Wydawca: Wydawnictwo Galeria Książki Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 448 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Statek umarłych - Rick Riordan

Magnus Chase, niegdyś bezdomny nastolatek, jest rezydentem hotelu Walhalla i jednym z wojowników Odyna. Jako syn Frejra, boga lata, płodności i zdrowia, Magnus nie ma wrodzonych skłonności do walki. Ma za to silnych i wiernych przyjaciół, między innymi elfa Hearthstone'a, krasnoluda Blitzena i walkirię Samirę, z którymi dokonał wielkich czynów – pokonali razem Wilka Fenrira i odebrali olbrzymom młot Thora, Mjöllnir. Teraz przed Magnusem najtrudniejsza próba.

Loki uwolnił sie z więzów. Z pomocą zastępów olbrzymów i zombi przygotowuje Naglfar, Statek umarłych, do wyprawy przeciwko bogom Asgardu, która rozpocznie ostateczną bitwę, Ragnarök. Tylko Magnus i jego przyjaciele mogą powstrzymać Lokiego, ale najpierw muszą przepłynąć oceany Midgardu, Jötunheimu i Niflheimu i dotrzeć do Naglfara, zanim będzie gotowy wyruszyć w rejs. Po drodze spotkają zagniewane bóstwa morskie, nieprzyjaznych olbrzymów i złośliwego, ziejącego ogniem smoka. Ale największym wyzwaniem dla Magnusa okażą się jego własne demony. Czy ma w sobie to, czego potrzeba, by przechytrzyć podstępnego boga oszusta?

Opinie o ebooku Statek umarłych - Rick Riordan

Fragment ebooka Statek umarłych - Rick Riordan

Przełożyły Agnieszka Fulińska i Marta Duda-Gryc

Wydawnictwo Galeria Książki Kraków 2017

Tytuł oryginału

The Ship of the Dead. Book Three of Magnus Chase and the Gods of Asgard

Copyright © 2017 by Rick Riordan. All rights reserved.

Jacket design by SJI Associates, Inc.

Jacket illustration © 2017 by John Rocco

Permission for this edition was arranged through the Nancy Gallt Literary Agency.

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Fulińska and Marta Duda-Gryc, 2017

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2017

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska Od A do Z (oda-doz.pl)

Redakcja

Katarzyna Kolowca-Chmura

Korekta

Katarzyna Kierejsza

Opracowanie okładki i DTP

Stefan Łaskawiec

Opracowanie wersji elektronicznej:

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN 978-83-65534-67-5

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Philipowi José Farmerowi, którego książki z cyklu „Świat Rzeki” wzbudziły we mnie miłość do historii

1Percy Jackson staje na głowie, by mnie zabić

Spróbuj jeszcze raz – powiedział do mnie Percy. – Tym razem może stonuj trochę umieranie.

Stojąc na noku rei USS Constitution i patrząc na Zatokę Bostońską z wysokości sześćdziesięciu metrów, bardzo żałowałem, że nie mam naturalnych zdolności obronnych sępnika. Wtedy mógłbym zwymiotować na Percy’ego Jacksona i przegnać go daleko stąd.

Kiedy poprzednio kazał mi spróbować takiego skoku – godzinę wcześniej – połamałem sobie wszystkie kości. Mój przyjaciel Alex Fierro zabrał mnie wtedy do hotelu Walhalla, bym zdążył umrzeć we własnym łóżku.

Niestety byłem einherim, nieśmiertelnym wojownikiem Odyna. Nie mogłem umrzeć na stałe, pod warunkiem że dokonałem żywota w Walhalli. Pół godziny później obudziłem się więc cały i zdrowy. A teraz byłem znowu tutaj, gotów na jeszcze więcej bólu i cierpienia. Hurra!

– Czy to naprawdę konieczne? – spytałem.

Percy oparł się o olinowanie; wiatr lekko burzył jego ciemne włosy.

Wyglądał jak normalny chłopak – pomarańczowa koszulka, dżinsy, podniszczone białe adidasy. Widząc go na ulicy, nikt by nie pomyślał: „Hej, patrzcie, to syn Posejdona, heros! Chwała bogom Olimpu!”. Nie miał skrzeli ani błon między palcami, choć jego oczy były niebieskozielone jak ocean – zapewne takiego samego koloru była właśnie wtedy moja twarz. Jedyną dziwną rzeczą u Jacksona był tatuaż na wewnętrznej stronie przedramienia – trójząb, czarny jak znaki wypalone w drewnie, z kreską pod spodem i literami SPQR.

Powiedział mi, że litery to akronim Sono Pazzi Quelli Romani – „Ale głupi ci Rzymianie”. Nie wiedziałem jednak, czy przypadkiem nie żartuje.

– Słuchaj, Magnus – powiedział. – Będziesz płynął przez wrogie terytorium. Będą próbować cię zabić całe tłumy potworów, bóstw morskich i kto wie, co tam jeszcze, co nie?

– No, pewnie tak.

Przez co chciałem powiedzieć: „Proszę, nie przypominaj mi o tym. Proszę, zostaw mnie w spokoju”.

– Na pewno przyjdzie taki moment – ciągnął Percy – że zostaniesz strącony ze statku, może nawet z takiej wysokości jak tutaj. Musisz wiedzieć, jak przeżyć zderzenie z wodą, nie utonąć i wypłynąć na powierzchnię, by znów stanąć do walki. A nie będzie to łatwe, zwłaszcza w zimnej wodzie.

Wiedziałem, że ma rację. Z tego co mówiła moja kuzynka Annabeth, Percy przeżył jeszcze niebezpieczniejsze przygody niż ja. (A ja przecież żyłem w Walhalli i umierałem co najmniej raz dziennie). Byłem mu wdzięczny, że przybył aż z Nowego Jorku, by mi zapodać parę godnych herosa wskazówek o przeżyciu w wodzie, jednak niepowodzenia w treningu zaczynały mnie męczyć.

Wczoraj pogryzł mnie rekin ludojad, udusiła kałamarnica olbrzymia, a potem zostałem poparzony przez tysiąc rozwścieczonych meduz. Połknąłem kilkanaście litrów wody, próbując wstrzymywać oddech, i dowiedziałem się, że dziesięć metrów pod wodą nie jestem lepszy w walce wręcz niż na lądzie.

Tego ranka Percy oprowadził mnie po okręcie Old Iron­sides, jak pieszczotliwie nazwano USS Constitution, próbując nauczyć mnie podstaw żeglarstwa i nawigacji, ale nadal nie byłem w stanie odróżnić bezanmasztu od rufówki.

A teraz zajmowałem się właśnie nieumiejętnym spadaniem z drąga.

Popatrzyłem w dół: Annabeth i Alex Fierro obserwowali nas z pokładu.

– Poradzisz sobie, Magnus! – dopingowała mnie Annabeth.

Alex Fierro wystawił dwa kciuki do góry. A przynajmniej tak mi się zdawało. Trudno było mieć pewność z takiej wysokości.

Percy wziął głęboki oddech. Do tej pory okazywał mi wiele cierpliwości, ale widziałem, że i na nim zaczyna się odbijać ten stresujący weekend. Ilekroć na mnie patrzył, drgała mu lewa powieka.

– Będzie dobrze, chłopie – obiecał. – Pokażę ci jeszcze raz, okej? Zacznij w pozycji spadochroniarza, jak orzeł, z szeroko rozłożonymi rękami i nogami, żeby spowolnić spadanie. A potem, tuż przed uderzeniem w wodę, wyprostuj się i leć jak strzała. Głowa do góry, nogi w dół, wyprostowane plecy, zaciś­nięte pośladki. Ważne jest zwłaszcza to ostatnie.

– Spadochroniarz – powtórzyłem. – Orzeł. Strzała. Pośladki.

– Właśnie. Patrz, jak ja to robię.

Zeskoczył z noku i poleciał w dół z idealnie rozpostartymi kończynami. Pod sam koniec wyprostował się, ustawił stopami do dołu i przeciął taflę wody – zniknął pod nią, niemal jej nie poruszając. Chwilę później wypłynął na powierzchnię i podniósł dłonie, jakby chciał powiedzieć: „Widzisz? To nic trudnego!”.

Annabeth i Alex zaklaskali.

– No dobrze, Magnus! – krzyknął do mnie Alex. – Twoja kolej! Bądź mężczyzną!

Zapewne miało to być zabawne. Przez większość czasu Alex uważała się za dziewczynę, ale dziś ewidentnie występował jako facet. Czasem mi się myliło i używałem złego zaimka, mówiąc o nim/niej, Alex lubił więc – czy też lubiła – odpłacać mi pięknym za nadobne, bezlitośnie mnie podpuszczając. Bo na tym polega przyjaźń.

– Spoko, poradzisz sobie, kuzynie! – wrzasnęła Annabeth.

Pode mną ciemne lustro wody zalśniło jak świeżo wyczyszczona gofrownica, która zaraz mnie zmiażdży na placek.

– Tia – mruknąłem do siebie.

I skoczyłem.

Przez pół sekundy czułem się całkiem w porządku. Wiatr świstał wokół mnie. Rozłożyłem ramiona i nie wydałem z siebie ani jednego wrzasku.

Okej, pomyślałem. Dam radę.

I właśnie wtedy mój miecz Jack uznał za stosowne podlecieć do mnie – nie wiadomo skąd – i rozpocząć rozmowę.

– Ej, señor!– Runy zalśniły na jego dwusiecznej klindze. – Co tam porabiasz?

Zamachałem rękami w powietrzu, usiłując ustawić się pionowo, zanim zderzę się z wodą.

– Jack, nie teraz!

– Och, jasne! Spadasz! Wiesz, pewnego razu, kiedy tak spadałem z Frejrem…

Zanim zdążyłem usłyszeć coś więcej z tej fascynującej opowieści, wpadłem do wody.

Jak ostrzegał Percy, zimna woda oszołomiła mnie. Opadałem przez chwilę sparaliżowany, bez powietrza w płucach. Nogi bolały mnie w kostkach tak, jakbym odbił się od trampoliny z cegieł. Ale trzeba przyznać, że istotnie nie byłem martwy.

Sprawdziłem, czy nie odniosłem żadnych obrażeń. Kiedy się zostaje einherim, człowiek robi się całkiem dobry w nasłuchiwaniu, co go boli. Można chwiejnie iść po polu bitwy w Walhalli ze śmiertelnymi ranami, łapiąc po raz ostatni powietrze w płuca, i myśleć spokojnie: „Aha, to tak się człowiek czuje, kiedy ma zmiażdżone żebra. Ciekawe!”.

Tym razem na pewno miałem złamaną w kostce lewą nogę. Prawa była tylko zwichnięta.

Łatwo to naprawić. Przywołałem moc Frejra.

Ciepło – jak letnie słońce – rozlało się z mojej piersi na ręce i nogi. Ból ustąpił. Leczenie samego siebie nie szło mi tak dobrze jak uzdrawianie innych, ale czułem, że zaczynają mi zdrowieć kostki – jakby rój przyjaźnie nastawionych os łaził mi pod skórą, zalepiając pęknięcia, zszywając ścięgna.

Ach, już mi lepiej, pomyślałem, unosząc się w zimnej ciemności. A poza tym jest jeszcze coś innego, co powinienem robić. A, no tak. Oddychać.

Rękojeść Jacka trąciła moją dłoń jak pies próbujący zwrócić na siebie uwagę. Zacisnąłem palce na skórzanym uchwycie i Jack pociągnął mnie do góry – wystrzeliłem z wód zatoki jak Pani Jeziora z napędem rakietowym. Wylądowałem cały drżący, łapiąc z trudem oddech, na pokładzie USS Constitution, obok przyjaciół.

– Ooo. – Percy aż się cofnął. – To co innego. Wszystko w porządku, Magnus?

– Spoko – wykaszlałem. Brzmiałem jak kaczka z bronchitem.

Percy spojrzał z ukosa na runy lśniące na mieczu.

– Skąd wziął się ten miecz? – zdziwił się.

– Cześć! Jestem Jack – przedstawił się Jack.

Annabeth z trudem powstrzymała okrzyk zdumienia.

– To mówi?!

– To? – oburzył się Jack. – Ej, proszę pani, odrobinę szacunku! Jestem Sumarbrander! Miecz Lata! Oręż Frejra! Istnieję od tysięcy lat! A poza tym jestem facetem!

Annabeth zmarszczyła brwi.

– Magnus, kiedy mówiłeś mi o swoim magicznym mieczu, czy przypadkiem nie zapomniałeś wspomnieć, że to… że on mówi?

– Może… – Szczerze mówiąc, w ogóle tego nie pamiętałem.

Przez ostatnich kilka tygodni Jack włóczył się gdzieś sam, robiąc to, co żywe magiczne miecze robią w wolnym czasie. Ja i Percy używaliśmy do walki zwykłych mieczy treningowych rozdawanych przez hotel Walhalla. Nawet mi do głowy nie przyszło, że Jack nagle przyleci, żeby się przedstawić. Skądinąd to, że Jack mówi, jest jego najmniej dziwną cechą. W osłupienie wprawiać może raczej fakt, że jest w stanie zaśpiewać z pamięci wszystkie utwory z musicalu Jersey Boys.

Alex z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Miał na sobie różowo-zielone ciuchy, jak zwykle zresztą, choć akurat tego zestawu jeszcze nigdy nie widziałem: sznurowane skórzane buty z wysoką cholewką, różowe dżinsowe rurki, limonkowa koszula wypuszczona na spodnie i wąski krawat w kratkę, wiszący luźno jak naszyjnik. W czarnych, designerskich okularach przeciwsłonecznych o grubych oprawkach i z nierówno ściętymi zielonymi włosami wyglądał, jakby zszedł właśnie z okładki płyty jakiegoś zespołu nowofalowego z około 1979 roku.

– Pamiętaj o dobrym wychowaniu, Magnus – powiedział. – Przedstaw znajomych swojemu mieczowi.

– E, no tak – wydukałem. – Jack, to Percy i Annabeth. Są półbogami, tyle że greckimi.

– Hmm. – Raczej nie zrobiło to wielkiego wrażenia na ­Jacku. – Raz spotkałem Herkulesa.

– A kto go nie spotkał? – mruknęła Annabeth.

– Słuszna uwaga – przytaknął Jack. – Ale skoro jesteście przyjaciółmi Magnusa… – Nagle zamarł, a runy na ostrzu przybladły. Wyrwał mi się z ręki i poleciał ku Annabeth z klingą drżącą w taki sposób, jakby wywąchiwał coś w powietrzu. – Gdzie ona jest? Gdzie chowacie tę ślicznotkę?

Annabeth cofnęła się pod reling.

– Chwila, chwila, mieczu. Jest coś takiego jak przestrzeń osobista!

– Jack, zachowuj się – powiedział Alex. – Co ty wyprawiasz?

– Ona gdzieś tu jest – upierał się Jack. Podleciał do ­Percy’ego. – Aha! A co tam masz w kieszeni, morski chłopcze?

– Przepraszam…? – Percy wyglądał na dość zdenerwowanego. Nic dziwnego, w końcu na poziomie jego pasa zawisł właśnie magiczny miecz.

Alex zdjął okulary.

– No dobrze, teraz i ja jestem ciekaw. Co masz w kieszeni, Percy? Pragną się tego dowiedzieć dociekliwe miecze.

– O to ci chodzi? – Percy wyjął z kieszeni dżinsów zwyczajny długopis.

– TADAM! – wykrzyknął Jack. – Kim jest to zachwycające stworzenie?

– Jack, to długopis – powiedziałem.

– Nie, wcale nie! Pokaż mi! Pokaż mi!

– Uch… No dobrze. – Percy zdjął zatyczkę z długopisu.

I długopis natychmiast przemienił się w metrowy miecz z rozszerzającą się klingą z lśniącego brązu. W porównaniu z Jackiem miecz wyglądał delikatnie, niemal filigranowo, ale sądząc po tym, jak trzymał go Percy, nie miałem wątpliwości, że spokojnie dawałby sobie radę na polach bitewnych Walhalli.

Jack wycelował we mnie klingę, błyskając ciemnoczerwonymi runami.

– Widzisz, Magnus? Mówiłem ci, że noszenie miecza przebranego za długopis to nie jest głupi pomysł!

– Jack, ale ja nigdy tak nie twierdziłem! – zaprotestowałem. – To ty tak mówiłeś.

Percy uniósł brwi.

– O czym wy w ogóle gadacie?

– O niczym – odparłem pospiesznie. – Więc to jest pewnie ten słynny Orkan? Annabeth mówiła mi o nim.

– O niej – sprostował Jack.

– Miecz Percy’ego jest dziewczyną? – Annabeth zmarszczyła czoło.

– No ba! – roześmiał się Jack.

Percy przyjrzał się Orkanowi, choć w zasadzie mogłem mu powiedzieć – wiedziałem z doświadczenia – że niemal niemożliwe jest określenie płci miecza po wyglądzie.

– Nie wiem… Jesteś pewny…?

– Szanuj płeć, Percy – wtrącił Alex.

– No dobra, w porządku – ustąpił Jackson. – Tyle że trochę to dziwne, że do tej pory nie wiedziałem.

– Z drugiej strony – zauważyła Annabeth – do ubiegłego roku nie wiedziałeś też, że ten długopis może pisać.

– Cios poniżej pasa, mądralo.

– W każdym razie – przerwał im Jack – ważne, że Orkan tu jest, że jest piękna i że spotkała mnie! Może moglibyśmy prosić o trochę… no wiecie… prywatności, żeby pogadać o, yyy, sprawach mieczy?

– To świetny pomysł. – Alex uśmiechnął się pod nosem. – Dajmy mieczom trochę czasu, żeby się zapoznały, a my chodźmy na obiad. Magnus, myślisz, że będziesz w stanie zjeść falafel, nie krztusząc się?

2Dwa falafele z dodatkiem Ragnaröku

Jedliśmy na spardeku. (Patrzcie, jaki jestem oblatany w terminach żeglarskich!)

Po ciężkim poranku złożonym z porażek czułem się, jakbym naprawdę zasłużył na moje kotleciki z ciecierzycy smażone w głębokim tłuszczu, na pitę, jogurt i chłodne plasterki ogórka i na moje dodatkowe zamówienie: superostry kebab z jagnięciny. To Annabeth zorganizowała nasz obiadowy piknik. Och, dobrze mnie zna.

W słońcu moje ubranie szybko wyschło. Ciepły podmuch bryzy owiewał mi przyjemnie twarz. Żaglówki sunęły po zatoce, samoloty przecinały błękitne niebo, lecąc z lotniska Logan do Nowego Jorku, Kalifornii lub Europy. Cały Boston jakby tętnił niecierpliwą energią, jak klasa minutę przed końcem lekcji, w oczekiwaniu na ostatni dzwonek, gdy wszyscy już prawie przebierają nogami, nie mogąc się doczekać wyjazdu na wakacje i rozkoszowania się ładną pogodą.

Ja zaś chciałem tylko mieć święty spokój.

Orkan i Jack usadowili się niedaleko na zwoju liny, oparłszy rękojeści o reling przy dziale. Zachowanie Orkan było typowe dla każdego nieożywionego przedmiotu, Jack jednak przysuwał się coraz bliżej, zagadując, z klingą pobłyskującą tym samym odcieniem ciemnego brązu. Na szczęście Jack był przyzwyczajony do prowadzenia jednostronnych rozmów. Żartował. Komplementował. Rzucał nazwiskami jak szalony. „Wiesz, byłem raz z Thorem i Odynem w takiej karczmie…”

Jeśli na Orkan zrobiło to jakieś wrażenie, nie dała tego po sobie poznać.

Percy zmiął papier po falafelu. Poza tym że potrafił oddychać w wodzie, miał także zdolność niemal niezauważalnego wchłaniania jedzenia.

– No to – zagadnął – kiedy wypływacie?

Alex popatrzył na mnie i uniósł brwi, jakby chciał powiedzieć: „Właśnie, Magnus. Kiedy wypływamy?”.

Próbowałem nie rozmawiać na ten temat z Fierro przez ostatnie dwa tygodnie – bez większego powodzenia.

– Wkrótce – odparłem. – Nie wiemy dokładnie, dokąd mamy się udać ani ile nam to zajmie…

– Historia mojego życia… – westchnął Percy.

– Ale musimy znaleźć Statek Umarłych Lokiego, zanim podniesie żagle w dniu letniego przesilenia. Jest zacumowany gdzieś na granicy między Niflheimem a Jötunheimem. Uważamy, że dotarcie tam zajmie kilka tygodni.

– Co oznacza – wtrącił Alex – że naprawdę powinniśmy już byli wyruszyć w drogę. A na pewno musimy wypłynąć do końca tygodnia, czy będziemy gotowi, czy nie.

W ciemnych szkłach jego okularów odbijała się moja pełna niepokoju twarz. Wiedzieliśmy obaj, że jesteśmy tak dalecy od bycia gotowymi do tej podróży, jak daleko mieliśmy do Niflheimu.

Annabeth usiadła na podwiniętych nogach. Długie jasne włosy miała związane w koński ogon. Na jej granatowej koszulce widniał żółty napis: „COLLEGE PROJEKTOWANIA ŚRODOWISKOWEGO – UNIWERSYTET KALIFORNIJSKI W BERKELEY”.

– Bohaterowie nigdy nie mają czasu, żeby się przygotować, prawda? – westchnęła. – Po prostu robimy, co możemy.

– Ano – przytaknął Percy. – I zwykle jakoś to działa. Jeszcze nie zginęliśmy.

– Chociaż ty bardzo się starasz. – Annabeth szturchnęła go łokciem. Percy objął ją ramieniem, a ona przytuliła się do niego. Pocałował ją we włosy.

Widząc, jak okazywali sobie uczucie, poczułem ukłucie w sercu.

Cieszyłem się, że moja kuzynka jest szczęśliwa, ale przypomniało mi to też, co się stanie, jeśli nie uda mi się powstrzymać Lokiego.

Alex i ja już umarliśmy. Nigdy się nie zestarzejemy. Będziemy mieszkali w Walhalli, póki nie nadejdzie Sądny Dzień (chyba że zostaniemy wcześniej zabici poza hotelem). Najlepszym życiem, na jakie mogliśmy teraz liczyć, było trenowanie przed Ragnarökiem i odsuwanie tej nieuniknionej bitwy, ile tylko wieków się da, a potem wymarsz z Walhalli wraz z armią Odyna i chwalebna śmierć, podczas gdy wokół płonąć będzie dziewięć światów. Niezły ubaw.

Ale Annabeth i Percy mieli szansę na normalne życie. Udało im się już przetrwać szkołę średnią, która – jak mi opowiadała Annabeth – była najniebezpieczniejszym okresem dla greckich półbogów. Jesienią pójdą na studia na Zachodnim Wybrzeżu. Jeśli uda im się przeżyć i ten czas, będą mieli sporą szansę na przetrwanie również wieku dorosłego. Będą mogli żyć w świecie śmiertelników bez atakujących ich co pięć minut potworów.

Chyba że ja i moi przyjaciele nie zdołamy powstrzymać Lokiego, a wówczas świat, wszystkie światy przestaną istnieć za kilka tygodni. Ale, no wiecie… zero presji.

Odłożyłem kanapkę z pity. Nawet falafel nie był w stanie polepszyć mi nastroju.

– A wy? – spytałem. – Wracacie dziś od razu do Nowego Jorku?

– Tak – odparł Percy. – Dziś muszę zająć się dzieckiem. Ale jestem podjarany!

– A, prawda – przypomniałem sobie. – Twoja siostrzyczka.

Kolejne ważne życie wiszące na włosku, pomyślałem.

Ale udało mi się uśmiechnąć.

– Gratulacje, chłopie. Jak ma na imię?

– Estelle. Tak się nazywała moja babcia. Eee, oczywiście po stronie mamy. Nie Posejdona.

– Podoba mi się – powiedział Alex. – Staroświeckie i eleganckie. Estelle Jackson.

– No, właściwie to Estelle Blofis – sprostował Percy. – Mój ojczym nazywa się Paul Blofis. Niewiele mogę zrobić w sprawie tego nazwiska, ale moja siostra jest niesamowita. Po pięć palców u rąk. Po pięć palców u nóg. Dwoje oczu. Bardzo się ślini.

– Zupełnie jak jej brat – wtrąciła Annabeth.

Alex roześmiał się.

Łatwo mi było sobie wyobrazić, jak Percy kołysze małą w ramionach, śpiewając Na morza dnie z Małej Syrenki. Poczułem się przez to jeszcze gorzej.

Musiałem jakoś dać Estelle tyle czasu, by mogła przeżyć prawdziwe życie. Musiałem znaleźć widmowy statek Lokiego, pełen nieumarłych wojowników, powstrzymać go przed pożeglowaniem do bitwy i rozpoczęciem Ragnaröku, a potem schwytać Lokiego i znów go uwięzić, by nie mógł już więcej knuć intryg, od których może spłonąć świat. (A przynajmniej by nie mógł ich knuć tak wiele).

– Hej. – Alex rzucił we mnie kawałkiem pity. – Co to za ponura mina?!

– Przepraszam. – Spróbowałem przybrać weselszy wyraz twarzy. Nie przyszło mi to tak łatwo jak uleczenie własnej kostki samą siłą woli. – Chciałbym poznać Estelle, kiedy wrócimy z naszej wyprawy. I naprawdę jestem wdzięczny, że przyjechaliście do Bostonu. Naprawdę.

Percy zerknął na Jacka, który wciąż rozmawiał z Orkan.

– Przykro mi, że nie mogłem ci więcej pomóc. Morze jest – wzruszył ramionami – trochę nieprzewidywalne.

Alex wyciągnął przed siebie nogi.

– Ale przynajmniej za drugim razem Magnus spadał o wiele lepiej. Jeśli dojdzie do najgorszego, zawsze mogę zamienić się w delfina i ocalić jego tyłek.

Kąciki ust Percy’ego drgnęły w uśmiechu.

– Potrafisz zamienić się w delfina?

– Jestem dzieckiem Lokiego. Chcesz zobaczyć?

– Nie, wierzę ci. – Percy zapatrzył się w dal. – Mam przyjaciela Franka, który jest zmiennokształtnym. Zamienia się w delfina. I w gigantyczną złotą rybkę.

Wzdrygnąłem się, wyobrażając sobie, jak Alex Fierro wyglądałby jako ogromny różowo-zielony karp koi.

– Poradzimy sobie. Mamy dobrą ekipę.

– A to ważne – przytaknął Percy. – Prawdopodobnie ważniejsze niż posiadanie morskich umiejętności. – Wyprostował się i zmarszczył brwi.

Annabeth odsunęła się o krok.

– O-o. Znam to spojrzenie. Wpadłeś na jakiś pomysł.

– Jest coś, o czym mówił mi tata… – Percy wstał. Podszedł do miecza, przerywając Jackowi w samym środku fascynującej opowieści o tym, jak wyhaftował torbę do kręgli olbrzyma. Percy podniósł Orkan i przyjrzał się klindze.

– Hej, człowieku – poskarżył się Jack. – Właśnie zaczynaliśmy naprawdę świetnie się rozumieć.

– Przepraszam, Jack. – Percy wyciągnął z kieszeni zatyczkę długopisu i dotknął nią końca klingi. Z cichym szczękiem Orkan skurczyła się z powrotem do postaci długopisu. – Rozmawiałem kiedyś z Posejdonem o broni. Mówił, że wszyscy bogowie morza mają jedną wspólną cechę: są naprawdę próżni i zaborczy na punkcie swoich magicznych przedmiotów.

– Można to powiedzieć o każdym bogu, z którym mieliśmy do czynienia. – Annabeth przewróciła oczami.

– To prawda – przyznał Percy. – Ale bogów morza dotyczy to w szczególny sposób. Tryton wręcz śpi ze swoją konchą. Galatea spędza większość czasu na polerowaniu magicznego siodła swojego morskiego wierzchowca. A mój tata paranoicznie boi się utraty trójzębu.

Pomyślałem o moim jedynym spotkaniu z nordycką boginią morza. Nie poszło najlepiej. Ran obiecała, że mnie zniszczy, jeśli kiedykolwiek pojawię się znów na jej wodach. Ale i ona miała obsesję na punkcie swoich magicznych sieci i kolekcji śmieci, które w nich wirowały. I właśnie dlatego udało mi się ją sprytnie przekonać, by dała mi miecz.

– Mówisz, że będę musiał używać ich własnych przedmiotów przeciwko nim – zaryzykowałem przypuszczenie.

– Właśnie – powiedział Percy. – A wracając do tego, co powiedziałeś o dobrej ekipie: czasami to, że jestem synem boga morza, nie wystarcza, bym się uratował, nawet pod wodą. Kiedyś ja i mój przyjaciel Jason zostaliśmy porwani na samo dno Morza Śródziemnego przez boginię burzy Kymopoleję. Nie mogłem nic zrobić. Jason ocalił mnie, proponując, że zrobi przedstawiające ją karty i figurki.

– Co? – Alex niemal zakrztusił się falafelem.

– Chodzi mi o to – ciągnął Percy – że Jason nic nie wiedział o oceanie. A i tak mnie uratował. Trochę mi było przez to głupio.

– Nie wątpię. – Annabeth uśmiechnęła się pod nosem. – Nigdy wcześniej nie słyszałam szczegółów tej historii.

Uszy Percy’ego zrobiły się tak różowe jak dżinsy Alexa.

– W każdym razie może patrzyliśmy na to wszystko z niewłaściwej strony. Próbowałem nauczyć cię rzeczy potrzebnych na morzu. Ale najważniejsze jest wykorzystanie tego, co masz pod ręką: twojego zespołu, inteligencji, magicznych przedmiotów wroga.

– A tego nie da się zaplanować z góry – powiedziałem.

– Właśnie! – przytaknął Percy. – Niczego więcej cię nie nauczę!

– Percy. – Annabeth zmarszczyła brwi. – Mówisz, że najlepszy plan to brak planu. Jako córka Ateny nie mogę się z tym zgodzić.

– No tak – wtrącił Alex. – A ja nadal lubię mój plan przemienienia się w ssaka morskiego.

Percy podniósł ręce.

– Ja mówię tylko, że najpotężniejszy półbóg naszego pokolenia siedzi właśnie tutaj i to nie jestem ja. – Kiwnął głową w stronę Annabeth. – Mądrala nie umie zmieniać kształtu, oddychać pod wodą ani rozmawiać z pegazami. Nie potrafi latać i nie jest supersilna. Ale jest niesamowicie mądra i świetna w improwizacji. I dlatego właśnie jest śmiertelnie niebezpieczna. Nieważne, czy jest na lądzie, w wodzie, powietrzu czy w Tartarze. Magnus, trenowałeś ze mną przez cały weekend. Myślę, że zamiast tego powinieneś był trenować z Annabeth.

Trudno było odczytać, co malowało się w szarych jak burzowe chmury oczach Annabeth. W końcu powiedziała:

– Dobrze, to było bardzo miłe. – I pocałowała Percy’ego w policzek.

Alex skinął głową.

– Nieźle, Glonomóżdżku.

– Ale ty naprawdę nie musisz mnie tak nazywać – mruknął Percy.

Od nabrzeża dobiegł nas głęboki, dudniący dźwięk, jakby podnosiły się wielkie drzwi magazynu. Hałas odbijał się echem od ścian budynków.

– To sygnał dla nas. Musimy się zbierać – stwierdziłem. – Ten statek właśnie wrócił z suchego doku. Dziś odbędzie się jego uroczyste otwarcie dla zwiedzających.

– Właśnie – przytaknął Alex. – Glamour nie ukryje naszej obecności, gdy cała załoga znajdzie się na pokładzie.

– Glamour? – Percy uniósł brwi. – W sensie mody?

Alex parsknął.

– Nie. Glamour, czyli magia iluzji. To moc, która kryje prawdę przed oczami zwykłych śmiertelników.

– Aha. – Percy się zdziwił. – Nazywamy to Mgłą.

Annabeth objęła dłońmi jego głowę.

– Jakkolwiek to nazwiemy, lepiej się pospieszmy. Pomóż mi sprzątnąć.

Dotarliśmy do trapu dokładnie w chwili, gdy przybyli pierwsi marynarze. Jack unosił się w powietrzu przed nami, świecąc różnymi kolorami i śpiewając okropnym falsetem Walk Like a Man. Alex zmienił się w geparda, wilka, a potem we flaminga. (Wygląda świetnie jako flaming).

Marynarze popatrzyli na nas beznamiętnie i ustąpili miejsca, nikt nas jednak o nic nie zapytał.

Kiedy opuściliśmy nabrzeże, Jack zmienił się w wisiorek w kształcie kamienia runicznego. Wpadł mi do ręki, a ja zawiesiłem go na łańcuszku na szyi. Takie nagłe zamilknięcie nie było w jego stylu. Uznałem, że jest poirytowany skróceniem randki z Orkan.

Szliśmy Constitution Road, gdy Percy odezwał się do mnie.

– O co chodziło z tym zmienianiem kształtu i śpiewającym mieczem? Chcieliście, żeby was zauważono?

– Nie – odparłem. – Jeśli się afiszujesz z dziwnymi magicznymi zdolnościami, śmiertelnicy są jeszcze bardziej oszołomieni. – Miło było nauczyć czegoś również Percy’ego. – W mózgach śmiertelników robi się jakby krótkie spięcie i przez to jeszcze bardziej cię unikają.

– Uhm. – Annabeth pokręciła głową. – Tyle lat tak bardzo staraliśmy się ukrywać, a mogliśmy po prostu być sobą?

– Zawsze powinniście być sobą. – Alex szedł obok, znów w ludzkiej postaci, choć we włosach wciąż miał kilka piór flaminga. – I powinniście afiszować się z dziwnymi rzeczami, moi drodzy.

– Kradnę ten pomysł – oświadczył Percy.

– Proszę bardzo.

Zatrzymaliśmy się na rogu ulicy. To tutaj, przy parkometrze, stała toyota prius Percy’ego. Uścisnąłem mu rękę. Annabeth mocno mnie przytuliła. Potem chwyciła mnie za ramiona i przyjrzała mi się uważnie pełnymi niepokoju szarymi oczami.

– Uważaj na siebie, Magnus. Masz wrócić cały i zdrowy. To rozkaz.

– Tak jest, proszę pani – obiecałem. – Rodzina Chase’ów musi trzymać się razem.

– A jeśli o tym mowa… – Ściszyła głos. – Byłeś tam już?

Poczułem się, jakbym znów spadał bezwładnie, lecąc jak kamień ku bolesnej śmierci.

– Jeszcze nie – przyznałem. – Ale dzisiaj. Obiecuję.

Gdy toyota skręcała za róg w Pierwszą Aleję, Percy śpiewał razem z Led Zeppelin z radia, a Annabeth śmiała się z tego, jak fałszował – i tyle ich widziałem.

Alex skrzyżował ramiona.

– Gdyby ci dwoje byli choćby trochę słodsi jako para, spowodowaliby wybuch atomowy, który zniszczyłby Wschodnie Wybrzeże.

– Czy w twoich ustach to komplement? – spytałem.

– Czegoś bliższego komplementu ode mnie na pewno nie usłyszysz. – Popatrzył na mnie uważnie. – Obiecałeś Annabeth, że dokąd pójdziesz?

W ustach czułem posmak, jakbym żuł folię.

– Do domu mojego wuja. Muszę tam coś zrobić.

– Ach. – Alex skinął głową. – Nienawidzę tego miejsca.

Unikałem tego od tygodni. Nie chciałem tam iść sam. Nie chciałem też prosić o to moich przyjaciół: Samiry, Hearthstone’a, Blitzena czy reszty bandy z dziewiętnastego piętra hotelu Walhalla. Było to zbyt osobiste, zbyt bolesne. Ale Alex był już kiedyś w rezydencji rodziny Chase. Jego towarzystwo nie przeszkadzałoby mi. A w zasadzie, z czego zdałem sobie ze zdziwieniem sprawę, bardzo chciałem, by ze mną tam poszedł.

– Eee… – Odchrząknąłem z gardła resztki falafela i wody morskiej. – Chcesz pójść ze mną do strasznego dworu i poprzeglądać rzeczy faceta, który nie żyje?

Alex aż się rozpromienił.

– Myślałem, że nigdy mnie o to nie zapytasz.

3Dostaję w spadku martwego wilka i trochę bielizny

A to coś nowego – powiedział Alex.

Frontowe drzwi starego domu były wyważone, zamek wyrwany z futryny. W holu, na orientalnym dywanie, leżał martwy wilk.

Wzdrygnąłem się.

Trudno było machnąć toporem bojowym w dziewięciu światach, by nie trafić w jakiegoś wilka: Wilka Fenrira, wilki Odyna, wilki Lokiego, wilkołaka, wielkiego złego wilka czy wilka wolnego strzelca, wynajmującego się do zabicia kogoś za odpowiednią cenę.

Martwy wilk w holu wujka Randolpha był bardzo podobny do bestii, które dwa lata temu zaatakowały moją mamę w tę noc, kiedy zginęła.

Smużki niebieskiej poświaty wciąż emanowały z jego splątanej czarnej sierści. Jego pysk był wykrzywiony na wieki we wściekłym grymasie. Na głowie widniała wypalona w skórze wikińska runa, jednak futro wokół niej było tak mocno spalone, że nie byłem w stanie powiedzieć, który to symbol. Może mógłby go odczytać mój przyjaciel Hearthstone.

Alex obszedł zwierzę wielkości kucyka. Kopnął je w żebra. Bestia usłużnie pozostała martwa.

– Jeszcze nie zaczął się rozkładać – zauważył Alex. – Zwykle potwory rozpadają się wkrótce po tym, jak się je zabije. A od tego ciągle czuć smród przypalonego futra. Musiało się to stać całkiem niedawno.

– Myślisz, że runa była pułapką?

Alex uśmiechnął się.

– Myślę, że twój wuj wiedział coś niecoś o magii. Wilk wbiegł na dywan, uruchamiając runę, i bum!

Przypomniałem sobie, jak jako bezdomny włamywałem się do domu wujka Randolpha pod jego nieobecność, żeby ukraść jedzenie, poszperać w gabinecie albo po prostu coś zbroić. Nigdy nie spotkało mnie żadne bum! Zawsze uważałem, że Randolph to totalna porażka w kwestii bezpieczeństwa w domu. Teraz jednak zrobiło mi się ciut niedobrze na myśl o tym, że mogłem paść trupem na wycieraczkę, z runą wypaloną na czole.

Czy to ze względu na tę pułapkę Randolph w testamencie tak wyraźnie żądał, byśmy – ja i Annabeth – odwiedzili rezydencję, zanim ją weźmiemy w posiadanie? Czyżby wuj chciał się zemścić po śmierci?

– Myślisz, że resztę domu możemy bezpiecznie zbadać? – spytałem.

– Nie. No to ruszajmy – odparł wesoło Alex.

Na parterze nie było innych martwych wilków. Żadne runy nie eksplodowały nam prosto w twarz. Najbardziej przerażającą rzeczą, jaką odkryliśmy, była zawartość lodówki wujka Randolpha, w której zepsuty jogurt, skwaśniałe mleko i zapleśniała marchew ewoluowały właśnie w społeczeństwo preindustrialne. Randolph nie zostawił mi nawet ani okruszka czekolady w spiżarni – ten stary łajdak!

Na pierwszym piętrze nie zmieniło się nic. W gabinecie Randolpha słońce sączyło się przez witraż w oknie, rzucając czerwone i pomarańczowe odblaski na regały z książkami i witryny z wikińskimi artefaktami. W kącie pokoju stał duży kamień runiczny z wyrzeźbionym i pomalowanym na czerwono warczącym pyskiem (oczywiście wilka). Biurko Randolpha było zasłane postrzępionymi mapami i wyblakłymi żółtymi pergaminami. Przejrzałem dokumenty, szukając czegoś nowego, czegoś ważnego, ale nie widziałem tam niczego, czego by tu nie było podczas mojej ostatniej wizyty.

Przypomniałem sobie, co było napisane w testamencie Randolpha, który przysłała mi Annabeth.

„Jest niezmiernie ważne – napisał Randolph – by mój ukochany siostrzeniec Magnus przejrzał jak najszybciej moje doczesne dobra. Szczególną uwagę powinien zwrócić na moje dokumenty”.

Nie wiem, dlaczego wspomniał o tym w testamencie. W szufladach biurka nie znalazłem żadnego listu do mnie, żadnych serdecznych przeprosin typu: „Drogi Magnusie, przepraszam, że doprowadziłem do Twojej śmierci, a potem zdradziłem Cię, sprzymierzając się z Lokim, a potem dźgnąłem Twojego przyjaciela Blitzena, a potem o mało znowu nie spowodowałem Twojej śmierci”.

Nie zostawił mi nawet hasła do wi-fi.

Wyjrzałem przez okno gabinetu. Na Commonwealth Avenue Mall ludzie spacerowali z psami, grali we frisbee, korzystając z ładnej pogody. Posąg Leifa Eriksona stał na postumencie, dumnie obnosząc się ze swoim metalowym stanikiem. Pilnował porządku na Charlesgate i zastanawiał się zapewne, czemu nie jest w Skandynawii.

– No więc – Alex stanął obok mnie – ty to wszystko dziedziczysz, tak?

Kiedy szliśmy do rezydencji, opowiedziałem mu o najważniejszych zapisach testamentu wujka Randolpha, lecz Alex nadal patrzył na mnie z niedowierzaniem, prawie jak obrażony.

– Randolph zostawił dom Annabeth i mnie – wyjaśniłem. – Ja, formalnie rzecz biorąc, jestem martwy. To znaczy, że to wszystko należy do niej. Prawnicy Randolpha skontaktowali się z tatą Annabeth, który powiedział o tym jej, a ona powiedziała mnie. Poprosiła, żebym zajrzał do domu i – wzruszyłem ramionami – zdecydował, co zrobić z tym miejscem.

Z najbliższego regału Alex podniósł oprawione w ramkę zdjęcie przedstawiające wujka z żoną i córkami. Nigdy nie poznałem Caroline, Emmy ani Aubrey. Zginęły podczas sztormu na morzu wiele lat temu. Ale widziałem je w moich koszmarach sennych. Wiedziałem, że posłużyły Lokiemu do szantażu, by przekabacić wujka. Obiecał Randolphowi, że będzie mógł znów zobaczyć rodzinę, jeżeli pomoże Lokiemu w wyzwoleniu się z oków. I w pewnym sensie powiedział prawdę. Gdy ostatnim razem widziałem wuja, spadał w przepaść prosto do Helheimu, krainy tych, którzy zmarli niezaszczytną śmiercią.

Alex odwrócił zdjęcie – może miał nadzieję, że z tyłu będzie widniała tajna wiadomość. Kiedy poprzednio byliśmy w tym gabinecie, znaleźliśmy w ten sposób zaproszenie na wesele i tak zaczęła się dla nas długa seria rozmaitych kłopotów. Tym razem nie było ukrytej notatki, lecz czysty szary papier, którego widok był dla mnie o wiele mniej bolesny niż sfotografowane uśmiechnięte twarze moich zmarłych krewnych.

Alex odłożył zdjęcie na półkę.

– Annabeth nie obchodzi, co zrobisz z domem?

– Niezbyt. Ma i tak dużo na głowie. Studia, no i wiesz, wszystkie te rzeczy związane z byciem półbogiem. Chce tylko, bym dał jej znać, jeśli znajdę coś ciekawego: albumy ze starymi zdjęciami, coś o historii rodziny, takie rzeczy.

Alex zmarszczył nos.

– Coś o historii rodziny… – Miał taki sam lekko zdegustowany i lekko zaciekawiony wyraz twarzy jak wtedy, kiedy kopnął martwego wilka. – A co jest na górze?

– Nie jestem pewien. Gdy byłem dzieckiem, nie pozwalano nam wchodzić wyżej niż na pierwsze piętro. A kiedy ostatnio się tu parę razy włamałem… – Uniosłem ręce. – Po prostu nigdy tam nie dotarłem.

Alex popatrzył na mnie znad okularów. Jego oczy – jedno ciemnobrązowe, drugie bursztynowe – wyglądały jak niedopasowane do siebie księżyce wyłaniające się zza horyzontu.

– Brzmi intrygująco. Chodźmy.

Na drugim piętrze znajdowały się dwie duże sypialnie. Pierwsza była nieskazitelnie czysta, zimna i bezosobowa. Dwa pojedyncze łóżka. Szafa. Puste ściany. Może pokój gościnny? Choć wątpiłem, by Randolph lubił przyjmować gości. A może był to pokój Emmy i Aubrey. Jeśli tak, Randolph usunął z niego wszystkie ślady ich osobowości, pozostawiając w samym środku domu białą pustkę. Nie zostaliśmy tam długo.

Druga sypialnia była na pewno pokojem Randolpha. Unosił się w niej zapach jego staroświeckiej wody kolońskiej z goździkową nutą. Stosy zakurzonych książek opierały się o ściany. Kosz na śmieci był wypełniony papierkami po batonikach. Randolph zapewne zjadł cały swój zapas tuż przed opuszczeniem domu, aby pomóc Lokiemu zniszczyć świat.

Trudno mu się było dziwić. Zawsze powtarzam: „Najpierw zjedz batonika, świat zniszczysz później”.

Alex wskoczył na łóżko z baldachimem. Pobujał się na materacu, uśmiechając się szeroko, gdy zaskrzypiały sprężyny.

– Co robisz?

– Hałasuję. – Pochylił się i zaczął szperać w szufladzie szafki nocnej Randolpha. – Zobaczmy. Pastylki na kaszel. Spinacze. Pomięte chusteczki do nosa, których nawet nie dotknę. I… – Aż zagwizdał. – Lek na problemy z jelitami! Magnus, cały ten skarb należy do ciebie!

– Dziwny jesteś.

– Wolę określenie „niewiarygodnie dziwaczny”.

Przeszukaliśmy resztę sypialni, choć nie byłem pewien, czego szukamy.

„Szczególną uwagę powinien zwrócić na moje dokumenty”, napominał w testamencie Randolph. Raczej nie chodziło mu o pomięte chusteczki.

Annabeth nie była w stanie uzyskać wielu informacji od prawników Randolpha. Nasz wujek najwyraźniej zmienił testament na dzień przed śmiercią. Być może wiedział, że nie będzie żył długo, miał jednak pewne poczucie winy, że mnie zdradził, i chciał mi zostawić jakąś ostatnią wiadomość. Mogło to też znaczyć, że zmienił testament, bo tak kazał mu Loki. Ale jeśli to był podstęp, by mnie tutaj zwabić, dlaczego w holu leżał martwy wilk?

W szafie Randolpha też nie znalazłem żadnych tajnych dokumentów. Jego łazienka niczym się nie wyróżniała, z wyjątkiem imponującej kolekcji pustych do połowy buteleczek z płynem do płukania ust. Jego szuflada na bieliznę była wypełniona taką ilością granatowej bielizny, że wystarczyłoby jej dla całej eskadry Randolphów – same slipy, idealnie wykrochmalone, wyprasowane i poskładane. Niektóre rzeczy po prostu wymykają się racjonalnym wyjaśnieniom.

Na trzecim piętrze znajdowały się dwa kolejne puste pokoje. Nie natknęliśmy się na nic niebezpiecznego, jak na przykład wilki, wybuchające runy czy bielizna starych facetów.

Ostatnie piętro zajmowała ogromna biblioteka, z jeszcze większą liczbą książek niż w gabinecie Randolpha. Na regałach stała zbieranina powieści różnego typu. W kącie pokoju znajdował się niewielki aneks kuchenny z malutką lodówką i czajnikiem elektrycznym, ale – A NIECH CIĘ, RANDOLPHIE! – bez czekolady. Okna wychodziły na zielone dachy Back Bay. Na drugim końcu pomieszczenia były schody prowadzące – jak przypuszczałem – na taras na dachu.

Naprzeciw kominka stał skórzany fotel wyglądający na wygodny. Pośrodku marmurowej obudowy paleniska widniała (oczywiście) głowa warczącego wilka. Na gzymsie, na srebrnym trójnogu, spoczywał nordycki róg do picia ze skórzanym paskiem i srebrną krawędzią z wytrawionymi wzorami runicznymi. Widziałem w Walhalli tysiące takich rogów, ale zaskoczył mnie widok jednego z nich właśnie tutaj. Randolph nigdy nie robił na mnie wrażenia człowieka lubującego się w miodzie pitnym. Może popijał z rogu earl grey.

– Madre de Dios – powiedział Alex.

Wlepiłem w niego wzrok. Nigdy wcześniej nie słyszałem, by mówił po hiszpańsku.

Postukał w jedną z fotografii wiszących w ramkach na ścianie i uśmiechnął się do mnie kpiarsko.

– Proszę, powiedz, że to ty.

Na zdjęciu była moja matka w swojej typowej fryzurze, z krótko ściętymi włosami, z promiennym uśmiechem, ubrana w dżinsy i we flanelową koszulę. Stała w wydrążonym pniu platana, trzymając na rękach malutkiego Magnusa. Na głowie miałem jasnozłoty puszek, usta lśniły mi od śliny, a w moich szarych, szeroko otwartych oczach malowało się pytanie: „Co ja tu, u licha, robię?”.

– To ja – przyznałem.

– Ale byłeś śliiiczny. – Alex zerknął na mnie. – Co ci się potem stało?

– Cha, cha.

Przyjrzałem się zdjęciom na ścianie. Naprawdę zaskoczyło mnie, że wujek Randolph trzymał fotografie moje i mojej mamy właśnie w takim miejscu, że jego spojrzenie musiało na nas padać, ilekroć siadał w swoim wygodnym fotelu – zupełnie jakby jednak darzył nas ciepłymi uczuciami.

Inna fotografia przedstawiała rodzeństwo Chase’ów jako dzieci: Natalie, Fredericka i Randolpha, wszystkich ubranych w mundury z czasów drugiej wojny światowej, z zabawkowymi karabinami w rękach. Pewnie zdjęcie z Halloween. Obok wisiało zdjęcie moich dziadków: siwowłosa para ze zmarszczonymi brwiami, ubrana w niepasujące do siebie kraciaste ciuchy w stylu lat siedemdziesiątych, jakby albo szli do kościoła, albo na dyskotekę dla seniorów.

Muszę coś wyznać: trudno mi było stwierdzić, które to dziadek, a które babcia. Umarli, zanim zdążyłem ich poznać, ale ze zdjęć wynikało, że należeli do tych małżonków, którzy na starość zaczynają coraz bardziej się do siebie upodabniać, aż stają się niemal identyczni. Takie same siwe, równo ścięte włosy. Takie same okulary. Taki sam wąs nad górną wargą. Na zdjęciu widać było na ścianie za nimi kilka wikińskich artefaktów, między innymi róg, który teraz stał na kominku Randolpha. Nie miałem pojęcia, że dziadkowie też się interesowali nordyckimi przedmiotami. Ciekaw byłem, czy kiedykolwiek zdarzyło im się podróżować po dziewięciu światach. Mogło to wyjaśniać, czemu mieli taki zdezorientowany, lekko osłupiały wyraz twarzy.

Alex czytał tytuły książek na półkach.

– Znalazłeś coś ciekawego? – spytałem.

Wzruszył ramionami.

– Władca pierścieni. Nieźle. Sylvia Plath. Dobrze. O, Lewa ręka ciemności. Uwielbiam tę książkę. A reszta… phi. Jego zbiory są na mój gust trochę za bardzo skoncentrowane na martwych białych mężczyznach.

– Ja jestem martwym białym mężczyzną – zwróciłem mu uwagę.

Alex uniósł brwi.

– Tak, jesteś.

Nie wiedziałem, że Alex lubi czytać. Miałem ochotę zapytać, czy może podobają mu się moje ulubione komiksy, na przykład Scott Pilgrim, a może Sandman. Były „niewiarygodnie dziwaczne”. Ale uznałem, że to może nie najlepszy moment, by zakładać klub miłośników książek.

Szukałem dalej, czy na półkach nie ma jakichś pamiętników lub ukrytych schowków.

Alex podszedł do schodów. Popatrzył w górę i nagle zrobił się tak zielony jak jego włosy.

– Eee, Magnus? Chyba powinieneś to zobaczyć.

Podszedłem.

U szczytu schodów uchylana kopułka z pleksi prowadziła na dach. A po drugiej stronie chodził w tę i we w tę, warcząc, drugi wilk.

4Chwila. Bierz się do roboty, a dostaniesz drugiego wilka za darmo!

Jak myślisz, co powinniśmy zrobić? – spytałem.

Ze szlufek spodni Alex wyciągnął złoty drut, który miał potrójną funkcję: modnego dodatku, struny do cięcia gliny i broni do walki wręcz.

– Uważam, że powinniśmy go zabić.

Wilk warknął i zaskrobał pazurami w klapę. Na pleksi zalśniły magiczne runy. Sierść na pysku potwora już była przypalona i dymiła po jego wcześniejszych próbach wdarcia się do domu.

Ciekawe, jak długo wilk przebywał na dachu i dlaczego nie próbował dostać się do środka w inny sposób. Może nie chciał paść trupem jak jego kolega na dole. A może zależało mu wyłącznie na tym jednym pokoju.

– Chce czegoś – wysunąłem przypuszczenie.

– Zabić nas – stwierdził Alex. – Dlatego to my powinniśmy zabić go pierwsi. Chcesz otworzyć klapę czy…?

– Czekaj. – Zwykle byłbym pierwszy w kolejce do zabicia świecącego niebieskiego wilka, ale coś w jego zachowaniu mnie niepokoiło… To, że jego zimne, ciemne oczy wydawały się patrzeć przez nas, jakby szukał innej zdobyczy. – A może go wpuśćmy?

Alex popatrzył na mnie, jakbym był szalony. Często to robił.

– Chcesz mu zaproponować filiżankę herbaty? A może pożyczyć mu książkę?

– Na pewno ma tutaj jakąś misję – upierałem się. – Ktoś posłał te wilki, żeby coś stąd zabrały… Może to, czego szukam.

Alex się zadumał.

– Myślisz, że to Loki wysłał te wilki?

Wzruszyłem ramionami.

– Loki zawsze zachowuje się jak Loki.

– A jeśli wpuścimy wilka, myślisz, że pobiegnie prosto do tego, na co poluje.

– Jestem pewien, że nie przyszedł tu po lekarstwo na jelita.

Alex poluzował jeszcze bardziej swój kraciasty krawat.

– Dobrze. Otworzymy klapę, popatrzymy, dokąd pobiegnie wilk, a potem go zabijemy.

– Właśnie.

Zdjąłem kamień runiczny z łańcuszka. Jack urósł w miecz. Sprawiał wrażenie cięższego niż zwykle, jak dzieciak awanturujący się na podłodze w centrum handlowym.

– O co znowu chodzi? – westchnął. – Nie widzisz, że umieram na złamane serce?

Mogłem mu przypomnieć, że nie był w stanie umrzeć i że nie miał prawdziwego serca, ale uznałem, iż byłoby to niezbyt miłe.

– Przepraszam, Jack. Mamy tu wilka do pokonania. – Wyjaśniłem mu, co się dzieje.

Klinga Jacka zalśniła na fioletowo.

– Ale te ostre jak brzytwa krawędzie klingi Orkan… – powiedział rozmarzony. – Widziałeś, jakie ma krawędzie?

– Tak. Świetne krawędzie. A może teraz zajmiemy się tym, by uniemożliwić Lokiemu wypłynięcie w rejs magicznym Statkiem Umarłych i rozpoczęcie Ragnaröku? A potem zorganizujemy drugą randkę dla ciebie i Orkan.

Kolejne potężne westchnienie.

– Wilk. Dach. Klapa. Jasne.

Zerknąłem na Alexa i z trudem stłumiłem krzyk. Kiedy nie patrzyłem, przemienił się w dużego wilka.

– Czy musisz zmieniać się w zwierzęta za moimi plecami? – westchnąłem.

Alex wyszczerzył kły w psim uśmiechu. Wskazał pyskiem na górę schodów, jakby pytał: „Na co czekasz? Jestem wilkiem. Nie mogę otworzyć tej klapy”.

Wszedłem na samą górę. Było tam gorąco jak w szklarni. Po drugiej stronie kopułki wilk obwąchiwał i próbował gryźć pleksi, pozostawiając na nim ślinę i rysy po zębach. Runy ochronne musiały mu smakować. W tej odległości od wrogo usposobionego wilka włosy na karku stawały mi dęba i zwijały się w korkociągi.

Co się stanie, kiedy otworzę klapę? Czy runy mnie zabiją? A może uśmiercą wilka? A może stracą moc, jeśli wpuszczę bestię z własnej woli, bo przecież była to dosłownie najgłupsza rzecz, jaką mógłbym zrobić?

Wilk nadal ślinił się nad pleksi.

– Ej, kolego – zagadnąłem.

– Co? – Jack zabuczał w mojej dłoni.

– To nie do ciebie, Jack. Mówię do wilka. – Uśmiechnąłem się do bestii, a potem przypomniałem sobie, że dla psowatych pokazywanie zębów oznacza agresję. Zamiast tego zacisnąłem więc mocno wargi. – Zaraz cię wpuszczę. Prawda, że miło? I wtedy będziesz mógł pójść po to, po co przyszedłeś, bo przecież wiem, że nie jesteś tutaj, aby mnie zabić, prawda?

Wilk odpowiedział mi niezbyt uspokajającym warczeniem.

– No dobra – powiedziałem. – Raz, dwa, trzy!

Naparłem na klapę ze wszystkich sił einheriego, odpychając wilka i wyskakując na taras na dachu. Zdążyłem zauważyć, że stoją tam grill, kilka donic z bujnie rosnącymi hibiskusami i dwa leżaki ze wspaniałym widokiem na rzekę Charles. Miałem ochotę walnąć wujka Randolpha za to, że nigdy mi nie powiedział o tym wspaniałym miejscu na imprezę.

Wilk wyszedł zza klapy i zawarczał, a sierść na grzbiecie zjeżyła mu się jak kudłata płetwa. Jedno oko miał spuchnięte; poparzył sobie powiekę przy okazji kontaktu z pułapką runiczną mojego wuja.

– Teraz? – zapytał bez większego entuzjazmu Jack.

– Jeszcze nie. – Ugiąłem nogi w kolanach, szykując się na wszelki wypadek do działania. Pokażę temu wilkowi, jak dobrze potrafię walczyć… Albo, wiecie, jak szybko potrafię uciekać, w zależności od rozwoju sytuacji.

Wilk popatrzył na mnie swoim jednym zdrowym okiem. Parsknął lekceważąco i zbiegł po schodach do domu.

Nie byłem pewien, czy mam czuć ulgę, czy uznać się za znieważonego.

Pobiegłem za nim. Zanim dotarłem na dół, Alex i wilk odbywali właśnie sesję warczenia na środku biblioteki. Obnażyli kły i krążyli wokół siebie, szukając u przeciwnika oznak strachu lub słabości. Niebieski wilk był znacznie większy. Świecące w jego sierści fluorescencyjne smużki dodawały mu pewnego uroku. Był też jednak obolały i na wpół ślepy. Alex, jak to Alex, nie okazywał żadnego strachu. Nie ustępował ani centymetra, gdy drugi wilk skradał się wokół niego.

Kiedy nasz świecący niebieski gość zyskał pewność, że Alex nie zamierza go atakować, podniósł pysk i zaczął węszyć. Spodziewałem się, że pobiegnie do regałów i chapnie jakąś tajemną książkę z morskimi mapami, a może egzemplarz Jak powstrzymać Statek Umarłych Lokiego w trzech prostych krokach! Zamiast tego wilk rzucił się w stronę kominka, wskoczył łapami na gzyms i złapał w zęby róg.

Jakaś wolno działająca część mojego mózgu pomyślała: „Hej, zapewne powinienem go powstrzymać”.

Alex wyprzedzał mnie w reagowaniu o całe kilometry. Jednym płynnym ruchem zmienił się z powrotem w człowieka, zrobił krok w przód i zamachnął się garotą, jakby rzucał kulę do kręgli. (A w zasadzie zrobił to z dużo większą gracją. Widziałem, jak Alex gra w kręgle, i nie ma wtedy mowy o żadnym wdzięku). Złota linka owinęła się wilkowi wokół szyi. Jednym szarpnięciem w tył Alex wybawił bestię od wszelkich ewentualnych problemów z migrenami.

Pozbawione głowy ciało runęło na dywan. Zaczęło skwierczeć, dezintegrując się, aż został po nim tylko róg i kilka kępek futra.

Klinga Jacka zaciążyła mi w dłoni.

– No, dobra – powiedział. – Wygląda na to, że jednak nie byłem ci potrzebny. Pójdę sobie popisać trochę wierszy miłosnych i popłakać. – Skurczył się z powrotem do postaci wisiorka.

Alex przykucnął obok rogu do miodu.

– Jak myślisz, dlaczego wilk chciał zabrać fikuśne naczynie do picia?

Uklęknąłem obok. Podniosłem róg i zajrzałem do jego wnętrza. W środku była wciśnięta zwinięta w trąbkę mała książka oprawiona w skórę, wyglądająca jak pamiętnik. Wyciągnąłem ją i przekartkowałem: rysunki wikińskich run na przemian z akapitami napisanymi ciasnym pismem wujka Randolpha.

– Myślę – powiedziałem – że znaleźliśmy właściwego martwego białego autora płci męskiej.

Rozsiedliśmy się w leżakach na tarasie.

Kiedy przeglądałem notatnik wuja, próbując zrozumieć, o co chodzi w jego nerwowych rysunkach run i szaleńczym stylu pisma, zrelaksowany Alex popijał z rogu sok z guawy.

Dlaczego wujek Randolph przechowywał sok z guawy w minilodówce w swojej bibliotece, nie miałem pojęcia.

Co jakiś czas, tylko po to, żeby mnie zirytować, Alex siorbał sok, przesadnie się nim rozkoszując i cmokając.

– Aach…

– Jesteś pewien, że można bezpiecznie pić z tego rogu? – spytałem. – Może jest obłożony klątwą albo coś takiego.

Alex złapał się za gardło i udawał, że się dławi.

– O, nie! Zamieniam się w żabę!

– Proszę, nie.

– Znalazłeś coś? – Wskazał na pamiętnik.

Popatrzyłem na stronice. Runy zamazywały mi się przed oczami. Notatki były sporządzone w różnych językach: po staronordycku, szwedzku i w jakichś innych, których nie potrafiłem rozpoznać. Fragmenty po angielsku też nie miały wielkiego sensu. Czułem się, jakbym próbował czytać podręcznik fizyki kwantowej dla zaawansowanych w odwrotnym odbiciu w lustrze.

– Większości nie rozumiem – przyznałem. – Wpisy na początku dotyczą chyba tego, jak Randolph poszukiwał Miecza Lata. Rozpoznaję niektóre wskazówki. Ale tu, na końcu…

Kilka ostatnich stron zostało zapisanych wyraźnie w pośpiechu. Pismo Randolpha stało się drżące, chwiejne. Papier znaczyły plamy zaschniętej krwi. Pamiętałem, że w grobowcu wikińskich zombiaków w Provincetown wuj stracił kilka palców.

Mógł zapisać te strony później ręką niedominującą. Chwiejne pismo przypomniało mi, jak gryzmoliłem w podstawówce, kiedy nauczyciel zmusił mnie do używania prawej ręki.

Na ostatniej stronie Randolph nabazgrał moje imię: „Magnus”.

Pod spodem narysował dwa węże splecione w kształt ósemki. Szkic był okropnie niewyraźny, ale rozpoznałem ten symbol. Alex miał taki sam wytatuowany na karku – znak Lokiego.

Poniżej znajdowało się słowo w języku staronordyckim (jak zakładałem): mjöđ. A potem notatki po angielsku: „Może zatrzymać L. Kamień do ostrzenia Bölwerka > straże. Gdzie?”.

Ostatnie słowo spływało w dół, a znak zapytania był zdesperowanym bazgrołem.

– Co o tym sądzisz? – Podałem notatnik Alexowi.

Zmarszczył brwi.

– To oczywiście symbol mojej mamy.

(Dobrze usłyszeliście. Loki był zwykle bogiem rodzaju męskiego, ale zdarzyło mu się również być matką Alexa. Długa historia).

– A reszta? – spytałem.

– To słowo wygląda, jakby ktoś chciał napisać „miau” i mu nie wyszło. Może skandynawskie koty miauczą inaczej?

– Rozumiem, że nie czytasz po staronordycku czy w jakimkolwiek to jest języku?

– Magnus, może cię to zaskoczy, ale wiedz, że nie mam wszystkich talentów na świecie. Tylko te najważniejsze.