak gry­mas wil­ka przed ata­kiem.

– Masz kogo ko­chać. Wra­caj do swo­jej pla­sti­ko­wej na­rze­czo­nej.

– Nie mam żad­nej pie­przo­nej na­rze­czo­nej – sy­czę, ude­rza­jąc dło­ńmi w blat biur­ka. – Ze­rwa­łem wszyst­ko. Sko­ńczy­łem z tym. Prze­pro­wa­dzam się tu­taj. Do mo­jej ro­dzi­ny!

– Ro­dzi­ny?! – Śmie­je się bez cie­nia ra­do­ści. – Ty masz czel­no­ść mó­wić o ro­dzi­nie? – Wsta­je, wsa­dza ręce do kie­sze­ni spodni i zbli­ża się o krok, a jego oczy są pe­łne po­gar­dy. – To chy­ba ży­je­my w ró­żnych uni­wer­sach, bo ja­koś nie mogę za­po­mnieć ob­ra­zu mo­jej sio­stry roz­wa­lo­nej na podło­dze, kie­dy nie była w sta­nie wstać po tym, jak mi­ło­ść jej ży­cia oświad­czy­ła się cho­dzącej re­kla­mie cho­rób we­ne­rycz­nych.

Sło­wa są jak sie­kie­ra roz­łu­pu­jąca mi klat­kę pier­sio­wą. Cel­ne i bez­li­to­sne.

– A te­raz je­ste­śmy tu – splu­wa nie­mal – a nie w Har­bor­bro­ok. Co, twój oj­ciec uznał, że jed­nak jest war­ta za­cho­du? Co, chłop­cze, te­raz moja sio­stra pa­su­je do ukła­dan­ki?

Za­ty­ka mnie. Do­słow­nie. Przez chwi­lę nie mogę wy­du­sić sło­wa.

– Ni­g­dy! – chry­pię. – Ni­g­dy nie do­pusz­czę ojca do nich! Przy­si­ęgam!

– Przy­si­ęgi gów­no zna­czą, sko­ro two­je czy­ny są war­te mniej niż śmie­ci. – Ko­pie kosz przy biur­ku, do­słow­nie po­ka­zu­jąc, co o mnie my­śli. – Mu­sisz to zro­zu­mieć: Nel nie jest two­ją opcją re­zer­wo­wą. Nie jest two­ją za­baw­ką do roz­ła­do­wy­wa­nia wy­rzu­tów su­mie­nia. – Po­chy­la się nade mną tak bli­sko, że nie­mal czu­ję jego wście­kło­ść na skó­rze. – Ona i dziec­ko za­słu­gu­ją na coś wi­ęcej. Na ko­goś lep­sze­go. A ty tym „lep­szym” nie je­steś.

Skur­wiel za­wsze wie, jak spro­wa­dzić mnie do par­te­ru. Umie za­dać ból bez pod­no­sze­nia ręki. Bez jed­ne­go cio­su.

Tak, wiem, spier­do­li­łem. Wiem, że to moja wina. I zro­bię wszyst­ko, wszyst­ko, żeby to na­pra­wić.

– Nie miesz­ka­cie w ro­dzin­nym domu. – Pró­bu­ję zmie­nić tak­ty­kę, bo wła­śnie tam ich szu­ka­łem. – Dom stoi pu­sty.

– Ge­niusz – rzu­ca z sar­ka­zmem.

– Szu­ka­łem was wszędzie – prę da­lej.

– Jak wi­dać, nie wszędzie, sko­ro nas nie zna­la­złeś. Nel nie za­mie­rza wy­sta­wiać się na wi­dok pu­blicz­ny. Gdy­by­śmy wró­ci­li do ro­dzin­ne­go domu, wszy­scy mo­gli­by się o niej do­wie­dzieć. Dzia­dek i oj­ciec po­sta­no­wi­li ją ukryć, gdy tyl­ko się uro­dzi­ła, a ja to pod­trzy­mu­ję. – Spo­gląda na mnie pu­stym, zim­nym wzro­kiem. – I za­bi­ję ka­żde­go, kto cho­ćby po­my­śli o zła­ma­niu tej za­sa­dy.

– Zga­dzam się z tobą w stu pro­cen­tach.

– Mó­wię o two­im ojcu.

Pie­przo­ny Char­les Wil­liam­son.

– Te­raz się was boi.

Ke­anu uśmie­cha się krzy­wo.

– Ca­łkiem za­baw­ne. Za­rżnął kurę zno­szącą zło­te jaja. – W jego gło­sie po­brzmie­wa czy­sta po­gar­da.

Czy on wła­śnie…?

– Nie su­ge­ruj, że by­łem z Nel dla pie­ni­ędzy. – Szczęki na­pi­na­ją mi się tak moc­no, że aż boli. – Na­wet nie wie­dzia­łem, kim je­ste­ście na­praw­dę. Też mogę się czuć oszu­ka­ny.

– Ni­g­dy nie za­py­ta­łeś. A my nie afi­szu­je­my się ze swo­im po­cho­dze­niem. – Wzru­sza ra­mio­na­mi. – Ale fakt, nie by­łeś z moją sio­strą dla pie­ni­ędzy. Te­raz… Te­raz może być ina­czej. Zwłasz­cza od­kąd twój za­sra­ny oj­ciec do­wie­dział się, kim była two­ja dziew­czy­na.

– Wkur­wiasz mnie! Ni­g­dy bym tego nie zro­bił!

Ke­anu pro­stu­je się jak stru­na, a w jego oczach pło­nie ogień. Mam wra­że­nie, że za­raz zmie­cie mnie z po­wierzch­ni zie­mi.

– Mia­łeś jej też nie skrzyw­dzić! – ce­dzi.

– Zro­bi­łem to, bo…

Prze­ry­wa mi mach­ni­ęciem dło­ni.

– Gów­no mnie ob­cho­dzi, dla­cze­go to zro­bi­łeś. Je­śli mia­łeś pro­ble­my, mo­głeś przy­jść. Po­ga­dać. Przy­jść do „ro­dzi­ny”, jak nas te­raz szum­nie na­zy­wasz. A nie nisz­czyć ko­bie­tę, któ­rą rze­ko­mo ko­cha­łeś.

– Ko­cham ją! – Ude­rzam pi­ęścią w klat­kę pier­sio­wą. – Ko­cham je obie! – Wska­zu­ję na nie­go pal­cem, czu­jąc, że za­raz eks­plo­du­ję. – Na­wet ska­za­ny na śmie­rć ma pra­wo do roz­mo­wy!

Mru­ży oczy.

– Ska­za­ny na śmie­rć też cze­ka dwa­dzie­ścia lat na wy­ko­na­nie wy­ro­ku.

Fakt. I to wła­śnie cze­ka­nie jest naj­gor­szą z tor­tur. Bo ni­g­dy nie wiesz, kie­dy do­kład­nie przyj­dzie ten pier­do­lo­ny ko­niec.

– My­ślisz, że było mi ła­two? Że mnie to nie bo­la­ło? – Pró­bu­ję się wy­tłu­ma­czyć. Po­ka­zać swój punkt wi­dze­nia. Chcę zdo­być jego prze­ba­cze­nie rów­nie moc­no, jak bła­gam w my­ślach o prze­ba­cze­nie mo­jej ko­bie­ty. Wiem, że bez jego apro­ba­ty Nel na­wet na mnie nie spoj­rzy.

Wal­ters mil­czy przez chwi­lę, po czym od­zy­wa się ci­cho, a w jego gło­sie gniew spla­ta się z bó­lem:

– Wiesz, czym na­praw­dę jest ból, Eli­jah? Ból czu­jesz wte­dy, gdy je­steś ty­si­ące mil od domu, na ko­ńcu świa­ta, a o śmier­ci swo­jej ro­dzi­ny do­wia­du­jesz się po je­ba­nych sied­miu dniach. Sied­miu! Bo two­ja mi­sja była wa­żniej­sza. Bo two­je umie­jęt­no­ści były cen­niej­sze niż two­je ży­cie oso­bi­ste. Mia­łem być sku­pio­ny. Per­fek­cyj­ny. Ich „wy­ra­zy wspó­łczu­cia” były zim­ne jak lód…

Wi­dzę, jak wspo­mnie­nie tego mo­men­tu ude­rza w nie­go jak mło­tem.

– Wy­obraź so­bie eu­fo­rię po­wro­tu do bazy. Wiesz, że za kil­ka go­dzin wsi­ądziesz w sa­mo­lot, wró­cisz do domu, zo­ba­czysz tych, któ­rych ko­chasz. W ko­ńcu mia­ło być nor­mal­ne ży­cie, któ­re­go tak bar­dzo pra­gnęli­śmy. Bo od­słu­ży­łeś swo­je. I mo­żesz iść na eme­ry­tu­rę. A po­tem do­sta­jesz mel­du­nek. Su­chy, bez­na­mi­ęt­ny ko­mu­ni­kat o śmier­ci męża, na­szych ro­dzi­ców… i za­gi­ni­ęciu Cor­ne­lii.

Jego bo­le­sny szept jest gor­szy i bar­dziej złow­ro­gi niż to, jak krzy­czał. Do­słow­nie czu­ję jego emo­cje i nie mogę ani ode­rwać od nie­go wzro­ku, ani swo­bod­nie od­dy­chać.

– Do­pie­ro po czter­dzie­stu ośmiu go­dzi­nach od wy­bu­chu ktoś od­na­la­zł ją na brze­gu i po­in­for­mo­wał słu­żby. Byli pew­ni, że to cia­ło, a nie żywa oso­ba. Le­d­wo ją ura­to­wa­li. W szpi­ta­lu za­pi­sa­li ją jako „Jane Doe”. Bo na­wet nie była w sta­nie po­wie­dzieć sło­wa. Przez po­nad ty­dzień nie po­tra­fi­li jej zna­le­źć w żad­nej ba­zie. Nie po­tra­fi­li po­łączyć kro­pek. Była w szo­ku. Po­ła­ma­na, po­tur­bo­wa­na. Była tam sama. Sama, Eli­jah! Po tym wszyst­kim, co prze­ży­ła, i po wie­lo­krot­nych ope­ra­cjach. I nikt mnie o tym nie po­in­for­mo­wał! Nikt!

Jego sło­wa roz­ry­wa­ją mnie od środ­ka.

– Wci­ąż sły­szę jej krzyk, wci­ąż wi­dzę jej prze­ra­żo­ne oczy, gdy w ko­ńcu po­ja­wi­łem się w szpi­ta­lu. Ka­żda se­kun­da tam­tych dni była dla niej pie­kłem, a ja… na­wet o tym nie wie­dzia­łem. By­łem za­jęty. Pie­przo­ną mi­sją, któ­ra nie mia­ła już zna­cze­nia. – Spo­gląda na mnie, jak­by wła­śnie obu­dzi­ło się coś nie­bez­piecz­ne­go. – Więc nie pier­dol mi o bólu, Eli­jah. Nie masz o nim po­jęcia. Ból to nie tyl­ko rany na cie­le. To nie­wy­po­wie­dzia­ne sło­wa, stra­co­ne szan­se, żal, któ­ry cię zże­ra i nie po­zwa­la od­dy­chać. To świa­do­mo­ść, że ni­g­dy, kur­wa, nie na­pra­wisz tego, co się sta­ło. To ci­ężar, któ­ry no­szę ka­żde­go dnia, wie­dząc, że moja ro­dzi­na za­pła­ci­ła naj­wy­ższą cenę, a ja by­łem gdzieś da­le­ko, śle­py na wszyst­ko, co na­praw­dę się li­czy­ło.

Milk­nie po tym wy­zna­niu. Wi­dzę, jak po­now­nie za­kła­da ma­skę. Jak za­my­ka w so­bie emo­cje, żeby nie eks­plo­do­wać.

– Mia­łeś nas. Ro­dzi­nę. Opar­cie. Nie sko­rzy­sta­łeś z tego. – Jego sło­wa są jak baty, raz za ra­zem sma­ga­ją moją du­szę.

Ma ra­cję. Bez­względ­ną, bo­le­sną ra­cję.

Wsta­ję bez sło­wa i pod­cho­dzę do drzwi. Z ręką na klam­ce od­wra­cam się, mó­wię ci­cho, ale sta­now­czo:

– Nie pod­dam się. Ni­g­dy. Prze­ślij mi wszyst­kie in­for­ma­cje na te­mat zdro­wia Nel i mo­jej cór­ki. To jest te­raz naj­wa­żniej­sze. Je­śli tego nie zro­bisz, roz­bi­ję tu­taj pie­przo­ny obóz i za­bi­ję ka­żde­go, kto spró­bu­je mnie stąd wy­rzu­cić. Wiesz, że je­stem do tego zdol­ny. – Sło­wa wy­pły­wa­ją z mo­ich ust z de­ter­mi­na­cją, któ­rej sam w so­bie nie zna­łem.

Ke­anu pa­trzy na mnie przez dłu­gą chwi­lę. W jego oczach wście­kło­ść wal­czy z nie­chęt­nym po­dzi­wem.

W ko­ńcu kiwa gło­wą. Le­d­wo wi­docz­nie, ale jed­nak.

– I… dzi­ęku­ję ci, że od­blo­ko­wa­łeś in­for­ma­cje – do­da­ję z wdzi­ęcz­no­ścią.

Dłu­go mi się przy­gląda. Je­stem pe­wien, że on to zro­bił. Obie­cał Cor­ne­lii, że nic nie po­wie. I do­trzy­mał sło­wa.

Od­pie­ra jak ro­bot:

– Nie wiem, o czym mó­wisz.

Wy­cho­dzę i za­my­kam za sobą drzwi.

Czu­ję, jak ogrom­ny ci­ężar spa­da mi z ra­mion. Mam świa­do­mo­ść, że cze­ka mnie dłu­ga i trud­na dro­ga. Ale po raz pierw­szy od daw­na…

Mam na­dzie­ję.

Dla Cor­ne­lii.

Dla na­szej cór­ki.

Co­py­ri­ght © for the text by Cara D. Wy­ler

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ewa Wo­źniak

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Gra­fi­ka na okład­ce:

Ka­mil Ko­rze­niow­ski @ko­rze­niow­ski.art

Skład i opra­co­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-76-0

Spis treści

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okład­ka