Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 547 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Syn Neptuna. Tom II. Olimpijscy herosi - Rick Riordan

PERCY MA ZAMĘT W GŁOWIE. Budzi się z długiego snu i nie pamięta zbyt wiele poza własnym imieniem. Nie odzyskuje pamięci nawet wówczas, gdy wilczyca Lupa mówi mu, że jest półbogiem, i uczy go władania magicznym mieczem. Odbywa wędrówkę, podczas której musi pokonać wiele potworów, i w końcu trafia do obozu herosów… ale i tutaj niczego sobie nie przypomina. Pamięta tylko jeszcze jedno imię: Annabeth.
HAZEL POWRÓCIŁA Z TAMTEGO ŚWIATA. W poprzednim życiu starała się być posłuszną córką, choć jej matka wykorzystywała szczególny „dar” córki, by zaspokoić swoją chciwość. Kiedy więc tajemniczy Głos opętał matkę i jej ustami nakazał użyć owego „daru”, by obudzić wielkie zło, Hazel zbyt późno zdobyła się na odwagę, by mu się sprzeciwić. Na skutek jej błędu zagrożone są losy całego świata. Teraz Hazel marzy tylko o tym, by uciec od tego wszystkiego na zaczarowanym koniu, który pojawia się w jej snach.
FRANK JEST NIEZDARĄ. Choć jego babcia twierdzi, że ich przodkowie byli potężnymi bohaterami, a on sam może się stać, kim tylko zechce, Frankowi nie jest łatwo w to uwierzyć. Nie wie nawet, kim jest jego ojciec. Ma nadzieję, że okaże się nim Apollo, bo strzelanie z łuku to jedyne, w czym chłopak jest dobry – choć nie aż tak dobry, by odnosić sukcesy w obozowych manewrach. Wstydzi się swojej niezdarności, zwłaszcza w towarzystwie Hazel, najbliższej przyjaciółki. To właśnie jej postanawia powierzyć swój największy sekret.

Niesamowite przygody młodych bohaterów zaczynają się w „innym obozie” półbogów, a potem przenoszą ich daleko, do krainy, nad którą bogowie nie mają już władzy. Pojawiają się nowi herosi, odżywają straszliwe potwory i rodzą się nowe przerażające istoty, a wszystko to ma związek ze spełnianiem się Przepowiedni o Siedmiorgu.

Opinie o ebooku Syn Neptuna. Tom II. Olimpijscy herosi - Rick Riordan

Cytaty z ebooka Syn Neptuna. Tom II. Olimpijscy herosi - Rick Riordan

– Dzięki, Hazel – powiedział. – A... co właściwie oznacza to... to poręczenie za mnie? – Gwarantuję, że będziesz się dobrze zachowywał. Uczę cię regulaminu, odpowiadam na twoje pytania, zapewniam, że nie przyniesiesz wstydu legionowi. – A... jak zrobię coś złego? – Wtedy zabiją i mnie, i ciebie. Jesteś głodny? Chodźmy coś zjeść.

Fragment ebooka Syn Neptuna. Tom II. Olimpijscy herosi - Rick Riordan

Okładka

Strona tytułowa

Rick Riordan

Syn Neptuna

Przełożył Andrzej

Strona redakcyjna

Tytuł oryginałuThe Heroes of OlympusBook TwoThe Son of Neptune

Copyright © 2011 by Rick Riordan. All rights reserved. Zezwolenie na niniejsze wydanie zostało uzyskane za pośrednictwem agencji Nancy Gallt Literary Agency. Permission for this edition was arranged through the Nancy Gallt Literary Agency. Copyright © for the Polish translation by Andrzej Polkowski, 2012 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2012 Cover illustration © 2011 by John Rocco Map illustration © by Kayley LeFaiver Jacket design by Joann Hill

Opracowanie redakcyjne i DTPPracownia Edytorska „Od A do Z” (oda-doz.com.pl)

RedakcjaEwa Wiąckowska

KorektaKatarzyna Kierejsza

Opracowanie graficzne okładki, typografia i DTPStefan Łaskawiec

Wyłączny dystrybutor Platon Sp. z o.o., ul. Kolejowa 19/21, 01-217 Warszawa tel./faks 022 631 08 15

Wydanie I

ISBN 978-83-62170-93-7

Wydawnictwo Galeria Książkiwww.galeriaksiazki.plbiuro@galeriaksiazki.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Dedykacja

Dla Becky, z którą dzielę moje schronienie w Nowym Rzymie. Nawet Hera nie sprawi, bym o Tobie zapomniał.

Mapa

I PERCY

Wężowłose jędze zaczęły Percy’ego irytować.

Nie zginęły raz na zawsze, kiedy w Galerii Wyprzedaży w Napa zbombardował je całą skrzynką kul do gry w kręgle. Nie zginęły, kiedy w Martinez rozjechał je policyjnym radiowozem. I – co było już całkiem niewiarygodne – nie zginęły, kiedy poodcinał im głowy w parku Tilden.

Za każdym razem gdy je zabijał, rozsypywały się w proch, ale już po chwili zaczynały się formować na nowo, jak wielkie rozjuszone koty z kurzu. Wydawało się, że nigdy się ich nie pozbędzie.

Dotarł na szczyt wzgórza i zatrzymał się, łapiąc oddech. Ile czasu minęło, odkąd pozabijał je po raz ostatni? Może dwie godziny. Nigdy nie pozostawały martwe na dłużej.

Od kilku dni prawie nie zmrużył oka. Żywił się tym, co udało mu się zdobyć – lepkimi batonikami z automatów, stęchłymi bajglami, nie pogardził nawet krokietem z fast foodu, co było już poniżej jego godności. Ubranie miał poszarpane, nadpalone i obryzgane śluzem potworów.

Udało mu się przeżyć tylko dlatego, że owe dwie wężowłose jędze – gorgony – również jakoś nie mogły go zabić. Ich szpony nie rozdzierały mu skóry, zęby im się łamały, kiedy próbowały go ukąsić. Czuł jednak, że dłużej już nie wytrzyma. Wkrótce całkiem opadnie z sił i choć teraz jeszcze wydaje się to niemożliwe, wówczas na pewno znajdą jakiś sposób, aby go zabić.

Dokąd uciec?

Rozejrzał się. W innych okolicznościach pewnie podziwiałby te widoki. Na lewo biegły w głąb lądu złociste wzgórza, nakrapiane jeziorami, lasami i stadami krów. Na prawo rozciągały się równiny Berkeley i Oakland – rozległa szachownica podmiejskich osiedli z kilkoma milionami mieszkańców, którzy na pewno nie życzyliby sobie, by jakieś dwa potwory i obszarpany półbóg zepsuli im spokój letniego poranka.

Jeszcze dalej na zachód lśniła pod srebrną mgiełką Zatoka San Francisco, a za nią większość miasta otulał wał gęstej mgły, z której wyłaniały się tylko szczyty drapaczy chmur i wieże mostu Golden Gate.

Ogarnął go dziwny smutek. Coś mu mówiło, że już kiedyś był w San Francisco. To miasto miało jakiś związek z Annabeth – jedyną osobą, którą pamiętał. Dręczył go ten brak wspomnień. Wilczyca obiecała, że znowu spotka się z Annabeth i że odzyska pamięć – jeśli jego wędrówka zostanie uwieńczona sukcesem.

Może powinien przepłynąć przez zatokę?

Niezły pomysł. Nawet stąd czuł kuszącą moc oceanu. Woda zawsze dodawała mu sił, a już wiedział, że słona jest najlepsza. Odkrył to dwa dni wcześniej, kiedy w cieśninie Carquinez zadusił morskiego potwora. Gdyby dotarł do zatoki, mógłby stoczyć śmiertelną walkę. Może nawet udałoby mu się utopić gorgony. Ale od wybrzeża dzieliły go przynajmniej trzy kilometry. Musiałby przejść przez całe miasto.

Powstrzymywała go też inna sprawa. Wilczyca Lupa nauczyła go, jak wyostrzyć zmysły: trzeba zawierzyć instynktowi, a ten wiódł go na południe. Percy czuł silne mrowienie w całym ciele, jakby ów samonaprowadzający radar alarmował go, że cel wędrówki jest blisko – prawie tu, pod jego stopami. Ale czy to możliwe? Tutaj, na samym szczycie jakiegoś wzgórza?

Wiatr powiał z innej strony. Percy wyczuł odór gadów. Niecałe sto metrów niżej coś szeleściło w lesie, łamiąc gałązki, krusząc liście i sycząc.

Gorgony.

Po raz któryś zapragnął, żeby nie miały tak dobrego węchu. Zawsze mu mówiły, że potrafią go wyczuć, bo jest półbogiem – synem jakiegoś starego rzymskiego boga. Próbował wytarzać się w błocie, kąpać w strumieniach, nawet trzymać w kieszeniach odświeżacze powietrza, żeby pachnieć wnętrzem nowego samochodu, ale najwyraźniej półboskiego smrodku nic nie mogło stłumić.

Powlókł się na zachodni kraniec szczytu. Było zbyt stromo, by zejść tamtędy ze wzgórza. W dole, ze dwadzieścia metrów niżej, widniał dach jakiejś willi wbudowanej w zbocze. Jeszcze piętnaście metrów niżej spod podstawy wzgórza wyłaniała się szosa biegnąca serpentynami do Berkeley.

Wspaniale. Nie ma innego zejścia. Dał się zapędzić w kozi róg.

Spojrzał na sznur samochodów zmierzających ku San Francisco. Żałował, że nie jedzie którymś z nich. A potem zdał sobie sprawę z tego, że szosa musi przecinać wzgórze. Tunelem... tuż pod jego stopami.

Wewnętrzny radar oszalał. Tak, znalazł się we właściwym miejscu, tylko trochę za wysoko. Musi sprawdzić ten tunel. Musi jakoś dostać się na szosę – i to szybko.

Zdjął plecak. W Galerii Wyprzedaży w Napa udało mu się zdobyć sporo rzeczy: kieszonkowy GPS, taśmę izolacyjną, latarkę, superklej, manierkę, śpiwór, pluszową poduszkę w kształcie misia pandy (jak ta w telewizji) i szwajcarski scyzoryk wojskowy – prawie cały niezbędnik nowoczesnego herosa. Brakowało czegoś, co mogłoby służyć jako spadochron albo sanki.

Pozostawały dwie opcje: skoczyć dwadzieścia metrów w dół i złamać sobie kark albo zostać na górze i walczyć. Obie brzmiały paskudnie.

Zaklął i wyciągnął z kieszeni długopis.

Długopis wyglądał całkiem zwyczajnie, ale gdy tylko Percy zdjął z niego zatyczkę, zamienił się w lśniący spiżowy miecz. Klinga była idealnie wyważona. Owinięta skórą rękojeść pasowała do ręki, jakby zrobiono ją specjalnie dla niego. Na gardzie wygrawerowano greckie słowo, które Percy dziwnym trafem rozumiał: Anaklysmos – Orkan.

Kiedy to było, gdy przebudził się z tym mieczem w dłoni owej pierwszej nocy spędzonej w Wilczym Domu? Dwa miesiące temu? Więcej? Stracił poczucie czasu. Znalazł się na dziedzińcu jakiegoś spalonego dworku pośród lasu, ubrany tylko w szorty i pomarańczową koszulkę. Na szyi miał rzemień z dziwnymi glinianymi paciorkami, a w ręku ten miecz. Nie miał zielonego pojęcia, jak się tam znalazł, i tylko jakieś bardzo mętne przeczucie co do tego, kim jest. Był bosy, przemarznięty i oszołomiony. A potem pojawiły się wilki...

Tuż koło niego rozległ się znajomy głos, sprowadzając go na ziemię:

– Tu jesteś!

Uskoczył przed gorgoną, o mało nie spadając ze szczytu wzgórza.

To ta uśmiechnięta – Beano.

No dobra, naprawdę nie nazywała się Beano. Chyba był dyslektykiem, bo kiedy próbował coś przeczytać, słowa dostawały kręćka. Kiedy ujrzał ją po raz pierwszy, stojącą przed Galerią Wyprzedaży, z wielkim zielonym znaczkiem na piersiach, na którym wypisane było: „Witaj! Nazywam się STENO”, odczytał jej imię jako BEANO.

Wciąż miała na sobie firmową zieloną kamizelkę Galerii Wyprzedaży nałożoną na sukienkę w kwiaty. Na pierwszy rzut oka można było ją wziąć za zwykłą przysadzistą babcię – póki nie spojrzało się w dół i nie zobaczyło, że ma stopy koguta. Póki nie przyjrzało się jej ustom i nie zobaczyło wystających z nich spiżowych kłów dzika. Jej oczy płonęły czerwienią, a włosy były plątaniną jadowicie zielonych żmij.

Co było najstraszniejsze? Wciąż trzymała wielką srebrną tacę z darmowymi przekąskami w postaci miniaturowych pierożków z serem. Percy uśmiercił Steno już wiele razy, więc taca była pogięta, mimo to przekąski wciąż wyglądały smakowicie. Gorgona taszczyła je przez całą Kalifornię, żeby móc nimi poczęstować Percy’ego, zanim go zabije. Nie miał pojęcia, dlaczego ona to robi, ale wiedział już, że jeśli kiedykolwiek będzie mu potrzebna zbroja, zrobi ją z chrupiących pierożków z serem. Były niezniszczalne.

– Skosztujesz? – zapytała Steno.

Percy odpędził ją machnięciem miecza.

– Gdzie jest twoja siostra?

– Och, schowaj miecz! Już wiesz, że nawet niebiański spiż nie może nas zabić na długo. Skosztuj pierożka! W tym tygodniu są w promocji, a nie chciałabym cię zabić na pusty żołądek.

– Steno!

Druga gorgona pojawiła się z prawej strony tak szybko, że Percy nie zdążył zareagować. Na szczęście wpatrywała się w siostrę.

– Powiedziałam ci, że masz go wytropić i zabić!

Uśmiech spełzł z twarzy Steno.

– Ależ... Euryale... – Wymówiła to imię tak, że rymowało się z Muriel. – Nie mogę go najpierw poczęstować pierożkiem?

– Nie, ty idiotko! Euryale odwróciła się do Percy’ego i obnażyła kły.

Poza włosami, które były plątaniną węży koralowych zamiast zielonych żmij, wyglądała zupełnie jak jej siostra. Jej firmową kamizelkę, kwiecistą sukienkę, a nawet kły zdobiły naklejki z napisem RABAT 50%. Na zielonej plakietce było napisane: „Cześć! Nazywam się GIŃ, NĘDZNY HEROSIE!”.

– Nieźle się za tobą nagoniłyśmy, Percy Jacksonie – powiedziała. – Ale jesteś już w pułapce, a my nasycimy się zemstą!

– Pierożki są tanie, tylko dolar dziewięćdziesiąt dziewięć centów za sztukę – dodała uprzejmie Steno. – Dział spożywczy, alejka trzecia.

– Steno, Galeria Wyprzedaży to była ściema! – warknęła Euryale. – Nie przyzwyczajaj się! A teraz odłóż tę śmieszną tacę i pomóż mi zabić tego herosa. Może już zapomniałaś, że to on unicestwił Meduzę?

Percy cofnął się. Tylko piętnaście centymetrów dzieliło go od przepaści.

– Posłuchajcie, moje panie, już to przerabialiśmy. Nawet nie pamiętam, że zabiłem Meduzę. Niczego nie pamiętam! A może byśmy ogłosili zawieszenie broni i pogadali o waszych specjalnych ofertach na ten tydzień?

Steno spojrzała wyczekująco na siostrę, kapryśnie wydymając wargi, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę jej wielkie kły.

– Możemy?

– Nie! – Euryale utkwiła wzrok czerwonych oczu w Percym. – Nie obchodzi mnie, co pamiętasz, synu boga morza. Wyczuwam na tobie krew Meduzy. Słabe to ślady, sprzed kilku lat, ale to ty ostatnio z nią walczyłeś. A ona nadal nie wraca z Tartaru. To twoja wina!

Percy wciąż nie mógł się w tym połapać. Cała ta idea „umierania, a potem powracania z Tartaru” przyprawiała go o ból głowy. Oczywiście taką reakcję wywoływały w nim też inne zjawiska: długopis zmieniający się w miecz albo dziwna Mgła, która ukrywa potwory, czy fakt, że on sam jest synem jakiegoś obrośniętego muszelkami boga sprzed pięciu tysięcy lat. Ale w to wszystko wierzył. Choć został pozbawiony pamięci, wiedział, że jest półbogiem, i wiedział, że nazywa się Percy Jackson. Od czasu swojej pierwszej rozmowy z wilczycą Lupą pogodził się z tym, że ów zwariowany, pokręcony świat bogów i potworów jest rzeczywistością, w której przyszło mu żyć. Co wcale mu w życiu nie pomagało.

– A gdybyśmy tak zgodzili się na remis? – zapytał. – Ja nie mogę was zabić. Wy nie możecie zabić mnie. Jeśli jesteście siostrami Meduzy... tej Meduzy, która zamieniała ludzi w kamień... to dlaczego nie jestem teraz kamieniem?

– Ci herosi! – prychnęła Euryale. – Zawsze ta sama śpiewka. Jak nasza matka! „Dlaczego nie możecie zamienić kogoś w kamień? Waszasiostra to potrafi”. No więc muszę cię rozczarować, młodziaku! To potrafi tylko Meduza. Była najstraszniejsza w całej naszej rodzinie. Zgarnęła całą pulę.

Steno zrobiła urażoną minę.

– Matka mówiła, że ja jestem najstraszniejsza.

– Siedź cicho! – warknęła Euryale. – A jeśli chodzi o ciebie, Percy Jacksonie, to prawda, że nosisz piętno Achillesa, więc trochę trudniej cię zabić. Ale nie martw się. Znajdziemy na to sposób.

– Jakie znowu piętno?

– Achillesa – odpowiedziała ochoczo Steno. – Och, był niesamowity! Kiedy był dzieckiem, zanurzono go w rzece Styks, więc całe ciało miał uodpornione na zranienia, z wyjątkiem pięty, za którą go trzymano. To samo stało się z tobą, kochasiu. Ktoś musiał cię zanurzyć w Styksie i teraz masz skórę jak z żelaza. Ale nie martw się. Herosi tacy jak ty zawsze mają jakieś słabe miejsce. Musimy je po prostu znaleźć i wtedy cię zabijemy. Czyż to nie cudowne? Poczęstuj się pierożkiem!

Percy próbował się skupić. Nie pamiętał żadnego zanurzania w Styksie. No tak, ale przecież niczego nie pamiętał. Nie czuł, by miał skórę z żelaza, ale to by wyjaśniało, dlaczego gorgony od tak dawna nie mogą go zabić.

A może gdyby po prostu skoczył w przepaść... toby przeżył? Za duże ryzyko... w każdym razie bez czegoś, co spowolniłoby spadanie, bez jakichś sanek albo...

Spojrzał na wielką srebrną tacę z darmowymi przekąskami, którą Steno wciąż trzymała w rękach.

Hmm...

– Więc dasz się namówić, tak? – zapytała Steno. – I bardzo mądrze, kochasiu. Dodałam do nich trochę gorgoniej krwi, więc umrzesz szybko i bezboleśnie.

Percy poczuł mdłości.

– Dodałaś do pierożków swojej krwi?

– Tylko trochę. – Steno uśmiechnęła się. – Drobne nacięcie na ramieniu, ale dla ciebie, mój słodziutki, warto było. Musisz wiedzieć, że krew z prawej połowy naszego ciała leczy ze wszystkiego, natomiast krew z lewej połowy jest śmiertelnie...

– Ty idiotko! – zaskrzeczała Euryale. – Nie powinnaś mu tego mówić! Nie zje pierożków, skoro mu powiedziałaś, że są zatrute!

Steno zrobiła zaskoczoną minę.

– Nie zje? Przecież powiedziałam też, że śmierć będzie szybka i bezbolesna.

– Mniejsza z tym! – Paznokcie Euryale zmieniły się w szpony. – Zabijemy go w tradycyjny sposób. Po prostu drzyj go pazurami, aż znajdziemy ten słaby punkt. A kiedy już pokonamy Percy’ego Jacksona, będziemy sławniejsze od Meduzy! Nasza patronka sowicie nas nagrodzi!

Percy zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Musi idealnie zaplanować ruchy... chwila nieuwagi z ich strony... złapać tacę lewą ręką...

Trzeba czymś zająć ich uwagę.

– Zanim rozerwiecie mnie na strzępy, powiedz mi, kim jest ta patronka, o której wspomniałaś?

Euryale uśmiechnęła się szyderczo.

– Nie wiesz? To bogini Gaja! Ta, która wywiodła nas z nicości! Nie pożyjesz tak długo, by ją spotkać, ale twoi przyjaciele, tam, w dole, wkrótce poznają jej gniew. Jej armie już maszerują na południe. Przebudzi się w Święto Fortuny, a wówczas będziemy ciąć półbogów jak... jak...

– Jak nasze ceny w Galerii Wyprzedaży! – wtrąciła Steno.

– No nie!

Euryale rzuciła się na swoją siostrę. Percy chwycił srebrną tacę, z której pospadały pierożki, i ugodził Orkanem Euryale, przecinając ją na pół.

Uniósł tacę, a Steno ujrzała w niej swoje zatłuszczone odbicie.

– Meduza! – wrzasnęła.

Jej siostra rozsypała się w pył, ale już zaczęła się odradzać jak roztapiający się bałwan śnieżny na filmie puszczonym od tyłu.

– Steno, ty kretynko! – zabulgotała, gdy jej twarz wyłoniła się z obłoku pyłu. – To jest twoje własne odbicie! Zabij go!

Percy rąbnął Steno w głowę srebrną tacą, pozbawiając przytomności.

Przyłożył sobie tacę do pośladków, odmówił w duchu modlitwę do któregokolwiek rzymskiego boga opiekującego się głupimi zjazdami na łeb, na szyję, po czym skoczył w przepaść.

II PERCY

Kłopot ze zjeżdżaniem ze stromego wzgórza z szybkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę polega na tym, że kiedy człowiek zda sobie sprawę z tego, że to zły pomysł, jest już za późno.

Percy minął o włos jakieś drzewo, odbił się od skały i wywinął koziołka, spadając ku szosie. Ta głupia taca nie miała wspomagania kierownicy.

Słyszał wrzaski gorgon i zdołał dojrzeć błysk węży koralowych Euryale nad krawędzią szczytu wzgórza, ale nie miał czasu, by się tym przejmować. Dach willi wyrósł pod nim jak dziób pancernika. Czołowe zderzenie za dziesięć, dziewięć, osiem...

Udało mu się wykręcić ciało tak, żeby uniknąć połamania nóg. Taca ześliznęła się po dachu i śmignęła w powietrze. Poleciała w jedną stronę, on w drugą.

Kiedy spadał ku szosie, mignął mu w głowie okropny scenariusz: roztrzaskuje się o maskę jakiegoś SUV-a, a wściekły kierowca próbuje zetrzeć go z przedniej szyby wycieraczkami i mamrocze: „Głupi szczeniak prosto z nieba! Spóźnię się do pracy!”.

Jakimś cudem silny powiew wiatru rzucił nim w bok – dzięki temu nie spadł na szosę, tylko w zarośla. Nie było to miękkie lądowanie, ale lepsze niż spotkanie z asfaltem.

Jęknął. Miał ochotę po prostu zemdleć, choć wiedział, że musi się ruszyć.

Dźwignął się na nogi. Ręce miał podrapane, ale wszystkie kości całe. I wciąż miał swój plecak. Miecz gdzieś przepadł, ale Percy wiedział, że po jakimś czasie pojawi się ponownie w jego kieszeni jako długopis. To było częścią jego magicznej mocy.

Zerknął na wzgórze. Trudno było nie zauważyć gorgon, z tymi ich kolorowymi wężami na głowach i jaskrawozielonymi kamizelkami Galerii Wyprzedaży. Pokonywały drogę w dół ze wzgórza o wiele wolniej od Percy’ego, ale o wiele lepiej niż on panowały nad ruchami. Te kurze stopy na pewno są dobre do wspinaczki. Uznał, że minie może pięć minut, zanim go dopadną.

Tuż obok zobaczył druciany parkan oddzielający szosę od jakiegoś przedmieścia pełnego krętych uliczek, przytulnych domków i wysokich eukaliptusów. Parkan miał zapewne chronić ludzi przed wpadnięciem na szosę i robieniem takich głupot jak zjeżdżanie ze wzgórza na tacach pomiędzy rozpędzone samochody, ale było w nim pełno wielkich dziur. Percy mógł z łatwością wśliznąć się przez nie do miasteczka. Może znalazłby jakiś samochód i pojechał nim na zachód, w stronę oceanu. Choć nie lubił kraść samochodów, w ciągu ostatnich paru tygodni w podbramkowych sytuacjach „pożyczył” sobie kilka, w tym jeden policyjny radiowóz. Zamierzał je zwrócić, ale dziwnym trafem wszystkie rozbił.

Spojrzał na wschód. Tak jak się spodziewał, na wysokości niecałych stu metrów szosa wbiegała w dwa wykute w zboczu wzgórza tunele przeznaczone dla obu kierunków ruchu. Ich wyloty gapiły się na niego jak oczodoły czaszki olbrzyma. Między nimi, tam gdzie powinien być nos, wyrastała ze zbocza cementowa ściana z metalowymi drzwiami jak do bunkra.

To mogło być wejście do tunelu obsługi technicznej. Tak pewnie pomyśleliby śmiertelnicy, o ile w ogóle zdołaliby zobaczyć te drzwi. Ale nie mogli dostrzec ich prawdziwej natury poprzez Mgłę. Percy wiedział, że te drzwi znaczą coś więcej.

Strzegło ich dwoje nastolatków w zbrojach. Mieli na sobie dziwaczną mieszaninę rzymskich hełmów, napierśników, pochew, niebieskich dżinsów, fioletowych koszulek i białych adidasów. Strażnik z prawej strony wyglądał na dziewczynę, choć trudno było to stwierdzić na pewno ze względu na całą tę zbroję. Ten z lewej był krępym osiłkiem z łukiem w ręku i kołczanem na plecach. Oboje trzymali długie drewniane kije zakończone żelaznymi ostrzami, przypominające staroświeckie harpuny.

Wewnętrzny radar Percy’ego brzęczał jak oszalały. Po tylu strasznych dniach w końcu osiągnął cel swojej wędrówki. Instynkt mówił mu, że jeśli zdoła przejść przez te drzwi, poczuje się bezpieczny po raz pierwszy od chwili, gdy wilki wysłały go na południe.

Dlaczego więc czuje taki paniczny strach?

Gorgony złaziły już z dachu willi. Będą tu za trzy minuty, może wcześniej.

Jakaś część jego osobowości chciała pobiec do drzwi w zboczu wzgórza. Musiałby dostać się na pas trawy między dwiema nitkami szosy, a potem popędzić ku drzwiom. Zdążyłby do nich dopaść, zanim dorwałyby go gorgony.

Inna część chciała zmierzać na zachód, nad ocean. Tam byłby najbezpieczniejszy. Tam osiągnąłby największą moc. Ci rzymscy strażnicy przy drzwiach trochę go niepokoili. Coś mu mówiło: „To nie jest moje terytorium. Tam coś mi grozi”.

– I masz rację – powiedział jakiś głos tuż obok niego.

Podskoczył. W pierwszej chwili pomyślał, że Beano znowu udało się go podejść, ale ta siedząca w krzakach staruszka była jeszcze bardziej odpychająca niż gorgona. Wyglądała jak hipiska, która ze czterdzieści lat temu znalazła się na ulicy i od tamtej pory zbierała śmieci i szmaty. Miała na sobie sukienkę z ręcznie farbowanej tkaniny, jakieś podarte pikowane kołdry i plastikowe torby ze sklepu spożywczego. Jej zmierzwione, kręcone włosy, przewiązane opaską z pacyfą, były szarobrązowe jak piana z piwa korzennego. Twarz miała obsypaną brodawkami i znamionami. Kiedy się uśmiechnęła, pokazała dokładnie trzy zęby.

– To nie jest tunel obsługi technicznej – powiedziała. – To wejście do obozu.

Percy’emu dreszcz przebiegł po plecach. Obóz. Tak, stamtąd pochodzi. Obóz. Może to jego dom? Może Annabeth jest już blisko?

A jednak coś go dręczyło.

Gorgony były wciąż na dachu willi. Po chwili Steno zarechotała tryumfalnie i wskazała palcem w jego stronę.

Stara hipiska uniosła brwi.

– Masz mało czasu, moje dziecko. Musisz dokonać wyboru.

– Kim jesteś? – zapytał Percy, choć wcale nie był pewny, czy chce się tego dowiedzieć. Ostatnią rzeczą, jakiej mu teraz brakowało, była kolejna nagła przemiana nieszkodliwego śmiertelnika w potwora.

– Och, możesz mnie nazywać June. – Jej oczy rozbłysły, jakby to był wyśmienity dowcip. – Jest przecież czerwiec, nie? A jak go nazywali Rzymianie? Junius. To po mnie!

– W porządku... Słuchaj, muszę już lecieć. Za chwilę będą tu dwie gorgony. Nie chcę, żeby zrobiły ci krzywdę.

June klasnęła w dłonie z zachwytu.

– Jakie to milutkie! Ale to część twojego wyboru!

– Mojego wyboru...

Percy nerwowo zerknął na wzgórze. Gorgony pozdejmowały swoje zielone kamizelki. Z pleców wystrzeliły im skrzydła – małe nietoperze skrzydła, lśniące jak mosiądz.

Od kiedy one mają skrzydła? Może to tylko ozdoba. Może są za małe, żeby unieść gorgonę w powietrze. A potem siostry zeskoczyły z dachu willi i poszybowały prosto ku niemu.

Super. Naprawdę super.

– Tak, chodzi o wybór – powiedziała powoli June. – Możesz zostawić mnie tutaj na łaskę tych gorgon i uciec nad ocean. I zaręczam, że ci się uda. Gorgony chętnie zajmą się mną i pozwolą ci uciec. A w morzu żaden potwór ci nie zagrozi. Możesz rozpocząć nowe życie, doczekać sędziwego wieku i uniknąć wielu cierpień i utrapień.

Percy był pewny, że druga opcja nie przypadnie mu do gustu.

– Albo?

– Albo możesz zrobić dobry uczynek dla starszej pani. Możesz zanieść mnie do obozu.

– Zanieść cię?

Percy miał nadzieję, że to żart, ale staruszka uniosła nieco swoje spódnice i pokazała mu obrzmiałe, fioletowe stopy.

– Sama tam nie dojdę. Zanieś mnie do obozu... przez szosę, przez tunel, przez rzekę.

Gorgony były zaledwie jakieś pięćdziesiąt metrów od nich – szybowały ku niemu leniwie, jakby już wiedziały, że zwierzyna za chwilę wpadnie im w szpony.

Percy spojrzał na staruszkę.

– I mam cię zanieść do tego obozu, bo...?

– Bo tak nakazuje zwykła uprzejmość! Ale jeśli tego nie zrobisz, zginą bogowie, zginie cały świat, zginie wszystko, co poznałeś w swoim dawnym życiu i co cię z nim łączy. Oczywiście nie będziesz tego wszystkiego pamiętał, więc co ci tam! Będziesz bezpieczny na dnie oceanu...

Percy przełknął ślinę. Gorgony zaskrzeczały z uciechy, zataczając nad nim krąg.

– Czy w tym obozie odzyskam pamięć? – zapytał.

– W końcu ją odzyskasz. Ale muszę cię ostrzec: słono za to zapłacisz! Utracisz piętno Achillesa. Czeka cię wielki ból, wielkie utrapienie, dojmujące poczucie straty. Z drugiej strony możesz zdobyć szansę uratowania swoich dawnych przyjaciół i rodziny. Możesz odzyskać dawne życie.

Gorgony krążyły nad ich głowami. Prawdopodobnie obserwowały staruszkę, chcąc wybadać, kim jest ten nowy gracz, zanim uderzą.

– A co z tymi strażnikami przy bramie? – zapytał Percy.

June uśmiechnęła się.

– Och, wpuszczą cię, mój kochany. Im możesz zaufać. No więc, co wybierasz? Pomożesz bezbronnej staruszce?

Percy wątpił w jej bezbronność. W najgorszym razie to pułapka. W najlepszym – jakiś test.

Nienawidził testów. Od kiedy utracił pamięć, jego całe życie pełne było pustych pól do wypełnienia. Był .................. od ................... Czuł się jak .................., a jeśli te potwory go dopadną, będzie ...................

A potem pomyślał o Annabeth, o tej jedynej cząstce jego dawnego życia, której był pewny. Musi ją odnaleźć.

– Zaniosę cię.

I uniósł staruszkę.

Była lżejsza, niż się spodziewał. Starał się ignorować jej kwaśny oddech i stwardniałe dłonie wpijające mu się w kark. Ruszył przez pierwszy pas szosy. Jakiś kierowca zatrąbił. Inny coś wrzasnął, ale wiatr uniósł słowa. Większość po prostu klęła i robiła miny, jakby widok obszarpanego nastolatka przenoszącego starą hipiskę przez autostradę był tutaj, w Berkeley, czymś całkiem zwyczajnym.

Padł na niego cień. Steno zawołała z podziwem:

– Spryciarz z ciebie! Znalazłeś sobie boginię do przeniesienia, co?

Boginię?

June zagdakała z rozkoszą i mruknęła „uuups!”, gdy jakiś samochód o mało ich nie rozjechał.

Z lewej dobiegł ich wrzask Euryale:

– Na nich! Dwa łupy lepsze od jednego!

Percy przebiegł przez pozostałe pasy szosy. Jakoś udało mu się dotrzeć do pasa zieleni pośrodku autostrady. Samochody skręcały gwałtownie przed pikującymi gorgonami. Ciekaw był, co widzą śmiertelnicy przez Mgłę – może wielkie pelikany? Lotnie, które zboczyły z kursu? Wilczyca Lupa powiedziała mu, że śmiertelnicy potrafią uwierzyć we wszystko – prócz prawdy.

Popędził ku drzwiom w zboczu wzgórza. June robiła się coraz cięższa. Serce mu waliło. Żebra rozbolały.

Jeden ze strażników krzyknął. Drugi założył strzałę na cięciwę łuku.

– Zaczekaj! – wrzasnął Percy.

Ale chłopak nie celował w niego. Strzała świsnęła nad głową Percy’ego. Gorgona zawyła z bólu. Drugi strażnik pochylił włócznię, gorączkowo machając do Percy’ego, aby się pospieszył.

Jeszcze piętnaście metrów. Jeszcze dziesięć.

– Mam cię! – ryknęła Euryale.

Percy odwrócił się i zobaczył, jak strzała ugodziła ją w czoło. Euryale spadła na szosę. Jakaś ciężarówka potrąciła ją i pchała przed sobą przez sto metrów. Potem gorgona wspięła się na kabinę, wyrwała sobie strzałę z czoła i wzbiła się w powietrze.

Percy dopadł do drzwi.

– Dzięki – powiedział do strażników. – Niezły strzał.

– Powinna paść trupem! – zaprotestował łucznik.

– Witaj w moim świecie – mruknął Percy.

– Frank – odezwała się dziewczyna – wpuść ich do środka, szybko! To są gorgony.

– Gorgony? – Głos łucznika zmienił się w pisk. Trudno było coś o nim powiedzieć, bo twarz zakrywał mu hełm, ale wyglądał krzepko jak zapaśnik, a mógł mieć czternaście albo piętnaście lat. – Drzwi je powstrzymają?

June w ramionach Percy’ego zachichotała.

– Nie, nie powstrzymają. Naprzód, Percy Jacksonie! Przez tunel, przez rzekę!

– Percy Jackson?

Dziewczyna miała smagłą skórę, a spod hełmu wystawały jej kędzierzawe włosy. Wyglądała na młodszą od Franka – miała jakieś trzynaście lat. Koniec pochwy miecza sięgał jej prawie do kostek. W jej głosie brzmiała jednak stanowczość, jakby to ona dowodziła.

– W porządku, widzę, że jesteś półbogiem. Ale ona? – Spojrzała na June. – No dobra, nie ma sprawy. Właźcie do środka. Ja je powstrzymam.

– Hazel – odezwał się chłopak. – Nie szalej.

– Idź!

Frank zaklął w jakimś obcym języku – czyżby to była łacina? – i otworzył drzwi.

– Wchodźcie!

Percy wszedł za nim do tunelu, chwiejąc się pod ciężarem staruszki, która z całą pewnością robiła się coraz cięższa. Nie miał pojęcia, w jaki sposób Hazel ma sama jedna powstrzymać gorgony, ale był zbyt zmęczony, by się z nią spierać.

Korytarz był wydrążony w litej skale. Z początku wyglądał jak typowy tunel obsługi technicznej, z kablami elektrycznymi, znakami ostrzegawczymi i skrzynkami bezpiecznikowymi na ścianach; oświetlały go zawieszone u sufitu lampy w drucianych osłonach. Gdy weszli w niego głębiej, cementową posadzkę zastąpiła mozaika z płytek ceramicznych, a lampy ustąpiły miejsca trzcinowym pochodniom, które płonęły bez dymu. Kilkaset metrów przed nimi widniał prostokąt dziennego światła.

Staruszka była już cięższa od stosu worków z piaskiem. Percy ledwo ją utrzymywał w rozdygotanych z wysiłku ramionach. W dodatku mamrotała jakąś łacińską kołysankę, co nie pomagało mu się skoncentrować.

Ścigało ich echo wrzasków gorgon. Potem usłyszeli krzyk Hazel. Percy’ego kusiło, by rzucić June i popędzić na pomoc dziewczynie, gdy nagle cały tunel zadygotał od łoskotu spadających kamieni. Rozległy się skrzeki, podobne do tych, które wydały z siebie gorgony, gdy cisnął w nie skrzynką kul do kręgli. Zerknął za siebie. W zachodnim końcu tunelu kłębił się pył.

– Sprawdzimy, co się dzieje z Hazel? – zapytał.

– Da radę... mam nadzieję – odrzekł Frank. – W podziemiach nieźle sobie radzi. Naprzód! Już prawie doszliśmy.

– Prawie dokąd?

June zachichotała.

– Wszystkie drogi tam prowadzą, moje dziecko. Powinieneś to wiedzieć.

– Do więzienia?

– Do Rzymu, moje dziecko. Do Rzymu.

Percy nie był pewny, czy dobrze usłyszał. Wciąż niczego nie pamiętał. Jego mózg nie pracował należycie od czasu, gdy przebudził się w Wilczym Domu. Był jednak pewny, że Rzym nie leży w Kalifornii.

Biegli dalej. Światło w końcu tunelu robiło się coraz jaśniejsze, aż wreszcie wypadli na słońce.

Percy zamarł. U jego stóp rozciągała się rozległa kolista dolina z wyrastającymi z jej dna mniejszymi wzgórzami, ze złotymi równinami i z plamami lasów. Czysta rzeczka wypływająca z jeziora pośrodku doliny wiła się wokół jej brzegów jak wielka litera G.

Dorodne dęby, eukaliptusy, złote wzgórza i błękitne niebo – tak, to musi być gdzieś w północnej Kalifornii. A w oddali wznosi się ta wielka góra – jak ona się nazywa... chyba Mount Diablo? – i jest tam, gdzie powinna być.

A jednak Percy czuł się tak, jakby wstępował do jakiegoś tajemnego świata. Pośrodku doliny, nad jeziorem, wyrastało miasteczko białych, marmurowych domów z czerwonymi dachówkami. Niektóre miały kopuły i podparte kolumnami portyki, jak gmachy urzędów państwowych. Inne przypominały pałace ze złotymi wrotami i z wielkimi ogrodami. Dostrzegł jakiś plac ze stojącymi samotnie kolumnami, fontannami i posągami. Czteropiętrowy amfiteatr lśnił w słońcu tuż obok owalnej areny przywodzącej na myśl tor wyścigowy.

Na południu, na drugim brzegu jeziora, wyrastało wzgórze pokryte jeszcze bardziej imponującymi budowlami – chyba świątyniami. Rzeczkę przecinało kilkanaście kamiennych mostów, a z leżących na północy wzgórz zbiegał do miasteczka rząd ceglanych łuków, jak nadziemne torowisko kolejowe. Po chwili jednak Percy zdał sobie sprawę, że musi to być akwedukt.

Najdziwniejsza część doliny widniała tuż pod nim. Jakieś dwieście metrów dalej, za rzeką, leżało coś w rodzaju obozu wojskowego. Kwadratowy teren o boku czterystu metrów otoczony był wałem ziemnym, zwieńczonym zaostrzonymi palami, i suchą fosą, z której również jeżyły się ostre kołki. W każdym rogu wyrastała drewniana wieża, obsadzona strażnikami uzbrojonymi w wielkie kusze. Szeroka brama w przeciwległym boku obozu otwierała się w stronę miasteczka, a węższa wiodła nad brzeg rzeki. Wewnątrz panował ożywiony ruch: grupy nastolatków wchodziły do baraków lub z nich wychodziły, niosąc broń, polerując zbroje. Słychać było łoskot młotów w kuźni i czuć było zapach mięsa pieczonego nad ogniskiem.

Percy miał dziwne poczucie, że to miejsce nie jest mu obce, ale coś budziło w nim niepokój.

– Obóz Jupiter – oznajmił Frank. – Będziemy bezpieczni, gdy tylko...

Za ich plecami rozbrzmiał tupot. Hazel wybiegła z tunelu. Cała była pokryta pyłem i ciężko oddychała. Straciła hełm i kędzierzawe brązowe włosy spływały jej na ramiona. Pancerz był z przodu poorany szponami. Jedna z gorgon oznaczyła ją nalepką z napisem RABAT 50%.

– Powstrzymałam je na trochę – wydyszała – ale zaraz tu będą.

Frank zaklął.

– Musimy przeprawić się przez rzekę.

June ścisnęła mocniej szyję Percy’ego.

– Och, tak, błagam. Nie mogę zamoczyć ubrania.

Percy ugryzł się w język. Jeśli ta stara jest boginią, to musi być boginią śmierdzących, ciężkich, bezużytecznych hipisów. No, ale skoro zaszedł z nią już tak daleko... Chyba trzeba ponieść ją dalej.

„Bo tak nakazuje zwykła uprzejmość!”, powiedziała. „A jeśli tego nie zrobisz, zginą bogowie, zginie cały świat, zginie wszystko, co poznałeś w swoim dawnym życiu i co cię z nim łączy”.

Jeśli to ma być test, akurat z tego nie może dostać jedynki.

Biegnąc ku rzece, potknął się parę razy, ale dzięki pomocy Franka i Hazel jakoś utrzymał się na nogach.

Dotarli nad brzeg rzeki i Percy zatrzymał się, żeby złapać oddech. Prąd był rwący, ale rzeka nie wyglądała na głęboką. Od bramy fortu dzielił ich rzut kamieniem.

– Naprzód, Hazel. – Frank nałożył na cięciwę dwie strzały naraz. – Trzymaj się blisko Percy’ego, żeby wartownicy go nie postrzelili. Teraz ja powstrzymam te wiedźmy.

Hazel kiwnęła głową i weszła do rzeki.

Percy ruszył za nią, ale w ostatniej chwili się zawahał. Chociaż zwykle lubił wodę, ta rzeka wydała mu się... jakaś pełna mocy i chyba niezbyt przyjazna.

– Mały Tyber – powiedziała życzliwym tonem June. – Ma w sobie moc prawdziwego Tybru, rzeki imperium. Teraz możesz jeszcze się wycofać, moje dziecko, ale to twoja ostatnia szansa. Znamię Achillesa to greckie błogosławieństwo. Nie zachowasz go, gdy wkroczysz na terytorium Rzymian. Tyber je zmyje.

Percy był zbyt zmęczony, by to wszystko zrozumieć, ale uchwycił sedno.

– Jeśli przejdę przez tę rzeczkę, nie będę już miał żelaznej skóry, tak?

June uśmiechnęła się.

– No więc jak będzie? Wybierasz bezpieczeństwo czy ból i niepewność?

Za jego plecami rozległ się skrzek gorgon wylatujących z tunelu. Frank wypuścił obie strzały.

Hazel zawołała ze środka rzeczki:

– Percy, szybko!

Ze szczytów wież strażniczych rozbrzmiały dźwięki rogów i krzyki wartowników, którzy skierowali kusze w stronę gorgon.

„Annabeth” – pomyślał Percy. Wszedł do rzeczki. Woda była lodowato zimna, a prąd o wiele silniejszy, niż się spodziewał, ale nie przejmował się tym. Poczuł gwałtowny przypływ energii i mrowienie w całym ciele, jakby mu wstrzyknięto kofeinę. Dotarł do drugiego brzegu i postawił staruszkę na trawie. W tej samej chwili otworzyła się brama obozu. Wypadło z niej mnóstwo nastolatków w zbrojach.

Hazel odwróciła się do niego z uśmiechem ulgi na twarzy. Potem spojrzała przez jego ramię i uśmiech zmienił się w grymas przerażenia.

– Frank!

Frank był w połowie rzeki, gdy dopadły go gorgony. Runęły na niego z nieba i złapały za ramiona. Wrzasnął z bólu, gdy ich szpony wbiły mu się w ciało.

Wartownicy krzyknęli, ale Percy wiedział, że nie będą strzelać. Mogliby trafić Franka. Młodzi wojownicy dobyli mieczy i pobiegli ku rzece. Za późno.

Było tylko jedno wyjście.

Percy uniósł ramiona. Poczuł silne szarpnięcie w brzuchu, a Tyber poddał się jego woli. Woda gwałtownie wezbrała. Po obu bokach Franka utworzyły się wiry. Olbrzymie wodne ręce wyrosły z rzeki, naśladując gesty Percy’ego. Pochwyciły gorgony, które puściły Franka, zaskoczone. A potem te ręce uniosły skrzeczące potwory w powietrze.

Percy słyszał krzyki cofających się w przerażeniu nastolatków, ale był skupiony na swoim zadaniu. Wykonał gest, jakby uderzał pięściami niewidzialnego wroga, a olbrzymie ręce cisnęły gorgony w Tyber. Potwory trafiły w dno i rozsypały się w pył. Rozmigotane obłoczki gorgonich esencji natychmiast zaczęły się formować w ich kształty, lecz wodny wir roztrzepał je jak mikser. Wkrótce rwący prąd zmył wszelki ślad po gorgonach. Wiry zniknęły, woda opadła.

Percy stał na brzegu. Jego ubranie i skóra parowały, jakby Tyber skąpał go w jakimś kwasie. Poczuł się obnażony, odarty... bezbronny.

Pośrodku Tybru Frank słaniał się w wodzie, oszołomiony, ale cały i zdrowy. Hazel weszła do rzeki i pomogła chłopakowi wyjść na brzeg. Dopiero teraz Percy zauważył, że zrobiło się cicho.

Wszyscy się na niego gapili. Tylko na starej June jego wyczyn nie zrobił żadnego wrażenia.

– No, to był cudowny spacerek – powiedziała. – Dziękuję ci, Percy Jacksonie, za to, że przyniosłeś mnie do Obozu Jupiter.

Jednej z dziewcząt wyrwał się z gardła zduszony okrzyk.

– Percy... Jackson?

Wyglądało na to, że go zna. Percy przyjrzał się jej, w nadziei że zobaczy znajomą twarz.

Było oczywiste, że jest przywódczynią. Na zbroję miała zarzucony królewski purpurowy płaszcz. Na piersi lśniły medale. Musiała być w jego wieku. Miała ciemne, przenikliwe oczy i długie czarne włosy. Percy nie rozpoznał jej, ale ona wpatrywała się w niego takim wzrokiem, jakby widywała go wcześniej w koszmarnych snach.

June roześmiała się.

– Och, tak. Wiele razem przeżyjecie.

A potem, jakby w tym dniu było jeszcze za mało dziwów, zaczęła zmieniać postać. Rosła, aż stała się jaśniejącą, wysoką na ponad dwa metry boginią w niebieskiej sukni, w zarzuconym na ramiona płaszczu, który wyglądał jak kozia skóra. Twarz miała poważną i dostojną. W ręku trzymała berło zakończone kwiatem lotosu.

Choć wydawało się to niemożliwe, obozowicze jeszcze bardziej osłupieli. Dziewczyna w purpurowym płaszczu uklękła. Inni poszli za jej przykładem. Jakiś chłopak zrobił to tak gwałtownie, że o mało co nie nadział się na własny miecz.

Pierwsza przemówiła Hazel.

– Junona.

Ona i Frank też padli na kolana; teraz stał tylko Percy. Czuł, że chyba i on powinien uklęknąć, ale po przydźwiganiu staruszki aż tutaj nie zamierzał okazywać jej tak wielkiego szacunku.

– Junona, tak? – powiedział. – Skoro już pomyślnie zdałem test, mogę odzyskać pamięć i moje dawne życie?

Bogini uśmiechnęła się.

– W swoim czasie, Percy Jacksonie, jeśli powiedzie ci się tutaj, w tym obozie. Dzielnie się dzisiaj spisałeś, co trzeba uznać za dobry początek. Może jeszcze jest dla ciebie nadzieja.

Zwróciła się do reszty nastolatków.

– Rzymianie, oto syn Neptuna. Przez całe miesiące pogrążony był we śnie, ale już się przebudził. Jego los jest w waszych rękach. Zbliża się Święto Fortuny i trzeba będzie wyzwolić Śmierć, jeśli chcecie marzyć o zwycięstwie w nadchodzącym boju. Nie zawiedźcie mnie!

Jej postać zamigotała i zniknęła. Percy spojrzał na Hazel i Franka, oczekując wyjaśnień, ale wydawali się równie oszołomieni jak on sam. Dopiero teraz zauważył, że Frank ma w rękach dwie gliniane, zakorkowane flaszeczki. Eliksiry? Percy nie miał pojęcia, skąd się wzięły, ale zobaczył, że Frank wsuwa je do kieszeni, patrząc na niego tak, jakby chciał mu powiedzieć: „Później o tym pomówimy”.

Dziewczyna w purpurowym płaszczu wstała z klęczek. Przez chwilę przyglądała mu się nieufnie. Nie mógł się pozbyć wrażenia, że najchętniej przebiłaby go sztyletem.

– A więc syn Neptuna – powiedziała chłodno – który przybywa do nas z błogosławieństwem Junony.

– Posłuchaj – odrzekł – pamięć mi trochę szwankuje. Hmm... właściwie całkiem ją straciłem. Czy my się znamy?

Dziewczyna zawahała się.

– Jestem Reyna, pretor Dwunastego Legionu. I... nie, nie znam cię.

Ostatnie zdanie było kłamstwem. Percy poznał to po jej oczach. Zrozumiał jednak, że nie byłaby zadowolona, gdyby zaczął się z nią spierać przed jej żołnierzami.

– Hazel, wprowadź go do obozu – powiedziała Reyna. – Chcę go przesłuchać w principiach. Potem odeślemy go do Oktawiana. Musimy sprawdzić, co powiedzą o nim wróżby, zanim zdecydujemy, co z nim zrobić.

– Zdecydujecie, co ze mną zrobić? – powtórzył Percy. – Co masz na myśli?

Reyna zacisnęła palce na rękojeści sztyletu. Widać było, że nie przywykła do kwestionowania jej rozkazów.

– Zanim przyjmiemy kogoś do obozu, musimy go przesłuchać i odczytać wróżby. Junona powiedziała, że twój los jest w naszych rękach. Musimy wiedzieć, czy bogini zesłała nam nowego rekruta... – zmierzyła go takim spojrzeniem, jakby w to wątpiła – czy przyprowadziła nam wroga, którego powinniśmy zabić.

III PERCY

Na szczęście Percy nie bał się duchów. W obozie aż się od nich roiło.

Migocący fioletowi wojownicy polerowali eteryczne miecze przed zbrojownią. Inne duchy stały przed barakami. Jakiś duch chłopca gonił ducha psa. A przy stajniach wielki, świecący na czerwono osiłek z głową wilka strzegł stada... Czyżby to były jednorożce?

Obozowicze nie zwracali na duchy większej uwagi, ale gdy Percy przechodził koło nich – z Reyną na przedzie i Frankiem oraz Hazel po bokach – wszystkie duchy zamierały i gapiły się na niego uważnie. Niektórym wyraźnie się nie podobał. Jakiś chłopczyk krzyknął na jego widok coś, co brzmiało jak „Greggus!”, i rozpłynął się w powietrzu.

Percy sam z chęcią by to zrobił. Źle znosił to powszechne zainteresowanie swoją osobą po tylu tygodniach samotności. Ale nadrabiał miną, trzymając się blisko Hazel i Franka.

– Mam zwidy? – zapytał. – Bo chyba widzę...

– Duchy? – Hazel spojrzała na niego. Tęczówki jej oczu przypominały krążki czternastokaratowego złota. – To lary. Domowe bóstwa.

– Aha. Domowe bóstwa. Czyli... mniejsze od prawdziwych bogów, ale większe od bogów pokojowych?

– To duchy przodków – wyjaśnił mu Frank.

Zdjął hełm, ukazując dziecinną twarz, nie bardzo pasującą do jego żołnierskiej fryzury i potężnego, krzepkiego ciała. Wyglądał jak berbeć, którego nakarmiono sterydami i przyjęto do piechoty morskiej.

– Lary są czymś w rodzaju maskotek – ciągnął. – Przeważnie są nieszkodliwe, ale to fakt, jeszcze nigdy nie widziałem ich tak rozzłoszczonych.

– Gapią się na mnie. Ten mały nazwał mnie Greggusem. To nie jest moje imię.

– Graecusem – poprawiła go Hazel. – Jak trochę tu pobędziesz, zaczniesz rozumieć łacinę. Herosi szybko się uczą. Graecus znaczy „Grek”.

– To niedobrze?

Frank odchrząknął.

– Może nie. Masz taki wygląd... te ciemne włosy i w ogóle. Może myślą, że naprawdę jesteś Grekiem. Twoja rodzina pochodzi z Grecji?

– Nie wiem. Już mówiłem, że niczego nie pamiętam.

– Albo może... – Frank zawahał się.

– Co? – zapytał Percy.

– Pewnie nic takiego... ale Rzymianie i Grecy od dawna z sobą rywalizują. Czasami Rzymianie używają słowa graecus, chcąc obrazić kogoś, kto jest obcy... kto jest wrogiem. Ja bym się tym nie przejmował.

Ale po tonie jego głosu można było poznać, że bardzo się tym przejął.

Zatrzymali się pośrodku obozu, gdzie dwie szerokie, wyłożone kamiennymi płytami drogi łączyły się jak linie prostopadłe w literze T.

Droga wiodąca do głównych wrót oznaczona była tabliczką z napisem VIA PRAETORIA. Na tabliczce przy drugiej drodze, przecinającej cały obóz, widniał napis VIA PRINCIPALIS. Pod tymi tabliczkami wisiały inne, z odręcznymi napisami w rodzaju: BERKELEY 5 MIL, NOWY RZYM 1 MILA, STARY RZYM 7280 MIL, HADES 2310 MIL (ta tabliczka wskazywała w dół), RENO 208 MIL i PEWNA ŚMIERĆ: TU JESTEŚ!

Jak na miejsce grożące pewną śmiercią okolica była całkiem czysta i uporządkowana. Budynki świeżo pobielono wapnem, a rozłożone były w równych, przecinających się prostopadle rzędach, jakby obóz zaprojektował jakiś pedantyczny nauczyciel geometrii. Baraki miały zacienione ganki, na których obozowicze wypoczywali w hamakach, grali w karty lub popijali napoje orzeźwiające. Każde dormitorium było oznaczone rzymskimi cyframi i godłami różnych zwierząt; był tam orzeł, niedźwiedź, wilk, koń i coś, co przypominało chomika.

Wzdłuż Via Praetoria ciągnął się rząd sklepików oferujących jedzenie, zbroje, broń, kawę, ekwipunek gladiatorski i togi. Nad salonem z rydwanami widniał transparent z napisem: CEZAR XLS ABS, ANI DENARA RABATU!

Na jednym z rogów skrzyżowania stała najbardziej imponująca budowla – piętrowy pałac z portykiem, przypominający staroświecki bank. Stali przed nim rzymscy wartownicy. Nad drzwiami wisiał wielki purpurowy sztandar z wyhaftowanymi złotymi nićmi literami SPQR otoczonymi laurowym wieńcem.

– Wasza kwatera główna? – zapytał Percy.

Reyna spojrzała na niego chłodno i wrogo.

– To są principia.

Popatrzyła na tłum zaciekawionych obozowiczów, który szedł za nimi aż znad rzeki.

– Niech wszyscy wracają do swoich obowiązków – powiedziała. – Podam wam najnowsze wiadomości podczas wieczornej musztry. Pamiętajcie, że po kolacji czekają nas manewry.

Na wzmiankę o kolacji żołądek Percy’ego zareagował gwałtownym burczeniem. Dochodzący z jadalni zapach pieczonego mięsa sprawiał, że chłopak łykał ślinkę. Z piekarni też napływały rozkoszne wonie, ale Percy wątpił, by Reyna zamierzała go tam wysłać.

Tłum rozszedł się niechętnie. Niektórzy pozwalali sobie na komentarze dotyczące losu Percy’ego.

– Już po nim.

– Albo po tych, którzy go znaleźli.

– Jasne. Niech go dadzą do Piątej Kohorty. Grecy i koty.

Kilku ryknęło śmiechem, ale Reyna spiorunowała ich wzrokiem, więc szybko się oddalili.

– Hazel, idziesz z nami – powiedziała Reyna. – Masz mi zdać raport z tego, co wydarzyło się przy bramie.

– Ja też? – zapytał Frank. – Percy uratował mi życie. Musimy mu pozwolić...

Reyna spojrzała na niego tak, że urwał i cofnął się o krok.

– Przypominam ci, Franku Zhang, że sam jesteś na probatio. Już dość kłopotów sprawiłeś w tym tygodniu.

Uszy Franka poczerwieniały. Zaczął się bawić małą tabliczką zawieszoną na szyi. Percy nie zwrócił na nią dotąd uwagi. Wyglądała jak ołowiana tabliczka z imieniem i nazwiskiem.

– Idź do zbrojowni – rozkazała Reyna. – Zrób inwentaryzację. Zawołam cię, jak mi będziesz potrzebny.

– Ale... Tak jest, Reyna.

I szybko odszedł.

Reyna machnęła na Hazel i Percy’ego, wskazując na kwaterę główną.

– A teraz, Percy Jacksonie, zobaczmy, czy zdołamy ci polepszyć pamięć.

Wewnątrz principia były jeszcze bardziej imponujące.

Na suficie połyskiwała mozaika przedstawiająca Romulusa i Remusa pod ich przybraną matką wilczycą (Lupa opowiadała Percy’emu tę historię setki razy). Posadzka była z polerowanego marmuru. Ściany obwieszono aksamitnymi tkaninami, tak że Percy poczuł się, jakby go wprowadzono do namiotu kempingowego jakiegoś milionera. Wzdłuż tylnej ściany wystawiono kolekcję osadzonych na drewnianych kijach sztandarów i emblematów z brązu – zapewne wojskowych, jak podejrzewał Percy. Pośrodku stał pusty uchwyt, jakby główny sztandar zabrano stąd, by go odświeżyć lub naprawić.

W głębi dostrzegł wiodące w dół schody zablokowane żelazną kratą, jak wejście do więzienia. Co tam mogło być? Potwory? Skarbiec? Pozbawieni pamięci półbogowie, którzy nie spodobali się Reynie?

Pośrodku stał długi drewniany stół zawalony zwojami pergaminu, notesami, tabletami i sztyletami. Była tam też wielka misa pełna kolorowych żelek, która do tego wszystkiego nie bardzo pasowała. Stołu strzegły dwie naturalnej wielkości figury chartów – jeden był srebrny, drugi złoty.

Reyna obeszła stół i siadła na jednym z dwóch krzeseł o wysokich oparciach. Percy miał ochotę zasiąść na drugim, ale Hazel nadal stała, a on wyczuł, że oczekuje się od niego, by robił to samo.

– Więc... – zaczął.

Figury psów obnażyły zęby i zawarczały.

Percy zamarł. Lubił psy, ale te łypały na niego groźnie czerwonymi ślepiami. Kły miały ostre jak brzytwy.

– Spokój, chłopcy – zwróciła się Reyna do chartów.

Przestały warczeć, choć nadal wpatrywały się w Percy’ego tak, jakby go sobie wyobrażały w torbie z żarciem dla psów.

– Nie zaatakują cię – powiedziała Reyna – chyba że spróbujesz coś ukraść albo ja im to rozkażę. To Argentum i Aurum.

– Srebro i Złoto.

Jak powiedziała Hazel, łacińskie słowa przestały być mu obce. Już miał zapytać, który jest który, ale ugryzł się w język, uświadomiwszy sobie, że to głupie pytanie.

Reyna położyła swój sztylet na stole. Percy miał niejasne poczucie, że już kiedyś ją widział. Jej włosy były czarne i lśniące jak bazalt, zaplecione z tyłu w warkocz. Miała w sobie coś z wytrawnego szermierza – była rozluźniona, ale czujna, jakby w każdej chwili gotowa była do walki. Zmarszczki wokół oczu z pewnością ją postarzały.

– Tak, my się już spotkaliśmy – oświadczył. – Nie pamiętam kiedy. Jeśli możesz mi powiedzieć coś o...

– Najpierw sprawy najważniejsze – przerwała mu. – Chcę wiedzieć, co ty masz mi do powiedzenia. Co pamiętasz? Jak się tu dostałeś? Tylko nie kłam. Moje psy nie lubią kłamców.

Argentum i Aurum zawarczały potakująco.

Percy opowiedział jej swoją historię – jak przebudził się w zrujnowanej willi w lasach Sonomy. Opisał, co robił, przebywając z Lupą i jej wilkami, ucząc się ich języka gestów i min, ucząc się, jak przeżyć i walczyć.

Od Lupy dowiedział się o półbogach, potworach i bogach. Wyjaśniła mu, że ona sama jest jednym z opiekuńczych duchów starożytnego Rzymu. Półbogowie tacy jak on nadal są odpowiedzialni za podtrzymywanie rzymskich tradycji współcześnie – walcząc z potworami, służąc bogom, ochraniając śmiertelników i pielęgnując pamięć o imperium. Przez wiele tygodni trenowała go, aż stał się silny, wytrzymały i brutalny jak wilk. Kiedy uznała, że dość już umie, wysłała go na południe, mówiąc, że jeśli przeżyje tę wędrówkę, może znajdzie sobie nowy dom i odzyska pamięć.

Podczas jego opowieści Reyna ani razu nie okazała zaskoczenia. Przeciwnie, wysłuchała wszystkiego ze spokojem, jakby to wszystko było zupełnie normalne. Tylko jedno wzbudziło jej zainteresowanie.

– Żadnych wspomnień? – zapytała. – Nadal niczego nie pamiętasz?

– Tylko jakieś strzępy.

Spojrzał na charty. Nie chciał wspomnieć o Annabeth. Uznał, że to zbyt osobista sprawa, a wciąż nie wiedział, gdzie może ją znaleźć. Był pewny, że spotkają się w jakimś obozie, ale akurat ten nie wydawał się tym właściwym.

Nie chciał też zdradzać nikomu jedynego wyraźnego wspomnienia: jej twarzy, jej blond włosów i szarych oczu, sposobu, w jaki się śmiała, w jaki go obejmowała i całowała, kiedy zrobił coś głupiego.

„Chyba często mnie całowała” – pomyślał.

Bał się, że jeśli podzieli się z kimś tym wspomnieniem, pryśnie ono jak sen. A tego nie mógł ryzykować.

Reyna zakręciła sztyletem leżącym na stole.

– Większość z tego, co opowiadasz, dotyczy wszystkich półbogów. W pewnym wieku w taki lub inny sposób każdy z nas odnajduje drogę do Wilczego Domu. Jesteśmy tam poddawani próbom i ćwiczeniom. Jeśli Lupa uzna, że jesteśmy tego godni, wysyła nas na południe, abyśmy przyłączyli się do legionu. Nigdy jednak nie słyszałam o kimś, kto utracił pamięć. Jak odnalazłeś Obóz Jupiter?

Percy opisał jej swoje ostatnie trzy dni – opowiedział o gorgonach, których nie mógł zabić na dobre, o staruszce, która okazała się boginią, i w końcu o spotkaniu Hazel i Franka u wejścia do tunelu.

Potem głos zabrała Hazel. Wychwalała odwagę i bohaterstwo Percy’ego, co wprawiło go w zakłopotanie. W końcu cały jego wyczyn polegał na przeniesieniu jakiejś starej hipiski.

Reyna przypatrywała mu się badawczo.

– Jak na rekruta jesteś trochę za stary. Ile masz lat? Szesnaście?

– Chyba tak.

– Jeśli spędziłeś tyle lat samotnie, bez odpowiedniego treningu i pomocy, to powinieneś już nie żyć. Syn Neptuna? Powinieneś mieć potężną aurę przyciągającą potwory wszelkiego rodzaju.

– Zgadza się. Mówiono mi, że śmierdzę.

Reyna prawie się uśmiechnęła, co wzbudziło w Percym nadzieję. Może jednak ma do czynienia z człowiekiem.

– Musiałeś gdzieś mieszkać przed Wilczym Domem.

Wzruszył ramionami. Junona powiedziała coś o jego długim śnie, a on rzeczywiście miał niejasne wrażenie, że spał – może nawet bardzo długo. Ale to przecież nie miało sensu.

Reyna westchnęła.

– No cóż, psy cię nie pożarły, więc wygląda na to, że mówisz prawdę.

– Super. Może następnym razem zbadasz mnie wariografem?

Reyna wstała i zaczęła się przechadzać wzdłuż ściany, przy której stały sztandary i godła. Metalowe psy śledziły ją wzrokiem.

– Nawet jeśli uznam, że nie jesteś wrogiem – powiedziała w końcu – nie jesteś też typowym rekrutem. Królowa Olimpu nie pojawia się w obozie tylko po to, by obwieścić przybycie nowego herosa. Ostatnim razem jeden z większych bogów odwiedził nas osobiście... – Potrząsnęła głową. – O czymś takim słyszałam tylko w legendach. A syn Neptuna... to nie jest dobry omen. Zwłaszcza teraz.

– Co masz przeciwko Neptunowi? – zapytał Percy. – I czemu: „zwłaszcza teraz”?

Hazel rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie.

Reyna nadal spacerowała wzdłuż ściany.

– Pokonałeś siostry Meduzy, których nie widziano od tysięcy lat. Rozzłościłeś nasze lary, które nazwały cię graecusem. I masz na sobie dziwne symbole... ta koszulka, te paciorki na szyi. Co one oznaczają?

Percy spojrzał w dół, na swoją pomarańczową koszulkę. Może kiedyś był na niej jakiś napis, ale teraz litery stały się zupełnie nieczytelne. Była tak obszarpana, że już dawno powinien się jej pozbyć, ale jakoś nie mógł się na to zdecydować. Wciąż prał ją w strumieniach i fontannach, po czym znowu wkładał.

Jeśli chodzi o naszyjnik, to każdy z czterech paciorków był ozdobiony innym symbolem. Na jednym był trójząb. Na drugim miniaturowe Złote Runo. Na trzecim wzór labiryntu, a na ostatnim zarys budynku – może Empire State Building? – a wokół niego jakieś imiona. Paciorki wydawały mu się ważne, jak zdjęcia w albumie rodzinnym, ale nie potrafił sobie przypomnieć, co oznaczają.

– Nie wiem.

– A twój miecz? – zapytała Reyna.

Percy pomacał w kieszeni. Długopis już tam był, tak jak zawsze. Wyciągnął go, ale zdał sobie sprawę, że nigdy nie pokazywał miecza Reynie. Hazel i Frank też go nie widzieli. Skąd ona o nim wie?

Za późno, aby udawać, że miecz nie istnieje... Zdjął zatyczkę. Orkan wyrósł do pełnej długości. Hazel wydała z siebie zduszony okrzyk. Charty warknęły niespokojnie.

– Co to jest? – zapytała Hazel. – Jeszcze nigdy nie widziałam takiego miecza.

– Ja widziałam – powiedziała Reyna. – Jest bardzo stary. To grecki miecz. Mieliśmy takich kilka w zbrojowni, zanim... – Urwała. – Ten metal to niebiański spiż. Śmiertelny dla potworów, jak cesarskie złoto, ale jeszcze rzadszy.

– Cesarskie złoto? – powtórzył Percy. Reyna wyjęła swój sztylet z pochwy. Klinga zalśniła złotem.

– Ten metal został poświęcony w starożytności, w rzymskim Panteonie. Jego istnienie było ściśle strzeżoną tajemnicą cesarzy, bo była to broń przeznaczona wyłącznie dla mistrzów we władaniu mieczem, którzy walczyli z potworami zagrażającymi imperium. Kiedyś mieliśmy więcej takich mieczy i sztyletów, ale teraz... No cóż, musi nam wystarczyć to, co mamy. Ja mam ten sztylet. Hazel ma kawaleryjski miecz, zwany spathą. Większość legionistów używa krótszych mieczy, gladiusów. Ale twój miecz w ogóle nie przypomina rzymskiej broni. To również świadczy o tym, że nie jesteś typowym półbogiem. No i twoja ręka...

– Co z nią nie tak? – zapytał Percy.

Reyna podniosła ramię. Percy nie zauważył tego wcześniej, ale na wewnętrznej stronie przedramienia miała tatuaż: litery SPQR, miecz skrzyżowany z pochodnią, a pod nimi cztery równoległe kreski. Wyglądały, jakby je wypalono.

Percy spojrzał na Hazel.

– Wszyscy je mamy – powiedziała, podnosząc swoje ramię. – Wszyscy pełnoprawni członkowie legionu.

Jej tatuaż był jednak trochę inny: miała tylko jedną wypaloną kreskę, a jej godłem był krzyż zwieńczony półkolem i kółkiem, co przypominało uniesione ramiona i głowę:

Percy spojrzał na własne ręce. Dostrzegł kilka zadrapań, trochę błota i płatek chrupiącego pierożka z serem, ale nigdzie nie było żadnego tatuażu.

– A więc nigdy nie byłeś legionistą – stwierdziła Reyna. – Tych znaków nie można usunąć. Pomyślałam, że może... – Potrząsnęła głową, jakby oddalała od siebie jakąś myśl.

– Skoro przeżył tak długo jako samotnik, może spotkał Jasona – powiedziała Hazel. Spojrzała na Percy’ego. – Słuchaj, spotkałeś może gdzieś herosa podobnego do nas? Kogoś w fioletowej koszulce, z tatuażem na ramieniu i...

– Hazel! – przerwała jej ostro Reyna. – Percy za dużo przeżył, żeby pamiętać o takich sprawach.

Percy dotknął czubka miecza i Orkan zmienił się z powrotem w długopis.

– Nie spotkałem nikogo takiego jak wy. Kim jest ten Jason?

Reyna rzuciła Hazel wściekłe spojrzenie.

– Jest... był moim kolegą. – Machnęła ręką w stronę drugiego pustego krzesła. – Legion ma zwykle dwóch wybieralnych pretorów. Jason Grace, syn Jupitera, był naszym drugim pretorem, zanim zaginął w październiku.

Percy policzył w myślach miesiące. Podczas samotnej wędrówki zapomniał o kalendarzu, ale Juno stwierdziła, że teraz jest czerwiec.

– A więc zaginął osiem miesięcy temu i dotąd nie wybraliście kogoś na jego miejsce?

– Może nie umarł – powiedziała Hazel. – Nadal mamy nadzieję, że żyje.

Przez twarz Reyny przebiegł grymas bólu. Percy odniósł wrażenie, że ten Jason był dla niej kimś więcej niż tylko kolegą.

– Wybory odbywają się na dwa sposoby – wyjaśniła Reyna. – Legion może unieść na tarczy kogoś, kto odznaczył się w jakiejś ważnej bitwie, a takiej w ciągu tych ośmiu miesięcy nie było, albo wybrać nowego pretora przez głosowanie, które odbywa się wieczorem dwudziestego czwartego czerwca, w Święto Fortuny, czyli za pięć dni.

Percy zmarszczył czoło.

– Macie święto... fortu?

– Fortuny – poprawiła go Hazel. – To bogini pomyślnego losu. Wszystko, co wydarzy się w dzień jej święta, może mieć wpływ na to, co będzie się działo w obozie aż do końca roku. Możemy mieć szczęście... albo możemy mieć prawdziwego pecha.

Reyna i Hazel popatrzyły na pusty stojak na godło, jakby obie pomyślały o tym, czego w nim brakuje.

Percy’emu dreszcz przebiegł po plecach.

– Święto Fortuny... Gorgony o nim wspominały. I Junona. Mówiły, że tego dnia ten obóz zostanie zaatakowany. Mówiły o jakiejś potężnej złej bogini... Gai... i o jakiejś armii, i o uwolnieniu Śmierci. Więc ten dzień przypada w tym tygodniu?

Reyna zacisnęła palce na rękojeści sztyletu.

– Nie wolno ci wspominać o tym poza tym pokojem – rozkazała. – Nie pozwolę ci wywołać paniki w całym obozie.

– A więc to prawda. Wiesz, co ma się stać? Nie możemy tego powstrzymać?

Percy dopiero co poznał tych ludzi. Nie był nawet pewny, czy polubił Reynę. Ale chciał im pomóc. Byli półbogami tak jak on. Mieli tych samych wrogów. Poza tym pamiętał, co mu powiedziała Junona: chodzi nie tylko o ten obóz. Zagrożone jest jego dawne życie, zagrożeni są bogowie, a nawet cały świat. Nie wiedział, na czym ma polegać to zagrożenie, ale czuł, że jest naprawdę wielkie.

– To mi na razie wystarczy – oświadczyła Reyna. – Hazel, zaprowadź go na Świątynne Wzgórze. Znajdź Oktawiana. Po drodze odpowiedz na jego pytania. Opowiedz o legionie.

– Tak jest, Reyno.

Percy’emu wciąż nasuwało się wiele pytań, w głowie miał zamęt. Reyna dała jednak wyraźnie znać, że audiencja jest skończona. Schowała sztylet do pochwy. Metalowe psy powstały i zawarczały, posuwając się w stronę Percy’ego.

– Życzę sprzyjającej wróżby, Percy Jacksonie – powiedziała. – Jeśli Oktawian pozwoli ci żyć, może jeszcze sobie porozmawiamy... na temat twojej przeszłości.