Szept lasu. Akademia Czarnego Kruka tom 1 - Klaudia Czarnocka - ebook
NOWOŚĆ

Szept lasu. Akademia Czarnego Kruka tom 1 ebook

Klaudia Czarnocka

4,4

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Lilith, dziewiętnastoletnia dziewczyna, podrzutek z wikingowej osady Korenvik, od dziecka jest wyobcowana – czarne włosy, bladoróżowe runy na skórze i moc, której nikt nie rozumie, czynią ją „diabelskim nasieniem”. Gdy mieszkańcy wioski zabijają jej jedynego przyjaciela i przywiązują ją do stosu, w Lilith budzi się chaos: destrukcyjna siła, która spala domy i rani oprawców. W ostatniej chwili ratuje ją grupa z tajemniczej Akademii Czarnego Kruka – szkoły magii ukrytej za mgłą, gdzie uczą się czarodzieje, elfy, wampiry i wilkołaki.

To właśnie tam, Lilith odkrywa, że jej moc jest czymś więcej niż przekleństwem. Zaprzyjaźnia się z półelfką ognia Velen, która sama zmaga się z brakiem kontroli nad darem. Jednocześnie przyciąga uwagę lakonicznego wampira Kaela, którego dotyk tłumi jej chaos, przynosząc ulgę, ale i pustkę. Powoli rodzi się między nimi napięcie, pełne nieufności i ukrytego przyciągania.

Dowiaduje się także, jakie jest jej prawdziwe imię oraz kim jest dla świata. Bariera słabnie, nawie (demony) czają się pod ziemią, a ktoś manipuluje wydarzeniami.

Gdy przeszłość wraca, Hunter, dawny przyjaciel z Korenvik, przyjeżdża błagać o pomoc w walce z demonami. Lilith musi stawić czoła zdradzie, okrucieństwu i własnej mocy.

 

„Szept Lasu” to mroczne dark fantasy z elementami slow-burn romance i dark academia. Historia o akceptacji, tożsamości i cenie mocy, osadzona w świecie słowiańskich inspiracji, wampirów i pradawnego lasu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 115

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (36 ocen)
26
4
3
1
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Romantycznietujest2404

Nie oderwiesz się od lektury

Jeeeeej, ja chcę więcej! Bardzo ciekawy motyw połączenia typowych fantastycznych postaci z słowiańskimi legendami! Czytało się super, łyknęłam w 5 godzin. CZEKAM NA TOM 2!❤️
40
Lilla1986

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam fascynująca historia , która wciąga do tego stopnia , że nie będziecie chcieli wyjść z tego fantastycznego świata 😈
40
DomiiZaczytana

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna historia ,pełna emocji
40
Aneczkablogerka

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca, mroczna, trzymająca w napięciu.
40
Bezcenzuryzkacprem

Nie oderwiesz się od lektury

Muszę przyznać, że rzadko trafiam na literaturę fantasy, która od pierwszej strony potrafi tak skutecznie „sprzedać” świat przedstawiony. Historia Lilith to nie jest kolejna bajeczka o wróżkach – to mocna opowieść o dziewczynie, która od dziecka miała pod górkę. Lilith to postać, którą autentycznie się wspiera. Obserwujemy ją jako wyrzutka w wiosce pełnej uprzedzeń, gdzie jest traktowana niemal jak przedmiot. Momentem zwrotnym jest tragedia – śmierć jej jedynego przyjaciela – która wyzwala w niej nagromadzoną przez lata furię. To było mocne otwarcie, które nadaje tempo całej reszcie. ​Później przenosimy się do Akademii Magii. I tu pojawia się Kael. Gość jest konkretny – tajemniczy, zdystansowany, ale czuć, że ma w sobie ogromną siłę i bagaż doświadczeń. Ich relacja nie jest przesłodzona; czuć w niej napięcie i niedopowiedzenia, co sprawia, że chce się czytać dalej, by w końcu dowiedzieć się, o co mu właściwie chodzi. W tej historii najbardziej uderza to, jak autentycznie została popr...
30



Copyright© Tekst by Klaudia Czarnocka

Copyright© Wydawnictwo Golden Wings

Wodzisław Śląski 2026

All right reserved

 

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

 

Redakcja: Joanna Pomarańska

Korekta językowa: Joanna Pomarańska, Małgorzata Wiśniewska

Beta: Dominika Zielińska, Kinga Skalska

Projekt okładki oraz ilustracje: Anna Pytlik-Ryś

Łamanie i skład: M. Wiśniewska @fabryka.skladu.ksiazki

 

Wydanie I

 

ISBN: 978-83-68598-13-1

 

Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki w internecie

 

Wydawnictwo Golden Wings

Wodzisław Śląski

[email protected]

www.wydawnictwo-goldenwings.pl

 

 

 

Sobie.

Bo przełamałam bariery.

Prolog

Odkąd pamiętam, jedyne, czego pragnęłam, to być akceptowana. Życie w osadzie Korenvik – wikingów z krwi i kości – było dla mnie codziennym wyzwaniem. Moje sięgające do pasa, czarne jak węgiel włosy wyróżniały mnie tak bardzo, że nawet obcy od razu wiedzieli, że jestem podrzutkiem. Bladoróżowe blizny na prawej ręce – wijące się jak starożytne znaki – zdradzały, że stało się coś, o czym nikt nie chce mi powiedzieć. Nazywają mnie Lilith. Sama nie wiem, czy dla żartu, czy ze strachu.

Dni spędzałam na próbach udowodnienia, że jestem potrzebna. Brałam się za najprostsze prace, byle tylko pomóc i nie przeszkadzać. Gdy tylko mogłam, uciekałam do lasu, który otaczał wioskę. Zapach mchu o zachodzie słońca dawał ukojenie, a wilgoć ziemi na bosych stopach przypominała, że w ogóle żyję – a nie tylko istnieję. Las był moim azylem, jedynym miejscem, gdzie nie czułam na sobie tych ciężkich spojrzeń, gdzie nikt nie szeptał za moimi plecami. Tam mogłam oddychać pełną piersią, choć zawsze z lękiem, że ktoś mnie znajdzie i każe wrócić.

Usiadłam na swoim kamieniu – tym samym od lat. Na tyle daleko od osady, że znikałam ludziom z oczu, ale na tyle blisko, że czasem słyszałam, jak ktoś mnie woła. Choć wołali rzadko. Kamień był zimny, omszały, idealnie wpasowany w moje kształty, jakby czekał tylko na mnie. Oparłam się o pień starego dębu, zamknęłam oczy i pozwoliłam, by szum liści zagłuszył myśli.

– A czego ty, dziewczynko, tu szukasz… Czego byś chciała… – zanuciłam cicho piosenkę, którą układałam od dawna, słowo po słowie, ból po bólu. – Myślisz, że się wtopisz między nas, że będziesz akceptowana…

Spojrzałam w górę. Ostatnie promienie słońca przebiły się przez koronę drzew i zakłuły mnie w oczy. Zmrużyłam powieki, osłaniając dłonią twarz.

– Kto tu jest? – Zerwałam się na równe nogi. Serce podskoczyło mi do gardła. Zawsze byłam gotowa na cios w plecy, na krzyk, na kamień, na spojrzenie pełne pogardy.

Szmer liści. Z cienia wychylił się mały, szary pysk.

– Och… Witaj, maleńki – powiedziałam już spokojniej. Kucnęłam powoli. Wilczek cofnął się o krok, ale ciekawość wygrała. Znowu wychylił łebek.

– Chodź do mnie – zachęciłam i zastygłam z wyciągniętą dłonią.

Zrobił dwa niepewne kroki. Potem jeszcze dwa. I jeszcze. Czekałam. Cierpliwie. W końcu dotknął mnie zimnym, mokrym nosem. Zachichotałam – cicho, żeby go nie spłoszyć. Spojrzał na mnie urażony, jakby się obraził.

– Jestem Lilith – szepnęłam. – Gdzie twoja mama?

Obwąchiwał moją rękę. Zauważyłam, że jego popielate futro na końcach jest sklejone czymś rdzawym. Po chwili dotarł do mnie metaliczny zapach krwi. Wilczek spojrzał na mnie smutno i wydał z siebie żałosny szczenięcy skowyt.

– Też jestem sama na tym świecie – powiedziałam. – Chętnie się tobą zaopiekuję.

Wzięłam go ostrożnie na ręce. Był ciepły. Lekki. Drżał. Przytuliłam go do piersi, czując, jak jego małe serduszko bije szybko przy moim. Po raz pierwszy ktoś przytulił się do mnie – nie z litości, nie z obowiązku. Po prostu, bo chciał.

– Nazwijmy cię Varg – wyszeptałam mu do ucha. – Wilk. To dobre imię.

1. Varg

Mój dzień w wiosce zaczynał się od porannej toalety. Dzieliłam chatkę z wiejską uzdrowicielką – jedną z dwóch osób, które były dla mnie życzliwe. To ona mnie odchowała, ku niezadowoleniu reszty mieszkańców Korenviku. Nikt tak naprawdę nie wiedział, skąd się tutaj wzięłam, ale zawsze przyglądała mi się z dziwnym zainteresowaniem, jakby na coś czekała – jakby widziała we mnie coś więcej niż tylko podrzutka z bladoróżowymi runami na skórze. Umyłam twarz w zimnej wodzie, która stała w drewnianym wiadrze, i przeczesałam palcami czarne włosy. Nie wolno mi było zaplatać warkoczy ani ozdabiać włosów srebrną biżuterią – kolejne przypomnienie, że nie jestem jedną z nich. Że nigdy nie będę.

Drugą osobą, która mnie tolerowała, był Hunter – syn samego wodza. Odkąd pamiętam, potajemnie przynosił mi jedzenie, książki i uczył rzemiosła przydatnego w osadzie. Na tych ukradkowych spotkaniach niewiele rozmawialiśmy. Moje serce rozdzierały sprzeczne uczucia: nienawidziłam go i uwielbiałam jednocześnie. Chciałam, żeby dał mi spokój, ale nie chciałam, żeby odchodził. Jego obecność była jak ciepło w zimny dzień – bliskie, ale zawsze z dystansu, zawsze z lękiem, że ktoś nas zobaczy.

Wyszłam z chaty. Osada była niewielka, otoczona lasem i górami. Panowała zima, mieszkańcy nosili futra upolowanych zwierząt. Upewniłam się, że rękaw płaszcza dokładnie zakrywa blizny, i ruszyłam po zamarzniętej ziemi. Od wczoraj nie mogłam znaleźć Varga – wilczka, którego Hunter trzy miesiące temu pozwolił mi zatrzymać. Do dziś nie wiem, jak przekonał do tego ojca. Był moim jedynym przyjacielem, zanim pojawił się Varg, jednak nie potrafiłam wybaczyć mu obojętności. Za dnia patrzył, jak mnie biją, słuchał szyderstw, a wieczorem odnajdywał mnie w lesie i podawał kawałek jabłecznika. Spoglądał wtedy niebieskimi oczami i mówił, że jestem najsilniejsza w całej osadzie. Przekonywał, że nasza tajemnica jest dobra, bo gdyby się wydała, byłoby tylko gorzej. Szeptałam, że gorzej już być nie może.

Nie wiedziałam wtedy, że w tym przypadku to on miał rację.

– Varg! – wołałam szeptem, żeby nie zwracać na siebie uwagi mijających mnie ludzi. – Varg, gdzie jesteś?

W gardle czułam gulę, do oczu napłynęły łzy. Zamrugałam szybko, żeby odzyskać ostrość widzenia. Domy stały blisko siebie, więc chodziłam między nimi, zaglądałam za każdy, w nadziei, że szczeniak dał się przekupić kawałkiem mięsa i czeka na więcej. Powinnam była pilnować go lepiej. Powinnam była wiedzieć, że nie wolno mi mieć niczego własnego.

– Lilith! – usłyszałam drwiący, kobiecy głos. – Lilith, chodź tutaj, mamy dla ciebie coś specjalnego.

Amber – moja rówieśniczka, która chyba nienawidziła mnie najbardziej. To ona najgłośniej przypominała mi, gdzie moje miejsce, i to ona podsycała nienawiść reszty. Była najpiękniejsza w osadzie, ale Hunter mówił, że to zwykła zazdrość. Niechętnie zmieniłam kierunek i ruszyłam w stronę sześcioosobowej grupy – prawdziwych przyjaciół syna wodza. Znałam ich wszystkich od dziecka, dorastaliśmy razem, ale nigdy nie byłam godna, żeby się z nimi bawić. Najpierw ich rodzice izolowali mnie, szeptając, że jestem córką diabła, naznaczona przez samego piekielnego. Dzieci to słyszały i – za cichym przyzwoleniem rodziców – zrobiły ze mnie swoją ofiarę. Nie wiem, jakie są inne dzieci. Wiem tylko, że dzieci wikingów to bardzo okrutne stworzenia.

– Skoro zadajesz się z synem wodza, uznaliśmy, że należy ci się godne okrycie – powiedziała Amber, chowając ręce za plecami. Reszta zaczęła chichotać, niektórzy śmiali się w głos. Wzrokiem poszukałam Huntera, lecz nigdzie go nie było. Skąd wiedzieli? Spanikowana spojrzałam na swoje ubłocone buty, byle tylko się nie zdradzić.

– To dla ciebie – dodała słodziutko, jakby naprawdę chciała mi coś podarować.

Nieśmiało uniosłam wzrok i w tej samej chwili żółć podeszła mi do gardła.

– Varg… – jęknęłam, gdy jego futro z głową rozwinęło się z rulonu, który trzymała Amber. Zachowali nawet pysk, brązowy nosek i te arktyczne, martwe oczy. Żebym nie miała wątpliwości.

Upadłam na kolana. Szlochanie wstrząsnęło moim ciałem.

Dlaczego mi to zrobili? To był tylko szczeniak…

„Są okrutni. Pozwól mi” – usłyszałam szept. Ten sam głos, który nieraz w chwilach słabości prosił o pozwolenie. Nie wiedziałam, na co mam mu pozwolić ani jak chce mi pomóc. Przerażał mnie. Czułam się atakowana z dwóch stron.

– Lilith, przymierz. To przecież prezent – powiedziała Amber obrażonym tonem.

Poczułam, jak coś ciężkiego otula mi ramiona. Znajomy zapach lasu i krwi uderzył tak mocno, że serce na moment przestało bić.

„Pozwól mi. Tylko tyle”.

Zamknęłam oczy. Przez jedną krótką chwilę nie poczułam niczego. A potem uderzyła burza.

Śmiech głosu w mojej głowie – najpierw radosny, potem demoniczny. Ciało wygięło się w łuk, blizny zapiekły, jakby ktoś wlewał w nie rozżarzone żelazo. Oczy otworzyły się szeroko.

– Co ta wariatka wyprawia? – zapytał ktoś.

Stanęłam przed nimi. Spojrzałam każdemu w oczy. Byli przerażeni.

– Zaboli – powiedziałam cudzym głosem. Spojrzenie zatrzymało się na Amber. – Tylko trochę.

Dziewczyna padła na kolana i zaczęła wyć z bólu, drapiąc błoto paznokciami. Przyjaciele Huntera rzucili się ku mnie, ale machnęłam ręką – jakbym odganiała natrętne owady. Pięć ciał odleciało w tył. Jedni upadli na ziemię, inni uderzyli w ściany domów.

– Amber! – krzyknął Hunter, wybiegając spomiędzy zabudowań.

Nawet teraz wołał ją. Nie mnie.

Wyciągnęłam w jego stronę otwartą dłoń. Niewidzialna ściana zatrzymała go w pół kroku. Wściekłość narastała z sekundy na sekundę.

Ból wszystkich tych lat. Hunter, który nigdy nie powiedział mojego imienia przy ludziach. Varg, któremu obiecałam opiekę.

Ogień wystrzelił wokół mnie, zajmując ściany najbliższych domów. Wszędzie był smród spalonego drewna i futra. Nie chciałam przestać. Zasłużyli na to.

– Lilith, dziecko… Co ty wyprawiasz? – Wśród krzyków i trzasku ognia usłyszałam głos uzdrowicielki. – Przestań. Nie jesteś taka.

Spojrzałam na jej pomarszczoną twarz. Nie było w niej strachu. Tylko smutek i troska. Nigdy nie zastąpiła mi matki. Nie próbowała. Uczyła pisać, czytać, gotować zupę z królika, rozpoznawać zioła. Zawsze była dobra. I zawsze była tutaj – w Korenviku, tu był jej dom.

Po policzkach popłynęły mi łzy. Opuściłam ręce. Wzięłam trzy głębokie wdechy, mimo że powietrze gryzło w płuca.

Ogień zgasł tak nagle, jak się pojawił. Zostały tylko zgliszcza i popiół.

– Złapać ją! – krzyknął ktoś za moimi plecami.

Trzej mężczyźni rzucili mnie na ziemię. Twarz w błocie, płaszcz nasiąkł lodowatą wodą. Nie walczyłam. Było mi już wszystko jedno.

2. Stos

Przemoknięty błotem płaszcz kleił się do mojego obolałego ciała. Noc była zimna – wnioskowałam to po parze, która wydobywała się z moich ust przy każdym wydechu. Beznamiętnie przyglądałam się mężczyznom zbierającym to, co zostało z domów, które spłonęły przez… coś, co zrobiłam. Wszystko, co nadawało się do ponownego rozpalenia, miało posłużyć za stos. Dla mnie. Powinnam być przerażona, że moje ciało niedługo spłonie żywcem. Powinnam być załamana, że ludzie, których znałam całe życie i którym mimo wszystko służyłam najlepiej, jak potrafiłam – w podzięce za opiekę, jaka by ona nie była – tak szybko podjęli decyzję o mojej śmierci. Powinnam czuć strach, który paraliżuje, ale bardziej bałam się siebie niż tego, co mnie czekało. Dopatrywałam się w tym nawet ulgi. Spotkanie z kostuchą mogło być najlepszym, co zdarzy się w moim dziewiętnastoletnim życiu – końcem ciągłego poczucia, że jestem ciężarem, że moje istnienie to błąd.

– Już czas – oznajmił niski głos, a ogień z pochodni rozświetlił twarz wodza Korenviku. Na potężne ramiona zarzucone miał futro z niedźwiedzia. Był już wiekowym mężczyzną, lecz wikingowie szczycili się siłą i formą przez długie lata. Dwóch najbardziej doświadczonych w walce ludzi stanęło przy klatce, w której mnie zamknęli – zwykle trzymaliśmy w niej psy. Obaj przygotowali broń, gdy na czworakach próbowałam wydostać się z więzienia. Zrobiłam to strasznie nieporadnie; wydaje mi się, że podczas upadku złamałam żebro, bo oddychanie i każdy ruch wywoływały fale bólu w tamtej okolicy. Płaszcz, którym byłam okryta, ważył dwa razy więcej i plątał się między rękami i nogami, nasiąknięty błotem i krwią.

– Wiesz, co zrobiłaś, i wiesz, jaka spotka cię za to kara – rzekł obojętnie, jakby właśnie nie wydawał na mnie wyroku śmierci.

Pochyliłam pokornie głowę, zacisnęłam powieki, bo poczułam, jak pieką mnie oczy. Jeszcze chwilę temu byłam pewna, że przyjmę los z dumą. Trzy głębokie wdechy nie pomogły – wywołały tylko dyskomfort. Spojrzałam w prawo: pod stosem zebrała się już cała wioska. W oczach mieli tylko gniew. Jeszcze wczoraj z niektórymi niosłam wiadra z wodą, dziś stali w kręgu i czekali z cichą satysfakcją. Ich twarze – znajome od dziecka – teraz były wykrzywione nienawiścią, jakby nigdy nie widzieli we mnie dziecka, tylko zagrożenie.

– Potwór! – krzyknął ktoś z tłumu i rzucił w moją stronę kamieniem, gdy w eskorcie dwóch wojowników i wodza szłam korytarzem, który dla mnie utworzyli. Ostry głaz rozciął skórę na czole, poczułam, jak ciepła ciecz zalewa mi twarz. Oblizałam górną wargę; cierpki smak rozniósł się po języku. – Tyle ci daliśmy, a ty próbowałaś nas zabić! – rzucił ktoś inny.

Stanęłam na misternym podeście, pod którym znajdowały się pale drewna i siano. Ręce miałam związane grubą liną raniącą nadgarstki. Nie mieli pojęcia, jak się przede mną chronić, a ja nie miałam pojęcia, jak ich ochronić przed samą sobą. Lina gryzła w skórę, ale ból był niczym w porównaniu z tym, co czułam w środku – pustkę, która powoli wypełniała się rezygnacją.

– Ojcze! – zawołał Hunter, próbując przedrzeć się przez tłum, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Korenvikowie byli zbyt podekscytowani tym, co miało się za chwilę wydarzyć. Wydaje mi się, że niejeden z nich sam ochoczo wrzuciłby pochodnię w podpałkę pode mną. Ból, krew, śmierć nie były dla tych ludzi niczym obcym, żyli tym na co dzień. A ja... Ja byłam tylko kolejnym widowiskiem.

– Lilith – wypowiedział moje przezwisko z odrazą, jakby sami mnie tak nie nazwali. – Dokonałaś zamachu na nas, na swoją rodzinę – zaczął przemówienie.

Zaśmiałam się w duchu, słysząc określenie „rodzina”. Tłum przekrzykiwał się hasłami: spalić, do piekła, diabelskie nasienie. Przywiązali mnie do pali i zeszli z podestu. Ojciec Huntera przejął pochodnię, którą wręczył mu ktoś z tłumu. Bardzo powoli uniósł ją wysoko nad głową, jakby chciał pokazać, że nie jestem już zagrożeniem. Zwiesiłam głowę z bezradności, zapłakałam bezgłośnie. Wszyscy zamilkli.

– Wodzu! Obcy nadchodzą! – Męski krzyk przerwał tę bolesną ciszę. Nie poczułam ulgi. Opóźnianie nieuniknionego wydawało się największą karą.

Na ścieżce, która prowadziła do lasku, pojawiła się grupa nieznajomych. Ubrani w czarne, aksamitne płaszcze do ziemi, twarze zasłaniały im obszerne kaptury. Dwóch poruszało się normalnie – po ludzku, szli jako pierwsi. Zaraz za nimi dwie kolejne osoby, a całą czwórkę otaczały trzy płynące sylwetki. Nie byli ludźmi. Ludzie nie poruszają się w ten sposób – jakby sunęli, nawet płaszcze nie falowały przy ruchu. Przeszli całą drogę do wioski, a teraz zbliżali się do miejsca sądu. Nie wydawali się wzruszeni widokiem wikingów z toporami i mieczami przy pasach.

– Proszę wybaczyć nam przerwanie ceremonii – rzekł przybysz na czele i zrzucił kaptur. Jego towarzysze zrobili to samo. Jasnobrązowe włosy miał spięte w kucyk, stalowe oczy od razu utkwił w mojej osobie. Przechylił głowę i uśmiechnął się zadowolony.

– Czego chcesz, Lubomirze? – zwrócił się do niego dowódca osady.

– Chciałem przypomnieć tobie i twoim ludziom, że zgodnie z naszym paktem powinienem zostać powiadomiony o istocie magicznej. – Oderwał ode mnie wzrok i uśmiechnął się przyjacielsko.

– To żadna istota magiczna, wydajemy osąd wobec jednego z nas – zapewnił wódz.

Lubomir rozejrzał się po osadzie – po tym, co z niej zostało po moim wybuchu. Miałam chwilę, by przyjrzeć się pozostałym. Po prawej stronie Lubomira stał młody chłopak, bardzo do niego podobny: idealna fryzura, stalowe oczy, identyczne rysy twarzy. Z tej odległości widziałam, że płaszcze tych dwóch były inne – pokryte złotą nitką, która utkała wzory dokładnie takie same jak moje wzory na ręce. Kolejna dwójka miała lekko spiczaste uszy. Jeden płaszcz bordowy, drugi fioletowy; i oczy dokładnie w tych samych kolorach. Najbardziej przerażająca była ta trójka otaczająca ich niczym mur. Płaszcze czarne jak moje włosy. Twarze blade jak marmur, oczy obojętne i całkowicie czarne. Stali sztywno, jeden obok drugiego, skupieni, jakby nasłuchiwali nawet szelestu liści.

– Wyczułem moc, która obudziła się w twojej osadzie. Patrząc na stan tego miejsca, nie jestem przekonany, czy mówisz mi prawdę – powiedział wciąż miłym tonem.

– Czy istota magiczna dałaby się spalić na stosie? – zakpił wódz.

– Pozwól nam to sprawdzić. Zajmiemy się tym problemem – zachęcił.

– Mój lud domaga się kary za krzywdę, jaka nas spotkała.

– Przypominam o pakcie, który zawarliśmy dekady temu – odezwał się młodszy mężczyzna po prawej.

– Ja z tobą, szczylu, nic nie zawierałem. – Ojciec Huntera rzucił się do przodu i stanął bardzo blisko młodzieńca. – Pakt mówił, że istoty magiczne będą nas chronić, tymczasem moi ludzie mają połamane kości, a połowa nie ma dachu nad głową!

Poczułam na sobie spojrzenie jednego z posągowych ludzi. Lekko zmrużył oczy, jakbym wzbudziła jego zainteresowanie. Przeszył mnie dreszcz i odwróciłam głowę speszona.

– Śmierć dziecku piekielnemu! – krzyknął ktoś, dorwał pochodnię i wetknął w podpałkę. Stos momentalnie zapłonął. Kobieta w bordowym płaszczu machnęła ręką, czerwone języki wystrzeliły kilka metrów w górę, otaczając mnie z każdej strony. Z gardła wyrwał mi się krzyk i błaganie o pomoc. Mój umysł zarejestrował jeszcze Huntera, który próbował przebić się przez tłum, ale zafascynowani wikingowie nie przesunęli się ani o milimetr.

Kael

Krzyk czarnowłosej dziewczyny przywiązanej do pali przeciął powietrze. Przyglądałem się, jak ogień otacza ją ze wszystkich stron. Zabieranie elfki ognia na zwiad było pomysłem Lubomira, ale wybranie akurat tej – najbardziej niezdarnej w całej Akademii – to już czysty sarkazm.

Mówią, że wampiry są zimne i pozbawione emocji. Widząc uśmiechy mieszkańców Korenviku, gotowych patrzeć, jak żywa dziewczyna płonie, wnioskowałbym o koniecznej korekcie w historycznych zapiskach.

– Kael, czy byłbyś tak uprzejmy? – zwrócił się do mnie Lubomir.

Odwróciłem dłoń wierzchem do góry. Ogień, który już muskał jej bose stopy, posłusznie rozstąpił się na boki. Jeszcze dwa machnięcia i powstał bezpieczny korytarz. Rafael i Lucjusz pozostali w bezruchu pół kroku za mną – jak zawsze. Trzech wystarczyło.

Lubomir i Aron przeszli przez płomienie, po czym odcięli liny. Aron wziął dziewczynę na ręce – jedną dłonią pod kolana, drugą pod plecy – i wyniósł z paleniska tak lekko, jakby nic nie ważyła.

Żaden wiking nie pisnął. Dobrze.

Spojrzałem jeszcze raz na czarnowłosą. Oczy miała zielone. Jak las po burzy. Stopy nietknięte, skóra bez śladu. Płomienie tańczyły po niej, jakby ogień był tylko ciepłym wiatrem.

3. Mgła

Rytmiczne kołysanie kusiło mój zmęczony umysł do odpoczynku. Powieki ciążyły jak ołów. Rześki zapach lasu i szum liści działały jak kołysanka. Wzdrygnęłam się dopiero wtedy, gdy dotarło do mnie, że leżę w ramionach obcego mężczyzny. Jego ciało było ciepłe, mocne. Czułam bicie jego serca pod policzkiem, szybkie, jakby i on był zdenerwowany. Ale dotyk drażnił – w miejscach, gdzie mnie trzymał, skóra mrowiła nieprzyjemnie.

– Jesteś bezpieczna, Lilith. Ojciec cię ocalił. – Jego głos był łagodny.

– Mogę iść sama – zachrypiałam. Gardło miałam wyschnięte od dymu.

Spojrzał na mnie z góry, ale nic nie powiedział. Tylko szedł dalej.

– Cześć, jestem Velen – przerwała grobową ciszę ognistowłosa elfka. – Na początek przepraszam, że prawie upiekłam cię jak prosiaka. Jeszcze nie do końca panuję nad mocą – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu.

– Chciałaś powiedzieć: nigdy nie panowałaś – prychnęła druga. Miała kasztanowe włosy, oczy jak ametysty.

– Nie bądź niemiła, Elen. Zrazisz naszą nową koleżankę i pomyśli, że wszyscy tu jesteśmy takimi gburami jak ty. – Velen pokazała jej język i w kilku podskokach zrównała się z nami.

– Zlituj się. Towarzyszy nam trzech wampirów. Większych gburów już nie pozna. – Elen wywróciła oczami. Ktoś z tyłu warknął. Chłopak, który mnie niósł, zaśmiał się tak cicho, że gdybym nie była przyciśnięta do jego piersi, w ogóle bym tego nie usłyszała.

– Naprawdę sobie poradzę – powiedziałam znowu. Jego ramiona stawały się nie do zniesienia. Spróbowałam się uwolnić. Odpuścił. Postawił mnie na mokrej trawie. Stopy zapadły się w miękkiej ziemi.

– To musi być ulga dla twoich stóp – zauważyła Velen.

– Słucham? – Spojrzałam na nią zdezorientowana, potem na resztę. Na czarnowłosym zatrzymałam wzrok o sekundę za długo. Twarz jak wykuta z lodu, oczy puste. Patrzył przeze mnie, jakbym była przezroczysta.

– Ogień był spory, stałaś w nim dobrą chwilę. Na pewno masz pęcherze. Elfki lasu zrobią ci maść, jak już dotrzemy do szkoły. – Słowotok Velen nie miał końca.

– Pomogą mi? Do szkoły? – Wyłapywałam pojedyncze słowa.

– Velen, daj jej chwilę oddechu. – Lubomir położył dłoń na ramieniu elfki. Kamienie w jego pierścieniach zalśniły zimno.

Wzięłam trzy głębokie wdechy – zawsze tak robiłam, gdy panika podchodziła pod gardło – i rozejrzałam się. Wkroczyliśmy w samo serce lasu, który otaczał Korenvik. Żadne drzewo nie było mi obce. Znałam każdą ścieżkę, każdy głaz. Mogłabym iść z zamkniętymi oczami i trafić do domu.

Dom… Coś ścisnęło mnie w piersi. Dom, który spłonął. Miejsce, które nigdy nie było moim domem.

– Dokąd mnie zabieracie? – zapytałam. Ścieżka prowadziła w jedno jedyne miejsce.

– Na północ – odparł spokojnie Lubomir.

Zamarłam w pół kroku.

– Ale tam… tam nie wolno.

Od dziecka wpajano nam, że północ od Zatoki Kruków kończy się mgłą. Mgłą, która trawi ciało i zostawia tylko popiół. Widziałam ją dziesiątki razy – białą jak mleko, tak gęstą, że nie widać własnych dłoni. Wołała mnie. Zawsze. Cichym, słodkim głosem. Obiecywała, że nic mi nie będzie. Raz powiedziałam o tym Hunterowi. Pogniewał się tak, że płakałam trzy dni. Kazał przysiąc, że nigdy jej nie dotknę. Nawet najodważniejsi wojownicy bali się podejść bliżej niż na długość włóczni.

Moje serce zaczęło galopować, gdy zorientowałam się, że stoimy dokładnie na granicy.

Wtedy zobaczyłam ją. Najpierw smugę – leniwą, białą, sunącą między pniami jak rozlane mleko. Potem drugą. Trzecią. Mgła już tu była. Pachniała mokrym kamieniem i czymś metalicznym, jakby ktoś rozlał krew i przykrył śniegiem.

Cofnęłam się. Uniknęłam stosu, żeby teraz spłonąć w mlecznym dymie? Skończę jako popiół rozwiany przez wiatr.

„Pomogę ci uciec” – szept wrócił, głośniejszy. Pulsował w głowie, w runach, w kościach.

Ziemia zadrżała mi pod stopami.

– Aron, moc rośnie – ostrzegła Elen.

– Lilith, nikt cię nie skrzywdzi – zapewnił Lubomir. Aron zrobił krok w moją stronę.

„Kłamią. Wszyscy chcą nas zniszczyć”.

Jeśli miałam komuś zaufać, to właśnie temu głosowi. Varga już nie było. Łapałam oddech za oddechem, aż zakręciło mi się w głowie. Zatoczyłam się do tyłu, chcąc uniknąć dotyku Arona. Ciało zaczęło mi drżeć. Nie chciałam mu pozwolić przejąć kontroli. Nie znowu. Nie w tym lesie. Był taki piękny. Żył. Korzenie drzew oplatały ziemię jak żyły, liście szeptały w wietrze, który niósł zapach żywicy i deszczu.

Zrobiłam jeszcze jeden krok i zderzyłam się z czymś twardym i zimnym.

Dłonie w czarnych rękawiczkach spadły na moje ramiona. Ścisnęły boleśnie.

I wszystko ucichło.

Szept zamilkł tak nagle, jakby ktoś zatkał mu usta dłonią. Panika odpłynęła. Została tylko cisza – głęboka, uzależniająca cisza. Serce zwolniło, jakby ktoś przekręcił klucz w mechanizmie. Czułam chłód jego dłoni przez materiał płaszcza, jak lód na rozpalonej skórze. Ulga, ale też coś nowego – pustka, która kusiła, by się w niej zanurzyć.

Staliśmy tak trzy sekundy, może wieczność. Czułam zapach jego płaszcza – brudny śnieg, stal, ozon po burzy.

Potem puścił mnie i przeszedł obok, jakby nigdy nic. Czarny płaszcz nawet nie drgnął. Jego towarzysze poszli za nim – trzy cienie, które rozpłynęły się między drzewami szybciej, niż zdążyłam mrugnąć.

Zostało tylko odczucie chłodu na ramionach. I pustka w głowie – taka, jakiej nie znałam nigdy wcześniej.

– Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby kogoś dotknął. – Elen spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

Velen milczała. Jej czerwone oczy błyszczały w półmroku.

– Chodźmy. Akademia czeka – przerwał krępującą ciszę Lubomir.

Mgła rozstąpiła się przed nami jak zasłona. Za nią stały czarne mury, wyższe niż sosny. Na blankach siedziały setki kruków. Kiedy nas zobaczyły, wszystkie jednocześnie odwróciły głowy. I spojrzały prosto na mnie.

Jeden z nich zachrypiał głośno. Jakby chciał powiedzieć wszystkim: „Wróciła”.

Spis treści

Prolog

1. Varg

2. Stos

3. Mgła

Lista stron

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

Punkty orientacyjne

Cover