Miecz Lata - Rick Riordan - ebook
Opis

MAGNUS CHASE nie jest typem grzecznego chłopca. Od strasznej nocy przed dwoma laty, kiedy mama kazała mu uciekać, a potem zginęła, żyje samotnie na ulicach Bostonu. Przetrwał dzięki sprytowi i inteligencji, będąc zawsze o krok przed policją i kuratoriami.

Pewnego dnia Magnus dowiaduje się, że ktoś jeszcze usiłuje go znaleźć – wuj Randolph, człowiek, przed którym mama zawsze go ostrzegała. Kiedy usiłuje przechytrzyć wuja, wpada prosto w jego łapy. Randolph zaczyna mu opowiadać coś, co brzmi jak brednie o skandynawskiej historii i dziedzictwie Magnusa – zaginionej od tysięcy lat broni.

Coraz więcej elementów układanki zaczyna się jednak składać w sensowną całość. Z zakamarków pamięci Magnusa powracają powieści o bogach Asgardu, wilkach i Ragnaröku – dniu sądu. Ale Chase nie ma czasu na zastanawianie się nad tym, ponieważ świat zostaje zaatakowany przez ogniste olbrzymy i Magnus musi wybrać między własnym bezpieczeństwem a życiem wielu niewinnych ludzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 557

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rick Riordan

Magnus Chase i bogowie Asgardu

Tom I

Miecz Lata

Przełożyła Agnieszka Fulińska

Wydawnictwo Galeria Książki

Kraków 2015

Tytuł oryginału

The Sword of Summer. Book One of Magnus Chase and the Gods of Asgard

Copyright© 2015 by Rick Riordan. All rights reserved.

Jacket illustration © 2015 by John Rocco

Jacket design by SJI Associates, Inc.

Rune art by Michelle Gengaro-Kokmen

Permission for this edition was arranged through the Nancy Gallt Literary Agency.

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Fulińska, 2015

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2015

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska Od A do Z (oda-doz.com.pl)

Redakcja

Jacek Ring

Korekta

Katarzyna Kolowca-Chmura, Katarzyna Kierejsza

Opracowanie okładki i DTP

Stefan Łaskawiec

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN978-83-64297-57-1

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

[email protected]

Opracowanie wersji elektronicznej:

Dla Cassandry Clare z podziękowaniem za pozwolenie na wykorzystanie wspaniałego imienia Magnus

1 Dzień dobry, czas umierać!

Tak, wiem. Będziecie czytać o tym, jak umierałem w męczarniach, i wykrzykiwać: „Rany! Nieźle to brzmi, Magnus! Mogę też umrzeć w męczarniach?”.

Nie. Po prostu nie.

Nie skaczcie z żadnych dachów. Nie wbiegajcie na autostradę, nie podpalajcie się. To tak nie działa. Nie skończycie tam, gdzie ja.

A poza tym wcale nie macie ochoty znaleźć się w mojej sytuacji. Jeśli nie jesteście na tyle szaleni, żeby chcieć oglądać nieumarłych wojowników rozwalających się wzajemnie w drobny mak, miecze uderzające olbrzymy w nosy, mroczne elfy w modnych ciuchach, nie powinniście nawet rozważać poszukiwania bramy z głową wilka.

Nazywam się Magnus Chase. Mam szesnaście lat. Oto opowieść o tym, jak moje życie stało się jeszcze gorsze, od kiedy dałem się zabić.

Dzień zaczął się dość normalnie. Spałem na chodniku pod mostem w parku, kiedy jakiś facet obudził mnie kopniakiem i oznajmił:

– Szukają cię.

Nawiasem mówiąc, od dwóch lat byłem bezdomny. Część z was pomyśli pewnie: oj, ale to smutne. Inni raczej uśmieją się i powiedzą: „Cha, cha, oferma!”. Ale gdybyście zobaczyli mnie na ulicy, dziewięćdziesiąt dziewięć procent z was minęłoby mnie, jakbym był niewidzialny. Modlilibyście się, żebym nie poprosił was o pieniądze. Zastanawialibyście się, czy nie jestem starszy, niż wyglądam, ponieważ nastolatek na pewno nie byłby owinięty w stary cuchnący śpiwór w samym środku bostońskiej zimy. „Ktoś powinien pomóc temu biedakowi!”

A następnie poszlibyście dalej.

Nieważne. Nie potrzebuję waszego współczucia. Przywykłem, że ludzie się ze mnie wyśmiewają. Że mnie ignorują. Ruszajmy dalej.

Koleś, który mnie obudził, był znany jako Blitz. Jak zwykle wyglądał, jakby właśnie przebiegł przez tornado śmieci. Z jego kręconych czarnych włosów sterczały świstki papieru i gałązki. Na twarzy koloru wytartej skóry osiadły kryształki lodu. Brodę miał rozwichrzoną, a źrenice oczu tak rozszerzone, że zajmowały całą tęczówkę. Dół długiego płaszcza, ciągnącego się wokół stóp – Blitz ma z metr sześćdziesiąt wzrostu – ubrudzony był śniegiem. Jego nieustannie zaniepokojona mina sprawiała, że wyglądał, jakby w każdej chwili mógł zacząć krzyczeć.

Przetarłem zaspane oczy. W ustach czułem smak starego hamburgera. Śpiwór był ciepły, naprawdę wcale nie pragnąłem z niego wychodzić.

– Kto mnie szuka?

– Nie bardzo wiem. – Blitz potarł nos, który był tyle razy złamany, że przypominał teraz zygzakowatą błyskawicę. – Rozdają ulotki z twoim nazwiskiem i zdjęciem.

Zakląłem. Z przypadkowymi policjantami i strażnikami parkowymi dawałem sobie radę. Kuratorzy szkolni, wolontariusze uliczni, pijani studenci, narkomani szukający słabszej od siebie ofiary do sponiewierania – wszyscy oni nie stanowili żadnego problemu, gdy już się obudziłem.

Ale ktoś, kto zna moją twarz i nazwisko – to brzmiało niedobrze. To oznaczało, że ktoś namierza konkretnie mnie. Może to ci ludzie z noclegowni, którzy wściekli się na mnie za zepsucie ich sprzętu audio. (Ale ich kolędy doprowadzały mnie do szału). Może jakaś kamera zarejestrowała moją ostatnią kradzież kieszonkową w Dzielnicy Teatralnej. (Ej, no, potrzebowałem na pizzę). A może, jakkolwiek mało prawdopodobne to się wydawało, policja nadal szuka mnie w związku z morderstwem mojej mamy…

Spakowałem rzeczy, co zajęło mi jakieś trzy sekundy. Śpiwór zwijał się ciasno i mieścił do plecaka ze szczoteczką do zębów oraz skarpetkami i bielizną na zmianę. To plus ciuchy, które miałem na grzbiecie, stanowiło cały mój dobytek. Z plecakiem na ramieniu i naciągniętym głęboko kapturem bez problemu wtapiałem się w tłum. W Bostonie jest mnóstwo studentów. I część z nich wygląda na jeszcze większych i młodszych obszarpańców niż ja.

– Gdzie widziałeś tych ludzi z ulotkami? – zapytałem Blitza.

– Na Beacon Street. Idą w tym kierunku. Biały facet w średnim wieku i nastolatka, zapewne jego córka.

Zmarszczyłem brwi.

– To nie ma sensu. Kto…

– Nie mam pojęcia, chłopcze, ale muszę zmykać. – Blitz skrzywił się w kierunku wschodzącego słońca, które malowało okna wieżowców na pomarańczowo. Z powodów, których nigdy nie zrozumiałem, Blitz nienawidził światła dnia. Może był najniższym, najgrubszym bezdomnym wampirem na świecie.

– Powinieneś zobaczyć się z Hearthem. Włóczy się gdzieś w okolicy Copley Square.

Starałem się nie zirytować. Okoliczni bezdomni w żartach nazywali Heartha i Blitza moimi rodzicami, ponieważ któryś z nich zawsze jakby miał na mnie oko.

– Bardzo dziękuję – odpowiedziałem. – Dam sobie radę.

Blitz obgryzał kciuk.

– No nie wiem, chłopcze. Nie dzisiaj. Musisz szczególnie uważać.

– Dlaczego?

Zerknął ponad moim ramieniem.

– Nadchodzą.

Nikogo nie widziałem. Kiedy się odwróciłem, Blitza nie było.

Nienawidziłem, kiedy to robił. Ot tak – puf. Ten facet był jak ninja. Bezdomny wampir ninja.

Miałem teraz do wyboru: iść na Copley Square włóczyć się z Hearthem albo skierować się ku Beacon Street i usiłować rozpoznać poszukujących mnie ludzi.

Opis przedstawiony przez Blitza zaintrygował mnie. Facet w średnim wieku i nastolatka poszukujący mnie o wschodzie słońca w mroźny poranek. Dlaczego? Kim byli?

Poczołgałem się brzegiem stawu. Mogłem przyczaić się na wzgórzu i widzieć wszystkich, którzy się zbliżali, samemu pozostając niewidocznym.

Śnieg pokrywał ziemię. Niebo było jaskrawoniebieskie. Nagie gałęzie drzew wyglądały jak zanurzone w szkle. Wiatr przewiewał wszystkie warstwy mojego ubrania, ale nie przejmowałem się zimnem. Mama zawsze żartowała, że jestem w połowie niedźwiedziem polarnym. Przestań, Magnus, upomniałem sam siebie.

Po dwóch latach wspomnienia były nadal jak pole minowe. Gdy nastąpiłem na jedno, cały mój spokój rozpadał się w proch.

Usiłowałem się skupić.

W moim kierunku zbliżali się mężczyzna i dziewczyna. Mężczyzna miał jasne włosy opadające poniżej kołnierza – nie sprawiało to jednak wrażenia specjalnie wybranej fryzury, ale raczej niedbałości. Jego zakłopotana mina przypominała mi nauczycieli na zastępstwie: Wiem, że właśnie oberwałem kulką z papieru, ale nie mam pojęcia, z której strony nadleciała. Jego eleganckie buty zupełnie nie pasowały do bostońskiej zimy. Skarpetki miał w dwóch różnych odcieniach brązu. Krawat wyglądał, jakby został zawiązany, gdy jego właściciel kręcił się w kółko w kompletnej ciemności.

Dziewczyna musiała być jego córką. Włosy miała równie gęste i pofalowane, aczkolwiek jeszcze jaśniejsze. Ubrana była nieco rozsądniej: w śniegowe botki, dżinsy i ciepłą kurtkę, spod której pod szyją wystawał pomarańczowy podkoszulek. Wyraz twarzy miała zdecydowany, gniewny. Ściskała w ręce plik ulotek, jakby były to wypracowania, za które dostała zaniżoną ocenę.

Jeśli to ona mnie szukała, nie chciałem zostać znaleziony. Wyglądała przerażająco.

Nie rozpoznawałem jej ani jej taty, ale coś wyczuwałem na samym dnie czaszki… jakby magnes usiłował wydobyć stamtąd bardzo stare wspomnienie.

Ojciec i córka zatrzymali się na rozwidleniu ścieżki. Rozejrzeli się wokół siebie, jakby dopiero teraz zorientowali się, że stoją pośrodku pustego parku o barbarzyńskiej godzinie w samym środku zimy.

– Niewiarygodne – odezwała się dziewczyna. – Chętnie bym go udusiła.

Zakładając, że ma na myśli mnie, skuliłem się jeszcze bardziej.

Jej ojciec westchnął.

– Chyba powinniśmy powstrzymać się przed zabijaniem go. To twój wujek.

– Ale dwa lata?! – wykrzyknęła dziewczyna. – Tato, jak on mógł nam nie powiedzieć przez dwa lata?

– Nie potrafię wyjaśnić działań Randolpha. Nigdy nie potrafiłem, Annabeth.

Wciągnąłem głośno powietrze i wystraszyłem się, że zaraz mnie odkryją. Z mojego umysłu odpadł strup, ukazując piekące wspomnienia z czasów, kiedy miałem sześć lat.

Annabeth. A to oznaczało, że jasnowłosy mężczyzna był… wujkiem Frederickiem?

Wróciłem do ostatniego rodzinnego Święta Dziękczynienia: Annabeth i ja chowamy się w gabinecie rezydencji wujka Randolpha i gramy w domino, podczas gdy dorośli wrzeszczą na siebie na dole.

„Masz szczęście, że mieszkasz z mamą”. Annabeth ustawiła kolejną kostkę domina na swojej miniaturowej konstrukcji. Była ona zaskakująco porządnie zbudowana, a z przodu miała kolumny jak jakaś świątynia. „Ja będę musiała uciec”.

Nie wątpiłem, że mówi prawdę. Zawsze imponowała mi jej pewność siebie.

A potem w progu pojawił się wujek Frederick z zaciśniętymi pięściami. Jego ponura mina pozostawała w dziwacznym kontraście z uśmiechniętym reniferem na jego swetrze. „Idziemy, Annabeth”.

Annabeth spojrzała na mnie. Jej szare oczy były nieco zbyt groźne jak na pierwszoklasistkę. „Uważaj na siebie, Magnusie”.

Jednym pstryknięciem palca zburzyła swoją świątynię z klocków.

Wtedy widziałem ją ostatni raz.

Potem mama była niewzruszona. „Trzymamy się z dala od twoich wujów. Zwłaszcza od Randolpha. Nie dam mu tego, czego chce. Nigdy”.

Nie wyjaśniła, czego chciał Randolph ani o co kłóciła się z Frederickiem i Randolphem.

„Musisz mi zaufać, Magnusie. Przebywanie w ich pobliżu… jest zbyt niebezpieczne”.

Ufałem mojej mamie. Nawet po jej śmierci nie nawiązałem żadnych kontaktów z krewnymi.

A teraz, znienacka, to oni mnie szukali.

Randolph osiadł w mieście, ale o ile wiedziałem, Frederick i Annabeth nadal mieszkali w Wirginii. A jednak byli tu, rozdając ulotki z moim imieniem i zdjęciem. Skąd oni w ogóle wzięli moje zdjęcie?

W głowie szumiało mi tak paskudnie, że umknęła mi część ich rozmowy.

– …znaleźć Magnusa – mówił wujek Frederick. Zerknął na swój smartfon. – Randolph pytał w noclegowni na South End i nic. Może powinniśmy sprawdzić schronisko dla młodzieży po drugiej stronie parku.

– Skąd mamy pewność, że Magnus w ogóle żyje? – zapytała żałośnie Annabeth. – Zaginął dwa lata temu? Mógł zamarz­nąć w jakimś rowie!

Pewna cząstka mnie miała ochotę wychynąć z kryjówki i krzyknąć: TA-DAM!

Chociaż nie widziałem Annabeth od dziesięciu lat, nie chciałem, żeby się martwiła. Ale po takim czasie na ulicy nauczyłem się jednego: nie pakuj się w nic, czego nie rozumiesz.

– Randolph jest pewny, że Magnus żyje – odparł wuj Frederick. – Jest gdzieś w Bostonie. Jeśli jego życie jest rzeczywiście w niebezpieczeństwie…

Ruszyli w kierunku Charles Street, a wiatr zagłuszył ich słowa.

Dygotałem teraz, ale nie z zimna. Miałem ochotę pobiec za Frederickiem, zaczepić go i zażądać odpowiedzi. Skąd Randolph wie, że nadal jestem w Bostonie? Dlaczego mnie szukają? Jakim cudem moje życie jest bardziej w niebezpieczeństwie teraz niż kiedykolwiek indziej?

Ale nie poszedłem za nimi.

Pamiętałem ostatnią rzecz, jaką powiedziała mi mama. Nie miałem ochoty zwiewać schodami przeciwpożarowymi, nie chciałem jej zostawić, ale chwyciła mnie za ręce i zmusiła do spojrzenia sobie prosto w oczy. „Uciekaj, Magnusie. Ukryj się. Nie ufaj nikomu. Ja cię znajdę. Cokolwiek się stanie, nie proś Randolpha o pomoc”.

A potem, zanim zdążyłem wyskoczyć przez okno, drzwi naszego mieszkania zamieniły się w stos drzazg. Z mroku wynurzyły się dwie pary błyszczących niebieskich oczu…

Odepchnąłem to wspomnienie i patrzyłem, jak wujek Frederick i Annabeth oddalają się, skręcając na wschód ku Common.

Wujek Randolph… Z jakiegoś powodu skontaktował się z Frederickiem i Annabeth. Ściągnął ich do Bostonu. Przez cały ten czas Frederick i Annabeth nie wiedzieli, że mama nie żyje, a ja zniknąłem. Wydawało się to niemożliwe, ale jeśli było prawdą, to dlaczego Randolph powiedział im akurat teraz?

Nie ryzykując bezpośredniej konfrontacji z wujem, mogłem w tylko jeden sposób uzyskać informacje. Jego rezydencja znajdowała się w Back Bay, niedaleko stąd. Z tego, co mówił Frederick, wynikało, że Randolpha nie było w domu. Był gdzieś na South End i mnie szukał.

Ponieważ nie ma nic lepszego na początek dnia niż małe włamanko, postanowiłem odwiedzić jego dom.

2 Człowiek w żelaznym biustonoszu

Rodzinna rezydencja była do niczego.

Jasne, nie powiedzielibyście tak. Widzielibyście przed sobą potężny czteropiętrowy budynek z ciemnego kamienia, z gargulcami na rogach dachu, wielkimi witrażowymi oknami, marmurowymi schodkami przed wejściem i wszelkimi innymi ple ple detalami znamionującymi bogactwo, i zastanawialibyście się, dlaczego właściwie sypiam na ulicach.

Dwa słowa: wujek Randolph.

To był jego dom. Jako najstarszy syn odziedziczył go po dziadkach, którzy zmarli przed moim urodzeniem. Nigdy nie wiedziałem wiele o telenowelowych dziejach rodziny, ale między trójką dzieci – Randolphem, Frederickiem i moją mamą – nie układało się dobrze. Po Wielkiej Schizmie Dziękczynienia nigdy więcej nie odwiedziliśmy siedziby przodków. Nasze mieszkanie znajdowało się mniej więcej kilometr stamtąd, ale Randolph mógłby równie dobrze mieszkać na Marsie.

Mama wspominała go tylko wtedy, kiedy mijaliśmy rezydencję. Wskazywała na nią tak, jak się pokazuje niebezpieczną przepaść. Widzisz? Oto ona. Unikaj jej.

Kiedy zacząłem mieszkać na ulicy, czasami przechodziłem tamtędy nocą. Zaglądałem w okna i widziałem oświetlone gabloty z prastarymi mieczami i toporami, upiorne hełmy z maskami wpatrującymi się we mnie ze ścian, sylwetki posągów rysujące się na tle górnych okien niczym skamieniałe duchy.

Kilka razy rozważałem włamanie, żeby się rozejrzeć, ale nigdy nie kusiło mnie, by zapukać. Proszę, wujku Randolphie, wiem, że nienawidziłeś mojej mamy i nie widzieliśmy się przez dziesięć lat; wiem, że bardziej zależy ci na tych pordzewiałych starociach niż na rodzinie, ale czy mógłbym zamieszkać w twoim pięknym domu i żywić się okruchami twojego chleba?

Nie, dziękuję. Wolałem być na ulicy i żywić się wczorajszym falafelem z baru szybkiej obsługi.

A jednak… uznałem, że nie będzie trudno włamać się, rozejrzeć i sprawdzić, czy umiem znaleźć odpowiedź na pytanie, co jest grane. A gdy już tam będę, może uda mi się znaleźć coś, co nada się do zastawienia w lombardzie.

Przykro mi, jeśli obraża to wasze poczucie dobra i zła.

Och, zaraz. Nie, wcale nie jest mi przykro.

Nie kradnę byle komu. Wybieram wrednych drani, którzy i tak mają za dużo. Jeśli jeździsz nowym bmw i parkujesz je na miejscu dla inwalidów, nie mając odpowiedniej plakietki, to tak, nie mam problemu z wybiciem ci okna i przywłaszczeniem sobie drobnych, które trzymasz w schowku. Jeśli wychodzisz z eleganckiego sklepu z torbą jedwabnych chusteczek do nosa i jesteś tak zajęty rozmową przez telefon, że nawet nie dostrzegasz, jak spychasz ludzi z drogi, to jestem obok ciebie, gotów zwinąć ci portfel. Jeśli możesz wydać pięć tysięcy dolarów na wycieranie nosa, możesz też kupić mi obiad.

Jestem sędzią, ławą przysięgłych i złodziejem. A jeśli chodzi o wrednych drani, to nie da się znaleźć większego od wujka Randolpha.

Dom stał przy Commonwealth Avenue. Skierowałem się na jego tyły, wychodzące na zaułek o poetyckiej nazwie Public Alley 429.

Miejsce parkingowe Randolpha było puste. Do wejścia przez piwnicę prowadziły schodki. Nie dostrzegłem śladów systemu alarmowego. Drzwi wyglądały na zamykane na zwykły zamek, nawet bez rygla. Dobra, Randolph. Mógłbyś przynajmniej rzucić jakieś wyzwanie.

Dwie minuty później byłem już w środku.

W kuchni pożywiłem się kilkoma plastrami indyka, krakersami i mlekiem z kartonu. Nie było falafela. A niech to. Akurat miałem na niego ochotę. Znalazłem za to batonik czekoladowy, więc wsunąłem go do kieszeni na później. (Czekoladę należy smakować, a nie zjadać w pośpiechu). Następnie skierowałem się na górę do mauzoleum mahoniowych mebli, orientalnych dywanów, obrazów olejnych, marmurowych posadzek i kryształowych żyrandoli… Trochę to było obciachowe. Kto tak mieszka?

Kiedy miałem sześć lat, nie potrafiłem docenić, jak bardzo to wszystko było drogie, ale ogólne wrażenie z tego domu pozostało takie samo: mroczny, opresyjny, upiorny. Trudno sobie wyobrazić mamę dorastającą w tym miejscu. Łatwo się domyślić, dlaczego została wielbicielką wielkich otwartych przestrzeni.

Nasze mieszkanie nad koreańskim barem w Allston było dość przytulne, ale mama nigdy nie lubiła w nim przebywać. Zawsze powtarzała, że jej prawdziwym domem są Blue Hills. Wybieraliśmy się tam na wędrówki i biwaki przy każdej pogodzie – świeże powietrze, brak ścian i sufitów, kaczki, gęsi i wiewiórki jako jedyne towarzystwo.

Ten kamienny budynek w porównaniu z Blue Hills przypominał więzienie. Kiedy stałem samotnie w holu, miałem wrażenie, że obłażą mnie niewidzialne owady.

Wspiąłem się po schodach na pierwsze piętro. W gabinecie pachniało cytrynową pastą do mebli i skórą, tak jak zapamiętałem. Pod jedną ze ścian stała podświetlona szklana gablota pełna należących do Randolpha pordzewiałych wikińskich hełmów i toporów. Mama mówiła mi kiedyś, że Randolph wykładał historię na Harvardzie, dopóki nie został wyrzucony z powodu jakiejś wielkiej afery. Nie wchodziła w szczegóły, ale najwyraźniej facet nadal miał fiksację na punkcie staroci.

„Jesteś mądrzejszy od obu twoich wujków, Magnusie – powiedziała mi pewnego razu mama. – Z twoimi ocenami mógłbyś bez problemu dostać się na Harvard”.

Wtedy ona jeszcze żyła, ja chodziłem do szkoły i miałem w perspektywie coś więcej niż znalezienie następnego posiłku.

W jednym z kątów gabinetu Randolpha stała wielka kamienna płyta przypominająca nagrobek. Jej powierzchnię pokrywały ryte i malowane na czerwono skomplikowane zawijasy. W samym środku widniał nieporadny rysunek warczącego zwierzęcia – może lwa albo wilka.

Wzdrygnąłem się. Nie myślmy o wilkach.

Podszedłem do biurka Randolpha. Miałem nadzieję znaleźć komputer albo notatnik z jakimiś przydatnymi informacjami – cokolwiek, co wyjaśniałoby, dlaczego mnie szukają. Na blacie leżały jednak tylko kawałki cienkiego żółtawego pergaminu, przypominającego łupinę cebuli. Wyglądały jak mapy, które jakiś średniowieczny dzieciak zrobił w szkole na lekcję geografii: ledwie widoczne szkice linii brzegowej, rozmaite miejsca podpisane alfabetem, którego nie znałem. Na tym wszystkim, niczym przycisk do papierów, spoczywała skórzana sakiewka.

Wstrzymałem oddech. Rozpoznałem tę sakiewkę. Rozwiązałem rzemyki i wyjąłem jeden z klocków domina… ale to nie było domino. Sześcioletni ja uznałem, że w to właśnie graliśmy z Annabeth. Przez kolejne lata pamięć wzmacniała to przekonanie. Ale zamiast kropek na tych klockach wymalowane były czerwone znaki.

Ten, który trzymałem w ręce, miał kształt gałązki albo zdeformowanej litery F:

Serce zabiło mi mocno. Nie bardzo wiedziałem dlaczego. Zacząłem się zastanawiać, czy przyjście tutaj było naprawdę takim dobrym pomysłem. Miałem wrażenie, że ściany zamykają się wokół mnie. Wizerunek zwierzęcia na wielkim kamieniu stojącym w kącie wydawał się szydzić ze mnie, a jego czerwony zarys połyskiwał jak świeża krew.

Podszedłem do okna. Uznałem, że jeśli wyjrzę na zewnątrz, dobrze mi to zrobi. Przez środek alei ciągnął się Common­wealth Mall – wstęga parku przykrytego śniegiem.

Na nagich drzewach wisiały białe świąteczne lampki. Na końcu ulicy, w obrębie żelaznego płotu, spiżowy posąg Lei­fa Eriksona stał na swoim postumencie z dłońmi zwiniętymi wokół oczu. Leif spoglądał ku przejazdowi Charlesgate, jakby mówił: „Patrzcie, odkryłem autostradę!”.

Często żartowaliśmy z mamą z Leifa. Jego zbroja była dość skąpa: krótka spódniczka i napierśnik wyglądający jak wikiński biustonosz.

Nie miałem pojęcia, dlaczego ten posąg stał w samym centrum Bostonu, ale uznałem, że raczej nie przez przypadek wujek Randolph postanowił zająć się naukowo wikingami. Mieszkał tu przez całe życie. Zapewne codziennie widywał Leifa przez okno. Może w dzieciństwie Randolph pomyślał sobie: Chciałbym kiedyś zająć się naukowo wikingami. Faceci w metalowych biustonoszach są tacy fajni!

Mój wzrok powędrował ku cokołowi posągu. Ktoś tam stał… i patrzył w moim kierunku.

Wiecie, jak to jest, kiedy widzicie kogoś tam, gdzie się go nie spodziewacie, i zajmuje wam chwilę rozpoznanie go? W cieniu Leifa Eriksona stał wysoki blady mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce, czarnych motocyklowych spodniach i wysokich butach w szpic. Jego krótko obcięte na jeża włosy były tak jasne, że prawie białe. Jedynym kolorowym elementem był czerwono-biały szalik owinięty wokół szyi i opadający na ramiona.

Gdybym go nie znał, uznałbym, że przebrał się za jakąś postać z filmu anime. Ale ja go znałem. To był Hearth, mój bezdomny towarzysz i zastępcza matka.

Byłem trochę przerażony, a trochę urażony. Zobaczył mnie na ulicy i śledził? Nie potrzebowałem, żeby jakaś stalkerska wróżka się mną opiekowała.

Rozłożyłem ręce, co miało oznaczać: Co ty tu robisz?

Hearth odpowiedział gestem, jakby wyciągał coś ze zwiniętej dłoni i wyrzucał. Po dwóch latach w jego towarzystwie nauczyłem się całkiem nieźle języka migowego.

Hearth mówił: UCIEKAJ.

Nie wyglądał na zaniepokojonego, ale u Heartha trochę to trudno rozpoznać. Ilekroć się razem włóczyliśmy, on głównie gapił się na mnie tymi bladoszarymi oczami, jakby spodziewał się, że lada moment eksploduję.

Straciłem kilka cennych sekund na próbę wymyślenia, o co mu chodzi i dlaczego stoi tutaj, skoro powinien być na Copley Square.

Wykonał kolejny gest: zamachał dwa razy obiema dłońmi z wyciągniętymi do przodu dwoma palcami. Pospiesz się.

– Dlaczego? – zapytałem na głos.

A za moimi plecami odezwał się głęboki głos:

– Witaj, Magnusie.

Omal nie wyskoczyłem z butów. W drzwiach gabinetu stał potężny mężczyzna z krótko przyciętą siwą brodą i szpakowatymi włosami. Miał na sobie beżowy kaszmirowy płaszcz narzucony na ciemny wełniany garnitur. W dłoniach w rękawiczkach ściskał rękojeść laski z polerowanego drewna, zakończonej żelazem. Kiedy go ostatni raz widziałem, jego włosy były czarne, ale znałem ten głos.

– Randolph.

Pochylił leciutko głowę.

– Co za miła niespodzianka. Cieszę się, że tu jesteś. – Nie sprawiał wrażenia ani zaskoczonego, ani uradowanego. – Nie mamy zbyt dużo czasu.

Jedzenie i mleko zaczęły się gotować w moim żołądku.

– D-dużo czasu… do czego?

Zmarszczył czoło. Zmarszczył nos, jakby wyczuł lekko nieprzyjemny zapach.

– Dziś kończysz szesnaście lat, prawda? Oni przyjdą, żeby cię zabić.

3 Nie dawaj się podwozić dziwacznym krewnym

No tak, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!

Czyżby dziś był trzynasty stycznia? Prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia. Czas leci bardzo szybko, kiedy śpi się pod mostami i je ze śmietników.

A zatem oficjalnie skończyłem szesnaście lat. W prezencie zostałem przyłapany przez Wujka Świra, który oznajmił mi, że jestem kandydatem na ofiarę zabójstwa.

– Kto… – wydusiłem. – Wiesz co? Nieważne. Miło było cię widzieć, Randolphie, ale będę już leciał.

Randolph nie ruszył się z progu, uniemożliwiając mi wyjście. Wycelował we mnie żelazny czubek swojej laski. Mógłbym przysiąc, że czułem, jak napiera na mój brzuch z drugiego końca pokoju.

– Musimy porozmawiać, Magnusie. Nie chcę, żeby cię dorwali. Nie po tym, co stało się z twoją matką…

Cios w twarz zabolałby mniej.

Wspomnienia tamtej nocy wirowały w mojej głowie niczym powodujący nudności kalejdoskop: nasz blok drżący w posadach, krzyki z dolnego piętra, moja matka – która cały dzień była spięta i zachowywała się jak paranoiczka – ciągnąca mnie w kierunku wyjścia przeciwpożarowego, każąca mi uciekać. Drzwi roztrzaskujące się w kawałki, wybuchające. Z korytarza wpadły dwie bestie o futrach w kolorze brudnego śniegu i świecących na niebiesko oczach. Moje palce ześlizgnęły się z barierki i spadłem na stertę worków ze śmieciami w zaułku. Chwilę później okna naszego mieszkania eksplodowały ogniem.

Mama kazała mi uciekać. Więc uciekłem. Obiecała, że mnie znajdzie. To nigdy nie nastąpiło. Później dowiedziałem się z mediów, że jej ciało odkryto w spalonym mieszkaniu. Policja mnie szukała. Mieli mnóstwo pytań: o ślady podpalenia, moje kłopoty z zachowaniem w szkole, zeznania sąsiadów o krzykach i głośnym trzasku w naszym mieszkaniu tuż przed wybuchem, to, że uciekłem. W żadnym z tych raportów nie było mowy o wilkach ze świecącymi oczami.

Od tamtej nocy kryłem się, żyłem niezauważony, zbyt zajęty przetrwaniem, żeby opłakać należycie mamę, zastanawiając się, czy te potwory były jedynie złudzeniem… ale wiedziałem, że nie.

A teraz, po tych latach, wujek Randolph chciał mi pomóc.

Ściskałem mały klocek domina tak mocno, że wpił się w moją dłoń.

– Nie masz pojęcia, co stało się z moją mamą. Nigdy cię nie obchodziliśmy.

Randolph opuścił laskę. Oparł się na niej ciężko i wbił wzrok w dywan. Mógłbym nawet uwierzyć, że zraniłem jego uczucia.

– Negocjowałem z twoją matką – odpowiedział. – Chciałem, żeby cię tu przyprowadziła, żebyś mieszkał w miejscu, gdzie mógłbym cię chronić. Ale ona odmówiła. Kiedy umarła… – Potrząsnął głową. – Nie masz pojęcia, Magnusie, jak długo cię szukałem ani w jak wielkim jesteś niebezpieczeństwie.

– Nic mi nie jest – odwarknąłem, aczkolwiek serce waliło mi w piersi jak młot. – Całkiem nieźle sobie radziłem.

– Być może, ale ten czas się skończył. – Zmroziła mnie pewność wyczuwalna w głosie Randolpha. – Teraz masz szesnaście lat, jesteś mężczyzną. Uciekłeś im raz, tamtej nocy, kiedy zginęła twoja matka. Drugi raz nie dadzą ci uciec. To nasza ostatnia szansa. Pozwól, że ci pomogę, albo nie przeżyjesz tego dnia.

Zimowe światło przenikało przez witraż w oknie, barwiąc twarz Randolpha na zmieniające się kolory, wskutek czego przypominał kameleona.

Nie powinienem był tu przychodzić. Głupi, głupi, głupi. Mama w kółko powtarzała mi jasno: „Nie idź do Randolpha”. A jednak tu byłem.

Im dłużej go słuchałem, tym większe ogarniało mnie przerażenie i tym bardziej rozpaczliwie chciałem wysłuchać, co miał do powiedzenia.

– Nie potrzebuję twojej pomocy. – Położyłem dziwaczne domino na biurku. – Nie chcę…

– Wiem o wilkach.

To sprawiło, że urwałem.

– Wiem, co widziałeś – ciągnął Randolph. – A także kto wysłał te stworzenia. Niezależnie od wszystkich ustaleń policji wiem dokładnie, jak naprawdę zginęła twoja matka.

– Skąd…

– Magnusie, mam ci dużo do powiedzenia o twoich rodzicach, o twoim dziedzictwie… O twoim ojcu.

Poczułem lodowaty dreszcz pełznący wzdłuż kręgosłupa.

– Znałeś mojego ojca?

Nie chciałem dać Randolphowi żadnej przewagi. Życie na ulicy nauczyło mnie, jak bardzo może to być niebezpieczne. Ale połknąłem haczyk. Musiałem się tego dowiedzieć. Sądząc z błysku w jego oku, wiedział o tym.

– Tak, Magnusie. Tożsamość twojego ojca, morderstwo twojej matki, powody, dla których odrzucała moją pomoc… to wszystko się ze sobą łączy. – Wskazał gablotę z wikińskimi gadżetami. – Przez całe życie miałem jeden cel. Usiłowałem rozwiązać historyczną zagadkę. Do niedawna nie widziałem całego obrazu. Teraz go widzę. Wszystko prowadziło do tego dnia, twoich szesnastych urodzin.

Cofnąłem się pod okno, byle dalej od wujka Randolpha.

– Słuchaj, nie rozumiem większości tego, co mówisz, ale jeśli możesz mi powiedzieć coś o moim tacie…

Budynek zatrząsł się, jakby w pobliżu wystrzelono salwę armatnią – grzmot był tak niski, że zadrżały mi zęby.

– Wkrótce tu będą – ostrzegł mnie Randolph. – Czas ucieka.

– Kim oni są?

Randolph pokuśtykał ku mnie, opierając się na lasce. Jego prawe kolano chyba nie działało jak należy.

– Proszę cię o dużo, Magnusie. Nie masz powodów, żeby mi ufać. Ale musisz teraz ze mną pójść. Wiem, gdzie znajduje się twoje dziedzictwo. – Wskazał na stare mapy leżące na biurku. – Wspólnie możemy odzyskać to, co do ciebie należy. Tylko to może cię ochronić.

Zerknąłem przez ramię za okno. Hearth zniknął z Commonwealth Mall. Powinienem był zrobić to samo. Podnios­łem wzrok na wujka Randolpha, usiłując dopatrzeć się podobieństwa do mojej mamy, czegokolwiek, co mogłoby mnie zachęcić do zaufania mu. Nic takiego nie znalazłem. Jego potężna postać, przenikliwe ciemne oczy, pozbawiona poczucia humoru twarz i sztywne maniery… stanowił przeciwieństwo mojej mamy.

– Mój samochód stoi z tyłu domu – powiedział.

– M-może powinniśmy zaczekać na Annabeth i wujka Fredericka.

Randolph się skrzywił.

– Oni mi nie wierzą. Nigdy mi nie wierzyli. W rozpaczy, jako ostatnią deskę ratunku, sprowadziłem ich do Bostonu, żeby pomogli mi w poszukiwaniach, ale skoro już tu jesteś…

Budynek zatrząsł się ponownie. Tym razem bum wydawało się bliższe i mocniejsze. Chciałem wierzyć, że to odgłosy jakiejś pobliskiej budowy albo ceremonii wojskowej, albo czegokolwiek, co dawało się łatwo wytłumaczyć. Ale instynkt podpowiadał mi co innego. Ten dźwięk brzmiał jak kroki gigantycznej stopy – jak to, co zatrzęsło naszym mieszkaniem dwa lata temu.

– Proszę, Magnusie. – Głos Randolpha zadrżał. – Ja straciłem przez te potwory swoją rodzinę: żonę i córki.

– Ty… ty miałeś rodzinę? Mama nigdy nic nie mówiła…

– Oczywiście, że nie mówiła. Ale twoja matka… Natalie była moją jedyną siostrą. Kochałem ją. Cierpiałem z powodu jej straty. Nie chcę stracić też ciebie. Chodź ze mną. Twój ojciec zostawił ci coś, co musisz odnaleźć… coś, co odmieni światy.

Zbyt wiele pytań tłoczyło się w mojej głowie. Nie podobał mi się błysk szaleństwa w oczach Randolpha. Nie podobało mi się, że powiedział „światy”, w liczbie mnogiej. Nie wierzyłem w to, że usiłował odnaleźć mnie po śmierci mojej mamy. Byłem nieustająco czujny. Gdyby Randolph pytał o mnie po imieniu, któryś z moich bezdomnych kumpli powiedziałby mi o tym, jak dziś Blitz poinformował mnie o Annabeth i Fredericku.

Coś się zmieniło – coś, co sprawiło, że Randolph uznał mnie za wartego odnalezienia.

– A jeśli po prostu ucieknę? – zapytałem. – Będziesz usiłował mnie zatrzymać?

– Jeśli uciekniesz, oni cię odnajdą. I zabiją.

Miałem wrażenie, że moje gardło jest pełne waty. Nie ufałem Randolphowi. Niestety mówił prawdę o tym, że ktoś chce mnie zabić. Wierzyłem w to. Jego głos brzmiał szczerze.

– No dobrze – powiedziałem. – Ruszamy.

4 Ten facet naprawdę nie umie prowadzić

Słyszeliście o fatalnych kierowcach z Bostonu? Jednym z nich jest mój wujek Randolph.

Facet uruchomił swoje bmw 528i (oczywiście to musiało być bmw) i popędził Commonwealth Avenue, ignorując światła, trąbiąc na inne samochody, chaotycznie zmieniając pasy.

– Nie trafiłeś w przechodnia – zauważyłem. – Chcesz zawrócić i to poprawić?

Randolph był zbyt roztargniony, żeby odpowiedzieć. Zerkał co chwila na niebo, jakby wypatrywał chmur burzowych. Przemknął pędem przez skrzyżowanie z Exeter.

– A więc – odezwałem się – dokąd jedziemy?

– Na most.

To wszystko wyjaśniało. W Bostonie jest około dwudziestu mostów.

Pogładziłem dłonią podgrzewane skórzane siedzenie. Nie jechałem samochodem z pół roku. Ostatnim razem była to toyota pracownika opieki społecznej. Wcześniej radiowóz. I za pierwszym razem, i za drugim posługiwałem się fałszywym nazwiskiem. Uciekłem i pracownikowi opieki społecznej, i policjantom, ale przez ostatnie dwa lata przywykłem do kojarzenia samochodów z celami więziennymi. Nie byłem pewny, czy dziś cokolwiek się pod tym względem zmieniło.

Czekałem, aż Randolph odpowie na te naglące drobne pytania, które cisnęły mi się na usta. Takie jak, och: Kim jest mój tata? Kto zabił moją mamę? Jak straciłeś żonę i dzieci? Czy w tej chwili masz halucynacje? Czy naprawdę musisz używać goździkowej wody kolońskiej?

Ale on był zbyt zajęty robieniem chaosu na jezdni.

W końcu spróbowałem zagaić rozmowę pytaniem:

– A zatem kto usiłuje mnie zabić?

Skręcił w prawo na Arlington. Minęliśmy Ogród Publiczny, konny posąg Jerzego Waszyngtona, szeregi zabytkowych lamp gazowych i pokrytych śniegiem żywopłotów. Kusiło mnie, żeby wyskoczyć z auta, popędzić z powrotem do stawu z łabędziami i zaszyć się w swoim śpiworze.

– Magnusie – odezwał się Randolph – pracą mojego życia były studia nad skandynawską eksploracją Ameryki Północnej.

– Rany, dzięki – odparłem. – Świetna odpowiedź na moje pytanie.

Randolph nagle przypomniał mi mamę. Rzucił mi to samo poirytowane spojrzenie spode łba, tak samo popatrzył znad okularów, jakby mówił: Proszę cię, dziecko, daj spokój z sarkazmem. Podobieństwo zabolało.

– Dobra – powiedziałem – niech ci będzie. Skandynawska eksploracja. Masz na myśli wikingów.

Randolph się skrzywił.

– Cóż… Wiking oznacza rozbójnika. To raczej określenie profesji. Nie wszyscy Skandynawowie byli wikingami. Ale tak, zasadniczo chodzi o nich.

– Ten posąg Leifa Eriksona… Czy to oznacza, że wikingowie… eee, Skandynawowie… odkryli Boston? Myślałem, że to robota ojców pielgrzymów.

– Mógłbym ci zrobić trzygodzinny wykład na ten temat.

– Proszę, nie.

– Poprzestańmy na tym, że Skandynawowie eksplorowali Amerykę Północną i nawet zbudowali tu osadę około roku tysięcznego, prawie pięćset lat przed Krzysztofem Kolumbem. Naukowcy są co do tego zgodni.

– Co za ulga. Nienawidzę, jak naukowcy nie są zgodni.

– Nie ma natomiast pewności co do tego, jak daleko na południe się zapuścili. Czy dotarli na teren dzisiejszych Stanów Zjednoczonych? Ten posąg Leifa Eriksona… to była obsesja pewnego pasjonata z dziewiętnastego wieku, niejakiego Ebena Horsforda. Był przekonany, że Boston to zaginiona skandynawska osada Norumbega, najdalsze miejsce, do jakiego dotarli. Miał instynkt, przeczucie, ale brakowało mu dowodów. Większość historyków skreśliła go jako wariata.

Spojrzał na mnie znacząco.

– Niech no zgadnę… ty nie uważasz go za wariata. – Z trudem oparłem się pokusie, żeby dodać, że wariat zrozumie wariata.

– Te mapy na moim biurku – odparł Randolph. – One stanowią dowód. Moi koledzy uważają je za fałszerstwa, ale to nie są falsyfikaty. Postawiłem na tę kartę całą moją reputację!

I za to wywalili cię z Harvardu, pomyślałem.

– Nordyccy odkrywcy dotarli tak daleko – ciągnął. – Szukali czegoś… i znaleźli to tutaj. Jeden z ich statków zatonął w pobliżu. Przez wiele lat sądziłem, że wrak znajduje się w zatoce Massachusetts. Poświęciłem wszystko, żeby go odnaleźć. Kupiłem własną łódź, zabierałem żonę i dzieci na wyprawy. Ostatnim razem… – Głos mu się załamał. – Sztorm nadszedł nie wiadomo skąd, płomienie…

Najwyraźniej nie miał ochoty mówić nic więcej, ale złapałem ogólny zarys: stracił rodzinę na morzu. On naprawdę postawił wszystko na tę szaloną teorię o wikingach w Bostonie.

Jasne, było mi go żal. Ale nie miałem ochoty zostać jego kolejną ofiarą.

Zatrzymaliśmy się na rogu Boylston i Charles.

– Może ja tu wysiądę. – Sięgnąłem do klamki. Drzwi były zablokowane przez kierowcę.

– Posłuchaj, Magnusie. To nie przypadek, że urodziłeś się w Bostonie. Twój ojciec chciał, żebyś odnalazł to, co on zgubił dwa tysiące lat temu.

Poczułem mrowienie w stopach.

– Czy ty powiedziałeś właśnie… dwa tysiące lat?

– Mniej więcej.

Rozważałem krzyk i walenie w okno. Czy ktokolwiek by mi pomógł? Gdybym zdołał wydostać się z samochodu, może udałoby mi się odnaleźć wujka Fredericka i Annabeth; prawdopodobnie są nieco mniej szaleni niż Randolph.

Skręciliśmy w Charles Street, kierując się na północ pomiędzy Ogrodem Publicznym a Common. Randolph mógł wywieźć mnie dokądkolwiek: do Cambridge, North End albo w jakieś ustronne miejsce, gdzie można pozbyć się ciała.

Starałem się zachować spokój.

– Dwa tysiące lat… to nieco dłużej niż w przypadku przeciętnego taty.

Twarz Randolpha przypominała mi księżyc ze starych, czarno-białych kreskówek: blada i okrągła, pobrużdżona i podziurawiona, z tajemniczym, bynajmniej nie przyjaznym uśmiechem.

– Co wiesz o mitologii nordyckiej, Magnusie?

Robi się coraz lepiej, pomyślałem.

– Hm, niezbyt dużo. Mama miała książkę z obrazkami i czytywała mi ją, kiedy byłem mały. No i są chyba jakieś filmy o Thorze?

Randolph pokręcił głową z niesmakiem.

– Te filmy… komicznie niedokładne. Prawdziwi bogowie Asgardu: Thor, Loki, Odyn i cała reszta, są znacznie potężniejsi, znacznie bardziej przerażający niż cokolwiek, co jest w stanie wysmażyć Hollywood.

– Ale… to mity. Oni nie są prawdziwi.

Randolph rzucił mi coś w rodzaju litościwego spojrzenia.

– Mity to w istocie opowieści o prawdzie, o której zapomnieliśmy.

– Słuchaj, zupełnie zapomniałem, że umówiłem się niedaleko…

– Tysiąc lat temu skandynawscy odkrywcy przybyli na te ziemie.

Randolph minął bar Cheers na Beacon Street, gdzie pootulani w ciepłe ciuchy turyści robili sobie zdjęcia z szyldem. Na chodniku zauważyłem wymiętą ulotkę: widniało na niej słowo ZAGINIONY i moje stare zdjęcie. Jeden z turystów nadepnął na nią.

– Kapitanem okrętu odkrywców – ciągnął Randolph – był syn boga Skirnira.

– Syn boga. Wiesz co, gdzieś tu będzie dobrze. Mogę dalej pójść pieszo.

– Ten człowiek miał przy sobie bardzo szczególny przedmiot – powiedział Randolph. – Coś, co kiedyś należało do twojego ojca. Kiedy statek zatonął podczas sztormu, ten artefakt zaginął. Ale ty… ty możesz go odnaleźć.

Spróbowałem jeszcze raz otworzyć drzwiczki. Nadal zablokowane.

A wiecie, co było w tym najgorsze? Że im dłużej Randolph gadał, tym trudniej było mi przekonać samego siebie, że jest szalony. Jego opowieść przenikała do mojego umysłu – sztormy, wilki, bogowie, Asgard. Słowa wskakiwały na swoje miejsce jak kawałki układanki, której nigdy nie odważyłem się skończyć. Zaczynałem mu wierzyć, a to przerażało mnie totalnie.

Randolph zawrócił na dojeździe do Storrow Drive. Zatrzymał się przy parkomacie na Cambridge Street. Na północ od nas wznosiły się kamienne wieże mostu Longfellow.

– Tam idziemy? – zapytałem.

Randolph wygrzebał spomiędzy drobniaków w schowku ćwierćdolarówki.

– Przez wszystkie te lata to było znacznie bliżej, niż mi się wydawało. Potrzebowałem tylko ciebie!

– Doceniam twoje ciepłe uczucia.

– Dziś skończyłeś szesnaście lat. – Oczy Randolpha błyszczały z ekscytacji. – To idealny dzień na to, żebyś odzyskał swoje dziedzictwo. Ale także twoi nieprzyjaciele właśnie na to czekali. Musimy odnaleźć to pierwsi.

– Ale…

– Zaufaj mi jeszcze przez chwilę, Magnusie. Kiedy już zdobędziemy broń…

– Broń? Okazuje się, że moje dziedzictwo jest bronią?

– Kiedy już będziesz miał ją w ręce, staniesz się znacznie bezpieczniejszy. Wszystko ci wytłumaczę. Pomogę ci w treningu przed tym, co nadchodzi.

Otworzył drzwiczki po swojej stronie. Zanim jednak wysiadł, chwyciłem go za rękę.

Zazwyczaj unikam dotykania ludzi. Kontakt fizyczny mnie brzydzi. Ale potrzebowałem całej jego uwagi.

– Odpowiedz mi na jedno pytanie – rzuciłem. – Jedna jasna odpowiedź, bez tego bełkotu i wykładów z historii. Wspomniałeś, że znasz mojego tatę. Kto to jest?

Randolph położył swoją dłoń na mojej, co sprawiło, że się wzdrygnąłem. Jego skóra była zbyt szorstka i stwardniała jak na profesora historii.

– Przysięgam na moje życie, że to prawda, Magnusie: twoim ojcem jest nordycki bóg. A teraz się pospiesz. Stoimy w miejscu, gdzie wolno parkować tylko przez dwadzieścia minut.

5 Zawsze marzyłem o wysadzeniu mostu

Nie możesz rzucić mi czegoś takiego i po prostu odejść! – wrzasnąłem za oddalającym się Randolphem.

Pomimo laski i sztywnej nogi poruszał się naprawdę sprawnie. Jak złoty medalista olimpijski w utykaniu. Brnął przed siebie, wspinając się po chodniku mostu Longfellow, a ja pobiegłem za nim z wiatrem wyjącym mi w uszach.

Z Cambridge nadjeżdżał poranny tłum. Na całej długości mostu ciągnął się korek samochodów, które ledwie sunęły. Można by pomyśleć, że w taki mróz mój wujek i ja będziemy jedynymi głupkami pchającymi się na most pieszo, ale ponieważ to był Boston, minęło nas kilku biegaczy, wyglądających w swoich obcisłych kombinezonach jak wychudzone foki. Po drugiej stronie jezdni szła matka z dwójką dzieci upchniętych w sportowym wózku. Dzieci wyglądały na mniej więcej równie szczęśliwe jak ja.

Wujek był nadal jakieś trzy metry przede mną.

– Randolphie! – zawołałem. – Mówię do ciebie!

– Prąd rzeki – mamrotał. – Zasypywanie koryta… doliczyć tysiąc lat zmiennych prądów…

– Ej! – Złapałem go za rękaw kaszmirowego płaszcza. – Wróćmy do tego kawałka o nordyckim bogu, który jest moim tatą.

Randolph rozglądał się po okolicy. Zatrzymaliśmy się przy jednym z głównych filarów mostu – granitowym stożku wznoszącym się na piętnaście metrów nad nami. Ludzie mówią, że te wieże wyglądają jak ogromne solniczki, ale mnie się zawsze kojarzyły z Dalekami z Doktora Who. (No tak, jestem nerdem. I co mi zrobicie? Tak, nawet bezdomne dzieciaki oglądają czasem telewizję – w świetlicach noclegowni, na komputerach w publicznych bibliotekach… Mamy swoje sposoby).

Kilkanaście metrów pod nami rzeka Charles połyskiwała jak stal, a plamy śniegu i lodu na powierzchni upodabniały ją do skóry ogromnego pytona.

Randolph wychylił się za barierkę tak daleko, że poczułem mdłości.

– Co za ironia – mruknął. – Ze wszystkich miejsc akurat tu…

– No więc – powiedziałem – w kwestii mojego ojca…

Randolph chwycił mnie za ramię.

– Spójrz w dół, Magnusie. Co widzisz?

Wychyliłem się ostrożnie.

– Wodę.

– Nie, chodzi mi o te rzeźbione dekoracje tuż pod nami.

Spojrzałem ponownie. Jakoś w połowie filaru nad wodą wznosiła się granitowa półka przypominająca spiczasto zakończoną teatralną lożę.

– To wygląda jak nos.

– Nie, to… Zgoda, pod tym kątem to trochę przypomina nos. Ale to dziób długiej łodzi wikingów. Widzisz? Na drugim filarze też jest. Poeta Longfellow, od którego ten most wziął nazwę, fascynował się Skandynawami. Pisał wiersze o ich bogach. Podobnie jak Eben Horsford Longfellow wierzył, że wikingowie dotarli do Bostonu. Stąd te ozdoby mostu.

– Powinieneś oprowadzać wycieczki – oznajmiłem. – Wszyscy zwariowani fani Longfellowa będą płacili ciężkie dolary.

– Ty tego nie rozumiesz? – Dłoń Randolpha nadal spoczywała na moim ramieniu, co nie zmniejszało mojego niepokoju. – Tylu ludzi przez te wszystkie stulecia wiedziało. Czuli to instynktownie, mimo że nie mieli dowodów. Ten teren nie został po prostu odwiedzony przez wikingów. Był dla nich święty! Dokładnie pod nami, gdzieś w pobliżu tych ozdobnych statków, znajduje się wrak prawdziwej łodzi, a w nim bezcenny ładunek.

– Ja nadal widzę wodę. I nadal chcę wiedzieć, kto jest moim tatą.

– Magnusie, skandynawscy odkrywcy przybyli tu w poszukiwaniu osi światów, samego pnia drzewa. Znaleźli go…

Niskie bum poniosło się echem wzdłuż rzeki. Most zadrżał. Jakieś półtora kilometra dalej, w lesie kominów i wież Back Bay, wzniosła się ku niebu kolumna czarnego dymu.

Oparłem się mocniej o barierkę.

– Hm, czy to nie gdzieś w pobliżu twojego domu?

Randolph spochmurniał. Jego krótka broda rozbłysła w słońcu srebrem.

– Nie mamy czasu. Wyciągnij rękę nad wodą, Magnusie. Miecz jest tam w dole. Wezwij go. Skup się na tym, jakby była to najważniejsza rzecz na świecie, coś, czego pragniesz najbardziej.

– Miecz? Ja… słuchaj, Randolphie, rozumiem, że masz trudny dzień, ale…

– ZRÓB TO.

Ostry ton w jego głosie sprawił, że się cofnąłem. Randolph musiał być szalony, opowiadając o bogach, mieczach i starożytnych wrakach. Niemniej słup dymu nad Back Bay był bardzo realny. W oddali rozległo się wycie syren. Kierowcy na moście wychylali się przez okna, żeby go oglądać, wyciągali smartfony i robili fotki.

Wprawdzie nie chciałem się do tego przyznać, jednak słowa Randolpha nie trafiały w próżnię. Po raz pierwszy poczułem się tak, jakby moje ciało wibrowało z odpowiednią częstotliwością, jakbym w końcu dostroił się do beznadziejnej melodii mojego życia.

Wyciągnąłem rękę nad wodę rzeki.

Nic się nie wydarzyło.

Oczywiście, że nic się nie wydarzyło, zadrwiłem sam z siebie. A czego się spodziewałeś?

Most zatrząsł się jeszcze mocniej. Jeden z biegaczy na chodniku potknął się. Za sobą usłyszałem samochód uderzający w zderzak drugiego. Rozległy się klaksony.

Nad dachami Back Bay wzniosła się druga kolumna dymu. Popiół i rozżarzony żużel wystrzeliły w powietrze, jakby był to wybuch podziemnego wulkanu.

– To… to było znacznie bliżej – zauważyłem. – Jakby coś się do nas zbliżało.

Naprawdę miałem nadzieję, że Randolph odpowie: „Nie no, wcale nie. Nie bądź głupi!”.

Ale on jakby starzał się na moich oczach. Zmarszczki na jego twarzy się pogłębiły, ramiona opadły. Oparł się ciężko na swojej lasce.

– Proszę, nie teraz – wymamrotał pod nosem. – Nie jak ostatnim razem.

– Ostatnim razem? – Przypomniałem sobie, co powiedział o tym, jak stracił żonę i córki… sztorm pojawiający się nie wiadomo skąd, płomienie.

Jego wzrok napotkał mój.

– Spróbuj jeszcze raz, Magnusie. Proszę.

Gwałtownym ruchem wyciągnąłem rękę nad rzeką. Wyobraziłem sobie, że sięgam po moją mamę, usiłując wydostać ją z przeszłości – próbując ocalić ją przed wilkami i płonącym mieszkaniem. Sięgałem po odpowiedzi, które mogłyby wyjaśnić, dlaczego ją straciłem, dlaczego moje późniejsze życie było tylko niekończącą się spiralą beznadziei.

Dokładnie pode mną powierzchnia wody zaczęła się gotować. Lód topniał. Śnieg wyparował, pozostawiając dziurę w kształcie dłoni – mojej dłoni, tylko że dwadzieścia razy większej.

Nie wiedziałem, co robię. Miałem podobne uczucie, kiedy mama po raz pierwszy posadziła mnie na rowerku. „Nie myśl o tym, co robisz, Magnusie. Nie wahaj się, bo spadniesz. Po prostu jedź”.

Poruszałem ramieniem na boki. Piętnaście metrów niżej parująca ręka naśladowała moje ruchy, oczyszczając powierzchnię rzeki Charles. Nagle znieruchomiałem. W samym środku dłoni poczułem ukłucie ciepła, jakbym dotknął promienia słońca.

Coś było tam w dole… źródło ciepła zakopane głęboko w zamarzniętym błocie na dnie rzeki. Zacisnąłem palce i pociągnąłem.

Kopuła wody uniosła się i pękła jak bańka mydlana. Jakiś przedmiot przypominający ołowianą rurę wystrzelił w górę i wylądował w mojej dłoni.

Wcale nie wyglądał jak miecz. Trzymałem go za jeden koniec, ale brakowało rękojeści. Jeśli to coś kiedykolwiek miało szpic lub ostrze, to na pewno nie teraz. Przedmiot był mniej więcej wielkości głowni miecza, ale tak podziurawiony i skorodowany, tak pokryty małżami, błotem i mułem, że nawet nie byłem pewny, czy to metal. Krótko mówiąc, był to najżałośniejszy, najmarniejszy i najobrzydliwszy kawałek złomu, jaki kiedykolwiek magicznie wyciągnąłem z rzeki.

– Nareszcie! – Randolph wzniósł oczy ku niebu. Odniosłem wrażenie, że gdyby nie sztywne kolano, ukląkłby na chodniku i pomodlił się do nieistniejących nordyckich bogów.

– Aha. – Zważyłem moją zdobycz w ręce. – Od razu czuję się bezpieczniejszy.

– Możesz go naprawić! – wykrzyknął Randolph. – Spróbuj!

Obracałem ostrze w ręku. Byłem zaskoczony, że jeszcze się nie rozpadło.

– No nie wiem, Randolphie. To coś wygląda na nienaprawialne. Nawet nie jestem pewny, czy nadaje się do recyklingu.

Jeśli wydaje się wam, że byłem obojętny albo niewdzięczny, spróbujcie mnie zrozumieć. Sposób, w jaki wyciągnąłem ten miecz z wody, był tak niesamowity, że aż mnie przeraził. Zawsze chciałem mieć jakieś supermoce. Nie spodziewałem się tylko, że moja będzie polegała na wyciąganiu śmieci z dna rzeki. Wolontariusze miejscy mnie pokochają.

– Skup się, Magnusie! – ponaglił Randolph. – Szybko, zanim…

Dwadzieścia metrów od nas sam środek mostu wybuchł w płomieniach. Fala uderzeniowa popchnęła mnie na barierkę. Prawa strona twarzy paliła jak oparzona. Ludzie wrzeszczeli. Samochody wpadały na siebie.

Z jakiegoś głupiego powodu popędziłem w stronę wybuchu. Tak jakbym nie potrafił się powstrzymać. Randolph kuśtykał za mną, wołając mnie po imieniu, ale jego głos dobiegał z oddali i zdawał się nie mieć znaczenia.

Ogień tańczył po dachach samochodów. Okna pękały od gorąca, pokrywając ulicę szklanymi odłamkami. Kierowcy wydostawali się ze swoich pojazdów i uciekali.

Wyglądało to tak, jakby w most uderzył meteor. W asfalcie ziała trzymetrowa wypalona i dymiąca dziura. W samym środku strefy rażenia stała postać rozmiarów człowieka: ciemny mężczyzna w ciemnym garniturze.

Kiedy mówię „ciemny”, mam na myśli to, że jego skóra była w najczystszym, najpiękniejszym odcieniu czerni, jaki kiedykolwiek widziałem. Atrament mątwy o północy nie byłby tak czarny. Jego ubranie było takie samo: doskonale skrojona marynarka i spodnie, idealnie wyprasowana elegancka koszula i krawat – wszystko uszyte z materii gwiazdy neutronowej. Rysy miał nieludzko przystojne, jak wyciosane z obsydianu. Długie włosy były zaczesane idealnie gładko do tyłu. Źrenice błyszczały jak maleńkie kółka lawy.

Pomyślałem, że gdyby Szatan istniał naprawdę, wyglądałby jak ten facet.

A potem pomyślałem, że nie, Szatan byłby niechlujem w porównaniu z tym facetem. Ten gość wyglądał jak modowy doradca Szatana.

Jego czerwone oczy były utkwione we mnie.

– Magnus Chase. – Głos miał głęboki i dźwięczny, a akcent lekko germański lub skandynawski. – Przyniosłeś mi prezent.

Między nami stała porzucona toyota corolla. Stylista Szatana przeszedł przez nią jak pochodnia przez wosk, wytapiając ścieżkę przez środek karoserii.

Skwierczące połówki samochodu upadły za jego plecami, a opony stopiły się w gumowe kałuże.

– Ja też ofiaruję ci dar. – Ciemny mężczyzna wyciągnął rękę. Wokół jego rękawa i hebanowych palców wirował dym. – Oddaj mi miecz, a daruję ci życie.

6 Przepuśćcie kaczątka, bo inaczej zdzielą was po łbach

Widziałem w życiu sporo dziwnych rzeczy.

Kiedyś widziałem tłum ludzi ubranych wyłącznie w kąpielówki i czapki Świętego Mikołaja biegających po Boylston w samym środku zimy. Spotkałem faceta, który grał jednocześnie nosem na harmonijce ustnej, stopami na bębnach, rękami na gitarze, a tyłkiem na ksylofonie. Znałem kobietę, która zaadoptowała sklepowy wózek i dała mu na imię Clarence. No i jeszcze był ten gość, który twierdził, że przybył z Alfa Centauri i prowadził filozoficzne dysputy z berniklą kanadyjską.

A zatem doskonale ubrany szatański model męski, który topił samochody… czemu nie? Mój mózg musiał jedynie trochę poszerzyć horyzonty, żeby zaakceptować to dziwactwo.

Ciemny mężczyzna czekał z wyciągniętą ręką. Powietrze wokół niego falowało z gorąca.

Jakieś trzydzieści metrów dalej zatrzymała się kolejka podmiejska. Maszynistka gapiła się na chaos rozciągający się przed nią. Dwaj biegacze usiłowali wyciągnąć kierowcę z na wpół zmiażdżonego priusa. Kobieta z podwójnym wózkiem zaczęła odpinać z niego swoje wrzeszczące dzieci, ponieważ jego kółka stały się owalne. Tuż obok niej jakiś idiota zamiast pomóc, wyciągnął smartfona i usiłował sfilmować zniszczenia. Jego ręka drżała tak bardzo, że wątpiłem, by udało mu się zrobić dobre zdjęcia.

– Miecz, Magnusie. Użyj go! – Głos Randolpha rozległ się tuż nad moim ramieniem.

Miałem nieprzyjemne wrażenie, że mój potężnie zbudowany wuj krył się za mną.

Ciemny mężczyzna się zaśmiał.

– Profesor Chase… Podziwiam pański upór. Myślałem, że nasze ostatnie spotkanie złamie pana. Ale oto jest pan tutaj, gotów poświęcić kolejnego członka rodziny!

– Zamknij się, Surtr! – rzucił gniewnie Randolph. – Magnus ma miecz! Wracaj w płomienie, skądeś przybył.

Surtr nie wyglądał na przestraszonego, aczkolwiek ja osobiście uznałbym słówko „skądeś” za bardzo przerażające.

Ognisty Koleś wpatrywał się we mnie, jakbym był równie pokryty małżami jak miecz.

– Oddaj to, chłopcze, albo pokażę ci moc Muspellheimu. Spalę ten most i wszystkich, którzy się na nim znajdują.

Surtr uniósł ręce. Między jego palcami zatańczyły płomyki. U jego stóp asfalt zaczął wrzeć. Posypały się kolejne samochodowe szyby. Tory kolejki jęknęły, a maszynistka wrzeszczała histerycznie do radia. Pieszy ze smartfonem zemdlał. Matka upadła obok wózka, a jej dzieci nadal darły się w środku. Randolph z pomrukiem ruszył do przodu.

Gorąco emanujące z Surtra nie pozbawiło mnie przytomności. Wprawiło jedynie w gniew. Nie miałem pojęcia, kim był ten ognisty świr, ale znałem dobrze podobnych do niego typków. Pierwsza zasada na ulicy: Nigdy nie pozwól takim osiłkom odebrać ci dobytku.

Wycelowałem to coś-co-kiedyś-może-było-mieczem w Surtra.

– Spadaj, koleś. Mam zardzewiały kawał żelastwa i nie zawaham się go użyć.

Surtr zaśmiał się szyderczo.

– Żaden z ciebie wojownik, podobnie jak z twojego ojca.

Zacisnąłem zęby. Okej, pomyślałem, czas pobrudzić garnitur tego gościa.

Zanim jednak zdążyłem podjąć jakieś działanie, coś przemknęło ze świstem obok mojego ucha i uderzyło Surtra w czoło.

Gdyby to była prawdziwa strzała, Surtr byłby w tarapatach. Na szczęście dla niego była to plastikowa zabawka – pocisk z różowym sercem zamiast grotu, walentynkowa nowość, jak się domyślałem. Trafił Surtra między oczy z radosnym piskiem, upadł do jego stóp i grzecznie się stopił.

Surtr zamrugał oczami. Wyglądał na równie zdezorientowanego jak ja.

Za moimi plecami rozległ się znajomy głos:

– Uciekaj, chłopcze!

Mostem pędzili moi dwaj kumple – Blitz i Hearth. Dobra… powiedziałem „pędzili”. To sugeruje jakąś wspaniale wyglądającą akcję. A wcale taka nie była. Z jakiegoś powodu Blitz dołożył kapelusz z szerokim rondem i okulary przeciwsłoneczne do swojego czarnego płaszcza, wyglądał więc jak brudny, bardzo niski włoski ksiądz. W dłoniach w rękawiczkach ściskał przerażający drewniany kołek z jaskrawożółtym znakiem drogowym, na którym widniał napis: PRZEPUŚĆCIE KACZĄTKA.

Pasiasty szalik Heartha ciągnął się za nim jak bezwładne skrzydła. Założył kolejną strzałę na różowy łuk Amora i wycelował w Surtra.

Błogosławione niech będą ich szalone małe serduszka. Wiedziałem, skąd wzięli tę komiczną broń: ze sklepu z zabawkami na Charles Street. Zdarzało mi się żebrać pod tym sklepem, a te zabawki były na wystawie. Blitz i Hearth musieli jakoś mnie wyśledzić aż tu. W pośpiechu włamali się i porwali cokolwiek, co przypominało śmiercionośną broń. A że byli tylko stukniętymi bezdomnymi, ich wybór nie był szczególnie sensowny.

Tępi i bezużyteczni? Niewątpliwie. Ale poczułem ciepło w sercu, że się o mnie troszczyli.

– Osłaniamy cię! – Blitz przemknął koło mnie. – Uciekaj!

Surtr nie spodziewał się ataku ze strony lekkozbrojnych włóczęgów. Stał w miejscu, a Blitz walił go po głowie znakiem nakazującym przepuścić kaczątka. Kolejna piszcząca strzała Hear­tha chybiła celu i trafiła mnie w tyłek.

– Ej! – wrzasnąłem.

Ale Hearth był głuchy, więc nie mógł mnie usłyszeć. Minął mnie i rzucił się do walki, grzmocąc Surtra w pierś plastikowym łukiem.

Wujek Randolph chwycił mnie za rękę. Jego oddech brzmiał jak rzężenie.

– Musimy uciekać, Magnusie. NATYCHMIAST!

Może powinienem był ruszyć biegiem, ale stałem tam jak zamurowany, patrząc, jak moi jedyni dwaj kumple atakują mrocznego władcę ognia tanimi plastikowymi zabawkami.

W końcu Surtrowi znudziła się ta zabawa. Uderzył Heartha na odlew, posyłając go na drugi chodnik. Blitza z kolei kopnął w pierś tak mocno, że mały człowieczek zatoczył się do tyłu i wylądował na ziemi tuż przede mną.

– Dość tego. – Surtr wyciągnął rękę. Z jego otwartej dłoni wyskoczył spiralny ogień, który rozwijał się, aż zamienił się w wygięty miecz wykonany wyłącznie z białego płomienia. – Rozzłościliście mnie. Wszyscy zginiecie.

– Na boskie kalosze! – wyjąkał Blitz. – To nie jest byle ognisty olbrzym. To czarny ognisty olbrzym!

„W sensie że nie żółty?”, miałem ochotę zapytać, ale widok płonącej szabli trochę jakby ostudził mój zapał do żartów.

Języki ognia wokół Surtra zaczęły wirować. Burza ogniowa rozprzestrzeniała się, zamieniając samochody w sterty żużlu, topiąc chodnik, aż z mostu zaczęły wyskakiwać nity jak korki z szampana.

Wcześniej wydawało mi się, że jest ciepło. Teraz Surtr naprawdę podkręcał temperaturę.

Hearth oparł się ciężko o barierkę jakieś dziesięć metrów dalej.

Nieprzytomni przechodnie i uwięzieni kierowcy nie mieli szans przeżyć dużo dłużej. Nawet jeśli płomienie ich nie dosięgną, umrą z braku powietrza albo na atak serca. To gorąco natomiast w jakiś dziwny sposób nie wpływało na mnie.

Randolph zachwiał się, ciągnąc mnie z całej siły za ramię.

– Ja… ja… em…

– Blitz – powiedziałem – zabierz stąd mojego wuja. Odciąg­nij go, jeśli będzie trzeba.

Przeciwsłoneczne okulary Blitza dymiły. Brzeg jego kapelusza zaczynał się żarzyć.

– Nie dasz rady walczyć z tym gościem, chłopcze. To Surtr we własnej osobie!

– Już to raz powiedziałeś.

– Ale Hearth i ja… naszym zadaniem jest ciebie bronić!

Miałem ochotę odpyskować: „I świetnie wam to idzie za pomocą tego znaku ostrzegającego o kaczątkach!”. Ale czego mogłem się spodziewać po dwójce bezdomnych? Nie byli komandosami. Byli po prostu moimi kumplami. Nie mogłem pozwolić, żeby zginęli w mojej obronie. A jeśli chodzi o wujka Randolpha… Ledwie go znałem. Niespecjalnie go lubiłem. Ale należał do rodziny. Powiedział, że nie zniesie utraty kolejnego członka rodziny. W sumie ja też czułem, że nie zniosę. Tym razem nie zamierzałem uciekać.

– Idź – powiedziałem do Blitza. – Ja zajmę się Hearthem.

Blitz jakoś zdołał podtrzymać mojego wujka. Odkuśtykali razem.

Surtr się zaśmiał.

– Miecz będzie mój, chłopcze. Nie zdołasz zmienić przeznaczenia. Przemienię twój świat w zgliszcza!

Odwróciłem się do niego.

– Zaczynasz mnie irytować. Muszę cię zabić.

I ruszyłem prosto w ścianę ognia.

7 Świetnie wyglądasz bez nosa, serio

Myślicie pewnie: Rany, Magnus, to było… głupie!

Dzięki. Miewam wielkie momenty.

Zazwyczaj nie włażę w ściany ognia. Ale miałem przeczucie, że nic mi się nie stanie. Wiem, że to dziwacznie zabrzmi, ale jak na razie nie zemdlałem. Gorąco nie było takie złe, mimo że chodnik pod moimi stopami zamieniał się w muł. Ekstremalne temperatury nigdy mi nie przeszkadzały. Nie wiem dlaczego. Niektórzy ludzie są giętcy. Inni potrafią ruszać uszami. A ja mogę spać w parku zimą, nie zamarzając, albo przykryć zapałkę dłonią, nie parząc się. Udało mi się dzięki temu wygrać parę zakładów w noclegowniach, ale nigdy nie postrzegałem tej tolerancji na temperatury jako czegoś szczególnego… magicznego. A już na pewno nie sprawdzałem, ile dam radę wytrzymać.

Przeszedłem przez kurtynę ognia i walnąłem Surtra w głowę moim zardzewiałym mieczem. Ponieważ, moi drodzy, zawsze staram się dotrzymywać obietnic.

Ostrze jakby nie zrobiło mu żadnej krzywdy, ale wirujące płomienie zgasły. Surtr wpatrywał się we mnie przez milisekundę, całkowicie oszołomiony. Następnie walnął mnie pięścią w brzuch.

Obrywałem już niejeden raz, ale nie od ognistego zawodnika wagi ciężkiej, którego przydomek na ringu brzmi Czarny.


Asowie są głównie bogami wojny: Odyn, Thor, Tyr i pozostali. Wanowie to raczej bogowie natury: Frejr, Freja, ich ojciec Njörd. Jest to pewne uproszczenie, ale niech będzie – dawno temu te dwa rody walczyły ze sobą.

Tudzież: Dlaczego to ja stałem się celem wielkiego złego kolesia w rodzaju Surtra? Jeśli był on panem Muspellheimu, Wielkim Królem Grilla i Tostów, nie mógł sobie wybrać jakiegoś ciekawszego bohatera, jak dzieci Thora? Ich tata przynajmniej ma franczyzę w Hollywood. Frejr nie ma nawet własnych kotów. Musi je pożyczać od siostry.

Coś, co przychodzi tanio, nie jest wiele warte. To się szczególnie odnosi do wiedzy. Możesz zapłacić za pójście na skróty, dostać informację natychmiast albo będziesz musiał znaleźć to samemu, ucząc się na własnych błędach.

Ten stołek to Odpoczynek dla Tyłka – odpowiedział Nabbi. – Wytworzył go Gonda. Niegdyś podtrzymywał cztery litery mistrza kowalskiego Alvissa. Niech ci będzie wygodny, Magnusie, synu Natalie. A ty, Blitzenie, możesz usiąść na Domu dla Zadka, słynnym wśród stołków wytworze uniżonego sługi. On przeżył Wielką Bójkę Barową z cztery tysiące sto dziewiątego po s.r.!